Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 330 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dzieci Drzewa Jakarandy - Sahar Delijani

Niezwykle sugestywna opowieść o losach trzech pokoleń boleśnie doświadczonych przez rewolucję islamską w Iranie. W siedmiu różnych historiach, w których losy bohaterów luźno splatają się ze sobą, debiutująca autorka pisze o nadziei na życie w wolności, okrutnych represjach oraz o bolesnej przeszłości, ciążącej na losach zwyczajnych ludzi, którzy próbują się odnaleźć, podejmować słuszne decyzje, chronić swoich bliskich, kochać.

Oszałamiająca książka, która ma swoje źródło w irańskiej rewolucji
The Guardian (UK)

Opinie o ebooku Dzieci Drzewa Jakarandy - Sahar Delijani

Fragment ebooka Dzieci Drzewa Jakarandy - Sahar Delijani

Wydanie elektroniczne

Tytuł ory­gi­nału:

CHIL­DERN OF THE JA­CA­RAN­DA TREE

Co­py­ri­ght © Sa­har De­li­ja­ni 2013

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros An­drzej Kuryłowicz s.c. 2014

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Anna Es­den-Temp­ska 2014

Re­dak­cja: Be­ata Kacz­mar­czyk

Ilu­stra­cja na okładce: © Orion Bo­oks

Pro­jekt gra­ficz­ny okładki: An­drzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7985-064-8

WYDAWCA

Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

O książce

Trzy lata po oba­le­niu sza­cha Rezy Pah­la­wie­go i przejęciu władzy przez is­lam­skich fun­da­men­ta­listów do te­he­rańskie­go więzie­nia tra­fia ciężarna Azar. Jaki los cze­ka jej córkę w kra­ju rządzo­nym przez fa­na­tyków i wstrząsa­nym wojną?

Mniej więcej w tym sa­mym cza­sie trzy­let­ni Omid jest świad­kiem aresz­to­wa­nia ro­dziców. Zszo­ko­wa­ne dziec­ko tra­fia pod opiekę dziadków, którzy wraz z je­dyną po­zo­stającą na wol­ności córką, Lejlą, muszą zająć się trójką wnucząt.

Lej­la poświęca się dla dzie­ci ro­dzeństwa, re­zy­gnując z miłości swo­je­go życia – Ah­ma­da – i szan­sy na szczęście poza gra­ni­ca­mi ogar­niętego wojną Ira­nu.

Ma­ry­am nig­dy nie otrząśnie się po stra­cie męża za­bi­te­go w trak­cie po­li­tycz­nych czy­stek. Mimo bólu zro­bi wszyst­ko, żeby ukryć przed córką praw­dzi­we oko­licz­ności śmier­ci jej ojca.

Bo­ha­te­ro­wie próbują się od­na­leźć w trud­nej rze­czy­wi­stości, po­dej­mo­wać właściwe de­cy­zje, chro­nić bli­skich i ko­chać. Ich losy, przed­sta­wio­ne na prze­strze­ni pra­wie trzy­dzie­stu lat, krzyżują się ze sobą i roz­chodzą. Jest jed­nak pew­ne miej­sce, w którym mogą się zno­wu spo­tkać – te­he­rańskie podwórko ocie­nio­ne przez kwitnące drze­wo ja­ka­ran­dy.

SA­RAH DE­LI­JA­NI

Uro­dziła się w 1983 r. w te­he­rańskim więzie­niu, do którego tra­fi­li jej ro­dzi­ce za ak­tyw­ny sprze­ciw wo­bec reżimu is­lam­skie­go. W 1996 r. wy­emi­gro­wała z ro­dziną do północ­nej Ka­li­for­nii. Po ukończe­niu szkoły śred­niej stu­dio­wała li­te­ra­turę porównawczą na uni­wer­sy­te­cie Ber­ke­ley. W 2006 r. osie­dliła się wraz z przyszłym mężem w Tu­ry­nie.

De­li­ja­ni pi­sze od po­nad sześciu lat. Za­nim uka­zała się jej, w dużej mie­rze au­to­bio­gra­ficz­na, de­biu­tanc­ka po­wieść Dzie­ci drze­wa ja­ka­ran­dy, przetłuma­czo­na na 27 języków, pu­bli­ko­wała w pra­sie. W 2010 i 2011 r. była no­mi­no­wa­na do Pu­sh­cart Pri­ze.

www.sa­rah­de­li­ja­ni.com

Ro­dzi­com

1983

Więzie­nie Ewin, Te­he­ran

Azar kuliła się pod ścianą na nierównej bla­sza­nej podłodze fur­go­net­ki. Auto pod­ska­ki­wało na wy­bo­jach, rzu­cało nią na boki. Wolną rękę za­ci­skała na czymś w ro­dza­ju poręczy. Drugą pod­trzy­my­wała swój twar­dy, wydęty brzuch. Czuła w nim skur­cze, od których od­dech sta­wał się ury­wa­ny, nie­re­gu­lar­ny. Prze­szyła ją gorąca fala bólu biorącego początek gdzieś w oko­li­cy krzyża. Azar za­brakło tchu, chwy­ciła spo­wi­jający ją cza­dor, wpi­jając w nie­go kur­czo­wo pal­ce. Na każdym zakręcie obi­jała się o ścia­ny wozu. Na każdej dziu­rze le­ciała do su­fi­tu, a dziec­ko w jej brzu­chu sztyw­niało. Opa­ska na oczach była mo­kra od potu.

Uniosła dłoń i otarła oczy. Nie śmiała zsunąć opa­ski, choć w tyle auta oprócz niej nie było ni­ko­go. Wie­działa jed­nak, że za nią jest okien­ko. Wy­czuła szybę, kie­dy wsia­dała. Sio­stra mogła się obej­rzeć i zo­ba­czyć. Mo­gli się też na­gle za­trzy­mać i nie zdążyłaby pod­ciągnąć opa­ski.

Nie wie­działa, co by się stało, gdy­by złapa­li ją z od­kry­ty­mi ocza­mi, i nie chciała tego wie­dzieć. Cza­sa­mi sta­rała się prze­ko­nać samą sie­bie, że czający się w niej przej­mujący lęk jest nie­uza­sad­nio­ny. Nikt nig­dy nie pod­niósł na nią ręki, nie po­py­chał jej, nie gro­ził. Nie miała po­wo­du tak strasz­nie się ich bać, tych sióstr i bra­ci. Nie mogłaby podać żad­nej kon­kret­nej przy­czy­ny. Ale były te po­twor­ne krzy­ki, od których trzęsły się mury więzie­nia, roz­le­gające się w pu­stych ko­ry­ta­rzach, budzące więźniar­ki ze snu w środ­ku nocy, wdzie­rające się w roz­mo­wy, gdy roz­dzie­lały so­bie obiad. Po­tem przez resztę dnia aż do późnego wie­czo­ra cho­dziły spięte, milczące. Nikt nie wie­dział, co to za krzy­ki. Nikt nie ośmie­lił się pytać. To było wy­cie z bólu, tyle wie­działy. Bo nikt nie po­my­li jęków bólu z in­nym krzy­kiem. To były wołania ciała bez tożsamości – opusz­czo­ne­go, zma­sa­kro­wa­ne­go, spro­wa­dzo­ne­go do mo­krej pla­my – które mogło już tyl­ko za­zna­czyć swo­je ist­nie­nie tą siłą, z jaką roz­dzie­rało ciszę więzien­nych murów. I nikt nie wie­dział, kie­dy przyj­dzie jego ko­lej. Kie­dy sam znik­nie w ko­ry­ta­rzu i nie po­zo­sta­nie z nie­go nic, tyl­ko ten sko­wyt. Wszy­scy żyli więc i cze­ka­li, i wy­ko­ny­wa­li po­le­ce­nia, zdając so­bie sprawę, że wisi nad nimi wy­rok, którego nie da się od­wle­kać w nie­skończo­ność.

Z małej szcze­li­ny gdzieś nad jej głową do wnętrza fur­go­net­ki napływało echo odgłosów budzącego się mia­sta. Pod­ciąga­nie ro­let, klak­so­ny, śmiech dzie­ci, tar­go­wa­nie się ulicz­nych sprze­dawców. Z przo­du auta, zza szy­by, do­cie­rały do niej skraw­ki roz­mo­wy, choć nie umiała rozróżnić po­szczególnych słów. Słyszała tyl­ko, jak sio­stra re­cho­ce z cze­goś, co opo­wia­da je­den z bra­ci. Azar sta­rała się igno­ro­wać te głosy, sku­piając się na zewnętrznym po­szu­mie mia­sta – jej uko­cha­ne­go Te­he­ra­nu, którego nie wi­działa ani nie słyszała od wie­lu mie­sięcy. Za­sta­na­wiała się, jak bar­dzo mogło się tu wszyst­ko zmie­nić w związku z wojną z Ira­kiem, która ciągnęła się już trze­ci rok. Czy mia­sto ogarnęła wo­jen­na pożoga? Czy lu­dzie z nie­go ucie­ka­li? Dźwięki z zewnątrz wska­zy­wały, że wszyst­ko jest po sta­re­mu: ten sam cha­os, har­mi­der co­dzien­nych zma­gań, zwykłego życia. Za­sta­na­wiała się, co w tej chwi­li robią jej ro­dzi­ce. Mat­ka pew­nie stoi w ko­lej­ce do pie­kar­ni, oj­ciec wsia­da na mo­to­cykl i ru­sza do pra­cy. Na myśl o nich ścisnęło ją w gar­dle. Uniosła głowę, otwo­rzyła sze­ro­ko usta i sta­rała się na­brać w płuca po­wie­trza sączącego się przez szcze­linę.

Od­chy­lając się do tyłu, od­dy­chała głęboko, tak głęboko, że zaczęło palić ją w gar­dle i się roz­kasz­lała. Roz­luźniła cia­sny węzeł chu­s­ty pod brodą i po­zwo­liła, by cza­dor zsunął się jej z głowy. Trzy­mała się poręczy, usztyw­nio­na, sta­rając się nie pod­da­wać pod­sko­kom fur­go­net­ki, gdy prze­szył ją ko­lej­ny doj­mujący ból. Próbowała usiąść. Prze­rażała ją myśl, że uro­dzi na bla­sza­nej podłodze fur­go­net­ki, na tych wy­bo­istych uli­cach, z prze­raźli­wym śmie­chem sio­stry dud­niącym jej w uszach. Za­ci­skając moc­niej dłoń na poręczy, na­brała po­wie­trza i usiłowała za­ha­mo­wać par­cie. Za wszelką cenę chciała utrzy­mać dziec­ko w so­bie, nim dotrą do szpi­ta­la.

I wte­dy właśnie po­czuła, że coś wy­le­wa się jej między no­ga­mi. Wstrzy­mała od­dech, kie­dy to coś w sposób nie­kon­tro­lo­wa­ny po­ciekło po jej udzie. Od­sunęła połę cza­do­ra. Zmar­twiała z prze­rażenia, ostrożnie do­tknęła maj­tek czub­ka­mi palców. Wie­działa, że w pew­nym mo­men­cie od­chodzą wody płodo­we, ale co po­tem? Czy to ozna­cza, że lada chwi­la uro­dzi? Czy to nie­bez­piecz­ne? Do­pie­ro za­czy­nała czy­tać książki o ciąży, gdy po nią przy­szli. Nie do­tarła do roz­działu o od­chodzeniu wód, bólach po­ro­do­wych i o tym, co spa­ko­wać do szpi­ta­la, bo zaczęli łomo­tać do drzwi tak moc­no, jak­by je chcie­li wyłamać. Kie­dy ją wy­wle­ka­li, jej brzuch robił się już wi­docz­ny.

Za­cisnęła zęby, ser­ce waliło jej jak osza­lałe. Żałowała, że nie ma z nią mat­ki, która wytłuma­czyłaby jej, co się dzie­je. Mat­ka ze swo­im ni­skim głosem i łagodną twarzą. Tak bar­dzo była jej te­raz po­trzeb­na, że Azar o mało ser­ce nie pękło. Chciałaby przy­najm­niej mieć przy so­bie coś należącego do mat­ki, żeby się do tego przy­tu­lić. Coś z ubra­nia, chustę. Byłoby jej łatwiej.

Chciałaby, żeby Isma­el był przy niej. Żeby trzy­mał ją za rękę i mówił, że wszyst­ko będzie do­brze. Na pew­no prze­stra­szyłby się, widząc ją w tych wa­run­kach, po­twor­nie by się zmar­twił. Pa­trzyłby na nią tymi swo­imi ja­snobrązo­wy­mi ocza­mi, tak jak­by chciał przejąć jej ból, wziąć go na sie­bie. Nie mógł znieść, gdy Azar działa się krzyw­da. Kie­dy pew­ne­go razu spadła z krzesła, na którym stanęła, żeby zry­wać wi­no­gro­na, był tak prze­rażony, że pra­wie płakał, pod­nosząc ją z zie­mi.

– Myślałem, że złamałaś kręgosłup – po­wie­dział po­tem. – Umarłbym, gdy­by coś ci się stało.

Jego miłość spra­wiała, że czuła się sil­na jak góra, nie­znisz­czal­na, nieśmier­tel­na. Po­trze­bo­wała tej bez­mier­nej miłości, za­tro­ska­ne­go spoj­rze­nia, tego, że sta­rając się go uspo­koić, za­wsze uda­wało się jej uspo­koić też samą sie­bie.

Tak bar­dzo chciała, żeby był tu jej oj­ciec i zaniósł ją do swo­je­go auta, a po­tem ru­szył z nią jak sza­lo­ny do szpi­ta­la.

Fur­go­net­ka się za­trzy­mała, a Aza­ra wy­rwa­na ze swo­ich myśli, obej­rzała się gwałtow­nie, jak­by mogła co­kol­wiek zo­ba­czyć. Choć war­kot sil­ni­ka ustał, żadne drzwi się nie otwo­rzyły. Jej dłonie powędro­wały do chu­s­ty. Zawiązała ją moc­niej, na­su­wając cza­dor na głowę. Znów do­biegł ją śmiech sio­stry. Wkrótce uświa­do­miła so­bie, że nie wy­sia­dają, bo brat kończy swoją opo­wieść. Azar cze­kała, drżącymi rękami ści­skając oślizgły rąbek cza­dora.

Po ja­kimś cza­sie usłyszała, że drzwi się otwie­rają i za­trza­skują. Ktoś maj­stro­wał przy zam­ku z tyłu fur­go­net­ki. Przy­trzy­mując się poręczy, dźwignęła się i pod­sunęła bliżej. Drzwi się otwo­rzyły.

– Wy­sia­daj – za­ko­men­de­ro­wała sio­stra, zakładając jej kaj­dan­ki.

Azar od­kryła, że le­d­wie jest w sta­nie ustać na no­gach. Z tru­dem do­trzy­my­wała kro­ku sio­strze, tonąc w ciem­nościach spo­wi­jających jej oczy. Mo­kre majt­ki lepiły się jej do ud. Wkrótce po­czuła czy­jeś ręce na tyle głowy, ktoś roz­wiązywał opaskę. Zo­ba­czyła, że stoi w słabo oświe­tlo­nym ko­ry­ta­rzu. Z obu stron ciągnęły się sze­re­gi za­mkniętych drzwi. Kil­ka pla­sti­ko­wych krze­seł stało pod ścianą, na której wi­siały pla­ka­ty z bu­zia­mi za­do­wo­lo­nych dzie­ci i zdjęcie pielęgniar­ki trzy­mającej pa­lec na ustach, żeby na­ka­zać ciszę. Azar po­czuła się dużo pew­niej, kie­dy zdała so­bie sprawę, że w końcu do­tar­li do więzien­ne­go szpi­ta­la.

Gru­pa młodych pielęgnia­rek przeszła po­spiesz­nie obok. Azar pa­trzyła, jak zni­kają w głębi ko­ry­ta­rza. Było coś piękne­go w tym, że jej oczy nie są już za­kry­te. Szyb­ko i zachłan­nie prze­no­siła wzrok z zie­lo­nych ścian na drzwi, ze świetlówek na su­fi­cie na ubra­ne w białe far­tu­chy i białe buty pielęgniar­ki, które krzątały się, otwie­rając i za­my­kając drzwi, z twa­rza­mi zaróżowio­ny­mi od emo­cji, gdy się tak uwi­jały. Czuła się bez­piecz­niej, kie­dy mogła wi­dzieć jak inni. Z opaską na oczach była nie­kom­plet­na, oka­le­czo­na, tonęła w nie­określo­nym świe­cie fi­zycz­ne­go za­grożenia, gdzie może stać się wszyst­ko i gdzie nie mogłaby się bro­nić. Te­raz miała wrażenie, że jed­nym spoj­rze­niem jest w sta­nie ode­gnać ten stały lęk, który ją osa­cza i spra­wia, że nie czu­je się w pełni sobą. Z otwar­ty­mi ocza­mi, w tym mrocz­nym ko­ry­ta­rzu, wśród odgłosów życia i na­ro­dzin po­czuła, że od­zy­sku­je swo­je człowie­czeństwo.

Zza niektórych drzwi do­bie­gało stłumio­ne kwi­le­nie no­wo­rodków. Azar słuchała uważnie, jak­by nie­kończący się głodny płacz niósł jej wia­do­mość, wia­do­mość z in­ne­go wy­mia­ru cza­su, z wnętrza jej ciała.

Za­trzy­mała się przy nich jakaś pielęgniar­ka. Kor­pu­lent­na oso­ba o by­strych orze­cho­wych oczach. Zmie­rzyła Azar wzro­kiem od stóp do głów i zwróciła się do sio­stry.

– Mamy ciężki dzień. Strasz­ny ruch z po­wo­du Święta Ofia­ro­wa­nia, Eid-e Ghor­ban. Nie wiem, czy znaj­dzie się miej­sce. Ale chodźcie. Le­karz przy­najm­niej ją obej­rzy.

Pielęgniar­ka pod­pro­wa­dziła je do schodów. Azar wcho­dziła z tru­dem. Co parę stop­ni mu­siała przy­sta­wać, żeby złapać od­dech. Pielęgniar­ka szła przo­dem, jak­by sta­rała się trzy­mać z da­le­ka od tej więźniar­ki i jej męki, od potu świecącego na wy­mi­ze­ro­wa­nej twa­rzy.

Szły z piętra na piętro, co­raz wyżej. Azar brnęła z wysiłkiem z ko­ry­ta­rza w ko­ry­tarz, od jed­nych za­mkniętych drzwi do dru­gich. Wresz­cie le­kar­ka w jed­nej z sal skinęła, żeby weszły. Azar szyb­ko położyła się i oddała w jej wpraw­ne, bez­oso­bo­we ręce.

Dziec­ko w niej wy­da­wało się ściśnięte jak supełek.

– Jak mówiłam, nie możemy jej przyjąć – usłyszała głos pielęgniar­ki, kie­dy le­kar­ka wyszła, za­my­kając za sobą ci­cho drzwi. – Nie jest z tego zakładu kar­ne­go. Mu­si­cie ją za­wieźć gdzie in­dziej.

Sio­stra dała znak, żeby Azar wstała. Schodząc ze schodów, kon­dy­gna­cja za kon­dy­gnacją, piętro po piętrze, Azar z całych sił opie­rała się na poręczy, z tru­dem łapała po­wie­trze. Ból wrzu­cił wyższy bieg. Chwy­tał za ple­cy, po­tem za brzuch. Próbowała od­dy­chać, czuła się tak, jak­by ja­kieś ol­brzy­mie dłonie wy­ry­wały z niej dziec­ko. Omal się nie rozpłakała. I tak jej było tego wstyd. Za­cisnęła zęby, sta­rała się opa­no­wać. To nie miej­sce na łzy. Nie na tych scho­dach, nie w tych długich ko­ry­ta­rzach.

Za­nim opuściły szpi­tal, sio­stra upew­niła się, czy opa­ska dokład­nie przy­kry­wa na­biegłe krwią oczy więźniar­ki.

*

Azar po­now­nie zna­lazła się na nierównej bla­sza­nej podłodze fur­go­net­ki, drzwi się za­trzasnęły. W wo­zie pach­niało upałem i bru­tal­nym cier­pie­niem. Kie­dy tyl­ko sil­nik znów zo­stał uru­cho­mio­ny, na przo­dzie podjęto prze­rwaną roz­mowę. W głosie sio­stry słychać było pod­nie­ce­nie. Jej ton i wy­so­ki śmiech brzmiały za­lot­nie.

Azar sku­liła się, umęczo­na. Fur­go­net­ka prze­bi­jała się zyg­za­kiem przez cha­otycz­ny ruch na uli­cy, a Azar przy­po­mniało się, jak pierw­szy raz przy­pro­wa­dziła Isma­ela do sie­bie do domu. Było gorąco, bar­dzo po­dob­nie jak dziś. Pach­niał słodko, mydłem i szczęściem, gdy szedł obok niej wąską ulicą. Po­wie­działa, że chce mu po­ka­zać, skąd po­cho­dzi, dom, w którym miesz­ka, jego ni­skie ce­gla­ne mury, nie­bieską fon­tannę i ja­ka­randę, która górowała nad wszyst­kim. Wahał się. A jeśli wrócą jej ro­dzi­ce i go za­staną? Ale dał się prze­ko­nać.

– Tyl­ko szyb­ko cię opro­wadzę – obie­cała Azar ze śmie­chem, ciągnąc go za rękę.

Prze­bie­gli po po­ko­jach, ciesząc się tą chwilą, sobą na­wza­jem, za­pa­chem kwiatów, który ich oto­czył.

Za­sta­na­wiała się, gdzie jest te­raz Isma­el. I czy nic mu się nie stało. Od wie­lu mie­sięcy nie miała od nie­go wia­do­mości, na­wet nie wie­działa, czy żyje. Nie, nie, nie. Pokręciła głową. Nie wol­no jej tak myśleć. Nie te­raz. Od którejś z no­wych więźnia­rek słyszała, że mężczyzn też prze­nie­sio­no do Ewin. Większość z nich. Jeśli do­tar­li do Ewin, to zna­czy, że prze­trwa­li przesłucha­nia i wszyst­ko to, o czym nie śmiała myśleć w aresz­cie Ko­mi­te-je Mosz­ta­rak. Była pew­na, że Isma­el jest wśród tych mężczyzn. Była pew­na, że jest z nią w Ewin. Po­wi­nien być.

Jesz­cze raz fur­go­net­ka się za­trzy­mała, a drzwi się otwo­rzyły. Te­raz jed­nak nie zdjęto jej opa­ski. Tyl­ko ślad słonecz­ne­go światła prze­bi­jał zza niej, kie­dy Azar wy­siadła i chwiej­nym kro­kiem podążyła z siostrą i braćmi do ko­lej­ne­go bu­dyn­ku, a po­tem ko­ry­ta­rzem. Mu­sie­li wejść na od­dział położni­czy in­ne­go szpi­ta­la, bo wkrótce do uszu Azar do­tarły jęki i krzy­ki ko­biet. Znów wstąpiła w nią na­dzie­ja. Może te­raz od­dadzą ją w bez­piecz­ne ręce le­ka­rzy. Może to ko­niec męki. Opa­ska prze­sunęła się lek­ko, a ona z radością pa­trzyła na podłogę długie­go ko­ry­ta­rza wyłożoną sza­ry­mi ka­fla­mi i na me­ta­lo­we nogi krze­seł stojących przy ścia­nach. Czuła, że ktoś ją szyb­ko mija. Może pielęgniar­ki. Słyszała kro­ki stóp w bu­tach na miękkich po­de­szwach. Lek­ki po­wiew mu­skał jej twarz.

Wkrótce zmie­ni­li kie­ru­nek. Znów wcho­dzi­li na scho­dy. Jęki ko­biet cichły w od­da­li. Azar na­sta­wiła uszu i zro­zu­miała, że pro­wadzą ją z od­działu położni­cze­go gdzieś da­lej. Kąciki jej oczu za­drgały. Kie­dy wresz­cie się za­trzy­ma­li i ja­kieś drzwi się otwo­rzyły, wpro­wadzili ją do środ­ka i ka­za­li usiąść. Wy­czer­pa­na, pomału przy­cupnęła na drew­nia­nym krześle. Pot spływał jej z czoła do oczu, gdy znów zawładnął nią ból. Niedługo przyj­dzie le­kar­ka, pomyślała, sta­rając się po­cie­szyć.

Jed­nak szyb­ko zdała so­bie sprawę, że to nie na le­ka­rza cze­kają, kie­dy zza za­mkniętych drzwi usłyszała zbliżające się kro­ki kogoś w pla­sti­ko­wych klap­kach. Brzmiały co­raz głośniej i głośniej. Wie­działa, co ozna­cza ten odgłos, i gdy go usłyszała, zro­zu­miała, że musi się przy­go­to­wać. Wpiła pal­ce w ciepłe, mo­kre od potu me­ta­lo­we kaj­dan­ki i moc­no za­cisnęła po­wie­ki w na­dziei, że to klip-klap przej­dzie obok drzwi, mi­nie je i zo­sta­wi ją w spo­ko­ju. Ale kie­dy ucichło przy drzwiach, ser­ce po­deszło jej do gardła. To do niej.

Drzwi otwo­rzyły się ze skrzyp­nięciem. Spod opa­ski do­strzegła czar­ne no­gaw­ki i męskie sto­py o chu­dych pal­cach i spi­cza­stych pa­znok­ciach. Słyszała, jak mężczy­zna tłucze się po po­ko­ju, przy­ciąga ze zgrzy­tem krzesło i sia­da. Azar cała się spięła prze­ciw­ko tej po­sta­ci, której nie mogła zo­ba­czyć, ale której obec­ność wy­czu­wała każdą komórką swo­je­go ciała. Dziec­ko w niej na­pie­rało i skręcało się. Wzdrygnęła się, cia­sno owi­nięta cza­do­rem.

– Imię i na­zwi­sko?

Drżącym głosem Azar podała dane. Po­tem nazwę par­tii po­li­tycz­nej, do której należała, oraz imię i na­zwi­sko męża. Ko­lej­ny prze­szy­wający ból. Sku­liła się. Z jej ust wy­rwał się jęk. Ale mężczy­zna za­cho­wy­wał się tak, jak­by nic nie wi­dział, nie słyszał. Nadal me­cha­nicz­nie sypał py­ta­nia­mi, od­czy­ty­wał ich listę to­nem, który su­ge­ro­wał, że nie ma pojęcia, o co cho­dzi. Agre­sja w jego głosie brała początek z głębo­kiej i nie­bez­piecz­nej nudy przesłuchującego, który ma już dość za­da­wa­nych przez sie­bie pytań.

W po­ko­ju było bar­dzo gorąco. Pod gru­by­mi war­stwa­mi pal­ta i cza­do­ra ciało Azar spływało po­tem. Mężczy­zna spy­tał o datę aresz­to­wa­nia męża. Po­wie­działa mu. I kogo zna, a kogo nie zna. Głos jej się łamał, kie­dy przypływały ko­lej­ne fale bólu. Muszę za­cho­wać spokój, mówiła so­bie, nie mogę na­ra­zić na cier­pie­nie dziec­ka. Próbowała ode­gnać od sie­bie natrętną wizję – ob­raz dziec­ka, jej dziec­ka, zde­for­mo­wa­ne­go, wy­krzy­wio­ne­go, udręczo­ne­go. Jak dzie­ci Bia­fry. Wydała chra­pli­wy jęk. Pot ście­kał jej po ple­cach.

– Gdzie od­by­wały się spo­tka­nia? – za­py­tał mężczy­zna. – Ile osób w nich uczest­ni­czyło?

Ści­skając krzesło w na­pa­dzie wszech­ogar­niającego bólu, Azar sta­rała się przy­po­mnieć so­bie wszyst­kie właściwe od­po­wie­dzi. Wszyst­kie od­po­wie­dzi, ja­kie dawała pod­czas ko­lej­nych przesłuchań. Żadna data, żadne na­zwi­sko, żadna in­for­ma­cja lub jej brak nie mogą się różnić. Wie­działa, cze­mu tu jest, dla­cze­go uzna­li, że to naj­lep­sza pora, żeby ją przesłuchać, do­brać się do niej. Tyl­ko spokój, po­wta­rzała so­bie, od­po­wia­dając. Kie­dy po­mi­jała na­zwi­ska, daty, miej­sca, sta­rała się uspo­koić, wy­obrażając so­bie swo­je dziec­ko, jego stópki, rączki, ko­la­na, kształt oczu, ich ko­lor. Ko­lej­na eks­plo­zja bólu. Skrzy­wiła się zszo­ko­wa­na jego siłą. Nie myślała nig­dy, że taki ból jest możliwy. Za­tra­cała się w nim. Pa­lusz­ki, kost­ki, no­sek, uszka, szy­ja.

Gdzie dru­ko­wała ulot­ki? Usłyszała powtórzo­ne przez mężczyznę py­ta­nie. Próbowała od­po­wie­dzieć, ale ból całkiem nią zawładnął. Nie była w sta­nie mówić. Rzu­ciła się naprzód i przy­trzy­mała sto­li­ka przed nią. Słyszała swo­je jęki. Pępek, czar­ne włosy, bródka, sta­rała się po­wta­rzać w myślach. Wzięła głęboki od­dech. Czuła, że mdle­je. Przy­gryzła język. Gryzła war­gi. Czuła smak krwi mie­szającej się ze śliną. Gryzła zbie­lałe kost­ki rąk.

W miarę jak bóle się na­si­lały, świat zewnętrzny szyb­ko się za­cie­rał. Już nic nie słyszała, tra­ciła świa­do­mość tego, co dzie­je się wokół niej. Fale bólu po­rwały ją tam, gdzie nic in­ne­go nie ist­nie­je, nic poza męką tak do­tkliwą i nie­wia­ry­godną, jak­by nie była już cząstką niej, ale wa­run­kiem życia, całej eg­zy­sten­cji. Azar utra­ciła ciało, a stała się prze­strze­nią, gdzie wszyst­ko skręca się i wije, gdzie nie­po­dziel­nie włada ból, czy­sty i nie­skończo­ny.

Nie wie­działa, jak długo mężczy­zna cze­kał na od­po­wiedź na te­mat ulo­tek, od­po­wiedź nie padła. Półprzy­tom­na zo­rien­to­wała się, że tam­ten coś za­my­ka, może no­tes. Wie­działa, że przesłucha­nie skończo­ne. Oszałamiająca ulga. Nie słyszała, kie­dy wstał, roz­po­znała jed­nak klip-klap milknące w od­da­li. Wkrótce głos sio­stry na­ka­zał jej wstać. Za­ta­czając się, wyszła z po­ko­ju i ru­szyła ko­ry­ta­rzem, mając z jed­nej stro­ny siostrę, z dru­giej pew­nie pielęgniarkę. Z tru­dem do­trzy­my­wała im kro­ku. Brnęła naprzód zgięta nie­mal we dwo­je, le­d­wie łapiąc od­dech. Kaj­dan­ki na jej nad­garst­kach wy­da­wały się nie­znośnie ciężkie. Po­pro­wa­dzo­no ją w dół po scho­dach. Jęki ko­biet znów wypełniły jej uszy.

– No, to je­steśmy – po­wie­działa pielęgniar­ka, kie­dy się za­trzy­mały.

Sio­stra roz­pięła jej kaj­dan­ki i zdjęła opaskę z oczu.

Azar wdra­pała się na wąską ko­zetkę. W po­ko­ju było pełno per­so­ne­lu i le­kar­ka. Na ścianę po jej pra­wej stro­nie padały pro­mie­nie popołudnio­we­go słońca. W prze­rwach między bólami Azar za­pa­dała w półsen z wy­czer­pa­nia. Z rękami leżącymi bezwład­nie na łóżku, pa­trzyła na miękkie światło, pod­dając się ba­dającym ją dłoniom.

Sio­stra stała przy le­kar­ce i ob­ser­wo­wała wszyst­ko w mil­cze­niu. Azar nie chciała na nią pa­trzeć. Nie chciała uznać jej obec­ności, pragnęła całkiem o niej za­po­mnieć. Nie tyl­ko o niej, ale też o wszyst­kim, co ozna­czała jej obec­ność – o więzie­niu, sa­mot­ności, stra­chu, ro­dze­niu w nie­wo­li. Była te­raz obca, oto­czo­na ludźmi widzącymi w niej wro­ga, którego należy ujarz­mić i po­ko­nać. Samo jej ist­nie­nie wy­da­wało im się za­grożeniem dla ich władzy, dla ich ro­zu­mie­nia, co do­bre, a co złe, mo­ral­ne i niemo­ral­ne. Ci lu­dzie po­gar­dza­li nią, bo nie chciała uznać ich ra­cji za własne, te, o które wal­czyła. Była dla nich nie­przy­ja­cie­lem, bo nie wie­rzyła, że ich Bóg ma od­po­wie­dzi na wszyst­kie py­ta­nia.

Azar wolała za­mknąć oczy i uda­wać, że jest gdzie in­dziej, w in­nym cza­sie, in­nym miej­scu, in­nym szpi­ta­lu. Że stoi przy niej Isma­el, gładzi jej twarz, pa­trzy na nią z troską, trzy­ma ją moc­no za rękę, a jej ro­dzi­ce są obok, cze­kają, tata cho­dzi tam i z po­wro­tem ko­ry­ta­rzem, mama za­ci­ska dłonie na spa­ko­wa­nej dla niej do szpi­ta­la tor­bie, siedząc na brze­gu krzesła, go­to­wa w każdej chwi­li po­biec do córki, gdy­by tyl­ko mogła w czymś pomóc.

Tu może wyciągać ręce na próżno. Ota­cza ją pust­ka. Jest kom­plet­nie sama.

– Dziec­ko się odwróciło – słyszy głos le­kar­ki i pa­trzy na swój brzuch.

Wydęcie, które było gdzieś w oko­li­cy pępka, te­raz prze­sunęło się wyżej, aż pod pier­si.

Le­kar­ka zwra­ca się do dwóch stojących za nią ko­biet:

– Mu­si­my je ze­pchnąć niżej.

Azar zaschło w ustach. Ze­pchnąć niżej? Jak? Ko­bie­ty, które pew­nie były aku­szer­ka­mi, po­deszły. Ich po­ora­ne twa­rze i dłonie ko­ja­rzyły się z pro­wincją, da­le­ki­mi wio­ska­mi na skra­ju wąskich, błotni­stych dróg. Trzy­mały w rękach ja­kieś po­dar­te szma­ty. Azar aż jęknęła z prze­rażenia. Po co to? Co za­mie­rzają zro­bić? Za­kne­blują ją, żeby z zewnątrz nikt nie słyszał jej krzyków? Ko­bie­ty spoj­rzały na siostrę, która złapała je­den kawałek ma­te­riału i po­ka­zała, jak skrępować więźniarkę. Azar wzdrygnęła się na do­tyk wil­got­nych palców o zgru­białej skórze przy­wiązujących jej nogę do ramy łóżka. Ko­bie­ty wahały się, ale w końcu zro­biły, co trze­ba. Jed­na z nich złapała Azar za nogi, dru­ga za ręce. Azar szarpnęła się, czując ko­lej­ny skurcz. Chwi­la wy­tchnie­nia minęła, ból wrócił.

Le­kar­ka na­rzu­ciła przeście­radło na ko­la­na Azar i po­chy­liła się nad nią.

– Za­czy­na­my.

Po związa­niu Azar aku­szer­ki splotły pal­ce i położyły ręce bli­sko jej pier­si. Pa­trzyła na nie bez­rad­nie, tar­ga­na bólem, ser­ce waliło jej jak sza­lo­ne. Bała się ich, tego, co jej zro­bią, co zro­bią dziec­ku. Czy to w ogóle jest szpi­tal? Kim one są? Skąd się wzięły? Czy wiedzą, co robią?

Usłyszała własny jęk. Ko­bie­ty wzięły głęboki wdech, żeby się przy­go­to­wać, jak bok­se­rzy zbie­rający siły przed walką. Po­tem z wy­trzesz­czo­ny­mi ocza­mi, su­ro­wo za­ci­skając usta, na­parły na miej­sce, gdzie kryło się dziec­ko, i po­pchnęły je moc­no w dół dłońmi, które za­pew­ne na­ci­skały na brzu­chy rodzących krów albo ciągnęły za drżące nogi owie­czek.

Przez chwilę Azar zmar­twiała od kosz­mar­nej, bru­tal­nej siły tego pchnięcia. Po­tem z jej gardła wy­rwał się krzyk, dzi­ki wrzask, ja­kie­go jesz­cze nie znała. Jego echo wstrząsnęło całym jej ciałem. Rzu­ciła się naprzód, sta­rając się ode­gnać ko­bie­ty od swo­je­go brzu­cha, od swo­je­go dziec­ka. Czy je zgniotą na śmierć? Czy je za­duszą? Azar nie mogła ru­szać rękami, ale sta­rała się wyciągnąć szyję i ugryźć je, gdy ko­lej­ny przypływ bólu rzu­cił ją z po­wro­tem na łóżko.

– Przyj! – na­ka­zała le­kar­ka.

Węzełek w brzu­chu sta­wiał opór. Ko­bie­ty moc­no szarpnęły sple­cio­ny­mi dłońmi. Twa­rze po­czer­wie­niały im z wysiłku. Pot błysz­czał na czołach i spływał bruz­da­mi wokół nosów. Usta drżały.

Azar myślała, że umie­ra, wy­dając ko­lej­ny roz­dzie­rający jęk. Przez chwilę nic nie wi­działa. Kie­dy od­zy­skała wzrok, zo­ba­czyła, że jed­na z ko­biet stoi obok niej. Ta młod­sza, może w wie­ku Azar, tuż po dwu­dzie­st­ce. Jej mig­dałowe ciem­ne oczy błysz­czały.

– Jest do­brze – szepnęła, do­dając Azar od­wa­gi, i położyła chłodną dłoń na jej roz­pa­lo­nym czo­le. – Przekręciłyśmy dziec­ko główką w dół, te­raz mu­sisz tyl­ko przeć.

Gdy przy­szedł ko­lej­ny ból, po­wie­działa:

– Two­je dziec­ko już pra­wie tu jest.

Uśmie­chała się, ale Azar pa­trzyła na nią dzi­kim wzro­kiem. Nie wie­działa, co to wszyst­ko zna­czy, co ta dziew­czy­na mówi. Coś w niej wy­dzie­rało się na zewnątrz, nie pa­no­wała nad tym. Napięła mięśnie i wydała ko­lej­ny okrzyk.

– Tak, do­brze, przyj. Jesz­cze raz.

Sio­stra szturchnęła Azar w ramię.

– Krzycz! Wołaj Boga! Wołaj ima­ma Ale­go! Cho­ciaż te­raz!

Azar prze­szył ko­lej­ny ból, zim­ny i ciem­ny. Krzyknęła i ścisnęła rękę aku­szer­ki. Ni­ko­go nie wołała.

– Za­raz będzie! – krzyknęła le­kar­ka. – Dziel­na dziew­czy­na, jesz­cze jed­no par­cie!

Coś w niej się ro­ze­rwało. Pękło.

Azar parła resztką sił. Zro­biło jej się ciem­no przed ocza­mi. Gdzieś jak­by z od­da­li usłyszała kwi­le­nie nie­mowlęcia.

*

Ni­ko­go przy niej nie było, kie­dy otwo­rzyła oczy. Zim­ny po­dmuch z otwar­te­go okna spra­wił, że do­stała dresz­czy. Nadal była przy­wiązana do łóżka. Stra­ciła czu­cie w no­gach. Wil­got­ne włosy lepiły się jej do twa­rzy. Sto­py bolały jak na­szpi­ko­wa­ne okru­cha­mi szkła.

Nie miała pojęcia, ile cza­su tak leży. Go­dzi­ny, dni, wiecz­ność. Nie spusz­czała oczu z drzwi. Dokąd za­bra­li moje dziec­ko? – za­sta­na­wiała się. Wkrótce drzwi się otwo­rzyły i wma­sze­ro­wała sio­stra, przy­trzy­mując swój czar­ny cza­dor. Azar chciała coś po­wie­dzieć, spy­tać o dziec­ko. Miała tak wy­su­szo­ne usta, że pękały w kąci­kach. Za siostrą wto­czyły się dwie aku­szer­ki.

– Two­ja córka jest w in­nej sali – oznaj­miła sio­stra, jak­by czy­tała Azar w myślach albo od­gadła py­ta­nie z jej spierzch­niętych warg. – Nie wiem, kie­dy ją tu przy­niosą.

Azar za­mknęła oczy. To dziew­czyn­ka, pomyślała. Mimo wy­czer­pa­nia uśmie­chała się trium­fal­nie, ale jed­no­cześnie czuła nie­pokój. Nie była pew­na, czy wie­rzyć sio­strze. A jeśli dziec­ko nie żyje i sio­stra kłamie? Jeśli to ko­lej­ny okrut­ny podstęp? Jeśli ten płacz, który słyszała, za­marł tak szyb­ko, jak się po­ja­wił? Spoj­rzała na młodą aku­szerkę, a ta uśmiechnęła się i po­ki­wała głową. Azar nie miała in­ne­go wyjścia, jak uwie­rzyć.

Aku­szer­ki po­wiozły jej łóżko ko­ry­ta­rzem do in­nej sali, gdzie okno było za­mknięte. Roz­wiązały ją. Coś w twa­rzach tych ko­biet przy­po­mi­nało Azar mat­ki dzie­ci, które uczyła na przed­mieściach Te­he­ra­nu w pierw­szym roku po re­wo­lu­cji. Ci­che, po­tul­ne, stojące obok swo­ich bied­nie ubra­nych la­to­rośli, przyj­mujące z po­korą wszyst­ko, co tyl­ko mówiła Azar. W ich oczach był po­dziw, pod­porządko­wa­nie się gra­niczące z lękiem przed dziew­czyną z mia­sta, która z taką łatwością otwie­ra i za­my­ka książki, mówi bezbłędnie w far­si – języku per­skim – i ubra­na po miej­sku robi wrażenie kogoś z in­ne­go świa­ta w tej kla­sie o gli­nia­nych ścia­nach sta­no­wiącej­całą szkołę.

Azar aż ser­ce bolało na myśl o dniach, gdy z ta­kim zapałem pra­co­wała dla prze­chodzącego prze­mia­ny kra­ju, lep­sze­go, bar­dziej spra­wie­dli­we­go. Jaka szczęśliwa wra­cała wie­czo­rem au­to­bu­sem do Te­he­ra­nu. Czuła się zjed­no­czo­na z tym mia­stem, kipiąc z emo­cji, pełna en­tu­zja­zmu dla tego, co się dzie­je i co nie­sie przyszłość. Nie mogła się do­cze­kać, kie­dy do­trze do domu, ich małego miesz­kan­ka, do Isma­ela. Pamięta, jak do­strze­gała prześwie­cające zza zasłon światło lam­py w stołowym i jak na ten wi­dok czuła przypływ radości. Co wieczór to światło, które ozna­czało, że Isma­el jest w domu i za chwilę ją obej­mie, spra­wiało, że się uśmie­chała i z bijącym ser­cem wbie­gała po scho­dach. Wchodząc do miesz­ka­nia, czuła unoszący się w po­wie­trzu aro­mat go­to­wa­ne­go ryżu, a Isma­el pod­cho­dził do niej, przy­ciągał ją do sie­bie i witał po­zdro­wie­niem: Cha­ste na­ba­szid, azi­zam. „Obyś nig­dy nie była zmęczo­na, moja ko­cha­na”. Pa­rzyła her­batę i kie­dy ra­zem ją pili, siedząc przy wąskim oknie, które wy­cho­dziło na podwórko i drze­wa tonące w ciem­nościach nocy, opo­wia­dał jej o Ka­ro­lu Mark­sie, a ona czy­tała mu wier­sze Fo­rugh Far­roch­zad.

Za­le­d­wie rok minął od cza­su re­wo­lu­cji. Azar i Isma­ela nadal roz­pie­rała eks­ta­tycz­na ener­gia. Ze łzami radości w oczach, załamującymi się z emo­cji głosa­mi mówili o swo­im trium­fie, o trium­fie na­ro­du, który zmu­sił do ustąpie­nia mo­narchę, nie­gdyś nie­ty­kal­ne­go króla. Byli pełni na­dziei. A jed­nak wie­dzie­li, że coś poszło nie tak. Władzę przejęli mężczyźni o su­ro­wych twa­rzach i zaciętych, wy­krzy­wio­nych wściekłością ustach, którzy odwoływa­li się do Boga i twier­dzi­li, że niosą prawdę i święte pra­wa. To było prze­rażające. Co się dzie­je? Za­da­wała cza­sa­mi to py­ta­nie Isma­elo­wi, zroz­pa­czo­na. Stop­nio­wo dla wszyst­kich sta­wało się ja­sne, że ci lu­dzie uważają się za je­dy­nych pełno­praw­nych właści­cie­li re­wo­lu­cji, bez­sprzecz­nych zwy­cięzców. Oczyścili uni­wer­sy­te­ty z tego, co nazywa­li działalnością an­ty­re­wo­lu­cyjną, li­kwi­do­wa­li ga­ze­ty i par­tie. Ich słowo stało się pra­wem i wszy­scy inni mu­sie­li zejść do pod­zie­mia, z Azar i Isma­elem włącznie.

Azar zwinęła się w kłębek. Do­stała dresz­czy i nie mogła prze­stać się trząść. Młoda aku­szer­ka ru­szyła po jakiś koc, żeby ją okryć. Azar sku­liła się pod nim, sta­rając się roz­grzać. Ko­bie­ty wyszły, ci­cho za­my­kając za sobą drzwi.

Azar naciągnęła koc na głowę, próbowała wdy­chać ciepło. Za­mknęła oczy i kołysała się z boku na bok, cze­kając, żeby ciepło za­do­mo­wiło się w niej, żeby wrócił spokój. Długo tak się cho­wała pod ko­cem, bez­kształtna masa.

Stop­nio­wo, kie­dy jej ciało się trochę roz­grzało, wy­sunęła głowę, a po­tem ra­mio­na. Nie­da­le­ko niej, po dru­giej stro­nie po­ko­ju, było pu­ste łóżko z od­rzu­co­nym przy­kry­ciem i wgnie­ce­niem na po­dusz­ce. Ktoś mu­siał tu leżeć bar­dzo nie­daw­no. Na podłodze przy łóżku stał ta­lerz z nie­do­je­dzo­nym ryżem i grosz­kiem. Gdy to za­uważyła, zdała so­bie sprawę, jak po­twor­nie jest głodna. Nie jadła od po­przed­nie­go wie­czo­ru. Nie mogła ode­rwać oczu od ta­lerza. Wyplątała się spod koca. To jej szan­sa. Musi do­trzeć do ta­lerza. Próbowała wstać, ale drżące nogi ugięły się pod nią. Żeby nie upaść, przy­trzy­mała się brze­gu łóżka i pomału opuściła na podłogę. Ser­ce biło jej moc­no, kie­dy na czwo­ra­kach zaczęła po­su­wać się naprzód po zim­nych ka­fel­kach.

Im bliżej ta­le­rza, tym śmie­lej, tym bar­dziej zde­cy­do­wa­na pochłonąć ryż aż do ostat­nie­go zia­ren­ka. Zje bez py­ta­nia sio­stry o po­zwo­le­nie. Złapie ten ta­lerz i we­pchnie so­bie do ust wszyst­ko, co na nim jest. Żeby stało się jej własne, stało się cząstką jej ciała, jej je­ste­stwa. Miała za­miar posiąść to wszyst­ko, ryż, gro­szek, sam ta­lerz. Przyszło jej na­wet do głowy, żeby ukryć gdzieś ta­lerz i za­brać go ze sobą do więzie­nia. Aż robiło się jej nie­do­brze z głodu, własna bez­czel­ność przy­pra­wiała ją o mdłości, radość, że będzie jeść, mie­szała się ze stra­chem, że zo­sta­nie złapa­na, za­nim sięgnie tego je­dze­nia, tego skar­bu, który w tej chwi­li był na wagę życia. Opie­rała się łokcia­mi o podłogę i sta­rała po­su­wać szyb­ciej.

Ryż był zim­ny, su­chy i kie­dy go połykała, czuła, jak ostre zia­ren­ka dra­pią jej gardło, i myślała o wia­drach je­dze­nia, które sio­stry dadzą więźniar­kom w po­rze lun­chu. Jej pal­ce pra­co­wały szyb­ko, zbie­rając ryż i gro­szek i wpy­chając je­dze­nie do ust. Zęby bolały, a język nie czuł żad­ne­go sma­ku. Żuła w pośpie­chu, zia­ren­ka wy­sy­py­wały się z jej palców. W każdej chwi­li to mogło zniknąć, pogrążając ją na powrót w rze­czy­wi­stości, w której nic do niej nie należy i w której nie może nic dać ani wziąć. Wy­star­czy, że sio­stra wej­dzie do po­ko­ju i za­bie­rze jej ta­lerz. Ale na ra­zie Azar jadła. To jej mo­ment.

*

Le­kar­ka w białym far­tu­chu uśmiechnęła się do Azar, mierząc jej ciśnie­nie. Nie­bie­ska­we cie­nie pod ocza­mi nie pa­so­wały do ser­decz­nej, okrągłej twa­rzy. Po dru­giej stro­nie łóżka stała sio­stra. Zre­lak­so­wa­na, z opusz­czo­ny­mi rękami. Wyglądała tak, jak­by było jej bar­dzo wy­god­nie w czar­nym cza­do­rze. One wszyst­kie robiły ta­kie wrażenie. Te sio­stry. Cho­dziły, ge­sty­ku­lo­wały, po­da­wały wia­dra z je­dze­niem, zawiązywały opa­ski na oczach, za­my­kały i otwie­rały drzwi i kaj­dan­ki tak zręcznie, jak­by ta ciężka, śli­ska ma­te­ria nie ist­niała, jak­by nie spo­wi­jała ich ni­czym skrzydła śpiącego nie­to­pe­rza. Azar wie­działa, że le­piej nie pytać sio­stry o dziec­ko za często. Jeśli pokaże, jak bar­dzo jej na tym zależy, sio­stra może jesz­cze bar­dziej zwle­kać z przy­nie­sie­niem go. Na złość, żeby bar­dziej cier­piała. Dla­te­go musi być po­tul­na, musi być cier­pli­wa.

– Doszło do pęknięcia wewnątrz, może wdać się in­fek­cja – stwier­dziła le­kar­ka, prze­ry­wając pom­po­wa­nie man­kie­tu na ręce Azar. – Musi zo­stać w szpi­ta­lu co naj­mniej dwa dni.

Sio­stra uniosła głowę, jak­by chciała dać do zro­zu­mie­nia, że to ona de­cy­du­je. Jej duże oczy, wy­wi­nięta dol­na war­ga i brak jed­ne­go zęba, wi­docz­ny w rzad­kich chwi­lach, kie­dy się uśmie­chała, przy­wo­dziły Azar na myśl biedę spo­wi­tych pyłem pe­ry­fe­rii, le­ni­we popołudnio­we wy­sta­wa­nie w pro­gu i plot­ko­wa­nie z sąsiad­ka­mi, ob­ser­wo­wa­nie chłopaków grających w piłkę nożną na piasz­czy­stych dro­gach, wzdy­cha­nie do ko­lo­ro­wej te­le­wi­zji i niechęć do kon­ty­nu­owa­nia na­uki po szóstej kla­sie. I oto te­raz ona, ko­bie­ta z ubo­gich pe­ry­fe­rii, ple­bej­ska królowa, za­rzu­ca swój wiel­ki czar­ny cza­dor na mia­sto i jego uprzy­wi­le­jo­wa­ne miesz­kan­ki. Sio­stra pomału uczyła się być dum­na z tej swo­jej bie­dy, tak jak z cza­dora.

– Mamy tam wszyst­ko, co trze­ba – za­pew­niła te­raz zim­nym, bez­na­miętnym to­nem. – Zaj­mie­my się nią.

Pod przy­kry­ciem wy­chu­dzo­na ręka Azar powędro­wała na brzeg łóżka i z całych sił uszczypnęła nogę le­kar­ki.

– Mu­si­my zabić w niej bak­te­rie. – Ko­bie­ta pa­trzyła na siostrę, ni­czym nie zdra­dzając, że coś po­czuła. – To po­trwa kil­ka dni.

– Nie, zaj­mie­my się tym u nas. Wszyst­ko mamy. Le­kar­ki. Szpi­tal. Leki.

Azar chciała krzy­czeć, że to nie­praw­da, że sio­stra kłamie, że zo­sta­wią ją z tym roz­dar­ciem w środ­ku, że in­fek­cja się roz­sze­rzy, że ona będzie gnić od środ­ka. Uszczypnęła nogę le­kar­ki jesz­cze raz. Moc­niej. Chwy­ciła się jej kur­czo­wo.

– To trze­ba wy­le­czyć, ona wy­ma­ga te­raz opie­ki, fa­cho­wej opie­ki w szpi­ta­lu – upie­rała się le­kar­ka. Naj­wy­raźniej ro­zu­miała zna­cze­nie uszczyp­nięć Azar. – Mu­si­my kon­tro­lo­wać jej stan. Doszło do pęknięcia wewnątrz.

Sio­stra po­pa­trzyła gniew­nie na Azar, tak jak­by wewnętrzne obrażenia to była jej wina. Dłoń Azar leżała już bezwład­nie na brze­gu łóżka. Sio­stra skinęła na le­karkę, żeby z nią wyszła. Za­nim ru­szyły do drzwi, Azar złapała le­karkę za rękę.

– Moja córecz­ka? – szepnęła.

Ko­bie­ta położyła dłoń na jej zaciśniętych pal­cach.

– Wszyst­ko z nią w porządku. Nie martw się. Niedługo ją do­sta­niesz.

*

Azar sie­działa na łóżku, wpa­trując się w drzwi, na próżno cze­kając na dziec­ko. Spla­tała dłonie, roztrzęsio­na z gnie­wu, fru­stra­cji, tęskno­ty i stra­chu. Z każdą mi­jającą go­dziną tra­ciła cier­pli­wość. Przez dzie­więć długich mie­sięcy żyła z tym dziec­kiem w so­bie, czuła, jak rośnie, chro­niła je, wszyst­ko z nim przeżywała. To nie do znie­sie­nia, że nadal nie może go zo­ba­czyć, przy­tu­lić, że nie ma pojęcia, czy jest bar­dziej po­dob­ne do niej, czy do Isma­ela, że na­wet nie wie na pew­no, czy ono żyje. Kie­dy mi­nu­ty wlokły się w nie­skończo­ność, a ona spoglądała na drzwi, czuła tak strasz­liwą tęsknotę za tym dziec­kiem, że le­d­wie mogła od­dy­chać.

Popołudnio­we pro­mie­nie słońca do­ga­sały, rzu­cając cie­nie na ścia­ny. Azar z wysiłkiem oparła się o pa­ra­pet i uniosła, żeby wyj­rzeć przez okno. Chciała wie­dzieć, gdzie się znaj­du­je. Przez nie­licz­ne sza­ra­we liście ja­worów do­strzegła most, na którym utwo­rzył się ko­rek w go­dzi­nie szczy­tu. W po­wie­trzu wi­siał smog. Ostat­nie dni let­nich upałów. Z da­le­ka do­bie­gało echo klak­sonów. Zo­ba­czyła sta­do ptaków prze­la­tujące po nie­bie: za­to­czyły wiel­ki krąg i przy­siadły na gałęziach drzew. Mia­sto wyglądało in­a­czej. Wszyst­ko było po­bie­lo­ne, nie­ska­zi­tel­ne, błyszczące. Wy­da­wało się, że be­to­no­we bu­dyn­ki ochla­pa­no białą farbą w pośpie­chu, jak­by trze­ba było coś ukryć – krew, sadzę, hi­sto­rię, wojnę, nie­kończącą się wojnę. Gorączko­wo sta­ra­no się za­ma­sko­wać znisz­cze­nia, które prze­cież co­raz bar­dziej do­ty­kały każdego z osob­na.

Choć Azar nie uro­dziła się tu­taj, Te­he­ran za­wsze był jej miej­scem na zie­mi, tu czuła się u sie­bie. Uwiel­biała to mia­sto, ruch ulicz­ny, brud­ne białe za­bu­do­wa­nia i wszech­ogar­niający cha­os. Ko­chała je bar­dzo. Uwie­rzyła, że może zmie­nić jego los. To właśnie po­wie­działa Isma­elo­wi, kie­dy po­in­for­mo­wała go o swo­jej de­cy­zji, że będzie kon­ty­nu­ować działalność po­li­tyczną.

– Nie dla ta­kiej rze­czy­wi­stości wal­czy­liśmy i ry­zy­ko­wa­liśmy życie – oświad­czyła. – Nie możemy po­zwo­lić, żeby wszyst­ko nam ode­bra­li.

Isma­el to­wa­rzy­szył jej wier­nie na każdym eta­pie.

– Co­kol­wiek ro­bi­my, mu­si­my robić to ra­zem – po­wie­dział.

Co­kol­wiek się z nimi sta­nie, to będzie ich wspólna dola. Szyb­ko udzie­lił mu się jej zapał. Cho­dził z nią na taj­ne spo­tka­nia w dusz­nych sal­kach, po­ma­gał dru­ko­wać ulot­ki, prze­no­sić wia­do­mości w pacz­kach pa­pie­rosów, mówił o przyszłości na swo­im uni­wer­sy­te­cie. W pew­nym mo­men­cie, kie­dy zaczęły się prześla­do­wa­nia i kon­tak­ty z ro­dziną stały się zbyt nie­bez­piecz­ne, prze­sta­li dzwo­nić do ro­dziców i nie od­bie­ra­li też te­le­fonów od nich, prze­sta­li ich od­wie­dzać. Na­wza­jem się so­bie wypłaki­wa­li, zroz­pa­cze­ni, nie­pew­ni, co robić. Nie mie­li już sił brnąć da­lej, ale wie­dzie­li, że za późno na odwrót. Drzwi ich miesz­ka­nia stały się złowro­gie, patrzące na nich nie­uf­nie, do­ma­gające się od­po­wie­dzi na nie­za­da­ne py­ta­nia utrwa­lo­ne w nich upo­rczy­wym pu­ka­niem ro­dziców. To wte­dy po­sta­no­wi­li się prze­pro­wa­dzić i w ten sposób za­trzeć po so­bie ślad na za­wsze. Tak było łatwiej. Nikt już nie będzie łomo­tać do drzwi. Odcięli się, uda­wa­li, że za­po­mnie­li.

Czy było war­to? Azar od­garnęła włosy z twa­rzy. Czy Isma­el kie­dy­kol­wiek wy­ba­czy jej to, że przedkładała walkę po­nad wszyst­ko inne? Po­nad nie­go, ich wspólne życie, dziec­ko rosnące w jej łonie? Czy do­staną drugą szansę?

Zde­ner­wo­wała się. Opie­rając chu­de łokcie o pa­ra­pet, przyłożyła czoło do ciepłej szy­by. Ruch na moście to ożywał, to za­mie­rał. Ścisk. Choć była tak da­le­ko, wi­działa ma­lut­kie, znie­cier­pli­wio­ne twa­rze w au­tach, nie­spo­koj­nych mo­to­cy­klistów, którzy utknęli i nie byli w sta­nie prze­bić się między sa­mo­cho­da­mi. Nad tym wszyst­kim górował ni­czym gi­gan­tycz­na chmu­ra bil­l­bo­ard z jedną z mak­sym Naj­wyższe­go Przywódcy wy­pi­saną sta­ranną, ele­gancką kur­sywą: Na­sza re­wo­lu­cja to eks­plo­zja światła. Obok tego na­ma­lo­wa­no eks­plo­zje jak fa­jer­wer­ki.

Na chod­ni­ku, pod bil­l­bo­ar­dem, stał jakiś mężczy­zna i pa­trzył na sznur aut, za­gu­bio­ny. Robił wrażenie bar­dzo zmęczo­ne­go, dużo star­sze­go, niż był na­prawdę. Słońce świe­ciło mu pro­sto w bladą, wy­mi­ze­ro­waną twarz. Na jego wi­dok Azar za­marło ser­ce. Jej twarz się roz­pro­mie­niła. Otwo­rzyła usta ze zdu­mie­nia.

– Tato! – krzyknęła, ude­rzając w okno otwartą dłonią.

Oj­ciec jej nie usłyszał. Ani nie spoj­rzał w górę. Po­sta­wił tor­by na zie­mi i wyciągnął z kie­sze­ni chustkę, żeby otrzeć pot z czoła. Jego żyla­ste ciało przy­gar­biło się pod ciężarem cze­goś in­ne­go niż wiek.

Twarz Azar drgała. Przez wszyst­kie te mie­siące w więzie­niu oj­ciec nig­dy nie wy­da­wał się jej tak od­legły, tak bar­dzo poza zasięgiem, jak te­raz. Jesz­cze nig­dy nie czuła się tak osa­mot­nio­na, nie bała się tak bar­dzo, co z nią będzie.

– Tato! – zawołała resztką sił.

Ale jej głos był tyl­ko gardłowym jękiem. Le­d­wie prze­bi­jał się przez grubą szybę okienną.

Oj­ciec wziął tor­by i ru­szył da­lej, nie pod­nosząc ani na chwilę głowy. Azar pa­trzyła z roz­paczą, dysząc ciężko, jak jego wy­so­ka, zgar­bio­na syl­wet­ka robi się co­raz mniej­sza w mgli­stym świe­tle popołudnia. Wsiadł na swój mo­to­cykl i od­je­chał.

Sznur sa­mo­chodów zaczął się po­wo­li po­su­wać naprzód. Dłoń Azar opie­rała się nie­ru­cho­mo o szybę, w której od­bi­jały się mar­ne liście, opu­sto­szałe gniaz­da i czar­ny bil­l­bo­ard, który głosił zwy­cięstwo światła.

*

Kie­dy znów otwo­rzyły się drzwi, sio­stra była sama. Bez dziec­ka, aku­sze­rek czy le­kar­ki. Oszołomio­na Azar pa­trzyła na swo­je ubra­nie w rękach ko­bie­ty. Wstrząs jesz­cze nie minął. Wi­dok ojca, jego przy­gar­bio­nej syl­wet­ki, zmęczo­nej twa­rzy krążył w jej myślach. Sio­stra położyła ubra­nie na łóżku. Azar słabym głosem spy­tała, gdzie jej dziec­ko.

– Za­bie­rze­my je przy wyjściu – od­parła sio­stra i Azar zdała so­bie sprawę, że upór le­kar­ki nic nie dał. Sio­stra wy­grała. Czas iść.

Sto­pa strażnicz­ki tra­fiła na pu­sty ta­lerz, który za­chy­bo­tał na podłodze i na­ro­bił hałasu. Sio­stra stała dokład­nie na wprost Azar, nie spusz­czała z niej wzro­ku.

– Wi­działaś Mej­sa­ma?

– Mej­sa­ma?

Azar wie­działa, kto to jest Mej­sam. To brat, który snuł te opo­wieści w au­cie, obiekt lu­bieżnych chi­chotów sio­stry. Azar wi­dy­wała ją, wyraźnie starszą od nie­go, sfru­stro­waną, a jed­nak nie­stru­dze­nie snującą się za nim ciem­ny­mi ko­ry­ta­rza­mi więzie­nia i po wy­be­to­no­wa­nym podwórzu. Słyszała jej wy­bu­chy śmie­chu z dru­giej stro­ny holu. Wi­działa, jak przy­no­si mu pre­zen­ty, półmi­ski je­dze­nia, wełnia­ne ręka­wicz­ki. Wi­działa, jak sta­ra się prze­ku­pić tego młod­sze­go od sie­bie mężczyznę, młode­go bra­ta, w roz­pacz­li­wej na­dziei, że zy­ska pra­wo do jego ciała.

– To ten wy­so­ki brat o dużych brązo­wych oczach. Ten przy­stoj­ny. – Równe brwi sio­stry zmarsz­czyły się, gdy cze­kała w napięciu na od­po­wiedź. – Był tu z nami wcześniej. Nie wi­działaś go?

Azar spoj­rzała na siostrę. Zaświtało jej w głowie, że de­cy­zja, by opuścić szpi­tal jesz­cze tego sa­me­go dnia, nie ma nic wspólne­go z bez­pie­czeństwem, zarządze­nia­mi czy pro­to­kołem. Nie ma zna­cze­nia, czy Azar przeżyje, czy umrze. Sio­stra pożąda Mej­sa­ma i chce być tam, gdzie on.

– Nie. Pew­nie od­je­chał – skłamała.

Wy­da­rze­nia za­cie­rały się jej w pamięci. Może i go wi­działa. Ale w chwi­li, kie­dy sio­stra szy­ko­wała się do zapięcia kaj­da­nek, a po jej twa­rzy prze­su­wały się nie­re­gu­lar­ne cie­nie ja­wo­ro­wych liści, Azar od­na­lazła przy­jem­ność w tym, że może spra­wić zawód sta­rej pan­nie.

Gdy były już na ko­ry­ta­rzu, sio­stra na­tych­miast poszła po dziec­ko. Le­d­wie zdol­na ustać na no­gach Azar osunęła się na jed­no z białych pla­sti­ko­wych krze­seł pod ścianą. Z su­fi­tu zwi­sały gołe żarówki, rzu­cając mdłe światło. Oczy ją piekły.

W pew­nej od­ległości od niej otwo­rzyły się drzwi. Weszła przez nie star­sza ko­bie­ta i za­mknęła je sta­ran­nie za sobą. Trzy­mając dłoń na dłoni, stanęła i pa­trzyła na wiszące przed nią pla­ka­ty. Miała na so­bie gra­na­to­wy płaszcz do ko­lan i białą chustę na głowie. Chy­ba na coś lub kogoś cze­kała. Dziec­ko, wnu­ka. Wyglądała dziw­nie ele­ganc­ko i spo­koj­nie w tym po­nu­rym oto­cze­niu.

Usiadła i położyła so­bie na ko­la­nach skórzaną brązową torbę o sfa­ty­go­wa­nym pa­sku. Zerknęła na Azar, ale na­tych­miast odwróciła wzrok. To, że ko­bie­ta uni­ka jej wi­do­ku, za­bo­lało. W sza­ro­zie­lo­nych oczach star­szej­pa­ni ma­lo­wał się strach. Domyśliła się? Czy coś w twa­rzy Azar mówiło o jej lo­sie? Czy coś ostrze­gało przed sta­lo­wy­mi drzwia­mi i kaj­dan­ka­mi, i po­ko­ja­mi przesłuchań? Życie w więzien­nych mu­rach nie było inne od tego na zewnątrz. Wszy­scy no­si­li w so­bie lęk, jak kaj­da­ny, wle­kli go ze sobą uli­ca­mi, w cie­niu smut­nych, cu­dow­nych gór. I już na­wet o tym nie wspo­mi­na­li. Strach stał się czymś nie­uchwyt­nym, nie­wysłowio­nym. I rządził nimi, nie­wi­dzial­ny, wszechwładny.

Azar spoj­rzała na swo­je luźne sza­re spodnie, czar­ny cza­dor, który ciągnął się za nią, za­mia­tając podłogę. Więźniar­ki nie ra­dziły so­bie z cza­dorem tak zręcznie jak sio­stry. Sza­mo­tały się z nim nie­zdar­nie jak dzie­ci, które pierw­szy raz ubie­rają lalkę – ze­psutą, z wiszącą ręką i sztyw­ny­mi no­ga­mi. Zwy­kle cza­dory wlokły się za nimi po zie­mi.

Azar ze­brała wokół sie­bie poły cza­do­ra, okryła nim twarz i scho­wała sku­te ręce. Pod osłoną ma­te­riału do­tknęła kości­stych po­liczków, małej bro­dy. Musi wyglądać mi­zer­nie. Wid­mo, którego się uni­ka. Stanął jej w oczach pe­wien ob­raz. Bie­gnie pustą ulicą z ulot­ka­mi w dłoniach, za nią aż dud­ni od wrzasków Strażników Re­wo­lu­cji. Pamięta, jak szyb­ko biło jej ser­ce, tak jak­by nie było już cząstką jej ciała, ale żyło własnym życiem i ude­rzało swo­im tem­pem, kie­dy scho­wała się za ja­kimś au­tem. Pamięta dziurę w as­fal­cie, pa­pie­rek od cu­kier­ka przepływający rynsz­to­kiem u jej stóp, wi­dok stołu na­kry­te­go ce­ratą w żółte róże, który do­strzegła za oknem domu obok, za­pach roz­grza­ne­go me­ta­lu, gwałtow­ne, moc­ne pul­so­wa­nie w skro­niach.

Ma wrażenie, że od tego cza­su minęły wie­ki. Od tam­te­go dnia z bez­chmur­nym nie­bem. Kim wte­dy była? Co stało się z tamtą Azar o zde­cy­do­wa­nym to­nie, szyb­kich ru­chach i z wątpli­wościa­mi, dokąd to wszyst­ko pro­wa­dzi, których jed­nak nig­dy nie wy­po­wie­działa na głos, na­wet przed Isma­elem?

Na dźwięk zbliżających się kroków uniosła głowę. Stała przed nią tam­ta sta­ra ko­bie­ta.

– Do­brze się czu­jesz, do­chta­ram? – zwróciła się do niej jak do córki.

Azar spoj­rzała na ko­bietę zmie­sza­na. Nie mogła wy­do­być z sie­bie głosu. Nie spo­dzie­wała się, że star­sza pani do niej po­dej­dzie. Myśl, że może mówić do kogoś spo­za więzie­nia, była szo­kiem.

– Je­steś bar­dzo bla­da – za­uważyła ko­bie­ta.

Azar od razu wy­chwy­ciła w jej spo­so­bie mówie­nia ak­cent te­bri­ski, taki jak jej mat­ki, ta sama lek­ka in­to­na­cja, jak­by cho­dziło się na pa­lusz­kach, mówiąc w far­si. Otwo­rzyła usta, żeby od­po­wie­dzieć, oczy zaszły jej łzami.

– Cze­kam na córeczkę – po­wie­działa łamiącym się głosem.

Prze­mknął jej w myślach ob­raz mat­ki myjącej twarz zimną wodą z nie­bie­skiej fon­tan­ny, żeby przy­go­to­wać się do po­ran­nej­mo­dli­twy.

– A gdzie ona jest? Na od­dzia­le no­wo­rodków?

Łzy płynęły po twa­rzy Azar. Nie wie­działa, skąd się wzięły. Tak jak­by pękła w niej jakaś tama i uwol­niła powódź, która pochłaniała wszyst­ko. Jej ciałem wstrząsał szloch, choć z całych sił sta­rała się go po­wstrzy­mać.

– Nie płacz, azi­zam, dla­cze­go płaczesz? – pytała zmar­twio­na, za­sko­czo­na ko­bie­ta. – Nie ma co płakać. Uro­dziłaś dziec­ko. In­szal­lah, jest zdro­we i ślicz­ne, jak ty, choć przy­dałoby się, żebyś więcej jadła. Za bar­dzo wy­chudłaś. A te­raz mu­sisz wy­kar­mić dwo­je. W tych wo­jen­nych cza­sach mu­si­my być sil­ne. Jeśli będzie­my sil­ne, to na­wet Sad­dam nie rzu­ci nas na ko­la­na.

Ko­bie­ta prze­ma­wiała łagod­nie i ocie­rała łzy z oczu Azar rąbkiem swo­jej białej chu­s­ty. Ale łzy wciąż płynęły wo­do­spa­dem.

– A może pójdziesz po córkę? – Oczy ko­bie­ty zabłysły w wyraźnej na­dziei, że odwróci uwagę Azar i po­wstrzy­ma jej płacz.

– Sio­stra po nią poszła – chli­pała Azar, po­chy­lając ni­sko głowę i ocie­rając twarz cza­do­rem.

– O, do­brze, że jest z tobą sio­stra – ucie­szyła się ko­bie­ta. – Nie je­steś sama. To do­brze.

– To nie moja sio­stra. Mówimy do niej „sio­stro”. Ona jest… – Azar na­gle urwała.

Star­sza ko­bie­ta pa­trzyła na nią wy­cze­kująco. Po­tem coś zmie­niło się w ko­lo­rze jej oczu. Prze­mknęła przez nie jakaś myśl, strach, coś trud­ne­go do opi­sa­nia. Jej szczupła, po­marsz­czo­na twarz się zasępiła. Już nie próbowała po­wstrzy­my­wać łez Azar ani mówić o dziec­ku. Tyl­ko położyła dłoń na jej głowie.

– Ro­zu­miem – szepnęła wresz­cie.

Wy­da­wało się, że chce po­wie­dzieć więcej, wy­da­wało się, że w jej sza­ro­zie­lo­nych oczach tyle jest słów, pytań. Nie ode­zwała się jed­nak. Pocałowała Azar w czoło i odeszła w mil­cze­niu, a w końcu ko­ry­ta­rza po­ja­wiła się sio­stra z czer­wo­nym za­wi­niątkiem na rękach.

Za­po­mi­nając o sta­rej ko­bie­cie, Azar wstała. Coś było strasz­li­wie nie tak. Jej dziec­ko w ra­mio­nach sio­stry, strażnicz­ki. Azar ogarnęła taka roz­pacz, aż zro­biło się jej słabo. Ale nie, nie będzie o tym myśleć. Za chwilę do­sta­nie swoją córkę. Ma szczęście. Jej dziec­ko żyje. Nic in­ne­go się nie li­czy.

Ścisnęła dłoń w pięść i pa­trzyła na