Dzieci szariatu. Losy tych, o których upomniał się islam - Nadia Hamid - ebook
Opis

Cztery dramatyczne historie oparte są na autentycznych wydarzeniach. Autorka poznała je, mieszkając przez lata w Libii i dzieląc los tamtejszych kobiet. Do Afryki zawiodła ją miłość. Zakochała się w ciemnookim studencie i wyszła za niego za mąż.

Po tej lekturze nic już nie będzie takie samo. Pozostanie w sercu rana, która nigdy się nie zabliźni, bo o bohaterach tej książki nie da się zapomnieć. Ukazane tu dzieci to niewinne ofiary miłości rodziców wywodzących się z dwóch różnych i tak odległych od siebie światów. Polsko-libijskie pochodzenie stanie się dla nich przekleństwem. Muzułmańscy ojcowie odbiorą im wszystko: dzieciństwo, poczucie bezpieczeństwa, wolność, a nawet życie. Po stronie mężczyzn stoi prawo, religia i obyczaje panujące w ich kraju, po stronie krzywdzonych dzieci – jedynie bezradne matki.

Autorka o swoim życiu w arabskim kraju, ucieczce do Polski i rozwodowej batalii pisze w książkach „Gorzka pomarańcza” oraz „Jarzmo przeszłości”.

Niech te publikacje będą przestrogą dla kobiet, które decydują się na związek z człowiekiem odmiennej kultury, wyznania, mentalności, bo to wiąże się także z innym postrzeganiem i rozumieniem spraw dotyczących małżeństwa oraz rodziny.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 163

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Utracona ojczyzna

Pod białym, okrągłym, plastikowym stołem – jedynym zresztą, jaki znajdował się w mieszkaniu – zastawiony dwoma krzesłami, siedział skulony mały chłopiec. Szczelnie zatykał sobie uszy, nie chcąc słyszeć, co dzieje się w pokoju. W takich chwilach zazdrościł młodszemu bratu, którego nic nie było w stanie obudzić. Karim skończył już sześć lat i był nad wyraz rozgarniętym chłopcem, bardzo wrażliwym i niestety nerwowym. W końcu usłyszał mocne trzaśnięcie drzwiami i nastała zupełna cisza – przerażająca, okrywająca tajemnicą dalszy bieg zdarzeń.

– Karimie, gdzie jesteś, synku?! – usłyszał wyczekiwany głos swojej mamy. Jak zawsze w takich sytuacjach, poczuł ogromną ulgę.

Jest – uradował się chłopiec – mama żyje i zaraz mnie przytuli. Te niepokojące myśli zbyt często pojawiały się w głowie małego dziecka.

Nadia pochyliła się i zajrzała pod stół, wiedząc dobrze, że tam odnajdzie synka. Zobaczyła jego duże, ciemne, świecące od łez oczy.

– Mamusiu, tak bardzo bałem się o ciebie, że on cię zabije.

Jak zwykle po usłyszeniu tych słów od swojego dziecka, kobieta była przerażona. Poczuła się winna strachu i złych emocji, jakich musi ono doświadczać. To było dla niej nie do zniesienia, bardziej niż ból i upokorzenie, jakiego doznawała od człowieka, którego kiedyś tak bardzo pokochała.

– Nie bój się, synku. Jestem tu z tobą i to się nigdy nie zmieni.

– Mamusiu, obiecujesz, że nie umrzesz?

– Obiecuję – odparła bez zastanowienia, lecz rzeczywistość była inna. Słowo „śmierć” często stawało się bardzo realne.

– Mamo, czy musisz się tak kłócić z tatą? Czy wszyscy dorośli tak się zachowują? – histerycznie zaczął pytać chłopiec.

W tym momencie dotarło do Nadii, że musi za wszelką cenę uratować siebie i swoje dzieci. Aby to zrobić, powinna schować gdzieś na samym dnie swojej duszy ten bunt, który w sobie nosi. On jej nie pomoże, a tylko z dnia na dzień pogarsza sytuację, aż doprowadzi do nieuchronnej tragedii.

– Obiecuję, synku, od dziś będzie inaczej…

– Co to znaczy „inaczej”, mamusiu? Czy inaczej znaczy lepiej?

Wkrótce Karim, ku wielkiej radości swojej arabskiej rodziny, rozpoczynał edukację szkolną w pierwszej klasie. Będzie już nie tylko mówił, co robił doskonale, ale i pisał arabskie litery jak rodowity Libijczyk. No i Koran – rzecz bezwzględnie najważniejsza. Pozna w oryginale słowo z nieba podyktowane za pośrednictwem anioła przez samego Stwórcę Wszechświata – Allacha. To podekscytowanie udzieliło się wszystkim ciociom i wujkom chłopca, jedynym wyjątkiem była jego matka, Polka. Choć zawsze uważała poznawanie i uczenie się obcych języków za ważne i potrzebne, szczególnie mowy własnych rodziców, to w tym przypadku wiedziała, że źródła owej euforii należy szukać gdzie indziej.

Nadia nie mogła zrozumieć, dlaczego tak bardzo zależy tym ludziom, aby zabić w dziecku poczucie przynależności do kraju jego matki, aby odebrać mu tożsamość. Zdawała sobie sprawę, jak ważną rzeczą jest umiejętność czytania i pisania, znajomość kultury i religii danego kraju, lecz nie mogła zdradzić się, jak bardzo świadoma jest pobudek swojej arabskiej rodziny. Odgrywana przez nią rola przykładnej żony muzułmańskiego męża miała być perfekcyjna. Polka pilnowała się na każdym kroku. Wiedziała, że inaczej nigdy nie uda się jej powrócić z dziećmi do swojej ojczyzny.

Karim dostrzegał przemianę mamy, a także to, że – zgodnie z daną mu obietnicą – w domu było inaczej, czyli spokojniej. Rozumiał doskonale, że jest w tym ukryty cel, o którym tylko ona wiedziała. Nadia pogodnie znosiła swój nieszczęsny los, lecz – jak ktoś mądry powiedział – oczy są zwierciadłem duszy. Jej oczy były smutne, ale bardzo czujne.

Ojciec Karimka, Muchtar, zakupił mu całą wyprawkę szkolną, w tym oczywiście podręczniki. To, co można było tam ujrzeć, przeraziłoby każdego rodzica. Znajdowały się w nich autentyczne zdjęcia przedstawiające wrogów, przede wszystkim żydów, zabitych przez bohaterskich muzułmanów, głównie z Palestyny. Najczęściej fotografie przedstawiały dzielnych zamachowców samobójców z uśmiechniętymi twarzami, oczywiście jeszcze za życia. Celem było oswajanie dzieci, już od najmłodszych lat, z widokiem tego rodzaju zbrodni oraz wpajanie im ideologii bohaterskiego czynu dla kraju, a przede wszystkim dla swojej fanatycznej religii.

Już na tak wczesnym etapie życia dzieci uczone są, że powinny brać czynny udział w świętej wojnie, czyli dżihadzie. Nie ma mowy, aby młodzi ludzie, którym nienawiść do innowierców wpajana jest od rana do nocy – w ich rodzinnych domach, w szkole, w telewizji, poprzez bajki dla najmłodszych – mieli inny pogląd na tę przemoc. To wszystko ma pobudzać do groźnego fanatyzmu. Dzieci dorastają z nienawiścią wpajaną im na każdym kroku. Są manipulowane w taki sposób, iż w dorosłym życiu zdecydowanie się na radykalny krok nie jest dla nich takie trudne. Nienawiść dzieli od zbrodniczego czynu tylko cienka linia. Do takiej szkoły miał zacząć uczęszczać synek Nadii.

Kiedy nadszedł ten ważny dzień, Karim ochoczo udał się na rozpoczęcie nowego roku szkolnego. Nikt go nie odprowadził, bo nie ma w Libii takiego zwyczaju. Tamtejsi ludzie uważają, że dzieci rozpoczynające naukę powinny być już samodzielne. Matki zwykle posiadają już gromadkę młodszych pociech, poza tym nie mają dość swobody, aby bez wyraźnej potrzeby mogły opuszczać swój dom. Ojcowie zaś są albo bardzo zajęci, albo po prostu im się nie chce.

Pierwsze tygodnie w szkole minęły bez żadnej sensacji. Chłopiec wstawał codziennie wcześnie rano, a po zjedzeniu śniadania zakładał na plecy ciężką torbę i wychodził na lekcje. Na szczęście szkoła nie była zbyt oddalona od domu. Wszystkie dzieci szły piaszczystą ulicą pozbawioną chodnika, po której jak szalone jeździły samochody, zupełnie nie zważając na małych uczniów.

Nadia bardzo przeżywała tę wędrówkę syna, dając mu masę uwag, jak ma poruszać się na drodze. Z czasem jednak zachowanie Karima uległo zmianie. Zaczął ociągać się ze wstawaniem, a później robił wszystko, aby odwlec swoje wyjście z domu. Kiedy ojciec był obecny, robił to dyskretnie, lecz przy mamie buntował się ze łzami w oczach.

Nadia była przerażona zachowaniem syna szczególnie, iż on nie podawał żadnej konkretnej przyczyny swojego zachowania. Wiedziała na pewno, że cierpi i nie jest szczęśliwy w tej szkole.

Dla niej samej bolesna była świadomość, iż pierwsze litery stawiane przez synka nie są polskimi, a obcymi znakami pisanymi od prawej do lewej strony. Wreszcie Karim zaczął wracać ze szkoły w bardzo ubrudzonym ubraniu i czuć od niego było nieznośny odór – mieszankę moczu i kału z jakimś silnym środkiem do dezynfekcji. Konieczne stało się codzienne pranie, aby fartuch szkolny był gotowy na następny dzień. Nie było z tym problemu, bo rzeczy szybko schły w afrykańskim słońcu.

– Karimku, powiedz mi, co robisz w szkole, że jesteś taki brudny? – zapytała Nadia.

– Sprzątam ubikację – odpowiedziało dziecko, a w jego głosie kryło się zdenerwowanie.

– Jak to, ty sprzątasz? Dlaczego nie osoba do tego zatrudniona?

– Tak powiedział dyrektor naszej szkoły. Uczniowie mają sami po sobie sprzątać cały budynek, a ja tego nie znoszę. Nie chcę iść więcej do tej okropnej szkoły. Mamo, zabierz mnie z niej! – rozpłakał się Karim. – Oni nas tam biją za najdrobniejsze rzeczy. Nie można odezwać się jednym słowem ani nawet o cokolwiek zapytać.

Chłopiec wyciągnął przed siebie rączkę, a na otwartej dłoni Nadia zobaczyła czerwoną pręgę od uderzenia cienką witką. Przytuliła mocno synka, ale jej bezsilność była tak wielka, że nie mogła znaleźć słów pocieszenia. Pragnęła uwolnić go z tego horroru – udać się na lotnisko i uciec stąd jak najdalej.

– Wytrzymaj jeszcze trochę, Karimku – mówiła. – Wszystko będzie dobrze. Zaufaj mi, przecież nigdy cię nie okłamałam.

– Dobrze, mamusiu, dam radę – odpowiedział bardzo dojrzale.

Pewnego dnia, gdy już dawno skończyły się zajęcia lekcyjne i wszystkie dzieci rozeszły się do swoich domów, Karima jeszcze nie było. Nadia pełna lęku i złych przeczuć stała na balkonie, wyglądając na pustą ulicę. Wypatrywała swojego dziecka, ale zamiast niego dostrzegła męża, który posłał jej złowrogie spojrzenie. Był oburzony, iż jego żona – niczym bezwstydnica – wygląda przez balkon, wystawiając się na widok publiczny. To wbrew libijskim obyczajom. Nadii było wszystko jedno, jak zareaguje jej małżonek. Liczył się tylko Karim i troska o niego.

Po chwili ujrzała syna. Szedł wolno z bardzo nieszczęśliwą miną, ciągnąc za sobą swój plecak po wszędobylskim piasku. Ze ściśniętym sercem kobieta oczekiwała na to, co się stanie.

Muchtar wpadł do domu, złorzecząc i przeklinając od progu. Nadia jednak niczego nie czuła i nie słyszała, liczyło się tylko to, że synek jest cały i zdrowy. Zniosła wszystko, kiedy wyładowywał na niej swoją wściekłość, była już uodporniona na ból.

Po kilku godzinach, gdy w końcu nastała cisza, podszedł do niej Karim i tym razem to on ją mocno przytulił.

– Wytrzymaj, mamo, i bądź dzielna.

– Będę, synku – odpowiedziała. – Wytrzymam.

Nastał czas, kiedy mąż Nadii zaczął dostrzegać, że jego cudzoziemska małżonka złagodniała. Przekonał się, że jego ojczyzna – wraz ze wszystkimi panującymi zwyczajami i nakazami – stała się dla Polki miejscem do życia. Ustał w końcu jej bunt, narzekanie, a i sam islam stawał się dla niej religią coraz bliższą. Muchtar dziękował za to Bogu w swoich rytualnych modlitwach. Nadia zaczęła z należytą czcią traktować rodzinę męża, zgadzała się z nią we wszystkim, a jego karcenia w każdej postaci przyjmowała z pokorą i bez słowa skargi.

Allach jest wielki – myślał Arab, wznosząc oczy do nieba. Jego nieufność i podejrzliwość w stosunku do Nadii usypiała się coraz bardziej.

Któregoś dnia w przypływie dobrego nastroju, po miłych chwilach bliskości spędzonych ze swoją odmienioną żoną, Muchtar zaczął rozważać, czy nie byłoby dobrze zapisać Karimka do szkoły, która funkcjonowała przy ambasadzie polskiej. Uczęszczały tam dzieci Polaków, którzy przebywali na kontraktach w Trypolisie: lekarzy, inżynierów oraz pracowników administracyjnych ambasady.

– Co o tym sądzisz, Nadio? Czy Karim pogodziłby naukę w dwóch szkołach? Edukacja w tej polskiej odbywałaby się metodą eksternistyczną. Dałabyś radę przerabiać z nim materiał? Oczywiście nie zapominając o swoich obowiązkach względem rodziny – to priorytet bezdyskusyjny!

Serce Nadii z wrażenia biło jak oszalałe, lecz odpowiedziała chłodno, aby Muchtar nie zauważył niczego podejrzanego:

– Myślę, że tak, ale zapytajmy naszego syna, czy chciałby uczyć się języka polskiego.

Była pewna odpowiedzi swojego mądrego dziecka.

Karimowi, po usłyszeniu tej nowiny, zaświeciły się oczy. Zgodził się natychmiast, lecz ojciec kazał mu przyrzec, iż będzie stawiał naukę w arabskiej szkole na pierwszym miejscu. Chłopiec dał słowo.

– Niech Allach, drogi mężu, zawsze prostuje twoje ścieżki – powiedziała jego coraz bardziej bogobojna żona.

Karim zaczął uczęszczać do polskiej szkoły, gdzie miał zajęcia trzy razy w tygodniu. Nie było mu łatwo. Wracał z arabskich lekcji, na których przebywał od wczesnych godzin porannych, zmieniał plecak na ten z polskimi podręcznikami i jechał z ojcem do kolejnej szkoły. Muchtar w tym czasie, kiedy syn miał zajęcia, odwiedzał swoich kolegów mieszkających w pobliżu. Oddawali się wówczas męskim rozmowom oraz piciu tradycyjnej herbaty lub kawy. Po tak męczącym dniu nauki Karim musiał jeszcze odrobić pracę domową zadaną w libijskiej szkole.

Nadii sprawiało radość uczenie synka polskich liter. Chłopiec był bardzo pojętnym uczniem, z ochotą poznawał alfabet, zaczynał składać litery w słowa, czytając pierwsze zdania. Przeważnie uczyli się i odrabiali lekcje w czasie, gdy Muchtara nie było w domu. Kobieta obawiała się, aby jej radość i entuzjazm nie wzbudziły jakichkolwiek niepotrzebnych podejrzeń męża.

Jeden jedyny raz mąż zabrał Nadię, aby zobaczyła swoje dziecko uczące się w polskiej szkole. Weszła do klasy i ujrzała syna siedzącego w ławce wśród innych małych Polaków. Łzy wzruszenia pojawiły się w jej oczach. Karim wyróżniał się od reszty dzieci śniadą karnacją.

Czasami chłopiec buntował się przed pójściem do arabskiej szkoły, wymyślając coraz to nową dolegliwość. Raz skarżył się na ból brzucha, innym razem – gardła. Ojciec, gdy to usłyszał, zagroził mu, że jeżeli tak będzie postępował, przestanie zawozić go do polskiej szkoły. To oznaczałoby dla niego pozostanie z rodziną taty w czasie, gdy rodzice będą w Polsce. Takie realne zagrożenie podziałało na chłopca tak mocno, że nawet wtedy, kiedy naprawdę źle się czuł, nie skarżąc się na nic, wybierał się do swojej nielubianej szkoły. Jego mama dobrze rozumiała tę niechęć. Wiedziała, jak trudno uczyć się jednocześnie w dwóch szkołach, prawie w tych samych dniach i to w dwóch tak odrębnych językach pisanych w zupełnie inny sposób.

Arabskie znaki pisane są od prawej strony do lewej, nie ma wielkich liter ani drukowanych. Język ten pochodzi z rodziny języków semickich. Sprawę pogarszał jeszcze fakt, że niekiedy Karimowi myliło się, w jakim języku odpowiada, co bardzo złościło libijskie nauczycielki, które za taką pomyłkę wymierzały mu karę w postaci uderzenia linijką w otwartą dłoń. Rówieśnicy też nie byli lepsi, śmiejąc się z niego i przezywając od dziwaków.

W końcu nadszedł czas egzaminu, który decydował o ukończeniu pierwszej klasy w polskiej szkole podstawowej. Miał się on odbyć następnego dnia w samo południe. Karim trochę się stresował, lecz także cieszyło go to i był z siebie dumny. Dumna była również Nadia, w końcu włożyła w tę naukę całe serce. Muchtarowi to się nie spodobało.

– Dlaczego nie jesteś tak zadowolona z postępów syna w libijskiej szkole? Czemu nie słyszę twoich pochwał, gdy recytuje sury w Koranie? Co ty znowu, kobieto, knujesz? – nakręcał się coraz bardziej. – Żadnego egzaminu jutro nie będzie – oznajmił gniewnie, po czym zamknął się w salonie przeznaczonym dla mężczyzn. To oznaczało koniec dyskusji w tym temacie.

Nadia aż nadto dobrze znała jego arabski upór, który wraz z psychopatyczną naturą czynił z niego tyrana zdolnego do wszystkiego. Przez całą noc siedziała pod drzwiami pokoju, płacząc i prosząc go, aby nie robił tego dziecku, nie marnował jego wielkiego trudu. Wylewając morze łez, coraz trudniej było jej szukać słów i argumentów, które mogłyby wpłynąć na zmianę nieludzkiej decyzji małżonka.

Karim, leżąc na materacu, płakał cicho, aby nie obudzić swojego młodszego brata, Malika. Małe, niewinne dziecko znów było świadkiem czegoś, co nigdy nie powinno mieć miejsca. Chłopiec chciał wstać i być może zmusić ojca, aby otworzył drzwi, zmienił okrutną, niezrozumiałą decyzję, lecz strach nie pozwalał mu ruszyć się z miejsca. Słyszał płacz matki i był zupełnie bezsilny, pozbawiony od wczesnego dzieciństwa tej najważniejszej rzeczy w życiu każdego człowieka, jaką jest poczucie bezpieczeństwa.

Muchtar, nie robiąc sobie żadnych wyrzutów i nie zważając na płacz żony, spokojnie zasnął zamknięty w salonie. Nadia nie odeszła od drzwi, czekając na cud. Prosiła Boga, aby jej dopomógł, litując się nad dzieckiem, które pilnie uczyło się przez rok w dwóch szkołach. Przecież ta nauka nie mogła pójść na marne, bo to tak bardzo niesprawiedliwe.

Gdy minęła noc, Karim – jak gdyby nigdy nic – ubrał się i, gotowy do drogi na szkolny egzamin, zaczął stukać do pokoju śpiącego ojca. Mówił do niego spokojnie w jego ojczystym języku, co zawsze bardzo cieszyło Muchtara. Mały dobrze wiedział, jakich użyć argumentów, w jaki sposób można przypodobać się ojcu. Czuł, że tylko on może go przekonać, bo mamie się to nie uda, ona nie ma żadnych szans.

Po dłuższej chwili poruszył się klucz w zamku, a w drzwiach stanął zaspany Muchtar. Zażądał kawy. Karim nie odstępował go na krok, rozmawiając z nim, jakby o niczym nie miał pojęcia. Nadia nie słyszała, o czym dyskutowali. Wolała nie wchodzić mężowi w drogę, aby niczym go nie rozdrażnić. Do tego nie trzeba było wiele.

Wkrótce usłyszała trzaśnięcie drzwi wejściowych i głos bawiącego się Malika. A więc pojechali... Szybko zorientowała się, że zniknęła przygotowana torba z przyborami na egzamin. Odetchnęła z ulgą i – mimo ogromnego zmęczenia po ciężkiej, nieprzespanej nocy – poczuła znów przypływ nadziei na powrót do swojej ojczyzny.

Mąż i syn długo nie wracali. Zdążył już nadejść wieczór – duszny i gorący jak zwykle w letniej porze roku.

Karimek przyszedł sam. Ojciec podwiózł go przed dom, a sam pojechał w sobie tylko znane miejsce.

– Synu, nareszcie! – zawołała wzruszona a zarazem zdenerwowana matka. – Opowiadaj, zdałeś egzamin?

– Tak, mamusiu. Nie był wcale trudny, było wszystko to, o czym uczyliśmy się razem.

Nadii płynęły łzy po policzkach, tym razem z radości. W duchu dziękowała Bogu. Głęboko wierzyła, że jej nie opuścił, że jest przy niej, pomaga w najbardziej beznadziejnych momentach życia na obczyźnie.

– Mamusiu, wszystkie dzieci były ze swoimi rodzicami, tylko ja jeden byłem zupełnie sam. Tata nie wszedł do środka, tylko czekał na mnie w samochodzie, każąc mi się bardzo spieszyć.

Nadii zrobiło się smutno i bardzo przykro, że w tak ważnym momencie nie mogła być przy swoim synu.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Pokój bez okna

Dostępne w wersji pełnej

Wychować syna terrorystę

Dostępne w wersji pełnej

Mur

Dostępne w wersji pełnej

Od Autorki

Dostępne w wersji pełnej

Redakcja i korekta

Anna Gniewkowska-Gracz

Projekt okładki

Michał Mierzejewski

© Copyright by

Wydawnictwo „Bernardinum” Sp. z o.o., 2018

Wydawnictwo „Bernardinum” Sp. z o.o.

ul. Biskupa Dominika 11, 83-130 Pelplin

tel. 58 536 17 57, fax 58 536 17 26

bernardinum@bernardinum.com.pl

www.bernardinum.com.pl

ISBN 978-83-8127-231-5

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Weronika Panecka