Wydawca: Książkowe Klimaty Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 349

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Dzieci Kaina - Nikos Panagiotopoulos

Literackie requiem dla konsumpcyjnego pokolenia, które doprowadziło Grecję do upadku. Sześcioro ludzi, dawniej bliskich przyjaciół, wraca do wioski, w której jako nastolatkowie spędzali lato. Zmiany, jakie zaszły w ich życiu i w nich samych, prowokują do zauważenia tego, jak bardzo zmienił się świat. Bohaterowie, należący do pokolenia "przemian", o których powtarzano wciąż na początku lat 80.,  teraz, trzydzieści lat później, spoglądają z przerażeniem na otaczającą ich rzeczywistość. Co naprawdę stało się z Grecją podczas tych "cichych" lat wzrostu i prosperity? Jak wpłynęło to na ludzi? Dzieci Kaina są trudną i odważną próbą pokazania twarzy dzisiejszej Grecji.

Opinie o ebooku Dzieci Kaina - Nikos Panagiotopoulos

Fragment ebooka Dzieci Kaina - Nikos Panagiotopoulos

NIKOS PANAGIOTOPOULOUS

DZIECI KAINA

Przełożyła: Katarzyna Rowińska

WROCŁAW 2015

Spis treści

CZĘŚĆ I

POWIEDZ, O CZYM IM OPOWIESZ

na dwoje babka wróżyła

Parodos

Retrospekcja

Strzelba na ścianie

Żegnaj, tabliczko!

Powrót do Kienurio

Pani Swarovski

Chirpy Chirpy Cheap Jeep

Sakis

Święty Seminariusz

Lubitel kontra sony

Stasimon

Placki z cukinii

Znaki

Powrót do placków z cukinii

Lighten up, Kid!

Życie rwie do przodu

Czas apokalipsy

Ameryka, Ameryka

Sceny z życia małżeńskiego

Bohaterowie na gruzach

Czas apokalipsy. Powrót

CZĘŚĆ II

POWIEDZ IM

na miejscu

Narobiła młynarzowa w gacie (ze strachu)

Plażowa lektura

Jedzcie oczy, ryby!

O cień zabójstwa

Łuk bohatera

You can’t always get what you want…

Tło obrazu

Stasimon

Opera mydlana

Na krawędzi przepaści

Poranne zorze

Obcy

W pełnym słońcu

Pali się, moja panno

Titanic

Przemiana

Kropla w morzu

Zdrajcy, ćpuny i klasowi pomyleńcy

Babel

Post coitum

Gdy rządzą żądze (i hormony)

Zakładnik na pustkowiu

Sadź i o nic nie pytaj!

Na spalonej ziemi

Szczątkowe szczątki

Po północy

CZĘŚĆ III

POWIEDZ IM, ŻE TO TWOJE SŁOWA

diledem ledilem

W przebraniu mordercy

Jego głowa na tacy

Grób

W górę ręce

Licz się ze słowami

Przepaść nad przepaściami

Mat przez uduszenie

Zugzwang

Exodos

Stary człowiek i morze

Zapożyczenia i podziękowania

Katerinie,

za wszystko

…you remember the faces,

the places, the names.

You know it’s never over,

it’s relentless as the rain.

Adam raised a Cain.

Bruce Springsteen, Adam Raised a Cain,

z Darkness on the Edge of Town, 1978

A kiedy mnie powitali i kiedy się mną znudzili,

zrozumieli moją farsę i wyparli się mnie.

Zostaw cuda, odrzuć maskę,

diledem, ledilem…

Dionisis Sawopulos, Bal

CZĘŚĆ I

POWIEDZ, O CZYM IM OPOWIESZ

na dwoje babka wróżyła

Parodos1

Tragicznie zakończyło się dla grupy sześciorga wycieczkowiczów przypadające na miniony długi weekend święto Pięćdziesiątnicy. Christos Dialegmenos2, lat 47, spadł do morza z wysokości około stu metrów, gdy wraz z pięciorgiem przyjaciół wracał do wsi Kienurio z miejscowości Milos. Droga, którą obrali, wiodła trudnym do przebycia szlakiem. Pierwsze informacje wskazują na nieszczęśliwy wypadek. Policja rozpoczęła poszukiwania ciała mężczyzny, które, jak sugerują okoliczni mieszkańcy, najprawdopodobniej zostało porwane przez silne prądy morskie charakterystyczne dla tego obszaru. Mężczyzna pozostawił żonę i dwoje dzieci.

Tyle się zmieściło. Jedna kolumna. Mniej niż sto słów. Bez zdjęcia, oczywiście. Tekst, który im wysłał, zaczynał się następująco:

Nurkując w otchłań z wysokości stu metrów, Christos Dialegmenos zniknął w bezkresnym błękicie na oczach pięciorga przyjaciół, którzy nie zdołali zareagować…

Karadzaferisowi się nie spodobało. „Tragiczne zakończenie” ma inną moc, cokolwiek by się powiedziało. O dziwo, nikomu nie przeszkadza, że dziewięć na dziesięć artykułów w tym brukowcu zaczyna się od takich właśnie słów.

Pierwsze, co zrobił, to zadzwonił do niego. Wyjaśnił, co dokładnie się stało, i wyraźnie zaznaczył, że jest naocznym świadkiem – prawie. Powiedział, że ma zdjęcia i może zebrać oświadczenia od przyjaciół. Naopowiadał mu wiele różnych rzeczy. Nie użył jednak słowa „wyłączność”. Nigdy tego słowa nie lubił. Nie powiedział „wyłączność”, ale powiedział wszystko, co mógł, by właśnie to słowo nasunęło się Karadzaferisowi, który niczego nie cenił tak jak „wyłączności”.

– Byłem tam, rozumiesz? – powtórzył, zanim odłożył słuchawkę.

– W porządku, wyślij mi to. Zobaczę, co da się zrobić – zakończył dramatycznie Karadzaferis.

Doskonale wiedział, co da się zrobić. Karadzaferis krzywo patrzył na dział artystyczny. Pozbyłby się go, gdyby to od niego zależało. „Jeden redaktor na ministerstwo kultury to aż nadto! Resztę załatwiłyby komunikaty prasowe na akapit!”. Takie było jego credo, jeśli chodzi o „darmozjadów” z działu artystycznego, więc proszę bardzo, spróbuj mu dać trzysta słów przy tych milionach, jakie – był o tym przekonany – Centrum Filmowe regularnie marnuje na bzdury, których i tak nikt nie będzie oglądał. Najgorsze, że w niektórych przypadkach musiał się z nim zgodzić, mimo że nigdy by się do tego głośno nie przyznał.

W każdym razie wiedział, co z tym zrobi. Odda komuś, kto się nawinie, z działu policyjnego albo jakiegoś innego, żeby to przerobił. Czyli napisał jeszcze raz. Czyli skrócił i zaczął od sławetnego „tragicznego zakończenia”. Może dlatego tak się uparł. „Jeśli nie obiecasz czytelnikowi tragicznego zakończenia, po co miałby czytać dalej? Jest ci to winien?”. Może dlatego starał się ze wszystkich sił. „Lepiej daj sobie spokój z pięknymi słówkami, chłopcze. Nadają się do wypracowań w podstawówce…”. Może dlatego że w głębi duszy zawsze wierzył, iż nawet Karadzaferis był w stanie rozpoznać dobrze napisany tekst i okazać litość. „Zostaw sobie te sentymenty na jakieś czasopismo. My tu, gdybyś nie wiedział, robimy gazetę…”. Pewnie z tego powodu przesadził, wysyłając czterysta pięćdziesiąt słów. „To nie jest notka, to jest powieść…”.

1 Parodos – w starożytnej tragedii greckiej pierwsza pieśń chóru śpiewana tuż po prologu (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

2Dialegmenos (gr.) – wybrany.

Retrospekcja

Lipiec 2009

Trzeci raz śni jej się to samo: duża niebieska reklamówka spadająca w zwolnionym tempie. Tak wolnym, że można dostrzec wszystkie najbardziej nieprawdopodobne szczegóły. Rzeczy, których w normalnym czasie nie dałoby się zaobserwować, zarejestrowały się z nieznośną precyzją. Widzi na przykład czarne litery, żółtą kokardę i szalone serpentyny rysowane przez torbę, która spadając, obija się o sterczące fragmenty skał i obraca, by uderzyć znów nieco niżej. Potem widzi, jak torba się rozrywa i wysypuje się z niej wszystko, co pozostało po tej dziwnej wycieczce z tragicznym zakończeniem – śmieci, osobliwy pamiętnik ich krótkiego wyjazdu: resztki jedzenia, prawie jednolita, rozmiękła masa połyskująca folią aluminiową, spirale obranej skórki pomarańczy, dwie konserwy w jasnych opakowaniach, dwu- i jednokolorowe niedopałki papierosów, filtry do kawy, w tym dwa z porannymi, jeszcze wilgotnymi fusami, a dookoła wirują skrawki papieru, białego i różowego papieru toaletowego, papierowa wojna, od której zbiera się na wymioty…

Sen kończy się zawsze w chwili, w której ten niesymetryczny fajerwerk gaśnie w spienionym morzu. Pod jej opuchniętymi powiekami budzi się wątpliwość. Co się stało z resztą obrazu? W jakim mrocznym zakamarku jej umysłu znalazł sobie kryjówkę? Jak to możliwe, że przeżywa tylko jeden wycinek kadru, wydawałoby się, że najmniej istotny?

Bulgotanie kawy w ekspresie podnosi ją trochę na duchu. Tak samo jak zapach, który wypełnia kuchnię – coś waniliowego. Niebo właśnie zaczęło się rozjaśniać nad dachami bloków naprzeciwko. Wychodzi na balkon. Lubi to uczucie, świadomość, że większość ludzi jeszcze śpi w czystej pościeli, otulona miękką chmurą zapachu płynu do płukania, i śni o wiośnie, którą ten zawsze obiecuje. Pochyla się, opierając o barierkę, a nuż zmniejszy się ten ściskający ból w krzyżu – stary znajomy z czasów nieprzespanych nocy i tanich materaców. Sześć pięter niżej ktoś usiłuje wyjechać z parkingu. Trąca lekko samochód z przodu, wrzuca wsteczny i wycofując się, oświetla pustą przestrzeń za sobą. Tylne światła ukazują spory niebieski przedmiot. Zanim się orientuje, co to jest, przesłania go bagażnik samochodu; potem nieokreślony zduszony dźwięk, kierowca nie zatrzymuje się, żeby spojrzeć – spieszy się, jest zaspany, kto wie? Wciska gaz i rusza, odsłaniając na mniej niż dwie sekundy rozprutą reklamówkę u stóp małej sterty śmieci. Odskakuje od barierki, ledwo powstrzymuje się od krzyku, można by pomyśleć, że kierowca samochodu przejechał człowieka lub zwierzę. Podobieństwo do snu jest silniejsze niż jej głos zduszony wysoko w piersi i oddech, którego nie może złapać. Odwraca się i potykając, wchodzi do kuchni, wbija wzrok w kafelki, żeby powstrzymać zawrót głowy – sześć pięter, nie, nie, to było wyżej, o wiele wyżej, powiedzieli, że prawie sto metrów, zupełnie co innego…

Trzęsącą się ręką nalewa kawę do swojego ulubionego popękanego kubka. Odrobina brązowego cukru na czubku łyżeczki. Miesza. Czuje, jak panika powoli ustępuje. Podchodzi do biurka. Poprawione, odwrócone arkusze po lewej, niepoprawione po prawej, a obok, na brzegu, otwarty słownik Babiniotisa. Stawia ostrożnie kubek, przesuwając czerwony flamaster. Sięga po słownik i kładzie go obok drukarki. Odsuwa niepoprawione arkusze, które odsłaniają rysę na szklanym blacie biurka. Bierze kubek w obie dłonie i podnosi go do ust. Wdycha zapach kawy, przesuwając czubkiem języka po pękniętej porcelanie. Skupia wzrok na rysie, która zdaje się przecinać na pół starą, zalaną kawą fotografię. Obiecała, że mu ją pokaże. Ale po co? Co ona robi z tym dzieciakiem? Co ten dzieciak robi z nią? No dobrze, pieprzą się. Ale może on chce czegoś więcej? Nie – ona na pewno nie. Piętnaście lat różnicy to dużo. Po co więc wszystko komplikować? Bezsensowne zagłębianie się w kwestie różnicy pokoleń, podczas gdy on nie może oderwać oczu od innego zagłębienia, tego pomiędzy jej piersiami, które przecież ich nie dzieli – bo i dlaczego? Był trochę bardziej porywczy, niżby sobie życzyła, wzorowo namiętny, bardziej, niż trzeba. Cała reszta w porządku. Po co wtyka nos w jej pozostałe sprawy? I dlaczego mu na to pozwoliła? Boże, co za koszmar! Bezsensowne dyskusje o kinie na niewygodnych stołkach barowych w złym guście – dotąd wszystko pięknie! Ona mu opowiadała o Przygodzie, a on piał nadNieodwracalnym. Dopóki nie wydarzyło się to, co miało się wydarzyć.

Jeszcze teraz przechodzi ją dreszcz na myśl o znakach proroczych. Na myśl o tym, że obiecała mu opowiedzieć całą ich historię, że jest zmuszona cofnąć się w czasie, przypomnieć sobie, żeby móc wyjaśnić. On niech się upiera, z zapałem neofity, że retrospekcja to narzędzie klasyczne – tak się nauczył na seminarium.

Jeśli ma to zrobić, nie istnieje inny sposób, niż cofnąć się do początku. Do samego początku. Do tego momentu, który nie musiał nastąpić w konsekwencji innego, ale który był przyczyną następnego, a ten prowadził do kolejnego, i tak dalej, aż do nieuniknionego, do niespodziewanego finału. Do nieodwracalnego.

Strzelba na ścianie

Lipiec 1979

Stroma, niemal pionowa skała i deszcz czarnych kamieni toczących się po żółtym tle, zamknięte w czerwonym złowrogim trójkącie. Ech, tego już za wiele! Życie nie żartuje ani trochę, snując swoje opowieści. Życie wcześniej wiedziało i zapewne to ono zdradziło sekret Antonowi Czechowowi, który tylko ubrał go tak zgrabnie w słowa: strzelba zawieszona na ścianie salonu w pierwszym akcie dramatu musi wystrzelić w trzecim, właśnie wtedy, na chwilę przed kurtyną i końcowymi brawami. Tak się mają sprawy i nie nam rozstrzygać, kto tu kogo naśladuje.

Jesteśmy na początku naszej historii, a mówiąc „początek”, mamy na myśli sam początek, na chwilę przed tym, gdy palec narratora popchnie lekko pierwszą płytkę domina, która spadnie na drugą, która z kolei przewróci trzecią i tak dalej, dopóki ani jedna nie będzie już stać pionowo.

Stary autokar KTEL-u3 mija znak ostrzegający przed spadającymi kamieniami i sapiąc, wspina się ku zakrętowi. Wspomniany znak nie robi na nich wrażenia. W zasadzie powinni byli zauważyć go już wcześniej, gdzieś przy tej samej drodze, na zakrętach Kakii Skali, gdzie mityczny straszny zbój Skiron spychał swoje ofiary w przepaść. Ach, życie ozdobiło tę scenerię całą kolekcją strzelb, oni jednak są wciąż niewinni i niczego nie podejrzewają, jak widzowie dramatu, który jeszcze się na dobre nie rozpoczął. Ten znak drogowy mógł im przywieść na myśl najwyżej Rolling Stonesów i audycję wujka Nondasa4, który zawsze dbał o to, by przypominać swoim słuchaczom, że zgodnie ze starym rockowym porzekadłem „kamień, który się toczy, nie obrasta mchem…”.

Być może widzieli jednak znak, ale nie zwrócili na niego uwagi albo nie przypisali mu należnego znaczenia, bo wszyscy przecież dobrze wiedzą, że znakami drogowymi w tym kraju nie rządzi żadna logika; jaki sens ma ostrzeganie kierowców przed obsuwającymi się kamieniami, skoro i tak całe zbocze jest pokryte drucianą siatką? Nie ma to żadnego sensu; ten znak to zapewne pozostałość po innej epoce, kolejny z wielu eksponatów w przydrożnym muzeum absurdu, i najlepsze, co można zrobić, to go zignorować, jeśli nie chce się zwariować przed dotarciem do celu.

Może więc w tym przypadku go zignorowali, i nie bez racji. Tak czy inaczej, życie zastosowało odpowiednie środki, jak powinien uczynić każdy dobry narrator. Nawet jeśli tam znak umknął ich uwadze, tutaj zauważą go bez wątpienia. Dotarli na wyspę i ich uwaga jest teraz skupiona, bo droga nieubłaganie zbliża się ku końcowi, choć nie wiedzą jeszcze, że właśnie na końcu tej drogi znajduje się początek ich podróży. Nie, tego nie mogą wiedzieć. Wie o tym jedynie narrator, a czytelnik dopiero zaczyna coś podejrzewać dzięki zabiegom, które to sygnalizują.

Oni tymczasem obserwują z zainteresowaniem spalone zbocze po lewej stronie drogi, a w duchu (jako że walkmany nie były jeszcze rozpowszechnione) gra im ważny kawałek z życiowego soundtracku – Play with Fire; tytuł bardzo na miejscu. Autokar podskakuje na usłanej kamieniami powierzchni drogi, pokonuje zakręt i wynurzając się, jakby oczyszczony, zaczyna zjeżdżać ku Kienurio5, wiosce, na którą składa się jakieś trzydzieści niskich domków zatopionych wśród drzew oliwnych i sosen porastających bezładnie dwa zbocza pagórków, między którymi płynął kiedyś strumień, a dziś biegnie główna droga prowadząca prosto na „małą piaszczystą plażę niezrównanej urody, w głębi zdumiewająco pięknej zatoczki”…

Ci z autokaru gdzieś już to słyszeli (choć nie w tych dokładnie słowach, bo te przywołano wyłącznie dla obytego i wymagającego czytelnika, zdolnego docenić wyrafinowane brzmienia). Autokar musiał teraz pokonać już ponad połowę drogi w dół, więc zbliża się zapewne niebezpiecznie do tabliczki, której urokliwą historię zamierzamy opowiedzieć od razu, skoro już podjęliśmy się tego niewdzięcznego zadania, jakim jest opisywanie.

3 Państwowy przewoźnik autokarowy, odpowiednik PKS.

4 Dimitris Pulikakos, pseud. Nondas (ur. 1943) – grecki aktor, kompozytor, wokalista rockowy.

5Kienurio (gr.) – nowe.

Żegnaj, tabliczko!

Nasza historia rozpoczyna się na wiele lat, zanim artykuły związane z kwestiami językowymi zapełniły dodatki do gazet codziennych, a zatem tabliczka (białe litery na niebieskim tle) wita ich w Kainourio, bez gammy6. To ich pierwsza wizyta tutaj, toteż mają mieszane uczucia – od radosnej obojętności po absolutny respekt wobec wyraźnie rzucającej się w oczy symboliki. Nie wiedzieli, nie mogli w żaden sposób się dowiedzieć, że to dokładnie się działo: że przechodzili w jakimś sensie pod panowanie nowego, że wkraczali w epokę, w której nowe stanie się trwałą rzeczywistością i w której nie zdąży się nawet zestarzeć.

Kilka lat później z powodu kraksy samochodowej – czy raczej z powodu na wpół pijackiej jazdy na oślep – luksusowe kombi terenowe, nowiusieńkie (dzięki niezbędnej dawce ironii, którą życie posługuje się często gęsto, kiedy już postanowi pokazać, na co je stać), szarżuje w stronę tablicy, uderza w nią, roztrzaskuje na dwie części słupek i pozostawia stalowe ramy jej szkieletu skazane na działanie morskiego powietrza – innymi słowy, wydaje na nią ostateczny i nieodwołalny wyrok. Szkielet ten po jakimś czasie (półtorej zimy później) ugina się pod północnym wiatrem, tabliczka spada i pęka, a ocalała jej połowa wita od tej pory przybyszów w Kaino7.

Niewielka to szkoda, można by pomyśleć, skoro sens pozostał ten sam, a nawet nieco wzmocniony, bo wyrażony krótszym słowem, a na dodatek z archaizującym wydźwiękiem. Jednak czekała tu pułapka: słowo było jednocześnie mylące, bo co innego mówiło oczom, a co innego – i to zupełnie odwrotnego – uszom8. Podwójne znaczenie okrojonego słowa zwielokrotniało jego wymiar symboliczny, tym silniej wiążąc je z miejscem.

Sołtys, jeden z tych nieszczęsnych reprezentantów prawicy, którzy łudzą się, że przynależność ideologiczna automatycznie zapewni im awans społeczny, chcąc zademonstrować swoim wyborcom, że socjalistyczny rząd pozostawił ich samym sobie, pozwolił biednej okaleczonej tabliczce leżeć tak przez lata. Twierdził jednocześnie, że gestem tym – czy też brakiem gestu, biernością – czynnie (!) i dobitnie protestują przeciw stanowisku władzy centralnej wobec lekceważonego regionu.

Facjata wsi Kaino gryzła więc nadal ziemię. Ktoś wtedy ochrzcił ich grupę mianem „klanu z Kaino”, czy inaczej „dzieci Kaino”, jeszcze zanim ziemia, zapewne zachęcona słowotwórczym nastrojem natury, zaczęła przysypywać miejsce, gdzie krawędź kalekiej tabliczki dotykała gruntu, by wkrótce pogrzebać ostatnią z widocznych jeszcze liter niegdysiejszego „Kainourio”… Wyjątkowe to w dziejach zjawisko, bo przecież nikt dotąd nie słyszał o pogrzebie połączonym z chrztem. „O” z „Kaino” zostało pochowane, upór sołtysa nie osłabł – ponieważ nieraz twardogłowość okazuje się trwalsza niż betonowe słupy – a zagadkowy „Kain” przetrwał, by witać turystów obojętnych na podobne gry słów.

Byli jeszcze młodzi i nie wiedzieli, że gra z symboliką toczy się nieustannie, że przebiegłe słowa wciąż ich uprzedzają. Jak wiadomo od dawna, młodość ma swoje prawa, toteż nie mieli żadnego powodu, aby psuć sobie zabawę czarnymi proroctwami. Beztrosko przechrzcili się na „klan z Kain” czy „dzieci z Kain”, jeśli kto woli.

Ta biurokratyczna anegdotka dobiegła końca, kiedy pewien niemiecki turysta chciał się koniecznie dowiedzieć, co jest napisane na tabliczce przy wjeździe do wsi, bo choć był pewien, że przyjechał do Kainourio, to jakkolwiek by liczył, nie zgadzała mu się ilość liter. Niektórzy mieszkańcy wsi, niewątpliwie natchnieni przez ouzo, po wyczerpaniu typowych grubiaństw, którymi okraszali swe pijaństwo, postanowili zabić wiszącą w powietrzu nudę rozmową z żądnym wiedzy, nieogolonym, rumianym człowiekiem z północy; wyjaśnili mu zatem, że tabliczka oznajmiała nazwę wsi, nazwę, która stała się zabawką nieodpowiedzialnych kierowców i żywiołów natury, i że z dawnego Kainourio pozostało już tylko Kain…

– Kein – zarżał Szwab, zamawiając u kelnera dwie karafki dla towarzystwa na swój koszt, gdyż nie wiedzieć czemu, bardzo go to ubawiło. – Kein – zakrzyknął, dusząc się ze śmiechu i podnosząc ku nim szklankę. – Co to za miejsce, które nazywa się Kein?!

Wioskowi pijaczkowie nagle spoważnieli, bo nie widzieli w tym nic śmiesznego, a jednocześnie wyczuli w tym nagłym przypływie dobrego humoru u hojnego turysty pewną dozę szyderstwa. Jeden ze współziomków, Janis Filipas, który mówił po niemiecku, ponieważ swego czasu prowadzał się z pewną niemiecką turystką i ze dwa razy przezimował u niej w Monachium, wytłumaczył pozostałym mniej więcej, na czym polega dowcip: Kein po niemiecku znaczy „nikt”, „żaden”.

– Kein! Das Niemandsland! – wydarł się Niemiec, ale teraz już nawet chłopak znający niemiecki patrzył na niego, nie rozumiejąc.

– Outis!9 – upierał się turysta, który w wyniku ataku depresji po miłosnym rozczarowaniu znalazł schronienie w gościnnych aulach Uniwersytetu Humboldta i przypadkowo uczestniczył w wykładach o eposach homeryckich prowadzonych przez greckiego magistranta na stypendium. – Outis! – powtórzył, jednocześnie mówiąc do siebie w myśli: „Popatrz no, gdzie się może przydać depresja…”.

Jedyne, co osiągnął, to wrogie spojrzenia swoich rozmówców, spojrzenia, których nie trzeba było tłumaczyć na żaden język. Outis nic im nie mówiło, mimo że jak najbardziej powinni je z czymś skojarzyć, ale jedynie ksekoutis10 przychodziło im do głowy, bo byli przekonani, że Szwab bredzi.

– Jak nie trawisz pan spirytu, to po co pijesz? – skomentował jeden.

– Chodzi o to, żeby zaglądać do butelki, ale się w niej nie utopić… – zauważył inny i wszyscy podnieśli szklanki w toaście za tę odwieczną prawdę, która wyszła z ust ich kompana.

– Outis! – nalegał Niemiec, hamując jednak swój entuzjazm i postanawiając wyjaśnić wszystko, żeby rozluźnić zdecydowanie już wrogą atmosferę. – Nikt. Jak Odyseusz…

– Spieprzaj, Fryc, będziesz nam tu jeszcze opowiadał o Odyseuszu! Odyseusz, jeśli chcesz wiedzieć, tu, trochę wyżej, się urodził – zadrwił ktoś, kto dotychczas milczał. Sprowokował tym samym salwy śmiechu i chwiejne potakiwania głowami, które przez opary alkoholu wydawały się nieco groteskowe.

– Jak Odyseusz z Cyklopem – kontynuował dokształcanie Niemiec, całkiem czerwony na twarzy, ale pijaczkowie naprzeciw niego okazali się niewzruszeni. Bardzo źle znieśli obwieszczoną im przez obcego wiadomość, że ich wieś, przynajmniej w odczuciu Niemców, nazywa się Nikt.

A kiedy wytrzeźwieli, pogrozili sołtysowi, że dosyć już tego żartu i że jeśli nie zrobi czegoś z tabliczką, nie zagłosują na niego ponownie. Ten, przesiąknięty do głębi polityką, odparł, że nie ma najmniejszego zamiaru ustąpić pola przedstawicielom PASOK-u11 reprezentującym nomarchię i rząd oraz że tabliczka zostanie tam, gdzie dotąd, na wpół pogrzebana pod ziemią, jako niekwestionowany pomnik obojętności państwa.

Rzecz jasna, przegrał z kretesem w następnych wyborach, a przypadek ten stał się lekcją dla jego następcy, który pospiesznie, zaledwie dwa miesiące po wyborach, postawił nową tabliczkę przy wjeździe do „Kainourgio”, tym razem z gammą, bo przeczytał w jakiejś gazecie komentarz, że tak jest poprawnie.

6 W latach osiemdziesiątych w Grecji ożyła, tocząca się od początku XIX w., dyskusja na temat formy i poprawności używanego i nauczanego języka. Preferencje co do formy – sztucznej, archaizującej, tzw. katarewusy, lub demotycznej, używanej na co dzień – najczęściej wskazują także na poglądy polityczne. Istnienie tych dwóch form języka przyczyniło się do wielu wątpliwości ortograficznych i różnych pisowni tego samego słowa: słowniki języka nowogreckiego proponują odmienną pisownię słowa kienurios – nowy:kainourgios(καινούργιος) lubkainourios (καινούριος). W tym rozdziale, aby opowiedzieć historię tabliczki, przyjęto zasadę transliteracji, czyli zapisu według pisowni (kainourio), a nie wymowy (kienurio), jak w pozostałych częściach książki.

7Kaino (gr. arch.) – nowe.

8Kaino czyta się kieno – puste.

9Outis(gr. arch.), Nikt – tak przedstawił się Odyseusz cyklopowi, by ten nie mógł go odnaleźć.

10Ksekoutis(gr.) – stary ramol.

11 PASOK (Panellinio Sosialistiko Kinima) – Grecki Ruch Socjalistyczny, wówczas partia rządząca.

Powrót do Kienurio

Czerwiec 2009

Piątek, 15.20

Sofia właśnie wysiadła z samochodu, właśnie uwolniła się od przymusu nieodzownej – choć był dopiero czerwiec – klimatyzacji, a teraz rozciąga się z rękoma splecionymi nad głową, żeby przynieść ulgę lędźwiom. Kiedy indziej być może zawstydziłaby się na myśl, że z daleka może to wyglądać na taniec, i nie dokończyłaby tej autorskiej choreografii. Jednak nie tym razem…

Tym razem dręczy ją myśl, że to niemożliwe, aby niczego nie zapomniała. Jakieś dwadzieścia razy w myślach rozpakowała i spakowała na powrót swoją walizkę, ale bez rezultatu. Przez ostatnie sto kilometrów nie była w stanie myśleć o niczym innym, zaniedbując karygodnie swoje obowiązki pasażera. W pewnej chwili miała odruch, żeby wymamrotać jakąś wymówkę – bo w żadnym razie prawdę – ale natychmiast pomyślała, że przez ponad czterysta kilkadziesiąt kilometrów znosiła bez słowa skargi niekontrolowaną paplaninę Irini, połączoną z jej nieostrożną, a chwilami wręcz niebezpieczną jazdą, więc ostatecznie uznała bez śladu poczucia winy, że równie dobrze może wykorzystać przysługujące jej prawo do milczenia i oddać się całkowicie ustalaniu, czego ze sobą nie zabrała.

Zazwyczaj przypominała sobie od razu. Ledwo wsiadała do taksówki, przed jej oczami, gdzieś powyżej głowy taksówkarza, zapalała się lampka bojlera, niczym płomyk Ducha Świętego nad głową apostoła. W chwili, gdy zajmowała swoje miejsce w samolocie, wyświetlała jej się pozostawiona na stoliku pod telewizorem maść na atopowe zapalenie skóry – bądź tu teraz mądry i spróbuj się dowiedzieć, jak nazywa się we Włoszech odpowiednik tego specyfiku. Patrzyła na podnoszący się trap na promie, a oto i aparat fotograficzny (Nikon N2000, model amerykański, z wbudowanym silnikiem), zakopany w szafie gdzieś za pościelą na wypadek włamania (nie tyle ze względu na wartość, co sentyment, gdyż był to ukochany prezent od ukochanego). I tylko to tłumaczy fakt, że zaliczała się do wąziutkiej kategorii turystów, którzy wracają z Santorini bez ani jednego zachodu słońca uwiecznionego własnymi łapkami…

Teraz pochylona, niby poprawiając paseczki przy sandałach, kontynuuje rozciąganie. I wtedy przychodzi olśnienie, więc prostuje się gwałtownie, jakby ktoś ją kopnął w siedzenie, bo uświadamia sobie, dlaczego wcześniej nie mogła sobie nic przypomnieć, i nagle jest tak szczęśliwa, że chce się tym szczęściem podzielić, tylko z kim? Pierwszy raz cieszy się tak bardzo, że coś zostawiła, no bo jak tu się nie cieszyć, skoro pierwszy raz, odkąd sięga pamięcią, nie jest zła na nic i na nikogo… Zapomniała swojej złości; nie zabrała jej ze sobą.

Podnosi rękę do piersi, ale jakkolwiek by szukała, nie znajduje zaciskającego się węzła, nie ma, zniknął, oto, czego brakowało, czego nie mogła sobie przypomnieć… Zaskoczenie jest tak silne, że czuje, jak łzy napływają jej do oczu, dlatego odwraca się plecami do samochodu i tak stojąc, widzi przed sobą stary platan, a jej myśli biegną niczym niepowstrzymywane ku siedemnastoletniej dziewczynie – trzydzieści lat temu, liczenie nie sprawia jej żadnej trudności – która wychodzi z autokaru KTEL-u, oczywiście zła, z przygniecioną czupryną, bo wykończona ośmiogodzinną podróżą oparła głowę o szybę i zasnęła, by obudzić się po jakichś dwudziestu minutach, kiedy autokar zaczął trząść tuż przed ostatnim zakrętem, tuż przed zjazdem, w miejscu, gdzie zaniedbana nawierzchnia zasypana była kamieniami. Widzi, jak dziewczyna wysiada, nie zwracając uwagi na kratę obudowy silnika obwieszoną talizmanami, na koraliki i święte obrazki wiszące dookoła lusterka, zgromadzone przez wytrwałego kierowcę o ciemnej karnacji, widzi, jak ziewa w momencie, gdy jeden z jej sandałów opuszcza schodek, wysuwa się spod indyjskiej spódnicy w fioletowe kwiaty i dotyka ziemi. Potem czeka, aż drugi kierowca, starszy facet z przyklejonym do warg papierosem Agrinio bez filtra, otworzy luki bagażowe i poda jej – z odpowiednią dozą wyniosłości – wojskowy plecak, kupiony w jakiejś norze na ulicy Ifestu i wypchany w ostatniej chwili najniezbędniejszymi rzeczami, bez odrobiny pomyślunku, ponieważ uznała, że to jedyny sposób, w jaki warto wyruszyć na pierwsze wakacje…

Zapomniała wtedy szortów khaki, które zostały na dnie kosza z praniem przykryte szlafrokiem w paski, i była zmuszona obciąć jedną z dwóch par dżinsów nożyczkami do paznokci; jeśli nie tamte czasy, to wiek i powściągliwa w gruncie rzeczy natura nie pozwalały jej paradować w samym bikini przed ubranymi na czarno staruszkami, które każdego popołudnia gromadziły się na kamiennych podmurówkach, żeby rozwodzić się nad nielicznymi nowinkami dnia, albo przed spalonymi słońcem rybakami, w których sennych spojrzeniach żądza mieszała się z potępieniem.

Jest przekonana, że autokar zostawił ich wtedy gdzieś w tej okolicy – to znaczy znacznie dalej, niż stoi tabliczka. Pamięta platan; pamięta starca w kaszkiecie z laską i koszem i dwie kobiety czekające w cieniu drzewa; pamięta koryto rzeki wyłożone obłymi kamieniami, czyli, jak niedługo potem mieli się dowiedzieć, drogę prowadzącą do wsi; pamięta jedną czy dwie chaty, nawet nie chaty, raczej baraki z blachy, a to wszystko zatopione w brzęczeniu cykad… Pamięta swoich przyjaciół, którzy stali tu obok, zdrętwiali jeszcze po podróży, ale z głodnymi oczami nowo przybyłych. Pamięta, jak Petros na wszelki wypadek od razu reguluje nastawy w swoim antycznym aparacie fotograficznym, jak Sakis trzyma mu torbę, jak Andigoni wiąże na nowo włosy w kucyk, jak Irini owija wyjętą z ust gumę do żucia w sreberko od kolejnej, jak Christos metodycznie rozrywa folię owijającą karton i otwiera nową paczkę papierosów, jak należało w tej sytuacji…

Pamięta to wszystko doskonale, tak jakby nie minęło trzydzieści lat… Czas nie zgasił ognia w oczach siedemnastolatków gotowych lada moment natknąć się na cud. Jedyne, co się udało latom, to przesunąć tabliczkę, przez co scenografia przynosi lepszy efekt. Więc to ciekawe, że teraz widzi, jak rozgniewana dziewczyna zarzuca niezgrabnym ruchem plecak na plecy – widzi, jak jego przetarte ramiączko obciera jej bark, a ona nie zwraca na to uwagi – i tak obładowana przechodzi pod tabliczką, podążając za grupą swoich znajomych, niezrażona faktem, że przybyła do Kienurio.

Czy to możliwe? Myśli, opuszczając teraz ręce na biodra, wysuwając lekko miednicę i rozciągając plecy. Próbuje ignorować słodką melodię, która daje się słyszeć przez niedomknięte drzwi zmrożonego samochodu, i przypomnieć sobie słowa innej piosenki – od ilu to lat jej nie słyszała – słowa, które mruczy rozzłoszczona siedemnastolatka z wojskowym plecakiem…

Powiedział Bóg do Abrahama:

„Zabij dla mnie swojego syna”.

Abraham odpowiedział:

„Człowieku, żarty sobie robisz?”.

Bóg na to: „Nie!”.

Abraham na to: „Co?!”.

Bóg na to: „Rób, jak chcesz, Abe, ale następnym razem, jak mnie zobaczysz,

lepiej bierz nogi za pas…”.

Więc Abraham na to:

„Gdzie chcesz, żebym go zabił?”.

A Bóg na to: „Na Autostradzie 61…”.

Uśmiecha się, bo mimo upływu lat przypomniała sobie bez trudu, natychmiast. Dwa, trzy dni później wszelkie uśmiechy znikną, bo te same słowa nabiorą innego znaczenia. W ciągu następnych dwóch, trzech dni usłyszy też przez przypadek ten cytat z Czechowa i będzie się zastanawiać, teraz już kipiąc gniewem, jakim trzeba być człowiekiem, żeby wieszać sobie strzelbę na ścianie w salonie…

To wszystko jednak dwa, trzy dni później. Na razie pozwala swojemu ciału się rozluźnić i czeka, nic nie podejrzewając, na resztę towarzystwa – zatrzymali się w miasteczku po papierosy, droga potem staje się wąska i kręta, jeśli trafi się na traktor, ciężarówkę albo autobus, to przechlapane, jakimkolwiek samochodem by się jechało, nie da rady wyprzedzić…

Rozgląda się dookoła. Platan jest na swoim miejscu – i tylko on. Koryto rzeki zabetonowano i mimo tandetnych plastikowych donic, które mają zagradzać wjazd, używane jest jako parking, bo trawnik po przeciwnej stronie drogi już nie wystarcza. Większość samochodów ma włoskie rejestracje i zgrabne stelaże załadowane deskami surfingowymi. Blaszane baraki ustąpiły miejsca supermarketowi, osiedlu mieszkań do wynajęcia i trzypiętrowemu hotelowi.

Kieruje się do supermarketu. Otwiera drzwi lodówki i bierze dwie małe plastikowe butelki wody. Przesuwane drzwi lodówki mają alarm ostrzegający pracowników sklepu. Kwadratowa kartka informuje ją, że zapłaci osiemdziesiąt centów za każdą butelkę – bardzo drogo. Uśmiecha się, bo pamięta pewien artykuł, który zapowiadał, że następna wielka wojna będzie o wodę. Podaje butelki sprzedawcy, który stoi dyskretnie dwa kroki za nią, po czym pochyla się nad lodówką z lodami. Wybiera dwa gigantyczne rożki z czekoladą.

Wraca do samochodu. Irini jej nie zauważa. Rozmawia jeszcze przez komórkę – ile można? Stuka w szybę. Irini opuszcza ją elektrycznym przełącznikiem i zasłania mikrofon zestawu głośnomówiącego.

– Zwariowałaś?

– Nie martw się, nikomu nie powiem – odpowiada i podaje jej rożek i jedną butelkę.

Irini posyła jej uśmiech współwinowajczyni i zabiera się do plastikowej pokrywki osłaniającej czekoladowy rożek.

– Myślisz, że klimatyzacja może zamrażać złość? – mówi Sofia i natychmiast tego żałuje, bo lodowate spojrzenie, z którym się spotyka, ujawnia zdumienie i przerażenie; przerażenie kierowcy uświadamiającego sobie o wiele za późno, że autostopowicz, którego zabrał, prawdopodobnie ma nierówno pod sufitem.

Pani Swarovski

Irini błądziła dość długo. Między innymi dlatego, że najpierw postanowiła studiować chemię bez żadnego pomysłu na to, co mogłaby robić później. Zmarnowała pięć lat i ani razu się nie zastanowiła nad swoim wyborem. A kiedy w końcu uporała się ze studiami, bez chwili wahania spisała je na straty, po czym pospiesznie oddała się poszukiwaniu bardziej kreatywnego zajęcia, do czego zachęcał ją Andonis, który miał wielkie plany co do designu przemysłowego w Grecji. Poszła więc jego śladem do prywatnej szkoły artystycznej, choć wcale nie miała w tym kierunku szczególnych zdolności. Wierzyła, że w jakiś nadprzyrodzony sposób talentu Andonisa wystarczy dla nich obojga. Poza tym oczywiste było, że miała dokładnie te cechy, które pozwalały rozkwitać talentowi Andonisa: swobodę w stosunkach towarzyskich, bardzo szeroki krąg znajomych, który jeszcze bardziej by się poszerzył, gdyby zechciała użyć nazwiska swojej rodziny, metodyczność i efektywność, które zdecydowanie dopełniały anarchiczną i nonszalancką naturę jej partnera, i wreszcie możliwości finansowe wynikające ze stanowiska jej ojca, wysoko postawionego członka zarządu banku Agrotiki – choć nie przyznawała, że ma w nim wsparcie, nie tylko przed Andonisem, który odrzuciłby taką możliwość z pełną gracji pogardą, lecz nawet przed najbardziej ugodową wersją samej siebie.

Rzeczywistość bardzo szybko zmusiła ją do porzucenia wydziału wzornictwa przemysłowego, który zamieniła na grafikę, gdzie brak wyobraźni i kreatywności mógł przy odrobinie szczęścia przejść niezauważony. Pomógł też Andonis, który zawzięcie upierał się, że każdy człowiek ma talent, choćby bardzo głęboko ukryty, i powinien z całych sił walczyć o to, by się do niego dokopać. Pomógł też pewien znajomy jej ojca z sektora wydawniczego, który załatwił jej miejsce w wydawnictwie pewnego miesięcznika o różnorodnej tematyce – zaczęła pracę dość wcześnie w porównaniu do wielu kolegów ze studiów, którzy wcale nie musieli kopać bardzo głęboko, by odnaleźć swoje ukryte zdolności. Kontynuowała studia z uporem i zapałem, pracując jednocześnie z poświęceniem charakterystycznym dla dzieci z bogatych rodzin, które mają wyrzuty sumienia z powodu pieniążków tatusia. Zresztą ktoś musiał płacić za wszystkie kawy, piwa – zwłaszcza piwa – i letnie wakacje Andonisa, choćby tylko z poszanowania faktu, że on nie musiał kopać ani centymetra w głąb, aby odnaleźć swój ukryty talent – a to niemała rzecz.

Jak często się zdarza dzieciom z bogatych rodzin, które mają wyrzuty sumienia z powodu pieniążków tatusia, tak i ona ograniczała się do noszenia w sobie poczucia winy – niemałe to cierpienie! A i cierpiętnik musi czasem wynagrodzić sobie przebyte męki. W połowie trzeciego roku wynajęli trzypokojowe mieszkanie – dodatkowy pokój był niezbędny jako studio Andonisa – w dzielnicy Kolonaki, dokładnie w połowie drogi między szkołą a siedzibą czasopisma, na szóstym piętrze budynku z widokiem na Eginę – szeroki horyzont jest konieczny, jeśli ma się patrzeć z optymizmem w przyszłość – mieszkanie, którego nie dałaby rady opłacać z pensji w wydawnictwie.

Dodatkowy pokój z widokiem na horyzont pozostał jej – nadal przy dyskretnej pomocy bankowego taty, którą znosiła z milczącym cierpieniem – nawet kiedy Andonis zabrał swój blok i ołówki oraz swoje ogromne plany co do przyszłości greckiego wzornictwa i wyjechał do Francji na stypendium, które szybko zmusiło go do przeanalizowania swoich poglądów i poszerzenia horyzontów. Po co szeptać pobożne życzenia o przyszłości designu w Grecji, kiedy pojawia się możliwość pracy w aktualnie kwitnącym przemyśle europejskim? Dlaczego masz się marnować u boku tych, którzy nie dokopali się jeszcze do swego ukrytego talentu – przy założeniu, że ta teoria się sprawdza i ów talent jednak istnieje, ale jest wciąż ukryty – zamiast tworzyć, na dodatek za sowitym wynagrodzeniem, wraz z tymi, którzy skończyli już z kopaniem i podwalinami i zaczęli budować przyszłość? Andonis jakoś tak to sobie wykoncypował, a któż mógł się sprzeciwić takiej argumentacji?

Zatrzymała trzypokojowe mieszkanie, szkołę porzuciła tuż przed dyplomem, a pracę w czasopiśmie kontynuowała – choć już bez tego samego entuzjazmu – starając się odpędzić wyrzuty sumienia powodowane wysokim statusem społecznym i finansowym rodziny, nawet kiedy odeszły na drugi plan, zastąpione innymi, znacznie pilniejszymi zmartwieniami (co masz robić sama w trzypokojowym mieszkaniu z widokiem na horyzont, kiedy odkrywasz, że nie masz talentu?). Jej zapał nie zmniejszyłby się, gdyby wiedziała, że decyzja, aby kontynuować niewdzięczną pracę w wydawnictwie, miała dać jej wkrótce przyszłość, o której nigdy nawet nie śniła, przyszłość, która nie wymagała żadnego kopania, przyszłość, która ofiarowuje swoje dary na lśniącej – jak czysty kryształ – tacy i wystarczy po nie sięgnąć ręką.

Mniej więcej osiem miesięcy po dramatycznym zejściu Andonisa ze sceny, mniej więcej osiem miesięcy po tym, jak wielkie plany co do niepewnej przyszłości greckiego wzornictwa opuściły dodatkowy pokój, po tym jak została całkiem sama naprzeciw widoku na Eginę, pewnego dnia o kryształowo czystej aurze, która tenże widok czyniła bezkresnym, wkroczył do jej życia Takis, a wraz z nim przyszedł ład; jej serce znalazło się na właściwym miejscu, wszystkie sprawy przybrały właściwy obrót i tak dalej, i tak dalej…

Takis był potomkiem rodu przedsiębiorców. Jego dziadek był przedsiębiorcą. Jego ojciec był przedsiębiorcą. Jego matka zajmowała się interesami ojca. Jego starszy brat zajmował się interesami ojca. Jemu samemu też nigdy nie przyszło do głowy zajmować się niczym innym. Krótko mówiąc, Takis był z tych dzieci bogatych rodziców, które nie mają żadnych wyrzutów sumienia z powodu rodzinnych pieniędzy – czasem zdarza się i tak. Takis uważał pieniądze za coś całkowicie naturalnego. Były dla niego, powiedzmy, jak liście na gałęziach drzew – i to tych wiecznie zielonych. Jak śnieg na szczytach gór – i to Alp, gdzie często jeździł na narty. Jak śmieci wysypujące się z kontenerów na ateńskich ulicach – i to w okresie strajku publicznych służb oczyszczania miasta. Takis nie czuł się ani trochę niewygodnie na miejscu kierowcy śmieciarki. To właśnie umiał robić i starał się być tak sumienny, jak tylko mógł. Opróżniał starannie pełne kontenery i dbał o to, by nie przejechać ponownie obok, zanim nie zapełnią się na nowo…

Kiedy spotkali się po raz pierwszy, Takis wrócił właśnie z Francji, z przedstawicielstwem dużej firmy produkującej wyroby kryształowe – coś jak Swarovski – w kieszeni. Poznali się na bankiecie organizowanym przez jej czasopismo z okazji wydania pięćsetnego numeru. Jednym z głównych tematów tego konkretnego wydania było dziesięciu najbardziej pożądanych ateńskich kawalerów – niewyczerpany temat, który powracał co najmniej raz w roku i podsycał marzenia czytelniczek. Takis był jednym z owych dziesięciu i jedynym, który odpowiedział na zaproszenie do wzięcia udziału w świętowaniu okrągłej rocznicy miesięcznika. Zgodnie z wynikiem nieformalnego głosowania, które odbyło się w biurze przed publikacją numeru, Takis zajął ósme miejsce wśród konkurencji. Ona sama dała mu siódmą pozycję, kiedy jednak zobaczyła go z bliska, musiała zgodzić się z redaktorką, która opracowała temat, że stanowczo go nie doceniła. Naturalnie, żeby być sprawiedliwą, przed ostatecznym osądem musiałaby poznać pozostałą dziewiątkę. Pozostała dziewiątka okazała się jednak zbyt jaśniepańska, by pojawić się na bankiecie, więc obiektywna klasyfikacja (jeśli założymy, że byłoby to w ogóle możliwe) musiała zaczekać. Zresztą nie miała do tego cierpliwości, poza tym Takis nie dał jej okazji.

Takis poskarżył się wdzięcznie na wybrane do publikacji zdjęcie, a ona natychmiast się z nim zgodziła. Ze śmiechem postanowili obarczyć winą fotografa wysłanego przez wydawnictwo. Ona zauważyła złośliwie, że ten fotograf musi jeszcze trochę poszukać, żeby dokopać się do swojego talentu i wydobyć go na powierzchnię. On przebiegle dodał, że jego fotografia była jedynym brzydkim elementem na dobrze skomponowanej stronie. Ona zgodziła się, że tytuł był błyskotliwy (Człowiek, który umiał dużo [zarabiać]) i z odpowiednią dozą powściągliwości. On odpowiedział bystrze, że dzięki układowi strony wyróżniał się błyskotliwy tytuł i o ile to było możliwe, „chowało się” niedobre zdjęcie, dodając przy tym, że jej to zawdzięcza. Na tę dobrze przemyślaną demonstrację wiedzy, ale i szacunku dla jej lekceważonej przez wielu pracy, odpowiedziała celowo bezbarwnym: „Po prostu zrobiłam, co do mnie należało”. To dało Takisowi pretekst do zapytania o jej pracę. Ona, pozwalając mu wykazać się umiejętnością słuchania, wykorzystała okazję do rozmowy o tym, co robi; do rozmowy z Takisem o tym, jak dobrze umie opróżniać kontenery ze śmieciami. Poranek zastał ich podziwiających razem widok na Eginę (jej mieszkanie, nie zapominajmy, znajdowało się w pobliżu siedziby czasopisma, jak również klubu, w którym odbył się bankiet, podczas gdy Takis mieszkał w Paleo Psichiko12, blisko kamienicy rodziców), choć ze względu na mgłę ledwo było widać Akropol.

Rok później przestała pracować dla miesięcznika i nie miała czasu myśleć o wyrzutach sumienia, które kiedyś ją dręczyły z powodu rodzinnej fortuny. Teraz zarabiała własne pieniądze, dużo pieniędzy, pomijając pieniądze nadal zarabiane przez „człowieka, który umiał dużo zarabiać”. Rok później nie patrzyła już każdego poranka na Eginę z szóstego piętra na Kolonaki. Trzeba przyznać, że jej horyzont nieco się zawęził. Mieszkała u Takisa, na drugim piętrze kamienicy w Paleo Psichiko i jako widok miała gęste korony sosen, które chyliły się ku balkonowi, zapewniając jej nieznane dotąd poczucie bezpieczeństwa i spokoju. Rok później nic by jej nie obeszło, gdyby cały grecki design szlag trafił. Miała raczej proste plany na zagospodarowanie trzech wolnych pokoi w mieszkaniu.

Najważniejsze zaś: zmieniła radykalnie opinię o kreatywności. Pomógł tu sposób myślenia Takisa, pytającego z dobrodusznym uśmiechem, jak bardzo twórcze czuły się sosny w kwestii cienia czy tlenu, które dawały. Ach, Takis miał ten talent! Jego obserwacje często były proste i trafne. Wypowiadał je na dodatek najzwyczajniej na świecie, bez najmniejszej chęci do kłótni, niewymuszenie, nie podnosząc nawet głosu – równie naturalnie co sosny, kiedy dwa metry od ich balkonu przetwarzały dwutlenek węgla w tlen. „Sosny nie czują się winne przez to, co robią. Niemożliwe, żeby ich własne igły powodowały wyrzuty sumienia…”. Takis nie miał wyrzutów sumienia z powodu tego, co robił. Umiał dużo zarabiać. Co w tym złego? A ona u jego boku odkryła, że też mogła to robić. „Jesteśmy jak sosny – mówił spokojnie Takis. – Produkujemy pieniądze, czyli tlen dla społeczeństwa… Dajemy pracę wielu ludziom, pomagamy im oddychać…”. Nie miał racji?

Korzystając ze specjalnych warunków, wzięła więc kredyt w banku ojca, otworzyła sklep w Kolonaki i wypełniła go drogocennymi kryształami tej samej marki, której przedstawicielstwo otrzymał jej mąż na krótko przed tym, jak został oficjalnie jej mężem.

Lata spędzone z Andonisem nie poszły zupełnie na marne. W pierwszym roku znajomości odbyli razem podróż do Indii – Andonis przechodził okres fascynacji buddyzmem i zabrał ją na poszukiwanie pewnego swojego znajomego, który podobno znalazł rozwiązanie wszystkich równań w aszramie w pobliżu granicy z Nepalem. Nie znaleźli ani aszramu, ani znajomego Andonisa, nie mówiąc już o rozwiązaniu wszystkich równań. Znaleźli jednak warsztat, gdzie wytwarzano biżuterię z kamieni półszlachetnych, biżuterię, którą można było tam kupić za jedną pięćdziesiątą ceny, jaką owa biżuteria osiągała w Atenach. W przypływie zachłanności Irini wypełniła nią plecak z zamiarem obdarowania koleżanek. Po powrocie uświadomiła sobie, że ma mniej koleżanek, niż przypuszczała. Sprzedała wszystko, co jej zostało – za jedną piątą ateńskich cen – koleżankom koleżanek i znajomym znajomych, które pospiesznie skorzystały z okazji; w efekcie zwrócił jej się koszt podróży i jeszcze na tym zarobiła. Być może była wtedy odporna na bakcyla handlu, jakkolwiek by jednak patrzeć, podróże do Indii miały w tamtym czasie swoisty poblask splendoru – poza skokiem adrenaliny przy przechodzeniu przez granicę celną z walizką wypchaną srebrem. A Andonis był bardziej niż chętny do studiowania motywów dekoracyjnych i technik wytwórczych, zwłaszcza jeśli oznaczało to darmowe wakacje… Zanim się rozstali, powtórzyli kilkakrotnie wyjazd do Indii. Podczas tych podróży nawiązała kontakty, które w pełni wykorzystała po ślubie z Takisem. Co prawda biżuteria indyjska nie była już modna, ale meble i tkaniny wprost przeciwnie…

Takis nie był fanatykiem egzotycznych wycieczek. Nawet na miesiąc miodowy odrzucił po kolei i z pogardą propozycje Kuby, Bali, Malediwów i Mauritiusa i z właściwym sobie spokojem narzucił trzytygodniowy objazd po Highlands w Szkocji, ponieważ chodził mu po głowie pomysł importowania niektórych mniej znanych gatunków whisky typu single malt. Handlowe plany Takisa wprawdzie się nie powiodły, ale pod względem turystycznym jego wybór był doskonale trafiony. Mimo że sam wolał Europę i Amerykę, nie miał nic przeciwko temu, żeby jego żona otworzyła się znów na Daleki Wschód. Ponadto z przyjemnością przekazał jej halę o powierzchni dwustu pięćdziesięciu metrów kwadratowych, którą posiadał w dzielnicy Ajia Paraskewi i na którą właśnie skończyła się umowa z najemcą, gdzie Irini mogła wystawiać meble sprowadzane początkowo z Indii, a potem także z Indonezji…

I w ten sposób, tak samo jak – w sprzyjających warunkach – obok jednej sosny wyrastają kolejne, tak i po pierwszym sklepie pojawił się drugi, po drugim trzeci, po pierwszym przedstawicielstwie przyszły następne, kontenery wypełniały się i były opróżniane, potem wypełniały się na nowo, śmieciarka prowadzona przez Takisa zyskała drugiego kierowcę, trasa poszerzyła się o nowe osiedla, a jej serce odnalazło spokój, nad wszystkim zapanował ład, sprawy potoczyły się inną drogą i tak dalej, i tak dalej…

12 Kolonaki i Paleo Psichiko to dzielnice Aten, w których mieszkania osiągają najwyższe ceny.

Chirpy Chirpy Cheap Jeep

Czerwiec 2009

Piątek rano

Potrzebował samochodu, żeby targać ze sobą cały sprzęt: aparaty, obiektywy, trójnogi, lampy błyskowe, jednym słowem, wszystko, bez wyjątku. Taki przynajmniej był oficjalny powód; bo oczywiście miał samochód – białego garbusa z silnikiem tysiąc trzysta, po ojcu, w dobrym stanie, którego zaraz po upływie niezbędnych czterdziestu dni żałoby (z pośpiechem źle widzianym, ale zrozumiałym, gdyż nieboszczyk tego zabraniał) przerobił na błyszczący ciemnofioletowy kabriolet.