Dzieci rewolucji - Peter Robinson - ebook + audiobook
Opis

"„Znakomita fabuła aż do ostatniej strony. Robinson otrzymał wiele nagród za serię z detektywem Banksem, ta książka to absolutne mistrzostwo”. Kirkus Review Na nieużywanym szlaku kolejowym znaleziono ciało mężczyzny. DCI Banks i jego współpracownicy szybko odkrywają, że ciało denata należy do zniesławionego profesora akademickiego, którego cztery lata wcześniej zwolniono z powodu molestowania seksualnego. Możliwe, że w jego upadek, ale również i śmierć, uwikłanych jest wielu podejrzanych. Wkrótce samego Banksa ogarnia obsesja na punkcie pięknej Lady Veroniki Chalmers i jej związków z profesorem, które cofają go do fascynujących lat 70. Znajdujące się pod nieustającą kontrolą śledztwo mimo wszystko nabiera tempa, a Banks wiele ryzykuje, by dokonać przełomu w wyjaśnieniu sprawy. Dzieci rewolucji to przykuwająca uwagę, pełna napięcia i zwrotów akcji powieść. Peter Robinson w najlepszym wydaniu!"

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 527

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 13 godz. 15 min

Lektor: Wojciech Żołądkowicz

Popularność


Tytuł oryginału:

CHILDREN OF THE REVOLUTION

Copyright © 2013 Eastvale Enterprise inc.

Copyright © 2015 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2015 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Kula

Redakcja: Ewa Penksyk-Kluczkowska

Korekta: Mariusz Kulan, Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-7999-345-1

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2015

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla Sheili

Tradycja wszystkich zmarłych pokoleń ciąży jak zmora na umysłach żyjących.

Karol Marks, 18 brumaire’a Ludwika Bonapartego

Rozdział 1

Inspektor Alan Banks szedł wzdłuż nieużywanej linii kolejowej, mimowolnie wyobrażając sobie scenę miłosną – dwoje młodych kochanków całujących się na kładce dla pieszych, którą miał przed sobą, otulonych parą z lokomotywy. Wszystko bardzo w duchu Spotkania1. Ale wiek pary dawno się skończył i to nie miłość przywiodła tu Banksa, lecz gwałtowna śmierć.

Deszcz spływał mu za kołnierz, gdy zbliżał się do grupy techników stojących w białych kombinezonach pod kładką, przed oświetlonym namiotem. Pozostali pracowali na górze. Zardzewiałe metalowe barierki znajdowały się tak wysoko, że Banks widział tylko głowy i ramiona tych ludzi.

Miejsce zdarzenia znajdowało się jakiś kilometr na południe od miasteczka Coverton, na obrzeżu North Yorkshire, u północnych granic parku narodowego Yorkshire Dales, po drugiej stronie A66, patrząc od Barnard Castle. Jak Banks się dowiedział przez telefon, do zwłok mógł dojść tylko nieczynną linią kolejową albo przez ciągnący się równolegle do niej las, jakieś pięćdziesiąt metrów na wschód.

Szlak biegł prosto jak strzelił wąską, płytką dolinką wycinającą w krajobrazie wielką literę U. Jej zbocza były strome, trawiaste i porośnięte chwastami, ale nikt nie wyrzucał tu wózków dziecinnych, starych rowerów ani lodówek, tak jak działo się w miastach. Tory i podkłady dawno rozebrano, a szlak utwardzono, lecz wiele płyt już popękało i pozapadało się, a spomiędzy nich wychynęły niezłomne chwasty. Droga dłużyła się Banksowi, zwłaszcza że deszcz i wiatr siekły go prosto w twarz, pędząc wydrążonym przez ludzi zagłębieniem. Podczas całej wędrówki minął tylko jedno zabudowanie. Tuż przed kładką, po prawej, na wzniesieniu stała niewielka chata.

Dotarłszy do zewnętrznego kordonu, Banks wylegitymował się policjantowi na warcie, a ten przepuścił go pod taśmą i wręczył mu kombinezon ochronny oraz ochraniacze na obuwie. Inspektor niezdarnie zdjął płaszcz i włożył ów strój. To tutaj technicy i inni funkcjonariusze, którzy nie musieli stale przebywać w samym miejscu zdarzenia, czekali na wezwanie. Przez kordon wewnętrzny i do samego namiotu wpuszczano jedynie nieliczny niezbędny personel.

Technicy ustawiali dodatkowe oświetlenie, ponieważ listopadowy poranek był pochmurny i mroczny. Banks wetknął głowę do namiotu i zobaczył szefa zespołu oględzinowego Stefana Nowaka, nieskazitelnego jak zawsze, i nietkniętego deszczem doktora Burnsa, lekarza policyjnego, oraz sierżant dochodzeniówki Winsome Jackman, wszystkich w białych kombinezonach. Fotograf zespołu oględzinowego Peter Darby kucał przy zwłokach, robiąc zdjęcia starym, wysłużonym pentaxem. Najnowocześniejsza kamera cyfrowa w wodoodpornym pokrowcu zwisała mu z ramienia. Wszyscy prócz fotografa odwrócili się do Banksa. Nagle namiot wydał się tłoczny, zaśmierdziało mokrym psem.

Banks zobaczył leżące na plecach zwłoki wychudzonego starca w szarym skafandrze i granatowych dżinsach. Szyję miał wykrzywioną pod niezwykłym kątem, ramię nienaturalnie zgięte, po wewnętrznej stronie prawego uda sterczała ostra jak nóż kość, która przebiła skórę i materiał dżinsów. Ubranie było przemoczone. Banks zastanowił się, jak długo denat tu leży.

– Dobra, co się stało? – spytał sierżant Winsome.

– Kobieta wyprowadzająca psa znalazła ciało – odpowiedziała, nie zaglądając do notatek. – Albo raczej pies znalazł. Dokładnie o ósmej trzydzieści siedem.

Banks spojrzał na zegarek. Było pięć po dziesiątej.

– Czas co do minuty?

– To emerytowana nauczycielka. Pewnie stale zerkała na zegarek. Nie mogła się doczekać końca lekcji.

Banks się roześmiał.

– W życiu bym nie wpadł, że nauczyciele nie cierpią zajęć tak jak my. Wyobrażałem sobie zawsze, że zanudzanie i terroryzowanie uczniów to sens ich istnienia.

– Dzieci zwykle przyjmują egocentryczny punkt widzenia.

– Nazywa się Margery Halton, panie inspektorze – rozległ się głos tuż zza wejścia do namiotu. – Przepraszam, że się wtrącam. Posterunkowy Barry Kirwan z Coverton. Pierwszy byłem na miejscu zdarzenia, to mój rewir. Margery mnie zna. Przyszła prosto do mnie, jeszcze byłem w domu. Wróciłem tu z nią, zobaczyłem, kto to, i złożyłem meldunek.

Banks wyszedł na dwór.

– Gdzie ona teraz jest?

– Zabrał ją do domu funkcjonariusz od nas. Trochę ją trzepnęło.

– Nie dziwię się – rzekł Banks. – Kto to był?

– Nazywał się Gavin Miller.

– Miejscowy?

Posterunkowy Kirwan wskazał palcem domek, który Banks wcześniej minął.

– Mieszkał w starej chatce dróżnika, po drugiej stronie kładki. Musiał ją pan zauważyć po drodze.

Banks się odwrócił i otaksował wzrokiem ledwo wyrastający ponad ziemię budynek. „Miniaturka” byłoby łagodnym określeniem.

– Co o nim wiemy? Z czego żył?

– Wiem o denacie tyle co nic, panie inspektorze. Niezbyt się udzielał. Stronił od ludzi. Trochę dziwak, przynajmniej według miejscowych. Niewiele się pokazywał. Nie wiem, z czego żył.

– Krewni?

– Nie mam pojęcia. To znaczy mieszkał sam. Może jest ktoś…

– Jak długo tu mieszkał?

– Kupił chatkę trzy czy cztery lata temu. Dość długo wisiała w ofercie. Rynek nieruchomości ledwo zipał i myślę, że facet dostał niezłą cenę. Ale jak pan widzi, chatka nie jest za duża.

Banks omiótł wzrokiem wzniesienia terenu i utwardzoną linię kolejową.

– Opowiedzcie mi o okolicy, posterunkowy. Ukształtowanie terenu, czy dużo ludzi tu chodzi, jak można się tu dostać?

– Dawniej biegła tędy lokalna linia kolejowa, aż doktor Bee­ching zamknął ją na początku lat sześćdziesiątych. Oczywiście, to jeszcze nie były moje czasy. W każdym razie od tamtej pory popadła… no sam pan widzi. W sezonie trafi się jakiś pieszy turysta, jak pogoda dopisze, jesteśmy niedaleko popularnej trasy ciągnącej się przez trzy parki narodowe, i może paru pasjonatów kolei, ale przy tej pogodzie nie za wielu. Tak szczerze mówiąc, całe tegoroczne lato można by spisać na straty. Jak pan widzi, to zakątek leżący bardzo na uboczu, po prawdzie nikomu tu nie po drodze. Jak się pójdzie na południe – wskazał ręką teren w oddali – półtora kilometra stąd trafi się na zawalony wiadukt. Na wschód, za wzniesieniem są lasy, Lark Woods, i leśna ścieżka nad rzeką prowadząca na tyły parkingu w miasteczku. Samochodem się tu nie dojedzie, trzeba go zostawić z kilometr stąd, no chyba że ktoś świetnie zna okolicę. Są tu drogi gruntowe i ścieżki, na przykład dojazd do chatki dróżnika, ale na ogół nieznane i żadna z nich nie leci prosto do Coverton, ani nigdzie indziej zresztą.

– Więc mógł tu poleżeć jakiś czas i pies z kulawą nogą by o nim nie wiedział?

– Pewnie tak, panie inspektorze. Ale żeby kilka dni, to raczej nie.

– A całą noc?

– Bez problemu.

Banks podziękował Kirwanowi, wrócił do namiotu i spytał sierżant Winsome:

– Co my tu mamy?

– Posterunkowy Kirwan zgłosił telefonicznie podejrzany zgon i zasugerował, żebyśmy się pospieszyli, bo może trzeba zabezpieczyć materiał dowodowy. Na miejscu od razu się zorientowałam, że denat nie padł na atak serca podczas biegania, więc… no cóż, szefie, sam pan widzi.

Peter Darby wstał.

– Ja skończyłem – oświadczył i wyszedł z namiotu.

Banks odwrócił się do lekarza:

– Wiadomo, co się stało?

Burns wskazał na kładkę.

– Obrażenia i pozycja ciała wskazywałyby, że spadł z tej kładki. Nie wydaje mi się, by ciało zostało przemieszczone, ale bez oceny plam opadowych trudno coś powiedzieć. Doktor Glendenning przedstawi ci dokładniejszy opis po autopsji. Jak widzisz, barierki kładki są bardzo wysokie, najpewniej ze względu na zwierzęta gospodarskie, które tędy przechodzą, czy raczej przechodziły, tak więc przypadkowy upadek jest bardzo wątpliwy. Wysokość dziesięć metrów. Taki upadek na kamienie może spowodować tego rodzaju obrażenia. Złamany kark i kilka innych kości. Stracił też dużo krwi z rany głowy. I oczywiście z otwartego złamania kości udowej.

– Wszystko spowodowane upadkiem?

– Prawdopodobnie – orzekł Burns po zastanowieniu.

– Aha! Nie ręczysz?

– Jeszcze nie.

– Czy coś wskazuje, że ktoś go zepchnął… może wpierw uderzając w głowę? Czy też skłaniasz się ku samobójstwu?

– Chcesz spytać, dlaczego w takim razie ciągnąłem cię tu taki kawał w paskudny poniedziałkowy ranek?

– Coś w tym rodzaju.

– Hm, to jeszcze nic pewnego – przyznał Burns. – Tylko wątpię, żeby to był wypadek. Jeśli nie skoczył sam, to ktoś musiał go przerzucić przez poręcz.

– Czy powiedziałbyś, że przy tej wysokości każdy samobójca albo każdy sprawca zabójstwa miałby pewność, że upadek spowoduje śmierć?

– Nie. Mógł mieć szczęście i tylko na przykład połamać sobie nogi. Skutki upadków często są zaskakujące. Wciąż się słyszy, że ktoś spadł z dużej wysokości i przeżył. Ale ten gość nie miał szczęścia. Jak powiedziałem, przesądziło złamanie karku i kości udowej. Ta ostatnia uszkodziła tętnicę udową. Paskudna sprawa. Błyskawicznie się wykrwawił. Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa umierał nieprzytomny, ze złamanym karkiem, może nawet sparaliżowany. Zapewne nie czuł żadnego bólu, tylko nasilające się odrętwienie.

Banks podniósł głos na tyle, żeby Kirwan słyszał go na zewnątrz namiotu.

– Czy z kładki da się zejść? Czy trzeba skakać na tory?

– Można, panie inspektorze – odparł posterunkowy. – Jest trochę stromo, ale da się zleźć z obu stron. W tych warunkach pewnie zjechać na tyłku. A od strony dróżnika jest trochę wygodniej, tam są wycięte stopnie.

– Więc jeśli było to celowe działanie, to nasz zabójca pewnie wiedział, że może zejść na dół i wykończyć ofiarę, gdyby upadek nie załatwił sprawy? Nawet gdyby musiał zjeżdżać na tyłku?

– Tak, panie inspektorze.

– Żadnego listu pożegnalnego? – spytał Banks lekarza.

– Nie.

– Ktoś zaglądał do domku?

– Jeszcze nie – przyznała Winsome. – Czekaliśmy na pana.

Banks spojrzał na Nowaka.

– Co o tym sądzisz, Stefan?

– Trudno powiedzieć – rzekł nienaganną i nieco pedantyczną angielszczyzną Nowak. Jego polski akcent ujawniał się tylko czasami. – Pogoda nie ułatwia nam roboty. Pracujemy nad tym, ale jak do tej pory nie znaleźliśmy na kładce żadnych odcisków palców ani stóp, których można by się spodziewać, gdyby podciągnął się na barierce i skoczył. Oczywiście deszcz mógł je spłukać. Nocą chwilami nieźle lało. Ale barierki są zardzewiałe, a sama kładka z drewna, więc tak czy owak musielibyśmy mieć wielkie szczęście, żeby po całej nocy opadów coś znaleźć.

– Ile waży denat, jak sądzisz? – zapytał Banks.

– Jakieś pięćdziesiąt kilogramów – odparł Burns.

Inspektor zastanawiał się chwilę.

– Nie ma żadnej szansy na znalezienie śladów? – zapytał Nowaka.

– Szansa jest zawsze, nawet przy tej pogodzie. Ale nie na odciski palców, co najwyżej na ślady stóp, i to jeśli ktoś chodził ścieżką w lesie. Drzewa trochę chronią przed deszczem.

– Ślady opon?

– Ta sama historia. Deszcz zmiękcza ziemię i coś mogłoby się zachować, ale przez całą noc padało naprawdę mocno i w takim układzie ewentualne ślady by się rozmyły. Oczywiście zrobimy jednak wszystko, co w naszej mocy.

– Nie wątpię. Krew? DNA?

– Niewykluczone. Rozcieńczone, trudne, ale może coś by się znalazło.

– Widzę, że już odsłoniliście ręce. – To było do lekarza. – Coś tam macie? Może fragmenty naskórka pod paznokciami?

– Tak na pierwszy rzut oka trudno powiedzieć – odparł Burns. – Obgryzał paznokcie.

Banks stał chwilę, wczuwając się w nastrój miejsca, słuchając bębnienia deszczu o brezent. Namiot przeciekał. Kilka kropli spłynęło inspektorowi po karku. Zbyt późno uświadomił sobie, że powinien naciągnąć na głowę kaptur.

Facet oczywiście mógł skoczyć. W tym położonym na uboczu zakątku hrabstwa morderstwa zdarzały się rzadko. Z drugiej strony, jeśli chciał popełnić samobójstwo, to dlaczego wybrał metodę, która według Burnsa w żadnym razie nie gwarantowała powodzenia, za to z dużym prawdopodobieństwem mogła spowodować koszmarny ból, a nawet paraliż?

– Masz jakieś pojęcie, jak długo tu leżał? – spytał Banks. – Od jak dawna nie żyje?

– Bałem się, że zapytasz. – Burns westchnął. – No, dobra. Noc była chłodna, co generalnie opóźniło stężenie pośmiertne i rozkład. Ale z tego co widzę, płyty pod ciałem są całkiem suche. Obstawiałbym jakieś dwanaście godzin.

– Kiedy zaczęło tu padać?

– Wczoraj? Koło północy, panie inspektorze! – krzyknął z zewnątrz Kirwan.

– Załóżmy, że umarł między dwudziestą drugą a północą – rzekł Banks. – Jeśli nie wybrał sobie tego miejsca, żeby popełnić samobójstwo, to co tu robił na pustej kładce, koło własnego domu, z kimś, kto chciał go zabić?

– Może nie wiedział, że tamten ktoś chce go zabić, szefie – zasugerowała Winsome. – Po prostu się pokłócili i doszło do bójki. Albo wciągnięto go w zasadzkę. Miał na sobie skafander. Był przygotowany do wyjścia.

– Słuszna uwaga. Ale kładka znajduje się na południe od domku. Owszem, niedaleko, ale dlaczego miałby iść choćby kilka metrów na południe, skoro kierował się do wsi? Kirwan powiedział, że przy chatce są stopnie w skarpie. Niewątpliwie denat zszedłby nimi, chyba że miałby ochotę maszerować przez las. I dokąd by szedł, jeśli nie do Coverton? Mówiliście, że na południe jest tylko zniszczony wiadukt – zwrócił do Kirwana. – Coś wam przychodzi do głowy?

– Nie, panie inspektorze – odparł Kirwan. – To się nie trzyma kupy. Po co miałby iść na południe i przez kładkę, żeby się dostać na północ? Tam nic nie ma, puste tereny. Oczywiście znajdzie się kilka farm.

– Co miał w kieszeniach? – spytał Banks.

– Czekałam, kiedy pan o to zapyta – odparła Winsome. Wyjęła z pojemnika plastikową torebkę dowodową. – Zasadniczo nic ciekawego. Wszystko popakowaliśmy, zapieczętowaliśmy, oznaczyliśmy. Portfel z kartą kredytową i nieważnym prawem jazdy Gavina Millera, do tego banknot pięciofuntowy i paragony ze spożywczego w Coverton i monopolowego w Eastvale, sieć Bargain Booze, komórka, klucz, mały scyzoryk, drobne, paczka silk cutów i zapalniczka jednorazowa. I jeszcze to. – Teatralnym gestem wyjęła grubą kopertę. Zobaczył świeże pięćdziesięciofuntowe banknoty z wizerunkami Boultona i Watta. – Gotówka. Tu jest pięć tysięcy funtów. Przeliczyłam. Moim zdaniem z takim pakietem ludzie nie chodzą na spacer do lasu. Właśnie dlatego ściągnęliśmy tu pana w taki paskudny poniedziałkowy ranek.

Banks gwizdnął.

– No proszę. Więc napad rabunkowy możemy chyba wykluczyć?

Przy domku Gavina Millera nie było garażu, rozciągał się jedynie utwardzony prostokąt ziemi, w sam raz pod mały samochód. Ale samego samochodu nie było. Banks zanotował w pamięci, że trzeba sprawdzić, czy Miller w ogóle jakiś posiadał. Przez tak wąską kładkę nie przecisnąłby się nawet mini morris, ale przed samą chatką wyboista dróżka się poszerzała i Banks uznał, że prawdopodobnie łączyła się z jedną z lokalnych, nieogrodzonych kamiennymi murkami dróg, o których wspomniał posterunkowy Kirwan. Każdy, kto by skorzystał z tej dróżki, kierując się do domku dróżnika, musiałby wiedzieć o jej istnieniu, co by wskazywało, że napastnik znał Millera i odwiedził go już wcześniej. Takie spekulacje należało jednak odłożyć na później, kiedy technicy przekażą więcej materiału do przemyśleń i kiedy będzie wiadomo, czy ofiara popełniła samobójstwo. Na pierwszy rzut oka nic nie wskazywało na to, że jakiś pojazd ostatnio tędy przejeżdżał.

Mikroskopijny ogródek przeznaczono pod warzywa i zioła. Banks sam pielęgnował podobny skrawek ziemi, więc bez trudu rozpoznał tymianek, koperek, pietruszkę, rozmaryn i szczypiorek. Klucz łatwo obrócił się w zamku, a Banks i Winsome z przyjemnością schronili się pod dachem. Nadal mieli na sobie stroje ochronne i rękawiczki, więc mogli dokonać szybkiego przeszukania, nie zostawiając własnych śladów i nie zacierając cudzych, zanim domek przejmą technicy.

Banks poszukał po omacku wyłącznika i znalazł go na prawo od drzwi. Osłonięta kloszem samotna żarówka pod sufitem oświetliła mały salon, który mieścił dwa zniszczone rdzawe fotele, niewielką biblioteczkę, kominek wyłożony płytkami i biurko przy oknie zasłoniętym brudną, nadjedzoną przez mole firanką, za którą rozpościerał się widok na ścieżkę i pola po południowej stronie, a na skarpę szlaku kolejowego, las i kładkę po lewej. Kremową wykładzinę szpeciły dwie wielkie plamy po winie lub kawie, jedna w kształcie Australii, druga Afryki, tapeta w różyczki odłaziła pod sufitem, na ścianach wisiało kilka reprodukcji malarstwa abstrakcyjnego w tanich ramkach. Ani na kominku, ani na biurku nie stała żadna rodzinna fotografia. Śmierdziało tu starym dymem, jakby dawno w tym pomieszczeniu nie wietrzono ani nie używano odkurzacza, co potwierdzała warstwa kurzu na kominku i na biurku. Banks przypomniał sobie, że Miller miał w kieszeni papierosy.

Przy biurku niewątpliwie ostatnio ktoś siedział, gdyż kurz miejscami starto, a stojący tam komputer zakurzony nie był wcale. Świeciła się kontrolka zasilania, po ekranie wirowały psychodeliczne wzorki wygaszacza, na parapecie stał płaski czarny router Wi-Fi z błyszczącymi jasnoniebieskimi diodami. Obok znajdowała się zielona metalowa popielniczka, reklamówka piwa John Smith’s Bitter, a w niej niedopałki papierosów ze zbrązowiałym filtrem. Banks spojrzał łakomym wzrokiem na komputer, który mógł zawierać przydatne informacje, ale oczywiście lepiej było go nie dotykać. Kiedy na miejscu ewentualnej zbrodni trafiasz na komputer, nie sprawdzasz, co przeglądał w Internecie użytkownik – zostawiasz to ekspertom.

Banks i Winsome przeszukali szuflady biurka i znaleźli papier listowy, kilka pendrive’ów, stare CD-ROM-y z backupami, ładowarki i rozmaite kable zasilające. W jednej z bocznych szufladek Banks trafił na kopertę ze starymi zdjęciami: jakiś festiwal pop z widoczną w oddali estradą, starcie z uczestnikami pikiety, oddziały szturmowe policji w pełnym rynsztunku, studencka demonstracja, miasto, którego Banks nie potrafił rozpoznać, grupa ludzi przed nowoczesnym budynkiem, kolejne grupy ludzi w restauracjach i na plażach, góry i osłonięta zatoka, rosnące na stokach jodły odbijające się w granatowym jeziorze, w tle ośnieżone szczyty. To wszystko. Niektóre były biało-czarne, inne barwne, żadnych portretów, dat, nazwisk, żadnej wskazówki, gdzie Miller je zrobił.

Większość książek stanowiły kieszonkowe wydania angielskiej i europejskiej klasyki od Robinsona Crusoe po Obcego. Była też półka krytyki literackiej i literatury non-fiction: Byt i nicość Sartre’a, Choroba na śmierć Kierkegaarda, Wielka tradycja F. R. Leavisa. Poważne lektury, uznał Banks.

Drzwi z ułamaną klamką prowadziły do kuchni, za którą mieściła się pod schodami niewielka toaleta z umywalką. Kuchnia okazała się, o dziwo, czysta, umyte talerze stały na suszarce przy zlewie, blaty były wytarte. W lodówce nie było zbyt wiele poza zwiędłymi brokułami i resztką kurczaka tikka masala w plastikowym pojemniku. Banks jednak ostatni miałby prawo tu rzucić kamieniem; każdy, kto zadałby sobie trud, by zajrzeć do jego lodówki, znalazłby bardzo podobną zawartość, tyle że jemu nawet nie chciało się przekładać jedzenia do pojemnika. Karton przy drzwiach był pełen pustych butelek po winie – tanim winie, zauważył Banks – przemieszanych z kilkoma butelkami po whisky, również taniej, marek często oferowanych w Bargain Booze w promocyjnej cenie. Wyglądało na to, że Miller wolał pić w domu. Jeśli był takim odludkiem, jakim odmalował go Kirwan, pewnie pił do lustra.

Na piętrze znajdowały się dwie sypialnie i łazienka z niewielką kabiną prysznicową. Pobieżny przegląd szafki łazienkowej wykazał typową zawartość: maszynka do golenia, pianka, prestoplasty i rozliczne leki bez recepty takie jak paracetamol, alka seltzer czy środki na zgagę. Były też dwa lekarstwa na receptę: stara fiolka silnego środka przeciwbólowego, jeszcze w połowie pełna, i świeższy środek uspokajający, ativan. Ani śladu szczoteczki do zębów, pasty czy dezodorantu.

Sypialnia była na tyle duża, że mieściła podwójne łóżko, szafę i komodę. Najwyraźniej Miller z niej korzystał. Łóżka nie zaścielono, na nim leżała porozrzucana bielizna, skarpetki, koszule, na nocnym stoliczku Banks dostrzegł odtwarzacz MP3, szklankę z wodą, w której pływała zdechła mucha, radio z budzikiem. Włączył odbiornik. Był nastawiony na BBC Radio 2 nadające pop dla ludzi w średnim wieku.

Winsome zadygotała.

– Trochę tu chłodno, no nie?

– A kaloryfer niewłączony. Pewnie liczył każdego pensa.

– Z pięcioma tysiącami funtów w kieszeni?

Banks wzruszył ramionami.

Drugie pomieszczenie wyglądało na pokój dzienny, podobny do salonu Banksa w Newhope Cottage. Był tam tani laptop i obowiązkowy płaski telewizor podłączony do dobrego systemu surround, do którego również podpięto gramofon. Banks zauważył, że większość urządzeń jest nie najnowsza, ma przynajmniej trzy, cztery lata, czyli dużo w wypadku sprzętu elektronicznego. Kolekcja płyt Gavina Millera zaczynała się i kończyła na latach 60. i początku 70., przy czym większość stanowiły krążki winylowe. Sporo Soft Machine, Pink Floyd, Jimiego Hendrixa i bardzo dużo Grateful Dead. Niektóre z longplayów były jeszcze w plastikowych koszulkach.

– Dead Head – mruknął Banks.

– Słucham? – spytała Winsome.

Banks wskazał na rząd albumów, płyt CD, DVD i wiszące na ścianach plakaty z okładkami albumów American Beauty i Live/Dead.

– Tak się mówi na zagorzałych fanów Grateful Dead. Tych, którzy włóczyli się za nimi z koncertu na koncert. Ile Miller miał lat? Sprawdziłaś?

– Pięćdziesiąt dziewięć.

– Jezu Chryste! – zawołał Banks. Był wstrząśnięty. Miller okazał się niemal jego rówieśnikiem. – Wyglądał na siedemdziesiąt.

– Cena ciężkiego życia, szefie.

Banks popatrzył na nią z zaciekawieniem, zastanawiając się, czy to nie jedno z jej zakamuflowanych ostrzeżeń.

– W takim razie pasuje wiekowo – rzekł po chwili. – Do Grate­ful Dead i tego wszystkiego.

– Pan też jest Dead Head?

Banks się roześmiał.

– Ja? Nie. Ja tylko czasem lubię ich posłuchać. I nie bądź bezczelna. Nie jestem aż taki stary. Z pewnością nikt raczej się tu nie włamał, no nie? Drzwi niesforsowane, a cały sprzęt nietknięty. Ma co prawda kilka lat, ale na wyprzedaży można by dostać za niego parę funciaków. Dla kolekcjonera niektóre z tych płyt pewnie są warte szylinga czy dwa.

– Ilu pan poznał włamywaczy, którzy potrafiliby odróżnić wartościowy longplay od byle jakiego? – spytała Winsome.

– Może w okolicach Coverton kręcą się włamywacze wyższego sortu?

Winsome spojrzała na niego sceptycznie.

– Jeśli się ktoś włamał, to bardziej prawdopodobne, że szukał czegoś konkretnego i nie był zainteresowany starymi winylami ani plakatami. I był na tyle sprytny, że wszedł i wyszedł bez śladu.

Banks spojrzał na DVD i stwierdził, że Miller był prawdziwym pasjonatem kina. Na półkach stała poważna kolekcja zagranicznego kina artystycznego, takich reżyserów jak Tarkowski, Almodóvar, Fellini, Kurosawa, Truffaut, Ozu i Godard, a obok piętrzyły się stosy „Sight & Sound”, w tym numer z poprzedniego miesiąca.

Winsome wskazała na zbiór filmów.

– Zna pan któreś z nich? Oglądał je pan?

– Tak, niektóre widziałem – potwierdził Banks. – Lubię od czasu do czasu pooglądać jakiegoś Mizoguchiego czy Chabrola. Ale nie wszystkie znam.

– A to ma jakieś znaczenie? Dla śledztwa?

– Filmy? Nie wiem. Bardzo wątpię. To tylko jeszcze jedno hobby Gavina Millera oprócz książek. Najwyraźniej był trochę pretensjonalny. Podejrzewam, że równie dobrze mogłyby to być musicale Rodgersa i Hammersteina czy kreskówki Disneya. Tak naprawdę tylko staram się go wyczuć, Winsome, wyobrazić sobie, co z niego był za facet, czy pasował do wzorca samobójcy, jeśli taki istnieje, skąd wytrzasnął pięć tysięcy funtów, co zamierzał z nimi zrobić. Z kolei te winyle z lat sześćdziesiątych to już coś więcej. Może mają związek z narkotykami. Grateful Dead pierwsi eksperymentowali z kwasem i wiadomo, że ich fani brali psychodeliki. Zwłaszcza LSD.

– Może więc chodzi tylko o narkotyki – zasugerowała Winsome. – Te pieniądze, które miał przy sobie, i w ogóle. Przecież nie ma listu pożegnalnego, w każdym razie myśmy żadnego nie znaleźli.

– Nie każdy samobójca zostawia list pożegnalny. Jeśli to była transakcja narkotykowa i ktoś obrabował go z towaru, dlaczego zabójca nie zszedł na dół po pieniądze? Nie macha się ot, tak ręką na pięć patoli, to spora sumka. Nie wyobrażam sobie dilera czy narkomana, który zlekceważyłby takie pieniądze.

– Nie wiem. Może usłyszał, że ktoś nadchodzi, i zwiał? A może zobaczył, że Miller nie żyje, i bał się, że zostawi jakieś ślady?

– Niewykluczone. Chociaż Kirwan mówi, że rzadko kto korzysta z tego szlaku, zwłaszcza o tej porze roku i jeszcze w nocy. W każdym razie to wątek wart rozważenia.

Banks zajrzał do szuflad i za stosem kaset znalazł starą puszkę tytoniu Golden Virginia. Kiedy ją otworzył, zobaczył w środku opakowanie bibułek papierosowych Rizla i kulkę folii aluminiowej, a w niej siedem gramów rozsypującej się substancji piaskowej barwy, której zapach podejrzanie przypominał haszysz. Była tam też plastikowa torebka i w niej dwie małe, gładkie niebieskie tabletki.

– Wygląda na to, że znaleźliśmy narkotyki – powiedziała Winsome.

– Dobra. – Banks podał jej puszkę. – Wracam na komisariat. Gervaise będzie chciała raport. Ty zostań ze Stefanem i jego ludźmi, kiedy zajmą się tą chałupą. Daj im to do analizy i wyjaśnij, że w całej sprawie może chodzić o narkotyki. Niewykluczone, że towaru będzie więcej. Oni już wiedzą, gdzie szukać. Gerry Masterson dowie się o Millerze, ile się da. Chcę znać cały jego życiorys, od kołyski aż po grób.

– Pozwolę sobie podsumować – powiedziała komendant Cathe­rine Gervaise. – Nie wiesz, czy Gavin Miller popełnił samobójstwo, czy był przestępcą i padł ofiarą zabójstwa, czy też po prostu był ofiarą zabójstwa?

– Nie wiem – przyznał Banks. – No bo skąd? Musimy zebrać o nim więcej informacji, o jego przeszłości, otoczeniu, o tym, co lubił, i czy miał jakikolwiek powód, by ze sobą skończyć. Masterson nad tym pracuje.

– Ale nawet nie wiesz, czy kupował, czy sprzedawał narkotyki i czy w ogóle doszło do jakiejś transakcji, prawda?

– Zgadza się. Wiemy tylko, że stracił życie w podejrzanych okolicznościach, że w domu miał narkotyki, a przy sobie pięć tysięcy funtów.

– I nie wiesz, czy zginął wskutek celowego działania, czy w wyniku zamieszania podczas bójki? Czy to morderstwo, czy nieumyślne spowodowanie śmierci?

– Barierki kładki są zbyt wysokie, żeby przeleciał przez nie przypadkiem. Żeby spaść, musiał skoczyć albo ktoś go podniósł.

– No, to już chyba coś. Jeśli się uda, nie przekazujmy na razie mediom informacji o tych pięciu tysiącach funtów. Na koniec dnia zwołam konferencję prasową, oczywiście jeśli ktokolwiek będzie zainteresowany.

– Nawet gdyby w grę wchodziło samobójstwo, kilka sępów powinno już tu krążyć, no nie? W każdym razie informację o pieniądzach zachowamy dla siebie. To nie powinno stanowić problemu. – Podrapał się po skroni. – Nie ukrywam, że potrzebujemy dużo więcej informacji, zanim w ogóle ruszymy ze śledztwem, ale jeśli chodzi tu o narkotyki, to jestem pewien, że sprawa rozwiąże się szybko i bezboleśnie, gdy tylko dostaniemy jego billingi i zawartość twardego dysku komputera.

– Mam nadzieję. Bardzo by się przydały szybkie wyniki w tych ciężkich czasach. Jak się miewa inspektor Cabbot?

– Annie? Świetnie. Kończy inną sprawę. Wezmę ją do tej, jeśli okaże się potrzebna.

Wcale nie uważał, że Annie ma się świetnie. Zmieniła się, gdy rok temu ją postrzelono, stała się nierozważna, skryta, twardsza. Ciężej się z nią rozmawiało, niepokojąco często się kłócili, a przynajmniej spierali. Martwił się o nią, ale nie dopuszczała go do siebie.

– Masterson dobrze się sprawuje?

Posterunkowa Geraldine Masterson, świeżo po okresie próbnym, była ostatnim nabytkiem wydziału śledczego.

– Gerry? Tak. Idzie jej świetnie. Przydałoby się jej trochę więcej pewności siebie, ale to często przychodzi z doświadczeniem. Jest cholernie zdolna, ale na razie trzymamy ją na tak krótkiej smyczy, że nie mamy jak się o tym przekonać. Nie sprawia żadnych problemów.

– Doskonale.

Rozkoszując się kawą z ekspresu Gervaise, Banks uświadomił sobie, że nawet w tych trudnych czasach w budżecie mieściły się drobne luksusy dla szefowej. Zrobiła jedną ze swoich przydługich pauz i wyczuł delikatną zmianę nastroju.

– Czy w ogóle myślałeś o emeryturze, Alanie? – spytała.

– O emeryturze? – spytał zaskoczony. – Chyba mam jeszcze na to parę lat, prawda?

– Tak, tak. Oczywiście. Ale w obecnej sytuacji, przy tych cięciach budżetowych i w ogóle… kto wie? Wiele osób zachęca się do takiego rozwiązania.

– Ja do nich należę?

– Nie, konkretnie ty to nie. Jeszcze nie. Ale powinieneś wiedzieć, że jest taka możliwość. Odpracowałeś swoje trzydzieści lat. Z górką. I dostałbyś przyzwoitą emeryturę.

– To nie sprawa emerytury – powiedział Banks. – Wiesz o tym. Co bym robił?

Gervaise się uśmiechnęła.

– Och, jestem pewna, że coś byś znalazł, Alanie. Może ogródek? Albo gra na jakimś instrumencie? Lubisz muzykę, prawda? Nauczyłbyś się grać na pianinie. Działalność dobroczynna, pomoc w domu opieki lub szpitalu, wydawanie posiłków biednym w kościele, coś w tym rodzaju? Miałbyś trochę czasu dla siebie.

Banks poruszył się niespokojnie w fotelu.

– Czyżbym czegoś nie rozumiał? Zaczynam się niepokoić. Czy w zawoalowany sposób usiłujesz mi coś przekazać?

Uśmiech Gervaise był nieprzenikniony.

– Tak myślisz? Czy temat emerytury jest dla ciebie nieprzyjemny, Alanie?

– Prawdę mówiąc, owszem. Przyprawia mnie o gęsią skórkę.

– Jeszcze kawy? – spytała po chwili.

– Nie, dzięki. Już mam dygotki. Całe to mówienie o emeryturze…

– To tylko jedna z możliwości. Czy myślałeś kiedykolwiek o awansie?

– Chyba żartujesz? Ja? Przecież nie zasłużyłem na awans.

– Byłbyś zaskoczony. To prawda, przez lata popełniłeś kilka błędów, przysporzyłeś sobie kilku wrogów, chociaż wielu z nich zniknęło z horyzontu. Ale też zdobyłeś sympatię wielu wpływowych i wysoko postawionych ludzi.

– Mimo tamtej sprawy z kontrwywiadem?

– Mimo tamtej sprawy. Kiedy to tańczyliśmy tak, jak nam zagrało MI5?

– Jakoś nie zauważyłem kawalerii spieszącej mi z odsieczą, kiedy oni wzięli mnie na muszkę.

– No cóż, możesz mieć o to pretensje tylko do siebie. Nie powiedziałeś nikomu, co zamierzasz, zgadza się? To twój największy błąd. Ale choć tak bardzo lubisz chadzać własnymi ścieżkami, nadal masz duże wsparcie tam, gdzie ono potrzebne.

– O co ci właściwie chodzi?

– To naprawdę proste. – Gervaise rozłożyła ręce, szczera, przyjazna dusza. – Natura nie znosi próżni. Od kiedy mianowano mnie komendantem, wytworzyła się próżnia. Trzeba ją zapełnić. Wydział Zabójstw i Ciężkich Przestępstw potrzebuje nadinspektora, który by nim zarządzał. Nie wyobrażam sobie do tej roboty nikogo lepszego od ciebie. – Gervaise ostatnio poszła w górę i objęła stanowisko komendanta policji całego regionu Eastvale.

– Nadinspektor! Chwila. Zaczekaj. Pochlebiasz mi, ale…

– To nie pochlebstwo. Zastanów się nad tym, Alanie. To wszystko, o co proszę. Tak, będzie więcej papierków, więcej odpowiedzialności, więcej konferencji, więcej statystyk przestępstw i budżetów, nad którymi trzeba będzie łamać sobie głowę, więcej tego, czego nie cierpisz. I musiałbyś zachowywać większą ostrożność, nie deptać ludziom po odciskach. Ale z drugiej strony: więcej pieniędzy, więcej urlopu i nikt nie będzie ci mówił, jak masz pracować, chociaż od czasu do czasu pobrudzisz sobie ręce. Nie chodzi o odsunięcie cię od tego, co robisz najlepiej. Pewni ludzie na bardzo wysokich stanowiskach poświęcili sporo czasu na przedyskutowanie tej sprawy.

– Tak mi się wydawało, że nie bez powodu miewam ostatnio czerwone uszy. Mówisz, że nadal będę mógł prowadzić sprawy po swojemu?

– W granicach zdrowego rozsądku. Jeśli pytasz, czy będziesz mógł wyjść zza biurka i pracować w terenie, odpowiedź brzmi „tak”. Będziesz miał tylko więcej niepłatnych nadgodzin związanych z układaniem budżetu, raportami i resztą papierkowej roboty.

Banks się zamyślił. Nigdy nie był łasy na pieniądze, ale więcej pieniędzy oznaczało więcej kompaktów i DVD, może nawet lepszy system audio i dobry gramofon – jak ten u Millera – na którym mógłby wreszcie puszczać stare winyle, przytaszczone ostatnio z domu rodziców w Peterborough. Więcej pieniędzy oznaczało zainstalowanie centralnego ogrzewania w domu, może nawet jakiś remoncik. A dłuższy urlop to możliwość skorzystania z ofert propomocyjnych weekendów w Paryżu, Rzymie czy Barcelonie. Ale wiedział, że lepiej nie dać się ponieść marzeniom. Nie ma nic za darmo. Przed oczami stanęła mu wizja tak kolosalnych stosów papierów do przewalenia i tak długich narad w sprawach budżetowych, że na pracę, którą wykonywał najlepiej, nie zostałoby mu ani chwili.

– Co ty na to? – spytała Gervaise.

– Tak uczciwie to nie wiem.

Wstała i pochyliła się, opierając dłonie na biurku.

– Nie musisz podejmować decyzji w tej chwili. Daj sobie kilka dni. Tylko pamiętaj, że jako nadinspektor nie będziesz musiał odchodzić na emeryturę w wieku sześćdziesięciu pięciu lat.

– Zastanowię się nad tym, obiecuję.

– Grzeczny chłopiec. – Rozpromieniła się. – Wiedziałam, że się zastanowisz. Odłóżmy ten temat do rozwiązania sprawy Millera i potem do niego wrócimy, dobrze? Wtedy przy odrobinie szczęścia zyskasz jeszcze jeden powód do dumy, oczywiście jeśli będziesz się trzymał z dala od kłopotów.

Banks odstawił filiżankę na spodek i wstał do wyjścia.

– Jak sobie pani życzy, pani komendant – powiedział.

Jak zwykle o tej porze roku ciemno zrobiło się już po południu. Ponieważ sprawa nie posunęła się o krok, a Winsome i technicy nadal pracowali na miejscu zdarzenia, Banks zabrał dane na temat Gavina Millera, które Gerry Masterson dostarczyła mu tuż przed szóstą, i po drodze do domu kupił przy High Street w Helmthorpe rybę i frytki. Zostawił płaszcz przeciwdeszczowy na wieszaku przy drzwiach, a teczkę i kolację zaniósł do kuchni. Zaparzył dzbanek herbaty, usiadł przy kuchennym stoliku i zabrał się do jedzenia, chwilę oglądając wieczorne wiadomości w telewizji. Zwykłą przygnębiającą zapowiedź zagłady klimatycznej, politycznej i finansowej.

Po tym, jak wstawił naczynia do zmywarki – dopiero za kilka dni uzbiera się ich tyle, że będzie się opłacało włączyć całe to cholerstwo – nalał sobie kieliszek layers, australijskiej mieszanki kilku szczepów, w której ostatnio zasmakował, i poszedł do salonu wybrać jakąś płytę.

Przeglądając kolekcję, nabrał ochoty na Grateful Dead, choćby dlatego, że wcześniej widział ich nagrania w domku Gavina Millera, a od dawna ich nie słuchał. Dawniej, gdy był młodszy, puszczał ich o wiele częściej i nawet oglądał na żywo w 1972 roku w Empire Pool. Pamiętał, że był pod wrażeniem solówek gitarowych Jerry’ego Garcii. Zachwycał się wersją ich Black Muddy River w wykonaniu Normy Waterson. Ta muzyka niewątpliwie byłaby odpowiednia do czekającej go lektury. Jak się okazało, nie miał zbyt wielkiego wyboru, więc sięgnął po American Beauty.

Ponieważ lubił stukot deszczu o dach werandy, zdecydował, że tam siądzie, by zapoznać się z notatkami Gerry Masterson na temat Gavina Millera. Kiedy wpadł do niej do sali ogólnej komisariatu, bardzo przepraszała, że ma niezwykle mało do przekazania. Narzekała, że cała sprawa toczy się stanowczo zbyt ospale i jej notatki są bardzo pobieżne. Zwykle do tej pory miała o wiele więcej informacji. Banks powiedział, żeby się nie przejmowała i robiła swoje.

Wziął wino, teczkę i zasiadł w ulubionym wiklinowym fotelu. Kiedy tylko włączył lampkę do czytania, ciemności za oknem stały się nieprzeniknione, widział jedynie własne odbicie i grzbiety książek na półkach za swoimi plecami. Deszcz zelżał, już nie dudnił ciężko, syczał łagodnie. Pamiętał, że czytał lub widział w telewizji, jak W. C. Fields nie mógł zasnąć, gdy nie padało, a gdy umierał, leżał, czekając na deszcz, i dopiero kiedy ten przyszedł, pisarz zamknął oczy na zawsze. Banks pomyślał, że nie miałby nic przeciwko temu, by umrzeć przy dźwiękach deszczu, nie w lodowatych okowach zimy, nie w oślepiającym blasku letniego dnia czy w girlandach opadających jesienią liści, ale może wiosną, gdy kwietniowy deszcz zrosi szklany dach i okna werandy. Ta myśl wcale nie wydała mu się makabryczna, tylko krzepiąca jak odgłos deszczu. Upił wina z kieliszka i słysząc w tle ciche dźwięki Box of Rain, zaczął czytać kilka stron pospiesznie sporządzonych notatek, które Masterson była uprzejma skserować mu do domu.

Chociaż raport zawierał same najistotniejsze fakty, wachlarz tematów okazał się bardzo szeroki, a w trakcie lektury Banks dopowiadał sobie uzupełnienia luk. Gavin Miller urodził się koło Branbury, w Oxfordshire, 29 listopada 1953 roku, czyli prawie sześćdziesiąt lat temu. Jego ojciec uczył w miejscowym gimnazjum, matka zajmowała się domem. Miller był jedynym dzieckiem i wzrastał w wiejskim otoczeniu, u końca długiej, obsadzonej drzewami drogi na skraju miasteczka, w bezludnej okolicy.

Chodził do szkoły, w której uczył jego ojciec. Chyba się nieźle zapowiadał, aczkolwiek nie zdobył na tyle wysokich ocen, by startować do Oksfordu czy Cambridge. Niemniej na maturze spisał się dobrze i wylądował na Uniwersytecie Essex, gdzie studiował w latach 1971–1974 literaturę angielską i zdobył tytuł licencjata z oceną dobrą. Przez pewien czas pracował i oszczędzał, a w 1977 roku pojechał do Kanady, gdzie studiował film i literaturę na Uniwersytecie Simona Frasera koło Vancouver. Z tego, co Masterson zdołała się dowiedzieć, wynikało, że przebywał tam następne sześć lat. To tłumaczyłoby zdjęcia drapaczy chmur i górskich krajobrazów znalezione w jego szufladach, pomyślał Banks. Widział wcześniej podobne obrazki Kanady.

Gerry przyznała, że nie znalazła nic na temat poczynań Millera przez następne cztery lata, od 1979 do 1983 roku, po tym jak zdobył dyplom magistra; żeby go znaleźć, musiała wpierw skontaktować się z konsulatami, służbami imigracyjnym oraz archiwami administracji, a to wymagało czasu, nawet gdy w grę wchodziły świeższe dane. Miller pojawił się znów w 1983 roku, wróciwszy do rodzinnego domu w Branbury, nadal niepewny swojej przyszłości. Według obliczeń Banksa dobiegał wtedy trzydziestki, a nie była to epoka, w której dzieci żyły na garnuszku rodziców tak długo, jak w obecnych czasach.

Jak do tej pory Gavin Miller przypominał wielu innych – młody człowiek, który nie wykorzystał swojego potencjału, albo też na tyle przeciętny, że nie miał czego wykorzystywać. Nie wydoroślał też chyba, pozostając przy zainteresowaniach i upodobaniach młodości. Nawet w wieku pięćdziesięciu dziewięciu lat zapełniał półki swego domu książkami egzystencjalistów i psychodelicznymi płytami z dawnych czasów.

Deszcz przestał padać, choć nadal spływał po szybach. Na następny dzień zapowiadano ładny ranek, ale w dzisiejszych czasach nie można ufać prognozom. Pewne wydawało się jedynie, że deszcz powróci, raczej wcześniej niż później.

Grateful Dead śpiewali Ripple. Banks ocenił, że to niezwykle odpowiednia piosenka na pogrzeb. Jego pogrzeb. Pociągał go ulotny mistycyzm utworu, wyobrażenie życia jako zmarszczek na spokojnej wodzie, której nie mąci żaden wrzucony kamień. A melodia i akordy piękne. Westchnął. Dość rozmyślań o śmierci, deszczu i zmarszczkach na wodzie. Co takiego wydarzyło się dzisiaj, że nachodziły go takie myśli?

Uświadomił sobie, że to pewnie wynika z podobieństwa między nim samym i Gavinem Millerem. Ale jakiego podobieństwa? To prawda, mieli zbliżony gust, jeśli chodzi o muzykę i film, zwłaszcza utwory z czasów młodości, ale co w tym dziwnego? Byli mniej więcej w tym samym wieku, wyrastali w identycznej pop­kulturze – Beatlesi, James Bond, Święty, Bob Dylan i tak dalej. Ojciec Banksa nadal słuchał Henry’ego Halla, Nata Gonelli i Glenna Millera, muzyki, którą usłyszał po raz pierwszy podczas wojny. Upodobanie do czasów minionych to rzecz normalna, typowa. Niektórzy nadal przepadają za Abbą czy Bay City Rollers.

Dom w Newhope może był większy i lepiej wyposażony niż chatka dróżnika, w której mieszkał Miller, ale stał na podobnym odludziu i Banks po rozwodzie z Sandrą wybrał go celowo. Czy Miller również przed czymś uciekał i doścignęła go przeszłość? Oczywiście, mógł po prostu uciekać przed samym sobą i gdy się przekonał, że to niemożliwe, popełnił samobójstwo. Ale Banks w to wątpił. Nie ta metoda – skoro w łazience przechowywał wystarczający zapas pigułek, które załatwiłyby sprawę, a w chwili śmierci w kieszeni miał pięć tysięcy funtów.

Wrócił do ostatnich zapisków Masterson. Niemal rok po powrocie z Kanady Miller rozpoczął pracę w miejscowych colle­ge’ach i przez ponad dwadzieścia lat trudził się niezauważony, ucząc historii sztuki, medioznawstwa, historii filmu i literatury angielskiej w takich miejscowościach, jak Exeter, Grantham i Barrow-on-Furness, nigdzie nie zagrzewając długo miejsca, dopóki w 2006 roku nie pojawił się w Eastvale College.

Opuścił go w 2009, wyprowadził się z mieszkania wynajmowanego w Eastvale i wpłacił zaliczkę za domek dróżnika pod Coverton. Nic nie wskazywało na to, by szukał następnej posady. Gerry zapisała, że jej rozmówca w college’u, Trevor Lomax, kierownik wydziału, na którym wykładał Miller, dowiedziawszy się, o kogo chodzi, wydał się odrobinę nieufny i wymijający. Banks zanotował w myślach, że następnego dnia należy wysłać funkcjonariusza, który pociągnie za język pana Lomaxa.

Jak udało się ustalić Gerry, Miller był żonaty tylko raz i związek przetrwał sześć lat, po czym zakończył się w 1996 roku. Po dwóch latach była pani Miller wyszła znów za mąż i wyjechała do Nowej Zelandii. Ojciec Gavina zmarł przed trzema laty, matka zamieszkała w prywatnym domu opieki koło Oksfordu, co pochłonęło pieniądze ze sprzedaży domu pod Branbury i prawie wszystkie oszczędności, które Miller zebrał przez lata. Przed śmiercią nie spłacił dwóch ostatnich rat hipoteki; dobijali się do niego dostawcy prądu, wody i gazu, a kartę kredytową zadłużył do maksimum.

Rozpaczliwa sytuacja finansowa Gavina Millera nasuwała podejrzenie, że wątek narkotykowy zasługuje na wnikliwe przeanalizowanie. Ludzie często widzą w narkotykach możliwość szybkiego zarobku, a ktoś rozpaczliwie potrzebujący pieniędzy mógł uciec się do przestępstwa. Pięć tysięcy funtów to było dużo pieniędzy dla takiej osoby jak Miller i dzięki nim nie tylko załatałby bieżące niedobory, ale jeszcze mógłby co nieco odłożyć.

Kolejną ewentualnością był szantaż, ale większość ofiar nie zabija szantażystów, którzy zwykle tak aranżują sytuację, że gdy coś im się przytrafia, sprawa i tak wypływa na wierzch. No i nikt się nie włamał do domu Millera, żeby sprawdzić, czy nie zostało tam coś kompromitującego. Gdyby Miller kogoś szantażował, mało prawdopodobne, by przekazał cały obciążający materiał za pięć tysięcy funtów. Szantażyści zawsze trzymają kolejną kartę w rękawie i wracają po więcej.

Odkładając na bok teczkę, Banks rozmasował sobie skronie i przetarł oczy. Zrobiło się późno. American Beauty skończyło się jakiś czas temu i nastała wszechogarniająca cisza. Od czasu do czasu zaszumiały cicho drzewa albo w oddali zaterkotał samochód na drodze do Helmthrope, ale poza tym nic. Dopił wino, zajrzał do salonu, włączył Live/Dead i wyszedł. W murku przy potoku Gratly było małe wybrzuszenie, Banks lubił tam przystawać albo nawet przysiadywać, kontemplując noc i sącząc ostatniego drinka. Za dawnych dni lubił tam też sobie zapalić, ale dawne dni minęły.

Między strzępiastymi szarymi chmurami już zamrugały gwiazdy, a powietrze przenikał cudowny świeży zapach, jakim na wsi tchnie gleba po deszczu. Było nieco chłodnawo, ale nie zamierzał długo przebywać na dworze. Podszedł do potoku i pochylił się w swym stałym miejscu widokowym, wychodzącym na wodospady, ogarniając wzrokiem dalekie, kryte łupkiem dachy High Street w Helmthorpe, dzwonnicę poniżej starego młyna, pola i cmentarz. Potok przybrał po deszczu, stan wody był wysoki. Sunęła szybko, hałaśliwie, napełniając powietrze delikatnym, zimnym pyłem. Leżąc w łóżku, Banks często zasypiał do muzyki pędzącej wody.

Po lewej rozciągały się lasy, zimne i ociekające wodą; wstrząsane wiatrem gałęzie gubiły krople deszczu, które opadały niżej, delikatnie uderzając w kolejne liście. Oddalona o półtora kilometra rzeka Swain wyglądała jak srebrzysty wąż na płaskim dnie doliny. Liryczne dźwięki gitary Garcii grającego Dark Star mieszały się z szumem potoku i stukotem kropli na liściach, gdy pochylony Banks rozmyślał, jak bardzo kocha to miejsce i że emerytura to może wcale nie taki zły pomysł.

Jeszcze chwilę wspominał Gavina Millera, wycieńczone, zmiażdżone ciało, ciało starca, po czym szerokim gestem wylał ostatnie krople wina, zadygotał i wrócił do środka.

Rozdział 2

Sala konferencyjna z błyszczącym owalnym stołem, tablicami zmywalnymi i nową wymyślną szklaną tablicą, już ochrzczoną Szaleństwem Czerwonego Rona, czekała na poranną odprawę zwołaną na dziewiątą. Stawił się na nią cały zespół, w tym Cathe­rine Gervaise, Annie Cabbot, posterunkowy Kirwan i Stefan Nowak. Z czarną kawą w jednej ręce i czarnym markerem w drugiej Banks stanął przed zgromadzonymi i próbował znaleźć jakiś porządek w strzępach informacji do tej pory zebranych przez zespół, rozpoczynając od materiału dostarczonego przez Gerry Masterson. Pozostał główny problem. Nie udało się do tej pory ustalić, czy śmierć nastąpiła wskutek samobójstwa, czy też nie. Doktor Glendenning miał przeprowadzić sekcję po południu i Banks liczył na to, że anatomopatolog trafi na coś, co tę kwestię rozsądzi. Jednakże okoliczności zdarzenia wydawały się na tyle podejrzane, że nie było czasu do stracenia, więc śledztwo powinno nabrać żywszego tempa.

Gerry Masterson sprawiała dzisiaj wrażenie bardzo rzeczowej. Ściągnęła do tyłu falujące prerafaelickie rude włosy, włożyła świeżutką białą bluzkę, a na nosie miała okrągłe okulary w czarnych oprawkach. Poprawiła leżące przed nią dokumenty i odchrząknęła.

– No więc… panie inspektorze – zaczęła, po czym rzuciła nieśmiałe spojrzenie na Gervaise – pani komendant…

– Daruj sobie formalności, Gerry – ofuknęła ją Gervaise – bo spędzimy tu cały dzień.

Blada twarz Gerry mocno się zaróżowiła.

– Tak jest, pani komendant… przepraszam. Tak, rzeczywiście. – Przyjrzała się swoim notatkom, jakby niepewna, czy zerkać do nich, czy nie, po czym odsunęła je o kilka centymetrów i oparła ręce na stole, omiatając wzrokiem zebranych. – Zakładam, że czytaliście moje notatki na temat Gavina Millera?

Wszyscy kiwnęli głowami.

– No cóż, idzie to jak po grudzie – ciągnęła – i przepraszam, że nie mam dużo do przekazania, ale wygląda na to, że pan Miller w ostatnim okresie nie miał wiele kontaktów towarzyskich ani żadnego życia rodzinnego. W każdym razie zawęziłam zebrany materiał do trzech obszarów, których zbadanie daje jakieś nadzieje.

Banks uniósł marker, gotów zapisywać jej słowa.

– Jako pierwszy, i pewnie najtrudniejszy do prześledzenia, wskazałabym okres, który Gavin Miller spędził za granicą, po studiach na Uniwersytecie Essex. Wiemy, że lata siedemdziesiąt siedem–siedemdziesiąt dziewięć spędził na Uniwersytecie Simona Frasera w Vancouver, gdzie studiował filmoznawstwo i literaturę… Potem, hm, potem naprawdę nie wiemy, gdzie był ani co robił przez cztery lata. Nazywam je „czarną dziurą”. Na pewno nie wrócił do Wielkiej Brytanii do końca osiemdziesiątego trzeciego, ale poza tym… Mam parę pytań co do tego okresu, czeka mnie kilka rozmów telefonicznych i przeprowadzę je dzisiaj, bo z powodu różnic czasowych dzwoniłabym o dziwnej porze, ale ten ślad nie wygląda obiecująco. To było dawno temu.

– Myślisz, że w tej „czarnej dziurze” wydarzyło się coś, co mogło doprowadzić do śmierci Millera trzydzieści lat później?

– Mówię tylko, że to niewykluczone, panie inspektorze. Ale też nie wiemy nic pewnego. Mógł nawiązać podejrzane kontakty, które po latach znów się uaktywniły, i jego życie znalazło się w niebezpieczeństwie.

– Uważam, że zanim przeznaczymy jakiekolwiek środki na szczegółowe badanie tamtego okresu – odezwała się Gervaise – powinniśmy usłyszeć, co jeszcze masz do powiedzenia. W przeciwnym razie nie pozostanie nam nic innego, jak wysłać tam śledczych. A wiesz, jakie spustoszenie dla budżetu to oznacza.

– Oczywiście. – Gerry kontynuowała nieco zawstydzona: – Następny okres jest bliższy teraźniejszości. To trzy lata w East­vale College od dwa tysiące szóstego do dwa tysiące dziewiątego. – Przerzuciła notatki. – Chyba zaznaczyłam, że kierownik wydziału Gavina Millera, Trevor Lomax, wydawał się niechętnie nastawiony do rozmowy na jego temat.

– Masz jakieś podejrzenia, dlaczego tak jest? – spytał Banks.

– Nie.

Banks spojrzał na Annie.

– Odwiedzisz pana Lomaxa w college’u?

– Z przyjemnością. Nigdy nie wiadomo, zawsze jeszcze mogę się czegoś nauczyć.

Wszyscy jęknęli.

– A trzeci obszar? – spytał Banks. – Mówiłaś o trzech.

– To prawda. Musimy się dowiedzieć, co Miller robił ostatnio, od kiedy zamieszkał pod Coverton w domu dróżnika. Ktoś musi coś wiedzieć, ale jak do tej pory udało mi się ustalić tylko tyle, że był samotnikiem, nie miał w wiosce przyjaciół i rzadko ktoś go odwiedzał. W każdym razie nikt nic nie wie, a jego dom stoi na odludziu. Mógł tam urządzać co wieczór szalone imprezy i nikt nie miałby o nich pojęcia.

– Pewnie nie – zgodził się z nią Banks. – Chociaż ludzie z wioski pewnie by zauważyli nocą na ulicach czy na parkingu nietypową liczbę aut lub motocykli.

– Gdyby parkowały w wiosce. Wszyscy są przekonani, że prowadził spokojne życie, ale mógł być regularnie odwiedzany… powiedzmy przez dziewczynę… i nikt nie miałby o tym pojęcia. Pewnie nie zwrócono by uwagi na samochód parkujący okazyjnie w wiosce, a może gość Millera znał dróżki prowadzące prosto do niego.

– Fakt – przyznał Banks. – Ale czy miał dziewczynę? Nazywamy go samotnikiem, mówimy, że się nie udzielał. Czy dziewczyna zniosłaby życie, jakie Miller tam prowadził? Nie chciałaby od czasu do czasu wyjść? Do klubu? Do kina? Na kolację, drinka?

– Chyba że była taka jak on.

– No, niech będzie. Para dziwaków. Dobra, może masz rację. Weźmiemy to pod uwagę. Cherchez la femme.

Gerry miała minę, jakby nie wiedziała, czy się uśmiechnąć czy nie. W końcu wybrała to drugie.

– Dziękuję, panie inspektorze. Wiemy też, że Miller nie miał pieniędzy. Może był zamieszany w jakieś oszustwo albo wpadł w szpony lichwiarzy? Potrafią być bardzo niemili, kiedy chcą odzyskać dług.

– Ale zwykle nie posuwają się do morderstwa – powiedział Banks. – Przecież najważniejsze dla nich to właśnie odzyskać forsę.

– Może nie miał zginąć? Sprawy wymknęły się spod kontroli, Miller stawił opór i skończył pod kładką. Albo miał posłużyć za przykład dla innych.

– Kto wie. Sprawdzimy, skąd wytrzasnął te pięć tysięcy. Czy podejrzewasz, że uciekł się do szantażu?

– Niewykluczone. Choć do tej pory nie znalazłam na to żadnego potwierdzenia. Sprawdzam też ślad narkotykowy, ewentualne kontakty z wiejskimi gangami, coś w tym rodzaju. Bieda spycha ludzi na drogę przestępstwa, a półświatek jest niebezpieczny i nieprzewidywalny.

Banks naniósł na tablicę kolejne notatki.

– Musimy się dowiedzieć, gdzie dokładnie Gavin Miller ostatnio krążył. Powinniśmy też przeczesać wszystkie farmy w promieniu, powiedzmy, dziesięciu kilometrów. Możecie się tym zająć, Kirwan?

– Postaram się, żeby miejscowi funkcjonariusze zaraz się do tego zabrali.

– Musi być ktoś, kto go znał albo coś widział. Liam akurat pracuje nad komórką i komputerem Millera i powinien dzisiaj nam coś dać. Dzięki, Gerry, dobra robota. Stefan, masz już coś od techników?

– Z przykrością muszę powiedzieć – zabrał głos Nowak – że deszcz zmył wszystko, jeśli w ogóle coś było. Nie mamy żadnych odcisków. Ani butów, ani palców, ani opon. Drogi biegnącej od domu do wrzosowisk ostatnio raczej nie używano. Byłaby przynajmniej miejscami zryta, nawet gdybyśmy nie trafili na odciski opon, ale nawierzchnia wygląda na gładką, nawet tam gdzie po ostatniej ulewie powstało błoto.

– Ktoś musiał z niej korzystać – zaprotestował Banks. – Jak Millerowi dostarczano pocztę?

– Miał skrytkę na poczcie w wiosce – odpowiedziała Gerry.

– Okej. Lepiej też to sprawdźmy. – Banks spojrzał znów na Nowaka. – Przepraszam, Stefan. Kontynuuj.

Nowak rozłożył ręce.

– To tyle.

– Czy były jakieś odciski na barierkach kładki, tam gdzie mógłby się złapać, gdyby go ktoś spychał?

– Nie, ale powtórzę: deszcz mógł je zmyć. Poza tym to szorstka, zardzewiała powierzchnia, na której odciski raczej się nie zachowują.

– A te pieniądze coś nam mogą dać?

– Raczej nie. Banknoty są stosunkowo świeże, to prawda, ale jednak używane. I chociaż pięćdziesiątki są dość rzadkie, to te nie pochodzą z jednej serii. Część pewnie dałoby się powiązać z konkretnymi placówkami bankowymi, ale bardzo wątpię, by udało się nam ustalić konkretne osoby lub transakcje, jeśli pierwotny ich właściciel miał trochę oleju w głowie. Jest trochę odcisków, które próbujemy dopasować do naszej bazy danych, ale jak do tej pory mogę tylko powiedzieć, że sporo ludzi miało w rękach te banknoty. Przykro mi.

– A wydusiłeś coś z narkotyków z domu Millera?

– Trochę haszyszu i dwie tabletki chyba LSD – odrzekł Nowak. – Nic poza tym nie mamy. Rzecz w tym, że to ilość bardzo skromna. Do użytku osobistego.

– Ale musiał je skądś mieć, no nie? – zauważyła Winsome. – Jest ślad narkotykowy, choćby i wątły. To mogłoby wskazywać na związki Millera z podejrzanymi ludźmi. Gdzie narkotyki, tam pieniądze, a gdzie pieniądze, tam często pojawia się przemoc.

– Masz rację – przyznał Banks. – Może pogadasz dziś z wydziałem antynarkotykowym? Sprawdź, a nuż zasugerują jakieś źródło. Dobra robota. Coś jeszcze?

– Hm, nie było pamiętnika, żadnego terminarza ani notatnika z adresami. Ani telefonu stacjonarnego. Za to w jednej z szuflad leżał notes i w nim znalazłam kilka numerów i nazwisk. Przekazałam go Liamowi, a on będzie się starał powiązać te dane z tym, co wydobędzie z komórki i komputera Millera. Potem Gerry sprawdzi nazwiska i adresy. Moim zdaniem miał tak mało spotkań i znał tak niewielu ludzi, że nie potrzebował adresownika ani terminarza. Poza tym są fotografie. To wszystko.

Banks odwrócił się do Kirwana.

– Trafiliście na coś jeszcze w wiosce?

Posterunkowy otworzył notatnik.

– Niedużo, panie inspektorze. Nikt nie widział Millera od piątku, kiedy to w Sparze przy High Street kupował artykuły spożywcze i wino z promocji. Pił też w Star & Garter, zanim udał się do domu.

Banks popatrzył na szklaną tablicę. Było na niej znacznie więcej niż na początku spotkania, ale ile tych zapisków miało jakąś wartość? Potrzebował powiązań, nie porozrzucanych faktów i zgadywanek.

– Poza tym jest jedna rzecz, która może się okazać interesująca – podjął Kirwan. – Rozmawiałem z panią Stanshall, która ma psa i zawsze wyprowadza go wieczorem na spacer. Jest pewna, że ktoś przyszedł na parking przełazem od strony lasu, wsiadł do samochodu i odjechał. Ale było ciemno, więc nie widziała dobrze ani samochodu, ani tej osoby, na pewno jednak działo się to w niedzielę około wpół do jedenastej, bo wtedy wychodzi z psem, bez względu na pogodę. Czas by się zgadzał. Jeśli ktoś wyszedł od strony lasu i wsiadł do samochodu o tej porze, jest spora szansa, że mógł być zamieszany w śmierć Millera, prawda?

– Jeśli faktycznie Miller został zabity, to pewnie tak. Czy to na pewno był mężczyzna?

– To jedyna rzecz, której była pewna. Wskazywał na to wzrost i zarys sylwetki.

– Czasem również kobiety są spore. – Banks popatrzył na Winsome, która miała metr osiemdziesiąt pięć wzrostu.

– Czy chce pan powiedzieć, że ktoś mógłby pomylić mnie z mężczyzną? – zapytała słodko Winsome.

– Hm, nie… To znaczy, może w ciemności…

Wszyscy się roześmieli.

– Proszę mówić dalej, inspektorze – zachęciła Winsome, nie mogąc powstrzymać się od śmiechu. – Tylko się pan pogrąża.

– Według niej wskazywał na to sposób poruszania się tego kogoś – wtrącił Kirwan. – No i szerokie bary. Parking jest jako tako oświetlony. Co prawda auto stało w ciemniejszej części placu, ale sylwetka była widoczna, więc pewnie opis pani Stanshall jest w miarę dokładny. Parking nie jest zamykany ani nic.

– Monitoring?

– Nie.

– Jakieś kwitki parkingowe?

– Nie. To darmowy parking.

– Gdybym z niego korzystał, może by mnie to cieszyło, ale tak miło byłoby zdobyć dowód, że nasz tajemniczy nieznajomy zjawił się o takiej a takiej godzinie.

– Przykro mi, panie inspektorze. Przynajmniej wiemy, o której odjechał, o ile to ma jakieś znaczenie. W każdym razie według pani Stanshall mężczyzna ten miał gołą głowę, nie był łysy, nosił płaszcz przeciwdeszczowy i spodnie, wszystko zdecydowanie męskie. Widziała, jak wsiadał do wozu, i powiedziała, że kobiety robią to inaczej. Nie znam się na tym, ale sprawiała wrażenie pewnej swego. Może ktoś powinien ją jeszcze przepytać.

– Jest kilka rzeczy do sprawdzenia w Coverton – oznajmił Banks. – Pani Stanshall może się okazać bardziej spostrzegawcza, niż nam się wydaje. Zdaniem Stefana drogą do domku ostatnio nie jeździły samochody, więc prawdopodobnie nasz człowiek zostawił auto na parkingu w wiosce i poszedł lasem albo wzdłuż linii kolejowej. W każdym razie wybiorę się tam przed południem. Winsome, możesz pojechać ze mną i porozmawiać z panią Stanshall. Sprawdzisz też skrzynkę na poczcie. – Odwrócił się do Nowaka. – Niech twoi ludzie jeszcze raz przeczeszą tę leśną ścieżkę. Jeśli ktoś z niej korzystał, a nuż zahaczył ubraniem o gałąź albo, Boże dopomóż, zostawił odcisk buta.

Nowak skinął głową.

– Już raz to zrobiliśmy, ale powtórzymy.

– Coś jeszcze? – spytał Banks. Nikt nie zabrał głosu. – W porządku, wszyscy macie swoje zadania. Jeszcze jedna sprawa. Kiedy będziecie jeździć, możecie wpaść na ludzi z mediów. Pani komendant zasugerowała, i zgadzam się z nią, że na razie powinniśmy zatrzymać dla siebie informację o tych pięciu tysiącach. Przyda się nam as w rękawie. Wszystko jasne?

Pytanie spotkało się z ogólnym pomrukiem aprobaty i wszyscy wyszli. Został tylko Banks wpatrzony w rysunki i zapiski na szklanej tablicy. Wyczuł za plecami Gervaise.

– Technicy nic nie mają – powiedziała. – To jednak dla nas cios.

– Przeżyjemy – stwierdził Banks. – Często myślę, że wyjaśnienie zbrodni o wiele bardziej zależy od umiejętności rozumienia ludzi i motywów ich postępowania niż od badań spektrograficznych i testów DNA.

– Może tak – rzekła Gervaise. – Ale przed sądem motyw nie ma szans z twardymi dowodami.

Złote i rdzawe liście wirowały, spadając ze szpalerów drzew stojących przed dużymi wiktoriańskimi domami. Kiedy inspektor Annie Cabbot parkowała samochód i wysiadała z niego, widok opadających liści i chłód przypominały jej, że nadchodzi zima. Na razie pogoda była przyjemna i między sunącymi chmurami kojarzącymi się ze zbitymi kłębami kurzu w worku odkurzacza prześwitywały kawałki czystego nieba.

Annie minęła grupki studentów dźwigających plecaki i torby. Rozmawiali i śmiali się, krążąc po labiryncie stancji i wynajmowanych mieszkań. Wydział Sztuki mieścił się w budynkach z lat sześćdziesiątych, w sercu starego miasteczka akademickiego, królestwa płaskich dachów, betonowo-szklanych budynków z prefabrykatów i szerokich poziomych żaluzji. Większość budynków była dwupiętrowa, w kształcie litery L, ewentualnie otaczały je czworokątne dziedzińce w groteskowej parodii Oksfordu lub Cambridge.

Żeby się dostać do gabinetu Lomaxa, Annie musiała pokonać żelazną bramę, kwadratowy zaniedbany trawnik i dwa biegi schodów. Starała się dużo ćwiczyć, w tym jogę i pilates, ale czuła, że od czasu postrzału, pobytu w szpitalu i rekonwalescencji brak jej energii i nim wreszcie zapukała do drzwi, zdążyła się trochę zasapać. Lekarze powiedzieli, że z czasem dojdzie do siebie, ale to potrwa długo i będzie wymagało poważnego wysiłku. Żadna nowość. Poważny wysiłek zaczął się w chwili, gdy odczołgiwała się od jasnego, białego światła, które przyzywało ją do siebie, gdy wykrwawiała się na podłodze werandy Banksa. Czasem zadawała sobie pytanie, czy warto było wtedy się trudzić. Coś w niej pękło i pragnęła, by wróciła dawna Annie.

Umówiła się telefonicznie, więc na nią czekano. Kiedy zapukała, Lomax krzykiem zaprosił ją do środka, a ona ze zdumieniem weszła od razu do gabinetu. Spodziewała się najpierw starcia z groźną sekretarką.

Powiedzieć, że pomieszczenie wypełniały książki, to byłby zarówno nadmiar uprzejmości, jak i solidny eufemizm; książki je całkowicie zawalały, zalewały i dusiły. Stały i leżały wszędzie. Pewnie rozmnażały się nocą. Ich zapach przesycał powietrze. Oto człowiek, który nie słyszał o kindle’u. Stały na regałach zakrywających szczelnie ściany, leżały na podłodze, parapetach, krzesłach, każdej płaskiej powierzchni, tworząc chwiejne sterty. O dziwo, sam Lomax nie wyglądał na mola książkowego, pomyślała Annie, gdy mężczyzna wstał na powitanie. W każdym razie nie odpowiadał jej wyobrażeniu mola książkowego. Żadnych rozwichrzonych kępek włosów sterczących pod dziwnymi kątami, żadnej tweedowej marynarki ze skórzanymi łatami na łokciach, fajki, grubych szkieł, krzaczastych brwi. Miał około pięćdziesięciu lat, szczupłą sylwetkę tenisisty, nosił czarny, luźny sweter polo i dżinsy. Siwiejące włosy z przedziałkiem zaczesywał do tyłu. Był całkiem przystojny, o ujmującym uśmiechu, od którego robiły mu się dołeczki w policzkach, w oczach miał figlarny błysk, a jego uścisk dłoni był pewny.

– Proszę wybaczyć ten bałagan – powiedział. – Już od lat walczę o większy gabinet, ale nie zapowiada się, bym go kiedykolwiek dostał. Czasem mam wrażenie, że woleliby pozbyć się całego kulturoznawstwa.

– Znam to uczucie – odrzekła Annie, siadając na krześle, z którego Lomax uprzątnął książki. – Może po prostu powinniśmy się poddać i przekazać cały kraj bankierom?

– A nie mają go już na własność? Nieważne, nie powinna pani tak myśleć. Nie wolno się poddawać. To prosta droga do ulegnięcia filisterstwu i totalitaryzmowi. Buntuj się, buntuj, gdy światło się mroczy2, jak ujął to Dylan Thomas. Oczywiście mówił o śmierci, nie o rewolucji ani o protestowaniu, ale być może utrata wszystkiego, co najbardziej cenimy, jest rodzajem śmierci, nie uważa pani? Kierkegaard powiedział, że utrata „ja” przebiega w cichości, niezauważona. Ale zebrało mi się na ględzenie. Pomyśli pani, że od miesięcy nie otwierałem do nikogo ust. Ma pani ochotę na kawę albo herbatę? Zamówię z dołu. To nie potrwa nawet minuty.

– Jeśli to nie kłopot. Poproszę kawę, czarną, bez cukru.

– Żaden kłopot. – Lomax sięgnął po telefon i zamówił dwie czarne kawy, po czym uśmiechnął się zmieszany. – Nie będę udawać ważniejszego, niż jestem. Maria przynosi kawę tylko wtedy, kiedy mam gości. Kiedy jestem sam, biegam na dół.

Annie wybuchła śmiechem. Chwilę potem rozległo się ciche pukanie do drzwi i pojawiła się blada, pulchna kobieta w workowatej sukience i o mysich włosach spiętych w koński ogon. W jednym ręku trzymając tacę, podała im filiżanki kawy bez uśmiechu i bez słowa. Po czym wyszła.

– Musi pani wybaczyć Marii – powiedział Lomax. – Jest z Litwy. Niezbyt dobrze mówi po angielsku. Samotnie wychowuje dwójkę małych dzieci. Chodzi na lekcje wieczorowe i jeszcze sprząta biura. Bardzo ciężko pracuje i pewnie nie ma siły się uśmiechać.

– Rozumiem – rzekła Annie. Przypomniała sobie Krystynę, młodą Polkę, której rok temu pomogła wyjść z tarapatów. Nadal od czasu do czasu dostawała od niej listy czy kartki. Angielski Krystyny poprawiał się z każdą przesyłką i wyglądało na to, że czuje się coraz pewniej, pracując we własnej restauracji w Krakowie. W ostatnim liście pisała, że stara się o przyjęcie do szkoły dla szefów kuchni. Annie życzyła jej wszystkiego najlepszego; Krystyna wiedziała, jak ciężkie bywa życie, gdy się startuje od zera.

– Czy Gavin Miller wyróżniał się jako wykładowca? – spytała.

– Nie za bardzo. Nie chcę powiedzieć, że nie znał się na swojej dziedzinie ani że nie był jej pasjonatem. Proszę mnie źle nie zrozumieć. Dobrze wiedział, co wykłada. Ale Gavin nie cierpiał durniów, a jak pewnie pani sobie wyobraża, miewał sporo durniów w grupach, szczególnie na zajęciach z historii filmu. Potrafił być bardzo sarkastyczny, a ironia nie jest dobrym narzędziem nauczania. Studenci odbierają ją bardzo osobiście i obrażają się.

– Powiedział pan, że był pasjonatem swojej dziedziny. Czy to takie ważne u nauczyciela?

– Potrzebne jest zaangażowanie, poświęcenie, nawet rodzaj posłannictwa, jak we wszystkim w życiu. W przeciwnym razie po co się tym zajmować? Pensja nie przyprawia o zawrót głowy i trudno się spodziewać wdzięczności od kogokolwiek.

– To mi przypomina moją pracę – odparła Annie i po chwili milczenia spytała: – Czemu odszedł? To stało się nagle. Pięćdziesiąt pięć lat, to pracował dopiero trzy lata bodajże…

Lomax uciekał wzrokiem.

– No, wie pani… Przyszedł czas pożegnań. Rozumie pani. Takie rzeczy się zdarzają.

– Nie, wprost przeciwnie, nie rozumiem, o co chodzi, panie Lomax. Czy został zwolniony? Padł ofiarą cięć?

– Pewnie można tak powiedzieć, tak.

– Ale jak powiedzieć? To nie to samo, wie pan. Zwolniono go za sarkazm?

– Hm, to wszystko jest bardzo skomplikowane, muszę przyznać.

– Skomplikowane? Dlaczego?

– To była niesłychanie delikatna sytuacja.

– Co takiego zrobił? Przeleciał studentkę? – Lomax się zarumienił i Annie nie była pewna, czy tylko z winy jej języka. – Zrobił to, tak? Dlatego nie chce pan o tym mówić.

– Nie to, że nie chcę. Tylko że… cóż, college woli unikać niekorzystnego rozgłosu. To była sprawa wewnętrzna. Załatwiliśmy ją.

– Proszę się nie obawiać. Jestem uosobieniem dyskrecji. Niewykluczone, że prowadzimy śledztwo w sprawie morderstwa, panie Lomax. Chyba lepiej będzie, jeśli zastanowi się pan nad pytaniem, czy ważniejsza jest prawda czy reputacja college’u.

Lomax zapadł się głębiej w fotelu.

– Tak, niech więc będzie. Zwolnienie Gavina było spowodowane jego nieobyczajnym wybrykiem. – Omiótł wzrokiem Annie. – Ale to nie to, co pani myśli. Nie uprawiał seksu ze studentką, nigdy się tego nie dopuścił, naprawdę.

Annie westchnęła i opadła na oparcie. Opuściła notatnik na kolana.

– Myślę, że najlepiej będzie, jak po prostu opowie mi pan o tym. Twierdzi pan, że to namiętność Gavina Millera sprowadziła na niego kłopoty, a nie sarkazm?

Lomax pociągnął łyk kawy i posłał Annie smutne spojrzenie znad filiżanki.

– Nie wydaje mi się, żeby na tym, co przydarzyło się Gavinowi, zaważyła akurat namiętność. Przynajmniej nie tam, gdzie w grę wchodziła jego osoba. To właśnie wydaje mi się najbardziej nie w porządku w tej całej sprawie.

– Co pan ma na myśli?

– Gavin nie interesował się młodymi dziewczętami, zwłaszcza pokroju Kayleigh Vernon czy Beth Gallagher, jego oskarżycielkami. Uważał je za ptasie móżdżki.

– Cycate ptasie móżdżki?

Jeśli wulgarny komentarz Annie poruszył Lomaxa, nie okazał tego.

– Może pani wierzyć lub nie, ale wątpię, by rozmiar ich biustów miał dla Gavina znaczenie – rzekł.

– Jak to? Dla większości mężczyzn ma.

– Myślę, że pod pewnymi względami bardziej interesowały go idee niż życie, marzenia, nie rzeczywistość. To zapewne tkwiło u źródeł jego problemów.

– Jakich problemów?

– Zanim będę mówił dalej – rzekł po chwili milczenia – musi pani zrozumieć, że nie byłem członkiem rady uczelnianej ani komisji dyscyplinarnej, która przeprowadziła postępowanie wyjaśniające i w końcu go zwolniła. Odsunięto mnie. Uważano, że jako przyjaciel i kierownik wydziału stoję po stronie Gavina. Jeśli już, to raczej próbowałem stawać w jego obronie.

– Jak wyglądała jego obrona?

Lomax uderzył ręką w biurko.

– Właśnie w tym sęk. W tego rodzaju sytuacjach tak naprawdę nie ma obrony. To jak pytanie w stylu: „Wciąż bijesz żonę?”.

– Twierdzi pan, że każdy wykładowca oskarżony o molestowanie seksualne traci pracę?