Wydawca: Ośrodek Karta Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 495 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dzieci rewolucji - Wolfgang Leonhard

Wspomnienia Niemca dojrzewającego w ZSRR, wychowanka sowieckiego systemu, kształtowanego, by krzewić rewolucję komunistyczną we własnym kraju. Po wojnie Wolfgang Leonhard aktywnie wprowadza komunizm w pokonanych Niemczech. Ideowe rozterki każą mu w 1949 roku zerwać ze stalinizmem. Wydane po raz pierwszy w 1955 roku Dzieci rewolucji to ilustracja pieriekowki dusz na żywym materiale, a także świadectwo politycznego zaślepienia. W Niemczech książka stała się bestsellerem wznawianym do dzisiaj.

Opinie o ebooku Dzieci rewolucji - Wolfgang Leonhard

Fragment ebooka Dzieci rewolucji - Wolfgang Leonhard

Wol­fgang Le­on­hard, Die Re­vo­lu­tion en­tlässt ihre Kin­der

© Ver­lag Kie­pen­heu­er & Witsch, Köln 1955, 1990, 2008

© Co­py­ri­ght for this edi­tion by Ośro­dek KAR­TA, 2013

© Co­py­ri­ght for the Po­lish trans­la­tion by Je­re­mi Sa­dow­ski, 2013

WY­BÓR I TŁU­MA­CZE­NIE Z NIE­MIEC­KIE­GO Je­re­mi Sa­dow­ski

WE­RY­FI­KA­CJA TŁU­MA­CZE­NIA I RE­DAK­CJA Ewa Czer­wia­kow­ska

KO­OR­DY­NA­CJA I RE­DAK­CJA Han­na An­tos

KON­SUL­TA­CJA HI­STO­RYCZ­NA I PO­SŁO­WIE dr hab. Wło­dzi­mierz Mar­ci­niak, In­sty­tut Stu­diów Po­li­tycz­nych PAN

KWE­REN­DY IKO­NO­GRA­FICZ­NE Aga­ta Buj­now­ska, Jo­an­na Łuba

OPRA­CO­WA­NIE GRA­FICZ­NE SE­RIIrze­czy­obraz­ko­we.pl

SKŁAD KOM­PU­TE­RO­WY, PRZY­GO­TO­WA­NIE ZDJĘĆ TAN­DEM STU­DIO

NA OKŁAD­CE Zjazd SED, 20–24 wrze­śnia 1947, Ber­lin Wschod­ni.

Wal­ter Ulbricht, Otto Gro­te­wohl, Her­mann Ma­tern, Wil­helm Pieck,

Max Fech­ner. Fot. Her­bert Hen­sky / bpk / BE&W

PART­NER WY­DA­NIA

In­sty­tut Stu­diów Po­li­tycz­nych Pol­skiej Aka­de­mii Nauk

DO­FI­NAN­SO­WA­NO ZE ŚROD­KÓW

Mi­ni­stra Kul­tu­ry i Dzie­dzic­twa Na­ro­do­we­go

WY­DA­NO Z FI­NAN­SO­WYM WSPAR­CIEM

Fun­da­cji Współ­pra­cy Pol­sko-Nie­miec­kiej

HE­RAUS­GE­GE­BEN MIT FI­NAN­ZIEL­LER UNTER­STÜT­ZUNG

der Sti­ftung für deutsch-po­lni­sche Zu­sam­me­nar­be­it

Ośro­dek KAR­TA

ul. Na­rbut­ta 29, 02-536 War­sza­wa

tel. (48-22) 848-07-12, faks (48-22) 646-65-11

e-mail:ok@kar­ta.org.pl, www.kar­ta org.pl

Wy­da­nie I

War­sza­wa 2013

ISBN 978-83-61283-96-6

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

WPROWADZENIE

Wol­fgang Le­on­hard, zwa­ny w dzie­ciń­stwie i mło­do­ści Wo­ło­dią, zna­lazł się w 1935 roku w „oj­czyź­nie re­wo­lu­cji” – jako mło­dziut­ki chło­piec, uczeń szko­ły dla dzie­ci nie­miec­kich ko­mu­ni­stów w Mo­skwie. Tam do­ko­nał się waż­ny etap jego so­cja­li­za­cji, tam też za­kre­ślo­ne zo­sta­ły ramy świa­ta, w któ­rym miał się od­tąd po­ru­szać, roz­wi­jać i my­śleć. Był to świat sys­te­mu ko­mu­ni­stycz­ne­go, ak­cep­to­wa­ny przez mło­de­go czło­wie­ka z całą oczy­wi­sto­ścią i przyj­mo­wa­ny jako je­dy­na moż­li­wa – bo za­sta­na – rze­czy­wi­stość. Obec­ność w in­nych ra­mach ide­owych, po­li­tycz­nych i spo­łecz­nych nie mie­ści­ła się w jego wy­obraź­ni.

W ty­tu­le jego książ­ki nie­przy­pad­ko­wo po­ja­wia­ją się ale­go­rycz­ne „dzie­ci re­wo­lu­cji”. Choć po­ko­le­nio­wo au­tor się już do nich nie za­li­czał, ide­owo mógł się przy­pi­sać do tej for­ma­cji – lu­dzi prze­ko­na­nych o zbaw­czej roli ko­mu­ni­zmu i jego zdol­no­ści uzdro­wie­nia świa­ta.

„Sta­ra­łem się w mia­rę moż­li­wo­ści za­cho­wać uczci­wość i obiek­ty­wizm, zda­rze­nia zaś opi­sy­wać tak, jak je wów­czas po­strze­ga­łem” – czy­ta­my w przed­mo­wie do jed­ne­go z ko­lej­nych wy­dań książ­ki. Istot­nie, po­cząt­ko­wa faza opo­wie­ści jest od­bi­ciem kon­fron­ta­cji na­iw­ne­go umy­słu z prze­myśl­ny­mi me­cha­ni­zma­mi „wy­cho­wa­nia do ko­mu­ni­zmu” i ilu­stru­je kla­sycz­ną pie­re­kow­kę dusz na ży­wym ma­te­ria­le. Au­tor od­no­to­wu­je two­rze­nie kar­ko­łom­nych kon­struk­cji my­ślo­wych, któ­re wy­ja­śniać mia­ły za­sad­ność nie­po­ję­tych prze­ja­wów funk­cjo­no­wa­nia sys­te­mu, opo­wia­da o mo­zol­nym przy­swa­ja­niu so­bie re­guł pry­mi­tyw­nej dia­lek­ty­ki, któ­ra naj­bar­dziej jaw­ne ab­sur­dy pro­pa­gan­dy po­zwa­la­ła trak­to­wać ze śmier­tel­ną po­wa­gą jako wy­kład­nię sys­te­mu. Od­sła­nia me­cha­ni­zmy ma­ni­pu­lo­wa­nia in­for­ma­cja­mi, kłam­stwem, de­nun­cja­cją, prak­ty­ki „go­dzin nie­na­wi­ści”, ni­czym z Or­wel­la wzię­te. Mi­mo­wol­nie do­strze­ga też za­bie­gi do­ko­ny­wa­ne na ję­zy­ku, któ­ry sta­wał się spraw­nym na­rzę­dziem kre­owa­nia no­wej rze­czy­wi­sto­ści. Rze­czy­wi­sto­ści, w któ­rej roz­my­te zo­sta­ły gra­ni­ce praw­dy i fał­szu, sło­wa „od­kle­ja­ły się” od swo­ich tra­dy­cyj­nych zna­czeń, a in­ter­pre­ta­cja co­dzien­nych zja­wisk urą­ga­ła ele­men­tar­nym od­ru­chom zdro­we­go roz­sąd­ku. Był to pro­ces od­rzu­ca­nia po­znaw­czych funk­cji umy­słu, re­zy­gna­cja z umie­jęt­no­ści fe­ro­wa­nia wy­ro­ków i wresz­cie stop­nio­wa utra­ta naj­prost­szych od­ru­chów emo­cjo­nal­nych.

Le­on­hard re­je­stru­je wła­sne przy­zwo­le­nie na in­te­lek­tu­al­ny gwałt, mimo kry­tycz­nych spo­strze­żeń czy we­wnętrz­nych sprze­ci­wów. Po­ka­zu­je spraw­ność roz­bu­do­wa­ne­go apa­ra­tu znie­wa­la­nia, prze­myśl­ne tech­ni­ki dła­wią­ce w za­rod­ku ro­dzą­cy się bunt: jako adept mię­dzy­na­ro­do­we­go ko­mu­ni­zmu krok po kro­ku przy­swa­jał so­bie spo­so­by za­cho­wań, któ­re po­zwa­la­ły ukry­wać, wy­pie­rać, a wresz­cie ne­go­wać wszel­kie wąt­pli­wo­ści.

Po 1945 roku Le­on­hard ak­tyw­nie uczest­ni­czył we wpro­wa­dza­niu ko­mu­ni­zmu w Niem­czech, re­ali­zu­jąc przy­go­to­wa­ny jesz­cze w Mo­skwie pro­gram stop­nio­we­go przej­mo­wa­nia wła­dzy. Ta część opo­wie­ści, a tak­że spo­sób, w jaki świe­żo upie­czo­ny dy­sy­dent re­la­cjo­nu­je ostat­ni etap swe­go „ży­cia w sta­li­ni­zmie”, uświa­da­mia, jak głę­bo­ko ukształ­to­wał go so­wiec­ki sys­tem. Od­sła­nia się tu swo­iste, za­pew­ne przez au­to­ra nie­za­mie­rzo­ne, „dru­gie dno” tek­stu, mi­mo­wol­ne świa­dec­two umy­sło­we­go spu­sto­sze­nia i po­li­tycz­nej śle­po­ty.

W od­róż­nie­niu od tak wie­lu „wie­rzą­cych” ko­mu­ni­stów Le­on­hard nig­dy nie stał się ofia­rą sys­te­mu. Wpraw­dzie w so­wiec­kim ży­ciu spo­ty­ka­ły go roz­ma­ite nie­do­god­no­ści, po­znał dzia­ła­nie wszech­obec­ne­go stra­chu i bo­le­sne za­bie­gi wy­cho­waw­cze, cier­piał głód i mu­siał po­go­dzić się z nie­wia­do­mym lo­sem aresz­to­wa­nej mat­ki, zaś w rze­czy­wi­sto­ści nie­miec­kiej mę­czy­ły go ide­owe roz­ter­ki, jed­nak nig­dy nie do­świad­czył re­pre­sji za­gra­ża­ją­cych ży­ciu, a oko­licz­no­ści do­ko­na­nia za­sad­ni­cze­go wy­bo­ru da­le­kie były od groź­ne­go dra­ma­ty­zmu. Moż­na z całą pew­no­ścią po­wie­dzieć, że miał wie­le szczę­ścia, za­nim w 1950 roku zde­cy­do­wał się przejść na Za­chód. Trzy lata póź­niej za­czął spi­sy­wać swo­je do­świad­cze­nia, a książ­ka wkrót­ce przy­nio­sła mu wię­cej zwo­len­ni­ków i sła­wy, niż ja­ka­kol­wiek dzia­łal­ność po­li­tycz­na.

Wspo­mnie­nia Le­on­har­da pre­zen­tu­je­my w for­mie skró­co­nej. Wy­bo­ru do­ko­nał Tłu­macz, za­cho­wu­jąc jed­nak więk­szość wąt­ków i cią­głość nar­ra­cji. Z książ­ki wy­ła­nia się mało zna­na od­sło­na hi­sto­rii z sa­me­go środ­ka so­wiec­kie­go sys­te­mu, a tak­że mo­zol­ny pro­ces od­kry­wa­nia przez uwi­kła­ną jed­nost­kę jego nisz­czą­cych me­cha­ni­zmów i prak­tyk.

Ewa Czer­wia­kow­ska

NOWE ŻYCIE W MOSKWIE

Był 18 czerw­ca 1935, nasz ostat­ni wie­czór w Szwe­cji. Jesz­cze raz prze­szli­śmy się uli­ca­mi Sztok­hol­mu. Przy­ja­cie­le mo­jej mat­ki, po­dob­nie jak my – nie­miec­cy emi­gran­ci, od­pro­wa­dzi­li nas na sta­tek, któ­rym mie­li­śmy do­pły­nąć do fiń­skie­go por­tu Tur­ku.

„Szczę­śli­wej dro­gi do Mo­skwy!” – wo­ła­li na po­że­gna­nie. Z po­dró­ży przez Fin­lan­dię pra­wie nic nie pa­mię­tam. Z ta­kim prze­ję­ciem ocze­ki­wa­łem mo­men­tu, kie­dy już znaj­dzie­my się w ZSRR, że prze­sło­ni­ło mi to wszyst­kie inne wra­że­nia.

Na­stęp­ne­go dnia sie­dzia­łem z mat­ką w po­cią­gu, któ­ry pu­sto­szał w mia­rę zbli­ża­nia się do fiń­sko-ra­dziec­kiej gra­ni­cy. W ca­łym wa­go­nie nie było ni­ko­go prócz nas. Wszedł kon­duk­tor i oznaj­mił: „Za kwa­drans bę­dzie­my na gra­ni­cy”. Wy­mie­nił na­zwę miej­sco­wo­ści zu­peł­nie nie do wy­mó­wie­nia, za­wie­ra­ją­cą całą masę „y”, „ü” oraz „i”. Była to ów­cze­sna fiń­ska sta­cja gra­nicz­na. Dzi­siaj, po wie­lu stra­tach te­ry­to­rial­nych po­nie­sio­nych przez Fin­lan­dię, miej­sco­wość ta nosi pew­nie ro­syj­ską na­zwę.

Sta­li­śmy tro­chę za­gu­bie­ni na ma­łym, nie­omal opusz­czo­nym dwor­cu. Ja­kiś ko­le­jarz ocho­czo udzie­lił nam in­for­ma­cji: „Mię­dzy ostat­nią sta­cją po fiń­skiej i pierw­szą po ra­dziec­kiej stro­nie funk­cjo­nu­je ruch wa­ha­dło­wy. Po­ciąg przy­je­dzie mniej wię­cej za pół go­dzi­ny. A z ra­dziec­kiej sta­cji gra­nicz­nej mają pań­stwo bez­po­śred­nie po­łą­cze­nie do Le­nin­gra­du”.

Dla mo­jej mat­ki nie była to pierw­sza po­dróż do Mo­skwy. Wy­bra­ła się do ZSRR już w 1924 roku. W cza­sie pierw­szej woj­ny świa­to­wej na­le­ża­ła do Związ­ku Spar­ta­ku­sa1, a w 1918 roku za­pi­sa­ła się do par­tii ko­mu­ni­stycz­nej. Przez pe­wien czas pro­wa­dzi­ła dział pra­so­wy w ra­dziec­kim przed­sta­wi­ciel­stwie han­dlo­wym w Ber­li­nie, ale w 1925 roku wy­stą­pi­ła z KPD, czy­li Ko­mu­ni­stycz­nej Par­tii Nie­miec, i od tego cza­su na­le­ża­ła do „le­wi­cy bez oj­czy­zny”. Po doj­ściu Hi­tle­ra do wła­dzy pro­wa­dzi­ła nie­le­gal­ną dzia­łal­ność w Ber­li­nie, a wio­sną 1935 wy­je­cha­ła do Szwe­cji.

A ja? By­łem wów­czas trzy­na­sto­ipół­let­nim chłop­cem, któ­ry cie­szył się z moż­li­wo­ści wy­jaz­du do ZSRR. Do­ra­sta­łem w Ber­li­nie, gdzie cho­dzi­łem do szko­ły im. Ka­ro­la Mark­sa, od koń­ca 1931 roku na­le­ża­łem do Mło­dych Pio­nie­rów, mło­dzie­żo­wej or­ga­ni­za­cji KPD, a je­sie­nią 1933 mat­ka wy­sła­ła mnie do Szwe­cji. Do­sta­łem się tam do no­wo­cze­snej szko­ły z in­ter­na­tem i wkrót­ce mó­wi­łem bie­gle po szwedz­ku.

Kie­dy wio­sną 1935 znów zna­leź­li­śmy się ra­zem, trze­ba było pod­jąć de­cy­zję, do­kąd wy­je­chać. Nie­le­gal­na ber­liń­ska gru­pa mo­jej mat­ki zo­sta­ła zde­kon­spi­ro­wa­na, a jej człon­ków aresz­to­wa­no. Mat­ka też była po­szu­ki­wa­na przez Ge­sta­po. Było ja­sne, że nie może wró­cić do Nie­miec, ale mia­ła tyl­ko cza­so­we po­zwo­le­nie na po­byt w Szwe­cji. W po­szu­ki­wa­niu no­we­go miej­sca, gdzie mo­gli­by­śmy za­miesz­kać, pro­wa­dzi­ła oży­wio­ną ko­re­spon­den­cję, a ja po­zo­sta­wa­łem jesz­cze w Vig­g­by­hol­mie. Pew­ne­go po­po­łu­dnia, w cza­sie spa­ce­ru po wspa­nia­łych oko­li­cach Sztok­hol­mu, wta­jem­ni­czy­ła mnie w swo­je pla­ny.

– Je­steś już du­żym chłop­cem – za­czę­ła. – Chcia­ła­bym po­roz­ma­wiać z tobą o na­szym dal­szym ży­ciu.

Ski­ną­łem gło­wą i zro­bi­łem po­waż­ną minę – jak każ­dy trzy­na­sto­la­tek, kie­dy trak­tu­je się go jak do­ro­słe­go.

– Nie chcia­ła­bym po­dej­mo­wać żad­nych de­cy­zji bez two­jej zgo­dy. Rzecz wy­glą­da na­stę­pu­ją­co: w Szwe­cji zo­stać nie mo­że­my, bo nie do­sta­nę tu pra­cy. Pi­sa­łam do róż­nych zna­jo­mych. Mamy dwie moż­li­wo­ści. Mo­że­my po­je­chać do An­glii. W Man­che­ste­rze mam przy­ja­ciół. Mógł­byś cho­dzić do an­giel­skiej szko­ły i do­ra­stać tam, do­pó­ki na­zi­ści po­zo­sta­ną w Niem­czech u wła­dzy. To pierw­sza moż­li­wość.

– A dru­ga? – spy­ta­łem.

Mama na chwi­lę za­mil­kła.

– Mo­gli­by­śmy po­je­chać do ZSRR.

– Je­stem za ZSRR – rze­kłem bez wa­ha­nia.

Nie wiem, czy aku­rat moja od­po­wiedź była de­cy­du­ją­ca, czy też prze­wa­ży­ły inne wzglę­dy. Tak czy in­a­czej, za­pa­dło po­sta­no­wie­nie o wy­jeź­dzie.

Nie wie­dzie­li­śmy wów­czas jesz­cze, jak wiel­kie zna­cze­nie bę­dzie mia­ła dla nas ta de­cy­zja. Mat­ka nie mo­gła prze­cież po­dej­rze­wać, że pół­to­ra roku póź­niej zo­sta­nie aresz­to­wa­na przez NKWD i na dwa­na­ście lat znik­nie w ła­grach, skąd do Ber­li­na wró­ci do­pie­ro w 1948 roku. Ja rów­nież wte­dy nie przy­pusz­cza­łem, że spę­dzę w ZSRR dzie­sięć lat i będę kształ­cił się na funk­cjo­na­riu­sza w jed­nej z naj­waż­niej­szych ra­dziec­kich szkół po­li­tycz­nych. Nie wie­dzia­łem też, że pew­ne­go dnia ze­rwę z sys­te­mem, w któ­ry wie­rzy­łem od dziec­ka.

Wszyst­ko to na­le­ża­ło do da­le­kiej przy­szło­ści. A na ra­zie był sło­necz­ny czerw­co­wy dzień 1935 roku i cze­ka­li­śmy na fiń­skiej sta­cji gra­nicz­nej na po­ciąg, któ­ry miał nas za­wieźć do ZSRR.

Był krót­ki i pod­je­chał na sta­cję punk­tu­al­nie. Na lo­ko­mo­ty­wie i wę­glar­ce wid­niał znak sier­pa i mło­ta, nasz znak, któ­ry do­tych­czas wi­dy­wa­łem wy­łącz­nie na sztan­da­rach w cza­sie po­cho­dów! By­łem bar­dzo pod­eks­cy­to­wa­ny. Z ka­bi­ny ma­szy­ni­sty wy­glą­dał pa­lacz, któ­ry przy­jaź­nie nam po­ma­chał.

– To jest pań­stwa po­ciąg – po­wie­dział fiń­ski ko­le­jarz. – Do­wie­zie pań­stwa do ra­dziec­kiej sta­cji gra­nicz­nej Bie­ło­ostrow.

Je­cha­li­śmy tyl­ko nie­co szyb­ciej niż kon­ną brycz­ką. Już po paru mi­nu­tach zna­leź­li­śmy się jed­nak na gra­ni­cy. Przez okno wi­dać było wiel­ki gra­ni­to­wy blok. Po jed­nej stro­nie stał fiń­ski po­gra­nicz­nik, po dru­giej czer­wo­no­ar­mi­sta – pierw­szy czer­wo­no­ar­mi­sta, ja­kie­go zo­ba­czy­łem w ży­ciu. Na czap­ce błysz­cza­ła mu ra­dziec­ka gwiaz­da ze zna­kiem sier­pa i mło­ta, ręką moc­no przy­ci­skał ka­ra­bin z ba­gne­tem. Zbli­ży­ło się do nas kil­ku męż­czyzn w mun­du­rach i w cy­wi­lu. Była to ra­dziec­ka kon­tro­la gra­nicz­na. W bu­dyn­ku dwor­ca otwo­rzy­li na­sze wa­liz­ki i za­czę­li prze­glą­dać ich za­war­tość. Naj­wi­docz­niej zu­peł­nie nie in­te­re­so­wa­ły ich ubra­nia ani pro­wiant. Tym do­kład­niej za to spraw­dza­li książ­ki. Choć mie­li­śmy ze sobą pra­wie wy­łącz­nie li­te­ra­tu­rę ko­mu­ni­stycz­ną, bra­li do ręki każ­dy eg­zem­plarz, a nie­któ­re na­wet prze­kart­ko­wa­li.

Wresz­cie re­wi­zja do­bie­gła koń­ca. Gdy tyl­ko wsie­dli­śmy do le­nin­gradz­kie­go po­cią­gu, roz­legł się sy­gnał do od­jaz­du. Było do­syć tłocz­no, ale ocho­czo ustę­po­wa­no nam miej­sca. By­li­śmy je­dy­ny­mi cu­dzo­ziem­ca­mi. Pa­sa­że­ro­wie spo­glą­da­li z za­cie­ka­wie­niem. Wi­dać było, że o nas roz­ma­wia­ją, ale nie ro­zu­mia­łem ani sło­wa. Do nas nikt się nie od­zy­wał.

W Le­nin­gra­dzie mie­li­śmy kil­ka go­dzin po­sto­ju. Wszyst­ko tam wy­glą­da­ło o wie­le bied­niej niż w Sztok­hol­mie. Byle jak otyn­ko­wa­ne domy, go­rzej ubra­ni lu­dzie. Spo­strze­głem wie­le bo­sych dzie­ci. Wi­dok ten był dla mnie za­sko­cze­niem i po­czu­łem się na­wet tro­chę przy­gnę­bio­ny. Jed­nak szyb­ko o tym za­po­mnia­łem, bo nie pa­so­wa­ło to zu­peł­nie do mo­ich wy­obra­żeń. Wie­czo­rem wsie­dli­śmy do noc­ne­go mo­skiew­skie­go po­cią­gu. Po eks­cy­tu­ją­cych wy­da­rze­niach dnia za­pa­dłem w ka­mien­ny sen. Kie­dy się obu­dzi­łem, by­li­śmy już w Mo­skwie, mie­ście, w któ­rym mia­łem spę­dzić wie­le lat i któ­re sta­ło się dla mnie dru­gim mia­stem ro­dzin­nym.

Nie przy­je­cha­li­śmy za po­śred­nic­twem biu­ra po­dró­ży „In­tu­rist” ani też z de­le­ga­cją, dla­te­go nikt nas nie fe­to­wał, nie było też ofi­cjal­ne­go po­wi­ta­nia ani za­re­zer­wo­wa­nych po­koi ho­te­lo­wych. Cze­ka­ło na nas jed­nak kil­ku zna­jo­mych mat­ki z daw­nych cza­sów. Z dwor­ca po­je­cha­li­śmy przez całą Mo­skwę na uli­cę Gra­now­skie­go 5, do pry­wat­ne­go miesz­ka­nia jed­ne­go z nich. Miesz­ka­nie to za dużo po­wie­dzia­ne – był to tyl­ko je­den po­kój. Tam oma­wia­no pla­ny na na­sze nowe mo­skiew­skie ży­cie.

Mat­ka naj­pierw po­my­śla­ła o mnie.

– Chło­pak musi pójść do szko­ły, ale nie zna ani sło­wa po ro­syj­sku.

– Nie jest to ko­niecz­ne – usły­sza­ła w od­po­wie­dzi. – W Mo­skwie są dwie ob­co­ję­zycz­ne szko­ły, an­giel­ska i nie­miec­ka. Twój syn ma zresz­tą szczę­ście, bo nie­miec­ka szko­ła od 1 wrze­śnia prze­no­si się do no­we­go bu­dyn­ku na uli­cy Kro­pot­ki­na 12.

– To tu­taj, w Mo­skwie, są Niem­cy? – spy­ta­łem zdzi­wio­ny.

Moi nowi przy­ja­cie­le uśmiech­nę­li się.

– Ależ na­tu­ral­nie. W Mo­skwie miesz­ka kil­ka ty­się­cy nie­miec­kich i au­striac­kich emi­gran­tów, wśród nich wie­lu Schutz­bun­dow­ców2, któ­rzy przy­je­cha­li tu po upad­ku po­wsta­nia prze­ciw­ko Dol­l­fus­so­wi z lu­te­go 1934. Jest tu nie­miec­ki klub, nie­miec­ki dzien­nik „Deut­sche Zen­tral-Ze­itung” oraz Wy­daw­nic­two Za­gra­nicz­nych Ro­bot­ni­ków w ZSRR, któ­re­go na­kła­dem uka­zu­je się spo­ro ksią­żek w ję­zy­ku nie­miec­kim.

I tak za­czę­ło się na­sze ży­cie w Mo­skwie.

Po­szu­ki­wa­nie miesz­ka­nia było bar­dzo trud­ne. Pierw­sze dni prze­miesz­ka­li­śmy u tych czy in­nych zna­jo­mych, aż w koń­cu zna­leź­li­śmy ume­blo­wa­ny po­kój. Mat­ka szu­ka­ła pra­cy, a ja mia­łem dużo wol­ne­go cza­su, bo w szko­łach trwa­ły wa­ka­cje.

„Chcesz zo­ba­czyć me­tro?” – spy­tał mnie ktoś już dru­gie­go dnia.

Mo­skiew­ską Ko­lej Pod­ziem­ną, czy­li me­tro, od­da­no do użyt­ku 15 maja, a więc do­pie­ro przed kil­ko­ma ty­go­dnia­mi, i wszy­scy szczy­ci­li się tym osią­gnię­ciem. Było ono wów­czas w cen­trum po­wszech­nej uwa­gi i dla­te­go nie­omal wszę­dzie py­ta­no mnie, czy już je­cha­łem me­trem. I od razu pa­da­ło py­ta­nie, jak mi się po­do­ba, po czym na­wią­zy­wa­ła się naj­czę­ściej dłu­ga, ob­fi­tu­ją­ca w szcze­gó­ły roz­mo­wa o jego za­le­tach. Raz tyl­ko spo­tka­łem he­re­ty­ka. „By­ło­by do­brze, gdy­by Mo­skwa na­ziem­na przy­najm­niej w jed­nej dzie­sią­tej była tak pięk­na jak pod­ziem­na” – twier­dził.

Cał­kiem słusz­na uwa­ga, gdyż róż­ni­ca na­praw­dę kłu­ła w oczy. W tam­tych cza­sach nie było też ła­two orien­to­wać się w Mo­skwie. Nie ist­niał ża­den plan mia­sta. Moja mat­ka mia­ła jesz­cze sta­ry plan z 1924 roku, ale na nie­wie­le się zdał. Przez te lata dużo ulic zo­sta­ło prze­mia­no­wa­nych, a poza tym zmie­nił się cały ob­raz mia­sta, bo zbu­do­wa­no wie­le no­wych do­mów, a wy­bu­rzo­no sta­re. Tym bar­dziej ucie­szy­ło nas więc, kie­dy na­gle plan mia­sta moż­na było do­stać we wszyst­kich księ­gar­niach. Ale mu­sie­li­śmy się roz­cza­ro­wać: plan, sprze­da­wa­ny w 1935 roku, był prze­zna­czo­ny na rok… 1945. Nie mie­li­śmy po­ję­cia, co o tym są­dzić. „Po co mi plan mia­sta z roku 1945, sko­ro chcę cho­dzić po Mo­skwie w roku 1935?” – py­ta­ła zdu­mio­na mat­ka. „Prze­cież to pro­ste – od­po­wia­da­no. – W po­cząt­kach lip­ca ogło­szo­ny zo­stał dzie­się­cio­let­ni ge­ne­ral­ny pro­jekt roz­bu­do­wy Mo­skwy i dla jego po­pu­la­ry­za­cji wy­dru­ko­wa­no wła­śnie te­raz plan na rok 1945. A jak Mo­skwa wy­glą­da dzi­siaj, i tak każ­dy wie.” Od tej pory, idąc na spa­cer, za­bie­ra­li­śmy oba pla­ny.

[…]

Na­sze przy­go­dy z pla­nem mia­sta były zresz­tą cha­rak­te­ry­stycz­ne dla tam­tych cza­sów. Rok 1935 sta­no­wił je­den z okre­sów przej­ścio­wych w Związ­ku Ra­dziec­kim. Re­wo­lu­cja, woj­na do­mo­wa, a na­wet pierw­sza pię­cio­lat­ka na­le­ża­ły już do prze­szło­ści, zaś lata czy­stek i ma­so­wych aresz­to­wań, pak­tu Hi­tler–Sta­lin i woj­ny fiń­skiej3 mia­ły do­pie­ro na­dejść.

Z po­cząt­kiem 1935 roku znie­sio­no ostat­nie kart­ki żyw­no­ścio­we, a na nad­zwy­czaj­nym Zjeź­dzie Rad za­po­wie­dzia­no opra­co­wa­nie bar­dziej li­be­ral­nej i de­mo­kra­tycz­nej kon­sty­tu­cji. „Naj­trud­niej­szy okres mamy już za sobą. Te­raz na pew­no bę­dzie le­piej. Na­stą­pi de­mo­kra­ty­za­cja sys­te­mu. Za­po­wia­da to już sam pro­jekt no­wej kon­sty­tu­cji” – taki był za­sad­ni­czy ton wie­lu roz­mów w owym roku.

Wśród na­szych zna­jo­mych tyl­ko nie­wie­lu nie po­dzie­la­ło tego opty­mi­zmu. Już w pierw­szych ty­go­dniach sły­sza­łem wie­lo­krot­nie po­wta­rza­ne to samo na­zwi­sko: Ki­row. Czło­nek Biu­ra Po­li­tycz­ne­go Sier­giej Ki­row zo­stał za­mor­do­wa­ny w Le­nin­gra­dzie 1 grud­nia 1934, kil­ka mie­się­cy przed na­szym przy­jaz­dem. Po­tem na­stą­pi­ły ma­so­we aresz­to­wa­nia. Jed­nak in­a­czej niż w po­dob­nych przy­pad­kach w prze­szło­ści, ofia­ra­mi tej czyst­ki nie sta­li się byli człon­ko­wie in­nych par­tii czy bez­par­tyj­ni spe­cja­li­ści, lecz bol­sze­wic­cy funk­cjo­na­riu­sze.

W roz­mo­wach o Ki­ro­wie po­brzmie­wa­ła czę­sto nuta nie­po­ko­ju. „Jed­no mnie mar­twi w spra­wie Ki­ro­wa – mó­wił je­den ze zna­jo­mych – a mia­no­wi­cie roz­wią­za­nie «Sto­wa­rzy­sze­nia Sta­rych Bol­sze­wi­ków». Jesz­cze parę ty­go­dni wcze­śniej okre­śle­nie «sta­ry bol­sze­wik» było dla nas za­szczy­tem, po­dob­nie jak przy­na­leż­ność do tej or­ga­ni­za­cji. Tym­cza­sem 26 maja [1935] bez żad­nych po­li­tycz­nych uza­sad­nień to­wa­rzy­stwo zo­sta­ło roz­wią­za­ne, a jego sie­dzi­ba za­re­kwi­ro­wa­na.”

Wy­da­rze­nie to było w pierw­szych ty­go­dniach przed­mio­tem czę­stych roz­mów. Krą­żył na­wet dow­cip: „Sły­sze­li­ście? Roz­wią­za­li ostat­nią or­ga­ni­za­cję kontr­re­wo­lu­cyj­ną!” – „Jaką?” – „Sto­wa­rzy­sze­nie Sta­rych Bol­sze­wi­ków”. Był to wpraw­dzie żart, ale brzmiał gorz­ko.

Jako trzy­na­sto­la­tek o po­li­tycz­nych za­in­te­re­so­wa­niach przy­słu­chi­wa­łem się więc wie­lu dys­ku­sjom i opty­mi­stycz­nym lub pe­sy­mi­stycz­nym roz­wa­ża­niom – bo wte­dy, przed okre­sem wiel­kich czy­stek lat 1936–38 w ZSRR moż­na było jesz­cze względ­nie swo­bod­nie roz­ma­wiać.

1 wrze­śnia 1935 zo­sta­łem przy­ję­ty do nie­miec­kiej szko­ły im. Kar­la Liebk­nech­ta w Mo­skwie. W pięk­nym, no­wo­cze­snym, czte­ro­pię­tro­wym bu­dyn­ku z du­ży­mi sło­necz­ny­mi kla­sa­mi mie­ści­ła się jed­na z 72 no­wych szkół wznie­sio­nych w Mo­skwie w 1935 roku. Z ze­wnątrz wy­glą­da­ła tak samo jak każ­da no­wo­cze­sna szko­ła w Eu­ro­pie Za­chod­niej. Jed­nak kie­dy tam wsze­dłem, ze zdu­mie­niem spo­strze­głem w na­roż­ni­ku wiel­kie po­pier­sie Sta­li­na. Na co­ko­le wid­niał na­pis: „Nie ma ta­kiej twier­dzy, któ­rej nie mo­gli­by zdo­być bol­sze­wi­cy! Sta­lin”.

Na głów­nym ko­ry­ta­rzu wid­nia­ło inne ha­sło. Wiel­kie bia­łe li­te­ry krzy­cza­ły z czer­wo­ne­go płót­na: „Uczyć się, uczyć i jesz­cze raz uczyć! Le­nin”.

Zgło­si­łem się u dy­rek­to­ra, to­wa­rzy­sza Zie­la­ski, żeby za­ła­twić wszel­kie for­mal­no­ści. Za­pi­sa­nie się do szko­ły nie było ła­twe, bo ra­dziec­ki sys­tem oświa­to­wy za­sad­ni­czo róż­nił się od szkol­nic­twa w in­nych kra­jach. Obo­wią­zek szkol­ny w ZSRR obej­mo­wał wte­dy dzie­ci od ósme­go roku ży­cia; sie­dem klas mu­siał ukoń­czyć każ­dy, na­to­miast do ósmej, dzie­wią­tej i dzie­sią­tej uczęsz­cza­li ci, któ­rzy za­mie­rza­li stu­dio­wać. „Zgod­nie z ra­dziec­kim sys­te­mem oświa­ty pój­dziesz do szó­stej kla­sy” – oświad­czył dy­rek­tor.

Z pew­nym ocią­ga­niem po­sze­dłem scho­da­mi na górę. W kla­sie na­uczy­ciel przed­sta­wił mnie jako „no­we­go”. Ucznio­wie ga­pi­li się na mnie za­cie­ka­wie­ni i szep­ta­li coś mię­dzy sobą. Cią­gle jesz­cze tro­chę skrę­po­wa­ny usia­dłem na swo­je miej­sce. Obok mnie wi­sia­ła ga­zet­ka ścien­na. Za­uwa­ży­łem, że wszy­scy ko­le­dzy w kla­sie mają pio­nier­skie chu­s­ty. Czy na­praw­dę wszy­scy? Ro­zej­rza­łem się raz jesz­cze. Cał­kiem po pra­wej z przo­du sie­dzia­ła dziew­czyn­ka bez chu­s­ty.

Lek­cje od­by­wa­ły się po nie­miec­ku. Na­uczy­cie­la­mi byli głów­nie nie­miec­cy emi­gran­ci, któ­rzy po­dob­nie jak my przy­by­li do ZSRR przez Szwe­cję, Fran­cję lub Cze­cho­sło­wa­cję. Pro­gram i ma­te­riał na­ucza­nia nie róż­nił się od obo­wią­zu­ją­ce­go w ra­dziec­kich szko­łach. Wszyst­kie pod­ręcz­ni­ki, na­wet do ma­te­ma­ty­ki i fi­zy­ki, były sło­wo w sło­wo tłu­ma­czo­ne z ro­syj­skie­go. O ile na po­cząt­ku do­strze­głem pew­ne po­do­bień­stwo z in­ny­mi szko­ła­mi, to już po paru dniach za­uwa­ży­łem jed­ną wiel­ką róż­ni­cę. W szko­le im. Kar­la Liebk­nech­ta wy­ma­ga­no o wie­le wię­cej niż we wszyst­kich in­nych szko­łach, do któ­rych do­tych­czas cho­dzi­łem. Dużo za­da­wa­li nam do domu i trze­ba było moc­no się sta­rać, by prze­ro­bić szkol­ny pro­gram.

Pra­wie co­dzien­nie mie­li­śmy go­dzi­nę ro­syj­skie­go, a dru­gim ję­zy­kiem ob­cym był an­giel­ski. Szcze­gól­ną wagę przy­wią­zy­wa­no do ma­te­ma­ty­ki i przed­mio­tów ści­słych. Już w szó­stej kla­sie prze­ra­bia­li­śmy al­ge­brę, geo­me­trię i fi­zy­kę, a za­miast lek­cji ry­sun­ku mie­li­śmy przed­miot o na­zwie „ry­su­nek tech­nicz­ny”. […] Kon­tro­la wy­uczo­ne­go ma­te­ria­łu była w po­rów­na­niu z in­ny­mi szko­ła­mi bar­dzo su­ro­wa. Oce­ny za każ­dą, na­wet naj­mniej­szą od­po­wiedź od­no­to­wy­wa­no po­dwój­nie: w kla­so­wym dzien­ni­ku na­uczy­cie­la oraz w tak zwa­nym dzien­nicz­ku ucznia, któ­ry co ty­dzień mu­siał być pod­pi­sy­wa­ny przez ro­dzi­ców. Po każ­dym kwar­ta­le mie­li­śmy po­wtór­kę i coś w ro­dza­ju eg­za­mi­nu okre­so­we­go, a przed koń­cem roku szkol­ne­go bar­dzo do­kład­ne eg­za­mi­ny ze wszyst­kich przed­mio­tów, czę­sto pi­sem­ne i ust­ne.

Bez­u­stan­nie po­ga­nia­no nas do na­uki. Je­śli uczeń otrzy­my­wał zły sto­pień albo „uwa­gę” – tak na­zy­wa­no ust­ną na­ga­nę za nie­zdy­scy­pli­no­wa­ne za­cho­wa­nie – mu­siał się na ze­bra­niu kla­so­wym do tego „usto­sun­ko­wać”. Na­uczy­ciel za­ga­jał, a po­tem on sam lub prze­wod­ni­czą­cy kla­sy py­tał: „Jak to się sta­ło, że otrzy­ma­łeś zły sto­pień?”.

Je­śli nie­szczę­śnik pró­bo­wał się wy­krę­cać, prze­ry­wał mu ostro je­den ze szcze­gól­nie ak­tyw­nych uczniów: „Nie dość, że do­stał uwa­gę, to jesz­cze pró­bu­je się wy­mi­gać, a to jest szcze­gól­nie nie­god­ne”. Był to naj­niż­szy szcze­bel tak roz­po­wszech­nio­nej w ZSRR „kry­ty­ki i sa­mo­kry­ty­ki”.

Cią­gle pod­kre­śla­no, że ko­niecz­na jest su­ro­wa dys­cy­pli­na. Mie­li­śmy nie tyl­ko sami być zdy­scy­pli­no­wa­ni, ale też „wal­czyć o po­pra­wę dys­cy­pli­ny”. Ist­nie­ją, jak nam wciąż po­wta­rza­no, dwa ro­dza­je dys­cy­pli­ny. Jed­na – w kra­jach ka­pi­ta­li­stycz­nych – wy­ni­ka ze stra­chu, uci­sku i pod­po­rząd­ko­wa­nia, dru­ga zaś – w ZSRR – to do­bro­wol­na i świa­do­ma dys­cy­pli­na na rzecz bu­do­wy so­cja­li­zmu. Świa­do­my i do­bro­wol­ny cha­rak­ter ra­dziec­kiej dys­cy­pli­ny pod­kre­śla­ły szkol­ne kon­kur­sy, w któ­rych zwy­cię­ża­ła kla­sa z naj­mniej­szą licz­bą „uwag” i złych stop­ni.

W kon­kur­sach i „wal­ce o po­pra­wę dys­cy­pli­ny” za­sad­ni­czą rolę od­gry­wa­ła or­ga­ni­za­cja pio­nie­rów. Po nie­speł­na dwóch ty­go­dniach zwró­ci­ła się do mnie pew­na uczen­ni­ca:

– Nie chciał­byś za­pi­sać się do Mło­dych Pio­nie­rów?

– Oczy­wi­ście, ale w moim przy­pad­ku nie jest to ko­niecz­ne. Już w 1932 roku za­pi­sa­łem się do Mło­dych Pio­nie­rów w Ber­li­nie.

– Two­je ber­liń­skie człon­ko­stwo jest tu nie­waż­ne. Mu­sisz za­pi­sać się na nowo.

– W po­rząd­ku, gdzie mam się zgło­sić?

– Tu­taj nie mo­żesz się tak po pro­stu zgło­sić. Je­śli je­steś go­tów się za­pi­sać, wcią­gnę cię na li­stę, a po­tem na wie­czor­ni­cy zo­sta­niesz przy­ję­ty. Gru­po­wy od­czy­ta sło­wa przy­rze­cze­nia, któ­re mu­sisz za nim po­wtó­rzyć, a po­tem otrzy­masz pio­nier­ską chu­s­tę.

Wkrót­ce od­by­ła się ce­re­mo­nia. W auli usta­wi­ła się na bacz­ność cała gru­pa. Nas, „no­wych”, wy­pro­wa­dzo­no na śro­dek. Na cze­le stał cho­rą­ży. Na od­po­wied­ni znak roz­le­gły się wer­ble, a gru­po­wy wy­gło­sił przy­rze­cze­nie: „Ja, mło­dy pio­nier Związ­ku Ra­dziec­kie­go, przy­rze­kam uro­czy­ście w obec­no­ści mo­ich to­wa­rzy­szy…”. Po­wta­rza­jąc po kil­ka ko­lej­nych słów, zło­ży­li­śmy całe przy­rze­cze­nie: „…wier­nie i od­waż­nie wal­czyć o spra­wę kla­sy ro­bot­ni­czej, chro­nić świę­te prze­sła­nie Le­ni­na, za­wsze słu­żyć przy­kła­dem i wy­peł­niać wszyst­kie obo­wiąz­ki i ry­tu­ały Mło­dych Pio­nie­rów”.

Po­tem, znów wiel­ce uro­czy­ście, za­wią­za­no nam chu­s­ty pio­nier­skie i wrę­czo­no znacz­ki, na któ­rych wid­niał pło­mień i sło­wa: „Bud’ go­tow! Wsieg­da go­tow!”. Była to ro­syj­ska wer­sja zna­ne­go mi już pio­nier­skie­go po­zdro­wie­nia: „Bądź go­to­wy! Za­wsze go­to­wy!”.

Za­rów­no chu­s­ta pio­nier­ska, jak i zna­czek mia­ły sym­bo­licz­ne zna­cze­nie. Trzy rogi czer­wo­nej chu­s­ty ozna­cza­ły par­tię, Kom­so­moł4 i Mło­dych Pio­nie­rów. Pięć przed­sta­wio­nych na znacz­ku szczap drew­na sym­bo­li­zo­wa­ło pięć kon­ty­nen­tów, a trzy pło­mie­nie – III Mię­dzy­na­ro­dów­kę5. Wkrót­ce tej ostat­niej w ofi­cjal­nym ob­ja­śnie­niu już nie wy­mie­nia­no.

Uczy­li­śmy się ży­cio­ry­sów Le­ni­na i Sta­li­na oraz hi­sto­rii ra­dziec­kich pio­nie­rów. Do­wie­dzie­li­śmy się, że pierw­sze gru­py za­ło­żo­ne zo­sta­ły w 1922 roku, a w 1925 roku po­wsta­ła ga­ze­ta „Pio­nier­ska Praw­da”. Or­ga­ni­za­cja Mło­dych Pio­nie­rów sku­pia­ła dzie­ci w wie­ku od 11 do 16 roku ży­cia i li­czy­ła w 1935 roku 10 mi­lio­nów człon­ków. Za­da­niem pio­nie­rów, jak nam wy­ja­śnio­no, jest wspie­ra­nie szko­ły, umac­nia­nie dys­cy­pli­ny, po­moc na­uczy­cie­lo­wi i wy­cho­wa­nie do od­po­wie­dzial­no­ści wo­bec so­cja­li­stycz­nej oj­czy­zny. Jak się do­wie­dzie­li­śmy, w prze­szło­ści w or­ga­ni­za­cji pio­nier­skiej do­szło do nie­bez­piecz­nych od­chy­leń. Zdra­dziec­kie od­chy­le­nie le­wi­co­we po­stu­lo­wa­ło prze­ję­cie przez pio­nie­rów kie­row­nic­twa szko­ły. Była to kon­cep­cja – jak nam tłu­ma­czo­no – nie tyl­ko bar­dzo nie­bez­piecz­na, ale też wro­ga par­tii, po­nie­waż ozna­cza­ła nie­do­ce­nie­nie roli szko­ły. Ale po­ja­wi­ło się nie tyl­ko le­wi­co­we od­chy­le­nie, było też pra­wi­co­wo-opor­tu­ni­stycz­ne, po­dob­nie nie­bez­piecz­ne, po­nie­waż re­pre­zen­to­wa­ło po­gląd, że or­ga­ni­za­cję pio­nier­ską na­le­ży włą­czyć do kie­row­nic­twa szko­ły, co ozna­cza­ło­by jej li­kwi­da­cję. Oba te nie­bez­piecz­ne od­chy­le­nia zo­sta­ły prze­zwy­cię­żo­ne dzię­ki uchwa­le z kwiet­nia 1935 „O po­tę­pie­niu pra­wi­co­we­go i le­wi­co­we­go od­chy­le­nia w or­ga­ni­za­cji pio­nier­skiej”.

Uczy­li­śmy się od­mien­nie oce­niać na po­zór jed­na­ko­we zja­wi­ska i sy­tu­acje – w za­leż­no­ści od tego, czy do­ty­czy­ły kra­jów ka­pi­ta­li­stycz­nych, czy ZSRR. Już po krót­kim cza­sie we­szło nam w krew prze­ko­na­nie, że wzrost cen żyw­no­ści w kra­jach ka­pi­ta­li­stycz­nych oce­niać na­le­ży jako „nowy prze­jaw bez­względ­ne­go wy­zy­sku ro­bot­ni­ka”, na­to­miast wzrost cen żyw­no­ści w ZSRR ozna­cza „waż­ny wkład go­spo­dar­ki na­ro­do­wej w bu­do­wę so­cja­li­zmu”. Roz­pa­da­ją­ce się ru­de­ry na Za­cho­dzie uzna­wa­li­śmy za do­wód na „po­twor­nie ni­ski po­ziom ży­cia lu­dzi pra­cy”, a ta­kie same ru­iny w Mo­skwie za „po­zo­sta­ło­ści mi­nio­nej epo­ki”. Wszyst­kie zja­wi­ska na­tych­miast po­tę­pia­li­śmy bądź chwa­li­li­śmy, w za­leż­no­ści od tego, gdzie za­cho­dzi­ły. Wraz z in­ny­mi tak bar­dzo przy­swo­iłem so­bie ten spo­sób my­śle­nia, że przez wie­le lat nie mo­głem so­bie na­wet wy­obra­zić, iż moż­na ro­zu­mo­wać in­a­czej.

La­tem 1936 na­stą­pi­ło coś, co zmie­ni­ło moje ży­cie. Miesz­ka­łem z mat­ką w ume­blo­wa­nym po­ko­ju na uli­cy Gor­kie­go 26. Jego wła­ści­wy lo­ka­tor zo­stał wy­sła­ny do Igar­ki, ma­łe­go mia­sta na pół­no­cy Sy­be­rii, któ­re­go roz­bu­do­wę i roz­wój in­ten­syw­nie for­so­wa­no. Te­raz in­ży­nier ten miał wró­cić, a my mu­sie­li­śmy opu­ścić po­kój.

Przez dłu­gie ty­go­dnie mat­ka usi­ło­wa­ła zna­leźć inne lo­kum, ale bez­sku­tecz­nie. Cza­sem spo­ty­ka­li­śmy się z od­mo­wą, kie­dy go­spo­da­rze do­wia­dy­wa­li się, że je­ste­śmy Niem­ca­mi, kie­dy in­dziej nie chcie­li przyj­mo­wać czter­na­sto­lat­ka. Dla­te­go mat­ka sta­ra­ła się gdzieś mnie ulo­ko­wać. Któ­re­goś dnia przy­szła ura­do­wa­na: „Zna­la­złam dla cie­bie coś zna­ko­mi­te­go. Przyj­mą cię do domu dziec­ka nu­mer 6. Tam bę­dziesz miał na­praw­dę do­brze”.

Mat­ka nie prze­sa­dza­ła. Dom dziec­ka znaj­do­wał się w Ka­łasz­nym pie­rieuł­ku 12, w cen­trum mia­sta, po­mię­dzy pla­cem Ar­bac­kim a Bra­mą Ni­kic­ką. Mie­ścił się w wiel­kim i – jak na mo­skiew­skie wa­run­ki – pra­wie wy­twor­nym, choć tro­chę ciem­nym domu, na­le­żą­cym nie­gdyś do bo­ga­te­go mo­skiew­skie­go kup­ca.

Dom dziec­ka nu­mer 6 był „do­mem dzie­ci Schut­zbun­du”. Po klę­sce po­wsta­nia lu­to­we­go w Au­strii w 1934 roku, do ZSRR przy­by­ły nie tyl­ko set­ki bo­jow­ni­ków tej or­ga­ni­za­cji, lecz rów­nież dzie­siąt­ki dzie­ci, a wśród nich sie­ro­ty, któ­rych ro­dzi­ce zgi­nę­li w wal­kach. 8 sierp­nia 1934 […] do ra­dziec­kiej gra­ni­cy do­tarł spe­cjal­ny po­ciąg z dzieć­mi z Au­strii. Od­by­ła się cała se­ria uro­czy­sto­ści po­wi­tal­nych. Wszyst­kie ga­ze­ty do­no­si­ły ob­szer­nie o tym wy­da­rze­niu. Dzie­ci za­pro­szo­no do naj­lep­sze­go w ca­łym ZSRR pio­nier­skie­go obo­zu „Ar­tek” i pierw­sze lato spę­dzi­ły na Kry­mie.

Po­tem po­je­cha­ły do Mo­skwy, gdzie na ich sta­łe miej­sce za­miesz­ka­nia prze­zna­czo­no re­pre­zen­ta­cyj­ny bu­dy­nek. […] No­sił on skrom­ną na­zwę „Dom dziec­ka nu­mer 6”, ale nie moż­na go było w ża­den spo­sób po­rów­nać ze zwy­czaj­nym ra­dziec­kim sie­ro­ciń­cem. Jego wy­cho­wan­ko­wie byli nie­omal tak samo uprzy­wi­le­jo­wa­ni jak de­le­ga­cje przy­jeż­dża­ją­ce na krót­ko do ZSRR. Ubra­nia dla nich szy­te były w spe­cjal­nych za­kła­dach kra­wiec­kich, a po­sił­ki przy­rzą­dza­ła au­striac­ka ku­char­ka. Dom miał wła­sny au­to­bus, któ­ry trans­por­to­wał dzie­ci do szko­ły i z po­wro­tem, a po­nad­to był do ich dys­po­zy­cji przy in­nych oka­zjach. Sta­nu zdro­wia dzie­ci strze­gło wła­sne am­bu­la­to­rium, pro­wa­dzo­ne przez nie­miec­ką le­kar­kę. Co rano mie­rzo­no im tem­pe­ra­tu­rę. Wszę­dzie, gdzie­kol­wiek po­ja­wia­ły się dzie­ci Schut­zbun­du, wi­wa­to­wa­no na ich cześć. Otrzy­my­wa­ły tyle bi­le­tów na pre­mie­ry w ope­rze, ope­ret­ce czy te­atrze, że czę­sto nie moż­na ich było wy­ko­rzy­stać. Dy­rek­to­rem domu był nie­miec­ki ko­mu­ni­sta o na­zwi­sku Be­iss, pe­da­go­ga­mi – nie­miec­cy i au­striac­cy emi­gran­ci, a tak­że Ro­sjan­ki, bie­gle mó­wią­ce po nie­miec­ku, wy­bra­ne do tej pra­cy przez Ko­mi­tet Cen­tral­ny Kom­so­mo­łu.

26 wrze­śnia 1936, kie­dy wpro­wa­dzi­łem się do domu, ist­niał on dwa lata. Cza­sy uro­czy­stych przy­jęć już mi­nę­ły. Au­to­bu­su nie było i mu­sie­li­śmy cho­dzić pie­szo. Za­nie­cha­no też co­dzien­ne­go mie­rze­nia tem­pe­ra­tu­ry. Ob­fi­te po­sił­ki sta­ły się z cza­sem pro­ste – choć na­tu­ral­nie były nadal lep­sze niż je­dze­nie ra­dziec­kich dzie­ci. Wciąż nas wpraw­dzie tu i ów­dzie za­pra­sza­no, ale już nie tak czę­sto jak w pierw­szych la­tach. Nie­miec­kie­go dy­rek­to­ra za­stą­pił ro­syj­ski, na­zwi­skiem Sie­mio­now. W owym cza­sie w domu prze­by­wa­ły dzie­ci w wie­ku od 8 do 16 lat. Wy­cho­wan­ko­wie pierw­szych czte­rech klas na­zy­wa­ni byli z au­striac­ka „gschrop­pen” („ma­lu­chy”), uczniów pią­tej i szó­stej kla­sy uwa­ża­ło się za „śred­nia­ków”, a nas, uczęsz­cza­ją­cych do klas siód­mej, ósmej i dzie­wią­tej, na­zy­wa­no „star­szy­mi”.

Cią­gle jesz­cze by­li­śmy pew­ne­go ro­dza­ju „po­ka­zów­ką”. Dba­no o roz­wój na­szych ta­len­tów. Od­by­wa­ły się spe­cjal­ne za­ję­cia dla uzdol­nio­nych mu­zycz­nie, dzia­ła­ło kół­ko te­atral­ne, pro­wa­dzo­ne przez We­ilan­da Rod­da, Mu­rzy­na, któ­ry wy­emi­gro­wał do Związ­ku Ra­dziec­kie­go i za­grał w fil­mie Cyrk oraz in­nych ra­dziec­kich pro­duk­cjach. Mie­li­śmy kół­ko li­te­rac­kie i czę­sto od­wie­dza­li nas nie­miec­cy pi­sa­rze emi­gra­cyj­ni. Za­gra­nicz­ne de­le­ga­cje zwy­kle przy­pro­wa­dza­no wła­śnie do nas. Czę­sto zja­wia­li się przed­sta­wi­cie­le au­striac­kiej lub nie­miec­kiej sek­cji Ko­min­ter­nu, a na aka­de­miach z oka­zji 1 maja, 7 li­sto­pa­da lub No­we­go Roku go­ści­li­śmy nie­rzad­ko se­kre­ta­rza ge­ne­ral­ne­go Ko­mu­ni­stycz­nej Par­tii Au­strii [Jo­han­na] Ko­ple­ni­ga lub Wil­hel­ma Piec­ka6. Obok ofi­cjal­nych świąt mie­li­śmy tak­że swo­je wła­sne. Co roku 12 lu­te­go ob­cho­dzo­no uro­czy­ście rocz­ni­cę przy­jaz­du schut­zbun­dow­ców do ZSRR. Z ta­kich oka­zji naj­lep­si ucznio­wie – to po­ję­cie w na­szym przy­pad­ku było do­syć sze­ro­kie – otrzy­my­wa­li cen­ne na­gro­dy, o wie­le bar­dziej war­to­ścio­we niż to, co do­sta­wa­ły inne dzie­ci w ZSRR. Za­pra­sza­no nas też na wszyst­kie wiel­kie uro­czy­sto­ści ob­cho­dzo­ne w owym cza­sie w Mo­skwie i za­wsze całe au­dy­to­rium okla­ska­mi wi­ta­ło „mło­dych go­ści ho­no­ro­wych”. […]

W tym cza­sie by­li­śmy w Mo­skwie do­brze zna­ni. Kie­dy wy­cho­dzi­li­śmy wie­czo­rem na spa­cer – naj­czę­ściej o wie­le le­piej ubra­ni niż nasi ra­dziec­cy ró­wie­śni­cy – sły­sze­li­śmy cza­sem, jak mi­ja­ją­cy nas prze­chod­nie mó­wi­li: „Smo­tri, eto die­ti szuc­bun­dow­cew” [Patrz, to dzie­ci schut­zbun­dow­ców]. Były to dla nas szczę­śli­we cza­sy i wła­ści­wie nie zda­wa­li­śmy so­bie spra­wy, jak żyli wte­dy inni mło­dzi lu­dzie w ZSRR.

Pe­da­go­dzy i nasz ro­syj­ski dy­rek­tor na­sta­wie­ni byli do nas zde­cy­do­wa­nie przy­jaź­nie. Kie­dy wy­ra­ża­li­śmy ja­kieś ży­cze­nia, mo­gli­śmy być ab­so­lut­nie pew­ni, że zo­sta­ną speł­nio­ne, o ile mie­ści­ły się w ra­mach moż­li­wo­ści. Ist­nia­ła też rada domu, wy­bie­ra­na przez nas sa­mych i po­sia­da­ją­ca w pew­nym sen­sie pra­wo gło­su we wszyst­kich spra­wach. Na­szym sta­łym łącz­ni­kiem ze świa­tem ze­wnętrz­nym była tak zwa­na bi­blio­te­ka li­te­ra­tu­ry ob­cej w Sto­lesz­ni­ko­wym pie­rieuł­ku, w od­le­gło­ści bo­daj 15 mi­nut od domu. Mie­ści­ła się ona w ma­łym ko­ściół­ku, któ­ry zo­stał za­mknię­ty w pierw­szych la­tach po re­wo­lu­cji. Tam znaj­do­wa­li­śmy książ­ki nie­miec­kie, an­giel­skie, fran­cu­skie, hisz­pań­skie i wło­skie.

Pra­wie co­dzien­nie cho­dzi­łem z ko­le­ga­mi na parę go­dzin do czy­tel­ni. Obok nie­miec­kiej li­te­ra­tu­ry kla­sycz­nej było tam też wie­le ksią­żek współ­cze­snych au­to­rów: Tho­mas i He­in­rich Man­no­wie, Franz We­rfel, Max Brod, Ste­fan Zwe­ig, Ja­kob Was­ser­mann, Ar­nold Zwe­ig, Lion Feuch­twan­ger, Emil Lu­dwig i na­tu­ral­nie wszy­scy emi­gra­cyj­ni pi­sa­rze sym­pa­ty­zu­ją­cy ze Związ­kiem Ra­dziec­kim […]. Po­cząt­ko­wo czy­tel­nia wy­da­wa­ła się nam ra­jem. Wkrót­ce jed­nak mia­łem po­znać jej ciem­ne stro­ny. Kie­dy do­sta­łem do rąk książ­kę Tra­ve­na7, od­kry­łem z nie­opi­sa­nym zdu­mie­niem, że całe aka­pi­ty za­ma­za­ne były spe­cjal­nym tu­szem i nie­czy­tel­ne. Wszyst­kie wy­sił­ki od­czy­ta­nia za­czer­nio­nych miejsc – na przy­kład trzy­ma­jąc kart­kę pod świa­tło – speł­zły na ni­czym. „Za­tu­szo­wa­nie” było tech­nicz­nie do­sko­na­łe.

Ta szcze­gól­na for­ma cen­zu­ry sto­so­wa­na była nie tyl­ko w przy­pad­ku ksią­żek, lecz tak­że ga­zet i cza­so­pism, przy czym gro­te­sko­wość tych za­bie­gów po­le­ga­ła na tym, że do­ty­czy­ły one rów­nież pism wy­da­wa­nych przez KPD lub jej sym­pa­ty­ków. W czy­tel­ni poza pra­są ra­dziec­ką były też nie­miec­kie ga­ze­ty emi­gra­cyj­ne, a więc wy­cho­dzą­ca wów­czas w Cze­cho­sło­wa­cji „Die Rote Fah­ne”, a tak­że „Pa­ri­ser Ta­ge­blatt” czy „Die Neue We­lt­büh­ne”. I na­wet w tych bar­dzo życz­li­wych ZSRR pu­bli­ka­cjach za­ma­zy­wa­ne były całe aka­pi­ty z ko­men­ta­rza­mi wy­da­rzeń, o któ­rych nie do­no­si­ła ra­dziec­ka pra­sa.

My, star­si, mie­li­śmy już wów­czas nie tyl­ko za­in­te­re­so­wa­nia li­te­rac­kie, ale i po­li­tycz­ne. Nie było to ni­czym dziw­nym. Ży­cie w ZSRR jest o wie­le bar­dziej upo­li­tycz­nio­ne niż w każ­dym in­nym kra­ju świa­ta. Nie ma nie­omal ani jed­ne­go pro­ble­mu, któ­ry nie mógł­by być po­trak­to­wa­ny „po­li­tycz­nie”. Jed­na po dru­giej to­czą się kam­pa­nie, od­by­wa­ją ze­bra­nia i de­mon­stra­cje.

Po od­ro­bie­niu lek­cji rzu­ca­li­śmy się na do­stęp­ną nam li­te­ra­tu­rę po­li­tycz­ną – na pi­sma Mark­sa, En­gel­sa, Le­ni­na i Sta­li­na. Nikt nas do tego nie zmu­szał, na­wet nie za­chę­ca­no nas, by­śmy się kształ­ci­li po­li­tycz­nie. Ro­bi­li­śmy to z wła­snej woli, kie­ru­jąc się za­in­te­re­so­wa­nia­mi, i wkrót­ce na­szym zwy­cza­jem sta­ły się dłu­gie spa­ce­ry po Mo­skwie i roz­mo­wy o lek­tu­rach.

W na­szym domu dziec­ka nie mie­li­śmy naj­mniej­sze­go po­ję­cia o tym wszyst­kim, co dzia­ło się w tym cza­sie w ZSRR. Trud­no jed­nak żyć w tym kra­ju bez­tro­sko; nie ma tam prze­cież na­wet za­kąt­ka, w któ­rym moż­na by się za­szyć i żyć wła­snym ży­ciem z dala od ze­wnętrz­nych wy­da­rzeń. Nas też to do­ty­czy­ło.

Kie­dy zna­la­złem się w domu dziec­ka nu­mer 6, mat­ka wpro­wa­dzi­ła się do ma­łej, pry­mi­tyw­nej ko­mór­ki, któ­ra nie za­słu­gi­wa­ła na­wet na mia­no po­ko­ju. Mie­ści­ła się w sta­rej ka­mie­ni­cy nie­da­le­ko Bra­my Ni­kic­kiej. Wła­ści­wie na­wet okre­śle­nie „ko­mór­ka” to za dużo, bo był to za­le­d­wie ka­wa­łek ko­ry­ta­rza, od­gro­dzo­ny zwy­kłą ścian­ką z de­sek. Ale na­wet o to lo­kum mat­ka mu­sia­ła to­czyć cięż­kie boje. Spo­ty­ka­łem się z nią raz czy dwa razy w ty­go­dniu. Cho­dzi­li­śmy po Mo­skwie. Były to pięk­ne go­dzi­ny. I choć po­do­ba­ło mi się w domu dziec­ka, to za każ­dym ra­zem cie­szy­łem się, że wi­dzę mat­kę i mogę z nią po­roz­ma­wiać.

Pew­ne­go desz­czo­we­go dnia pod ko­niec paź­dzier­ni­ka 1936, kil­ka ty­go­dni po moim przy­by­ciu do domu dziec­ka, spa­ce­ro­wa­li­śmy uli­ca­mi Mo­skwy. Po dro­dze za­ja­da­łem sło­dy­cze ku­pio­ne w moim ulu­bio­nym skle­pie Wo­stocz­ny­je Sła­do­sti [Sło­dy­cze Wscho­du] przy Bra­mie Ni­kic­kiej.

– Mam do cie­bie wiel­ką proś­bę, mamo – po­wie­dzia­łem.

– Jaką, synu?

– Wiesz, naj­gor­szy jest ten ry­su­nek tech­nicz­ny. Po­ju­trze mamy od­dać pie­kiel­nie trud­ny ry­su­nek i za nic nie mogę so­bie z nim po­ra­dzić.

Mat­ka przy­rze­kła, że ry­su­nek bę­dzie go­to­wy już na­stęp­ne­go dnia. A za­raz po­tem mu­sia­łem wra­cać, żeby nie spóź­nić się do domu. Raz jesz­cze się obej­rza­łem. Mama sta­ła z to­reb­ką i zwi­nię­tym ry­sun­kiem pod pa­chą i ma­cha­ła do mnie przy­jaź­nie.

Na­stęp­ne­go dnia sta­łem o umó­wio­nej go­dzi­nie w usta­lo­nym miej­scu. Mat­ka się nie zja­wia­ła. Cze­ka­łem. Mi­nę­ło 10, 15 mi­nut, po­tem pół go­dzi­ny. Mat­ki cią­gle jesz­cze nie było. Po­sta­no­wi­łem pójść do niej do domu, do jej ma­łe­go, drew­nia­ne­go po­ko­iku na ko­ry­ta­rzu. Może za­cho­ro­wa­ła, po­my­śla­łem. Za­nie­po­ko­jo­ny za­dzwo­ni­łem do drzwi. Otwo­rzył je­den z lo­ka­to­rów, dziw­nie na mnie po­pa­trzył, ale od razu wpu­ścił. Po­bie­głem ko­ry­ta­rzem i sta­ną­łem osłu­pia­ły przed pry­mi­tyw­nym, drew­nia­nym prze­pie­rze­niem. Drzwi były za­mknię­te. Poza tym za­uwa­ży­łem dwie pie­czę­cie: jed­ną na prze­pie­rze­niu, dru­gą na drzwiach. Ni­cze­go już nie ro­zu­mia­łem. Tym­cza­sem otwo­rzy­ły się drzwi są­sied­nie­go po­ko­ju.

– Cze­go chcesz? – pa­dło py­ta­nie.

– Przy­sze­dłem do mo­jej mat­ki. Prze­cież tu miesz­ka.

– Two­jej mat­ki już tu nie ma.

– A gdzie jest?

– Wy­je­cha­ła.

– Jak to? Nic nie zo­sta­wi­ła?

– Nie. Nic nie zo­sta­wi­ła. Mu­sia­ła na­gle wy­je­chać. Praw­do­po­dob­nie na ko­man­di­row­kę i pew­nie nie­dłu­go wró­ci. Idź spo­koj­nie do domu.

Za­my­ślo­ny i nie­spo­koj­ny wró­ci­łem do domu. By­łem w Ro­sji na tyle dłu­go, żeby wie­dzieć, co to jest ko­man­di­row­ka – nie­ocze­ki­wa­na „de­le­ga­cja”, służ­bo­we zle­ce­nie na wy­ko­na­nie okre­ślo­nej pra­cy w in­nym miej­scu. Ale kto mógł skie­ro­wać moją mat­kę na ko­man­di­row­kę? I do­kąd? Kie­dy wró­ci? W domu te nie­po­ko­ją­ce my­śli się roz­wia­ły. Wy­sła­no ją praw­do­po­dob­nie do­kądś, gdzie mia­ła udzie­lać lek­cji ję­zy­ków ob­cych, może dla ofi­ce­rów ar­mii. A stam­tąd pew­nie nie może pi­sać, uspo­ka­ja­łem sam sie­bie i za­bra­łem się do ry­sun­ku tech­nicz­ne­go.

Mi­ja­ły ty­go­dnie. Kil­ka­krot­nie cho­dzi­łem jesz­cze do „miesz­ka­nia” mat­ki, ale za każ­dym ra­zem za­sta­wa­łem tyl­ko opie­czę­to­wa­ne drzwi. Po­cząt­ko­wo przy­jaź­nie uspo­so­bie­ni lo­ka­to­rzy z są­sied­nie­go po­ko­ju szyb­ko zmie­ni­li na­sta­wie­nie.

– Po co cią­gle tu przy­cho­dzisz? – po­wie­dział je­den z nich ostro, nie­omal ze zło­ścią. – Prze­cież mó­wi­li­śmy ci, że two­ja mat­ka jest na ko­man­di­row­ce. Jak tyl­ko wró­ci, na pew­no się ode­zwie. Nie mu­sisz wciąż tu przy­cho­dzić.

Po­tem już tam nie cho­dzi­łem. Przy ja­kiejś oka­zji spo­tka­łem zna­jo­mych mat­ki. Też mó­wi­li, że jest na de­le­ga­cji, ale mia­ło się wra­że­nie, że nikt z nich nie wie do­kład­nie gdzie.

– Sły­sza­łem, że jest w Ty­fli­sie – po­wie­dział pe­wien zna­jo­my.

– Ale dla­cze­go do mnie nie pi­sze?

– Z nie­któ­rych de­le­ga­cji nie wol­no pi­sać – od­rzekł.

To było ja­sne, już nie­raz o tym sły­sza­łem. No i nie py­ta­łem wię­cej.

KOGO JUTRO ARESZTUJĄ?

Wkrót­ce na­stą­pi­ły inne wy­da­rze­nia, któ­re wy­rwa­ły mnie ze spo­koj­ne­go ży­cia w domu dziec­ka. W stycz­niu 1937 od­by­wał się pro­ces „al­ter­na­tyw­ne­go cen­trum troc­ki­stow­skie­go”, rze­ko­mo spi­sko­wej or­ga­ni­za­cji, do któ­rej na­le­że­li [Ju­rij] Pia­ta­kow, [Ka­rol] Ra­dek, [Gri­go­rij] So­kol­ni­kow i [Le­onid] Sie­rie­bria­kow, czo­ło­wi funk­cjo­na­riu­sze par­tii, ucho­dzą­cy do­tych­czas za wzo­ro­wych bol­sze­wi­ków. Nie­miec­ki dzien­nik „Deut­sche Zen­tral-Ze­itung”, któ­ry do tej pory po­dob­nie jak „Praw­da” do­no­sił pra­wie wy­łącz­nie o suk­ce­sach bu­do­wy so­cja­li­zmu i pu­bli­ko­wał zdję­cia no­wych za­kła­dów prze­my­sło­wych lub wzo­ro­wych koł­cho­zów, roił się te­raz od in­wek­tyw pod ad­re­sem „troc­ki­stow­skich szpie­gów”, „dy­wer­san­tów”, „zdraj­ców oj­czy­zny” i „wskrze­si­cie­li ka­pi­ta­li­zmu”.

Za­ję­cia z wie­dzy o spo­łe­czeń­stwie w szko­le zo­sta­ły na­tych­miast do­sto­so­wa­ne do no­wych wy­ma­gań – po­świę­ca­no je te­raz w ca­ło­ści pro­ce­so­wi. Do­wie­dzie­li­śmy się, że ci, któ­rych zna­li­śmy jako przy­kład­nych przy­wód­ców par­tii, byli w rze­czy­wi­sto­ści szpie­ga­mi, agen­ta­mi i dy­wer­san­ta­mi, pro­wa­dzą­cy­mi taj­ne ro­ko­wa­nia z hi­tle­row­ski­mi Niem­ca­mi i Ja­po­nią. Ich ce­lem było od­stą­pie­nie Ukra­iny Niem­com, a ra­dziec­kie­go Da­le­kie­go Wscho­du – Ja­po­nii. Chcie­li po­nad­to przy­wró­cić ka­pi­ta­lizm w ZSRR.

Oskar­że­ni – jak nam mó­wio­no – już od wie­lu lat, a na­wet dzie­się­cio­le­ci byli szkod­ni­ka­mi, wro­ga­mi na­ro­du i agen­ta­mi, uda­ło się im jed­nak zwo­dzić oto­cze­nie. Od­gry­wa­jąc rolę wzo­ro­wych funk­cjo­na­riu­szy, w tym sa­mym cza­sie sa­bo­to­wa­li pla­ny pro­duk­cyj­ne, prze­pro­wa­dza­li akty dy­wer­sji, or­ga­ni­zo­wa­li pod­pa­le­nia, wy­sa­dza­nie w po­wie­trze obiek­tów i ka­ta­stro­fy ko­le­jo­we, a na sku­tek za­pla­no­wa­ne­go ska­że­nia bak­te­ria­mi miejsc ży­wie­nia i hi­gie­ny pu­blicz­nej przy­czy­ni­li się do śmier­ci wie­lu ro­bot­ni­ków i chło­pów. Two­rzy­li też gru­py ter­ro­ry­stycz­ne, któ­re mia­ły wy­mor­do­wać przy­wód­ców par­tii i rzą­du.

30 stycz­nia 1937 pro­ces do­biegł koń­ca. Pia­ta­kow, Sie­rie­bria­kow i inni oskar­że­ni zo­sta­li ska­za­ni na śmierć, a So­kol­ni­kow i Ra­dek na dzie­sięć lat wię­zie­nia. Ga­ze­ty pu­bli­ko­wa­ły zdję­cia z wie­ców w za­kła­dach i koł­cho­zach – wszy­scy obec­ni pod­no­si­li rękę na znak, że po­chwa­la­ją wy­rok sądu. Na wiel­kich de­mon­stra­cjach nie­sio­no ha­sła w ro­dza­ju: „Za­bić wście­kłe fa­szy­stow­skie psy!”, „Wro­gów ludu ze­trzeć z po­wierzch­ni zie­mi!”.

Nie mo­gli­śmy wte­dy na­le­ży­cie oce­nić zna­cze­nia tego pro­ce­su. Jesz­cze cią­gle ży­li­śmy jak na szczę­śli­wej wy­spie. O ma­so­wych aresz­to­wa­niach nie mie­li­śmy zie­lo­ne­go po­ję­cia. Cho­dzi­li­śmy jak zwy­kle do szko­ły, czy­ta­li­śmy książ­ki i dys­ku­to­wa­li­śmy. Za­uwa­ży­li­śmy je­dy­nie, że na za­ję­ciach z wie­dzy o spo­łe­czeń­stwie, na ze­bra­niach w szko­le i w in­ter­na­cie dużo mó­wi­ło się o czuj­no­ści, o „wro­gach” i „agen­tach” oraz ich ha­nieb­nych czy­nach.

Wiel­ka fala aresz­to­wań za­czę­ła się je­sie­nią 1936, ale do­pie­ro póź­ną wio­sną 1937 […] i my spo­strze­gli­śmy, co się dzie­je w kra­ju. Aresz­to­wa­nia nie omi­nę­ły nie­miec­kiej szko­ły Liebk­nech­ta. Po­czy­na­jąc od mar­ca 1937, aresz­to­wa­no jed­ne­go po dru­gim na­szych na­uczy­cie­li. Na po­cząt­ku znik­nął ger­ma­ni­sta Ger­schin­ski, nie­miec­ki ko­mu­ni­sta, któ­ry w dzie­ciń­stwie cho­dził do szko­ły im. Ka­ro­la Mark­sa w ber­liń­skiej dziel­ni­cy Neu­kölln, a po roku 1933 przy­je­chał do Związ­ku Ra­dziec­kie­go. Po­tem przy­szła ko­lej na na­uczy­cie­la hi­sto­rii i geo­gra­fii, Lüsche­na, rów­nież ab­sol­wen­ta szko­ły im. Mark­sa. W koń­cu zo­stał aresz­to­wa­ny na­uczy­ciel ma­te­ma­ty­ki i che­mii, Kauf­mann.

Do­ty­czy­ło to nie tyl­ko na­szej kla­sy, ale ca­łej szko­ły. Garst­ka prze­mę­czo­nych na­uczy­cie­li mu­sia­ła prze­jąć lek­cje aresz­to­wa­nych ko­le­gów. Gnę­bi­ło ich zresz­tą nie tyl­ko zmę­cze­nie, ale i strach. Każ­dy z nich wie­dział, że na­za­jutrz może przyjść ko­lej na nie­go. W po­czu­ciu za­gro­że­nia trud­no im było pro­wa­dzić lek­cje, co oczy­wi­ście nie ucho­dzi­ło na­szej uwa­gi.

Cza­sem strach pła­tał im fi­gle. Pew­ne­go razu w cza­sie lek­cji z wie­dzy o kon­sty­tu­cji na­uczy­ciel z za­chwy­tem pod­no­sił de­mo­kra­tycz­ny cha­rak­ter na­szej usta­wy za­sad­ni­czej i mo­ral­no-po­li­tycz­ną jed­ność na­ro­du ra­dziec­kie­go, a swo­je wy­wo­dy chciał pod­su­mo­wać zna­nym po­wie­dze­niem Sta­li­na: „Ci jed­nak, któ­rzy chcie­li­by na­paść na nasz kraj, spo­tka­ją się z dru­zgo­cą­cą od­pra­wą, aby w przy­szło­ści ode­szła im ocho­ta wsa­dzać swą świń­ską mor­dę do na­sze­go ra­dziec­kie­go ogro­du!”. Aku­rat w tym zda­niu prze­ję­zy­czył się i za­wo­łał do­no­śnie: „aby w przy­szło­ści ode­szła im ocho­ta wsa­dzać swą ra­dziec­ką mor­dę do na­sze­go świń­skie­go ogro­du!”.

Nie­któ­rzy ucznio­wie par­sk­nę­li ze śmie­chu, inni, ze mną włącz­nie, sie­dzie­li jak spa­ra­li­żo­wa­ni. Co da­lej? Co się te­raz sta­nie? Na­uczy­ciel po paru se­kun­dach spo­strzegł swo­ją po­mył­kę, zro­bił się kre­do­wo­bla­dy i za­czął dy­go­tać. Wi­dać było, ile kosz­to­wa­ło go do­pro­wa­dze­nie lek­cji do koń­ca. Nam wszyst­kim było go okrop­nie żal. Wie­dzie­li­śmy, że ozna­cza to jego ko­niec, po­nie­waż było ja­sne, że sam musi zgło­sić w par­tii ten in­cy­dent. Po paru dniach znik­nął. Nie zo­ba­czy­li­śmy go już nig­dy wię­cej i słuch o nim za­gi­nął.

Na­wet na na­sze eg­za­mi­ny padł cień aresz­to­wań. Pew­ne­go czerw­co­we­go po­ran­ka cała kla­sa sie­dzia­ła, cze­ka­jąc na pi­sem­ny eg­za­min z nie­miec­kie­go. Jak zwy­kle przed eg­za­mi­nem by­li­śmy nie­co po­de­ner­wo­wa­ni. Wszedł na­uczy­ciel. Naj­pierw spraw­dził li­stę obec­no­ści, po czym wy­ja­śnił za­da­nie: „Prze­czy­tam wam ury­wek z książ­ki an­ty­fa­szy­stow­skie­go pi­sa­rza Geo­r­ga Bor­na, a wy stre­ści­cie ten frag­ment wła­sny­mi sło­wa­mi. Ma­cie na to trzy go­dzi­ny, mo­że­cie za­tem spo­koj­nie pi­sać”.

Mó­wiąc to, otwo­rzył tecz­kę i chciał wy­jąć książ­kę. Na­gle z nie­któ­rych ła­wek za­czę­ły do­cho­dzić szep­ty.

– O co cho­dzi?

Je­den uczeń wstał.

– To­wa­rzy­szu, mój oj­ciec mó­wił, że Georg Born parę dni temu zo­stał aresz­to­wa­ny jako wróg ludu.

Na­uczy­ciel zro­bił się sza­ro­zie­lo­ny. Trzę­są­cy­mi się rę­ka­mi scho­wał książ­kę do tecz­ki, po­szpe­rał w niej, obej­rzał parę in­nych po­zy­cji i szyb­ko je zno­wu odło­żył. Wresz­cie wziął książ­kę Ki­scha8, któ­ry wów­czas miesz­kał w Mek­sy­ku. Moż­na więc było z jako taką pew­no­ścią przy­jąć, że nie zo­stał zde­ma­sko­wa­ny jako „wróg ludu”. Na­uczy­ciel tro­chę się uspo­ko­ił i opa­no­wał.

– Chcę was prze­pro­sić za to po­waż­ne nie­do­pa­trze­nie. Na­tu­ral­nie nie mo­że­my ko­rzy­stać z książ­ki wro­ga ludu, któ­ry za­pew­ne zo­sta­nie te­raz na­le­ży­cie uka­ra­ny. Za­miast tego prze­czy­tam wam re­por­taż Ego­na Er­wi­na Ki­scha, a wy stre­ści­cie go swo­imi sło­wa­mi.

Prze­czy­tał frag­ment. Głos mu wciąż jesz­cze tro­chę drżał, bo bał się o wie­le bar­dziej niż my eg­za­mi­nu.

Aku­rat w cza­sie eg­za­mi­nów, w czerw­cu 1937, ak­cja czy­stek na­bra­ła naj­więk­sze­go roz­ma­chu. Na po­cząt­ku czerw­ca zo­sta­li­śmy wraz z całą lud­no­ścią Związ­ku Ra­dziec­kie­go za­sko­cze­ni wy­jąt­ko­wym wy­da­rze­niem. Je­den z naj­więk­szych do tej pory au­to­ry­te­tów w dzie­dzi­nie me­dy­cy­ny, pro­fe­sor [Dmi­trij] Plet­niow zo­stał oskar­żo­ny o zgwał­ce­nie ra­dziec­kiej ko­bie­ty, oby­wa­tel­ki B.! Po­nie­waż w pra­sie ra­dziec­kiej nig­dy nie po­ja­wiał się te­mat sek­su, ogól­ne zdzi­wie­nie wy­wo­łał fakt, że te­raz opi­sa­ne zo­sta­ły oko­licz­no­ści gwał­tu, a na­wet wspo­mnia­no, iż pro­fe­sor kil­ka­krot­nie ugryzł oby­wa­tel­kę B. w pierś. To ugry­zie­nie – wy­ja­śnia­ła „Praw­da” – oka­le­czy­ło ko­bie­tę na całe ży­cie.

Pod do­nie­sie­niem wy­dru­ko­wa­no ru­ty­no­we re­zo­lu­cje naj­róż­niej­szych in­sty­tu­cji me­dycz­nych, skie­ro­wa­ne prze­ciw­ko „gwał­ci­cie­lo­wi” i „sa­dy­ście”. W na­pię­ciu cze­ka­no na za­po­wie­dzia­ny pu­blicz­ny pro­ces. Ale po­tem, pra­wie przez cały rok o Plet­nio­wie było głu­cho. Za to w owych dniach po­ja­wi­ło się nowe ha­sło, któ­re co­dzien­nie moż­na było prze­czy­tać w ga­ze­tach i usły­szeć na ze­bra­niach: „Ra­dziec­kie or­ga­na bez­pie­czeń­stwa sta­ją się co­raz licz­niej­sze, ro­sną w siłę i po­tę­gę. Nie­chaj drżą wszy­scy szpie­dzy, dy­wer­san­ci i mor­der­cy! Ra­dziec­kie or­ga­na bez­pie­czeń­stwa jesz­cze po­ka­żą, co po­tra­fią”.

Kil­ka dni póź­niej – 11 czerw­ca 1937 – do wia­do­mo­ści pu­blicz­nej po­da­no wy­kry­cie spi­sku, na cze­le któ­re­go stał do­tych­cza­so­wy szef szta­bu ge­ne­ral­ne­go, mar­sza­łek [Mi­cha­ił] Tu­cha­czew­ski oraz sied­miu in­nych ge­ne­ra­łów Ar­mii Czer­wo­nej. Lu­dzie pia­stu­ją­cy naj­wyż­sze sta­no­wi­ska w do­wódz­twie ar­mii, sta­rzy człon­ko­wie par­tii i wy­so­cy funk­cjo­na­riu­sze par­tii i pań­stwa zo­sta­li oskar­że­ni o szpie­go­stwo na rzecz ob­ce­go mo­car­stwa. Swo­im szkod­nic­twem osła­bia­li woj­sko, rze­ko­mo na­wet chcie­li do­pro­wa­dzić do upad­ku Ar­mii Czer­wo­nej i przy­wró­cić w ZSRR wła­dzę ob­szar­ni­ków i ka­pi­ta­li­stów.

Pro­ce­sy, po­gróż­ki i wy­zwi­ska, ja­ki­mi ob­rzu­ca­no „śmier­tel­nych wro­gów”, „dwu­li­co­wych zdraj­ców” i „dy­wer­san­tów” i nie­ustan­ne na­wo­ły­wa­nie do czuj­no­ści w cza­sie tych mie­się­cy spra­wi­ło, że do wie­lu rze­czy już przy­wy­kli­śmy. Wia­do­mość o wy­kry­ciu spi­sku Tu­cha­czew­skie­go prze­kra­cza­ła jed­nak wszel­kie gra­ni­ce.

Z sze­ściu stron „Praw­dy” z 12 czerw­ca pięć po­świę­co­no wy­łącz­nie temu wy­da­rze­niu. Był to je­dy­ny przy­pa­dek w hi­sto­rii ra­dziec­kiej pra­sy, że każ­da stro­na mia­ła ty­tu­ło­wy na­głó­wek:

„Szpie­gów i zdraj­ców Oj­czy­zny, ohyd­nych na­jem­ni­ków fa­szy­zmu – roz­strze­lać!”

„Szpie­gów, zdraj­ców woj­sko­we­go obo­wiąz­ku, Oj­czy­zny i Czer­wo­nej Ar­mii – roz­strze­lać!”

„Szpie­gów, pra­gną­cych roz­bić na­szą Oj­czy­znę i przy­wró­cić w ZSRR wła­dzę ob­szar­ni­ków i ka­pi­ta­li­stów – roz­strze­lać!”

„Szpie­gów, któ­rzy dla pod­ko­pa­nia po­tę­gi Ar­mii Czer­wo­nej upra­wia­li sa­bo­taż – roz­strze­lać!”

„Szpie­gów, dą­żą­cych do klę­ski Ar­mii Czer­wo­nej – roz­strze­lać!”

[…]

Cała ga­ze­ta peł­na była re­zo­lu­cji żą­da­ją­cych na­tych­mia­sto­we­go roz­strze­la­nia rze­ko­mych zdraj­ców, któ­rych ob­rzu­ca­no wy­zwi­ska­mi i prze­kleń­stwa­mi. Te spon­ta­nicz­ne „po­stu­la­ty ludu” były jed­nak już nie­ak­tu­al­ne, gdyż jak za­wia­da­mia­ła krót­ka no­tat­ka: „Tu­cha­czew­ski i współ­o­skar­że­ni po­przed­nie­go wie­czo­ru zo­sta­li ska­za­ni na śmierć, a wy­rok wy­ko­na­no”.

Choć te wy­da­rze­nia bez­po­śred­nio nas nie do­ty­czy­ły, od­czu­li­śmy ich skut­ki rów­nież w domu dziec­ka. Tego wie­czo­ru, kie­dy Tu­cha­czew­ski zo­stał ska­za­ny na śmierć przez roz­strze­la­nie, pod­szedł do mnie po­bla­dły ko­le­ga. Miał do­pie­ro trzy­na­ście czy czter­na­ście lat i nie na­le­żał na­wet do „star­szych”.

– Co mam ro­bić? Po­peł­ni­łem coś okrop­ne­go!

– Co ta­kie­go?

– Te­ma­tem wy­pra­co­wa­nia na eg­za­mi­nie pi­sem­nym była Ar­mia Czer­wo­na, a ja pod­kre­śli­łem szcze­gól­ną rolę Tu­cha­czew­skie­go.

– W swo­im wy­pra­co­wa­niu?

– Tak, a na­wet jesz­cze go­rzej! Na sa­mym koń­cu na­pi­sa­łem: „Pod do­wódz­twem Sta­li­na i Tu­cha­czew­skie­go Ar­mia Czer­wo­na zwy­cię­ży­ła w cza­sie woj­ny do­mo­wej i jest nie­zwy­cię­żo­na do dzi­siaj!”. No i co te­raz bę­dzie?

Na szczę­ście nic mu się nie sta­ło, ale w tam­tych dniach na­wet w domu dziec­ka, a szcze­gól­nie u „star­szych”, wi­dać było wie­le za­tro­ska­nych twa­rzy. I jak wy­ba­wie­nie ode­bra­li­śmy zwo­ła­ne pew­ne­go wie­czo­ru ze­bra­nie, na któ­rym nie­spo­dzie­wa­nie ogło­szo­no: „La­tem je­dzie­my na wa­ka­cje do Gu­rzu­fu na Kry­mie”. Tego sa­me­go dnia przy­da­rzy­ło się coś, cze­go wów­czas zu­peł­nie nie mo­głem po­jąć. Je­den z pe­da­go­gów pod­szedł do mnie, spoj­rzał po­waż­nie, życz­li­wie uści­snął mi rękę i od­szedł, nie mó­wiąc ani sło­wa. Nic z tego nie ro­zu­mia­łem. O co mo­gło mu cho­dzić?

Cały ty­dzień mi­nął na przy­go­to­wa­niach do po­dró­ży. Ostat­nie­go dnia przed wy­jaz­dem zno­wu pod­szedł do mnie ten sam na­uczy­ciel, tym ra­zem jed­nak z we­so­łym wy­ra­zem twa­rzy.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku – oznaj­mił, kle­piąc mnie po ra­mie­niu.

– Ale o co cho­dzi­ło?

Ocią­ga­jąc się, od­po­wie­dział:

– Była taka jed­na spra­wa, ale już wszyst­ko wy­ja­śnio­ne. A te­raz gło­wa do góry, pa­kuj ma­nat­ki, je­dzie­my na Krym!

W ma­low­ni­czo po­ło­żo­nym ku­ror­cie Gu­rzuf nad Mo­rzem Czar­nym udo­stęp­nio­no nam kil­ka ład­nych bu­dyn­ków i spę­dza­li­śmy tam wspa­nia­łe dni. W pięk­nym kra­jo­bra­zie Kry­mu, pod pal­ma­mi i w chłod­nym mo­rzu wy­da­rze­nia mi­nio­nych mie­się­cy wy­da­wa­ły się złym snem. Wie­rzy­li­śmy i mie­li­śmy na­dzie­ję, że wkrót­ce wszyst­ko wró­ci do nor­my i po na­szym po­wro­cie do Mo­skwy bę­dzie tak, jak jesz­cze przed pa­ro­ma mie­sią­ca­mi.

Po bo­daj trzech ty­go­dniach wa­ka­cji za­cho­ro­wa­łem. Le­ża­łem w se­pa­rat­ce pod opie­ką na­szej nie­miec­kiej le­kar­ki, któ­ra trosz­czy­ła się o nas z peł­nym po­świę­ce­niem. Pew­ne­go dnia, kie­dy po­czu­łem się już le­piej, po­de­szła do mo­je­go łóż­ka: „Po­patrz, pocz­ta dla cie­bie”.

Pod­eks­cy­to­wa­ny prze­czy­ta­łem kart­kę pocz­to­wą. Była za­adre­so­wa­na na dom dziec­ka. Przy­szła od mo­jej mat­ki! Ad­res nadaw­cy brzmiał: „Ł.P. Szor, Czy­biu, Komi ASRR”. Pod spodem wid­niał do­pi­sek: „KRTD 5 lat”.

Te­raz zro­zu­mia­łem, co się sta­ło. Spa­dło to na mnie jak grom z ja­sne­go nie­ba – moją mat­kę aresz­to­wa­li! Wie­dzia­łem, że Ł.P. ozna­cza „ła­gier­nyj punkt”, a KRTD to ro­syj­ski skrót ter­mi­nu „kontr­rie­wo­lu­cy­on­na­ja troc­ki­st­ska­ja die­ja­tiel­nost’”, tzn. kontr­re­wo­lu­cyj­na dzia­łal­ność troc­ki­stow­ska. Zro­zu­mia­łem też, dla­cze­go opie­czę­to­wa­no jej po­kój, a nie­uf­ni są­sie­dzi mó­wi­li męt­nie o „de­le­ga­cji”, nie chcąc mnie nie­po­ko­ić. Za­ra­zem uświa­do­mi­łem so­bie całą gro­zę sy­tu­acji. Mat­ka już od 10 mie­się­cy była wię­zio­na, te­raz prze­by­wa­ła w strasz­li­wych wa­run­kach na pół­no­cy, gdzieś pod ko­łem pod­bie­gu­no­wym, a ja tym­cza­sem sie­dzia­łem so­bie spo­koj­nie w naj­bar­dziej eks­klu­zyw­nym domu dziec­ka i od­po­czy­wa­łem pod pal­ma­mi na Kry­mie!

Nie­chęt­nie bra­łem udział w wy­ciecz­kach do Sym­fe­ro­po­la, Li­wa­dii albo Jał­ty, po­dob­nie jak w zwie­dza­niu pa­ła­ców i wę­drów­kach po pięk­nych par­tiach gór. Mia­łem wciąż przed ocza­mi ob­raz mo­jej mat­ki i przy­gnę­bio­ny roz­my­śla­łem, co się z nią te­raz dzie­je.

O kart­ce pocz­to­wej, aresz­to­wa­niu i de­por­ta­cji mat­ki ni­ko­mu nic nie mó­wi­łem, ale by­łem pew­ny, że dy­rek­tor i pe­da­go­dzy o tym wie­dzą. Przy­po­mnia­ło mi się też dziw­ne za­cho­wa­nie na­uczy­cie­la tuż przed na­szym wy­jaz­dem. Czyż­by mia­ło to coś wspól­ne­go z aresz­to­wa­niem mat­ki? Pró­bo­wa­łem jesz­cze raz z nim po­roz­ma­wiać, ale mach­nął tyl­ko ręką. Do­pie­ro po­nad rok póź­niej do­wie­dzia­łem się, dla­cze­go tak się za­cho­wał. W tym okre­sie aresz­to­wa­na zo­sta­ła nie tyl­ko moja mat­ka, ale też ro­dzi­ce in­nych ośmiu czy na­wet dzie­się­ciu ko­le­gów. Po­tem przy­szło roz­po­rzą­dze­nie, że wszy­scy, któ­rych ro­dzi­ce zo­sta­li aresz­to­wa­ni, mu­szą opu­ścić nasz dom i prze­nieść się do sie­ro­ciń­ca NKWD. Wła­śnie tam­te­go dnia na­uczy­ciel zbli­żył się do mnie, a po­nie­waż nie mógł nic po­wie­dzieć, uści­snął mi tyl­ko rękę na po­że­gna­nie. Po paru dniach roz­po­rzą­dze­nie wy­co­fa­no. Mo­gli­śmy po­zo­stać w domu, a on pod­szedł do mnie, tym ra­zem uśmiech­nię­ty, i po­wie­dział, że wszyst­ko w po­rząd­ku.

Do dziś nie wiem, komu za­wdzię­cza­li­śmy ra­tu­nek. Czy na­kaz zo­stał wy­co­fa­ny na sku­tek in­ter­wen­cji Ko­min­ter­nu? W każ­dym ra­zie uchro­ni­ło to nas przed okrop­nym lo­sem, to zna­czy prze­nie­sie­niem do jed­ne­go z wie­lu do­mów dziec­ka NKWD, prze­zna­czo­nych pod­ów­czas dla dzie­ci osób aresz­to­wa­nych. Co praw­da na wie­le lat roz­dzie­lo­no nas z ro­dzi­ca­mi, ale naj­gor­sze zo­sta­ło nam za­osz­czę­dzo­ne. Te­raz mie­li­śmy już tyl­ko jed­no, cze­go moż­na było się trzy­mać: nasz dom dziec­ka, któ­ry od tej pory był dla nas ro­dzi­ną, oj­czy­zną i schro­nie­niem. […]

W dru­giej po­ło­wie sierp­nia, po sze­ściu ty­go­dniach wa­ka­cji na Kry­mie, po­wró­ci­li­śmy do Mo­skwy. Już na­stęp­ne­go dnia we­zwa­no nas, „star­szych” na spe­cjal­ne po­sie­dze­nie u dy­rek­to­ra. „To­wa­rzy­sze, skoń­czy­li­ście już wszy­scy siód­mą kla­sę i mu­si­my w związ­ku z tym po­roz­ma­wiać po­waż­nie o wa­szej przy­szło­ści. Wszy­scy zna­cie do­brze ję­zyk ro­syj­ski i chcę, że­by­ście się za­sta­no­wi­li, czy nie by­ło­by le­piej, gdy­by­ście prze­szli z nie­miec­kiej szko­ły im. Liebk­nech­ta do szko­ły ro­syj­skiej. Nie ma tu na­tu­ral­nie przy­mu­su. Za parę dni mo­że­my jesz­cze raz o tym po­roz­ma­wiać.”

Nie­któ­rzy zde­cy­do­wa­li się na­tych­miast na ro­syj­ską szko­łę, inni – a wśród nich i ja – wa­ha­li się jesz­cze. Zna­łem już co praw­da cał­kiem nie­źle ro­syj­ski, ale wciąż nie tak do­brze jak nie­miec­ki. Gdy­by cho­dzi­ło wy­łącz­nie o ję­zyk, wo­lał­bym zo­stać jesz­cze w nie­miec­kiej szko­le. Zda­wa­łem so­bie jed­nak spra­wę, że choć Sie­mio­now o tym nie wspo­mniał, jego pro­po­zy­cja mia­ła pod­ło­że po­li­tycz­ne. Praw­do­po­dob­nie inni my­śle­li po­dob­nie, bo dwa dni póź­niej na ze­bra­niu w ga­bi­ne­cie dy­rek­to­ra wszy­scy zde­cy­do­wa­li się na wy­bór ro­syj­skiej szko­ły. […]

Do­sta­łem się do mo­skiew­skiej szko­ły nu­mer 93, któ­ra znaj­do­wa­ła się w ma­łym za­uł­ku nie­da­le­ko pla­cu Ar­bac­kie­go. Mie­ści­ła się w no­wo­cze­snym, ład­nym bu­dyn­ku, jak wie­le szkół w Mo­skwie, i po­dzi­wia­łem jej świet­ne wy­po­sa­że­nie. Ucznio­wie i na­uczy­cie­le przy­ję­li nas przy­jaź­nie i po ko­le­żeń­sku po­ma­ga­li nam, kie­dy nie ro­zu­mie­li­śmy cze­goś po ro­syj­sku. Ani razu nie spo­tka­li­śmy się z wro­gą po­sta­wą.

Cho­ciaż ro­syj­ski mie­li­śmy opa­no­wa­ny cał­kiem do­brze, nie było ła­two na­dą­żać za prze­bie­giem lek­cji. […] Pro­gram na­ucza­nia w kla­sach od ósmej do dzie­sią­tej był prze­ła­do­wa­ny, a wy­ma­ga­nia ostat­nich trzech lat w szko­le – nie­zwy­kle wy­so­kie. […]

Na lek­cjach hi­sto­rii w roku szkol­nym 1937/38 szcze­gól­ną wagę przy­wią­zy­wa­no do Iwa­na Groź­ne­go, po­nie­waż w in­ter­pre­ta­cji hi­sto­rycz­nej te­goż cara na­stą­pi­ła wła­śnie za­sad­ni­cza ko­rek­ta. Za­czę­to go nie­ocze­ki­wa­nie ho­no­ro­wać jako po­stę­po­we­go wład­cę i twór­cę zjed­no­cze­nia Ro­sji, co re­ak­cyj­na hi­sto­rio­gra­fia do­tych­czas po­mi­ja­ła, na­da­jąc mu zu­peł­nie nie­słusz­nie przy­do­mek „Groź­ny”. Wy­czer­pu­ją­co pod­kre­śla­no jego za­słu­gi dla zjed­no­cze­nia im­pe­rium i oczysz­cze­nia Ro­sji ze zdraj­ców, przy czym szcze­gól­ną uwa­gę zwra­ca­no na „opricz­ni­nę”9, któ­rej sym­bo­lem były gło­wa psa i mio­tła. Psia gło­wa sym­bo­li­zo­wa­ła tro­pie­nie zdraj­ców, mio­tła zaś – oczysz­cze­nie z nich Ro­sji.

W ósmej kla­sie nie mie­li­śmy lek­cji z wie­dzy o kon­sty­tu­cji ani o spo­łe­czeń­stwie, ani w ogó­le żad­ne­go po­li­tycz­ne­go przed­mio­tu. Za to dwa razy w ty­go­dniu od­by­wa­ły się za­ję­cia o na­zwie wo­jen­no­je die­ło, tzn. przy­spo­so­bie­nie woj­sko­we. Mu­sie­li­śmy od­by­wać musz­trę i zaj­mo­wać się cy­wil­ną obro­ną prze­ciw­lot­ni­czą. Nie­zmien­ną od­ra­zą na­pa­wał mnie ry­su­nek tech­nicz­ny, z ty­go­dnia na ty­dzień trud­niej­szy. Na­uczy­cie­le pod­kre­śla­li jed­nak z na­ci­skiem zna­cze­nie tego przed­mio­tu, za­kła­da­jąc naj­wi­docz­niej – i chy­ba nie bez ra­cji – iż więk­szość ab­sol­wen­tów dzie­się­cio­lat­ki po­dej­mie stu­dia na po­li­tech­ni­ce.

To, że przy­go­to­wy­wa­no nas do wyż­szych stu­diów, było oczy­wi­ste i ob­ja­wia­ło się w wie­lu cie­ka­wych przed­się­wzię­ciach. I tak na przy­kład już w ósmej kla­sie uczest­ni­czy­li­śmy w „dniach otwar­tych drzwi” w róż­nych szko­łach wyż­szych. Nor­mal­ne ży­cie uczel­ni wów­czas usta­wa­ło, a pro­fe­so­ro­wie, do­cen­ci, asy­sten­ci i przed­sta­wi­cie­le stu­den­tów byli do na­szej dys­po­zy­cji, przyj­mu­jąc nas i in­for­mu­jąc o spe­cy­fi­ce uczel­ni. W ten spo­sób ro­bio­no re­kla­mę szko­le, a jed­no­cze­śnie pró­bo­wa­no uła­twić uczniom de­cy­zję co do wy­bo­ru póź­niej­szej ka­rie­ry za­wo­do­wej. Ja też od­wie­dza­łem róż­ne uczel­nie w cza­sie „dni otwar­tych drzwi” i pod­ją­łem już de­cy­zję, gdzie chcę stu­dio­wać.

Na­sze przej­ście do ro­syj­skiej szko­ły spra­wi­ło, że rów­nież mię­dzy sobą za­czę­li­śmy roz­ma­wiać po ro­syj­sku. Był to pierw­szy krok do na­szej so­wie­ty­za­cji i ru­sy­fi­ka­cji, co od roku 1937 wy­czu­wa­ło się co­raz wy­raź­niej. Na po­cząt­ku 1938 roku na­stą­pił ko­lej­ny krok – nie­miec­ka szko­ła im. Liebk­nech­ta zo­sta­ła roz­wią­za­na. Po aresz­to­wa­niu na­uczy­cie­li, a na­wet dy­rek­to­ra – uwię­zio­ny zo­stał za­rów­no Zie­la­sko, jak i jego na­stęp­czy­ni Kra­mer – za­kład nie mógł już dłu­żej funk­cjo­no­wać. Wszyst­kie po­zo­sta­łe au­striac­kie i nie­miec­kie dzie­ci prze­nie­sio­no wów­czas do szkół ro­syj­skich.

Nasz dom do­pa­so­wy­wa­no co­raz bar­dziej do ra­dziec­kich wzor­ców. I cho­ciaż nadal od­wie­dza­li nas przed­sta­wi­cie­le au­striac­kiej lub nie­miec­kiej sek­cji Ko­min­ter­nu i wy­słu­chi­wa­li­śmy re­fe­ra­tów o an­ty­fa­szy­stow­skiej wal­ce w Niem­czech i w Au­strii lub o wy­da­rze­niach w Hisz­pa­nii, co­raz czę­ściej zja­wia­li się ro­syj­scy re­fe­ren­ci, ma­ją­cy za­po­zna­wać nas z po­li­tycz­ny­mi pro­ble­ma­mi ZSRR. Uczy­li­śmy się trak­to­wać wszyst­kie za­gad­nie­nia po­li­tycz­nie – jak sami to okre­śla­li­śmy – „z za­sad­ni­cze­go punk­tu wi­dze­nia” i przy­zwy­cza­ili­śmy się do uspra­wie­dli­wia­nia wszyst­kie­go, co dzia­ło się w ZSRR, na­wet je­śli cho­dzi­ło o spra­wy naj­bar­dziej nie­wia­ry­god­ne czy po­su­nię­cia, któ­re na do­brą spra­wę prze­czy­ły ide­om so­cja­li­zmu.

Po­cząt­ko­wo wie­lu wy­cho­wan­ków na­sze­go domu pi­sa­ło jesz­cze li­sty do ro­dzi­ców lub krew­nych w Au­strii, ale z cza­sem wię­zy te osła­bły. My­śle­li­śmy co­raz rza­dziej o Niem­czech czy Au­strii, a co­raz czę­ściej o ZSRR. Na ze­bra­niach mó­wi­ło się o tym kra­ju: na­sza „dru­ga oj­czy­zna”. Po­tem za­czę­li­śmy opusz­czać sło­wo „dru­ga” i w koń­cu po­czu­li­śmy się tak, jak­by ZSRR był na­szą je­dy­ną i praw­dzi­wą oj­czy­zną. […] Sta­li­śmy się mło­dy­mi ra­dziec­ki­mi ludź­mi, któ­rzy byli co praw­da na­ro­do­wo­ści nie­miec­kiej lub au­striac­kiej, lecz men­tal­nie i emo­cjo­nal­nie przy­na­le­że­li już cał­ko­wi­cie do tego kra­ju.

W okre­sie od 1934 do 1938 roku nasz dom zmie­nił swe ob­li­cze. Wła­ści­wie nie był to już „dom dziec­ka”. Nie­po­strze­że­nie „ma­lu­chy” sta­ły się „śred­nia­ka­mi”, „śred­nia­cy” „star­szy­mi”, a nie­gdy­siej­si „star­si” nie byli już dzieć­mi. W so­bo­ty i nie­dzie­le or­ga­ni­zo­wa­li­śmy po­tań­ców­ki i ko­muś z ze­wnątrz nie przy­szło­by na­wet do gło­wy, że tań­czą­ce pary to dzie­ci z sie­ro­ciń­ca. Jesz­cze parę mie­się­cy wcze­śniej pe­da­go­dzy i dy­żu­ru­ją­ce nocą sio­stry z tru­dem ła­go­dzi­li za­ja­dłe bi­twy na pu­deł­ka z prosz­kiem do zę­bów, te­raz zaś sta­nę­li przed in­ny­mi pro­ble­ma­mi, bo więk­szość wy­cho­wan­ków za­czę­ła po­zna­wać czar pierw­szej mi­ło­ści. Ale na te naj­szczę­śliw­sze lata mło­do­ści „wy­bra­li­śmy” so­bie złe cza­sy.

Aresz­to­wa­nia w ża­den spo­sób nie chcia­ły się skoń­czyć, a po na­szym po­wro­cie z Kry­mu w koń­cu sierp­nia 1937 na­wet się jesz­cze na­si­li­ły. Je­sie­nią prze­kro­czy­ły wszyst­ko, z czym do tej pory mie­li­śmy do czy­nie­nia. Nie wi­dzia­łem w tym już nic nad­zwy­czaj­ne­go, że kie­dy ko­goś od­wie­dzam, na­po­ty­kam za­plom­bo­wa­ne drzwi lub inną ro­dzi­nę, któ­rej już przy­dzie­lo­no po­kój oso­by aresz­to­wa­nej. „Aresz­to­wa­nie”, trak­to­wa­ne jesz­cze kil­ka lat wcze­śniej jako coś strasz­ne­go i wy­jąt­ko­we­go, sta­ło się zja­wi­skiem po­wsze­dnim. Nie­mal co­dzien­nie, po­ko­nu­jąc krót­ką dro­gę do szko­ły, wi­dzia­łem zie­lo­ne sa­mo­cho­dy, któ­ry­mi trans­por­to­wa­no aresz­to­wa­nych. Co­raz czę­ściej sły­sze­li­śmy o aresz­to­wa­niach wy­bit­nych funk­cjo­na­riu­szy Ko­min­ter­nu, sta­wia­nych do tej pory za wzór i przy­kład. Z dnia na dzień znik­nę­li nie tyl­ko na­uczy­cie­le szko­ły im. Liebk­nech­ta, ale też re­dak­to­rzy dzien­ni­ka „Deut­sche Zen­tral-Ze­itung” i współ­pra­cow­ni­cy Klu­bu Za­gra­nicz­nych Ro­bot­ni­ków.

Ci, któ­rych jesz­cze nie aresz­to­wa­no – okre­śla­li się cza­sem mia­nem „ostań­ców” – za­cho­wy­wa­li się bar­dzo róż­nie. Więk­szość ule­ga­ła per­ma­nent­nej psy­cho­zie stra­chu – byli jak za­szczu­ta zwie­rzy­na i wciąż ba­czy­li, by po­stę­po­wać słusz­nie i w ten spo­sób unik­nąć aresz­to­wa­nia. Ale co ozna­cza­ło owo „słusz­nie”?

„Naj­waż­niej­sze jest te­raz nic nie mó­wić, a przede wszyst­kim nie wy­po­wia­dać się na żad­ne te­ma­ty po­li­tycz­ne. Na­wet w spo­sób naj­bar­dziej zgod­ny z obo­wią­zu­ją­cą li­nią. Mil­czeć, mil­czeć i jesz­cze raz mil­czeć, taki jest na­kaz chwi­li” – uwa­ża­li jed­ni.

„Nic dzi­siaj nie jest bar­dziej nie­bez­piecz­ne od mil­cze­nia, bo po­wsta­je wra­że­nie, że czło­wiek my­śli coś skry­cie i w ogó­le jest wro­giem ludu. Aku­rat w dzi­siej­szej sy­tu­acji szcze­gól­nie waż­ne jest ak­tyw­ne dzia­ła­nie i co­dzien­ne wy­ra­ża­nie opi­nii o wszyst­kich spra­wach, zgod­nie z li­nią «Praw­dy»” – uwa­ża­li inni.

„Nie wia­do­mo, kogo ju­tro aresz­tu­ją jako «wro­ga ludu». Naj­le­piej z ni­kim się już nie za­da­wać i kom­plet­nie od­izo­lo­wać” – brzmia­ła jed­na teza.

„Trze­ba za­cho­wy­wać się tak jak przed­tem i uda­wać, że się tej ca­łej czyst­ki nie za­uwa­ża. Nic nie jest tak nie­bez­piecz­ne jak cho­wa­nie się w do­mo­wych pie­le­szach” – gło­si­ła inna.

„Naj­waż­niej­sze to «oczy­ścić» bi­blio­te­kę. Książ­ki, co do któ­rych po­wstać może cień po­dej­rze­nia, że nie do koń­ca od­po­wia­da­ją obo­wią­zu­ją­cej li­nii, trze­ba na­tych­miast spa­lić w pie­cu” – mó­wi­li jed­ni.

„Nie ma nic bar­dziej nie­bez­piecz­ne­go, jak w mie­sią­cach czy­stek wrzu­cić do pie­ca choć­by naj­mniej­szy skra­wek pa­pie­ru. Za­uwa­żą to na­tych­miast inni lo­ka­to­rzy i po­tem bę­dzie mowa, że pa­li­ło się do­ku­men­ty, no i będą po­dej­rze­wać czło­wie­ka o szpie­go­stwo. Le­piej mieć dzie­sięć ksią­żek wro­gich par­tii niż ka­wa­łek spa­lo­ne­go pa­pie­ru w pie­cu!” – sprze­ci­wia­li się inni.

Ko­niec koń­ców wszyst­kie dys­ku­sje na nic się nie zda­wa­ły. Aresz­to­wa­no za­rów­no tych, co mil­cze­li jak głaz, jak i tych, co przy każ­dej moż­li­wej oka­zji, a na­wet bez oka­zji gło­śno i en­tu­zja­stycz­nie cy­to­wa­li ar­ty­ku­ły re­dak­cyj­ne „Praw­dy”. Ci, któ­rzy za­raz po pra­cy za­my­ka­li się w swo­ich czte­rech ścia­nach i bali się wy­ściu­bić nosa, pa­da­li tak samo ofia­rą NKWD jak ci, któ­rych głów­ną za­sa­dą było „ni­cze­go nie za­uwa­żać” i za­cho­wy­wać się jak przed­tem. Prze­sad­nie ostroż­nych, któ­rzy spa­li­li po­ło­wę swej bi­blio­te­ki (w tym rów­nież książ­ki do­zwo­lo­ne), aresz­to­wa­no tak samo jak tych, któ­rzy w ogó­le nie pa­li­li w pie­cu z oba­wy, że moż­na by ich po­dej­rze­wać o pa­le­nie do­ku­men­tów. Po pro­stu nie­win­ni lu­dzie nie mie­li re­cep­ty na za­cho­wa­nie, któ­re mo­gło­by po­twier­dzić ich nie­win­ność.

Na­wet my w domu dziec­ka zda­wa­li­śmy so­bie spra­wę, że 99 pro­cent aresz­to­wa­nych nie pod­ję­ło nig­dy żad­nych kro­ków prze­ciw­ko wła­dzy ra­dziec­kiej i dla­te­go lu­dzie ci na­wet przy naj­lep­szych chę­ciach do ni­cze­go nie mo­gli się przy­znać w trak­cie prze­słu­chań. Jak mi wte­dy opo­wia­da­no, NKWD naj­czę­ściej uda­wa­ło się jed­nak zna­leźć coś, co tak na­praw­dę było bła­host­ką – na przy­kład pocz­tów­kę z za­gra­ni­cy albo od­wie­dzi­ny w „Café Na­tio­nal”, gdzie w tym sa­mym cza­sie od­da­lo­ny o wie­le sto­li­ków sie­dział ja­kiś za­gra­nicz­ny dy­plo­ma­ta. Tego ro­dza­ju nie­win­ne wy­da­rze­nie mo­gło przy odro­bi­nie fan­ta­zji zo­stać „roz­bu­do­wa­ne” do udzia­łu w spi­sku prze­ciw­ko Sta­li­no­wi.

Pro­blem dys­ku­to­wa­ny wów­czas przez „jesz­cze nie­aresz­to­wa­nych” był na­stę­pu­ją­cy – czy na­le­ży kon­se­kwent­nie od­ma­wiać przy­zna­nia się do po­peł­nie­nia prze­stęp­stwa zro­dzo­ne­go z fan­ta­zji śled­cze­go i ni­cze­go nie pod­pi­sy­wać, czy też po­móc śled­cze­mu w kon­stru­owa­niu ta­kiej hi­sto­rii i pod­pi­sać się pod nią, aby przy­najm­niej za­de­mon­stro­wać do­brą wolę.

Zda­nia mo­ich zna­jo­mych były po­dzie­lo­ne.

„Nig­dy nie uczy­ni­łem ni­cze­go prze­ciw­ko ZSRR i je­śli mnie aresz­tu­ją, ani my­ślę przy­zna­wać się do prze­stępstw, któ­rych nie po­peł­ni­łem. Nie będę skła­dał żad­nych ze­znań ani też ni­cze­go pod­pi­sy­wał” – twier­dzi­li jed­ni.

„Aresz­to­wa­nia nie mają ab­so­lut­nie nic wspól­ne­go z winą czy nie­win­no­ścią. Od­mó­wie­nie skła­da­nia ze­znań ni­ko­mu nie po­ma­ga. Prze­ciw­nie, do­sta­nie się jesz­cze wyż­szą karę i nic to ni­ko­mu nie da” – uwa­ża­li inni. „Na wy­pa­dek, gdy­bym miał zo­stać aresz­to­wa­ny, już te­raz wy­my­ślę so­bie w mia­rę wia­ry­god­ną hi­sto­rię, żeby NKWD uła­twić spra­wę i do­stać moż­li­wie ni­ską karę.”

Pew­ne­go dnia spo­tka­łem zna­jo­me­go, któ­ry krót­ko przed­tem ze­tknął się z kimś – nie wy­mie­nił na­tu­ral­nie na­zwi­ska – kogo NKWD aresz­to­wa­ło, ale po­tem zwol­ni­ło.

– Zda­je się, że zna­la­złem roz­wią­za­nie – mó­wił. – Na uży­tek prze­słu­cha­nia trze­ba wy­my­ślić so­bie ja­kąś bez­sen­sow­ną hi­sto­rię, ale na tyle praw­do­po­dob­ną, żeby śled­czy mógł ją uznać za przy­zna­nie się do winy. Jed­no­cze­śnie ma być na tyle głu­pia, żeby przy pierw­szej re­wi­zji wy­ro­ku na­tych­miast zwró­co­no uwa­gę na jej nie­wia­ry­god­ność.

– To jak ma wy­glą­dać ta­kie przy­zna­nie się do winy?

– Nie wy­my­śli­łem jesz­cze dla sie­bie od­po­wied­niej hi­sto­rii i wciąż się za­sta­na­wiam. Ale zna­jo­my po­dał mi parę przy­kła­dów. Pe­wien che­mik oznaj­mił na przy­kład na prze­słu­cha­niu, że sprze­dał taj­nym służ­bom na­zi­stow­skim waż­ny wzór che­micz­ny. Na­tu­ral­nie na­tych­miast za­py­ta­li, co to za wzór. Na­pi­sał H2SO4. Za­ak­cep­to­wa­li.

– Nie do wia­ry!

– Po­patrz, z bie­giem cza­su aresz­to­wa­no wie­lu wy­szko­lo­nych funk­cjo­na­riu­szy NKWD i dla­te­go sę­dzia­mi śled­czy­mi są te­raz zu­peł­nie nie­do­świad­cze­ni chłop­scy sy­no­wie, któ­rym moż­na coś ta­kie­go wci­snąć. Zda­rza­ją się jesz­cze bar­dziej zwa­rio­wa­ne rze­czy! Sły­sza­łeś hi­sto­rię o por­cie?

– Nie sły­sza­łem.

– Pe­wien czło­wiek przy­znał się do udzia­łu w spi­sku prze­ciw­ko ma­ry­nar­ce wo­jen­nej. Ra­zem z in­ny­mi miał taki plan, żeby w Kronsz­ta­dzie wrzu­cać ka­mie­nie do wody i tym spo­so­bem uszko­dzić flo­tę i port wo­jen­ny.

– No i jak się za­koń­czy­ła ta spra­wa?

– Do­stał 8 lat. Bez tego ze­zna­nia ska­za­li­by go może na 10 albo 12. Poza tym jest pe­wien, że przy re­wi­zji tych wszyst­kich wy­ro­ków, na co li­czy, bę­dzie jed­nym z pierw­szych zwol­nio­nych.

Była to nie­wy­obra­żal­na, gro­te­sko­wa sy­tu­acja. Zwy­kle lu­dzie, któ­rzy żyją w dyk­ta­tu­rze i ak­tyw­nie z nią wal­czą, za­mie­rza­ją w cza­sie prze­słu­cha­nia do ni­cze­go się nie przy­zna­wać, wszyst­kie­mu za­prze­czać i wyjść z moż­li­wie ni­ską karą, tym­cza­sem ja by­łem świad­kiem dłu­gich roz­mów po­waż­nych lu­dzi, któ­rzy nig­dy nie wy­stę­po­wa­li prze­ciw­ko sys­te­mo­wi, a cał­kiem se­rio ob­my­śla­li sta­ran­nie, do cze­go by się przy­znać po aresz­to­wa­niu!

Jed­no­cze­śnie po­ja­wia­ły się – jak to w ta­kich cza­sach – naj­bar­dziej nie­sa­mo­wi­te po­gło­ski. „Nie­dłu­go zdy­mi­sjo­nu­ją Je­żo­wa” – szep­ta­no z na­dzie­ją, a w paź­dzier­ni­ku ro­ze­szła się plot­ka, że na 20. rocz­ni­cę re­wo­lu­cji paź­dzier­ni­ko­wej ogło­szą wiel­ką amne­stię i wszy­scy zo­sta­ną zwol­nie­ni. Nad­szedł 7 li­sto­pa­da. Ogło­si­li amne­stię, ale za­le­d­wie dla kil­ku­set kry­mi­na­li­stów nie­ma­ją­cych naj­mniej­sze­go związ­ku z wiel­ką czyst­ką. Rów­nież po­gło­ski o usu­nię­ciu bu­dzą­ce­go gro­zę ko­mi­sa­rza bez­pie­czeń­stwa pu­blicz­ne­go wkrót­ce uci­chły, bo Je­żow po­zo­stał na sta­no­wi­sku i aku­rat w tym cza­sie był jesz­cze bar­dziej ho­no­ro­wa­ny niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej.

Naj­dłu­żej utrzy­my­wa­ły się po­gło­ski o mar­szał­ku [Wa­si­li­ju] Blüche­rze, ów­cze­snym głów­no­do­wo­dzą­cym Spe­cjal­ne­go Da­le­ko­wschod­nie­go Okrę­gu Woj­sko­we­go. Już wcze­śniej opo­wia­da­no, że w la­tach 20. czę­sto by­wał w Chi­nach i współ­pra­co­wał z Sun Jat-se­nem, ów­cze­snym przy­wód­cą chiń­skiej re­wo­lu­cji. Kie­dy wpro­wa­dzo­no ran­gę mar­szał­ka, otrzy­mał ją jako je­den z pierw­szych pię­ciu, a bę­dąc do­wód­cą okrę­gu woj­sko­we­go, miał w pew­nym sen­sie wy­jąt­ko­wą po­zy­cję. W czerw­cu 1937 na­le­żał do gre­mium, któ­re ska­za­ło na śmierć mar­szał­ka Tu­cha­czew­skie­go, po­tem jed­nak – jak opo­wia­da­no te­raz szep­tem – na­tych­miast po­wró­cił na Da­le­ki Wschód. Wkrót­ce za­czę­ły krą­żyć pierw­sze po­gło­ski.

– Mar­sza­łek Blücher się wy­ła­mał – szep­nął mi ra­do­śnie pe­wien zna­jo­my. – W Da­le­ko­wschod­nim Okrę­gu Woj­sko­wym nie ma czy­stek.

– W ogó­le żad­nych aresz­to­wań?

– Nie, nie, ale są to zwy­czaj­ne aresz­to­wa­nia, a nie to, co się dzie­je tu­taj.

– Ale czy coś ta­kie­go jest w ogó­le moż­li­we?

– Cze­mu mia­ło­by być nie­moż­li­we? Jest naj­wyż­szym do­wód­cą i po pro­stu nie po­zwa­la. Ach, gdy­by tak moż­na było wy­je­chać do Wła­dy­wo­sto­ku! – Na tę myśl za­bły­sły mu oczy. – Ale pew­nie by to za­uwa­ży­li i aresz­to­wa­li tuż przed od­jaz­dem.

Te same po­gło­ski po­wró­ci­ły wkrót­ce w no­wej, roz­bu­do­wa­nej wer­sji: „Przed kil­ko­ma dnia­mi NKWD po­sta­no­wi­ło aresz­to­wać nie­po­słusz­ne­go mar­szał­ka Blüche­ra. Wy­sła­li cały po­ciąg pe­łen funk­cjo­na­riu­szy. Jak tyl­ko prze­kro­czy­li gra­ni­cę Da­le­ko­wschod­nie­go Okrę­gu, po­ciąg zo­stał oto­czo­ny przez spe­cjal­ne od­dzia­ły Blüche­ra. Po­dob­no była tam na­wet ar­ty­le­ria. En­ka­wu­dzi­ści mu­sie­li się pod­dać i zo­sta­li aresz­to­wa­ni. A te­raz sie­dzą w wię­zie­niu we Wła­dy­wo­sto­ku! Świet­ny gość, ten mar­sza­łek Blücher!”.

Już wte­dy – a dziś tym bar­dziej je­stem o tym prze­ko­na­ny – po­gło­ski te wy­da­wa­ły mi się po pro­stu ma­rze­niem. Był to ostat­ni pro­myk na­dziei w tej roz­pacz­li­wej sy­tu­acji. Ale i one z wol­na przy­ci­chły, po­nie­waż ro­ze­szła się wia­do­mość, że mar­sza­łek Blücher zo­stał aresz­to­wa­ny. Znik­nął, jak­by zie­mia go po­chło­nę­ła. Na ze­bra­niach i w ra­dziec­kiej pra­sie już o nim nie wspo­mi­na­no.

Fala za falą szły dal­sze aresz­to­wa­nia. Lu­dzie obo­jęt­nie­li co­raz bar­dziej. Cze­ka­li na swój los jak na wy­buch ży­wio­łu, któ­re­go nie da się unik­nąć. Co wię­cej – w tych okrut­nych cza­sach opo­wia­da­no jesz­cze ka­wa­ły, może dla­te­go, że i tak wszyst­ko wy­da­wa­ło się prze­są­dzo­ne.

„Dwóch miesz­kań­ców Mo­skwy, Iwan i Pa­weł, spo­ty­ka się na uli­cy Gor­kie­go. «Jak się żyje, Paw­le?» – pyta Iwan. – «A jak ma się żyć, Iwa­nie. Żyje się jak w au­to­bu­sie.» – «Jak to, jak w au­to­bu­sie?» – «No tak, jak w au­to­bu­sie. Jed­ni sie­dzą, a inni się trzę­są.»”

Naj­po­pu­lar­niej­szy był ka­wał „o czwar­tej nad ra­nem”, alu­zja do aresz­to­wań, któ­re naj­czę­ściej na­stę­po­wa­ły wła­śnie o tej po­rze: „O czwar­tej nad ra­nem sły­chać pu­ka­nie do mo­skiew­skie­go miesz­ka­nia, któ­re zaj­mu­je pięć ro­dzin. Wszy­scy na­tych­miast zry­wa­ją się z łó­żek, ale nikt nie ma od­wa­gi otwo­rzyć. Trzę­są się i sto­ją pod drzwia­mi swo­ich po­koi. Pu­ka­nie na­si­la się. Wresz­cie na otwar­cie drzwi de­cy­du­je się je­den z lo­ka­to­rów, Abram Abra­mo­wicz. Sły­chać, jak szep­tem roz­ma­wia z kimś na ze­wnątrz. Po­tem zwra­ca się do dy­go­cą­cych ze stra­chu współ­lo­ka­to­rów, a twarz mu pro­mie­nie­je: «Uspo­kój­cie się, to­wa­rzy­sze, to nic ta­kie­go, dom się pali…»”.

Od daw­na już nie by­łem je­dy­nym wy­cho­wan­kiem, któ­re­go mat­ka zo­sta­ła aresz­to­wa­na. Inni ko­le­dzy do­wie­dzie­li się z li­stów i kart pocz­to­wych o po­dob­nym lo­sie swo­ich ro­dzi­ców. Po­wo­li roz­wią­za­ły się ję­zy­ki i je­den zwie­rzał się dru­gie­mu, opo­wia­da­jąc o aresz­to­wa­niu mat­ki lub ojca bądź też – co rów­nież się zda­rza­ło – oboj­ga ro­dzi­ców. Dziw­ne, ale wszy­scy re­ago­wa­li­śmy po­dob­nie – każ­dy z nas wie­dział, że oj­ciec czy mat­ka zo­sta­li nie­win­nie ska­za­ni. Jed­nak ra­dziec­kie wy­cho­wa­nie dzia­ła­ło na nas już na tyle sku­tecz­nie, że nie zaj­mo­wa­li­śmy się lo­sa­mi jed­no­stek, na­wet je­śli tymi jed­nost­ka­mi byli nasi ro­dzi­ce […].

Było nas oko­ło dzie­się­cio­ro mło­dych lu­dzi. U ni­ko­go z nas ten cięż­ki cios nie wy­wo­łał jed­nak na­tych­mia­sto­we­go sprze­ci­wu wo­bec sys­te­mu. In­stynk­tow­nie wzdra­ga­li­śmy się na myśl, że w ma­so­wych aresz­to­wa­niach lat 1936–38 cho­dzić może o coś, co stoi w sprzecz­no­ści z na­szy­mi ide­ała­mi so­cja­li­zmu. Pró­bo­wa­li­śmy wte­dy cią­gle jesz­cze wma­wiać so­bie, że to tyl­ko prze­sad­ne za­sto­so­wa­nie środ­ków, któ­re same w so­bie są ko­niecz­ne i słusz­ne.

Pew­ne­go wie­czo­ru sie­dzie­li­śmy zno­wu ra­zem w domu. Jako pierw­sza ode­zwa­ła się dziew­czy­na, któ­rej aresz­to­wa­ny przez NKWD oj­ciec do­stał 10 lat.

– My­ślę, że tę kwe­stię moż­na naj­le­piej wy­ja­śnić na przy­kła­dzie. Wy­obraź­my so­bie, że ktoś ma jed­no jabł­ko, na któ­rym mu bar­dzo za­le­ży. Ka­wa­łek jabł­ka jest ze­psu­ty, a może na­wet tru­ją­cy. Chcąc je oca­lić, trze­ba ko­niecz­nie wy­ciąć ten nie­do­bry ka­wa­łek. Żeby się nie za­truć, wy­kro­imy tro­chę wię­cej, zo­sta­wia­jąc na­praw­dę zdro­wą część. Moż­li­we, że po­dob­nie mają się te­raz spra­wy z czyst­ką.

Ktoś inny zgo­dził się z nią:

– Z pew­no­ścią w ZSRR jest pew­na licz­ba szpie­gów, agen­tów i dy­wer­san­tów. Może wła­dze wie­dzą, że oni są, ale nie wie­dzą do­kład­nie gdzie i o kogo cho­dzi. Po­dej­mu­jąc więc zde­cy­do­wa­ne dzia­ła­nia ochron­ne na rzecz ra­dziec­kie­go pań­stwa, trze­ba, chcąc nie chcąc, aresz­to­wać tak­że nie­win­nych. Dla po­je­dyn­czych lu­dzi jest to wpraw­dzie bar­dzo bo­le­sne, ale czy nie jest to „za­sad­ni­czo” uspra­wie­dli­wio­ne, sko­ro cho­dzi o oca­le­nie je­dy­ne­go so­cja­li­stycz­ne­go kra­ju na świe­cie?

– To prze­cież pro­ces hi­sto­rycz­ny – za­uwa­żył trze­ci ko­le­ga. – Wła­śnie prze­czy­ta­łem kil­ka ksią­żek o re­wo­lu­cji fran­cu­skiej, głów­nie o dyk­ta­tu­rze ja­ko­bi­nów. To­czy­ły się wów­czas pro­ce­sy i od­by­wa­ły eg­ze­ku­cje, któ­re z for­mal­no­praw­ne­go punk­tu wi­dze­nia były może nie­słusz­ne, ale w koń­cu przy­czy­ni­ły się do zwy­cię­stwa re­wo­lu­cji.

W tym mo­men­cie ktoś za­pro­te­sto­wał.

– Przy­wo­łu­jesz nie­bez­piecz­ny przy­kład. Czy dyk­ta­tu­ra ja­ko­bi­nów z pro­ce­sa­mi i re­wo­lu­cyj­nym ter­ro­rem nie ogra­ni­czy­ła swo­jej bazy i, chcąc nie chcąc, nie do­pro­wa­dzi­ła do zwy­cię­stwa kontr­re­wo­lu­cji?

Dys­ku­sja to­czy­ła się jesz­cze ja­kiś czas, za­ha­cza­jąc o róż­ne te­ma­ty. By­li­śmy już bli­scy uzna­nia czy­stek za „zja­wi­sko hi­sto­rycz­ne”. Moż­na było w tam­tym cza­sie zo­ba­czyć „star­szych” z domu dziec­ka, jak sie­dzą po­chy­le­ni nad prze­róż­ny­mi książ­ka­mi o dyk­ta­tu­rze ja­ko­bi­nów. Tak po­chła­niał nas ten te­mat, że przy­ję­li­śmy na­wet żar­to­bli­wą na­zwę „Klub 1793”. Wie­czo­ra­mi wy­cho­dzi­li­śmy we dwóch albo trzech na spa­cer po na­brze­żu rze­ki Mo­skwy i dys­ku­to­wa­li­śmy z za­pa­łem o pro­ble­mach re­wo­lu­cji fran­cu­skiej. Ale dys­ku­sje te nie po­su­nę­ły nas ani o krok.

Czło­wie­ko­wi z Za­cho­du trud­no wy­obra­zić so­bie nie­po­rad­ność, z jaką pro­wa­dzi­li­śmy tam­te spo­ry. Zda­ni by­li­śmy wy­łącz­nie na spra­woz­da­nia z pro­ce­sów. Nie do­cie­rał do nas ani je­den głos stro­ny prze­ciw­nej, ani jed­na kry­tycz­na uwa­ga. Nie mie­li­śmy ga­zet (za wy­jąt­kiem „Praw­dy”), ksią­żek (za wy­jąt­kiem do­zwo­lo­nych, któ­re od­po­wia­da­ły obo­wią­zu­ją­cej „li­nii”) ani moż­li­wo­ści wy­słu­cha­nia za­gra­nicz­nych ko­men­ta­rzy ra­dio­wych. Nie wie­dzie­li­śmy, że za gra­ni­cą wszyst­kie czo­ło­we ga­ze­ty zaj­mo­wa­ły się pro­ce­sa­mi i ma­so­wy­mi aresz­to­wa­nia­mi, że na­pi­sa­no o nich nie­skoń­czo­ną licz­bę ksią­żek i po­wsta­ły na ten te­mat naj­róż­niej­sze teo­rie. W swych prze­my­śle­niach i de­ba­tach by­li­śmy zda­ni wy­łącz­nie na sie­bie. Poza tym na­wet w na­szym ma­łym krę­gu nie mó­wi­li­śmy o wszyst­kim otwar­cie, się­ga­jąc in­stynk­tow­nie do ję­zy­ka alu­zji i po­rów­nań, ję­zy­ka ezo­po­we­go. Pró­bo­wa­li­śmy cią­gle uspra­wie­dli­wiać czyst­ki, chcąc za­cho­wać swój ide­ał, swo­ją wia­rę w ZSRR, pierw­szy kraj so­cja­li­zmu.

Moż­li­we – mó­wi­li­śmy so­bie – że z pew­nych, nie­zna­nych nam po­wo­dów prze­pro­wa­dze­nie tych pro­ce­sów i ma­so­wych aresz­to­wań jest ab­so­lut­nie ko­niecz­ne. Moż­li­we, że oskar­że­ni „su­biek­tyw­nie” nie są zdraj­ca­mi i szpie­ga­mi, a jed­nak „obiek­tyw­nie” ha­mu­ją roz­wój so­cja­li­zmu. Czyż sam Marks nie mó­wił o prze­mo­cy jako „aku­szer­ce no­we­go spo­łe­czeń­stwa”? […] Nie­któ­rzy wi­dzie­li w tych wy­da­rze­niach dzie­jo­wą ko­niecz­ność, nie­zbęd­ną z nie­zna­nych nam, a tak waż­kich po­wo­dów, że na­wet naj­wyż­sze­mu kie­row­nic­twu nie wol­no było ich ujaw­niać.

Mniej wię­cej w tym sa­mym cza­sie wpa­dła mi przy­pad­ko­wo w ręce do­bra książ­ka ame­ry­kań­skie­go ko­mu­ni­sty Joh­na Re­eda Dzie­sięć dni, któ­re wstrzą­snę­ły świa­tem. Opi­sy­wał on dni re­wo­lu­cji, któ­rej był świad­kiem w Pio­tro­gro­dzie w li­sto­pa­dzie 1917. Za­uwa­ży­łem ze zdzi­wie­niem, że w książ­ce wca­le nie po­ja­wia się Sta­lin, a głów­ny­mi po­sta­cia­mi re­wo­lu­cji są ci wszy­scy, któ­rych na pro­ce­sach okrzyk­nię­to „szpie­ga­mi” i „agen­ta­mi”.