Wydawca: Zielona Sowa Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 503 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dzieci kapitana Granta. Tom I - Juliusz Verne

Znalazłszy we wnętrznościach upolowanego rekina butelkę z listem, lord Glenarvan, jego żona Helena, ich kuzyn major Mac Nabbs oraz kapitan statku John Mangles starają się rozszyfrować wiadomość. Odczytując tylko szerokość geograficzną, i prawdopodobne miejsce (Patagonię), płyną jachtem na ratunek, a następnie przemierzają wszerz Amerykę wzdłuż równoleżnika. Pełna przygód podróż po Ameryce Południowej jest pełna zwrotów akcji i zaskakujących spotkań z tubylcami. Wciągająca i pasjonująca lektura nie tylko dla amatorów podróży i przygód.
Seria wydawnicza Wydawnictwa Zielona Sowa „Podróże z Verne’em” zawiera 14 powieści Juliusza Verne’a. Obok utworów należących do kanonu twórczości francuskiego klasyka, prekursora science fiction, znalazły się w niej również pozycje mniej znane polskiemu czytelnikowi, jak utrzymane w konwencji powieści utopijnej ""Pięćset milionów hinduskiej księżniczki"" czy ""Dramat w Inflantach"", którego akcja toczy się wokół zbrodni i następującego po niej śledztwa. Starannie opracowane, opatrzone rzetelnymi przypisami książki, w nowych pełnych przekładach z języka francuskiego, rekomenduje Polskie Towarzystwo Juliusza Verne’a.

Opinie o ebooku Dzieci kapitana Granta. Tom I - Juliusz Verne

Fragment ebooka Dzieci kapitana Granta. Tom I - Juliusz Verne

Redaktor serii:

Marzena Kwietniewska-Talarczyk

Tytuł oryginału:

Les Enfants du capitaine Grant

Redakcja:

Marzena Kwietniewska-Talarczyk

Współpraca redakcyjna:

Anna Wojciechowska

Przypisy:

Andrzej Zydorczak

Ilustracje:

Edouard Riou

ze zbiorów Andrzeja Zydorczaka

Projekt graficzny okładki:

Dagmara Grabska

Skład:

Stefan Łaskawiec

Korekta:

Dorota Strojnowska

© Copyright by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Kraków 2011

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.

30-404 Kraków, ul. Cegielniana 4A

tel./fax (12) 266-62-94, tel. (12) 266-62-92

www.zielonasowa.pl

wydawnictwo@zielonasowa.pl

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Część pierwsza

Rozdział I Rekin młot1

Dwudziestego szóstego lipca 1864 roku, przy silnym północno-wschodnim wietrze, wspaniały jacht sunął pełną parą po wodach Kanału Północnego2. Na gaflu bezanmasztu łopotała bandera Anglii, a na szczycie grotmasztu3 błękitny proporczyk z wyhaftowanymi złotem inicjałami E. G. oraz książęcą koroną. Jacht nosił nazwę „Duncan” i był własnością lorda Glenarvana, jednego z szesnastu parów szkockich zasiadających w Izbie Lordów4 i członka bardzo szacownego Royal Thames Yacht Club5, tak sławnego w całym Zjednoczonym Królestwie6.

Na pokładzie jachtu znajdował się lord Edward Glenarvan wraz ze swą młodą żoną, lady7 Heleną, oraz jeden z jego krewnych, major MacNabbs.

Niedawno zbudowany „Duncan” wypłynął na próbny rejs kilka mil poza zatokę Clyde8, a teraz powracał do Glasgow. Już wynurzała się na horyzoncie wyspa Arran9, kiedy marynarz wachtowy zasygnalizował obecność olbrzymiej ryby baraszkującej w kilwaterze10 jachtu. Kapitan John Mangles kazał natychmiast powiadomić o tym zdarzeniu lorda Glenarvana, który wspiął się na rufówkę11 razem z majorem MacNabbsem i zapytał kapitana, co sądzi o tym zwierzęciu.

– Doprawdy, Wasza Dostojność – odpowiedział John Mangles – uważam, że musi to być ogromny rekin.

– Rekin na tych wodach! – zawołał ze zdziwieniem Glenarvan.

– Nie ma wątpliwości – odpowiedział kapitan. – Ta ryba należy do pewnego gatunku rekinów spotykanych na wszystkich morzach i pod wszystkimi szerokościami geograficznymi. Jest to balance fish i jeśli się nie mylę, to zapewne będziemy mieli do czynienia z jednym z łotrów z tego gatunku! Jeśli Wasza Dostojność się zgodzi, a lady Glenarvan zechce obserwować ciekawy połów, to wkrótce będziemy wiedzieli, jak się rzeczy mają.

– Co o tym myślisz, MacNabbs? – zwrócił się lord Glenarvan do majora. – Czy twoim zdaniem możemy spróbować?

– Zgadzam się na wszystko, co ci się spodoba – odparł spokojnie major.

– Ponadto i tak nie da się wytępić tych straszliwych bestii – powiedział John Mangles. – Skorzystajmy z okazji, a jeśli Wasza Dostojność się zgodzi, to będziemy mieli podniecające widowisko, a jednocześnie spełnimy dobry uczynek.

– A więc zaczynaj, John – rzekł lord Glenarvan.

Następnie kazał zawiadomić lady Helenę, która zjawiła się na rufie mocno zaciekawiona możliwością obejrzenia niezwykłego polowania.

Morze było wspaniałe. Na jego powierzchni z łatwością można było obserwować gwałtowne ruchy rekina, który to się zanurzał, to rzucał się naprzód z zadziwiającą energią. John Mangles wydał rozkazy. Marynarze przerzucili przez nadburcie sterburty12 mocną linę wyposażoną w ogromny hak z założonym na nim, jako przynętą, sporym połciem słoniny. Chociaż żarłoczny rekin znajdował się jeszcze w odległości co najmniej pięćdziesięciu jardów13, poczuł zapach rzuconego mu przysmaku i szybko zbliżył się do jachtu. Widać było jego płetwy, szare na krańcach, a czarne u nasady, gwałtownie rozcinające fale, podczas gdy płetwa ogonowa utrzymywała go ściśle w linii prostej. W miarę jak się zbliżał, można było zauważyć jego wielkie, płonące pożądliwością ślepia, a kiedy się przewracał na grzbiet, w jego szeroko rozwartych, silnych szczękach ukazywał się poczwórny szereg zębów. Szeroka głowa podobna była do dwóch młotów osadzonych na jednym trzonku. John Mangles się nie mylił – był to rzeczywiście najżarłoczniejszy przedstawiciel rodziny rekinów, ryba-waga Anglików, ryba-żyd Prowansalczyków.

Pasażerowie i marynarze „Duncana” z żywym zainteresowaniem śledzili ruchy rekina. Wkrótce zwierzę dopłynęło do haka z przynętą, przewróciło się na grzbiet, aby ją łatwiej chwycić, i w mgnieniu oka olbrzymi kawał słoniny zniknął w jego przepastnej gardzieli. Natychmiast sam się „zaciął”, gwałtownie podrywając linę, a marynarze pociągnęli monstrualnego rekina, używając do tego wielokrążka umocowanego na samym krańcu rei grota14.

Rekin czując, że został wyrywany ze swego naturalnego żywiołu, zaczął się gwałtownie szamotać, lecz szybko znaleziono środek na tę gwałtowność. Na ogon zarzucono sznur z ruchomą pętlą i tym sposobem sparaliżowano wszystkie ruchy rekina. Zaraz jeden z marynarzy, zachowując ostrożność, zbliżył się do niego i silnym uderzeniem siekiery odciął ogromny ogon zwierzęcia.

Połów był skończony. W tej chwili nie należało się obawiać niczego złego ze strony potwora. Marynarze odczuwali satysfakcję z dokonanej zemsty, ale nie zaspokoili swojej ciekawości. Jest bowiem w zwyczaju na wszystkich statkach, że bada się dokładnie zawartość wnętrzności upolowanych rekinów. Marynarze, znając żarłoczność tych niewybrednych zwierząt, zawsze oczekują jakiejś niespodzianki i rzadko się mylą w swoich oczekiwaniach.

Lady Glenarvan nie chciała się przyglądać tym przerażającym „badaniom” i powróciła do swojej kajuty. Rekin jeszcze dyszał. Ogromne zwierzę miało dziesięć stóp długości i ważyło ponad sześćset funtów15. Te rozmiary i waga nie są niczym nadzwyczajnym, ale jeżeli balance fish nie jest zaliczana do olbrzymów w swojej rodzinie, to przynajmniej należy do najstraszniejszych jej przedstawicieli.

Wkrótce bez większych ceremonii rozpłatano ogromną rybę silnymi ciosami siekier. Hak doszedł aż do żołądka, całkiem zresztą pustego. Najwidoczniej zwierzę od dość dawna pościło. Zawiedzeni marynarze już zamierzali wyrzucić porąbane szczątki rekina do morza, gdy nagle uwagę bosmana przyciągnął jakiś duży przedmiot, tkwiący głęboko w jednym z jelit.

– Ej! A cóż to takiego? – zawołał.

– To jakiś kawałek skały – odpowiedział jeden z marynarzy – który ta bestia połknęła, aby obciążyć się balastem.

– Dobre sobie! – odezwał się inny. – To jest całkiem ładna kula sztabowa16, którą ten łotr pożarł i do tej pory nie potrafił jej strawić.

– Darujcie sobie te wywody – zawołał Tom Austin, zastępca dowódcy jachtu. – Czy nie widzicie, że bestia była skończonym pijakiem, a nie chcąc nic stracić, wypiła nie tylko wino, ale jeszcze połknęła butelkę?

– Co!? – zawołał lord Glenarvan. – Rekin ma w brzuchu butelkę!?

– Prawdziwą butelkę – potwierdził bosman – ale wyraźnie widać, że nie przyniesiono jej z piwnicy!

– Zatem Tomie, wyciągnij ją ostrożnie – poprosił lord Edward. – Butelki znajdowane na morzu często zawierają cenne dokumenty.

– Tak sądzisz? – zapytał major MacNabbs.

– Nie jestem pewny, ale przypuszczam, że tak może być.

– Wcale się nie sprzeczam – odrzekł major. – Być może odkryjemy jakąś tajemnicę.

– Zaraz będziemy wiedzieć – powiedział Glenarvan. – No i co, Tomie?

– Proszę – odparł porucznik, pokazując niekształtny przedmiot, który właśnie z wielkim trudem wydobył z wnętrzności rekina.

– Dobrze – powiedział Glenarvan. – Umyjcie to paskudztwo i przynieście do rufówki.

Tom wykonał rozkaz i butelka, znaleziona w tak niezwykłych okolicznościach, została złożona na kwadratowym stoliku, wokół którego zasiedli: lord Glenarvan, major MacNabbs, kapitan John Mangles i lady Helena, ponieważ kobieta – jak mówią – jest zawsze istotą nieco ciekawską.

Na morzu każde zdarzenie staje się wydarzeniem. Zapanowała chwila ciszy. Wszyscy patrzyli pytającym spojrzeniem na to kruche naczynie. Zawierało tajemnicę wielkiej katastrofy, albo tylko mało znaczące wiadomości, powierzone igraszkom fal przez niemającego nic lepszego do roboty marynarza.

Tymczasem należało się dowiedzieć, co o tym sądzić, więc Glenarvan, nie czekając dłużej, przystąpił do zbadania butelki. Podjął przy tym wszelkie środki ostrożności wymagane w podobnych okolicznościach. Można powiedzieć, że był jak koroner17 przedstawiający wszelkie szczegóły w poważnym procesie. Lord miał rację, ponieważ pozornie najmniej znacząca wskazówka często może naprowadzić na ślad bardzo ważnego odkrycia.

Przed zbadaniem zawartości butelki najpierw obejrzano ją dokładnie z wierzchu. Miała wysmukłą szyjkę, a wokół jej solidnego wylotu nawinięty był jeszcze kawałek drutu, już nadgryziony przez rdzę. Grube szkło, zdolne wytrzymać ciśnienie kilku atmosfer, wskazywało ewidentnie, że była to butelka po szampanie. Takimi butelkami producenci z Aÿ lub Epernay18 rozbijają poręcze krzeseł, przy czym na szkle nie pokazuje się żadna najmniejsza rysa.

Zatem ta butelka mogła znieść bez uszczerbku wszelkie przypadki podczas długiej podróży po morzach.

– Jest to butelka firmy Cliquot – oświadczył krótko major, a ponieważ znał się na tym doskonale, bez zastrzeżeń zaakceptowano jego opinię.

– Drogi majorze – odezwała się lady Helena – mniejsza z tym, co to za butelka, jeżeli nie wiemy, skąd dotarła.

– Dowiemy się tego, moja kochana Heleno – powiedział lord Edward – i już teraz możemy twierdzić, że przybyła z daleka. Spójrz na skamieniałe materie, które ją pokrywają, na te substancje przemienione w minerały, że tak powiem, pod wpływem działania wody morskiej! Ów zabłąkany przedmiot długo przebywał w oceanie, zanim znalazł się w brzuchu rekina.

– Nie mogę się nie zgodzić z twoim zdaniem – odezwał się major – że to kruche naczynie, pokryte kamienną pokrywą, musiało odbyć długą podróż.

– Ale skąd do nas przypłynęło? – powtórzyła pytanie lady Glenarvan.

– Poczekaj, droga Heleno, poczekaj. Z butelkami należy postępować cierpliwie. Albo bardzo się mylę, albo ona sama odpowie na wszelkie nasze pytania.

To mówiąc, Glenarvan zaczął zeskrobywać twardą powłokę ochraniającą otwór butelki. Wkrótce ukazał się korek, mocno zniszczony przez wodę morską.

– Przykra sytuacja – powiedział Glenarvan – bo jeśli we wnętrzu znajduje się jakiś papier, to będzie w bardzo złym stanie.

– Należy się tego obawiać – przytaknął major.

– Dodam także – mówił dalej lord Glenarvan – że ta źle zakorkowana butelka szybko by zatonęła. Na szczęście jednak połknął ją rekin i dostarczył nam na pokład „Duncana” – Zapewne dobrze się stało – odezwał się John Mangles – ale byłoby jeszcze lepiej, gdybyśmy ją wyłowili na pełnym morzu, pod prawidłowo określoną długością i szerokością geograficzną. Badając prądy atmosferyczne i morskie, można by wtedy poznać przebytą przez nią drogę. Mając jednak takiego posłańca jak ten, mając do czynienia z rekinami, które pływają, nie zważając na prądy morskie i pływy, trudno coś wywnioskować.

– Zaraz zobaczymy – odparł Glenarvan, wyjmując w tej chwili bardzo ostrożnie korek. Po kajucie rozszedł się mocny zapach soli.

– No i co? – zapytała z całą kobiecą niecierpliwością lady Helena.

– Tak, nie pomyliłem się! – rzekł lord Glenarvan. – W środku są jakieś papiery!

– Dokumenty! Dokumenty! – zawołała lady Helena.

– Niestety – mówił dalej Glenarvan – wydają się uszkodzone przez wilgoć i trudno je będzie wyciągnąć, ponieważ przylgnęły do ścian butelki.

– Stłuczmy ją – doradził MacNabbs.

– Wolałbym ją zachować nietkniętą – odparł Glenarvan.

– I ja także – dodał major.

– Niewątpliwie – powiedziała lady Helena – ale zawartość jest cenniejsza od samej butelki, więc lepiej będzie ją poświęcić dla uzyskania dokumentów.

– Niech Wasza Dostojność utrąci tylko szyjkę – rzekł John Mangles.- To pozwoli wyciągnąć dokumenty bez ich uszkodzenia.

– Dalej! Zobaczmy, mój drogi Edwardzie! – zawołała lady Glenarvan.

Trudno było postąpić w inny sposób i cokolwiek miało się zdarzyć, lord Glenarvan zdecydował się rozbić szyjkę cennej butelki. Trzeba było użyć młotka, gdyż kamienna powłoka nabrała twardości granitu. Wkrótce odłamki szkła posypały się na stół i i obecni dostrzegli kilka zlepionych z sobą kawałków papieru. Glenarvan wyciągnął je bardzo ostrożnie, oddzielił od siebie i rozłożył na stole, podczas gdy lady Helena, major i kapitan skupili się wokół niego.

Rozdział II Trzy dokumenty

Na skrawkach papieru, w połowie zniszczonych przez wodę morską, dało się rozpoznać kilka pojedynczych wyrazów, szczątki nieczytelnych linijek, prawie całkowicie zatartych. Przez kilka minut lord Glenarvan przypatrywał im się z ogromną uwagą. Obracał je na wszystkie strony, wystawiał do światła dziennego, badając najdrobniejsze ślady pisma, jakie uchroniły się przed rozmyciem wodą morską. Następnie spojrzał na swoich przyjaciół, którzy śledzili go niespokojnym wzrokiem i powiedział:

– Są tu trzy odrębne dokumenty, albo prawdopodobnie trzy kopie tego samego dokumentu, przetłumaczone na trzy języki: po pierwsze na język angielski, po drugie na francuski i po trzecie na niemiecki. Wyrazy, które ocalały, nie pozostawiają w tym względzie żadnej wątpliwości.

– Czy te wyrazy mają przynajmniej jakiś sens? – spytała lady Glenarvan.

– W tej chwili trudno zająć jakieś stanowisko, moja droga Heleno. Słowa zapisane na tych dokumentach są bardzo niekompletne.

– Może uzupełniają się nawzajem? – zasugerował major.

– Może tak jest – odezwał się John Mangles. – Trudno przypuszczać, aby woda morska zmyła wiersze tekstu w tych samych miejscach. Spróbujemy porównać jedne strzępy zdań z innymi, złożymy to w całość i w końcu znajdziemy jakiś sens.

– Tak właśnie zrobimy, ale działajmy według ustalonej metody – rzekł lord Glenarvan. – Zacznijmy od dokumentu angielskiego.

Rozmieszczenie wierszy i wyrazów w tym dokumencie było następujące:

– Niewiele z tego można wyczytać – powiedział major z zawiedzioną miną.

– Jakkolwiek by było – odparł kapitan – tekst napisano po angielsku.

– Co do tego nie ma najmniejszej wątpliwości – rzekł lord Glenarvan. – Wyrazy sink, aland, that, and, lost są nietknięte. Skipp jest wyraźnie początkiem wyrazu skipper, pozostaje tylko kwestia jakiegoś pana „Gr…”, prawdopodobnie kapitana rozbitego statku19.

– Dodajmy do tego jeszcze – powiedział John Mangles – wyrazy monit i ssistance, których wyjaśnienie jest oczywiste20.

– Zatem to już jest coś – odezwała się lady Helena.

– Niestety – odparł major – brakuje nam całych wierszy. Jak się dowiedzieć nazwy zaginionego statku i miejscu jego rozbicia?

– Dojdziemy do tego – oświadczył lord Glenarvan.

– To nie ulega wątpliwości – odpowiedział major, niezmiennie podzielający zdanie innych – ale jakim sposobem?

– Uzupełniając jeden dokument innymi.

– Więc szukajmy! – zawołała lady Helena.

Drugi kawałek papieru, bardziej uszkodzony, zawierał zaledwie kilka oderwanych wyrazów, ułożonych w ten sposób:

– To jest napisane po niemiecku – ocenił John Mangles, gdy tylko spojrzał na papier.

– Znasz ten język, Johnie,? – spytał Glenarvan.

– Doskonale, Wasza Dostojność.

– Powiedz nam zatem, co znaczy tych kilka wyrazów.

Kapitan z uwagą wpatrywał się w dokument, a wreszcie odezwał się w te słowa:

– Przede wszystkim możemy ustalić datę wypadku; 7 Juni znaczy „7 czerwca”, a zestawiając to z liczbą 62, podaną w dokumencie angielskim, otrzymamy pełną datę: 7 czerwca 1862 roku.

– Wspaniale! – zawołała lady Helena. – Niech pan mówi dalej, Johnie.

– W tym samym wierszu – kontynuował młody kapitan – widzę wyraz Glas, który zestawiony z wyrazem gow, wziętym z pierwszego dokumentu, daje nam całą nazwę Glasgow. Chodzi oczywiście o jakiś okręt z portu Glasgow.

– Ja też tak sądzę – dodał major.

– Brakuje całego drugiego wiersza – mówił dalej John Mangles – lecz w trzecim napotkałem dwa bardzo ważne wyrazy: zwei, co znaczy „dwaj”, i atrosen, albo raczej Matrosen, co w języku niemieckim znaczy „marynarze”.

– Tak więc – odezwała się lady Helena – chodziłoby o jakiegoś kapitana i dwóch marynarzy?

– Prawdopodobnie tak – odparł lord Glenarvan.

– Przyznam się Waszej Dostojności – kontynuował kapitan – że następny wyraz graus sprawia mi kłopot. Nie wiem, jak go przetłumaczyć. Może trzeci dokument pozwoli nam go zrozumieć. Jeśli chodzi o dwa ostatnie wyrazy, można bardzo łatwo je przetłumaczyć. Bringt ihnen znaczy „nieście im”, i jeżeli zestawi się te wyrazy z wyrazem angielskim, znajdującym się tak jak one w siódmej linijce pierwszego dokumentu – to znaczy słowem assistance, fraza „nieście im pomoc” nasuwa się sama.

– Tak! Nieście im pomoc! – powiedział Glenarvan. – Lecz gdzie są ci nieszczęśnicy? Do tej pory nie mamy ani jednej wskazówki co do miejsca wypadku. Scena katastrofy jest nam zupełnie nieznana.

– Miejmy nadzieję, że dokument pisany po francusku będzie bardziej zrozumiały – powiedziała lady Helena.

– Popatrzmy więc na dokument francuski – zarządził Glenarvan – a ponieważ wszyscy znamy ten język, nasze poszukiwania będą łatwiejsze.

Tak oto wyglądała kopia trzeciego dokumentu:

– Patrzcie, panowie, patrzcie! – zawołała lady Helena. – Mamy tutaj jakieś cyfry!

– Działajmy metodycznie i zacznijmy od początku – powiedział lord Glenarvan. – Pozwólcie mi notować jeden po drugim te rozrzucone i niekompletne słowa. Po pierwsze, widzę z początkowych wyrazów, że chodzi tu o trójmasztowiec, którego nazwa, dzięki dokumentom francuskiemu i angielskiemu, zachowała się w całości. To „Britannia”. Z dwóch następnych wyrazów – gonie i austral21 – jedynie ostatni ma jakieś znaczenie, które wszyscy rozumiemy.

– To jest bardzo ważny szczegół – stwierdził John Mangles. – Rozbicie statku miało miejsce na półkuli południowej.

– To nieprecyzyjne określenie – odezwał się major.

– Idę dalej – ciągnął Glenarvan. – Ach! Wyraz abor to rdzeń słowa aborder. Ci nieszczęśnicy gdzieś przybili do brzegu. Ale gdzie? Contin… Czyżby na jakiś kontynent? Cruel…!

– Cruel! – zawołał John Mangles. – Ależ to wyjaśnienie niemieckiego wyrazu graus… grausam… okrutny!

– Dalej! Kontynuujmy! – zawołał Glenarvan, którego zainteresowanie wzrastało niezmiernie, w miarę jak na jego oczach ukazywał się powoli sens tych niekompletnych słów. – Indi… czyżby chodziło o Indie, na brzeg których zostali wyrzuceni marynarze? Co znaczy ten wyraz ongit? Ach! Longitude22! A oto szerokość: trzydzieści siedem stopni, jedenaście minut. Nareszcie! Mamy więc jakąś dokładniejszą wskazówkę.

– Ale brakuje stopnia długości geograficznej – zauważył MacNabbs.

– Nie można mieć wszystkiego naraz, drogi majorze – odparł Glenarvan. – To już dużo, że znamy dokładną szerokość geograficzną. Rękopis francuski jest zdecydowanie najbardziej kompletny z wszystkich trzech. Wydaje się, że każdy z nich jest dosłownym tłumaczeniem pozostałych, bo wszystkie zawierają tę samą liczbę wierszy. Trzeba więc teraz złożyć je razem, przetłumaczyć w tym samym języku i poszukać najbardziej prawdopodobnego, najlogiczniejszego i jak najbardziej precyzyjnego znaczenia.

– A w jakim języku chcesz dokonać tego tłumaczenia: francuskim, angielskim czy niemieckim? – zapytał major.

– We francuskim – odparł Glenarvan – gdyż większość interesujących nas wyrazów zachowała się w tym języku.

– Wasza Dostojność ma rację – powiedział John Mangles. – Tym bardziej że wszyscy znamy ten język.

– Zatem postanowione. Teraz będę pisał tekst, łącząc w całość niepełne wyrazy i fragmenty zdań, ściśle zachowując odstępy, jakimi są oddzielone i uzupełniając wyrazami, których sens nie podlega wątpliwości. Następnie porównamy i osądzimy treść tego dokumentu.

Glenarvan chwycił natychmiast za pióro i kilka minut później pokazał swoim przyjaciołom kartkę, na której nakreślono te słowa w poszczególnych linijkach:

W tej chwili wszedł jeden z marynarzy, aby powiadomić kapitana, że „Duncan” wpływa do zatoki Clyde, i poprosił o rozkazy.

– Jakie są zamiary Waszej Dostojności? – spytał John Mangles, zwracając się do lorda Glenarvana.

– Jak najszybciej dostać się do Dumbarton23, Johnie. Następnie pojadę do Londynu przedstawić ten dokument Admiralicji24, podczas gdy lady Helena powróci do Malcolm Castle.

John Mangles wydał odpowiednie rozkazy, które marynarz poszedł przekazać porucznikowi.

– Teraz, moi przyjaciele – powiedział lord Edward – prowadźmy dalej nasze poszukiwania. Natrafiliśmy na ślady jakiejś wielkiej katastrofy. Życie kilku ludzi zależy od naszej bystrości. Użyjmy więc całej inteligencji do odgadnięcia tej zagadki.

– Jesteśmy gotowi, drogi Edwardzie – odparła lady Helena.

– Przede wszystkim – mówił dalej Glenarvan – należy w tym dokumencie zwrócić uwagę na trzy odrębne rzeczy. Po pierwsze: to, co wiemy na pewno; po drugie: co możemy przypuszczać i po trzecie: to, czego nie wiemy. Cóż my wiemy? Wiemy, że trójmasztowiec „Britannia” z Glasgow zatonął 7 czerwca 1862 roku, że dwaj marynarze i kapitan rzucili ten dokument do morza pod szerokością 37° 11’, i że wzywają pomocy.

– Zgadza się – rzekł major.

– Czego się domyślamy? – kontynuował Glenarvan. – Przede wszystkim tego, że katastrofa miała miejsce na wodach południowych. Teraz zwracam waszą uwagę na wyraz gonie. Czy nie wskazuje on na nazwę kraju, o który nam chodzi?

– Patagonia25! – wykrzyknęła lady Helena.

– Prawdopodobnie.

– Ale czy przez Patagonię przechodzi trzydziesty siódmy równoleżnik? – zapytał major.

– To łatwo sprawdzić – odparł John Mangles, rozkładając mapę Ameryki Południowej. – Tak, zgadza się; Trzydziesty siódmy równoleżnik zahacza o Patagonię. Przecina Araukanię26, biegnie poprzez pampasy27 północnych terenów Patagonii i ginie w Atlantyku.

– Dobrze – powiedział Glenarvan – idźmy dalej w naszych domysłach. Dwaj marynarze i kapitan abord.., „dost”…, abordent, „dostają się”… Gdzie? Contin…, „kontynent”. Uważajcie dobrze: dostają się na kontynent, a nie na wyspę. Co się z nimi stało? Widzimy tu dwie opatrznościowe litery pr…, które mówią o ich losie. Nieszczęśnicy zostali widocznie pris, „schwytani”, lub stali się prisonniers, „więźniami”. Czyimi? Cruels Indiens, „okrutnych Indian”. Przekonałem was? Czy te słowa nie wskakują same w puste miejsca? Czy dokument nie stał się dla was bardziej zrozumiały? Czy nie rozjaśniły się wasze umysły?

Glenarvan mówił z ogromnym przekonaniem. Jego spojrzenie tchnęło całkowitą pewnością siebie. Cały jego zapał udzielił się wszystkim słuchaczom, którzy zgodnie zawołali:

– To oczywiste! To jest oczywiste!

Po krótkiej chwili milczenia lord Edward przemówił w te słowa:

– Wszystkie te przypuszczenia, moi przyjaciele, wydają się niezmiernie wiarygodne. Według mnie katastrofa miała miejsce na wybrzeżach Patagonii. Zresztą popytam w Glasgow, do jakiego portu zmierzała „Britannia” i będziemy wiedzieli, czy mogła znaleźć się w tych okolicach.

– Och, nie musimy szukać tak daleko – powiedział John Mangles. – Mam na pokładzie roczniki „Mercantile and Shipping Gazette”, która dostarczy nam dokładnych wskazówek.

– Zobaczmy! Zobaczmy! – zawołała lady Glenarvan.

John Mangles wziął plik gazet z 1862 roku i szybko zaczął przerzucać strony. Jego poszukiwania nie trwały długo i wkrótce zadowolonym tonem powiedział:

– 30 maja 1862 roku. Peru! Callao28! Z ładunkiem do Glasgow. „Britannia”. Kapitan Grant.

– Grant! – zawołał lord Glenarvan. – Ten śmiały Szkot, który chciał założyć Nową Szkocję na wodach Pacyfiku!

– Tak – odrzekł John Mangles. – Ten sam, który w roku 1861 wsiadł w Glasgow na statek „Britannia” i o którym aż dotąd nie ma żadnych wieści.

– To już nie ulega żadnej wątpliwości! – zawołał Glenarvan. – To na pewno on! „Britannia” opuściła Callao 30 maja, a 7 czerwca, tydzień po wypłynięciu z portu, zaginęła na wybrzeżach Patagonii. Oto cała jego historia zawarta w owych szczątkach zdań, zdawałoby się nie do odczytania. Tak więc widzicie, moi przyjaciele, że sprawa ma się lepiej, niż mogliśmy wcześniej przypuszczać. Jeśli chodzi o to, czego jeszcze nie wiemy, to wszystko sprowadza się do jednej rzeczy: brakuje nam stopnia długości geograficznej.

– Który nie jest potrzebny – odezwał się John Mangles. – Skoro znamy kraj, to na podstawie samej szerokości geograficznej podjąłbym się dotrzeć prostą drogą na miejsce katastrofy.

– Zatem wiemy już wszystko? – spytała lady Helena.

– Wszystko, droga Heleno, a te białe miejsca, które woda pozostawiła pomiędzy wyrazami dokumentu, zapełnię beż żadnego kłopotu, jakbym pisał pod dyktando samego kapitana Granta.

Lord Glenarvan natychmiast chwycił za pióro i bez najmniejszego namysłu zredagował następującą notatkę:

7 czerwca 1862 roku trójmasztowiec „Britannia” z Glasgow zatonął u wybrzeży Patagonii, na półkuli południowej. Kierując się ku ziemi, dwaj marynarze i kapitan Grant próbowali dostać się na kontynent, gdzie stali się więźniami okrutnych Indian. Rzucili ten dokument pod… stopniem długości i 37° 11’ szerokości geograficznej. Przyjdźcie im z pomocą, bo inaczej będą zgubieni.

– Wspaniale! Doskonale, drogi Edwardzie! – powiedziała lady Helena. – Jeśli ci nieboracy zobaczą kiedyś swoją ojczyznę, to tobie będą zawdzięczać to szczęście.

– Z pewnością znowu ją zobaczą – odparł Glenarvan. – Dokument jest zbyt przejrzysty, zbyt jasny, zbyt oczywisty, aby Anglia zawahała się przyjść z pomocą trzem swoim synom porzuconym na opuszczonym wybrzeżu. To, co uczyniła dla Franklina29 i tylu innych, zrobi dziś dla rozbitków ze statku „Britannia”!

– Ale ci nieszczęśnicy – odezwała się lady Helena – mają niewątpliwie rodziny, które opłakują ich stratę. Być może biedny kapitan Grant ma żonę, dzieci…

– Masz rację, moja droga, i podejmuję się powiadomić ich, że jeszcze nie została utracona cała nadzieja. Teraz, moi przyjaciele, wejdźmy na rufówkę, ponieważ zbliżamy się do portu.

Rzeczywiście „Duncan” zwiększył szybkość. W tej chwili podążał wzdłuż brzegów wyspy Bute, pozostawiając po prawej bur-cie30 zamek Rothesay z jego przemiłym miasteczkiem, położonym w urodzajnej dolinie. Następnie wpłynął w zwężenia zatoki, na wysokości Greenock dokonał zwrotu i o szóstej wieczorem zarzucił kotwicę u stóp bazaltowej skały w Dumbarton, na której szczycie stał sławny zamek Wallace’a31, szkockiego bohatera.

Tam czekał powóz zaprzężony w konie pocztowe, który miał odwieźć lady Helenę i majora MacNabbsa do Malcolm Castle. Lord Glenarvan, uścisnąwszy swą młodą żonę, wsiadł do pociągu pospiesznego udającego się do Glasgow.

Jeszcze przed odjazdem powierzył szybszemu środkowi komunikacji ważną wiadomość i po kilku minutach telegraf elektryczny dostarczył do redakcji gazet „Times” i „Morning Chronicle”32 ogłoszenie następującej treści:

Po informacje o losie trójmasztowca „Britannia”, który wypłynął z Glasgow pod kapitanem Grantem, należy się zwrócić do lorda Glenarvana, Malcolm Castle, Luss, hrabstwo Dumbarton, Szkocja.

Rozdział III Malcolm Castle

Zamek Malcolm, jeden z najbardziej poetycznych zamków Highlands33, położony był przy wiosce Luss, dominującej nad piękną doliną. Jego granitowe mury nurzały się w przezroczystych wodach jeziora Lomond. Od niepamiętnych czasów należał do rodziny Glenarvanów, która w ojczyźnie Rob Roya i Fergusa MacGregora34 zachowała gościnne obyczaje dawnych bohaterów Waltera Scotta. W czasach, kiedy w Szkocji dokonywała się rewolucja socjalna, usunięto znaczną liczbę dzierżawców, którzy nie mogli płacić dawnym naczelnikom klanów zbyt wygórowanych czynszów. Jedni poumierali z głodu, drudzy zostali rybakami, jeszcze inni wyemigrowali. Zapanowała powszechna rozpacz. Tylko rodzina Glenarvanów zachowała przekonanie, że dotrzymanie słowa obowiązuje zarówno wielkich, jak i małych, i nie naruszyła swych stosunków z dzierżawcami. Ani jeden z nich nie porzucił rodzinnej strzechy, oglądającej jego narodziny. Nikt nie opuścił ziemi, w której spoczywali jego przodkowie. Wszyscy pozostali w klanie swych dawnych panów. Dlatego nawet w tej epoce niechęci i waśni rodzina Glenarvanów miała na służbie jedynie samych Szkotów, tak w zamku Malcolm, jak i na pokładzie „Duncana”. Wszyscy byli potomkami wasali rodzin MacGregor, MacFarlane, MacNabbs, Mac-Naughtons, to znaczy byli dziećmi hrabstw Stirling i Dumbarton. Dzielni ci ludzie byli oddani swemu panu duszą i ciałem, a niektórzy mówili jeszcze językiem Celtów starej Kaledonii35.

Lord Glenarvan posiadał ogromną fortunę. Używał jej hojnie w celach dobroczynnych. Jego dobroć przewyższała nawet szlachetność, gdyż pierwsza była nieskończona, podczas gdy druga siłą rzeczy była ograniczona. Pan Luss, laird36 Malcolm, był reprezentantem swego hrabstwa w Izbie Lordów. Jednak ze swoimi przekonaniami jakobity, mało dbający o przypodobanie się dynastii hanowerskiej37, był źle widziany przez angielskich mężów stanu, zwłaszcza z tego powodu, że trzymał się starych obyczajów przodków i energicznie opierał się naruszaniu praw politycznych przez „tych z południa”.

Przy tym wszystkim jednak lord Edward Glenarvan nie był człowiekiem zacofanym ani słabego ducha czy miernej inteligencji. Przeciwnie, bramy jego hrabstwa stały otworem dla wszelkiego postępu. W duszy pozostawał jednak Szkotem i właśnie dla sławy Szkocji brał udział na swoich jachtach we wszystkich regatach ogłaszanych przez Royal Thames Yacht Club.

Edward Glenarvan miał trzydzieści dwa lata. Był wysokim mężczyzną o nieco surowych rysach twarzy, lecz nadzwyczaj łagodnym spojrzeniu. Cała jego postać była odbiciem góralskiej poezji. Uważano go za niezmiernie odważnego, przedsiębiorczego i rycerskiego Fergusa z XIX wieku, ale jednocześnie dobrego ponad wszystko człowieka, lepszego nawet od świętego Marcina, gdyż potrafił oddać cały swój płaszcz38 biednym ludziom górzystych terenów Szkocji.

Lord Glenarvan był żonaty zaledwie od trzech miesięcy. Poślubił pannę Helenę Tuffnel, córkę słynnego podróżnika Williama Tuffnela, jednej z licznych ofiar nauki geograficznej i namiętności do dokonywania odkryć.

Panna Helena nie należała do rodziny szlacheckiej, ale była Szkotką, co w oczach lorda Glenarvana miało większą wartość niż wszystkie szlachectwa. Tę młodą, ładną, odważną i oddaną mu dziewczynę pan na włościach Luss uczynił towarzyszką swego życia. Poznał ją pewnego dnia jako samotną sierotę, prawie bez majątku, mieszkającą samotnie w ojcowskim domu w Kilpatrick. Zrozumiał, że biedna dziewczyna będzie dzielną żoną i natychmiast ją poślubił. Panna Helena miała dwadzieścia dwa lata. Ta młoda osóbka była blondynką o oczach jasnoniebieskich jak wody szkockich jezior w piękny wiosenny poranek. Jej miłość do męża była jeszcze większa niż wdzięczność. Kochała go tak, jakby to ona była bogatą dziedziczką, a on ubogim, opuszczonym sierotą. Jeśli chodzi o dzierżawców i służbę, to byli gotowi oddać swoje życie za tę, którą nazywali: „naszą dobrą panią z Luss”.

Lord Glenarvan i lady Helena żyli szczęśliwie w Malcolm Castle, pośród wspaniałej, dzikiej przyrody Highlands, spacerując po cienistych alejkach obsadzonych kasztanami i sykomorami39 aż do brzegów jeziora, gdzie rozbrzmiewały jeszcze echem pibrochs40 dawnych czasów, lub wędrując pośród opustoszałych wąwozów, gdzie w wiekowych kamieniach była zapisana historia Szkocji. Niekiedy błądzili po modrzewiowych czy brzozowych laskach, pośród rozległych równin pokrytych pożółkłym wrzosem. Innym razem wdrapywali się na strome szczyty Ben Lomond41 albo przebiegali konno poprzez opustoszałe glens42, badając, poznając i podziwiając tę poetyczną okolicę, dotąd jeszcze nazywaną „krainą Rob Roya”, i jej wszystkie słynne miejsca, tak wspaniale opiewane przez Waltera Scotta. Wieczorem, przy zapadającym zmroku, gdy na horyzoncie zapalała się „latarnia MacFarlane’a”43, wędrowali wzdłuż bartazennes, starej, kolistej galerii, otaczającej wieńcem strzelnic zamek Malcolm. Tam, zamyśleni, zapomniani, jakby byli sami na świecie, siedzieli na jakimś samotnym głazie wśród ciszy natury, pod bladymi promieniami księżyca, podczas gdy noc zakrywała pociemniałe wierzchołki gór. Trwali pogrążeni w tym czystym uniesieniu i głębokim zachwycie, którego tajemnicę znają na ziemi tylko kochające się serca.

W ten sposób minęły pierwsze miesiące ich małżeństwa. Lord Glenarvan nie zapomniał jednak, że jego żona była córką wielkiego podróżnika. Domyślał się, że lady Helena musiała zachować w sercu wszelkie zamiłowania swego ojca, i nie mylił się. „Duncan” został zbudowany jedynie po to, aby powieźć lorda i lady Glenarvan w najpiękniejsze na świecie krainy: na wody Morza Śródziemnego, a nawet do wysp Archipelagu44. Łatwo sobie wyobrazić radość lady Heleny, kiedy mąż oddał „Duncana” pod jej rozkazy! Bo rzeczywiście, czy istnieje większe szczęście niż zawiezienie swojej miłości w prześliczne regiony Grecji i spędzenie miesiąca miodowego na czarownych wybrzeżach Wschodu?

Teraz jednak lord Glenarvan pojechał do Londynu. Ponieważ chodziło o ocalenie nieszczęsnych rozbitków, ta chwilowa nieobecność męża bardziej niecierpliwiła niż zasmucała lady Helenę. Następnego dnia rano depesza od męża dawała nadzieję na jego szybki powrót, ale wieczorem nadszedł list donoszący o przedłużeniu pobytu. Propozycje lorda Glenarvana napotkały na pewne trudności. Po dwóch dniach nadszedł kolejny list, w którym lord Glenarvan nie ukrywał swego niezadowolenia z postawy Admiralicji.

Od tego dnia lady Helena zaczęła się niepokoić. Wieczorem, gdy była sama w swoim pokoju, wszedł intendent zamku, pan Halbert, i zapytał, czy nie zechciałaby przyjąć jakiejś młodej dziewczyny i małego chłopca, którzy pragną rozmawiać z lordem Glenarvanem.

– Czy to mieszkańcy okolicy? – spytała lady Helena.

– Nie, proszę jaśnie pani, bo ich nie znam – odpowiedział intendent. – Do Balloch przyjechali pociągiem, a z Balloch do Luss przyszli pieszo.

– Poproś, aby weszli, Halbercie – zdecydowała lady Glenarvan.

Intendent wyszedł. Kilka chwil później do pokoju lady Heleny wprowadzono dziewczynę i chłopca. Byli to brat i siostra. Nie można było w to wątpić, tak byli do siebie podobni. Siostra miała szesnaście lat. Jej ładna, chociaż nieco zmęczona twarz, oczy, po których widać było, że często płakała, zrezygnowana, ale jednocześnie dzielna postawa, skromny, lecz czysty ubiór – wszystko przemawiało na jej korzyść. Trzymała za rękę dwunastoletniego chłopca o rezolutnej minie, który chciał uchodzić za opiekuna siostry. Doprawdy, ktokolwiek by uchybił jego siostrze, miałby do czynienia z tym szlachetnym malcem!

Siostra, znalazłszy się przed obliczem lady Heleny, była trochę zmieszana, lecz pani Glenarvan szybko zabrała głos.

– Chcieliście mi coś powiedzieć? – zapytała, dodając spojrzeniem odwagi młodej dziewczynie.

– Nie – odparł chłopiec zdecydowanym głosem. – Nie pani, lecz samemu lordowi Glenarvanowi.

– Niech mu pani wybaczy – odezwała się wówczas dziewczyna, wymownie spoglądając na brata.

– Lorda Glenarvana nie ma w zamku – odpowiedziała lady Helena – lecz jestem jego żoną i mogę go zastąpić…

– Pani jest lady Glenarvan? – zdumiała się młoda dziewczyna.

– Tak, moja panno.

– Żona lorda Glenarvana z Malcolm Castle, który zamieścił w „Timesie” ogłoszenie donoszące o katastrofie „Britannii”?

– Tak, tak! – pospiesznie potwierdziła lady Helena. – A wy…

– Jestem panna Mary Grant, pani, a to mój brat Robert.

– Panna Grant! Panna Grant! – zawołała lady Helena, przyciągając dziewczynę do siebie, ściskając jej ręce i całując ładne policzki malca.

– Pani – powiedziała dziewczyna – co pani wie o nieszczęściu mojego ojca? Czy on żyje? Czy go kiedyś zobaczymy? Niech mi pani powie, błagam!

– Moje drogie dziecko – rzekła lady Helena. – Niech mnie Bóg broni, abym w takich okolicznościach miała dać lekkomyślną odpowiedź. Nie chciałabym czynić wam złudnej nadziei…

– Proszę mówić, pani, proszę mówić! Jestem odporna na ból i wszystkiego mogę wysłuchać!

– Moje drogie dziecko – odparła lady Helena – niewielka jest ta nadzieja, ale z pomocą Boga, który potrafi wszystko, możliwe, że pewnego dnia znowu zobaczycie swego ojca.

– Mój Boże! Mój Boże! – zawołała panna Grant, nie mogąc powstrzymać łez, podczas gdy Robert okrywał pocałunkami dłonie lady Heleny.

Gdy minęły pierwsze wybuchy bolesnej radości, dziewczyna zarzuciła lady Glenarvan niezliczonymi pytaniami. Pani Glenarvan opowiedziała jej historię znalezienia dokumentu, jak to się stało, że „Britannia” zaginęła na wybrzeżach Patagonii, w jaki sposób po rozbiciu się statku kapitan i dwóch marynarzy, jedyni, którzy pozostali przy życiu, zdołali dotrzeć na kontynent. W końcu opowiedziała o tym, jak cały świat błagają o pomoc w tym dokumencie napisanym w trzech językach i powierzonym kaprysom Oceanu Spokojnego.

W czasie, gdy mówiła, Robert Grant pożerał wzrokiem lady Glenarvan, jakby jego życie zawieszone było na jej ustach. Dziecięca wyobraźnia kreśliła straszliwe obrazy, na których jego ojciec stawał się ofiarą. Widział go na pokładzie „Britannii”, tonął razem z nim w głębinach wód, czepiał się z nim urwistych skał wybrzeża i zziajany wlókł się po piasku poza zasięg fal. Kilka razy podczas tej opowieści przytulał się do siostry, a z jego ust wydobywały się okrzyki:

– Och, tatusiu! Mój biedny tatusiu!

Jeśli chodzi o Mary Grant, to splotła dłonie i słuchała w całkowitym milczeniu. Dopiero w chwili, w której zakończyło się opowiadanie, rzekła:

– Pani Glenarvan! Ten dokument! Proszę mi pokazać ten papier!

– Już go nie mam, moje drogie dziecko – odparła lady Helena.

– Już go pani nie ma?

– Nie. W interesie waszego ojca lord Glenarvan musiał zabrać go do Londynu; lecz zapewniam cię, że powtórzyłam słowo w słowo treść rękopisu, a także to, jak doszliśmy do tego, że udało się nam odczytać jego właściwy sens. Pomiędzy prawie nieczytelnymi szczątkami zdań woda morska nie zniszczyła kilku cyfr, lecz niestety długość geograficzna…

– Obejdziemy się bez niej! – zawołał chłopiec.

– Tak, panie Robercie – potwierdziła lady Helena, uśmiechając się na widok takiej determinacji. – Panno Grant, w tej chwili wszystkie szczegóły tego dokumentu są pani znane tak samo jak mnie.

– Zgoda, proszę pani – odparła dziewczyna – ale chciałabym zobaczyć pismo mego ojca.

– Zatem jutro, być może bowiem jutro powróci lord Glenarvan. Mój mąż wziął z sobą ten dokument i chciał go przedstawić komisarzom Admiralicji, aby ich zachęcić do natychmiastowego wysłania okrętu na poszukiwanie kapitana Granta.

– Czy to możliwe, lady Glenarvan!? – zawołała młoda dziewczyna. – Zrobiliście to dla nas?

– Tak, moja droga, i lada moment oczekuję przybycia mego męża.

– Pani! – rzekła dziewczyna tonem głębokiej wdzięczności i religijnego żaru. – Niech Bóg pobłogosławi lordowi Glenarvanowi i pani!

– Drogie dziecko – odpowiedziała lady Helena – nie zasługujemy na żadną wdzięczność. Każdy, kto byłby na naszym miejscu, zrobiłby to samo co my. Może spełnią się nadzieje, które pozwoliłam sobie w was rozbudzić! Tymczasem do powrotu lorda Glenarvana pozostańcie w zamku…

– Proszę pani – odparła dziewczyna – nie chciałabym nadużywać życzliwości, jaką pani okazuje obcym…

– Obcym! Moje drogie dziecko, ani twój brat, ani ty nie jesteście obcymi w tym domu i pragnę, aby po powrocie lord Glenarvan mógł powiedzieć dzieciom kapitana Granta o tym, co będzie zrobione dla ocalenia ich ojca.

Nie mogli odmówić propozycji uczynionej z głębi serca. Postanowiono więc, że miss Grant i jej brat Robert poczekają w Malcolm Castle na powrót lorda Glenarvana.

Rozdział IV Propozycja lady Glenarvan

Podczas tej rozmowy lady Helena nic nie wspomniała o obawach wyrażonych w listach lorda Glenarvana dotyczących prośby przedstawionej komisarzom Admiralicji. Nie powiedziała też ani jednego słowa o prawdopodobnym uwięzieniem kapitana Granta przez Indian Ameryki Południowej. Po co było zasmucać biedne dzieci wizją okropnego położenia ojca i zmniejszać ich ledwo rozbudzone nadzieje? Nic by to nie zmieniło istniejącego stanu rzeczy. Lady Helena wolała więc milczeć w tym względzie i odpowiedziawszy na wszystkie pytania nurtujące pannę Grant, sama zaczęła pytać o szczegóły dotyczące jej życia, sytuacji materialnej i pozycji na tym świecie, gdzie dziewczyna wydawała się być jedyną opiekunką brata.

To była wzruszająca i zwykła historia, która jeszcze pogłębiła sympatię lady Glenarvan dla młodej dziewczyny.

Mary i Robert Grant byli jedynymi dziećmi kapitana. Harry Grant utracił żonę, która zmarła przy urodzeniu Roberta, a wyjeżdżając w długie i dalekie podróże, pozostawiał dzieci pod opieką swej dobrej, starej kuzynki. Kapitan Grant był odważnym marynarzem, człowiekiem doskonale znającym swoje rzemiosło. Był zarówno dobrym żeglarzem, jak i kupcem, to znaczy posiadał dwie zalety nieodzowne dla skippera marynarki handlowej. Mieszkał wraz z dziećmi w mieście Dundee, w hrabstwie Perth, w Szkocji. Kapitan Grant był synem swego kraju, rodowitym Szkotem. Jego ojciec, pastor w kościele Świętej Katarzyny, dał mu bardzo dobre wychowanie, uważając, że przyda się ono każdemu, nawet kapitanowi żeglugi wielkiej.

Podczas swych pierwszych podróży zamorskich pływał najpierw jako porucznik, a później już jako skipper. Interesy szły dobrze i kilka lat po narodzeniu się Roberta Harry Grant stał się posiadaczem sporej fortuny.

Wtedy w jego umyśle zrodziła się wielka idea, która uczyniła jego imię sławnym w całej Szkocji. Podobnie jak Glenarvanowie i kilka innych znakomitych rodzin z Lowlands45, Grant sercem, jeżeli nie czynami, odgradzał się od zaborczej Anglii. W jego oczach interesy jego kraju nie szły w parze z interesami Anglosasów46. Postanowił więc założyć wielką kolonię szkocką na jednym z lądów Oceanii. Czy marzył o takiej niezawisłości, jakiej przykładem są Stany Zjednoczone, a jaką kiedyś zdobędą Indie i Australia? Możliwe. Być może mówił kiedyś głośno o swoich sekretnych zamiarach. Łatwo więc zrozumieć, że rząd odmawiał mu pomocy w owych projektach kolonizacyjnych, a nawet wynajdywał przeszkody, które w każdym innym kraju zniechęciłyby nawet najbardziej przedsiębiorczą osobę. Lecz Harry nie dał się złamać. Odwołał się do patriotyzmu swych rodaków, poświęcił dla tej sprawy cały swój majątek, zbudował statek, a dobrawszy sobie pewnych ludzi i powierzywszy swoje dzieci opiece starej kuzynki, popłynął badać wielkie wyspy Oceanu Spokojnego. Było to w roku 1861. Przez cały czas, to znaczy aż do maja 1862 roku, stale dochodziły o nim wiadomości. Lecz od jego wyjazdu w czerwcu z Callao nie słyszano już więcej o statku „Britannia”, a „Gazeta Morska” nie miała żadnych informacji o losie kapitana.

W tym właśnie czasie zmarła wiekowa krewna Granta, i dzieci zostały same na świecie.

Mary Grant miała wtedy czternaście lat. Odważna dziewczynka nie wystraszyła się trudności i poświęciła się całkowicie opiece nad swym braciszkiem, który był jeszcze dzieckiem. Należało go przecież wychowywać i kształcić. Dzięki oszczędnościom, przezorności, mądrości, pracując dzień i noc, dając wszystko jemu, a sobie wszystkiego odmawiając, siostra potrafiła łożyć na edukację brata. Dzielnie spełniała swój „macierzyński” obowiązek.

Dwójka dzieci mieszkała w Dundee, w tym chwytającym za serce położeniu, z godnością znosząc ubóstwo i jednocześnie odważnie stawiając mu czoła. Mary myślała tylko o bracie i marzyła, że kiedyś zapewni mu szczęśliwą przyszłość. Dla niej, niestety, „Britannia” była już na zawsze stracona, a jej ojciec nie żył… Na pewno nie żył. Trudno więc odmalować jej emocje, kiedy przypadkiem przeczytała notatkę zmieszczoną w „Timesie”, która błyskawicznie wyciągnęła ją z rozpaczy i i przywróciła nadzieję.

Nie było się nad czym zastanawiać. Natychmiast podjęła decyzję. Nawet gdyby dowiedziała się, że na dnie statku, który zatonął gdzieś u pustych wybrzeży, znaleziono ciało kapitana Granta, byłoby to lepsze niż bezustanna niepewność i wieczna tortura zwątpienia.

Opowiedziała o wszystkim bratu i tego samego dnia dwójka dzieci wsiadła do pociągu zdążającego do Perth. Wieczorem dotarli do Malcolm Castle, gdzie Mary, po tylu udrękach, znowu odzyskała nadzieję.

Tak przedstawiała się bolesna historia, którą Mary Grant opowiedziała lady Glenarvan w prostych słowach, nie myśląc o tym, że to wszystko, co się się zdarzyło podczas długich lat ciężkich przeżyć, czyniło z niej istotę bohaterską. Jednak lady Helena tak właśnie o niej sądziła i kilkakrotnie, nie kryjąc łez, gorąco ściskała w ramionach dzieci kapitana Granta.

Robertowi wydawało się, że słyszy tę historię po raz pierwszy. Słuchając siostry, otwierał szeroko oczy ze zdumienia. Pojął teraz wszystko, co dla niego zrobiła, wszystko, co wycierpiała i w końcu, rzucając się Mary na szyję i nie mogąc powstrzymać płynącego z głębi serca okrzyku, zawołał:

– Och, mamo! Moja kochana mamo!

Rozmowa przeciągnęła się do nocy. Lady Helena, biorąc pod uwagę zmęczenie dwójki dzieci, nie chciała jej więcej przedłużać. Mary Grant i Robert zostali odprowadzeni do swoich pokoi i wkrótce zasnęli, marząc o lepszej przyszłości. Po ich odejściu lady Helena poprosiła do siebie majora i opowiedziała mu o wszystkim, co się zdarzyło tego wieczora.

– Dzielna dziewczyna z tej Mary Grant! – stwierdził MacNabbs, wysłuchawszy opowiadania kuzynki.

– Dałby Bóg, aby powiodły się starania mojego męża – powiedziała lady Helena – bo inaczej sytuacja tych dwojga dzieci byłaby okropna.

– Uda się mu, chyba że lordowie Admiralicji mają serca twardsze od kamienia portlandzkiego – odparł MacNabbs.

Pomimo takiego zapewnienia majora lady Helena spędziła noc bardzo niespokojnie i nie zaznała ani chwili odpoczynku.

Nazajutrz o bladym świtem, gdy Mary Grant i jej brat przechadzali się po wielkim dziedzińcu zamkowym, dał się słyszeć turkot nadjeżdżającego powozu. To lord Glenarvan, pędząc co koń wyskoczy, wracał do Malcolm Castle. Prawie natychmiast na dziedzińcu ukazała się lady Helena w towarzystwie majora i pobiegła naprzeciw mężowi.

Lord Edward wydawał się smutny, zawiedziony i zły. W milczeniu uściskał żonę.

– I cóż, Edwardzie? Słyszysz, Edwardzie? – zawołała lady Helena.

– Cóż, droga Heleno, ci ludzie są bez serca! – odrzekł lord Glenarvan.

– Odmówili?

– Tak, odmówili mi statku! Mówili wciąż o milionach straconych na próżno przy poszukiwaniu Franklina! Utrzymywali, że dokument jest niejasny i niezrozumiały! Powiedzieli, że ci nieszczęśnicy zaginęli już przeszło dwa lata temu i szanse ich odnalezienia są bardzo nikłe. Utrzymywali, że zostawszy więźniami Indian, zostali uprowadzeni w głąb lądu, i nie można przekopywać całej Patagonii, żeby odnaleźć trzech ludzi – trzech Szkotów! Uznali, że poszukiwania byłyby daremne i niebezpieczne, bo mogą kosztować więcej ofiar, niż ich można ocalić! W końcu podali wszystkie kiepskie i złe powody, jak ludzie, którzy chcą za wszelką cenę odmówić! Widocznie nie zapomnieli o zamiarach kapitana i biedny Grant jest już na zawsze stracony!

– Mój ojciec! Mój biedny ojciec! – krzyknęła Mary Grant, rzucając się do kolan lorda Glenarvana.

– Twój ojciec?! Jak to, panienko? – zapytał zdziwiony, widząc dziewczynę u swoich stóp.

– Tak, Edwardzie – odezwała się lady Helena – panna Mary Grant i jej brat są dziećmi kapitana Granta, dziećmi, które Admiralicja skazała na sieroctwo!

– Ach, panienko! – rzekł lord Glenarvan, podnosząc dziewczynę.

– Gdybym wiedział o twojej obecności…

Nie dokończył. Na dziedzińcu zapanowało przykre milczenie, przerywane tylko szlochem. Nikt nie śmiał się odezwać: ani lord Glenarvan, ani lady Helena, ani major, ani tym bardziej nikt ze służby zamkowej, otaczającej w ciszy swego pana. Tak więc swoją postawą wszyscy zgromadzeni tu Szkoci protestowali przeciw postępowaniu rządu angielskiego.

Po kilku minutach zabrał głos major i zwracając się do lorda Glenarvana, powiedział:

– Więc nie masz już żadnej nadziei?

– Żadnej.

– W takim razie – zawołał mały Robert – ja pójdę spotkać się z tymi ludźmi i wtedy zobaczymy…

Robert nie dokończył swej groźby, powstrzymała go bowiem siostra, ale jego zaciśnięta pięść wskazywała na niezbyt pokojowe zamiary.

– Nie, Robercie, nie! – powiedziała Mary Grant. – Podziękujmy tym szlachetnym ludziom za to, co dla nas zrobili. Zachowajmy w sercach wieczną wdzięczność dla nich i odejdźmy stąd.

– Mary! – zawołała lady Helena.

– Dokąd pani chce iść? – zapytał lord Glenarvan.

– Pójdę rzucić się do nóg królowej – odpowiedziała dziewczyna – a zobaczymy, czy ona też pozostanie głucha na prośby dwojga dzieci proszących o życie dla ich ojca!

Lord Glenarvan pokręcił głową nie dlatego, żeby wątpił w dobroć Jej Królewskiej Mości, ale dlatego, że wiedział, iż Mary nie dostałaby się przed jej oblicze. Suplikanci47 bardzo rzadko stają u stopni królewskiego tronu. Wydaje się, że na drzwiach królewskich pałaców widnieje taki sam napis, jaki Anglicy umieszczają na kołach sterowych swoich statków:

Passengers are requested not to speak to the man at the wheel48.

Lady Helena zrozumiała myśl swego męża. Wiedziała, że zabiegi młodej dziewczyny nie przyniosą żadnego rezultatu. Wyobraziła sobie tych dwoje dzieci prowadzących beznadziejną egzystencję. I właśnie w tej chwili wpadła na wspaniały i szlachetny pomysł.

– Mary Grant! – zawołała. – Poczekaj, moje dziecko, i wysłuchaj tego, co chcę ci powiedzieć.

Dziewczyna, trzymając brata za rękę, zamierzała już odejść. Zatrzymała się.

Wówczas lady Helena, ze łzami w oczach, ale ożywioną twarzą, podeszła do męża i powiedziała zdecydowanym głosem:

– Edwardzie! Kapitan Grant, pisząc ten list i rzucając do morza, powierzał go opiece samego Boga. Bóg oddał go nam, właśnie nam! Nie ma wątpliwości, że Bóg zechciał nas obarczyć zadaniem ocalenia tych nieszczęśników.

– Co masz na myśli, Heleno? – spytał lord Glenarvan.

W całym zgromadzeniu zapanowało głębokie milczenie.

– Chcę powiedzieć – odparła lady Helena – że można uważać się za szczęśliwego, rozpoczynając pożycie małżeńskie od spełnienia dobrego uczynku. Tak więc ty, mój kochany Edwardzie, aby mi sprawić przyjemność, zaprojektowałeś wspaniałą podróż jachtem! Lecz jaka przyjemność będzie prawdziwsza, bardziej użyteczna, niż ocalenie życia nieszczęśników opuszczonych przez własny kraj?

– Heleno! – zawołał lord Glenarvan.

– Tak, ty mnie zrozumiesz, Edwardzie! „Duncan” jest świetnym, dobrze skonstruowanym statkiem. Śmiało może stawić czoło morzom południowym! Może odbyć podróż dookoła świata i jeśli zajdzie taka potrzeba, zrobi to! Jedźmy, Edwardzie! Ruszajmy szukać kapitana Granta!

Po tych śmiałych słowach lord Glenarvan uśmiechnął się, wyciągnął ramiona do żony i przytulił ją, gdy tymczasem Mary i Robert okrywali jej ręce pocałunkami. Podczas tej chwytającej za serce sceny wzruszona i zachwycona służba zamkowa wydawała z głębi duszy okrzyki entuzjazmu i wzruszenia:

– Hurra! Niech żyje nasza pani z Luss! Hurra! Trzykrotne hurra na cześć lorda i lady Glenarvan!

Rozdział V Odjazd „Duncana”

Zostało już powiedziane, że lady Helena była osobą odważną i szlachetną. Jej ostatni uczynek był niezaprzeczalnym owodem. Lord Glenarvan słusznie mógł być dumny ze swej wspaniałomyślnej żony, potrafiącej go zrozumieć i towarzyszyć mu w życiu. Myśl o przyjściu z pomocą kapitanowi Grantowi owładnęła nim już w Londynie, kiedy zobaczył, w jaki sposób odrzucono jego prośbę. Jeśli nie wyjawił swych myśli wcześniej, niż zrobiła to lady Helena, to tylko dlatego, że nie mógł się pogodzić z myślą, iż będą musieli się rozłączyć. Ale skoro lady Helena sama poprosiła, aby udali się na poszukiwania, wyzbył się wszelkich wahań. Służba zamkowa przyjęła tę propozycję okrzykami radości, chodziło bowiem o uratowanie ich współbraci, będących jak oni Szkotami. Lord Glenarvan całym sercem przyłączył się do wiwatów na cześć dobrej pani z Luss.

Gdy już podjęto decyzję o odjeździe, nie można było tracić ani godziny. Tego samego dnia lord Glenarvan wysłał do Johna Manglesa rozkaz przyprowadzenia „Duncana” do Glasgow i przygotowania wszystkiego do podróży po morzach półkuli południowej, która mogła zamienić się w podróż naokoło świata. Przedstawiając swą propozycję, lady Helena nie wyolbrzymiła bynajmniej zalet jachtu, zbudowanego z godną uwagi solidnością i dysponującego taką szybkością, że z powodzeniem mógł odbywać bardzo długie wyprawy.

Był to jeden z najpiękniejszych jachtów parowych. Miał dwieście dziesięć ton wyporności, podczas gdy pierwsze statki, na jakich dotarli do Nowego Świata Kolumb, Vespucci, Pinzón i Magellan49, miały dużo mniejsze rozmiary50.

„Duncan” posiadał dwa maszty: fokmaszt wyposażony w fok, marsel górny i dolny oraz bramsel; grotmaszt z bezanem oraz topslem51. Ponadto miał też foksztaksel, kliwer i bomkliwer oraz sztaksle międzymasztowe52. Jego ożaglowanie było wystarczające i statek mógł korzystać z wiatru jak zwykły kliper53, ale przede wszystkim liczył na potęgę mechaniczną ukrytą w swym wnę-trzu. Jego maszyna, o mocy użytkowej stu sześćdziesięciu koni mechanicznych, skonstruowana według najnowszego systemu, posiadała przegrzewacze nadające parze większą prężność. Para, mając wysokie ciśnienie, wprawiała w ruch podwójną śrubę okrętową. Pędząc pełną parą, „Duncan” był w stanie pobić wszelkie rekordy prędkości, jakie do tej pory uzyskał jakikolwiek statek. Rzeczywiście, podczas prób dokonywanych w zatoce Clyde robił on, według pomiarów logiem śrubowym54, aż do siedemnastu mil morskich na godzinę55, a więc mógł się śmiało wybrać w podróż dookoła świata. Johnowi Manglesowi pozostawało tylko zająć się zaopatrzeniem i wyposażeniem statku w niezbędne do takiej podróży rzeczy.

Pierwszym zadaniem było powiększenie bunkrów56 w taki sposób, aby można było zabrać jak największą ilość węgla, ponieważ w drodze byłoby bardzo trudno odnowić zapasy paliwa. Z taką samą przezornością należało postąpić przy zaopatrzeniu kambuzów57, i John Mangles zmagazynował w nich żywność wystarczającą na dwa lata. Pieniędzy mu nie brakowało, więc wystarczyło nawet na zakup działka obrotowego, które ustawiono na fordeku58 jachtu. Nigdy nie wiadomo, co się może przydarzyć, niekiedy zatem dobrze jest móc wyrzucić pocisk na odległość czterech mil.

Trzeba powiedzieć, że John Mangles znał się na swoim fachu i chociaż dowodził tylko jachtem wycieczkowym, uchodził za jednego z najlepszych skipperów w Glasgow. Miał trzydzieści dwa lata, rysy twarzy nieco surowe, lecz wyrażające dobroć i odwagę. Wychowywał się na zamku Malcolm, a rodzina Glenarvanów wykształciła go na doskonałego marynarza. John Mangles w kilku dalekich podróżach, które odbył, często dawał dowody swej zręczności, energii i zimnej krwi. Gdy lord Glenarvan zaproponował mu dowodzenie „Duncanem”, z radością przyjął tę decyzję, ponieważ kochał pana Malcolm Castle jak brata i od dawna szukał sposobności, by okazać swe przywiązanie i gotowość poświęcenia się dla niego.

Jego zastępca Tom Austin był starym marynarzem, zasługującym na zupełne zaufanie. Załoga „Duncana” liczyła, razem z kapitanem i porucznikiem, dwudziestu pięciu ludzi. Wszyscy byli doświadczonymi marynarzami, wszyscy pochodzili z hrabstwa Dumbarton, byli synami dzierżawców rodziny Glenarvanów, a na pokładzie statku tworzyli prawdziwy klan odważnych ludzi, wśród których nie brakowało nawet tradycyjnego piper-baga59. Lord Glenarvan miał więc na statku oddział dobrych podwładnych, cieszących się swoim zawodem, oddanych, odważnych, zręcznych w posługiwaniu się bronią oraz wykonywaniu różnych manewrów na statku i gotowych towarzyszyć mu w najbardziej niebezpiecznych wyprawach. Kiedy więc członkowie załogi „Duncana” dowiedzieli się, dokąd mają płynąć, nie potrafili powstrzymać radosnych emocji, a ich entuzjastyczne okrzyki „hurra!” rozbudziły echa śpiące pośród skał Dumbartonu.

John Mangles, całkowicie pochłonięty zaopatrzeniem i rozmieszczaniem ładunku na statku, nie zapomniał także o urządzeniu na tak długą podróż apartamentów dla lorda i lady Glenarvanów. Musiał również przygotować kabiny dla dzieci kapitana Granta, gdyż lady Helena nie potrafiła odmówić Mary, by mogły jej one towarzyszyć na pokładzie „Duncana”.

Jeśli chodzi o młodego Roberta, to raczej ukryłby się we wnętrzu jachtu, niżby pozwolił mu odpłynąć bez siebie. Zostałby nawet, tak jak Nelson i Franklin60, chłopcem okrętowym, byle tylko przyjęto go na pokład „Duncana”. Jakże można było odmówić takiemu malcowi! Nawet nie próbowano. Trzeba też było przystać na „wymówienie mu” bycia pasażerem, ponieważ on chciał służyć jako chłopiec okrętowy, nowicjusz lub marynarz. John Mangles został obciążony obowiązkiem uczenia go marynarskiego rzemiosła.

– Doskonale – powiedział Robert. – I żeby mi nie oszczędzać uderzeń batem, jeżeli nie będę postępował jak marynarz!

– Bądź spokojny, mój chłopcze – odezwał się lord Glenarvan z poważną miną, nie dodając, że używanie „kota o dziewięciu ogonach”61 zostało zakazane, a poza tym było zupełnie zbyteczne na pokładzie „Duncana”.

Aby dopełnić listę pasażerów, wystarczy opisać majora MacNab-bsa. Był to człowiek pięćdziesięcioletni, o spokojnych i regularnych rysach twarzy, bardzo zgodnym i doskonałym charakterze. Skromny, małomówny, spokojny i łagodny, zgadzał się na wszystko i ze wszystkimi, nigdy nie dyskutował, o nic się nie sprzeczał, nigdy nie unosił się gniewem. Tym samym krokiem wchodził na schody wiodące do jego sypialni, jak na stok kurtyny62, w której zrobiono wyłom. Nic na świecie nie było w stanie go podniecić, nic poruszyć, nawet pocisk armatni, i niewątpliwie umrze, nie znajdując przez całe życie okazji, by wpaść w gniew.

Ten człowiek posiadał w najwyższym stopniu nie tylko zwykłą żołnierską odwagę, tę fizyczną brawurę wynikającą jedynie z siły mięśni, ale jeszcze coś cenniejszego – odwagę moralną, to znaczy stanowczość ducha. Jeżeli miał jakąkolwiek wadę, to tylko tę, że od stóp do głów był Szkotem, Kaledończykiem czystej krwi, upartym obserwantem63 starych zwyczajów swego kraju. Dlatego nigdy nie chciał służyć Anglii, a stopień majora uzyskał w 42. Regimencie Highland Black Watch64, czarnej gwardii, której kompanie były ufor-mowane tylko ze szkockiej szlachty. MacNabbs, jako kuzyn Glenarvana, mieszkał w zamku Malcolm, a jako wojskowy uważał za zupełnie naturalne, że weźmie udział w wyprawie „Duncana”.

Taki był zespół ludzi na tym jachcie, zebranych w niespodziewanych okolicznościach do odbycia jednej z najbardziej zadziwiających podróży swoich czasów.

Od chwili zacumowania przy Steamboat Quay w Glasgow „Duncan” całkowicie skupił na sobie ciekawość publiki. Każdego dnia ogromne tłumy przychodziły go oglądać. Tylko nim się interesowano, tylko o nim mówiono, ku wielkiej przykrości kapitanów innych statków stojących w porcie, między innymi kapitana Bur-tona, dowodzącego „Scotią”, potężnym parowcem zacumowanym tuż przy „Duncanie” i gotowym do odpłynięcia do Kalkuty.

Kapitan „Scotii”, patrząc na rozmiary swego statku, miał pełne prawo uważać „Duncana” za fly-boat65, a mimo to całe zainteresowanie koncentrowało się wyłącznie na jachcie lorda Glenarvana, a nawet z dnia na dzień rosło.

Zbliżał się moment odjazdu. John Mangles uwinął się szybko i zręcznie, bo miesiąc po próbach odbywanych w zatoce Clyde „Duncan” był załadowany, zaopatrzony i urządzony tak, że mógł wypłynąć w morze. Dzień odjazdu ustalono na 25 sierpnia, co pozwalało jachtowi dotrzeć na szerokości geograficzne półkuli południowej z początkiem tamtejszej wiosny.

Od chwili kiedy poznano jego zamiary, lord Glenarvan otrzymywał wiele przestróg dotyczących trudów i niebezpieczeństw, na jakie może napotkać w tej podróży. Wcale się tym jednak nie przejmował i przygotowywał się do opuszczenia Malcolm Castle. Zresztą wielu z tych, co go ganili, w głębi duszy szczerze go podziwiało. Poza tym opinia publiczna otwarcie opowiedziała się za szkockim lordem, a wszystkie czasopisma, wyłączając „organy rządowe”, zgodnie potępiły stanowisko w tej sprawie komisarzy Admiralicji. Lord Glenarvan nie zwracał uwagi ani na słowa nagany, ani na pochwały. Wypełniał swój obowiązek, nie troszcząc się zbytnio o resztę.

24 sierpnia Glenarvan, lady Helena, major MacNabbs, Mary i Robert Grant, pan Olbinett, steward66 jachtu, i jego żona, pani Olbinett, przydzielona do usługiwania lady Glenarvan, opuszczali Malcolm Castle po wzruszającym pożegnaniu z całą służbą rodziny. Kilka godzin później byli już na pokładzie jachtu. Ludność Glasgow z sympatią i podziwem powitała lady Helenę, młodą i odważną kobietę, która porzucała przyjemności spokojnego, bogatego życia i wyruszała na pomoc rozbitkom.

Apartamenty lorda Glenarvana i jego żony zajmowały w rufówce prawie całą tylną część „Duncana”. Składały się z dwóch sypialni, salonu i dwóch łazienek. Dalej była wspólna mesa oficerska67 otoczona sześcioma kabinami, z których pięć było zajętych przez Mary i Roberta Grantów, państwo Olbinett i majora MacNabbsa.

Kajuty Johna Manglesa i Toma Austina były umieszczone na narożniku i otwierały się na pokład. Załoga mieszkała na pokładzie środkowym, w dobrych warunkach, ponieważ jacht nie zabierał innego ładunku prócz węgla, żywności i broni. Nie brakowało więc miejsca i John Mangles zręcznie to wykorzystał, rozmieszczając wygodnie załogę i pasażerów.

„Duncan” miał wypłynąć w nocy z 24 na 25 sierpnia o trzeciej rano, zaraz po odpływie morza. Zanim jednak to nastąpiło, mieszkańcy Glasgow byli świadkiem wzruszającej ceremonii. O ósmej wieczorem lord Glenarvan, jego goście i cała załoga, poczynając od palaczy, a kończąc na kapitanie, wszyscy zatem, którzy mieli wziąć udział w tej pełnej poświęcenia wyprawie, opuścili jacht i udali się do starej katedry Świętego Mungo w Glasgow68. Średniowieczny kościół, nietknięty w czasach reformacji, która zniszczyła tyle świątyń, tak pięknie opisany przez Waltera Scotta, zgromadził pod swymi masywnym sklepieniem marynarzy i pasażerów „Duncana”. Towarzyszył im potężny tłum. Tam, w głównej nawie, zapełnionej jak cmentarz grobowcami, wielebny Morton prosił Boga o błogosławieństwo i oddał wyprawę pod opiekę Opatrzności. Była też chwila, w której w starym kościele rozległ się głos Mary Grant. Dziewczyna modliła się za swoich dobroczyńców i wylewała przed Bogiem gorące łzy wdzięczności. Następnie całe zgromadzenie, głęboko wzruszone, opuściło świątynię.

O jedenastej wieczorem wszyscy wrócili na pokład. John Mangles i załoga zajęli się ostatnimi przygotowaniami do wyjścia w morze.

O północy rozpalono pod kotłami ogień, a kapitan kazał pilnie go podtrzymywać. Wkrótce kłęby czarnego dymu zmieszały się z nocnymi mgłami. Żagle „Duncana” zostały starannie okryte płóciennymi pokrowcami, które miały je chronić przed pyłem węglowym i sadzami, gdyż właśnie podniósł się południowo-zachodni wiatr, nie bardzo sprzyjający żegludze.

O drugiej w nocy „Duncan” zaczął się trząść pod wpływem drgania kotłów. Manometr wskazywał ciśnienie czterech atmosfer. Przegrzana para gwizdała, wydostając się przez klapy bezpieczeństwa. Morze było w stanie spoczynku69. Wstający dzień pozwalał już rozpoznać w zatoce Clyde przejścia pomiędzy pławami i big-gingsami70, których latarnie powoli gasły w świetle rodzącego się świtu. Można było wyruszać w drogę.

John Mangles kazał zawiadomić lorda Glenarvana, który natychmiast wszedł na mostek kapitański.

Wkrótce dało się odczuć postępujący odpływ morza. „Duncan” rzucił w powietrze silny gwizd, odrzucił cumy i odsunął się od otaczających go statków. Śruba została wprawiona w ruch i popychała jacht w kanał rzeki. John nie wziął na pokład pilota, gdyż wyśmienicie znał wszystkie tory wodne zatoki Clyde i praktycznie nikt nie mógł lepiej kierować jego statkiem. Na jego znak jacht wykonywał kolejne manewry. W milczeniu i pewnie prawą ręką dawał rozkazy do maszyny parowej, a lewą do steru. Wkrótce fabryki ustąpiły miejsca tu i ówdzie rozrzuconym willom, wznoszącym się na nabrzeżnych pagórkach, a gwar miasta ucichł w oddali.

Godzinę później „Duncan” płynął blisko skał Dumbartonu. Dwie godziny później znalazł się na wodach zatoki Clyde, a o szóstej rano, opłynąwszy Mull of Kintyre71, opuścił Kanał Północny i wydostał się na pełne morze.

Rozdział VI Pasażer kabiny numer sześć

W ciągu pierwszego dnia żeglugi morze było dość wzburzone, a pod wieczór zaczął wiać silny wiatr. Fale mocno rzucały „Duncanem”, więc kobiety nie pokazały się na rufówce. Zostały w swoich kabinach i dobrze zrobiły.

Jednak następnego dnia wiatr zmienił kierunek. Kapitan John kazał wciągnąć fok, bezan i topsel, dzięki czemu „Duncan” lepiej trzymał się na falach i był mniej podatny na kołysanie wzdłużne i poprzeczne. Lady Helena i Mary Grant już o świcie mogły wyjść na pokład, gdzie zastały lorda Glenarvana, majora i kapitana. Wschód słońca był wspaniały. Dzienna gwiazda, podobna do tarczy pozłoconej metodą Ruolza72, wychylała się z oceanu jakby z galwanicznej kąpieli. „Duncan” sunął lekko pośród wspaniałej światłości i można by doprawdy powiedzieć, że jego żagle wprost się napinały pod działaniem promieni słonecznych.

Pasażerowie jachtu w milczącym skupieniu przypatrywali się wschodzącej promiennej gwieździe.

– Co za zachwycający spektakl! – odezwała się w końcu lady Helena. – To piękny początek dnia. Może wiatr także okaże się łaskawy i będzie sprzyjał „Duncanowi”.

– Nie można było sobie wymarzyć lepszej pogody, droga Heleno – odparł lord Glenarvan. – Zupełnie nie możemy narzekać na początek naszej podróży.

– Czy długo będziemy w drodze, kochany Edwardzie?

– Kapitan John może nam na to odpowiedzieć – rzekł lord Glenarvan. – Czy dobrze płyniemy? Czy jesteś zadowolony ze statku, kapitanie?

– Bardzo jestem zadowolony, Wasza Dostojność – odparł John. – To cudowny statek i każdy marynarz czuje to pod nogami. Nigdy kadłub i maszyna nie były lepiej ułożone względem siebie. Proszę także popatrzeć, jaki płaski jest kilwater za jachtem i jak swobodnie rozkłada się na falach. Robimy w tej chwili siedemnaście mil na godzinę. Jeśli utrzymamy taką prędkość, to za dziesięć dni przetniemy równik, a przed upływem pięciu tygodni opłyniemy przylądek Horn73.

– Czy słyszysz, Mary? – rzekła lady Helena. – Najdalej za pięć tygodni!

– Tak, proszę pani, słyszałam – odparła dziewczyna – i serce zabiło mi mocniej już przy pierwszych słowach kapitana.

– Jak pani znosi podróż morską, panno Mary? – zapytał lord Glenarvan.

– Dość dobrze, milordzie. Nie miałam prawie żadnych dolegliwości. Zresztą szybko się do tego przyzwyczaję.

– A nasz mały Robert?

– Och, Robert! – rzekł John Mangles. – Jeśli nie buszuje w maszynowni, to z pewnością siedzi gdzieś na topie masztu. Przedstawiam panu chłopca, który kpi sobie z choroby morskiej. Patrzcie! Widzicie go?

Kapitan wskazał ręką i spojrzenia wszystkich skierowały się na fokmaszt. Ludzie zgromadzeni na pokładzie mogli zobaczyć Roberta zawieszonego na topenantach74 bramsla, sto stóp nad pokładem. Mary nie potrafiła powstrzymać przerażenia.

– Och, proszę się uspokoić, panno Mary – powiedział John Mangles. – Odpowiadam za niego i obiecuję pani, że już niedługo przedstawię tego niesamowitego zucha kapitanowi Grantowi, gdyż wierzę, że z pewnością odnajdziemy pani ojca!

– Niech pana Bóg wysłucha, panie Mangles – odparła dziewczyna.

– Moje drogie dziecko – odezwał się lord Glenarvan. – Jest w tym wszystkim coś opatrznościowego, co musi nam dodać odwagi i nadziei. My nie idziemy, lecz jesteśmy kierowani. My nie szukamy – my jesteśmy naprowadzani. A teraz popatrz na tych wszystkich dzielnych ludzi, zwerbowanych po to, aby służyli tylko tej pięknej sprawie. To daje mi pewność, że nasz zamiar nie tylko musi się udać, ale że bez większych trudności osiągniemy zamierzony cel. Obiecałem lady Helenie przyjemną podróż i mam nadzieję, że dotrzymam mego przyrzeczenia.

– Edwardzie – rzekła lady Glenarvan – jesteś najlepszym z ludzi.

– Wcale nie, moja droga, ale mam najlepszą załogę na najlepszym ze statków. A pani nie podziwia naszego „Duncana”, panno Mary?

– Przeciwnie, milordzie – odparła dziewczyna – podziwiam go i to jak prawdziwa znawczyni.

– Doprawdy?!

– Będąc dzieckiem, nieraz bawiłam się na statkach mojego ojca, który powinien był zrobić ze mnie marynarza. Gdyby zaszła taka konieczność, może nie sprawiłoby mi dużo trudności zrefowanie żagla czy splecenie sejzingu75.

– Ech, co też pani mówi?! – zawołał John Mangles.