Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 141

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Dzidzia - Zofia Kowerska

Wzruszająca opowieść o biednym studencie, poszukującym za wszelką cenę osób, którym mógłby udzielać korepetycji. Jest to w jego sytuacji jedyna możliwość zdobycia pieniędzy na utrzymanie. Po długich perypetiach trafia do zamożnej rodziny, w której ma uczyć języka niemieckiego nastoletnią córkę państwa Pawężów – Jadwigę, zdrobniale nazywaną Didzią. Zofia Kowerska, pisarka i nowelistka nagradzana m.in. przez „Tygodnik Ilustrowany”, żyjąca na przełomie XIX i XX w., zręcznie prezentuje czytelnikowi nie tylko salony warszawskie, lecz także opisuje warunki życia i bytowania środowiska studentów. Autorka wielokrotnie kładzie nacisk w utworze na różne ważne kwestie społeczne, problemy klasowe, a także na sprawy wychowawcze. Wszystko to umiejętnie oplata główny wątek opowiadania, czyli dojrzewająca miłość studenta do uczennicy. Czy Jadwiga odwzajemniła uczucie młodego mężczyzny i jak potoczyły się dalsze losy obojga, warto się przekonać, sięgając po lekturę tej ciekawej książki. Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Dzidzia - Zofia Kowerska

Fragment ebooka Dzidzia - Zofia Kowerska

Zofia Kowerska

Dzidzia

Warszawa 2012

[Dzidzia]

Zamieściłem w „Kurierze warszawskim” następujące ogłoszenie: „Student drugiego kursu prawa, znający przy tym dobrze język niemiecki, życzy sobie udzielać korepetycje za wynagrodzenie pieniężne lub za obiady”.

Ta ostatnia perspektywa – obiady zdrowe i obfite, przy stole jakiej porządnej rodziny spożywane, były moim marzeniem. Przyjechałem ze wsi z żołądkiem przyzwyczajonym do pochłaniania niezliczonej ilości pokarmu i miałem wstręt do uczucia głodu. Znałem je niestety. Już na pierwszym kursie dowiedziałem się, jak czarno przedstawiają się świat i ludzie, gdy się nie ma za co kupić obiadu; o jakich przewrotach socjalnych rozmyśla człowiek głodny, przechodząc obok okien restauracji... Ale bywały to tylko czarne momenty. Koledzy przychodzili z pomocą, spadały mi na głowę niespodziane wydarzenia z perspektywą obiadu na końcu, szło się do znajomych, naciągało się kogoś na pożyczenie kilku rubli... Aby dalej!... Nie byłem zresztą sybarytą. Nie tyle chodziło mi o jakość, co o ilość pokarmu, a wygody życia traktowałem z pełnym pogardy lekceważeniem. Moje żelazne łóżko miało przez środek sztabę żelazną, na której sypiałem najwyborniej, gdyż siennik z małą ilością startej i ściętej przez myszy słomy, pozwalał mi tę sztabę wyczuwać w całej jej długości i twardości. Bielizna moja była w opłakanym stanie; skarpetki... no, na ten szczegół ubrania pozwolę sobie zarzucić zasłonę... Zupełną wszakże pociechą było mi przekonanie, że bielizna jest przesądem, wymysłem ludzkim... Przecież koszula z wykrochmalonym przodem nie jest potrzebą naturalną i ileż to wieków ludzkość przeżyć musiała, nim wymyślono pończochy? Zresztą, po wierzchu wyglądałem jak przeciętny, ubogi student i nie pragnąłem niczego więcej. Byle nie być głodnym. Gdy nim byłem i gdy się chwytałem na ludożerczych zachciankach (gdyż wykrzykiwałem w duchu, że chciałbym by mi sporządzono kotlety z którego z opasłych pasibrzuchów, wchodzących do restauracji), wstyd ogarniał mnie nagle i zmuszałem się do myślenia o anachoretach, pustelnikach, pokutnikach, pielgrzymach i pątnikach, dla których głód był rozkoszą.

Zamieściwszy owo ogłoszenie w „Kurierku”, czekałem skutku. Jeden, drugi, dziesiąty dzień... nic! Pustki w kieszeni coraz większe, a żołądek świeżo ze wsi przywieziony... Przywiozłem był też wprawdzie siedemdziesiąt rubli, które mi wręczył ojciec chłopaków, mordowanych przeze mnie najsumienniej przez całe wakacje, ale miałem długi... Musiałem po ludziach oddać czterdzieści pięć rubli... kupiłem też od strażnika stary rewolwer za dziewięć rubli. Dziś nie wiem zupełnie, na co mi on był potrzebny; ale już taka była moja natura, że pieniądze rozłaziły mi się Bóg wie jak i Bóg wie gdzie... Ot, po prostu nie trzymały się. Są ręce, do których lgną, są i takie, których się czepić nie mogą.

Byłem w rozpaczy. Widocznie inni szczęśliwcy połapali wszystkie korepetycje, kondycje i obiady; dla mnie nie zostało nic.

– Poczekaj trochę – pocieszał mnie Michaś Rowelski, student medycyny, którego mundur tak przeszedł wonią prosektorium, że koledzy, którym Michaś wizyty oddawał, zawsze ten mundur za drzwi wyrzucali i właściciel tam go dopiero, wychodząc, odzyskiwał – poczekaj trochę! Niech no malcy połapią pałki na kwartał, to się rodzice obejrzą, że sztubak tylko korepetytorem stoi. Zobaczysz, że znajdziesz, co ci trzeba.

Leoś Kobrzyński obiecywał mi protekcję. Lubił on wobec kolegów pozować na człowieka niesłychanie wpływowego. Słuchając go, można było myśleć, że wszyscy wielcy panowie i wielkie panie to tylko robią, co on im podszepnie. Miał jakieś wysoko położone ciocie, jakichś milionowych wujaszków... Bywał w wielkim świecie i panie z historycznymi nazwiskami nazywał imionami chrzestnymi. Był moim kolegą z gimnazjum; kłanialiśmy się sobie, a czasem nawet zamieniliśmy słów parę... Nie wiem, czy miał między nami choć jednego przyjaciela, ale miał takich, którym imponował i którzy, nie wiem dlaczego, świecili mu bakę. Ja mu okazywałem lekceważenie i pogardę i może dlatego był dla mnie ogromnie grzeczny i czuły. Bał się mnie. Czy go trwożyły moje barczyste ramiona, czy głos basowy, czy wytarta odzież? W ogóle tchórzostwo było jego cechą wybitną. Bał się nie należeć do zebrań studenckich, żeby go od kolegów nie spotkała nieprzyjemność; bał się też okrutnie do nich należeć... Bał się wejść w przyjacielskie stosunki z paczką uboższych kolegów, jeszcze więcej bał się ich sobie narazić... To uciekał, to się zbliżał do nas... sam nie wiedział, jak do nas przemawiać. Wykręcał się... a blagował, a kłamał... To kłaniał się i witał uprzejmie, to udawał, że nie widzi i nie poznaje... Najgrzeczniejszy był, gdym go zbeształ i z błotem zmieszał. Braliśmy go na fundusz, wypiekaliśmy mu oczy tymi jego ciociami i wujaszkami! To też już z nami o nich nie mówił; ale niech no złapał którego nowego! Zaraz mu całą litanię musiał wyśpiewać. Taki był próżny!... Istny pęcherz, istny paw! Najgrubsze pochlebstwa brał za dobrą monetę. Czasem bawiliśmy się wmawianiem mu, że człowiek, z takim jak on stanowiskiem, powinien żyć... używać... Wtedy fundował nam, woził... Nazajutrz znowu nas się wstydził... Miał słabość do rozmowy francuskiej. Podobno rzeczywiście mówił tym językiem doskonale i francuszczyzną można go było daleko zaprowadzić. Posiadał bogatych rodziców, jakiegoś bezdzietnego stryja z testamentem, który za życia też dawał wiele synowcowi, ale to wszystko nie wystarczało. Leoś był w długach po uszy i coroczna likwidacja sprowadzała podobno straszne sceny rodzinne.

– Kolega potrzebuje korepetycji – rzekł raz, spotkawszy mnie. – Gdybym był wiedział wcześniej... właśnie moja ciotka... teraz już każdy sobie znalazł... Ale mam na myśli jeden dom... ze sfer wyższych... jeżeli tam wakuje jeszcze posada... mogę kolegę zapewnić...

– Dziękuję koledze – odparłem z ironią, na której się wcale nie poznał – wiem, że kolega jesteś człowiekiem wpływowym... że kolega jesteś dobroczynny i masz otwarte serce dla...

– A naturalnie... naturalnie – odparł protekcjonalnie – szkoda tylko, żem wcześniej...

Wyminąwszy go szepnąłem sobie nazwę zwierzęcia rodzaju żeńskiego, z którym porównywaliśmy Leosia. Zwykle mówiliśmy: „Ta małpa, Leoś”.

Nic i nic! Pierwszego dnia, gdym na obiad zjadł tylko osiemnaście bułeczek, po które posłałem stróża, udawszy, żem na górze zapomniał portmonetki (bestia, uśmiechał się złośliwie i wiedział, co o tym zapomnieniu myśleć), napisałem do ojca list rozpaczliwy. Mówiłem rodzicowi mojemu, że głód uczynił ze mnie szkielet... wyschły, zżółkły szkielet tylko; że rękami do żylastych szpon podobnymi wyrywam sobie włosy na głowie (kilka włosów z grzebienia rzuciłem na papier); że kupiłem już rewolwer dla odebrania sobie życia, jeżeli nie dostanę pomocy. „W grób pójdą nadzieje rodzicielskie... w grób wiedza zdobyta mozolnie... w grób młode siły stargane przed czasem... w grób marzenia o sławie, znaczeniu, fortunie i usługach oddanych ludzkości... w grób słodycz otoczenia starości rodzicielskiej dostatkiem, wygodą, aureolą synowskich zasług!...”

Brałem ojca na różne sposoby, ale nie dał się złapać. Odpisał mi, żebym sprzedał rewolwer, a kupił sobie obiad. Ba! Łatwo to było powiedzieć: „sprzedać rewolwer”. Próbowałem ja ci tego sposobu, ale się pokazało, że strażnik oszukał mnie najbezczelniej. Rewolwer nic nie był wart. Grosza mi za stary, zardzewiały grat dać nie chciano. Powiesiłem go nad łóżkiem. Jego widokowi przypisuję, że miewałem często sny wojownicze. Czasem na jawie marzyłem o jakichś rozbójnikach, napadach, wyratowaniu z niebezpieczeństwa jakiejś pięknej kobiety... Przyznaję, że nigdy mi się nie zdarzyło ratować w ten sposób brzydkiej... Moje wyratowane miały powłóczyste szaty i coś w spojrzeniu takiego... Przez wdzięczność pozwalały mi się kochać... Ona: „Kto tak życie narażać potrafi, umie też pewnie oddać je na zawsze”. Ja: „W tej chwili dopiero poznałem, że żyć warto... że żyć jest szczęściem... Nie dbałem o życie... pani dopiero tchórza ze mnie uczynić gotowaś...” Takeśmy sobie w najlepsze rozmawiali, ja leżąc przed zaśnięciem na mojej żelaznej sztabie, ona unosząca się w mgle marzenia...

W rzeczywistości byłem wobec kobiet szykownych i salonowych nieśmiałym aż do głupoty. Bałem się ich, nie znałem ich świata... miałem tylko ku nim jakieś tęsknoty... nadzieje na przyszłość... Tylko wobec dziewcząt wiejskich i służących czułem się w swoim żywiole. Gdym się znajdował na wsi jako korepetytor lub w domu ojca, który był niezamożnym dzierżawcą, Marysie, Jewki, Franki, Jantosie bywały przedmiotem moich zabiegów. To był świat kobiecy, który znałem. O innym marzyłem tylko... z dreszczem trwogi i oczekiwania myślałem o chwili, w której się do niego zbliżę. Nie wątpiłem, że chwila ta nastąpi i, prawdę mówiąc, była ona najjaśniejszym punktem mojego horyzontu.

Z „Kuriera warszawskiego” przeniosłem ogłoszenie do „Kuriera codziennego”, zmieniwszy trochę styl i zwroty i nie wspomniawszy już nic o obiadach. Było mi wstyd wyciągać rękę na ostatniej stronicy tego samego dziennika. Zdawało mi się, że przechodnie pokazywali mnie sobie palcami: „Patrz, oto ten student, co się wciąż ogłasza w «Kurierze warszawskim»”. Tylko com raz jednemu nie krzyknął, żem się przeniósł do „Codziennego”.

Głód już naprawdę doskwierał. Pożyczone mi przez Michasia trzy ruble zjadłem co do ostatniego grosza; stróża o bułki już prosić nie śmiałem... no, rozpacz! Poszedłem na miasto z gęstą miną, zamaszyście mijałem przechodniów, ale spacer jeszcze bardziej mnie wytrawiał... jakieś rewolucyjne, maratowskie przychodziły mi zachcianki... Stanowczo orzekłem, że „własność jest kradzieżą”. Wróciłem do mieszkania (gospodarz już groził wyrzuceniem mnie z niego) i próbowałem sobie wmówić, że jedzenie jest tylko złym przyzwyczajeniem. Potem zagłuszałem głód, śpiewając tak głośno, że aż się wśród dość pustych ścian rozlegało; nie mogłem mojej wyobraźni oczyścić z widziadeł takich, jak dymiące, świeżo z kuchni przyniesione befsztyki, sążniste, w plastry pokrajane pieczenie... Ha, są szczęśliwi ludzie na świecie! Co bym też zadysponował sobie na obiad, gdybym był panem i miał własnego kucharza? Począłem dysponować, ale zawstydziłem się tej dziecinnej zabawki. Cóż to? Trochę głodu znieść bym nie miał odważnie? I znowu mi wracała moja mania dysponowania. Właśniem był orzekł, że na ostatnią potrawę miałem mieć pierogi z trześniami ze śmietaną, gdy się rozległo pukanie. Rzuciłem się do drzwi. Stał w nich lokaj w liberii z biletem w ręku. Na bilecie wyczytałem: „Helena z hrabiów Czarnozorów Pawężyna”, potem śnieżnym kobiecym pismem: „prosi o przybycie dla rozmówienia się o korepetycje”. Krew uderzyła mi do głowy. Korepetycje! Marzenie mogło się stać żywym ciałem.

Wiedziałem, że pierwsze piętro domu, w którym mieszkałem pod strychem (studenci – to ptaki, gnieżdżące się wysoko), zajmowała rodzina Pawężów. Widywałem wjeżdżającą w bramę karetę... jakieś suknie i twarze, migające poza jej szybami...

– Tu na pierwsze piętro? – zapytałem lokaja.

– Tak, jaśnie pani pyta, kiedy pan będzie mógł przyjść.

– Zaraz... w tej chwili... za pięć minut...

Gdy lokaj znikł, poszedłem poradzić się obłamanego lusterka, czy mogłem stanąć, tak jak byłem, przed panią Pawężyną. Zmieniłem kołnierzyk, przyczesałem włosy, po barierze schodów zjechałem na dół i z obejmującą mnie po trochu nieśmiałością zadzwoniłem. Przyciśnięta z góry sprężyna spowodowała otworzenie się drzwi; wszedłem na schody, wysłane dywanem, ozdobione roślinami w skrzynkach... O, źle!... Coraz więcej czułem się nieśmiały i wydałem się sobie jakiś brudny i obdarty... Ale trudna rada! Kto się ogłasza w „Kurierkach”...

Na ostatnim schodzie u góry stał ten sam lokaj, który mi przyniósł bilet pani.

– Jaśnie pani jest w salonie.

Wprowadził mnie do przedpokoju i wskazywał drzwi na lewo.

Sam nie wiedziałem, jak wszedłem i jakem się znalazł przed siedzącą w salonie panią. Podniosła się ona z wolna i krok jeden uczyniła na moje spotkanie. Była wysoka, piękna, ślicznie ubrana i wydała mi się zupełnie młoda.

– Czy to pan... w „Kurierku”?...

– Tak, pani.

Czułem, że jestem okropnie niezgrabny. Pani była podobna do tych kobiet anielskich, które ratowałem z rewolwerem w ręku i z którymi bywałem tak śmiały i tak rycerski, wobec niej jednak czułem się jak złapany... Własne moje ręce wydawały mi się jakimiś cudzymi, przyprawionymi rękami, a i z nogami nie wiedziałem co robić. Pani była tak swobodna i spokojna, że aż mnie zazdrość brała.

– Siadaj pan – rzekła, wskazując mi krzesło.

– Ja właśnie poszukuję...

– Tak, i zdaje mi się, że będziemy mogli się porozumieć. Pan znasz dobrze język niemiecki.

– Tak...

Siedziałem na samym brzeżku krzesła; najlżejsze popchnięcie byłoby mnie przyprawiło o upadek, a słowa więzły mi formalnie w gardle. Czy byłem odważnym tylko z rewolwerem w ręku?

– Chociaż mieszkaliśmy dotąd w Galicji... moja córka nie umie ani słowa w tym języku... Czy mógłbyś pan podjąć się dawania jej godziny lekcji dziennie? Co do wynagrodzenia, zastosujemy się do zwyczajów...

Głód tak mnie w tej chwili szarpnął za wnętrzności, żem prawie mimo woli wyrzekł:

– Obiad...

– A, nie – podchwyciła pani – pan rozumiesz... obcy człowiek przy stole rodziny...

– Tak, tak, rozumiem... zdaję się zupełnie na państwa...

– Chciałabym właśnie, byśmy tę kwestię ułożyli od razu. Pan musisz wiedzieć, co się tu płaci zwykle za godzinę lekcji dziennie.

Wymieniłem cyfrę i umowa stanęła bez zwłoki.

– Czy będziesz pan mógł zacząć lekcje od jutra? Tak? To dobrze! Zapoznam pana z moją córką... ma lat piętnaście... w tym wieku czyni się najszybsze postępy...

Wstała i, zbliżywszy się do drzwi przyległego pokoju, zawołała:

– Dzidziu!

Weszła szczupła i wątła panienka z dwoma warkoczami blond wiszącymi na plecach. Miała niebieskie oczy, zdaje mi się, że miała też niebieską suknię, bo było w niej coś wyraźnie niebieskiego.

– Dzidziu, przedstawiam ci twego przyszłego nauczyciela.

Panienka uśmiechnęła się, ukłoniła... ja jeszczem się stał więcej nieśmiałym. Ani na jedno słowo zdobyć się nie mogłem.

– Więc jutro... od piątej do szóstej... to najlepsza godzina... Wszak panu ta godzina dogadza?

Ukłoniłem się.

– Książki... Ach, to się jutro ułoży, jakie książki potrzebne będą...

– Ja tymczasem przyniosę...

– Dobrze, przynieś pan, co pan będziesz uważał za potrzebne...

Nogi mi się plątały, ale wyszedłem. Za mną zabrzmiał srebrny śmiech. Czy to się Dzidzia śmiała, czy jej matka? Może śmiały się ze mnie.

Miłość własna poruszyła się w mym sercu, ale wkrótce wszystkie inne uczucia ustąpiły miejsca radości. Mój Boże, miałem lekcje!... I to lekcje dobrze płatne, w tym samym domu... Nie potrzeba będzie drzeć butów, mianowicie przy moim sposobie przebywania schodów, ześlizgując się na poręczy. Trapiła mnie tylko myśl, że trzeba będzie zawsze odrobinę staranności w stroju, idąc tam na te dywany...

Pobiegłem pochwalić się przed Michasiem.

– Głodny jestem, jak pies, ale mam lekcje! – zawołałem. – Niech żyją panny, potrzebujące lekcji języka niemieckiego! Będę teraz bogaty jak Krezus!... Nad studentami jest opatrzność!... Mówię ci, że ma takie grube warkocze...

– Kto?

– No, ta koza, którą uczyć będę!

– Jest! Jakbym wiedział, że się w niej zakochasz.

– Ja? O, to także!... Piętnaście lat!... Dziecko!

Mówiąc to, nie wiem, dlaczego się zaczerwieniłem. Dzidzię raz i to zaledwie przez chwilę widziałem, ale kochałem miłość samą... z niepewnej przyszłości wyglądały ku mnie jakieś uśmiechy i spojrzenia...

– Matka jej to, mówię ci, piękna kobieta! – dodałem.

– To na jej intencję raka spiekłeś?

– Ale dajże pokój! Raz widziałem... przecież zamężna kobieta... co ci się znowu zdaje?... Okrutnie głodny jestem!

– No, to chodź!... Już się tam przecie znajdzie kawałek mięsa dla ciebie w Warszawie.

Nazajutrz oczekiwałem piątej z niepokojem. Wyprałem i wysuszyłem mój gumowy kołnierzyk, umyłem ręce i doznałem tęsknoty za perfumami... Chciałbym był kropelkę wody kolońskiej czy czegoś podobnego wylać na klapę munduru. Mundur ten wydawał mi się nieświeży i niegodny jej. Takem to w mojej wyobraźni skreślił, ale nie wiedziałem, czy niegodny Dzidzi, czy pani Pawężyny, czy bawialnej sali, w której obie widziałem. O pięć minut przed piątą zadzwoniłem do mieszkania mojej uczennicy. Dzidzia! Co to za imię może być Dzidzia? Idąc po schodach, przebiegłem w pamięci całą litanię imion, ale żadne do zdrobnienia „Dzidzia” się nie nadało.

Służący poprowadził mnie do małego saloniku, oświadczając, że pani prosiła, bym zaczekał trochę. Czekałem. Zwalczywszy pierwszą nieśmiałość, począłem się rozglądać po pokoju. Był on przepełniony fraszkami, albumami, fotografiami, wachlarzami, roślinami o liściach oryginalnych, jakimiś parawanikami i tysiącem przedmiotów zbytku. Było mi w nim nieswojo, a jednak dobrze. Począłem wtedy przeczuwać niejasno, że kobieta – to nie tylko jej ciało i dusza, ale także jej suknie, jej otoczenie, powietrze, którym oddycha... wcalem wszakże tego w myśli nie sformułował; później dopiero zdałem sobie sprawę z mojego wczesnego pierwszego przeczucia. Czułem się jakimś niezgrabnym, mizernym i strapionym, wyszedłszy spomiędzy nagich ścian mojego mieszkania, przesiąkłych zapachem dymu papierosów, a znalazłszy się nagle wśród tych miękkich kobierców i mebli, zapraszających do spoczynku wygodnego, wśród tego powietrza, napełnionego jakąś wonią delikatną.

Czekałem dość długo. Myśl moja biegała niespokojnie, to się ku przeszłości zwracając, to ciekawie wyglądając w przyszłość. Zatrzymała się na chwilę na świecie Jewek i Marysiek, w którym dotąd obracałem się tak chętnie. Świat ten wydał mi się jakimś bardzo dalekim ode mnie. Nareszcie weszły panie. Rozpoczęła się narada, w którym pokoju najspokojniej będzie na lekcje. W stołowym byłoby dobrze, ale w tej porze nakrywano do obiadu. W saloniku nie było gdzie się rozłożyć z książkami i kajetami... Stanęło na tym, że najwłaściwszy będzie gabinet pana.

Dzidzia wcale nie była ładna. Otworzyli mi na to oczy koledzy, którym ją pokazałem, przechodzącą ulicą z nauczycielką młodszych sióstr. Wiedziałem, kiedy wychodzi na spacer, i umyślnie z Michasiem i Stefanem Czubowiczem czatowaliśmy na nią. Miała futrzaną czapeczkę na głowie, twarz jej, zwykle blada, miała w tej chwili rumieńce, wywołane ostrym wiatrem, lecz gdym ja, zachwycony i dumny, trącił kolegów, rzucając im znaczące spojrzenie, na ich twarzy odmalowało się rozczarowanie. Stefan nawet wysunął wargę pogardliwie:

– Beee! – zawołał. – Brzydka!

– Ha, ha, ha! – zaśmiał się Michaś. – O, to gust! Cóż ty w niej widzisz? No, już ten Metek ze swoimi pięknościami!... Jakaś śniada... z szerokimi ustami...

Ta ocena kolegów dotknęła mnie do żywego; przez miłość własną i fałszywy wstyd rzekłem:

– Ja przecież wcale nie mówiłem, że ona ładna... mówiłem tylko, że ma ładne włosy... mówiłem, że jej matka piękna.

– I dlatego nam ją pokazałeś, że ma piękną matkę? Dobry ten Metek ze swoją logiką! To to owa Dzidzia, którą nam uszy prześwidrowałeś? Cóż to za imię Dzidzia?

– Nie wiem. Cóż to mnie obchodzi?

– Dobryś sobie! Obraziłeś się, żeśmy przed nią nie padli na kolana. Przecież ci wolno kochać i brzydką.

– Któż ci powiedział, że ja ją kocham?

– Toć nam wciąż mówisz, że widzisz, że ona dla ciebie życzliwa, że cię lubi...

– No, i cóż z tego, że życzliwa?

– Jak to, cóż z tego?... Co by mnie tam obchodziła życzliwość panny, która by mi się nie podobała? Może i mały Litowicz, którego szkolę, jest dla mnie życzliwy, ale mnie to bardzo mało obchodzi! No, patrzcie, myślałem, że Metek ma lepszy gust!

Tu Stefan ozwał się sentencjonalnie:

– Brzydka kobieta jest jak pasternak; dziewięćdziesięciu dziewięciu odwraca się od tego ze wstrętem, a setny się tym zajada!

Od tej chwili zamknąłem się w sobie i nie mówiłem już o Dzidzi z kolegami, ale pierwsze tygodnie mojej poczynającej się miłości odznaczały się paplarstwem bez miary. Potrzebowałem mówić o niej, o jej matce, o ich dostatkach, strojach, sposobie życia, o tym, co Dzidzia mnie powiedziała i co ja powiedziałem Dzidzi, jak śmieszne akcenta kładzie na wyrazach obcego języka, jak trzyma pióro, jak wymawia r