Dziarski Dziadek. Mój sposób na długowieczność - Antoni Huczyński - ebook
Opis

Na pewno go znacie! Antoni Huczyński, czyli Dziarski Dziadek, to prawdziwy fenomen. Filmy, na których pokazywał swoje codzienne ćwiczenia i domową krioterapię w beczce z lodowatą wodą, obejrzały miliony Polaków. Dowiódł w nich, że nawet po dziewięćdziesiątce można być zdrowym, sprawnym i szczęśliwym.
„Ta książka powstała z chęci dzielenia się moją własną, wypracowaną przez lata receptą na długowieczność. Wierzę, że i Tobie pomoże. Razem ze mną zmień złe nawyki żywieniowe, ćwicz, pokonaj choroby i na nowo rozkochaj się w życiu” – mówi Dziarski Dziadek.

„Chcesz żyć długo i zdrowo? Nie musisz punkt po punkcie realizować recepty Dziarskiego Dziadka. Najważniejsze, żebyś był taki jak on: otwarty i pełen wiary, że twoje życie i zdrowie są w twoich rękach. Jeżeli leżysz, wstań. Jeśli stoisz, idź. Jeśli idziesz, biegnij. Często to wystarczy, żebyś był szczęśliwy i zdrów”.

Władysław Kozakiewicz, mistrz olimpijski

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 135

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redakcja

Małgorzata Welman, Małgorzata Purzyńska

Korekta

Danuta Sabała

Sesje zdjęciowe

Michał Mutor, Andrzej Krasowski/Agencja Gazeta i Joanna Szachowska-Tarkowska

Zdjęcia

Shutterstock, Narodowe Archiwum Cyfrowe, archiwum Antoniego Huczyńskiego, Forum, Corbis, BE&W

Projekt graficzny okładki

Magdalena Mamajek-Mich

Skład

Małgorzata Reda-Głuchowska, współpraca: Julita Tatyrża

Redaktor naczelny

Paweł Goźliński

Producenci wydawniczy

Małgorzata Skowrońska, Robert Kijak

Koordynacja projektu

Joanna Cieślewska

WYDAWCA

Agora SA

ul. Czerska 8/10

00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

© Copyright by Antoni Huczyński 2014

© Copyright by Agora SA 2014

© Copyright by Michał Skurowski 2014

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2014

ISBN: 978-83-268-1679-6 (epub), 978-83-268-1680-2 (mobi)

Szanowni Czytelnicy,

Oddając do Waszych rąk tę książkę, przypominamy, że treść zawartych w niej porad nie gwarantuje osiągnięcia rezultatów identycznych z osiąganymi przez pana Antoniego Huczyńskiego. Autor i wydawca nie ponoszą odpowiedzialności za ewentualne szkody wywołane wskutek zastosowania porad zawartych w książce. Przede wszystkim zwracamy uwagę, że treść książki w żadnym przypadku nie może być traktowana jako zachęta do zaniechania badań profilaktycznych, rezygnacji z indywidualnych konsultacji dotyczących zachowania zdrowia i sprawności fizycznej bądź łamania zaleceń lekarzy, farmaceutów, dietetyków lub innego personelu medycznego konsultującego Wasz indywidualny przypadek.

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Pragnę gorąco podziękować za pomoc przy tworzeniu książki przede wszystkim mojemu kochanemu wnuczkowi Michałowi Skurowskiemu, bez którego by nie powstała. Dziękuję ukochanym córkom Małgosi i Dorotce oraz całej rodzinie za wsparcie i wiarę we mnie, a także wszystkim, którzy mieli swój udział przy wydaniu tej publikacji. I oczywiście tysiącom moich fanów na portalach Facebook i YouTube za inspirację i ciepłe słowa wsparcia. Bez nich „Mój sposób na długowieczność” nie ukazałby się w druku.

Drogi Czytelniku

Tak jak i Ty dostałem skarb, wielki dar życia. A wraz z nim przyszło pragnienie, by się tym darem cieszyć jak najdłużej. Tak, chcemy żyć długo i mamy do tego prawo. Ale długie życie dla samego życia – to zbyt mało. Powiem Ci więcej. Nie da się długo żyć, żyć zdrowo i szczęśliwie, jeśli nie będziesz czuł i wiedział, że jesteś potrzebny – sobie, rodzinie, przyjaciołom, społeczeństwu, Polsce. To najprostsza, elementarna prawda, ale zanim zaczniesz szukać swojej drogi, by jak najdłużej cieszyć się życiem, musisz uwierzyć, że jest ono wielkim skarbem. Że z każdym rokiem nabywałeś bezcennej wiedzy, mądrości, doświadczenia. I że teraz przyszedł czas, byś z tego zasobu korzystał dla swojego i wspólnego dobra.

W życiu przychodzi taki moment, że chcemy dogonić czas, zatrzymać go albo przynajmniej spowolnić – to potrzeba nie mniej silna niż ta, która gnała kapitana Ahaba z powieści „Moby Dick” w pogoni za białym wielorybem. Ja też poczułem tę przemożną potrzebę. Rzuciłem sobie wyzwanie: spowolnię czas, pomogę swojemu organizmowi zachować zdrowie do późnych lat, będę cieszył się każdym dniem, bo każdy dzień będzie miał sens. Ta książka jest efektem mojej pracy nad sobą i nad czasem. Pisząc ją, po pierwsze, musiałem nauczyć się pracować na komputerze — to było nowe dla mnie wyzwanie i – jak każde wyzwanie – świetnie wpłynęło na moje życie. W trakcie pisania coraz silniej przekonywałem się też, że długowieczność nie bierze się z przestrzegania jednej reguły, podążania za jednym przepisem czy receptą. Nie wystarczy dobra dieta, aktywność ruchowa ani „dobre geny”. To zawsze wypadkowa wielu sposobów postępowania, wielu recept, o których piszę w tej książce. Jest ona moim hołdem złożonym woli życia. I opowieścią o wyzwaniu rzuconym samemu sobie.

Ale najważniejszym impulsem, by ją napisać, była chęć dzielenia się własnym doświadczeniem, moją własną, wypracowaną przez lata receptą na długowieczność. Wierzę, że i Tobie, drogi Czytelniku, pomoże żyć długo, szczęśliwie i z sensem.

Pewnego letniego popołudnia jak zwykle ćwiczyłem w Lesie Kabackim. Podszedł do mnie pewien młody lekarz i zasugerował, że warto by było, żebym podzielił się moim zestawem ćwiczeń z innymi. Zaproponował, żeby zrobić nagranie i umieścić je w internecie. Powiedziałem o tym mojemu wnuczkowi Michałowi. Niedługo potem odwiedził mnie z kamerą.

Pierwsze nagranie z „Dziarskim Dziadkiem” w roli głównej zobaczyłem w dniu moich 91. urodzin. Przed Bożym Narodzeniem wnuk przygotował krótszą wersję nagrania i zamieścił ją na YouTubie. Od tego momentu zaczęło się szaleństwo.

W kilka dni po opublikowaniu nagrania byłem już gościem w większości stacji telewizyjnych, często w głównych wydaniach wiadomości, na wszystkich najważniejszych portalach, w radiu i prasie. Wszyscy chcieli przedstawić mnie swoim widzom i czytelnikom. Nigdy nie spodziewałem się takiej reakcji, w końcu od lat wykonuję swoje ćwiczenia i nie widziałem w tym nic niezwykłego. Ot, obowiązek wobec samego siebie i sposób na lepsze samopoczucie.

Zaczęli dzwonić do mnie znajomi, których nie widziałem od lat, składać gratulacje i prosić o podzielenie się szczegółami odnośnie diety i ćwiczeń. Wnuk pokazywał mi komentarze na YouTubie i Facebooku. Setki, jeśli nie tysiące wyrazów uznania, pytań o mój sposób na utrzymanie zdrowia, prośba o różne porady. Najwięcej podziękowań dostałem za to, że zainspirowałem tyle osób do zadbania o siebie i swoich bliskich. Podobno dałem im energię do działania. Często pojawiały się komentarze w stylu: „Teraz kompletnie nie mam wymówek, zaczynam biegać”, „Pokazałem mojemu dziadkowi i od tego momentu zaczął chodzić codziennie na spacer”. Poczułem się szczęśliwy, potrzebny, spełniony. Mam nadzieję, że ta książka zainspiruje Ciebie i wiele innych osób do pracy nad sobą, do wypracowania własnego, skutecznego sposobu na długowieczność. Życzę powodzenia na tej drodze — wcale nie łatwej, ale naprawdę dającej wiele satysfakcji.

Żyj długo! Bądź szczęśliwy! Kochaj!

Mój sposób na długowieczność

Dekalog Dziarskiego Dziadka

1. Nie chodzi o to, żeby długo żyć. Chodzi o to, żeby mieć żyć dla kogo i po co. Nie zajmuj się więc liczeniem dni i lat. Skup się na tym, by każdej chwili nadać sens.

2. Tylko człowiek, który potrafi się zmęczyć, jest w stanie być szczęśliwy. Jeśli leżysz, wstań. Jeśli stoisz, idź. Jeśli idziesz, biegnij!

3. Dawaj zawsze więcej, niż chcesz dostać. To recepta na udaną rodzinę.

4. Prościej zawsze znaczy lepiej. I w diecie, i w miłości.

5. Jedz, żeby żyć, a nie żyj, żeby jeść.

6. Rutyna to zdrowie. Zmieniaj tylko to, co ci szkodzi.

7. Ćwicz umysł nie mniej intensywnie niż ciało. Będziesz go coraz bardziej potrzebował.

8. Nie zrzucaj odpowiedzialności za swoje zdrowie na lekarzy. Bądź szybszy niż choroba: zahartuj się, zanim cię dopadnie.

9. Uśmiechaj się, nawet kiedy boli. Uśmiech jest skuteczniejszy niż tabletki z krzyżykiem.

10. Nigdy nie jest za późno na nowy początek. Zawsze jest za późno na poddanie się.

Moja historia

Zawsze podchodziłem do życia z radością. Cieszyłem się pracą, zgodą w rodzinie, zdrowiem swoim i bliskich, towarzystwem przyjaciół. Kłopoty pokonywałem z uśmiechem, wciąż powtarzając sobie, że jutro wstanie nowy, lepszy dzień.

Altanka w Lesie Kabackim to jedno z moich ulubionych miejsc.

Bierz byka za rogi!

Nazywam się Antoni Huczyński. Rodzina i przyjaciele mówią na mnie Romek. Jestem wysportowanym, świetnie się czującym, szczęśliwym człowiekiem – tylko dzięki temu, że wszystko to sobie wypracowałem. Nic mnie nie boli, nic mi nie strzyka. Rozciągnięte mam ścięgna. Sprawne mięśnie. Zdrowo jem. Codziennie ćwiczę. A poza tym dusza – jestem pozytywnie nastawiony do życia, zadowolony.

W tym roku zacznę dziewięćdziesiąty trzeci rok życia. Co z tego? Co to za wiek! W tej kondycji to żaden wiek dla mnie, mógłbym przecież mieć sześćdziesiąt lat i ledwie chodzić. Ale w moim życiu ważne były zawsze kondycja i zdrowie. Pamiętam, że w mojej jednostce była stara kolejka wąskotorowa, oderwałem od niej dwa koła, ciężkie jak diabli, dwadzieścia kilo, i ćwiczyłem tym żelastwem. Lubiłem się gimnastykować, jeździłem konno, grałem w piłkę nożną, pływałem, grałem w siatkówkę, jeździłem na nartach, w zimie chodziłem po śniegu.

Moim marzeniem jest, by wielu niedowiarków uwierzyło w siebie. Siłą woli można osiągnąć zamierzony cel.

Zacząłem intensywnie ćwiczyć w 2000 roku, po śmierci Basi, mojej żony. Teraz, żeby dzień był wartościowy, to muszę uprawiać gimnastykę, namęczyć się. Ale lubię tę męczarnię. To jest mój obowiązek w stosunku do całego organizmu. Romek, co ty, w łóżku leżysz, jest szósta – myślę i zrzucam kołdrę (śpię pod cienką). Chcesz być zdrowy – sam do siebie mówię – to ćwicz. „Codziennie? Drągiem? – pyta jakaś starsza pani – to panu kręgosłup nie pęknie?”. „Nie pęknie właśnie dzięki temu, że ćwiczę” – śmieję się. Rodzina się z tego cieszy. Dla mnie to jest wielka rzecz, że córki podziwiają mnie na stare lata. „Jaki ty masz charakter – mówią – jak coś postanowisz, zawsze wykonasz. Czternaście lat chodzisz do tego lasu”. Ćwiczę rano. Godzinę śpię w południe, na leżaku. Wiewiórka mi przed nosem przeleci, Franusia przyjdzie, poszczeka, czytam. Wieczorem ćwiczę głową, przed snem, żeby dokrwić mózg. Chodzę spać koło dziewiątej.

W nocy śpię bardzo dobrze. Dziewięć godzin. Różne mam sny. Czasami erotyczne. Sam się sobie dziwię – w tym wieku? Seks jest rzeczą piękną, ale w odpowiednim w miejscu i czasie.

Człowiek pełny odczuwa miłość, odrobinę zazdrości, lubi dobry seks, cieszy się pięknem świata – wszystko to jest wartość. Nie boję się śmierci, dla mnie to jest normalna rzecz. Boże, tylu pochowałem kolegów. Partyzantka to było ryzyko nieustannej śmierci.

Cholera, nie przypuszczałem, że tak mi się życie jakoś ułoży. Nie jestem już prywatną osobą. Ludzie podchodzą do mnie, gadają, robią zdjęcia. Stałem się popularny. Pewna trzydziestolatka spytała: „Mogę sobie zrobić zdjęcie z panem? Mamusia pana uwielbia. Widziała pana w telewizji, na Facebooku czy na YouTubie i zaczęła ćwiczyć”.

Moim marzeniem jest, by wielu niedowiarków uwierzyło w siebie. Można być w okresie przemijania i być zadowolonym z życia. W lesie, gdy ćwiczę, przerywam trening i dyskutuję: co to znaczy nie chce się, musi się chcieć. Niech pani się przełamie. Niech pani sobie powie: nie wolno się położyć, teraz będę miała kilkanaście ruchów rękoma. Jak to, nie może pan się zgiąć? Sznurowadeł sobie zawiązać? Krzesła przesunąć? Musi pan zacząć ćwiczyć. Najpierw dwie minuty dziennie, trzy obroty głową, jeden przysiad – od czegoś trzeba zacząć!

W tej książce na własnym przykładzie pokazuję, że można zdrowo i szczęśliwie żyć po dziewięćdziesiątce. Można być sprawnym, mieć siłę, niejednego pokonać, a nie siedzieć na wózku inwalidzkim. Ale trzeba pracować nad sobą. Bez aktywności ruchowej i rozumnej diety nie można żyć w zdrowiu i zadowoleniu. Jak nie zadbasz o siebie, zawsze będziesz markotny, zdenerwowany, obolały, nieszczęśliwy. Mówię: to jest dla twojego zdrowia, dotleniasz się. Masz siedemset pięćdziesiąt miliardów komórek, trzydzieści tysięcy genów, dwieście sześć kości, pięćset mięśni, pięć litrów krwi i dwadzieścia trzy pary chromosomów – jak tego nie odżywisz, to kim będziesz? Twoje komórki wyją o tlen, tylko ich nie słyszysz. Musisz ćwiczyć.

Miałem zmarnowaną młodość: cholerny ojciec, cholerna okupacja, cholerni bolszewicy! Ale można odbić się od dna. Jeśli los nie obdarzył cię hojnie, to siłą woli można osiągnąć zamierzony cel. Wszystko robiłem, żeby żyć – dla kraju, dla rodziny i dla siebie. Więc i ty nie czekaj, aż coś się w życiu wydarzy, bierz byka za rogi. Liczą się siła woli i moralność. Sam zbudowałem swoje życie. W moim domu, otoczonym ogrodem, jest miła atmosfera, energia, życzliwość dla siebie nawzajem i dla innych. Mam dwie wspaniałe córki i zięciów, czworo cudownych wnucząt i prawnuczkę. Żyjemy blisko siebie, dobrze, szczęśliwie. I w zdrowiu. Też tak możesz!

Ojciec w centrum uwagi

Kiedy rozpoczęła się akcja porodowa, 26 listopada 1922 roku, ojciec – wojskowy – uciekł do drugiego pokoju. Przy narodzinach byli więc obecni matka, lekarz i położna. Po kilkunastu minutach ojciec wrócił. „Jak się ma noworodek?” – zapytał. „Tak się ma, jak się ma” – odpowiedziała położna, która chwilę wcześniej metalowymi kleszczami usiłowała wyciągnąć mnie za główkę. Chciał mi dać imię rzymskiego cesarza: Oktawian lub Hadrian – „inspiracja do czynów wielkich i bohaterskich” – lecz matka wybrała Antoni, dorzucając Marian Romuald.

Rodzice poznali się w Odessie. Emanuel Sarri, mój dziadek, był Grekiem; bieda wypędziła go z kraju, sprzedawał towary na rynku rosyjskim. Był komiwojażerem, miał walizkę, a w niej próbki towarów. Kiedyś zabrał córkę ze sobą i tak na jakimś przyjęciu matka poznała kapitana sztabowego armii rosyjskiej. Oświadczył się. Ojciec to był wysoki mężczyzna, metr dziewięćdziesiąt pięć, przystojny, zbudowany jak Apollo. Matka – drobna, piękna kobieta. Piękne zęby, głos – jak ona śpiewała te rosyjskie sentymentalne piosenki! Początkowo była między rodzicami wielka miłość.

Odessa, zdjęcie z 1910 r.

Moje dzieciństwo? To przede wszystkim ojciec. Podziwiałem w nim tylko aparycję. Zamknięty w sobie, dziwny człowiek. Nie miał kolegów, nikogo nie zapraszał, więc nikt do nas nie przychodził. I my do nikogo nie chodziliśmy. Matka miała kontakty z przyjaciółkami, żonami oficerów. Drzwi do pokoju ojca były zawsze zamknięte, nie mieliśmy tam wstępu. Jak była uroczystość, jego imieniny lub urodziny, szparę zostawiał, wystawiał rękę i myśmy podchodzili w ogonku i ją całowali: Wiktor, Janina, Gienia, Krysia i ja – ostatni, najmłodszy, na końcu. Potem ojciec zamykał drzwi.

Odessa, Kraków, Warszawa

W pracy był solidny i uczciwy. Gonił wszystkich łapówkarzy. Był intendentem Armii Warszawa, wyższym oficerem w randze pułkownika na etacie generała. Świetnie zarabiał, dostawał około tysiąca pięciuset złotych miesięcznie. Straszne pieniądze! Czasem przywoził nam skrzynkę bananów i mówił: jedzcie. Następnym razem – skrzynkę pomarańczy. W domu była kucharka, pokojówka i ordynans ojca, który go ubierał, czyścił mu buty, jego koalicyjki i wysyłał go do pracy. Nazywał się Jan Moczygęba.

Ojciec całe życie spędził w armii. Gdy stracił swego ojca, mojego dziadka, jego matka utrzymywała się, piorąc bieliznę oficerom rosyjskim (Polska była pod zaborami), a chłopca oddała do szkoły wojskowej. Po czterech latach ukończył Korpus Kadetów w Odessie i dostał stopień lejtnanta, podporucznika w armii rosyjskiej. Wkrótce wybuchła wojna rosyjsko-japońska w 1905 roku, walczył pod Mukdenem, wspominał atak Japończyków: „Cały oddział mi wykłuli bagnetami, nigdy nie widziałem tak walecznych żołnierzy”.

Ojciec w 1905 roku walczył pod Mukdenem, wspominał atak Japończyków: „Cały oddział mi wykłuli bagnetami, nigdy nie widziałem tak walecznych żołnierzy”.

W czasie I wojny światowej miał już stopień kapitana sztabowego, pracował w intendenturze armii. A gdy w Rosji wybuchła rewolucja, wkrótce wrócił do Polski z grupą żołnierzy gen. Lucjana Żeligowskiego. Wstąpił do polskiej armii i pod dowództwem Piłsudskiego i walczył w wojnie polsko-bolszewickiej. Kiedy zakończyła się naszym zwycięstwem, ojca awansowali do stopnia pułkownika. Najbardziej lubił wspominać 15 sierpnia 1920 roku i atak na lewe skrzydło bolszewickich dywizji, co przesądziło o wyniku wojny. W 1924 roku zamieszkaliśmy w Warszawie. Mój starszy brat urodził się w Odessie, ja i moje siostry w Krakowie. Matka była pół Polką, pół Greczynką. Lepiej mówiła po grecku i po rosyjsku niż po polsku. Ojciec lepiej mówił po rosyjsku niż po polsku, znał grecki. Czasem rozmawiali po grecku. Ojciec miał kochanki. Kupił jednej z nich kiedyś karakułowy płaszcz za 800 złotych. „Idiota” – powiedziała matka. Sąsiadki jej donosiły: „Pani pułkownikowo, pani mąż włóczy się z tą śpiewaczką kabaretową”, „Znów wyjechał do Zakopanego”. Matka to wszystko znosiła – co było robić, miała piątkę dzieci. On kochał kobiety, jego kochały kobiety.

Nigdy nie było go w domu, nigdy nie zjadł z nami obiadu, bił dzieci. Mnie sporadycznie – bo byłem najmniejszy. Raz dostałem porządne lanie, gdy mnie wysłał po gazetę i zgubiłem dwadzieścia złotych. Miałem osiem lat, spotkałem kolegę, biegaliśmy. Banknot dwudziestozłotowy wypadł mi z kieszeni, wiatr wydmuchnął. „Kładź się, idioto” – powiedział i zlał mnie pasem. Koalicyjką. Typowy sołdat, nie mógł rozeznać, co jest dobre, co złe. Nigdy nie wziął mnie na kolana, nie pogłaskał.

Mieszkaliśmy w Warszawie, w pięknym służbowym mieszkaniu na Żoliborzu przy Gomółki 6. Cywilna willa zajęta przez armię i przeznaczona dla wyższych oficerów sztabowych. Zajmowaliśmy górę domu, a na dole mieszkali przedstawiciele ambasady niemieckiej. Były oczywiście osobne wejścia. Potem mieszkał tam Wincenty Rzymowski z rodziną, znany publicysta i polityk polski.