Wydawca: Wielka Litera Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 231 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dzieci Syjonu - Henryk Grynberg

Dzieci Syjonu to wstrząsająca opowieść dokumentalna, którą Henryk Grynberg skomponował na podstawie zeznań żydowskich dzieci ewakuowanych ze Związku Radzieckiego do Palestyny przez armię gen. Andersa. To opowieść o straszliwych konsekwencjach wojny poza frontem walk i dramacie uchodźców – głodzie, przerażeniu, osamotnieniu, śmierci. Ale też o sile ludzkiej woli, która pozwala przezwyciężyć zło. Jest to historia tym bardziej przejmująca, że opowiadają ją najbardziej bezbronne ofiary wojny. Książka opatrzona zdjęciami.

Opinie o ebooku Dzieci Syjonu - Henryk Grynberg

Fragment ebooka Dzieci Syjonu - Henryk Grynberg

HenrykGrynberg

Dzieci Syjonu

Fragment

Pamięci ojców, matek i dzieci,

których kości oznaczyły drogi

i stacje męki na nieludzkich obszarach

wschodniej Europy, Syberii

i środkowej Azji

Od autora

Opowieść dokumentalna Dzieci Syjonu powstała z fragmentów protokołów spisanych w Palestynie w 1943 roku przez polskie Centrum Informacji na Wschód na podstawie zeznań dzieci żydowskich, które ewakuowano ze Związku Sowieckiego do Palestyny. Dokumenty te, zwane protokołami palestyńskimi, przesyłano do Londynu na ręce ministra Informacji i Dokumentacji Stanisława Kota. Ich kopie znajdują się w archiwum Instytutu Hoovera w Stanfordzie, w zbiorze: Poland – Ministerstwo Informacji i Dokumentacji, Box 197, Folders 1–4, Polish Information Center – Jerusalem, Reports of Jewish deportees. Wskazali mi je i udostępnili prof. Norman Naimark i Hanna Cudna-Martyniuk, moja rodaczka ze wschodniego Mazowsza, za co obojgu wyrażam podziękowanie.

Z protokołów palestyńskich, które opisują najpierw okrucieństwa okupanta niemieckiego w 1939 roku, a następnie losy uchodźców i deportowanych w Związku Sowieckim, wyłania się klasyczna tragedia nowożytna, gdzie – według definicji Jolanty Brach-Czainy – giną bezradne, anonimowe ofiary „bez związku z własnymi czynami czy przekonaniami” i „bez możliwości przeciwstawienia się złu”. Dokumenty te są bardziej wiarygodne od innych, bo dzieci na ogół nie manipulują informacją.

Jak wynika z instrukcji do ankiety zbieranej wśród uchodźców, władze polskie na uchodźstwie chciały „wykazać przed światem (...), że Żydzi w Rosji Sowieckiej, wobec istniejącego nieoficjalnego antysemityzmu (...), cierpieli podwójnie – jako obywatele polscy i jako Żydzi”. Zeznania dzieci żydowskich tego nie potwierdzają. Zaprzeczają one także wnioskowi polskiego dowództwa na Wschodzie – do którego skłania się Krystyna Kersten w książce Polacy, Żydzi, komunizm – że po amnestii dla obywateli polskich NKWD celowo ułatwiało Żydom opuszczanie łagrów i innych miejsc zesłania, a utrudniało etnicznym Polakom. Zresztą, zaprzecza temu również Inny świat Herlinga-Grudzińskiego.

Tylko 871 dzieci żydowskich zabrano z piekła wśród ewakuowanych w 1942 roku do Iranu dzieci polskich, których ogólną liczbę Jan Tomasz Gross i Irena Grudzińska-Gross w książce W czterdziestym nas matko na Sybir zesłali... („Aneks” 1983) szacują na niespełna 20 tysięcy, a Kersten na 12–14 tysięcy, choć – według Grossów – Żydzi stanowili 30 procent obywateli polskich zesłanych i deportowanych w głąb Rosji, a według ocen przytaczanych przez Kersten od 30 do 50 procent. W podobnej dysproporcji na 130 dokumentów dziecięcych – pochodzących z archiwum Instytutu Hoovera – przytoczonych w książce Grossów (120 w wersji angielskiej) znalazły się tylko cztery zeznania dzieci żydowskich.[1]

Aby usprawnić narrację i uwolnić ją od drewna urzędniczego stylu, musiałem przeredagować większość wybranych akapitów i zdań, ale ich treść nie uległa zmianie. Każdy głos oddzielony jest akapitem. Starałem się przy tym zachować swoisty charakter tej rzadkiej symbiozy dziecięcej opowieści z urzędowym sprawozdaniem. Świadomie pozostawiłem charakterystyczne dla tamtych czasów i miejsc wyrazy, jak: furka, tanki zamiast czołgi, wata jako bawełna, frazy, jak: na posiołku, na kołchoz, oboczności, jak: NKWD-ziści i NKWD-owcy, dom sierot i ochronka, niekonsekwentną terminologię: naczelnik-komendant-komisarz, policja-milicja, a nawet odmienne wersje, daty i godziny wydarzeń. Niektóre mniej znane nazwy geograficzne zostały w protokołach wypaczone. Wiele z nich udało mi się zidentyfikować i skorygować, ale być może nie wszystkie.

Tekst pochodzi z 73 protokołów, których spis przedstawiony jest na stronie 229. Rozpiętość wieku zeznających była znaczna, bo od 11 do 18 lat, ale większość miała lat 13–14. Dla uzupełnienia obrazu dodałem fragmenty zeznania 25-letniej kobiety z Limanowej (nr 163) i jedno zdanie 25-letniej fikcyjnej „żony żołnierza” (nr 88).

Praca polegała głównie na selekcji i kompozycji. Zbyt wiele się wydarzyło, aby trzeba było cokolwiek dopisywać i wydaje mi się, że zebrana tu epika wskazuje niezmierzony potencjał literatury dokumentalnej.

[1] Literatura przedmiotu (głównie związana z polską emigracją polityczną) zgodnie twierdzi, że łączna liczba dzieci ewakuowanych z ZSRR drogą morską do Pahlevi wyniosła 19 500, w tym 5737 junaków i młodszych ochotniczek. Liczba dzieci narodowości żydowskiej w tej grupie nie jest do końca ustalona i przyjmuje się, że mogła wynosić ok. 800. Ponadto 1215 dzieci zostało ewakuowanych drogą lądową z Aszchabadu do Maszhadu; wśród nich było ponad 100 dzieci żydowskich.

Żyło nam się nieźle

Ojciec mój skupował na wsi siano, które woził do Warszawy i innych miast. Mieliśmy własny dom i powodziło nam się dobrze.

Ojciec mój dzierżawił sady w okolicy Czerniakowa i sprzedawał owoce do Warszawy.

Ojciec mój handlował bydłem. Jego klientami byli dziedzice i chłopi.

Ojciec mój był handlarzem bydła, mieszkaliśmy we własnym domku i powodziło nam się nieźle.

Ojciec mój miał mleczarnię w Czarnym Dunajcu, gdzie żyło sto rodzin żydowskich i wszyscy dobrze zarabiali.

Ojciec mój był właścicielem młyna.

Ojciec mój był brakarzem, jego zajęcie polegało na szacowaniu lasu.

Ojciec mój był administratorem lasu. Mieliśmy w Biłgoraju trzypiętrową kamienicę naprzeciwko klasztoru.

Ojciec mój miał majątek ziemski pod Łunińcem, 18 tysięcy hektarów z tartakiem i stolarnią, ale mieszkaliśmy w Warszawie.

Mój ojciec był szewcem i miał dwóch terminatorów. Klientela jego składała się z bogatych dziedziców i urzędników.

Mój ojciec miał fabrykę obuwia, gdzie pracowało dwudziestu robotników.

Mój ojciec był właścicielem fabryki tekstylnej, która mieściła się na ulicy Piotrkowskiej 220 i zatrudniała przeszło stu robotników. Mieszkaliśmy w Łodzi.

Mój ojciec był właścicielem fabryki świec i hurtowego składu spożywczego. Mieszkaliśmy w Różanie.

Mój ojciec do spółki z wujkiem prowadził browar, obok którego stał nasz dom w fabrycznej dzielnicy Tarnowa.

Mój ojciec był zamożnym człowiekiem. Mieliśmy w Wieliczce kamienicę i hurtowy skład mąki.

Mój ojciec miał w Jarosławiu skład papieru, jedyny w całej okolicy.

Mój ojciec miał składy surowej wełny i należeliśmy do najzamożniejszych Żydów w Majdanie.

Ojciec był właścicielem szynku i rodzice moi nigdy się nie uskarżali, że źle im się powodzi.

Ojciec był właścicielem autobusu, który kursował między Stoczkiem a Łukowem.

Ojciec był szoferem.

Ojciec miał sklepik, mieszkaliśmy we własnym domku i żyło nam się nieźle.

Ojciec miał maszynę do wyrobu trykotaży. Siostra i starszy brat mu pomagali, a ja chodziłem do szkoły.

Ojciec był inkasentem w fabryce. Moje siostry, szesnastoletnia Helka i piętnastoletnia Irka, uczyły się, żeby dostać dobre posady, bo zarobki ojca były niewystarczające.

Ojciec pracował w biurze firmy „Stock”. Ja i moja starsza siostra Gerda uczyłyśmy się w gimnazjum.

Ojciec był buchalterem w Krajowej Fabryce Konserw.

Ojciec był rzezakiem i mieliśmy jatkę z koszernym mięsem. Starsze dzieci nie pracowały, tylko się uczyły.

Ojciec był rzezakiem i mieliśmy własny domek. Było nas pięcioro dzieci, wszyscy uczyliśmy się i nie brakowało nam niczego.

Mój ojciec, znany rabin, miał w Siedlcach dużo zwolenników, którzy kupili mu dom. Mieścił się w nim bet-hamidrasz[2] pełen drogich ksiąg i nasze prywatne mieszkanie.

Mój dziadek był rabinem w Leżajsku. Ponieważ był bardzo stary i nie mógł wykonywać wszystkich obowiązków, mój ojciec go zastępował.

Mój ojciec był człowiekiem pobożnym i właścicielem fabryki cukierków. Należał do najbardziej szanowanych obywateli w Jarosławiu.

Mój ojciec był człowiekiem słabowitym, cierpiał na serce i nic nie robił tylko uczył się całymi dniami. Żyliśmy z pomocy, jakiej udzielali nam krewni z Ameryki.

Ojciec mój był kamasznikiem. Prowadził warsztat, w którym pracowało kilku robotników i powodziło nam się nieźle.

Ojciec mój był kapelusznikiem i żyło nam się nieźle.

Mieliśmy kram na bazarze, a w domu warsztat, gdzie ojciec robił czapki i kapelusze.

Ojciec mój był garbarzem i dobrze zarabiał.

Ojciec mój zajmował się wyrobem szczotek, nigdy nie byliśmy bogaci.

Ojciec mój był stolarzem i mieszkaliśmy we własnym domku pod Leżajskiem.

Ojciec mój był stolarzem. Matka umarła, gdy miałam trzy lata i ojciec ożenił się po raz drugi, ale macocha była dla mnie dobra jak matka.

Rodzice moi mieli sklep z konfekcją. Mieszkaliśmy w Warszawie.

Ojciec mój był piekarzem i mieszkaliśmy w Oświęcimiu. Mieliśmy własną piekarnię i sklep z pieczywem w rynku i żyliśmy spokojnie.

Ojciec mój był właścicielem sklepu galanteryjnego w Krakowie. Na rok przed wojną przenieśliśmy się do Rozwadowa, gdy dostaliśmy tam spadek po dziadku.

Mieliśmy sklep galanteryjny w Kolonii. W 1938 roku Niemcy wysiedlili nas i długo przebywaliśmy w obozie pod Zbąszynem. Mój ojciec tam umarł, a ja z matką wyjechaliśmy do Rozwadowa, gdzie mieliśmy krewnych.

W 1939 roku mieszkałem w Warszawie w internacie jeszybotu[3], gdzie pobierałem nauki.

Ojciec mój był buchalterem, znał się na polityce i przewidywał, że będzie wojna z Niemcami.

Mieszkaliśmy w Bielsku-Białej na ulicy Kościuszki. Ojciec pracował u adwokata. Był porucznikiem rezerwy i co rok wzywano go na ćwiczenia. Dwa tygodnie przed wybuchem wojny ojciec poszedł do biura i zastał tam rozkaz natychmiastowej mobilizacji. Nie miał nawet czasu, żeby się z nami pożegnać.

Na dwa tygodnie przed wybuchem wojny rodzice wysłali mnie z Krakowa do Przemyśla, bo spodziewali się nadejścia Niemców.

Na dziesięć dni przed wybuchem wojny nakazano ewakuację ludności Bielska. Nie pozwalano zabierać do pociągu większego bagażu i przyjechaliśmy do Lwowa prawie bez rzeczy. Dostaliśmy mieszkanie na ulicy 3 Maja, ale ojciec nie wiedział co dalej robić, bo oszczędności mieliśmy niewielkie.

Na tydzień przed wybuchem wojny wyjechaliśmy z Nowego Sącza, który leżał niedaleko granicy, i udaliśmy do dziadka do Rozwadowa.

Uciekliśmy z Przasnysza do Pułtuska, bo ojciec spodziewał się wybuchu wojny, a macocha miała rodzić.

Żydzi uciekali z Pułtuska, ale my zostaliśmy, bo mama była słaba i ojciec z małymi dziećmi bał się ruszać z domu.

Pewnego dnia w czasie zabawy z dziećmi zobaczyłam, że na murach naklejają kartki. Nie umiałam jeszcze czytać i pobiegłam do mamy, żeby zobaczyła, co to jest. Kiedy mama przyszła, stało już tam dużo ludzi i mówiono, że będzie wojna. Ojciec wrócił do domu bardzo zdenerwowany. Mówił, że wszyscy uciekają i nie wiadomo, czy dostaniemy furmankę.

Zanim wybuchła wojna ojciec wyjechał do Łucka, do swego brata, a mama wyprzedawała ze sklepu ubrania.

Na kilka dni przed wybuchem wojny mówiło się w miasteczku, że niebezpieczeństwo się zbliża i ojciec zaczął jeździć po wsiach po pieniądze, które mu się należały za bydło, ale mało kto płacił i ojciec został prawie bez grosza.

Miałam osiem lat i chodziłam do szkoły powszechnej w Kałuszynie. Ojciec mój uciekł do Brześcia.

Na dwa dni przed wybuchem wojny, opuściliśmy Bielsko i pojechaliśmy do dziadka do Grzymałowa.

Bielsko znajdowało się na granicy, wielu Niemców mieszkało u nas i stale wygrażali Żydom, więc mama zapakowała rzeczy i uciekliśmy. Mój najstarszy brat Abram miał wówczas piętnaście lat, a młodsze siostry Marta i Róża dziesięć i osiem.

W Różanie skoncentrowano wojsko i zarządzono ewakuację ludności cywilnej, więc rodzina moja uciekła do Długosiodła, gdzie mieliśmy krewnych.

Kiedy zarządzono ewakuację Różana, uciekliśmy do Długosiodła, gdzie spotkaliśmy Żydów z wielu innych nadgranicznych miasteczek.

Kiedy zarządzono ewakuację, uciekliśmy do Ostrowi Mazowieckiej, gdzie mieszkał nasz kuzyn.

[2] Bet-hamidrasz – właśc. bet midrasz (hebr.) – „dom nauki” – miejsce studiów Prawa, dyskusji nad problemami judaizmu.

[3] Jeszybot (hebr.) – ortodoksyjna uczelnia rabinacka.

Kiedy wybuchła wojna

Kiedy rozlepiono obwieszczenia, że Niemcy napadli na Polskę, w miasteczku powstała panika i ludzie zaczęli uciekać, ale ojciec nie chciał opuścić domu.

W piątek 1 września niemieckie samoloty bombardowały Oświęcim. Koło nas padła bomba i było trzech zabitych. Ludzie zaczęli uciekać. Przed naszym domem stał już wóz zaprzężony w dwa konie, ale w mieście stacjonowało wojsko, dla którego trzeba było piec chleb. Żołnierze mówili, że pod miastem będą się bronić i że nie ma powodu do ucieczki.

W piątek, 1 września wybuchła panika. Polacy, Żydzi, kto tylko mógł uciekał w kierunku Lwowa. Ojciec nie chciał uciekać, bo jakże tu z sześciorgiem dzieci i bez pieniędzy wyruszać w świat? Poza tym wierzył, że wojsko polskie będzie stawiać skuteczny opór. Ale kiedy zaczęto mówić, że Niemcy znajdują się już w Podhajcach i że ostatni pociąg odchodzi, ojciec zmienił decyzję. W pociągu ścisk był straszliwy, nie było gdzie siedzieć ani stać, chodzono po ludziach, tratowano dzieci. Na każdej stacji przybywali nowi pasażerowie i następowały bitwy pomiędzy nowo przybyłymi a wcześniejszymi. Gdy pojawiały się samoloty, pociąg przystawał i ludzie, tratując się wzajemnie wyskakiwali, aby ukryć się w rowach. Kiedy nalot mijał, znów pchano się do pociągu, gubiono rodziny i rzeczy. Cały czas się słyszało krzyki okradzionych, płacz dzieci i nawoływania. W ten sposób jechaliśmy dwie doby do Lwowa. Mówiono, że Lwów będzie broniony, że tu rozegra się wielka bitwa. Kopano rowy, nawet starzy Żydzi z pejsami kopali.

W dniu wybuchu wojny ludzie biegali tam i z powrotem, nie wiedząc, co począć. Rabin był tak zdenerwowany, że odesłał nas do domu, lecz w niedzielę, jak zwykle, poszedłem do chederu[4]. Przyszło niewielu kolegów, ale nauka się odbywała. Naraz rozległy się straszne trzaski i zobaczyliśmy, że sufit się pali. Nauczyciel kazał nam wyskakiwać przez okno jeden za drugim. Chcieliśmy biec do domu, ale rabin nie pozwolił, bo niebo było czarne od samolotów i zaprowadził nas do murowanego domu, gdzie znajdował się schron. Tego dnia spłonął nasz dom ze wszystkimi rzeczami i ojciec powiedział, po co ryzykować życie w mieście, lepiej schowajmy się na wsi. Zamieszkaliśmy u chłopa w stodole. Postawił nam z kilku cegieł kuchenkę, na której mama gotowała kartofle, ale przed Rosz Haszana[5] przysłano po ojca, bo miasto zostało bez rzezaka, więc wróciliśmy do Tomaszowa i zamieszkaliśmy u krewnych.

W piątek, 1 września, uczniowie jeszybotu uciekali do swych rodzin, ale ja nie mogłem wyjechać, bo linię kolejową do Różana przerwano.

Kiedy rozległa się strzelanina, zapakowaliśmy rzeczy i ukryliśmy się w schronie. W kilka godzin później władza polska wydała rozkaz, żeby opuścić miasteczko, ale stacja kolejowa została zbombardowana i musieliśmy pieszo iść do Nowego Targu. Pociąg bombardowano i dopiero po trzech dniach dojechaliśmy do Podhorców, gdzie mieliśmy znajomych.

Kiedy wybuchła wojna, byłam z mamą na letnisku w Falenicy. Kiedy Niemcy zbombardowali dom sierot w Otwocku i zabili wiele dzieci, zostawiłyśmy wszystko i wróciłyśmy kolejką do Warszawy. Ciemne miasto robiło straszne wrażenie i bałam się, że zgubię mamę.

Kiedy wybuchła wojna, znajdowaliśmy się w sadzie pod Skolimowem i pieszo wróciliśmy do Warszawy. Mieszkanie zastaliśmy otwarte i zrabowane. W naszej dzielnicy spadło najwięcej bomb i najwięcej ludzi zginęło.

Wujek pojechał do Warszawy po towar i tego dnia, kiedy wracał, wybuchła wojna. Pociąg został zbombardowany pod Garwolinem i wujek wrócił pieszo ze zranioną ręką. Radził nam, żebyśmy wyjechali z Chełma, gdzie znajdowały się fabryki przemysłu wojennego. W sobotę wieczorem siedliśmy na wóz wraz z dziadkiem, babką, wujkami, ciotkami i ich dziećmi, razem jedenaście osób. Droga zapchana była zepsutymi samochodami i zabitymi końmi. Samoloty niemieckie opuszczały się nisko i ostrzeliwały ludzi. Kryliśmy się w rowach i słyszeliśmy jęki rannych, którymi nikt się nie interesował.

W sobotę 2 września Niemcy zbombardowali Limanową.

W sobotę rano ojciec wrócił z bóżnicy bardzo zdenerwowany i powiedział, że podobno Niemcy przyjdą do Rabki. Mama zostawiła wszystko na kuchni i zapakowała poduszki. Mojemu bratu Meirowi, który miał dwanaście lat, dała małą walizkę, a mnie małą paczkę. Wszyscy Żydzi uciekali i zostało tylko kilku starców, którzy nie mogli podróżować. Na drodze było tyle ludzi z tobołami na plecach, wozów konnych i aut, że z trudem dostaliśmy się do Wiśniowca. Tam ojciec wynajął furkę, za którą zapłaciliśmy dużo pieniędzy, ale po kilku godzinach jazdy chłop powiedział, że dalej nie jedzie i kazał nam zejść. Ojciec błagał go, żeby się zlitował nad dziećmi, mama płakała, ale nic nie pomogło, zepchnął nas z wozu i odjechał. Ojciec nie miał siły nieść pościeli, więc ją rzucił przy drodze, mama rzuciła walizkę. Doszliśmy do Rzeszowa, gdzie na drugi dzień wsiedliśmy w pociąg do Jarosławia.

Niemcy zbombardowali Wyszków już nazajutrz po wybuchu wojny. Ludzie wyskakiwali oknami z płonących domów.

W sobotę, w drugim dniu wojny, rozpoczęło się bombardowanie Siedlec. Ulica Piękna, gdzie znajdowały się najładniejsze sklepy i mieszkali bogaci Żydzi, została całkowicie spalona. Także Kozia, ulica rzemieślników.

Niemcy bombardowali Siedlce dzień w dzień. O ósmej rano przylatywały samoloty zwiadowcze, a o dziewiątej bombowce i do jedenastej trwało bombardowanie. Podobnie było po obiedzie. Miasto płonęło. Ludzie uciekali na wieś, kładli się na polu i pod drzewami, bo piwnice stawały się grobami. W ciągu dziesięciu dni naliczono 2500 zabitych. W sobotę 9 września o dziewiątej rano wybiegliśmy z domu jak inni i skryliśmy się w okopach przygotowanych dla obrony. Kiedy wróciliśmy, nie mieliśmy dachu nad głową. Cały nasz dobytek spłonął wraz z księgami i pamiątkami, które przechodziły z pokolenia na pokolenie. Najbardziej zniszczone zostały ulice zamieszkane przez Żydów. Widzieliśmy uciekające wojsko. Uciekało też dużo ludności cywilnej, zwłaszcza młodzież. Zatrzymaliśmy się w jakimś ocalałym domu i z lękiem myśleliśmy o jutrze.

Samoloty niemieckie zbombardowały stację kolejową w Mrozach, a następnego dnia nasze miasto. Jedna bomba spadła koło kościoła i zabiła 32 Żydów, którzy stali w ogonku po chleb. Wśród zabitych rozpoznałem sześcioletniego Mendele. Wszędzie wybuchały pożary. Ojciec wziął mnie za rękę i pobiegliśmy do fabryki lodów, która była murowana i stała za miastem, ale wkrótce musieliśmy uciekać dalej, bo i tam zbliżał się ogień. Potem zgubiłem ojca i całą noc siedziałem na polu z moim bratem Abramem. Cały Kałuszyn się palił i było jasno jak w dzień. Dzieci płakały z głodu, jakiś Żyd pobiegł na wieś i przyniósł nam chleba. Miał na ręku kilkumiesięczne dziecko, którego matka zginęła. Na trzeci dzień poszliśmy zobaczyć, co zostało z naszego domu. Widzieliśmy czarne kominy. Zaduch był straszny, wiele koni i krów żywcem spaliło się w stajniach. Wielu starych i chorych ludzi nie zdążyło uciec. Po strumyku, który tam przepływał, rozpoznaliśmy miejsce, gdzie stał przedtem nasz dom. Rozgarnęliśmy gruzy i Abram wydał okrzyk radości, bo znalazł maszynę do szycia. Była to nowa maszyna, która stanowiła cały majątek naszego ojca. Znaleźliśmy też kilka garnków. Kiedyśmy tak grzebali w gruzach naszego domu, nadszedł ojciec zapłakany, bo właśnie dowiedział się, że nasz dziadek zginął w pożarze. Dziadek miał osiemdziesiąt lat, był ślepy i mieszkał na piętrze, w zgliszczach znaleziono jego szczątki. Ocalało kilka murowanych domów na Warszawskiej i bóżnica. Schronili się w niej wszyscy bezdomni, ścisk był straszny i dzieci nieustannie płakały.

Gdy nasz dom w Kałuszynie spłonął, zamieszkaliśmy za miastem u chłopa i tam mama urodziła dziecko. Chłopi przynosili nam mleko, kartofle i kaszę, a mama całymi dniami płakała.

Bombardowanie Broku trwało cały dzień i większość domów spłonęła. Na naszej ulicy tylko nasz dom ocalał.

Gdy zaczęto bombardować Goworowo, uciekliśmy na wieś i tułaliśmy się kilka dni, ale na sobotę ojciec postanowił wrócić do domu.

Bitwa o Różan trwała trzy doby i miasteczko zostało tak zniszczone, że nie było po co wracać.

*

We Lwowie mówiono, że wojny nie będzie i że wszystko się skończy na strachu, więc gdy ogłoszono alarm, wszyscy myśleli, że to na próbę i kilka tysięcy ludzi zginęło zanim schowano się do schronów.

W Mielcu znajdowały się fabryki samolotów i amunicji, które zatrudniały kilka tysięcy robotników, ale ani jednego Żyda. Robotnicy byli strasznymi antysemitami i zatruwali atmosferę w mieście. Niemcy bombardowali miasto przez kilka dni, a potem nastąpił skoncentrowany nalot na fabrykę amunicji i zginęło siedemdziesiąt osób. Nazajutrz rozstrzelano dwudziestu ludzi z fabryki za przekazywanie informacji wrogowi, a wśród nich dyrektora i majstrów. Jednego przyłapano, jak siedząc w nocy na drzewie dawał sygnały samolotom.

Gdy zaczęło się bombardowanie klasztoru, uciekliśmy na drugi koniec Biłgoraja do stryja. Najsilniejszy nalot nastąpił w poniedziałek 4 września. Na wiadomość, że płonie synagoga i bet-hamidrasz ojciec pobiegł zobaczyć, co dzieje się z naszym domem i ujrzał go w płomieniach. Z kilkuset domów ocalało tylko dwadzieścia.

Miasteczko nasze bombardowano 8 września, czternaście samolotów brało udział w bombardowaniu. W Nachalu mieszkało 3000 ludzi.

W Izbicy mieszkało 1200 Żydów. W drugim tygodniu wojny zaczęło się bombardowanie.

W Krzeszowie mieszkało 150 Żydów. Polacy zajęli pozycje w pobliskiej Stalowej Woli i ostrzeliwali Niemców z góry Frycz. Żeby lepiej ich widzieć, spalili nasze miasteczko.

Koło naszego domu i browaru znajdowała się fabryka amunicji, która stała się celem bombardowania i bomby spadły na nasz dom.

Gdy nasz dom został zbombardowany, zamieszkaliśmy u ciotki na Gęsiej. Przed Rosz Haszana, gdy mama się wybierała do synagogi, znów zaczęło się bombardowanie i dom ciotki spłonął. Poszliśmy do kuzyna na Pańską. Z jedzeniem było coraz gorzej i mama płakała, bo nie miała dla nas chleba. Pewnego dnia wrócił ojciec i przyniósł dużo chleba. Trzy dni jedliśmy ten chleb.

W czasie bombardowania Warszawy siedzieliśmy całe noce i dnie w piwnicy. Mama nie pozwalała ojcu wychodzić po jedzenie. Mówiła, że lepiej, żeby dzieci były głodne, niż, żeby straciły ojca. Potem bomba rozbiła fabrykę konserw i wynosiliśmy z niej puszki szprotek, ogórków i pomidorów. Najgorzej było, kiedy zabrakło wody. Ludzie chodzili do Wisły i wielu nie wracało.

W tydzień po wybuchu wojny, gdy wyszedł rozkaz, żeby wszyscy mężczyźni opuścili Warszawę, pojechaliśmy końmi do Brześcia, a stamtąd koleją do Łunińca. Na dzień przed wejściem Rosjan radzono nam, żebyśmy opuścili majątek, ale ojciec nie wiedział dokąd uciekać. Oficerowie, którzy do nas przychodzili, byli apatyczni i zdezorientowani, a pociągi nie wiedziały, w którą stronę jechać. Pojechaliśmy furką do Sarn.

Pan Bluman, właściciel firmy, w której pracował ojciec, dostał gdzieś benzynę i zabrał nas swoim autem z Warszawy. Całą noc jechaliśmy do Lublina drogą przepełnioną uchodźcami. Z powodu obecności rządu w Lublinie, Niemcy bombardowali miasto w straszliwy sposób i musieliśmy kryć się w polu. Wyruszyliśmy w stronę rumuńskiej granicy razem z wojskiem, ale posuwaliśmy się tak wolno, że nie zdążyliśmy jej przekroczyć.

Niemcy bombardowali nasze miasto w straszliwy sposób, więc wynajęliśmy furę i ruszyliśmy w drogę. Widzieliśmy mnóstwo uciekinierów. Fury tamowały drogi, nowe samochody stały opuszczone z powodu braku benzyny. Po trzech dniach dojechaliśmy do Dubienki, gdzie mieszkał ojciec mamy.

Dzień w dzień bombardowano nasze miasto, więc załadowaliśmy rzeczy na furę i ruszyliśmy w drogę, ale zaraz za miastem naszą furę zarekwirowano dla wojska i musieliśmy iść pieszo z tłumokami na plecach. Żołnierze przegnali nas z szosy, twierdząc, że nasze tłumoki służą jako znak dla niemieckich samolotów. Dowlekliśmy się do Bochni o pierwszej w nocy. Rano znów nadleciały samoloty. Opuszczały się nisko, rzucały bomby zapalające i strzelały z karabinów maszynowych. Ukryliśmy się w zburzonym domu. Kiedy się uspokoiło, ojciec kupił konia i wóz i ruszyliśmy dalej, ale nie wiedzieliśmy dokąd jechać, bo gdziekolwiek przybywaliśmy zaraz zbliżali się Niemcy, jakby nas gonili.

Nie mogliśmy dostać fury, bo wszystkie konie zarekwirowano dla wojska, ale żołnierze byli dobrzy i wzięli nas na wozy. Jeden wóz był tak załadowany produktami, że mógł zabrać tylko troje dzieci, więc mnie posadzono na drugi, a mama biegła z tyłu. W nocy wóz skręcił w boczną drogę i rano zobaczyłam, że jestem sama. Nadleciały samoloty. Leciały tak nisko, że widziałam siedzących w nich ludzi. Żołnierze się rozbiegli do lasu, a ja się nakryłam plandeką i myślałam sobie, że lepiej by było, żeby mnie zabili, niż żebym miała zostać sama. Potem biegałam po szosach i płakałam. Żołnierze wzięli mnie na furę i mówili, że może w Krakowie odnajdę mamę. Mamy w Krakowie nie znalazłam, ale spotkałam naszych sąsiadów, którzy też uciekli z Bielska. Kraków był ostrzeliwany, więc pojechaliśmy do Wisznicy. Dalej wszystkie drogi były odcięte i kazano nam się ukryć w piwnicy.

[4] Cheder (hebr.) – żydowska podstawowa szkoła religijna.

[5] Rosz Haszana (hebr.) – Święto Trąbek, żydowski Nowy Rok, przypadający pierwszego i drugiego dnia miesiąca tiszri, zwykle we wrześniu.

Niemcy, Niemcy, Niemcy

W tydzień po wybuchu wojny przybiegła ciotka krzycząc, że Niemcy nadchodzą. Przeraziliśmy się, bośmy nie przypuszczali, że są tak blisko. Ojciec, który był religijny i nosił brodę, bał się zostać we wsi i uciekł do Łańcuta. Po paru godzinach zastukano do naszych drzwi. Wujek Lejb otworzył i weszło pięciu Niemców. Spytali, kto jest właścicielem. Wujek powiedział, że właściciel uciekł. „A dlaczego wyście nie uciekli?” – zawołał Niemiec i zaczął wszystkich okładać szpicrutą. Potem spytał, gdzie jeszcze mieszkają Żydzi. Mojemu bratu udało się wymknąć przez boczne drzwi i uprzedził sąsiadów, więc gdy Niemcy wyszli z naszego domu, ujrzeli Żydów biegnących przez pole w kierunku miasta. Strzelali, ale nikogo nie trafili. Potem Niemcy wydali rozkaz, że do szóstej wieczorem nie ma być we wsi ani jednego Żyda, a jeśli kogoś spotkają, to na miejscu zastrzelą, więc zapakowaliśmy szybko rzeczy i uciekliśmy do Łańcuta.

Moja matka piekła chleb, gdy zaczęło się bombardowanie. Zostawiła wszystko i uciekliśmy do lasu. Nazajutrz przyszli do Izbicy Niemcy – trzy tanki i dużo motocykli. Wszyscy pochowali się i żywego ducha nie było na ulicy, jeden tylko rzezak Chaim Falek zamykał bramę domu. Niemcy strzelili do niego i zabili go. Potem wezwali wszystkich mężczyzn i kazali im stać z rękoma podniesionymi do góry. Po godzinie przyszedł oficer i zwrócił uwagę na jednego z synów Joska, wielkiego wzrostem. Cała rodzina była taka wysoka i byli ulubieńcami miasteczka. Oficer strzelił i zranił olbrzyma. Zawieziono go do Zamościa do szpitala, ale umarł. Całe miasteczko opłakiwało tego pięknego chłopca. Wśród Niemców byli żołnierze austriaccy, którzy nas pocieszali, że niedługo przyjdą Rosjanie.

Najpierw niemieckie aeroplany zbombardowały stację kolejową, a w parę dni później dzielnicę żydowską, więc uciekliśmy z Łukowa do Stoczka. Po sześciu dniach Niemcy wjechali do Stoczka i waląc w drzwi domów krzyczeli: „Juden heraus!”. Gdy wyszliśmy, kazali nam się ustawić w szeregi. Kilku Żydów zastrzelili na miejscu, a pozostałym kazali zabrać najpotrzebniejsze rzeczy i opuścić miasteczko, które po naszym wyjściu spalili.

Niemcy bombardowali Stoczek Łukowski 7 września. Samoloty latały bardzo nisko i rzucały bomby zapalające, tak że nie można było gasić pożarów. Mama uciekła z nami do wsi Gizubka, a ojciec został. 12 września ujrzeliśmy wielką łunę, a nazajutrz rano tłumy ludzi. Byli to uciekinierzy z naszego miasteczka, między nimi nasz ojciec. Opowiadał, że Niemcy podpalili wszystkie domy, nie pozwalając nikomu ratować dobytku. Pojechaliśmy do Łukowa.

Całą noc rozlegały się strzały, a rano usłyszeliśmy Niemców, którzy krzyczeli, żeby wszyscy Żydzi wyszli z ukrycia, bo jak nie, to będą strzelać. Mąż pani Racheli, pan Wolf, wyszedł. Zabrali także jej brata Abrama. Wieczorem, gdy inni mężczyźni wracali, pani Rachela pobiegła ich szukać. Pobiegłam za nią. Znalazłyśmy ich pod kościołem wśród zabitych Żydów. Leżeli tam również zabici żołnierze, mówiono, że to byli żydowscy jeńcy. Plac był czerwony od krwi. Widziałam to na własne oczy i słyszałam lament i płacz. Niemcy nie pozwalali zabrać zabitych. Kilku znanych Żydów poszło do generała i dostali pozwolenie, ale Niemcy pod kościołem nie wierzyli i grozili, że jeśli to się okaże nieprawdą, to zastrzelą jeszcze stu Żydów. Dopiero kiedy generał potwierdził, pozwolili zabrać zabitych. Brakowało mężczyzn do wykopania tylu grobów, więc żony zabitych pomagały. Stałam z dziećmi pana Wolfa i patrzyłam jak ich matka zasypuje grób. Na cmentarzu były wszystkie dzieci z Wisznicy, których ojcowie zostali zastrzeleni. Wiele dzieci przyszło trzymając w ręku czekoladę, którą im dali żołnierze. Mówiono, że to Austriacy, bo nie bili Żydów, tylko brali towar ze sklepów. Wołali oni do siebie chłopców mówiących po żydowsku i rozmawiali z nimi śmiejąc się. Widziałam jak na cmentarzu dzieci wyrzucały tę czekoladę. Wracałam do Bielska z panią Rachelą, jej bratową i panią Maszą, której męża również zabito w Wisznicy. Przyłączył się do nas chłopiec, który nie wyglądał na Żyda i dobrze mówił po niemiecku. Zatrzymywał niemieckich żołnierzy i dostawał od nich chleb i konserwy, którymi dzielił się z nami. Raz patrol niemiecki zapytał go, kto my jesteśmy. Powiedział, że sieroty, którym zabito ojców. „Kto ich zabił?” – zapytali Niemcy. „Bandyci” – odpowiedział chłopiec.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Rosjanie, bolszewicy

Dostępne w wersji pełnej

Najdłuższa podróż

Dostępne w wersji pełnej

Pracowaliśmy, pracowaliśmy, pracowaliśmy

Dostępne w wersji pełnej

Żydowscy oszuści

Dostępne w wersji pełnej

Kiedy nadeszła wiadomość o amnestii

Dostępne w wersji pełnej

Wiedzieliśmy, że giniemy

Dostępne w wersji pełnej

Sieroty, sieroty

Dostępne w wersji pełnej

Spis wykorzystanych protokołów

Dostępne w wersji pełnej

Posłowie

Dostępne w wersji pełnej

Projekt okładki

Mirosław Gryń

Korekta

Magdalena Hildebrand

Przypisy historyczne

Daniel Boćkowski

Copyright © by Henryk Grynberg 2012

Copyright © by Wielka Litera, Sp. z o.o., Warszawa 2012

Na podstawie edycji

Wydawnictwa KARTA,

Warszawa 1994

Wielka Litera Sp. z o.o.

02-953 Warszawa, ul. Kosiarzy 37/53

ISBN 978-83-63387-16-7

Plik ePub opracowany przez firmę eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl