Opis

Dzieci kapitana Granta. Les enfants du capitaine Grant. Version bilingue: polonaise et française. Powieść przygodowa Juliusza Verne. „Dzieci kapitana Granta”. Pierwsza część tzw. dużej trylogii vernowskiej (Dzieci kapitana Granta, Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi, Tajemnicza wyspa). Lord Glenarvan podczas rejsu przez Kanał Północny na swoim statku "Duncan" znajduje w wnętrznościach upolowanego rekina butelkę z ledwie czytelnym wołaniem o pomoc. Lord, jego żona Helena, ich kuzyn major Mac Nabbs oraz kapitan statku John Mangles starają się rozszyfrować list. Niestety, został on napisany w trzech językach, a że zachowały się pojedyncze słowa, interpretacja tekstu jest tylko zgadywanką. Przede wszystkim przyjaciele odkrywają, że przesłanie wysłał kapitan Grant, zaginiony kilka lat wcześniej podczas rejsu z Ameryki Południowej. Kiedy do państwa Glenarvan przybywają dzieci kapitana Robert i Mary z prośbą o pomoc, zacny i hojny lord postanawia pomóc im odnaleźć ojca... (http://pl.wikipedia.org/wiki/Dzieci_kapitana_Granta)

L'action commence en 1864. Alors que Lord et Lady Glenarvan font une excursion au large de Glasgow à bord de leur yacht, le Duncan, l'équipage pêche un requin dans le ventre duquel on découvre une bouteille de Veuve Clicquot qui contient un message de détresse en mauvais état, de la part d'un dénommé capitaine Grant et de deux de ses compagnons à cause du naufrage du Britannia ; ce dernier indique bien le degré de latitude (37° 11')2 du naufrage du Britannia, mais toute indication de longitude est devenue illisible. Heureusement, le capitaine Grant avait écrit 3 messages identiques mais de langues différentes... (http://fr.wikipedia.org/wiki/Les_Enfants_du_capitaine_Grant)

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1789

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Jules Verne

Dzieci kapitana Granta Les enfants du capitaine Grant

Książka w dwóch wersjach językowych: polskiej i francuskiej Version bilingue: polonaise et française

Przekład anonimowy

Armoryka Sandomierz

Projekt okładki: Juliusz Susak 

Na okładce: Édouard Riou (1833–1900), Ilustracja powieści Juliusza Verne'a "Dzieci kapitana Granta" (1864),

(licencjapublic domain), źródło: http://commons.wikimedia.org/wiki/'The_Children_of_Captain_Grant'_by_Édouard_Riou_124.jpg (This file has been identified as being free of known restrictions under copyright law, including all related and neighboring rights). 

Tekst na podstawie edycji: polskiej: Juliusz Verne, Dzieci kapitana Granta. Podróż fantastyczno-naukowa, Nakładem Gebethnera i Wolffa, Warszawa 1929, francuskiej: Jules Verne, Les Enfants du capitaine Grant, Pierre-Jules Hetzel, Paris 1868, Zachowano oryginalną pisownię.

Copyright © 2014 by Wydawnictwo „Armoryka”

Wydawnictwo ARMORYKA

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

tel +48 15 833 21 41

e-mail:[email protected]

http://www.armoryka.pl/

Dzieci kapitana Granta

Część pierwsza

Rozdział I. Balance Fish.

Dnia 26-go lipca r. 1864, podczas mocnego wiatru północno-wschodniego, wspaniały jacht sunął całą siłą pary po grzbiecie spienionych fal kanału Północnego. Na tylnym jego maszcie powiewała flaga Anglji; na wierzchołku zaś wielkiego masztu chorągiew błękitna nosiła na sobie dwie wielkie głoski: E. G., wyhaftowane złotem i w górze książęcą przyozdobione koroną. Jacht ten nazywał się Duncan; był własnością lorda Glenarvan, jednego z szesnastu parów szkockich, zasiadających w Izbie Wyższej, i zarazem jednego z najcelniejszych członków królewskiego klubu jachtowego na Tamizie (Royal-Thames-Yacht-Club), tak słynnego w całej Wielkiej Brytanji. 

Na pokładzie jachtu znajdował się w tej chwili lord Edward Glenarvan z młodą małżonką, lady Heleną, i jednym ze swych krewnych, majorem Mac Nabbs. 

Świeżo zbudowany Duncan wypłynął na próbę o kilka mil poza odnogę Clyde i zdążał do Glasgowa; już wyspa Arran wynurzała się na horyzoncie, gdy majtek, siedzący na czatowni, dał znać, że w tyle jachtu ukazała się olbrzymia ryba. Kapitan statku, John Mangles, doniósł o tem zaraz lordowi Glenarvan, a ten, wszedłszy na rufę wraz z majorem Mac Nabbs, pytał kapitana, co myśli o tym potworze. 

– Doprawdy, wasza dostojność – odpowiedział John Mangles – sądzę, że to jest ogromny rekin i nic więcej. 

– Rekin w tej okolicy? – ze zdziwieniem zawołał Glenarvan. 

– Bezwątpienia – odrzekł kapitan – ryba ta należy do rodzaju rekinów, spotykanych na wszystkich morzach i pod wszystkiemi szerokościami geograficznemi. Głowę daję, że jest to „Balance-fish”, [rekin młot] i z tem zapewne lichem mieć będziemy do czynienia. Jeśli wasza dostojność pozwoli, a lady Glenarvan zechce przypatrzyć się ciekawemu połowowi, zaraz weźmiemy się do roboty i dowiemy się rzetelnej prawdy. 

– Jak myślisz, Mac Nabbs – rzekł lord Glenarvan do majora – możeby popróbować tej nowości. 

– Przystaję na wszystko, co ci się spodoba – powolnie odpowiedział major. 

– Zresztą tępienie tych straszliwych bestyj nigdy nie może być zbyteczne – zawołał znowu John Mangles. – Korzystajmy ze sposobności; a jeśli wasza dostojność zgodzić się raczy, to i widok będziemy mieli zachwycający i dobry zarazem spełnimy uczynek. 

– A więc wydaj rozkazy, kapitanie – rzekł Glenarvan. 

Poczem posłał z uwiadomieniem do lady Heleny, która ciekawością zdjęta, pośpieszyła do męża. 

Morze było wspaniałe; na powierzchni jego wyraźnie rysowały się gwałtowne i silne poruszenia potwora. Gdy John Mangles wydał rozkazy, majtkowie zarzucili przez parapet prawego boku jachtu w morze długą i grubą linę z ogromnym na końcu hakiem, na który dla przynęty założyli spory kawał słoniny. Chociaż rekin był jeszcze w odległości pięćdziesięciu co najmniej jardów (przeszło 45 metrów), poczuwszy nęcący zapach ofiarowanego sobie przysmaku, zwrócił się szybko ku statkowi. Ogromne płetwy jego, szare po bokach a czarne przy osadzie, z nadzwyczajną siłą i szybkością pruły morskie bałwany, i zwierzę płynęło wciąż w prostej linji. W miarę jak się rekin zbliżał, rozeznać było można blask jego ślepiów, pałających żarłoczną chciwością; a gdy otworzył spragnioną paszczę, ukazały się w niej cztery rzędy ogromnych zębów. Szeroka jego głowa podobna była do dwu młotów, osadzonych na jednym trzonku. John Mangles nie omylił się; był to rzeczywiście Balance-fish, najżarłoczniejszy z rodziny Skwalów czyli Żarłaczy. 

Cała osada ˝Duncana˝ śledziła z żywem zajęciem wszystkie ruchy rekina. Wkrótce potwór dopłynął do przynęty, przewrócił się na grzbiet, aby ją lepiej pochwycić, i w mgnieniu oka ogromny kawał słoniny wraz z ostrym hakiem utonęły w jego paszczy, a majtkowie szybko pociągnęli linę, przeciągniętą przez blok, umieszczony na wierzchołku wielkiej rei masztu. 

Rekin zaczął się szarpać gwałtownie, widząc się wyrywanym ze swego żywiołu, lecz na szarpanie znalazł się sposób: mocny postronek z pętlicą, uchwyciwszy rekina za ogon, paraliżował wszelkie jego ruchy. W chwilę potem potwór leżał rozciągnięty na pomoście jachtu; jeden z marynarzy, ostrożnie przybliżywszy się do niego, silnem uderzeniem siekiery odciął ogromny ogon zwierzęcia. 

Połów był skończony; rekin leżał bezsilny i nikomu szkodzić nie mógł – zemście marynarzy stało się zadość, lecz ciekawość ich jeszcze nie była zaspokojona. Na pokładzie wszystkich statków morskich przyjęty jest w podobnych razach zwyczaj, żeby ściśle rewidować żołądek schwytanego potwora. Majtkowie, znając jego żarłoczność, zawsze spodziewają się znaleźć tam coś nadzwyczajnego i prawie nigdy nie mylą się w swych oczekiwaniach. 

Lady Glenarvan, nie chcąc być obecną przy tej krwawej operacji, poszła do kajuty. Rekin dyszał jeszcze. Ogromne to zwierzę miało dziesięć stóp długości i ważyło przeszło sześćset funtów; waga ta i miara nie są niczem nadzwyczajnem. 

Wkrótce ogromna ryba została rozpłatana kilkoma silnemi cięciami siekiery. Hak z przynętą doszedł aż do żołądka, pustego zresztą zupełnie; widocznie potwór pościł od dość dawna, i zawiedzeni w swych nadziejach marynarze już porąbane sztuki chcieli napowrót rzucić w morze, gdy nagle sternik dostrzegł jakiś duży przedmiot, okryty wnętrznościami. 

– A to co? – zawołał. 

– To jakiś kawałek skały – odpowiedział jeden z majtków – bestja widać z głodu go połknęła, biorąc za przysmak zapewne. 

– Nie, nie! – krzyknął drugi – to musi być wiązka zielska, której dotąd strawić nie zdołał. 

– Lepiej milczeć, gdy się nic nie wie – zawołał Tomasz Austin, porucznik jachtu – czy nie widzicie, że bestja była pijakiem nałogowym, a nie chcąc nic stracić, nietylko wypiła wino, ale jeszcze i butelkę połknęła? 

– Co! – zawołał lord Glenarvan – rekin ma butelkę w żołądku? 

– Prawdziwą butelkę – odpowiedział sternik – ale widać, że nie z piwnicy ją wyniesiono! 

– Poruczniku, wydobądź ją ostrożnie – rzekł lord Edward – butelki, znajdowane na morzu, ważne nieraz zawierają dokumenty. 

– Tak mniemasz? – zapytał major Mac Nabbs. 

– Nie twierdzę, ale przypuszczam, że tak być może. 

– Nie sprzeczam się bynajmniej – odrzekł major. – I bardzo być może, iż tu dowiemy się jakiej tajemnicy. 

– Zaraz to zobaczymy! A cóż, Tomaszu? 

– Oto jest – rzekł porucznik, podając jakiś niekształtny przedmiot, który z trudem niemałym wydobył z żołądka ryby. 

– Wybornie! – zawołał Glenarvan. – Każ obmyć to paskudztwo i przynieś do mojej kajuty. 

Tomasz Austin spełnił rozkaz i za chwilę potem butelka, w tak szczególnych znaleziona okolicznościach, złożona została na kwadratowym stoliku, wokoło którego zasiedli: lord Glenarvan, major Mac Nabbs, kapitan John Mangles i lady Helena, ciekawa, jak każda kobieta. 

Każdy z niecierpliwą ciekawością rad by się był dowiedzieć, co obejmuje w sobie ta szklana powłoka – czy opis jakiego wielkiego nieszczęścia, czy też nic nie znaczące wiadomości, puszczone na morze przez marynarza, nie mającego nic lepszego do roboty. 

Wypadło jednak dowiedzieć się prawdy – i Glenarvan, nie czekając dłużej, przystąpił do zbadania butelki, ze wszelką, w takich razach przezornością. I miał słuszność, bo w podobnych wypadkach najdrobniejsza często napozór wskazówka prowadzi do bardzo ważnych odkryć. 

Najprzód obejrzano butelkę dokładnie zwierzchu; na potężnej szyjce znaleziono jeszcze owinięty drut, już dobrze przez rdzę zjedzony, a grube szkło, mogące wytrzymać ciśnienie kilku atmosfer, wyraźnie wykazywało szampańskie pochodzenie – mogło przeto wytrzymać wszystkie wypadki długiej nawet podróży, bez najmniejszego uszkodzenia. 

– Jest to butelka domu Cliquot – odezwał się major, a nikt mu nie zaprzeczał, bo major powinien był znać się na tem. 

– Mój kochany majorze – odpowiedziała lady Helena – cóż nas obchodzić może, jaka to jest butelka, jeśli nie wiemy, skąd ona do nas przypływa? 

– Dowiemy się, droga Heleno – rzekł lord Edward – a zgóry można być pewnym, że przybywa zdaleka. Czy widzisz, jak ją grubo pokrywają różne materje, skamieniałe pod wpływem wód morskich? Długo ona widać przebywała w Oceanie, zanim ją ten rekin połknął. 

– Podzielam twe zdanie, lordzie – odezwał się major – że to kruche naczynie długą i daleką po morzu podróż zrobić musiało. 

– Ale skądże do nas przybywa? – z lekką niecierpliwością powtórzyła lady G1enarvan. 

– Poczekaj, droga Heleno, poczekaj chwilkę, a zdaje mi się, że butelka ta samą treścią swą odpowie na wszystkie nasze pytania. 

I to mówiąc, Glenarvan zaczął zdrapywać nożem grubą z szyjki powłokę, i niedługo też ukazał się korek, ale mocno przez wodę morską uszkodzony. 

– To źle, to bardzo źle! – powtarzał lord Glenarvan – bo jeśli tam wewnątrz są jakie papiery, to je znajdziemy w bardzo złym stanie. 

– To być bardzo może – machinalnie powtórzył major. 

– Ponieważ butelka ta – mówił dalej lord Edward – źle była zakorkowana, więc byłaby z pewnością zatonęła, gdyby nie wypadek, że rekin ją połknął i przyniósł na pokład ˝Duncana˝. 

– Zapewne – odezwał się John Mangles – dobrze, że tak się stało, ale byłoby lepiej, gdybyśmy ją złowili na pełnem morzu, pod pewną wiadomą długością i szerokością geograficzną; bo w takim razie, badając prądy atmosferyczne i morskie, możnaby było niemal odgadnąć, jaką przebyła drogę. Ale gdy ją przynosi taki posłaniec, jak rekin, który płynie pod prądy i wiatry, to trudno coś odgadnąć. 

– Zaraz zobaczymy – powiedział lord Edward, wyjmując ostrożnie korek. I w tejże chwili po kajucie rozszedł się mocny zapach soli. 

– I cóż? – pytała lady Helena. 

– Tak jest – rzekł Glenarvan – nie omyliłem się, bo są w środku papiery. 

– Papiery! Dokumenty! – wołała lady Helena. 

– Jednakże – mówił dalej Glenarvan – zdają się być przez wilgoć uszkodzone i tak przylgnęły do ścian butelki, że trudno je będzie stamtąd wydobyć. 

– Stłuczmy szkło – doradził Mac Nabbs. 

– Wolałbym je zachować w całości – odpowiedział Glenarvan. 

– I ja także – dorzucił sentencjonalnie major. 

– Zapewne – rzekła lady Helena – że dobrzeby to było; ależ znowu z drugiej strony warto poświęcić butelkę dla ocalenia kosztownych może dokumentów. 

– Niech wasza dostojność odtrąci szyjkę – rzekł John Mangles – a będzie można wydobyć papiery bez uszkodzenia ich. 

Rozdział II. Trzy dokumenty.

 Na tych kawałkach papieru, nawpół zniszczonych przez wodę morską, można było rozeznać pojedyńcze wyrazy, szczątki całych przedtem zdań, niepodobnych już teraz do odczytania. Lord Glenarvan przypatrywał się im z największą uwagą przez kilka minut; obracał je na wszystkie strony, wystawiał do słońca, badając najdrobniejsze ślady pisma, nie spłókane wodą morską, i nareszcie zwrócił się do swych przyjaciół i rzekł: 

– Są tu trzy różne dokumenty, albo raczej, jak mi się zdaje, trzy kopje jednego dokumentu w potrójnem tłumaczeniu na język angielski, francuski i niemiecki. Pozostałe wyrazy, wyczytać się dające, wątpić o tem nie pozwalają. 

– A czy przynajmniej można się czego domyślić z tych pojedyńczych wyrazów? – zapytała lady Glenarvan. 

– Trudno coś z tego wnioskować, kochana Heleno – myśl w wielu miejscach poprzerywana. 

– Możeby wyrazami jednego dokumentu dały się uzupełnić braki drugiego – rzekł major ze zwykłą sobie flegmą. 

– Major ma słuszność – odezwał się John Mangles – niepodobna bowiem przypuścić, aby woda morska na wszystkich trzech papierach wygryzła pismo w tychże samych miejscach. Próbujmy przeto zbliżyć jedne resztki do drugich, a może się złoży całość jaka. 

– To właśnie chcę zrobić – rzekł lord Glenarvan; zacznijmy od dokumentu angielskiego. 

Dokument ten przedstawiał się w sposób następujący: 

  62 Bri gow 

  sink stra 

  aland 

  skipp Gr. 

  that monit of long 

  and ssistance 

  lost 

 – Z tego doprawdy niewiele dojść można – odezwał się major. 

– Przyznać jednak potrzeba, wtrącił kapitan, że to dość wyraźnie po angielsku. 

– Pod tym względem niema wątpliwości – rzekł lord Glenarvan – wyrazy sink, aland, that, and, lost są nietknięte; skipp widocznie jest początkiem wyrazu skipper i, jak się zdaje, mowa jest o jakimś Gr... może kapitanie statku rozbitego. [Wyrazy sink, aland, that, and, lost, znaczą: zatonąć, na ląd, ten, i, zgubiony. Skipper nazywa się w Anglji kapitan marynarki handlowej. Monition znaczy ostrzeżenie, zawiadomienie; assistance; pomoc lub ratunek].

– Już to wystarcza, aby się czegoś domyślić. 

– Na nieszczęście – przerwał major – brak całych wierszy; jakże więc dojść do nazwiska okrętu rozbitego i jak się dowiedzieć o miejscu, w którem go wypadek spotkał? 

– Wynajdziemy i to – rzekł lord Glenarvan. 

– Bezwątpienia – odpowiedział major – lubiący podzielać cudze zdanie – bezwątpienia wynajdziemy, tylko jakim sposobem? 

– Uzupełniając jeden dokument przez drugi. 

– Próbujmy więc! – zawołała lady Helena. 

Na drugim kawałku papieru, więcej jeszcze uszkodzonym, widniało kilka niezrozumiałych wyrazów. 

  7 Juni Glas 

  zwei atrosen 

  graus 

  bringt ihnen 

 – To jest pisane po niemiecku – mówił John Mangles. 

– A ty, kapitanie, znasz podobno ten język? – spytał lord Glenarvan. 

– Doskonale, wasza dostojność. 

– Powiedz nam przeto, co znaczyć może tych kilka wyrazów. 

Kapitan z uwagą wpatrywał się w papier przez chwilę, a nareszcie rzekł: 

– Przedewszystkiem mamy już datę wypadku; 7 Juni znaczy 7 czerwca. Cyfra ta przyłożona do liczby 62, znalezionej na dokumencie angielskim, da nam całkowitą datę: 7-go czerwca 1862 r. 

– Doskonałe tłumaczenie! – zawołała lady Helena. 

– W tymże samym wierszu – mówił dalej młody kapitan – znajduję wyraz Glas, który zestawiony z wyrazem gow, znajdującym się na pierwszym dokumencie, da nam całą nazwę Glasgow. Widocznie mowa jest o okręcie z portu Glasgowa. 

– Tak i ja sądzę – wtrącił major. 

– Drugiego wiersza całkiem brakuje – mówił dalej John Mangles – lecz w trzecim znajduję dwa bardzo ważne wyrazy: zwei, co znaczy dwaj, i atrosen, albo raczej Matrosen, majtkowie. 

– A zatem – mówiła lady Helena – mowa jest o jakimś kapitanie i dwóch majtkach. 

– Być to bardzo może – odezwał się lord Glenarvan. 

– Przyznam się waszej dostojności, że następny wyraz graus niemałego nabawia mię kłopotu. Nie wiem, jak go tłumaczyć. Może go nam wyjaśnić trzecia kartka. Co zaś do dwu ostatnich wyrazów, te objaśnić bardzo łatwo: bringt ihnen znaczy nieście im – co, przyłożywszy do angielskiego wyrazu assistance, jak i tamte znajdującego się w siódmym wierszu, będziemy mieli razem; nieście im pomoc. 

– Tak, nieście im pomoc! – zawołał lord Edward – lecz gdzież są ci nieszczęśliwi? Dotąd nie mamy najmniejszej wskazówki miejsca, w którem się przytrafił wypadek rozbicia. 

– Może kartka, pisana po francusku, da nam w tym względzie jakie objaśnienie – dodała lady Helena. 

– Przejdźmy do francuskiego dokumentu, a tem łatwiejsze będą nasze badania i domysły, że język ten znamy wszyscy. 

Trzecia kartka nosiła te wyrazy: 

  troi ats tannia 

  gonie austral 

  abor 

  contin pr cruel indi 

  jeté ongit 

  et 37° 11′ 

 – A widzicie panowie – zawołała lady Helena – tu już mamy cyfry... 

– Idźmy porządkiem – mówił lord Glenarvan – zaczynajmy od początku. Pozwólcie mi rozebrać jeden po drugim te wyrazy rozrzucone i niezupełne. Z pierwszych zaraz liter widać, że chodzi o jakiś statek trzymasztowy, którego nazwę ˝Britannia˝ łatwo złożyć można z kartek angielskiej i francuskiej. Z dwu następnych wyrazów: gonie i austral ostatni tylko ma jakieś znaczenie. 

– Jest to szczegół bardzo ważny – wtrącił John Mangles – rozbicie miało miejsce na półkuli południowej. 

– Nie jest to jeszcze tak bardzo jasne – odezwał się major. 

– Idę dalej – mówił lord Edward. – Następuje wyraz abor, rdzeń słowa aborder. Ci nieszczęśliwi przybili więc gdzieś do brzegu. Ale gdzież? Contin! czyżby ten wyraz miał znaczyć continent (ląd stały?) Cruel!... 

– Cruel – zawołał John Mangles – ależ to doskonale tłumaczy niemiecki wyraz graus... grausam... okrutny! 

– Idźmy dalej! idźmy dalej! – wołał niecierpliwie Glenarvan rozciekawiony. – Indi, znaczy zapewne Indje, gdzie ci biedacy zostali wyrzuceni. Cóż znowu znaczy wyraz ongit? – Ach! longitude (długość)! a tu szerokość: trzydzieści siedem stopni, jedenaście minut. Mamy nakoniec jakąś wskazówkę dokładniejszą. 

– Lecz brakuje stopnia długości – rzekł Mac Nabbs. 

– Trudnoż wszystkiego naraz żądać, kochany majorze – odpowiedział lord Edward – dokładnie oznaczony stopień szerokości także ma swoją wartość. Kartka, po francusku pisana, jest ze wszystkich najdokładniejsza. Widoczną jest rzeczą, że wszystkie trzy są tylko dosłownem tłumaczeniem tegoż samego tekstu, bo wszystkie mają jednaką liczbę wierszy. Trzeba je przeto złożyć teraz razem, przetłumaczyć na jeden język i wynaleźć najprawdopodobniejsze i najzrozumialsze ich znaczenie. 

A na jakiż język chcecie zrobić to tłumaczenie? – zapytał major. 

– Na francuski – odpowiedział Glenarvan – bo w nim najwięcej przechowało się wyrazów zrozumiałych. 

– Wasza dostojność ma rację – odezwał się John Mangles – tem więcej, że wszyscy, jak tu jesteśmy, znamy ten język wybornie. 

– Zaczynam tedy; spróbuję złożyć w całość te wyrazy i ułamki zdań, zachowując ściśle przerwy, jakie pomiędzy niemi natrafiamy, i uzupełniając sens tam, gdzie on jest widoczny i niewątpliwy. Potem wszystko to porównamy i osądzimy, co wnosić należy. 

Glenarvan pochwycił pióro i wkrótce potem podał towarzystwu papier, na którym nakreślone były wiersze następujące: 

  7 juin 1862 troismâts ˝Britannia˝ Glasgow 

  sombré gonie austral 

  à terre deux matelots 

  capitaine Gr abor 

  contin pr cruel indi 

  jeté ce document de longitude 

  et 37° 11′, de latitude Portez-leur secours 

  perdus 

 W tej chwili jeden z majtków przyszedł uwiadomić kapitana, że ˝Duncan˝ wpływał do zatoki Clyde, i pytał go o rozkazy. 

– Jakie są zamiary waszej dostojności? – rzekł John Mangles, zwracając się z zapytaniem do lorda Glenarvan. 

– Dostać się do Dumbarton jak najprędzej, skąd lady Helena powróci do Malcohn Castle, a ja pojadę do Londynu i przedstawię dokument ministerstwu marynarki. 

John Mangles wydał potrzebne rozkazy, które majtek odniósł do spełnienia porucznikowi. 

– Teraz, kochani przyjaciele – mówił lord Edward – prowadźmy dalej nasze poszukiwania; zdaje się, że trafiliśmy na ślad ważnej jakiejś katastrofy. Życie kilku ludzi zależy od naszej domyślności, użyjmy więc wszystkich sił naszej inteligencji do odgadnięcia tej nieszczęsnej zagadki. 

– Jesteśmy gotowi, kochany Edwardzie – rzekła lady Helena. 

– Najprzód – mówił Glenarvan – trzeba w tym dokumencie zwrócić uwagę na trzy rzeczy: l-mo, co wiemy, 2-do, czego się domyślamy i 3-tio, czego nie wiemy. Cóż tedy wiemy? – Wiemy, że 7-go czerwca r. 1862 trzymasztowy okręt ˝Britannia˝ z Glasgowa zatonął; że dwaj majtkowie i kapitan rzucili niniejszy dokument na morze pod 37° 11′ szerokości i że żądają pomocy. 

– Nic prawdziwszego – odezwał się major. 

– Przejdźmy do tego, czego się domyślamy – mówił dalej Glenarvan. – Najprzód: że rozbicie zdarzyło się na wodach południowych, a dalej zwracam uwagę waszą na wyraz gonie: czy nie jest on zakończeniem francuskiem nazwy kraju, o który chodzi? 

Ach! Patagonja (Patagonie) – zawołała lady Helena. 

– Nieinaczej, kochana żono. 

– Ale czy przez Patagonję przechodzi trzydziesty siódmy równoleżnik? – zapytał major. 

– To łatwo sprawdzić – rzekł John Mangles, rozkładając mapę Ameryki Południowej. – Tak jest, niezawodnie: trzydziesty siódmy równoleżnik przecina Arankonję i północne prowincje Patagonji, wreszcie ginie w Atlantyku. 

– Dobrze – ciągnął Glenarvan – posuwajmyż się w naszych domysłach. Dwaj majtkowie i kapitan dostają się na ląd, jak to wskazują niedokończone wyrazy abor... (aborder) i contin... (continent). Uważajcież dobrze: dostają się na ląd, a nie na wyspę. Cóż się dalej z nimi dzieje? – To odgadnąć mamy z dwu niepojętych głosek, pr.. Ci nieszczęśliwi są widocznie schwytani (pris), lub niewolnikami (prisonniers), ale czyimi? Okrutnych Indjan. W moim przynajmniej umyśle miejsca próżne na papierze w taki wypełniają się sposób. Nie wiem wszakże, czy i wy, kochani towarzysze, podzielacie ten mój sposób widzenia rzeczy. 

Glenarvan mówił z gruntownem przekonaniem, które w oczach jego czytać się dawało; zapał jego przeniknął wszystkich obecnych i ci zgodnie zawołali: 

– Tak jest! tak jest! widocznie! inaczej być nie może! 

Po krótkiej przerwie, lord Edward tak mówił dalej: 

– Wszystkie te przypuszczenia, drodzy moi przyjaciele, zdają mi się być dostatecznie usprawiedliwione. Według mojego przekonania, wypadek zdarzył się na wybrzeżach Patagonji. Zresztą każę zapytać w Glasgowie, dokąd odpłynął okręt ˝Britannia˝ – z tego łatwo odgadniemy, czy mógł być zapędzony w te okolice. 

– Nie potrzebujemy posyłać tak daleko – wtrącił John Mangles. – Ja mam tu cały komplet handlowego dziennika Mercantile and Shipping Gazette, z którego najdokładniejsze powziąć możemy wiadomości. 

– Zobaczmyż, zobaczmyż! – niecierpliwie domagała się lady Glenarvan. 

John Mangles wziął pakę gazet z roku 1862 i zaczął je szybko przerzucać; po niedługiem szukaniu, z radością zawołał: 

„30 maja r. 1862 Peru. Z Callao ładunek do Glasgowa, okręt ˝Britannia˝, kapitan Grant”. 

– Grant! – zawołał Glenarvan – ten śmiały Szkot, który chciał założyć Nową Szkocję na wodach Oceanu Spokojnego! 

– Tak jest – odrzekł John Mangles – ten sam, który w roku 1861 wypłynął z Glasgowa na okręcie ˝Britannia˝ i o którym aż dotąd żadnej niema wiadomości. 

– To już najmniejszej nie ulega wątpliwości – zawołał Glenarvan. – To on! to ten sam! Wszystko jest jasne i oczywiste. Okręt ˝Britannia˝ opuścił Callao 30-go maja, a 7-go czerwca, to jest w ośm dni po odjeździe, zatonął na wybrzeżach Patagonji. W tych kilku napozór niezrozumiałych i nieczytelnych wyrazach mamy całą tę historję. Tak tedy domysły nasze okazują się zupełnie uzasadnione. Jednej więc już tylko rzeczy nie wiemy, to jest stopnia długości... 

– Który nam jest zupełnie teraz niepotrzebny – odezwał się John Mangles – skoro znam kraj i wiem stopień szerokości, to podejmuję się trafić odrazu do miejsca, w którem okręt uległ rozbiciu. 

– Więc tedy wiemy wszystko, co nam wiedzieć potrzeba? – spytała lady Glenarvan. 

– Wszystko, droga moja Heleno; wyrazy, które woda morska zmyła na dokumencie, dopełnię teraz bez trudu, jakby mi je sam kapitan Grant dyktował. 

To mówiąc, lord Glenarvan pochwycił pióro i bez najmniejszego namysłu zredagował notatkę następującą: 

 "Dnia 7-go czerwca 1862 r. trzymasztowy okręt ˝Britannia˝ z Glasgowa zatonął na wybrzeżach Patagonji, na półkuli południowej. Kierując się ku ziemi, dwaj majtkowie i kapitan Grant próbuje, czy nie uda im się dobić do lądu, gdzie popadną w niewolę okrutnych Indjan. Rzucają ten dokument pod... stopniem długości i 37° 11′ szerokości. Nieście im pomoc, lub zginą."

 – Wybornie! wybornie! drogi Edwardzie – zawołała lady Helena – i jeśli ci nieszczęśliwi wrócą kiedy do swej ojczyzny, tobie to tylko samemu zawdzięczać będą. 

– A wrócą z pewnością – zawołał Glenarvan. – Dokument ten zbyt jest jasny i wyraźny, aby Anglja namyślać się mogła, czy biec z pomocą trzem swoim synom, zapędzonym gdzieś na puste wybrzeża. – A to, co uczyniła dla Franklina i tylu innych, uczyni dziś dla nieszczęśliwych rozbitków z okrętu ˝Britannia˝. 

– A może – dodała lady Helena – ci biedacy mają rodziny, które opłakują ich stratę. Może ten biedny kapitan Grant ma żonę, dzieci... 

– Masz słuszność, kochana lady, zaraz ich uwiadomię o losie ojca i zapewnię, że bynajmniej nadziei tracić nie powinni. Teraz zaś, kochani przyjaciele, każdy na swoje miejsce, bo się zbliżamy do portu. 

Istotnie ˝Duncan˝, płynąc całą siłą pary, minął brzegi wyspy Bute, wpłynął na wąską zatokę, zawrócił około Greenock i o szóstej wieczorem zarzucił kotwicę u stóp bazaltowej skały Dumbartonu, na której wierzchołku stał sławny pałac znanego bohatera szkockiego, Wallace'a. 

Tam czekał powóz, zaprzężony w konie pocztowe, mający odwieźć do Malcolm-Castle lady Helenę i majora Mac-Nabbs. Lord Glenarvan, uścisnąwszy młodą małżonkę, siadł na pośpieszny pociąg drogi żelaznej glasgowskiej. 

Lecz przed odjazdem jeszcze szybszemu na wszystko posłańcowi powierzył ważną depeszę i rzeczywiście w kilka minut potem telegraf elektryczny przyniósł do gazet: Times i Morning-Chronicle ogłoszenie następującej treści: 

„Kto chce mieć wiadomości o losie trzymasztowego okrętu ˝Britannia˝, który z kapitanem Grant wypłynął z Glasgowa, niech się zgłosi do lorda Glenarvan; Malcolm-Castle, Luss, hrabstwo Dumbarton – w Szkocji. 

Rozdział III. Malcolm-Castle.

Zamek Malcolm, jeden z najpoetyczniejszych w Szkocji, wzniesiony jest ponad piękną doliną wioski Luss, a czyste wody jeziora Lomond obmywają granitowe podstawy jego murów. Od niepamiętnych czasów należał on do rodziny Glenarvan, która w ojczyźnie Rob-Roya i Fergusa Mac-Gregora przechowała w czystości tradycje gościnnych obyczajów starych bohaterów walterskotowskich. W epoce rewolucji socjalnej w Szkocji, ci z wasalów, którzy nie mogli dawnym naczelnikom klanów zbyt wygórowanych opłacać dzierżaw, zostali usunięci; jedni poumierali z głodu, drudzy zostali rybakami, a inni nareszcie wyemigrowali. Rozpacz była powszechna. Jedna tylko rodzina Glenarvanów zachowała to przekonanie, że dotrzymanie słowa równie obowiązuje wielkich i małych, i nie naruszyła stosunków swych z dzierżawcami. Ani jeden z nich nie opuścił rodzinnej swej strzechy i ziemi, w której spoczywały prochy jego przodków; wszyscy pozostali w klanie swych dawnych wodzów. Dlatego też w tej epoce nawet, w tym wieku obojętności i niezgody, rodzina Glenarvan miała samych jedynie Szkotów tak w zamku Malcolm, jak i na pokładzie ˝Duncana˝; wszyscy oni byli potomkami wasalów Mac-Gregora, Mac-Farlane'a, Mac-Nabbsa, Mac-Naugthonsa, to jest byli synami hrabstw Sterlingu i Dumbartonu. Dzielni ci ludzie duszą i ciałem oddani byli swemu panu, a niektórzy z nich dotąd jeszcze nie zapomnieli dawnego narzecza starej Kaledonji. 

Lord Glenarvan był panem ogromnego majątku, którego używał szczodrze na cele dobroczynne; dobroć serca przewyższała jeszcze wrodzoną mu szlachetność i hojność. Pan Lussy, laird Malcolmu, był reprezentantem swego hrabstwa w izbie lordów, lecz w charakterze legitymisty-jakóbity. Niewiele dbając o przypodobanie się domowi Hanowerskiemu, źle też był widziany przez angielskich mężów stanu, szczególniej zaś dlatego, że trzymał się starych tradycyj swych przodków i energiczny stawiał opór wdzieraniu się „tradycyj południowych” w sferę polityczną. 

Przy tem wszystkiem lord Edward Glenarvan nie był człowiekiem ani zacofanym, ani krótkowidzącym, ani ograniczonej inteligencji. Owszem, bramy jego hrabstwa otworem stały dla wszelkiego postępu; ale w duszy pozostawał Szkotem i dla sławy to Szkocji z jachtami swemi stawał do zapasów na wszystkie gonitwy i walki, ogłaszane przez „Królewski Jachtowy Klub na Tamizie”. 

Edward Glenarvan miał trzydzieści dwa lata; był wysokiego wzrostu, rysów twarzy nieco surowych; miał nieopisaną słodycz spojrzenia, a cała postawa jego tchnęła urokiem górskiej poezji „high-landu”. Znany był jako waleczny, przedsiębiorczy, zuchwały „Fergus” XIX wieku, lecz zarazem dobry nad wszelki wyraz. 

Lord Glenarvan od trzech dopiero miesięcy zaledwie był żonaty; poślubił on miss Helenę Tuffnel, córkę słynnego podróżnika Wiliama Tuffnela, który sam był jedną z licznych ofiar nauk geograficznych i zgubnej namiętności do odkryć. 

Miss Helena nie należała do szlacheckiej rodziny, ale była Szkotką, co w oczach lorda Glenarvan miało największą wartość – i młodą tę, powabną, odważną i przywiązaną dziewicę pan na Lussy wybrał na dozgonną swą towarzyszkę. Poznał ją żyjącą samotnie, sierotę, prawie bez majątku, mieszkającą w domu ojcowskim w Kilpatrick. Odrazu odgadł w niej zacną niewiastę i poślubił ją bez namysłu. Miss Helena miała dwadzieścia dwa lata, blond włosy i oczy jasno-niebieskie, jak woda na szkockich jeziorach w pięknym wiosny poranku. Miłość jej dla męża była większa jeszcze niż wdzięczność. Kochała go tak, jakgdyby to ona była bogatą dziedziczką, a on ubogim sierotą opuszczonym. Dzierżawcy, włościanie i słudzy duszę by za nią oddali z ochotą i nazywali ją: nasza dobra pani z Luss. 

Lord Glenarvan i lady Helena żyli szczęśliwi w Malcolm-Castle, w pośród wspaniałej i dzikiej zarazem natury kraju górzystego, przechadzając się pod cieniem starych kasztanów, brzmiących jeszcze niekiedy echem dawnych wojennych pieśni (pibrochs), lub błądząc wśród opustoszałych wąwozów, gdzie historja Szkocji w odwiecznych wypisana jest zwaliskach. To błądzili po lasku brzezinowym czy modrzewiowym, wpośród obszernych płaszczyzn, zasianych pożółkłym wrzosem, to wdzierali się na strome szczyty Ben Lomondu, albo konno przebiegali puste odłogi, napawając się pięknościami tej poetycznej krainy, dotąd jeszcze nazywanej „Krainą Rob Roya”, którą z takim czarującym talentem opiewał Walter-Scott nieśmiertelny. Przy zapadającym zmroku, gdy na horyzoncie rozbłysła jasna latarnia Mac-Farlane'a, przy świetle jej chodzili po galerji, okalającej zamek Malcolm, a tam zadumani, samotni, nie pomnąc o reszcie świata, wśród poważnego milczenia natury, marzyli długo, mile... aż ich noc chłodna ostrzegła nareszcie, że potrzeba powrócić do komnat zamczyska. 

Tak im przeszły pierwsze po ślubie miesiące. Lecz lord Glenarvan nie zapomniał, że żona jego była córką wielkiego podróżnika; domyślał się, że lady Helena musi żywić w duszy wszystkie skłonności swego ojca, i nie mylił się w tym względzie. ˝Duncan˝ został zbudowany nato jedynie, aby lorda i lady Glenarvan przeniósł do najpiękniejszych w świecie krain, na wody morza Śródziemnego, a nawet aż do wysp archipelagu. Łatwo odgadnąć, jaką radość lady Helenie sprawiło oddanie ˝Duncana˝ do jej rozporządzenia. Bo i rzeczywiście, czyż jest większe szczęście, jak upajać się wrażeniami pierwszej miłości pod zachwycającem niebem Grecji i miesiąc miodowy spędzić na czarownych wybrzeżach Wschodu! 

Tymczasem lord Glenarvan pojechał do Londynu. Ponieważ chodziło o ocalenie biednych rozbitków, zatem chwilowe to oddalenie się męża więcej niecierpliwiło, niżeli zasmucało lady Helenę. Nazajutrz rano depesza od męża otrzymana uwiadamiała ją o rychłem jego powrocie; wieczorem tegoż dnia odebrała list, w którym prosił ją o przedłużenie urlopu, bo propozycje jego napotkały na niejakie trudności; trzeciego dnia lady Helena znowu otrzymała od męża list, w którym lord nie taił swego niezadowolenia z admiralicji. 

Od tej chwili lady Helena poczęła być niespokojna. Wieczorem, gdy sama siedziała w swym pokoju, intendent zamku, p. Halbert, wszedł z zapytaniem, czy lady pozwoli wprowadzić do siebie nieznane dziewczę z chłopczykiem, którzy pragną widzieć się z lordem Glenarvan. 

– Czy są z tych stron? – spytała lady Helena. 

– Nie, pani – odrzekł intendent – nie znam ich; do Balloch przybyli koleją, a z Balloch do Luss przyszli pieszo. 

– Poproś ich, panie Halbert – rzekła lady Glenarvan. 

Intendent wyszedł. W chwilę potem młoda para wprowadzona była do pokoju lady Heleny. Byli to brat i siostra; podobieństwo rysów pokazywało to na pierwszy rzut oka. Siostra miała lat szesnaście; piękna jej, choć tchnąca niejakiem strudzeniem twarzyczka, oczy, na których znać było, że często i długo płakały, postawa pełna rezygnacji i odwagi, skromna, lecz porządna i czysta odzież, dobrze o niej świadczyły. Trzymała ona za rękę chłopczyka dwunastoletniego, który z postawy pragnąłby uchodzić za opiekuna i protektora swej starszej siostry. I rzeczywiście, ktoby chciał jej ubliżyć, niełatwą miałby sprawę z tym zuchwałym malcem. 

Siostra zmieszała się trochę w obecności lady Heleny, lecz ta, zachęcając ją uprzejmem, dobrotliwem wejrzeniem, rzekła: 

– Macie mi coś do powiedzenia, moje dzieci? 

– Nie – odpowiedział śmiało chłopiec – nie z panią, lecz z lordem Glenarvan pragnęlibyśmy pomówić. 

– Daruj mu pani jego śmiałość – rzekła wtedy dziewczynka, karcąc brata wzrokiem. 

– Niema w tej chwili w zamku lorda Glenarvana – powiedziała lady Helena – lecz jestem jego żoną i mogę go wam w zupełności zastąpić. 

– Pani jest lady Glenarvan? – zawołało dziewczę. 

– Tak jest, miss. 

– Żoną lorda Glenarvan z Malcolm-Castle, który w Timesie ogłosił, że ma wiadomość o rozbitym okręcie ˝Britannia˝? 

– Tak, tak! – z niecierpliwością powtórzyła lady Helena – a wy... 

– Ja jestem miss Grant, pani, a on jest moim bratem. 

– Miss Grant! miss Grant! – zawołała lady Helena, chwytając dziewczynkę za ręce i ciągnąc ją ku sobie – a potem nagle obróciła się do malca i szczerze go ucałowała. 

– Pani – rzekło dziewczę – co wiesz o nieszczęściu mojego ojca? Czy on żyje? Czy go kiedy zobaczymy? Powiedz mi, błagam cię!... zaklinam na wszystko. 

– Moje dziecię – odparła lady Helena – nie chciałabym lekkomyślnie odpowiedzieć na tak ważne pytanie, aby cię nie łudzić. 

– Mów pani, mów na Boga! mam siłę do zniesienia wszelkiej boleści... mogę słuchać wszystkiego. 

– Moje drogie dziecię – rzekła znowu lady Helena – bardzo słabą mamy nadzieję, lecz przy Bożej pomocy może kiedyś zobaczycie jeszcze waszego ojca. 

– Boże mój, Boże! – zawołała miss Grant, nie mogąc powstrzymać łez radości; mały Robert tymczasem pocałunkami okrywał ręce lady Heleny. 

Gdy minęło to pierwsze wrażenie bolesnej radości, dziewczę zarzuciło pytaniami dobrą lady Glenarvan, która opowiedziała jej całe zdarzenie ze znalezionemi w butelce papierami, pozwalającemi się domyślić, że okręt ˝Britannia˝ zabłąkał się na wybrzeżach Patagonji; że po jego rozbiciu się, kapitan z dwoma, jacy przy życiu zostali, majtkami, musiał dostać się na ląd; że nareszcie w tym dokumencie, spisanym w trzech językach i powierzonym falom oceanu, żądają, by im przybyć z pomocą. 

W czasie tego opowiadania, Robert Grant pożerał oczyma lady Glenarvan; życie jego zdawało się zależeć od słów, przez nią wymawianych. W dziecięcej jego wyobraźni żywo rysowały się obrazy niebezpieczeństw, na jakie ojciec jego w tej chwili mógł być narażonym; widział go jużto na pokładzie Britannji, jużto tonącego w fa1ach oceanu, lub też pomagał mu myślą wspinać się na skałę, mającą uratować mu życie. Po kilkakroć przerywał opowiadanie lady Heleny wykrzyknikami: 

– Mój ojcze! mój biedny ojcze! 

Dziewczę ze złożonemi rękami, całe drżące, powstrzymując dech, słuchało opowiadania, nie przerywając go ani jednym wyrazem; po skończeniu zaś zawołała, zalewając się łzami: 

– Ten papier, oh! daj mi pani ten papier! 

– Nie mam go już, moje dziecię – odpowiedziała lady Helena. 

– Już go pani nie masz! 

– W interesie waszego ojca lord Glenarvan musiał go zabrać do Londynu; lecz upewniam cię, że co do słowa powtórzyłam ci treść jego. 

– Ale pragnęłabym widzieć pismo mojego ojca. 

– Jutro może lord Glenarvan powróci. Mąż mój przez pokazanie tego dokumentu chce nakłonić ministra marynarki do bezzwłocznego wysłania okrętu na poszukiwanie kapitana Granta. 

– Czy być może pani! uczyniliście to dla nas? 

– Tak, moja droga miss, i co chwila oczekuję powrotu mojego męża. 

– Pani! – rzekło dziewczę głęboko wzruszone i podniecone – niech wam Niebo zapłaci za tę dobroć i łaskę! 

– Drogie dziecię – rzekła lady Helena – nie zasługujemy na żadną wdzięczność: każdy inny na naszem miejscu zrobiłby toż samo. Oby się tylko spełniły błogie nasze nadzieje! Tymczasem, do powrotu lorda Glenarvan pozostańcie w zamku... 

– Pani – odezwała się miss Grant – nie śmiemy nadużywać współczucia, jakie raczysz okazywać nieznajomym... 

– Nieznajomym! moje drogie dziecię, ani ty, ani brat twój nie jesteście obcymi w tym domu, a przedewszystkiem pragnę, aby za swym powrotem lord Glenarvan mógł powiedzieć dzieciom kapitana Granta o tem, co się da uczynić dla ocalenia ich ojca. 

Nie można było nie przyjąć tak serdecznej ofiary. Stanęło więc na tem, że miss Grant i brat jej Robert czekać będą w Malcolm-Castle powrotu lorda Glenarvan. 

Rozdział IV. Propozycja lady Glenarvan.

Podczas opowiadania lady Helena nie wspomniała ani o obawach swego męża, wyrażonych w liście jego, pisanym z Londynu, ani też o przypuszczalnej niewoli kapitana Granta u Indjan Ameryki Południowej. Bo i nacóż było zasmucać biedne dzieci obrazem okropności położenia ich ojca? Dlaczego niszczyć lub umniejszać nadzieje, rodzące się w ich duszy? W każdym razie nicby to ani pomóc, ani odmienić nie mogło. Lady Helena wolała zatem przemilczeć wszystkie niemiłe okoliczności, a odpowiedziawszy na zapytania miss Grant, zkolei rozpytywać ją poczęła o szczegóły jej życia i o stanowisko w tym świecie, w którym zdawała się być jedyną opiekunką swego braciszka. 

Wzruszające a szczere opowiadanie dziewczęcia zwiększyło tylko sympatję, jaką od pierwszej chwili uczuła dla niej lady Glenarvan. 

Miss Mary i Robert Grant byli jedynemi dziećmi kapitana. Harry Grant utracił żonę, która umarła przy wydaniu na świat Roberta, a wyjeżdżając na długie i dalekie podróże, dzieci swe powierzał opiece poczciwej staruszki, swej krewnej. Kapitan Grant był odważnym marynarzem, znał wybornie swe rzemiosło, był zarówno dobrym żeglarzem, jak i kupcem – to jest posiadał dwa przymioty nieodzownie potrzebne w marynarce handlowej. Mieszkał wraz z dziećmi swemi w mieście Dundee, w hrabstwie Perth w Szkocji, i stamtąd też pochodził. Ojciec jego był pastorem; dał mu wykształcenie wszechstronne w tem przekonaniu, że ono każdemu, nawet marynarzowi, przydać się może. 

Kapitan Harry prowadził i na swoją rękę niewielkie interesy handlowe, które mu się dość powodziły, tak, że w kilka lat po urodzeniu się Roberta zebrał już był maleńką fortunę. 

Wtedy to w umyśle jego zrodziła się myśl, która imię jego rozsławiła w całej Szkocji. Jak Glenarvanowie oraz kilka innych znakomitych rodzin, tak Grant nie przylgnął sercem do zaborczej Anglji. Według jego przekonań i pojęć interesy jego kraju nie mogły się pogodzić z interesami i widokami Anglosasów; dla nadania tym interesom rozwoju bardziej samoistnego, postanowił założyć wielką osadę szkocką na jednym z lądów Oceanji. Czy marzył on o takiej niezawisłości, jakiej przykład dały Stany Zjednoczone, jaką kiedyś zdobędą dla siebie Indje i Australja? Być może. Być może nawet, że nie wahał się wygłaszać swych nadziei. Łatwo więc zrozumieć, że rząd odmawiał swej pomocy w owych projektach kolonizacyjnych, a nawet stawiał mu trudności, które w każdym innym kraju byłyby zniechęciły umysł najbardziej nawet przedsiębiorczy. Lecz Harry nie tak łatwo dawał się zniechęcić: odwołał się do patrjotyzmu swych rodaków, poświęcił cały swój majątek, zbudował okręt, a dobrawszy sobie ludzi pewnych i powierzywszy dzieci swoje opiece zacnej staruszki krewnej, puścił się na zwiedzenie wielkich wysp Oceanu Spokojnego. Było to w roku 1861. Przez rok cały, to jest aż do 1862, miano o nim ciągle wiadomości; lecz od wyjazdu jego z Callao w czerwcu nie słyszano już więcej o statku ˝Britannia˝, a Gazeta Morska nic nie donosiła o losie kapitana. 

W tym właśnie czasie umarła stara krewniaczka Granta, a dzieci pozostały bez opieki. 

Marja Grant miała wtedy lat czternaście; mężnego umysłu dziewczynka nie ulękła się nowego, acz nader krytycznego położenia i poświęciła się całkowicie swemu braciszkowi, który podówczas był jeszcze dziecięciem. Potrzeba go było wychowywać i uczyć. Biedna dziewczynka pracowała po dniach i nocach, wszystkiego sobie odmawiała, żyła jak najoszczędniej, i przy tak roztropnem a wytrwałem postępowaniu, zdołała godnie odpowiedzieć przyjętym na się obowiązkom matki. 

Dzieci mieszkały w Dundee, znosząc szlachetną nędzę z nadzwyczajną siłą i wytrwałością. Marja myślała tylko o swym bracie; przyszłość jego stała się marzeniem jej życia. Miała głębokie przekonanie, że okręt ˝Britannia˝ na zawsze już był stracony, i że ojciec nie żyje; łatwo więc zgadnąć, z jakiem wzruszeniem przeczytała wypadkowo w Timesie wezwanie lorda Glenarvana, które natchnęło ją nagle otuchą. 

Nie było się co namyślać. Zdecydowała się stanowczo pojechać, choćby poto tylko, aby się dowiedzieć, że zwłoki kapitana Granta i szczątki rozbitego okrętu znaleziono gdzieś daleko na bezludnem wybrzeżu. W każdym razie było to jeszcze lepsze, aniżeli owa wieczna niepewność i niepokój. 

Myślą swą podzieliła się z bratem i tego samego dnia, wsiadłszy na pociąg, dojechali do Perth, a stamtąd przed wieczorem stanęli w Malcolm-Castle, gdzie po tylu przebytych cierpieniach w duszy jej zabłysnął słaby promyczek nadziei. 

Wszystkie te szczegóły Marja z całą naiwnością i prostotą opowiadała lady Helenie, która do głębi serca wzruszona, cisnęła do swojej piersi niewinne główki dzieci kapitana Granta, oblewając je łzami serdecznego współczucia. 

Robert, jakby po raz pierwszy słyszał całą tę historję, z niezmiernem zajęciem chwytał wyrazy opowiadania swej siostry. 

Tymczasem zmrok zapadł; lady Helena, wiedząc, jak dzieci utrudzone są podróżą, prosiła je, aby udały się na spoczynek. Odprowadzone do przeznaczonego im pokoju, usnęły wkrótce, marząc o lepszej dla siebie przyszłości. 

Po ich odejściu, lady Helena kazała poprosić do siebie majora i opowiedziała mu wszystko. 

– Zuch dziewczyna z tej Marji Grant – rzekł Mac-Nabbs, wysłuchawszy opowiadania kuzynki. 

– Daj Boże, aby mężowi mojemu powiodły się jego starania – powiedziała lady Helena – bo inaczej, położenie tych dwojga dzieci byłoby okropne. 

– Zamiary mojego dostojnego kuzyna powiodą się – odrzekł Mac-Nabbs – powiodą się pewno, chybaby lordowie admiralicji mieli serca twardsze od kamienia portlandzkiego. 

Pomimo takiego zapewnienia, lady Helena spędziła noc bardzo niespokojnie i nie mogła usnąć ani na chwilę. 

Nazajutrz, ledwie świtać poczęło, Marja Grant i brat jej, Robert, przechadzali się już po wielkim dziedzińcu zamkowym, gdy nagle słyszeć się dał turkot nadjeżdżającego powozu. Lord Glenarvan wracał śpiesznie do Mancolm-Castle, a w parę minut potem lady Helena wybiegła na spotkanie męża; za nią zaś podążał major. 

Lord Edward zdawał się smutny, zawiedziony, gniewny; żonę uścisnął w milczeniu. 

– I cóż, drogi Edwardzie! – zawołała lady Helena. 

– Ha! kochana Heleno – odrzekł lord Glenarvan – ci ludzie są bez serca. 

– Odmówili... 

– Tak jest, odmówili mi okrętu! Mówili wciąż o miljonach, straconych napróżno przy poszukiwaniach Franklina! Utrzymywali, że dokument, przeze mnie przedstawiony, jest niejasny, niewyraźny; powiedzieli, że ci nieszczęśliwi zaginęli już przeszło od dwu lat i że niepodobna przeszukiwać całej Patagonji dla wynalezienia trzech ludzi – trzech Szkotów! – że poszukiwanie to będzie nadaremne i niebezpieczne, bo może kosztować więcej ludzi, aniżeli ocalić można. Słowem, przytoczyli wszystkie najbezzasadniejsze powody, jakie tylko dać mogą ludzie, chcący odmówić. Nie zapomnieli widać o zamiarach kapitana, i biedny Grant jest już, jak się zdaje, na zawsze stracony! 

– Mój ojciec! mój nieszczęśliwy ojciec! – krzyknęła Marja Grant, padając do nóg lorda Glenarvan. 

– Twój ojciec! Jakto miss? – zapytał lord zdziwiony. 

– Tak, Edwardzie, to jest miss Marja i jej brat Robert, dwoje dzieci kapitana Granta, które wyrok admiralicji skazuje na wieczne sieroctwo. 

– Ah! miss – rzekł lord Glenarvan, podnosząc dziewczę – gdybym był wiedział o twojej tu obecności... 

Nie dokończył swej myśli! Przykre, łkaniami tylko przerywane milczenie panowało przez chwilę. Nikt nie śmiał się odezwać, ani lord Glenarvan, ani lady Helena, ani major, ani tem bardziej nikt ze służby zamkowej, otaczającej w milczeniu swego pana; lecz z postawy i rysów całego tego zgromadzenia Szkotów widać było, że protestowali w duszy przeciw postąpieniu rządu angielskiego. 

Po dość długiej przerwie, major, zwracając się do lorda Glenarvana, rzekł: 

– Więc już żadnej niema nadziei? 

– Żadnej. 

– No, to ja – zawołał mały Robert – ja pójdę jeszcze do tych ludzi, zajrzę im w oczy, a zobaczymy... 

Robert nie dokończył pomyślanej groźby, bo go siostra powstrzymała – ale zaciśnięta pięść dowodziła niebardzo pokojowego usposobienia chłopca. 

– Nie, Robercie, nie – rzekła Marja Grant – podziękujmy tym zacnym i szlachetnym ludziom za wszystko, co dla nas uczynili, przechowajmy w sercach wieczną dla nich wdzięczność i oddalmy się stąd oboje. 

– Marjo! – zawołała lady Helena, 

– Dokąd chcesz iść miss? – zapytał lord Glenarvan. 

– Pójdę rzucić się do nóg królowej – odpowiedziało dziewczę – a zobaczymy, czy zdoła pozostać głuchą na prośby dwojga dzieci, żebrzących o ocalenie życia ich ojca. 

Lord Glenarvan potrząsnął głową; nie żeby miał wątpić o sercu swej najdostojniejszej monarchini, ale dlatego, że pewnym był, iż nie dopuszczą do niej biednej dziewczyny. Suplikanci rzadko docierają do stopni tronu, i zdaje się, że Anglicy na kracie pałacu królewskiego umieścili ten sam napis, jaki kłaść zwykli na kole sterowem każdego ze swych okrętów: 

„Passengers are requested not to speak to the man at the wheel”. 

(Podróżni proszeni są, aby nie rozmawiali ze sternikiem.) 

Lady Helena zrozumiała myśl swego męża; wiedziała dobrze, iż daremne byłyby zabiegi biednej dziewczyny. Myślą przewidywała smutną, okropną przyszłość tych dwojga dzieci – i nagle powzięła zamiar wielki, szlachetny. 

– Marjo Grant – zawołała – powstrzymaj się, dziecię moje, i wysłuchaj, co ci chcę powiedzieć. 

Marja, trzymając brata za rękę, gotowa była już odejść, ale na te słowa zatrzymała się jeszcze. 

Wtedy lady Helena, mając oczy łez pełne, lecz rysy twarzy ożywione, przystąpiła do swego męża i głosem qystym, śmiałym rzekła: 

– Edwardzie! Gdy kapitan Grant pisał ten list i rzucał go w morze, powierzał los swój Bogu. Bóg nam go oddał, nam! i zgodzisz się na to, że nas chciał obrać za narzędzie ocalenia tych nieszczęśliwych. 

– Nie rozumiem cię, lady Heleno – rzekł lord Glenarvan. 

W całem zgromadzeniu panowało głębokie, uroczyste milczenie. 

– Chcę powiedzieć – odparła lady Helena – że dobrze byłoby, gdybyśmy pierwsze chwile naszego małżeństwa dobrym oznaczyli uczynkiem. Drogi mężu, dla zrobienia mi przyjemności projektowałeś wycieczkę na naszym jachcie! Lecz czyż może być większa i prawdziwsza przyjemność, jak ocalić nieszczęśliwych, przez kraj swój opuszczonych? 

– Heleno! – zawołał lord Glenarvan. 

– Ty mnie rozumiesz, Edwardzie; nasz ˝Duncan˝ jest wybornym i dobrze zbudowanym statkiem. Może śmiało puścić się na morza południowe! Może świat objechać dokoła i objedzie w razie potrzeby! Jedźmy Edwardzie! Płyńmy szukać kapitana Granta! 

W odpowiedzi na te śmiałe wyrazy, lord Glenarvan wyciągnął rękę do młodej małżonki, z uśmiechem radości przycisnął ją do serca, a Marja i Robert pocałunkami okrywali jej ręce. 

Podczas tej niemej, wzruszającej sceny, słudzy zamkowi wzruszeni do żywego, jednym, zgodnym zawołali głosem: 

– Wiwat! Niech żyje nasza pani! Wiwat! Po trzykroć wiwat! Na cześć lorda i lady Glenarvan! 

Rozdział V. Odjazd ˝Duncana˝.

Powiedzieliśmy już, że lady Helena miała duszę równie mężną, jak szlachetną; ostatni jej postępek był świeżym, niezaprzeczonym tego dowodem. Lord Glenarvan słusznie chlubił się żoną, która zdolna była zrozumieć go i wszędzie mu towarzyszyć. Myśl pospieszenia z pomocą kapitanowi Grantowi już mu się zrodziła w sercu, gdy odjeżdżał do Londynu i gdy zgóry przewidywał, że prośba jego odrzucona zostanie. Nie wyjawiał tego aż dotąd, bo nie mógł się oswoić z myślą opuszczenia żony ubóstwianej. Lecz gdy lady Helena sama domagać się tego poczęła, wszystkie przeszkody były usunięte. Słudzy zamkowi wdzięcznym okrzykiem radości powitali propozycję swej zacnej pani – chodziło o ocalenie ich braci, Szkotów; a więc i lord Glenarvan sercem powtarzał okrzyki swych podwładnych. 

Skoro odjazd był już postanowiony, nie pozostawało ani jednej godziny do stracenia. Tego samego dnia lord Glenarvan wyprawił do Johna Mangles rozkaz przyprowadzenia ˝Duncana˝ do Glasgowa i przysposobienia wszystkiego, co było potrzebne do dalekiej podróży po morzach południowych, a może i do opłynięcia kuli ziemskiej. Robiąc swą propozycję, lady Helena nie przesadziła bynajmniej przymiotów ˝Duncana˝, zbudowanego tak dobrze, iż posiadał wszystkie warunki trwałości i szybkości, a przeto mógł przedsiębrać i najbardziej oddalone podróże. 

Był to jeden z najpiękniejszych jachtów parowych, pojemności 210 ton, a pierwsze okręty, jakie przybyły do Nowego Świata z Kolumbem, Wespucjuszem, Pinzonem i Magellanem, były daleko mniejsze. [W czwartej swej podróży Krzysztof Kolumb miał cztery okręty, z których największy brał 70, a najmniejszy 50 tylko ton ładunku]. 

˝Duncan˝ był dostatecznie zaopatrzony w żagle, lecz najwięcej mógł liczyć na potężny mechanizm, ukryty w jego wnętrzu. Machina jego, o sile stu sześćdziesięciu koni, zbudowana podług nowego systemu, posiadała wszystkie ulepszone przyrządy, zwiększające działanie pary, poruszającej podwójną śrubę. W razie potrzeby, przy całem natężeniu pary, ˝Duncan˝ mógł przewyższyć wszystkie szybkości, dotąd w żegludze morskiej osiągnięte. I rzeczywiście, na próbach w zatoce Clyde robił po siedemnaście mil na godzinę, a przeto mógł się śmiało puścić w podróż naokoło świata. John Mangles nie miał więc innego kłopotu, jak zaopatrzyć okręt w to, co potrzebne było do podróży. 

Najpierwszem jego staraniem było powiększyć, jak można, składy na węgiel, o który bardzo trudno w drodze; tę samą przezorność zachował i co do śpiżarni, tak, że mógł na dwa lata zabrać zapasów żywności. Pieniędzy mu nie brakło, a więc sprawił jeszcze i armatę, którą umieścił na przednim pokładzie jachtu: niewiadomo było, co zajść może, a w każdym razie narzędzie to dawało możność wyrzucenia ośmiofuntowego pocisku na odległość czterech mil morskich. 

John Mangles, trzeba to przyznać, znał się na swem rzemiośle i uchodził w Glasgowie za jednego z najlepszych żeglarzy. Miał trzydzieści dwa lata, rysy nieco surowe, lecz znamionujące dobroć i odwagę. Był wychowańcem zamku i rodziny Glenarvanów, która go na dzielnego wykształciła marynarza; John Mangles w kilku odleglejszych podróżach złożył niezaprzeczone dowody zręczności, energji i zimnej krwi. Gdy mu lord Glenarvan ofiarował dowództwo ˝Duncana˝, z radością przyjął zaszczyt, bo duszą całą kochał, jak brata swego, pana zamku Malcolm i szukał sposobności do złożenia mu dowodów swego przywiązania. 

Porucznik okrętu, Tom Austin, był starym marynarzem, na zupełne zasługującym zaufanie; licząc z kapitanem i porucznikiem, dwudziestu pięciu ludzi składało osadę ˝Duncan˝a, a wszyscy pochodzili z hrabstwa Dumbarton. Majtkowie dobrze wyćwiczeni byli synami dzierżawców i stanowili na pokładzie okrętu jakby całkowity klan zuchów, któremu nie brakowało nawet tradycyjnego dudarza (piper), jakiego dotąd jeszcze posiadają wszystkie pułki szkockie. Lord Glenarvan stał tedy na czele niewielkiego oddziału, złożonego z ludzi dobrych, odważnych, sumiennych i gotowych, jak to mówią, skoczyć w ogień na rozkaz jego. Gdy ludzie załogi ˝Duncana˝ dowiedzieli się, dokąd mają popłynąć, nieposiadali się z radości, a echa skał Dumbartonu długo powtarzały radosne odgłosy ich okrzyków, pełnych zapału. 

John Mangles, myśląc o naładowaniu, uzbrojeniu i zaopatrzeniu swego okrętu, nie zapomniał także o urządzeniu na tak długą podróż apartamentów dla dzieci kapitana Granta, które także miały odbyć drogę na pokładzie ˝Duncana˝, na życzenie lady Heleny. 

Co do małego Roberta, pragnącego, bądź co bądź, stać się marynarzem, to musiano się zgodzić, że przyjęty będzie na pokład ˝Duncana˝ nie w charakterze podróżnego, lecz chłopca okrętowego, jak niegdyś Nelson i Franklin. Oddany więc był w ręce Johna Manglesa, który miał go uczyć swego rzemiosła. 

– Doskonale! – zawołał chłopiec – a niech kapitan nie żałuje dyscypliny, gdy będę niezgrabny. 

– Bądź o to spokojny, mój chłopcze – odezwał się poważnie obecny temu lord Glenarvan, nie dodając, że użycie dyscypliny nie było w zwyczaju na pokładzie ˝Duncana˝. 

Dla dokładniejszego zapoznania czytelników z osadą ˝Duncana˝, wypada jeszcze wspomnieć o majorze Mac Nabbs. Był to człowiek pięćdziesięcioletni, o rysach twarzy spokojnych i regularnych. Szedł tam, gdzie mu kazano, i robił, co mu polecono; skromny, małomówiący, spokojny i nader łagodny, zgadzający się na wszystko i ze wszystkimi, nigdy nie dysputował, o nic się nie sprzeczał. Takim samym krokiem wchodził na schody, do jego sypialni wiodące, jakim wspinał się na wyłom twierdzy oblężonej; nic w świecie nie zdołałoby go wzruszyć, nic przerazić, choćby to nawet była kula armatnia – i niezawodnie człowiek ten umrze, nie znalazłszy przez całe życie ani jednej sposobności do rozgniewania się na cokolwiek. Człowiek ten posiadał w najwyższym stopniu nietylko zwykłą odwagę żołnierską, ale także i odwagę moralną – to jest stałość duszy. Jedyny błąd, jedyną jego wadę stanowiło to, że od stóp do głów był Szkotem, Kaledończykiem czystej krwi – zapalonym przestrzegaczem starych zwyczajów krajowych. Dlatego też nigdy nie chciał służyć w Anglji, a stopień majora wysłużył sobie w 24-ym pułku Highland-Black-Watch, czarnej gwardji, której kompanje utworzone były z samej tylko szkockiej szlachty. Mac Nabbs, jako krewny Glenarvana, mieszkał w zamku Malcolm, a jako major uważał za zupełnie naturalne uczestniczyć w wyprawie ˝Duncana˝. 

Taki był skład osób na jachcie, który całkiem niespodzianie użyty został do jednej z najbardziej zadziwiających podróży czasów nowoczesnych. Od chwili przybycia do Steamboat-Quay w Glasgowie, zwrócił on na siebie całą uwagę zaciekawionej publiczności; codzień tłumy ogromne cisnęły się dla obejrzenia go; nim się tylko zajmowano, o nim tylko mówiono, ku wielkiemu niezadowoleniu innych kapitanów, w porcie stojących, a szczególniej też kapitana Burtona, dowodzącego pysznym steamerem Scotia, który stał na kotwicy tuż obok ˝Duncana˝ i gotował się w podróż do Kalkuty. Przy olbrzymich rozmiarach steamera, ˝Duncan˝ wyglądał jak mucha, a mimo to ciekawość ogólna wyłącznie zwrócona była na jacht lorda Glenarvan. 

Szybko nadchodziła chwila odjazdu. John Mangles zręcznie i szybko się uwinął, bo w miesiąc po próbach szybkości w zatoce Clyde, ˝Duncan˝ był naładowany, zaopatrzony i urządzony tak, że mógł wypłynąć na morze. Dzień odjazdu oznaczony był na 25 sierpnia, a termin ten dozwalał jachtowi dopłynąć na wiosnę do szerokości geograficznej, pod którą leżą kraje półkuli południowej. 

Skoro się rozeszła pogłoska o zamiarze lorda Glenarvana, zwrócono się do niego z wielu stron z rozmaitemi uwagami i spostrzeżeniami nad trudami i niebezpieczeństwem podobnej podróży; pomimo to jednak trwał niezłomnie w zamiarach opuszczenia Malcolm-Castle. Najprzód zazdrość podniosła przeciw niemu głosy, które ustały wtedy dopiero, gdy opinja publiczna oświadczyła się wyraźnie za lordem szkockim. I wtedy to wszystkie dzienniki (prócz organów rządowych) głośno i jednozgodnie potępiły komisarzy admiralicji w tej sprawie. Lorda Glenarvana tyle obchodziły nagany, co i pochwały – nie troszczył się o nie bynajmniej i robił swoje. 

Dnia 24-go sierpnia Glenarvan, lady Helena, major Mac Nabbs, Marja i Robert Grant, kamerdyner Olbinett i jego żona, oraz panna Olbinett, służąca lady Glenarvan, wyjechali wśród błogosławieństw służby zamkowej i po najczulszych pożegnaniach, z Malcolm-Castle, a w kilka godzin potem już wszyscy znaleźli się na pokładzie okrętu. Ludność sympatycznem uwielbieniem powitała lady Helenę, młodą, piękną i odważną kobietę, która, wyrzekając się dobrowolnie wygodnego życia, biegła na pomoc nieszczęśliwym rozbitkom. Pokoje lorda i lady Glenarvan zajmowały prawie cały tył ˝Duncana˝; urządzono tam dla nich dwie sypialnie, salonik i dwie szatnie; dalej, naokoło ogólnej kwadratowej izby, znajdowało się sześć kajut, z których pięć zajmowali: Marja i Robert Grant, państwo Olbinett i major Mac Nabbs. Na reszcie statku wygodne pomieszczenie miała służba okrętowa, gdyż jacht, oprócz węgla, broni i żywności, żadnego innego ładunku nie zabierał. 

˝Duncan˝ miał wypłynąć w nocy z 24-go na 25-go sierpnia, o godz. trzeciej, zaraz po odpływie morza. Zanim to jednak nastąpiło, ludność Glasgowa była świadkiem wzruszającego obrzędu. O ósmej godzinie z wieczora, lord Glenarvan ze swymi gośćmi i całą załogą, począwszy od palacza do kapitana, opuścił jacht i udał się do Saint-Mungo, starożytnej katedry glasgowskiej. świątynia ta, która tak cudownie ocalała od ruiny w czasach reformy, a którą z takim wdziękiem i prawdą opisał Walter-Scott, przyjęła pod swe ciężkie sklepienie podróżnych i marynarzy ˝Duncana˝. Ogromny tłum ciekawych zaległ wszystkie pozostałe miejsca w kościele. W wielkiej nawie, jak cmentarz zapełnionej grobowcami, wielebny Morton wzywał na głowy podróżnych błogosławieństwa Niebios, błagał o pomoc Wszechmocnej Opatrzności. W chwilach uroczystego milczenia słyszeć było można głos Marji Grant, modlącej się za swych dobroczyńców i roniącej łzy wdzięczności. Całe zgromadzenie do głębi duszy wzruszone opuściło świątynię. 

O jedenastej w nocy, gdy wszyscy byli już na pokładzie, John Mangles z całą załogą zajął się ostatniemi przygotowaniami. 

O północy rozpalono ognie pod kotłami ogniska, a kapitan kazał pilnie je podtrzymywać; wkrótce kłęby czarnego dymu zmieszały się z ciemnością nocną. Żagle ˝Duncana˝ zostały starannie owinięte w pokrowce, aby ich nie powalał pył węglowy; bo właśnie podniósł się wiatr południowo-zachodni, nie sprzyjający żegludze. 

O drugiej rano ˝Duncan˝ zaczął drgać pod działaniem pary w kotłach; manometr wskazywał ciśnienie czterech atmosfer; silnie ogrzana para świszczała przez klapy; przypływ morza ustępował. Pierwsze brzaski dozwalały już rozpoznać dokładnie drogę na kanale Clyde – pora była bardzo stosowna do odjazdu. 

John Mangles zawiadomił o tem lorda Glenarvana, który też bezzwłocznie wyszedł na pomost. 

Odpływ morza kończył się w tej chwili i zaraz też ˝Duncan˝ świstem pary napełnił powietrze, podniósł kotwicę i wypłynął z pomiędzy otaczających go okrętów; śruba została w ruch wprawiona i popchnęła jacht w odnogę rzeki. John nie zabrał pilota. Znał on doskonale wszystkie przejścia i zakręty Clyde; sam wybornie umiał kierować poruszeniami statku; prawą ręką przesyłał w milczeniu sygnały do maszyny, a lewą sternikowi, z pewnością i spokojem. Wkrótce ostatnie kominy fabryczne, znikły z oczu, a miejsce ich zajął widok wiosek, tu i owdzie na pagórkach porozrzucanych wzdłuż wybrzeży. 

W godzinę później ˝Duncan˝ żegnał ostatnie skały Dumbartonu, we dwie godziny wypłynął na pełną zatokę, a o szóstej z rana, opłynąwszy Cantyre, wypłynął z kanału Północnego na pełny Ocean. 

Rozdział VI. Pasażer z kajuty Nr. 6.

W ciągu pierwszego dnia żeglugi morze było dość wzburzone, a pod wieczór powstał wiatr silny, który pochylał jacht na wszystkie strony; damy, znajdujące się na statku, musiały pozostać w swych kajutach. 

Lecz następnego dnia wiatr zmienił kierunek; kapitan John kazał zaciągnąć kilka żagli, czem wzmocniony ˝Duncan˝ silniej opierał się falom. Lady Helena i Marja Grant o brzasku wyszły na pomost, gdzie znajdowali się już lord Glenarvan, major i kapitan. Słońce wschodziło wspaniale; ˝Duncan˝ sunął szybko po gładkiej przestrzeni wód, odbijającej jasne promienie. Podróżni w niemem zachwycie podziwiali ten wspaniały widok. 

– Ślicznie się dzień zaczyna – rzekła wreszcie lady Helena – żeby tylko wiatr nie chciał się zmienić i opóźnić naszej podróży. 

– Nie można lepszej pragnąć pogody, droga Heleno; wyprawa nasza zaczyna się wybornie. 

– Czy długo będziemy w drodze, kochany Edwardzie? 

– Kapitan John może nam na to odpowiedzieć – rzekł lord Glenarvan. – Czy dobrze płyniemy? Czy zadowolony jesteś kapitanie ze statku? 

– Najzupełniej, wasza dostojność – odpowiedział John. – Jacht nasz jest dobry i piękny; rzadko w którym okręcie zdarzy się, aby kadłub jego w takiej z machiną był zgodzie; to też jacht sunie gładko po falach, jak ptak wodny; robimy po siedemnaście mil na godzinę. Gdyby taka szybkość trwała jednostajnie, to za pięć tygodni najdalej opłynęlibyśmy przylądek Horn. 

– Czy słyszysz, Marjo? – rzekła lady Helena – najdalej za pięć tygodni. 

– Słyszę, pani; serce mocniej mi zabiło przy pierwszych zaraz wyrazach kapitana. 

– A jakże znosisz podróż morską, miss Marjo? – zapytał lord Glenarvan. 

– Dość dobrze, milordzie; niewiele czuję przykrości, a zresztą przyzwyczaję się z łatwością. 

– A nasz mały Robert? 

– Oh! Robert – rzekł John Mangles – jeśli nie siedzi przy maszynie, to pewno wdrapał się gdzie na maszt. Ten wcale nie dba o chorobę morską – i w tej oto chwili, proszę patrzeć... 

Oczy wszystkich zwróciły się w stronę, gdzie kapitan wskazywał palcem Roberta, zawieszonego na linach w powietrzu, o sto przeszło stóp nad pokładem. Na twarzy Marji widać było przerażenie. 

– Oh! uspokój się, miss – rzekł John Mangles – ręczę ci za niego i spodziewam się, że niedługo będę mógł kapitanowi Grantowi przedstawić tęgiego zucha w osobie jego syna; bo pewny jestem, że znajdziemy tego zacnego kapitana. 

– Niechaj niebo wysłucha słów twoich i życzeń, panie John – odpowiedziała miss Grant. 

– Moje drogie dziecię – mówił lord Glenarvan – uważam, że w tem wszystkiem jest coś opatrznościowego, co powinno nam dodać odwagi i otuchy. Patrz, ilu tu dzielnych ludzi z taką ochotą poświęca się dla tej pięknej sprawy. To mi daje pewność, że nasz zamiar nietylko udać się musi, ale celu zamierzonego dosięgniemy bez wielkich trudności. Przyrzekłem lady Helenie przejażdżkę dla przyjemności i bodaj czy nie dotrzymam mego przyrzeczenia. 

– Edwardzie – rzekła lady Glenarvan – nie znam lepszego od ciebie człowieka. 

– Bynajmniej, moja droga – nie jestem najlepszym z ludzi; ale na najlepszym okręcie mam najlepszą, jaka być może, osadę. Czy nie podziwiasz naszego ˝Duncana˝, miss Marjo? 

– I owszem, milordzie, podziwiam go, i to jako prawdziwa znawczyni. 

– Czy istotnie! 

– Dzieckiem będąc, bawiłam się nieraz na okrętach mojego ojca i obeznałam się z żeglarstwem o tyle, że od biedy mogłabym uchodzić za niezłego marynarza, gdyby tego była konieczna potrzeba. 

– Czy być może, miss? – zawołał John Mangles. 

– Jeśli tak – wtrącił lord Glenarvan – to w krótkim czasie nasz kapitan stanie się wielkim twoim przyjacielem; bo on nie pojmuje, aby co w świecie mogło dorównać zawodowi marynarza. Według jego pojęć, kobiety nawet marynarce poświęcać się powinny. Nieprawdaż, kapitanie? 

– Bezwątpienia – odpowiedział młody kapitan – a chociaż wolę widzieć miss Marję na pokładzie, niż na maszcie, niemniej jednak przyjemnie mi słyszeć ją tak mówiącą. 

– A szczególnie też, gdy chwali ˝Duncana˝ – dodał lord Glenarvan. 

– Który na to w zupełności zasługuje. 

– Doprawdy, kapitanie – rzekła lady Helena – takiś dumny ze swego jachtu, że bierze mnie ochota zwiedzić go aż do spodu i zobaczyć, jak tam nasi poczciwi majtkowie są pomieszczeni. 

– Przewybornie – odrzekł John – w domu lepiej im być nie może. 

– Bo też rzeczywiście są w domu, droga Heleno – wtrącił lord Glenarvan. – Ten jacht, toć to cząstka naszej starej Kaledonji. Jest to kawałek, oderwany od hrabstwa Dumbartonu; możemy sobie wyobrażać, żeśmy bynajmniej nie opuścili naszego kraju! ˝Duncan˝, to zamek Malcolm, a ocean, to jezioro Lomond. 

– A więc, kochany Edwardzie, czyńże nam honory zamku – odpowiedziała lady Helena. 

– Jestem na rozkazy pani – rzekł Glenarvan – lecz przedewszystkiem pozwól mi uprzedzić Olbinetta. 

Kamerdyner lorda był zarazem stewardem jachtu. Przywykły do ścisłego spełniania poleceń swego pana, na wezwanie stawił się natychmiast, gotowy do usług. 

– Olbinett! Przed śniadaniem idziemy na przechadzkę – rzekł lord Glenarvan, zupełnie jakby szło o zrobienie wycieczki do Tarbet, lub na jezioro Katrine. – Spodziewam się, że za powrotem znajdziemy stół zastawiony. 

Olbinett odpowiedział głębokim i pełnym poszanowania ukłonem. 

– Majorze, czy pójdziesz z nami? – spytała lady Helena. 

– Jeśli rozkażesz – odpowiedział Mac Nabbs. 

– Oh! major utonął w dymie swego cygara – rzekł lord Glenarvan – nie przeszkadzajmy mu; przedstawiam ci go, miss Marjo, jako namiętnego palacza, który, śpiąc nawet, nie wypuszcza z ust cygara. 

Major, nie rzekłszy słowa, pozostał na swem miejscu, a reszta towarzystwa ruszyła na spód okrętu. 

Mac-Nabbs swoim zwyczajem mruknął coś pod nosem i nieporuszony, jak skała, otaczając się coraz gęstszemi kłębami dymu, spoglądał na smugi, jakie jacht poza sobą na wodzie zostawiał. Po kilku minutach takiego niemego zadumania, obejrzał się nagle i spostrzegł obok siebie zupełnie obcego człowieka. Gdyby major zdolny był dziwić się czemukolwiek, niezawodnie spotkanie to niespodziewane byłoby go zdziwiło niezmiernie. 

Nieznajomy był to mężczyzna wysoki, chudy i suchy, mogący mieć lat około czterdziestu; podobny był do długiego gwoździa o dużym łebku – głowę bowiem w rzeczy samej miał szeroką i silną, czoło wysokie i rozumne, podbródek przedłużony, usta duże, a nos bardzo cienki i długi; oczy zaś, ukryte poza ogromnemi okularami, zdawały się posiadać własność widzenia lepiej w ciemności, niż przy blasku światła. Fizjognomja jego wogóle zdawała się zdradzać, zanim jeszcze przemówił, człowieka rozumnego, wesołego, towarzyskiego, rozmownego i jakby roztargnionego, który nie widzi tego, na co patrzy, nie słyszy tego, czego słucha. Na głowie miał czapkę podróżną, na nogach mocne, żółte trzewiki ze skórzanemi kamaszami, spodnie i żakiet z aksamitu orzechowego, a liczne kieszenie, wypchane książkami, albumami, notatkami, pugilaresami i tysiącem innych przedmiotów, więcej kłopotu niż pożytku przynoszących – nie mówiąc już o długiej lunecie, którą nosił przewieszoną w futerale na pasku przez plecy. 

Ruchliwość nieznajomego stanowiła dziwną sprzeczność z marmurową nieruchomością majora; kręcił się wokoło Mac-Nabbsa, patrzył na majora, zapytywał go wzrokiem, a ten ani myślał dowiedzieć się, skąd przybywa nieznajomy, dokąd jedzie, i co robi na pokładzie ˝Duncana˝. 

Gdy zagadkowy człowiek spostrzegł, że wszystkie jego usiłowania rozbijają się o lodowatą obojętność, pochwycił swą lunetę, która, rozsunięta całkowicie, miała cztery stopy długości, i w pozycji słupa drogowego wymierzył ją tam, gdzie niebo z wodą schodzą się na jednym horyzoncie. Po pięciu minutach badania opuścił rozsuniętą lunetę, postawił ją na podłodze i sam oparł się na niej, jak na lasce; tymczasem luneta pod ciężarem ręki zsunęła się nagle, a pasażer, pozbawiony podpory, o mało że nie upadł na pokład. 

Każdy inny na miejscu majora byłby się przynajmniej uśmiechnął – Mac-Nabbs jednak ani się zmarszczył. Wtedy nieznajomy, zniecierpliwiony już widać, zawołał akcentem, po którym można było poznać cudzoziemca: 

– Hej! Steward! 

Czekał chwilę, lecz nikt nie nadchodził. 

– Steward! – krzyknął silniejszym głosem. 

Jan Olbinett przechodził właśnie do kuchni i zdziwił się mocno, że go woła ten długi, a całkiem nieznany człowiek. 

– Co to jest za figura? Czyby jaki przyjaciel lorda Glenarvan? To być nie może. – Zbliżył się jednak do nieznajomego. 

– Czy pan jest stewardem? – zapytał go nieznajomy. 

– Tak jest, panie – odpowiedział Olbinett – ale nie mam zaszczytu... 

– Jestem pasażerem z kajuty numer szósty. 

– Numer szósty? – powtórzył steward. 

– Tak jest. A nazywasz się?... 

– Olbinett. 

– Otóż, mój panie Olbinett – rzekł pasażer z kajuty Nr. 6 – trzebaby pomyśleć o śniadaniu, i to co prędzej. Już od trzydziestu sześciu godzin nic nie jadłem, albo raczej spałem przez trzydzieści sześć godzin bez przerwy, co nareszcie łatwo wybaczyć człowiekowi, który jednym tchem przypędził z Paryża do Glasgowa. O której godzinie, jeśli łaska, podają tu śniadanie? 

– O dziewiątej – machinalnie odpowiedział Olbinett. 

Nieznajomy chciał spojrzeć na zegarek, ale czynność ta zabrała mu niemało czasu, gdyż znalazł zegarek dopiero w jakiejś tam dziewiątej czy dziesiątej kieszeni. 

– Do licha! – zawołał – jeszcze niema ósmej. A więc, kochany Olbinett, daj mi tymczasem biszkopt i szklankę sherry, bo umieram z głodu i pragnienia. 

Olbinett słuchał, nic nie rozumiejąc, a nieznajomy tymczasem mówił wciąż to o tem, to o owem, z nadzwyczajną gadatliwością. 

– A gdzież kapitan? – trzepotał coraz prędzej – gdzież kapitan? Czy nie wstał jeszcze? A porucznik? Co robi porucznik? Czy także śpi dotąd? Pogoda jest prześliczna, wiatr bardzo przyjazny, okręt więc płynie sam... 

Właśnie, gdy domawiał tych słów, John Mangles ukazał się na schodach. 

– Otóż i kapitan! – rzekł Olbinett. 

– Ah, bardzo mi przyjemnie! – zawołał nieznajomy. – Bardzo mi przyjemnie, że cię poznaję, kochany panie Burton. 

John Mangles osłupiał i niewiadomo, co go więcej dziwiło: czy to, że go nazywano kapitanem Burtonem, czy też, że widzi na pokładzie ˝Duncana˝ tego intruza, ciągnącego najspokojniej w świecie: 

– Pozwól, niech ci dłoń uścisnę serdecznie. Przedwczoraj nie uczyniłem tego, bo wiem, że przed odjazdem każdy marynarz bardzo jest zatrudniony, i tobie też przeszkadzać nie chciałem. Ale dziś, kochany kapitanie, uszczęśliwiony jestem, nawiązując z tobą stosunki i znajomość na czas dłuższy. 

John Mangles coraz szerzej otwierał oczy, patrząc to na Olbinetta, to na nieznajomego. 

– Teraz, kochany kapitanie, gdy się już znamy i jesteśmy dobrymi przyjaciółmi, powiedz mi szczerze, czy zadowolony jesteś ze swojej Scottii? 

– O jakiej Scottii pan mówisz? – zapytał John Mangles. 

– O tej, na której płyniemy; o dzielnym parowcu, którego fizyczne przymioty zachwalano mi narówni z moralnemi przymiotami jego dowódcy, dzielnego kapitana Burtona. Czy jesteś krewnym wielkiego i sławnego podróżnika po Afryce, noszącego toż samo nazwisko? Jeśli tak, to jest ci czego powinszować. 

– Panie – odpowiedział John Mangles – nietylko że nie jestem krewnym podróżnika Burtona, ale i sam nie jestem kapitanem Burtonem. 

– Ah! więc to z porucznikiem parowca Scottii, panem Burdnessem, mam przyjemność w tej chwili? 

– Panem Burdnessem? – powtórzył John Mangles, nie wiedząc już wreszcie, co ma sądzić. Rozważając, czy ma do czynienia z warjatem, czy z oszustem, chciał już przystąpić do kategorycznego wyświetlenia prawdy – gdy wtem lord Glenarvan z żoną i miss Marją wyszli na pokład. Nieznajomy, spostrzegłszy ich, zawołał: 

– Ah! pasażerowie! pasażerowie! wybornie! bądź łaskaw, panie Burdness, przedstaw mnie i zapoznaj... 

I zbliżając się bardzo żwawo do wchodzącego towarzystwa, nie czekając na odezwanie się Johna Mangles... 

– Pani!... miss... – powiedział do lady Heleny – panie!... – odezwał się, zwracając mowę do lorda Glenarvan. 

– Lord Glenarvan – rzekł John Mangles. 

– Milordzie! – poprawił się wtedy nieznajomy, przepraszam cię, że sam się przedstawiam; ale na morzu trzeba czasem odstąpić od przepisów etykiety. Mam nadzieję, że wkrótce się zapoznamy, a w towarzystwie tych dam podróż na Scottii odbędziemy równie prędko, jak przyjemnie. 

Lady Helena i miss Grant nie umiały znaleźć słowa odpowiedzi, nie wiedząc, skąd się wziął ten intruz na pokładzie ˝Duncana˝. 

– Panie – rzekł wtedy lord Glenarvan – z kimże mam przyjemność mówić? 

– Jestem Jakób - Hiacynt - Franciszek - Marja Paganel, sekretarz paryskiego Towarzystwa Geograficznego; członek korespondent towarzystw w Berlinie, Bombaju, Darmsztadzie, Lipsku, Londynie, Petersburgu, Wiedniu i New-Yorku; członek honorowy Królewskiego Instytutu Geograficznego i Etnograficznego Indyj Wschodnich – który po dwudziestu latach mozolnej nad geografją pracy w gabinecie przy stoliku, chciał nareszcie popróbować praktyki i wybrał się w drogę do Indyj, aby tam na miejscu sprawdzić, zestawić i powiązać ze sobą prace wielkich podróżników. 

Rozdział VII. Skąd przybywa i dokąd dąży Jakób Paganel.

Sekretarz Towarzystwa Geograficznego był bardzo przyjemnym człowiekiem i, co miał do powiedzenia, wypowiedział bardzo wdzięcznie. Lord Glenarvan wiedział zresztą, z kim ma do czynienia, znał bowiem doskonale i nazwisko, i zasługi Jakóba Paganela. Jego prace geograficzne, jego sprawozdania o najświeższych odkryciach, drukowane w biuletynach Towarzystwa, jego stosunki naukowe z całym prawie światem – czyniły go jednym z najznakomitszych uczonych francuskich. Dlatego też Glenarvan z przyjemnością podał rękę swemu wcale niespodziewanemu gościowi. 

– A teraz, skorośmy się nawzajem zaznajomili – dodał – pozwól mi, panie Paganel, zadać ci jedno pytanie. 

– Dwadzieścia pytań! milordzie – odpowiedział Jakób Paganel – rozmowa z panem największą jest dla mnie przyjemnością. 

– Wszak przedwczoraj wieczorem przybyłeś na pokład tego statku? 

– Tak jest, milordzie, przedwczoraj wieczór o godzinie ósmej. Prosto z kolei kaledońskiej skoczyłem w czółno, a z czółna wysiadłem na Scottię, gdzie z Paryża jeszcze miałem zamówioną kajutę, oznaczoną numerem szóstym. Noc była ciemna. Na pokładzie nie widziałem nikogo, a ponieważ byłem mocno strudzony po trzydziestu godzinach podróży, i wiedziałem, że najlepszym środkiem uchronienia się od choroby morskiej było położyć się natychmiast i nie wstawać z posłania przez kilka pierwszych dni podróży – położyłem się tedy i spałem najskrupulatniej, jak być może, przez trzydzieści sześć godzin bez przerwy. 

Słuchacze Jakóba Paganela wiedzieli od tej chwili, co mają myśleć o jego obecności na pokładzie. Podróżnik francuski przez pomyłkę wszedł na ˝Duncana˝ w chwili właśnie, gdy cała załoga była na nabożeństwie w katedrze. Wszystko się wyjaśniło. Lecz co powie uczony geograf, skoro się dowie o nazwisku i przeznaczeniu statku, na którym się znajduje? 

– Więc, panie Paganel – rzekł wobec tego lord Glenarvan – z Kalkuty pan zamierzasz puścić się na wycieczkę naukową? 

– Tak jest, milordzie! Widzieć i zwiedzić Indje, to pragnienie całego mojego życia, to najpiękniejsze i najmilsze marzenie, które nareszcie urzeczywistni się w ojczyźnie słoni i tygrysów. 

– A czy nie byłoby ci wszystko jedno, panie Paganel, pojechać do innego kraju i zwiedzić go? 

– O! bynajmniej, milordzie! wcale nie wszystko jedno i mocnoby mnie to nawet zmartwiło, bo mam listy polecające do lorda Sommerset, gubernatora Indyj, i pewne zlecenie od Towarzystwa Geograficznego, którebym rad wypełnić. 

– Ah! masz pan zlecenie? 

– Tak jest, polecono mi zrobić bardzo ciekawą i pożyteczną wycieczkę, której program redagował mój uczony przyjaciel i towarzysz, p. Vivien de Saint Martin. Chodzi tu o pójście w ślady braci Schlagintweit, pułkownika Webba, Hodgsona, Wangha, misjonarzy Huca i Gabeta, Moncrofta, Juljusza Remy i tylu innych sławnych podróżników. Chcę próbować, czy mi się nie powiedzie to, co się w roku 1846 nie powiodło misjonarzowi Krick – słowem, pragnę poznać dokładnie bieg rzek Yaro-Dzangbo-Tchou, płynącej przez Tybet na przestrzeni tysiąca pięciuset kilometrów i obmywającej od północy spód Himalajów – a z tego wnieść, czy ta rzeka nie łączy się z Bramaputrą w północno-zachodniej części Assanu. Medal złoty, milordzie, czeka szczęśliwego podróżnika, któremu uda się rozwiązać jedno z najciekawszych zadań geograficznych, tyczących się Indyj. 

Paganel był wspaniały, mówiąc z wzniosłym zapałem. Ulatywał na skrzydłach rozbujałej fantazji. Powstrzymać go było równie niepodobna, jak powstrzymać Ren przy wodospadzie pod Szafuzą. 

– Panie