Wydawca: Psychoskok Kategoria: Humanistyka Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 92 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dysonans - Krzysztof Kogut

Dysonans” Krzysztofa Koguta to powieść przygodowa napisana w formie pamiętnika. Autor pokazuje w niej człowieka, jako jednostkę życia społecznego nacechowaną pewnymi indywidualnymi wartościami moralnymi. Instynktowna natura ludzka bez przerwy miesza się tu z nabytym doświadczeniem. W świecie przepełnionym materializmem człowiek w swojej pierwotnej postaci nie istnieje – zatraca się w życiu nowoczesnym i dąży do szybkiego wzbogacania się. Słaby jest ten, kto nie potrafi dopasować się do rytmu życia we współczesności. Bohater powieści jest niespójną jednostką, elementem niepasującym do reszty, o innym sposobie myślenia. Czuje, że w swoich rozważaniach jest sam i wokół nie ma nikogo podobnego do niego. Jego odosobnienie oraz niechęć do współczesnej typowości ludzkiej, której normy zachowań grzecznościowych znacząco obniżyły swój poziom, wyraża się niemal bez przerwy w prowadzonych zapiskach. Krytyce nowoczesności przeciwstawia podziw, jakim darzy środowisko naturalne oraz ludzi żyjących w zgodzie z przyrodą. Coraz trudniej jest mu żyć w szarym mieście, gdzie kultura praktycznie nie istnieje, a społeczeństwo pogrąża się w konsumpcji i nie liczy się z dobrem ogólnym. Mężczyzna zdaje sobie sprawę, że nigdy już nie zazna szczęścia, na co wskazują jego udokumentowane fotografiami wspomnienia z odległej przeszłości. Jedynym rozwiązaniem zdaje się być porzucenie dotychczasowego życia i podróż w miejsce wolne od jakichkolwiek zmartwień. Czy uda mu się odnaleźć spokój poprzez całkowite odizolowanie od społeczeństwa i ucieczkę?

Całość "Dysonansu" jest spójna, napisana w sposób jasny i przejrzysty, co sprawia, iż utwór łatwo się czyta. Sprawne przemieszczanie się pomiędzy różnymi odmianami języka – od języka ogólnego do potocznego, mającego oparcie w gwarach młodzieżowych, z jednej strony decyduje o wartości stylistycznej utworu, z drugiej – sprawia, iż jest on bliski czytelnikowi, zwłaszcza młodemu, który odnajduje w powieści język, jakim na co dzień posługuje się w grupach rówieśniczych. Strona językowa powieści połączona z interesującymi przemyśleniami autora czyni utwór niezwykle wartościowym. Z pewnością znajdzie on szerokie grono odbiorców” – zauważa Lucyna Sikorska, doktor w Instytucie Nauk Humanistycznych Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Chełmie.

Opinie o ebooku Dysonans - Krzysztof Kogut

Fragment ebooka Dysonans - Krzysztof Kogut

Krzysztof Kogut "Dysonans"

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok, 2014 Copyright © by Krzysztof Kogut, 2014

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, powielana i udostępniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

Skład: Arkadiusz Woźniak Projekt okładki: Wydawnictwo Psychoskok Zdjęcie okładki © robert; Chlorophylle - Fotolia.com

ISBN: 978-83-7900-184-2

Wydawnictwo Psychoskok ul. Chopina 9, pok. 23, 62-507 Konin tel. (63) 242 02 02, kom.665-955-131

Krzysztof Kogut
Dysonans
Wydawnictwo

W życiu każdego człowieka pojawiają się i znikają osoby,

które na trwałe pozostawiają ślad w jego pamięci

i

22 września

Podobno sztuka polega na zabawie formą. Tylko że tu jest to bez znaczenia. Tu jest inaczej. Najuważniejsze, by wykrztusić z siebie trochę. Czegoś.

Coś – treści ciekawsze niż te z wcześniejszych notatników, zbiorów luźnych notatek. W sumie to raczej jest dla mnie. Choć nie kolekcjonowałem nigdy niczego, więc tego też nie.

Brak jednolitej formy spowodowany jest moim negatywnym nastawieniem do jednolitości. Do jednolitości, z którą nie mam nic wspólnego. Chociaż może mam.

Ustaliłem więc. Jestem jednolity, ale nieregularny. Jednolity i nieregularny. Jestem jednak.

Płynąc z Ifu, nie odczuwałem różnicy między minutą a godziną, mimo że przecież nic nie robił. Stał tylko, patrzył ciągle w wodę. Być może nigdy nie widział, a nawet nie dotykał wody, bo cholernie czuć było od niego zapach zgniłego owocu, padliny, nie wiem, czego właściwie. Stał i patrzył z tym małym zwierzęciem na ramieniu. Dziwny człowiek.

Zbliżając się do wyspy poprosiłem go, by zwinął żagle. Oczywiście nie zareagował. Bo patrzył w ocean. Sam więc to zrobiłem i dałem mu spokój. Lubiłem go, ale nie wiem, dlaczego. Miał coś dziwnego w sobie.

Zakotwiczyliśmy może dwieście metrów od brzegu. Bo jak inaczej, gdy statek wielki jak smok. Taki z chińskich bajek. Albo japońskich. Nie jestem pewien. Na pewno wyprodukowali je ludzie mający skośne, podłużne oczy. Ukośne, poprzeczne. Bajki z pokemonami w roli drugoplanowej.

Przez całe życie nie przyswoiłem sztuki pływania, toteż na zwiady popłynął Ifu z chomikiem. Potem wziąłem z pokładu kawałek dechy i przypłynąłem do brzegu, trzymając ją pod klatką piersiową. Ciężko było, dwa razy zachłysnąłem się słonym oceanem. Myślałem, że się zarzygam. Pod przejrzystą wodą ujrzałem rafę koralową. Wiedziałem, że ta wyspa to skarb. Cel.

Na brzegu stał Ifu. Nie mam pojęcia, jak udało się chomikowi. Pewnie wstrzymał oddech. Tak mi się wydaje.

Ifu nie mówił wiele. Właściwie to prawie nic nie mówił. Prawie.

Chomik natomiast nie mówił w ogóle.

Kilka godzin później, chociaż nie wiem, może minut, bo nie odczuwałem różnicy. Jakiś czas minął. Po tym czasie, Ifu wrócił na statek po namioty. Było ich tam wiele. Płynął dwa razy. Bo potrzebowaliśmy dwóch. Nie chciałem przebywać w jednym z tym cuchnącym człowiekiem.

Nigdy nie zwracałem mu uwagi, bo go lubiłem.

Przed zmierzchem rozbiłem namioty, które w tym miejscu mógłbym nazwać szałasami. Nie zrobiłem tego jednak. Bo były to namioty. Nie szałasy. Ifu odpoczywał.

Wlazłem w kupę. Chyba jakiś nosorożec, bo strasznie duża.

Głód dał się we znaki, toteż wysłałem kolegę do dżungli. Znał się na polowaniu, sądząc po wyglądzie. Na dzikie, dziksze i mniej dzikie zwierzyny. Wcześniej jednak go ostrzegłem, pokazując mu prawy but.

Na niebie powoli ukazywały się białe gwiazdy. Były też czerwone i zielone, ale starałem się nie myśleć o nich, jak o czymś dziwnym. Chciałem być stąd. Z tego świata.

Choć to niemożliwe.

Ifu zaczął mnie denerwować. Ile czasu potrzeba, by upolować zwierzę, na przykład jeża? Głodny byłem strasznie. Postanowiłem sam coś znaleźć. Podszedłem do oceanu, który nagle się uspokoił. Nagle. Przestał falować. Dziwne zjawisko, lecz może normalne tutaj. Zauważyłem krewetkę, homara lub raka. Krewetka chyba nie, bo większe takie jakieś. Nie wiem, co to było, ale z moim poczuciem głodu wyglądało smacznie. Zainteresowało mnie to stworzenie oceaniczne.

Zapaliłem papierosa, po czym podpaliłem jakieś egzotyczne suche chwasty i pozostałości dziwacznych korzeni porozrzucanych po plaży. Przydałby się jakiś kijek, żeby nadziać zwierzątko przed upieczeniem. Zaciukać je też wcześniej powinienem. Moimi jedynymi kijkami były zapałki, które udało mi się szczęśliwie przetransportować ze statku na brzeg. Aż cud, że nie zamokły. Chociaż to może tu normalne. Po jakiś głupi patyk do dżungli w życiu bym nie poszedł o tej porze, a chciałbym przecież. Las okropny. Ciemny.

Wziąłem skorupiaka wodnego, słonowodnego, morskiego za kończynę i położyłem na palącej się kupie słomy i odpadów. Nie było złe, choć mięso częściowo surowe. Ważne, że było ciepłe. Brakowało mi tylko soli. Jednak nigdy nie byłem zbyt wymagający. Wybredny. Nic nie zostawiłem Ifu.

Kolegi długo już nie było. Gwiazdy coraz silniej świeciły, migały i migotały. Zmartwiłem się. Posiedziałem jeszcze trochę rozmyślając.

Ifu nie wrócił.Przez jakiś czas zastanawiałem się, co mogło mu się przytrafić. Może dopadł go nosorożec, w którego kupę wdepnąłem wcześniej. Bydle z pewnością wielkie.

Ifu. Właściwie, kim on był? Nawet nie poznałem dobrze tego człowieka. Wiedziałem, że śmierdział i umiał polować. Futerkowe zwierzę na jego ramieniu też było dziwne. Chomicze spojrzenie podążało dokładnie tam, gdzie wzrok wpatrzonego Ifu.

Raz powiedział, że to jego princeska. Nie wiem, czy to normalne.

Przymierzałem się powoli do spania. Myśli ogarnęły nie tylko mnie. Również moje otoczenie. Aż ogień zgasł i nastała szarość.

2

23 września

Zbudziłem się wcześnie z powodu panującego tu zimna. Dawniej chciałem dostać się na wspaniałą wyspę, ciepłą nawet nocą. Nie marudziłem jednak mocno. W końcu to już prawie październik, raczej zimny miesiąc w moim kraju. Rozpatrując rzecz jasna ciepło i zimno. Nie chłód lub pochodne przejściowe stany. Nonsens.

W nocy przemoknięte namioty nie zostały wykorzystane ani przez Ifu i chomika, ani przeze mnie.

Dla rozgrzewki pobiegłem na koniec plaży, gdzie znajdowało się skaliste wybrzeże. Zobaczyłem głaz, na którym leżało coś wspaniałego, coś, co dałoby mi część siły, energii potrzebnej do przeżycia kolejnego dnia. Mandarynka. Dawno jadłem, więc zjadłem. Nie interesowało mnie, czy cytrus miał właściciela. Poczułem cudowny smak, soczysty owoc.

Wróciłem w okolice namiotów. Nad oceanem, na horyzoncie wschodziło słońce. Znajdowałem się zatem we wschodniej części wyspy. Zapaliłem fajkę i wyruszyłem w poszukiwaniu Ifu i chomika.

Las liściasty. Wysoka ściółka. Dżungla stuprocentowa. Z lewej kieszeni spodni wyjąłem kompas, aby nie zgubić drogi. Gęstwina zarośli, słońca nie było widać. Końca też. Nie widać.

Przyrząd okazał się bezużyteczny. Zepsuł się. Wskazówki kręciły się jak w zegarku, mimo że stałem bez ruchu. Dziwne zjawisko.

Dokładnie zapamiętywałem drogę. Nie to, co Ifu.

Ku memu zdziwieniu, las okazał się bogaty w owoce i warzywa.

Chociaż nigdy nie znałem się na rolnictwie, dlatego, żeby było bezpieczniej, należało zmienić wersję i usunąć warzywa. Postanowiłem udać przy okazji, że to nie miało miejsca.

Odczekałem chwilę.

Nie wiem, po co o tym napisałem. Skreśliłem.

Ku memu zdziwieniu, las okazał się bogaty w owoce. Zobaczyłem mnóstwo pięknych owocowych drzew, krzewów i innych krzaków, które powinny dać mi energię również na kolejny dzień. Na wiele kolejnych dni.

Zwątpiłem, że Ifu został pożarty przez nosorożca. Nosorożce żywią się owocami. Chyba, że nie był to nosorożec. W sumie po rozmiarze kupy nie da się określić gatunku zwierzęcia. Przynajmniej ja nie potrafię. Najwyżej średnicę otworu dupnego lub przewodu wewnętrznego, że tak powiem, da się chyba podać w przybliżeniu. Ale do tego potrzebna byłaby miarka jakaś. W każdym razie Ifu i jego gryzoń raczej nie zginęli z rąk, łap, kopyt jakichś, czyichś.

Owoców nie próbowałem, ponieważ mandarynka była wyjątkowo sycąca. Aż zastanawiałem się, czy następnym razem, kiedy zgłodnieję, nie wrócić w miejsce, w którym zobaczyłem wyjątkowy głaz. Pomocny.

Ktoś tu żyć musi chyba. Być może mieszkaniec tej wyspy jest obserwatorem. A może obserwował mnie tylko wtedy. Rano. Może obserwował i wiedział, że potrzebowałem energii. Jak w wielkim bracie. Karmił mnie za mój wyczyn, za odwagę i obnażenie społeczne.

Poczułem się pewniej niż dzień wcześniej. Ifu nie było obok mnie, ale czułem czyjąś obecność. Czas upływał tak, jak tego chciałem.

Nagle, usłyszałem szum wody. Nagle, bo miałem wrażenie, jakby stało się to po włączeniu przycisku, który pozwalał na odtworzenie szumiącego dźwięku. Jakby po wciśnięciu przycisku Play. Odtwórz to. Odtwórz teraz.

Moja wrażliwość na dźwięk wskazała mi tok daleko idących myśli. Mam tego słuchać. Jestem zatem słuchaczem. A może skoro jestem na wyspie, to jestem częścią tej wyspy. Z pewnością. Może jestem częścią tej muzyki. Nie mam pewności. Skoro jestem człowiekiem, który funkcjonuje, egzystuje, podejmuje decyzje. Jestem inszy od wszystkiego, co jest tu inne, od tego, co mnie otacza. Jestem zmieniającą się melodią w równomiernym, dobrze dopracowanym podkładzie.

Osiem, szesnaście, trzydzieści dwa.

Nie rozumiem do końca. Nie wiem.

Ale jedno tak. Wiem jedno. Strumień daje słodką wodę. Wiedziałem o tym już w szkole podstawowej, gdy uczyłem się geografii. Napiłem się. Potem usiadłem i umyłem prawy but, zanieczyszczając w ten sposób życiodajną wodę. Miałem nadzieję na odnalezienie Ifu i chomika.

Zostałem w lesie ze świadomością niedługiego powrotu na plażę, gdzie w nocy z pewnością jest bezpieczniej.

3

W przeszłości

Świadomość

– Czy ty na pewno nie masz problemu? Nie to żebym ci zaglądała do kieliszka. Ale miałam faceta, z którym zerwałam przez to, że pił. Ale chyba pił mniej niż ty. Nie wiem. Nie pamiętam złych rzeczy. Taką mam wadę.

– Mam problem. Wiesz, jaki?

– No?

– Taki, że kiedyś byłem inny.

– A teraz jesteś skurwielem. I to jest właśnie kolejna faza rozwoju.

4

26 września

Poranek jak zwykle był zimny. Było coraz chłodniej. Miałem katar. Wiszące gile nie pozwalały mi się skupić. W nocy padał deszcz. Wiem, bo namioty były mokre, chociaż piasek suchy jak pieprz. Suchość i mokrość w jednym miejscu. Pewnie to normalne. Przywykłem do dziwnych zjawisk, które przed wypłynięciem nie miały miejsca w moim życiu.

Błąd.

Chciałem zapalić, lecz paczka była już pusta. Nie paliłem nałogowo, bo od niedawna. Lubiłem czasem po prostu. Zwłaszcza przy Ifu, który cuchnął. Na statku miałem jeszcze mały zapas papierosów. Zanim po nie popłynąłem, postanowiłem jednak zjeść śniadanie.

Oczywiście jak zawsze poszedłem na koniec plaży po owoc leżący na kamieniu. Dziś miałem pomarańczę. Niezbyt sycąca. Jednak napiszę, że się najadłem.

Płynąc na belce w stronę statku, czułem opór spowodowany falowaniem płyty oceanu. Pionowym ruchem wody. Pionowo-poziomym. Odczuwalnym tak.

Belką nazwałem wytwór natury, który znalazłem na plaży. Przypominał belkę.

Belka posłużyła mi znakomicie w drodze powrotnej. Była lepsza od deski. Paczka cała i sucha. Położyłem się na piasku i zapaliłem.

W niedługim czasie zrobiło się ciepło. Piasek nagrzał się od słońca. Parność poczułem.

Wszedłem do lasu w poszukiwaniu cienia. Przysiadłem pod drzewem z czerwonymi bulwami przypominającymi pomidory. Podobne widziałem w lesie. Nie jadłem ich jednak, bo obawiałem się, że mogą być trujące. Kiedyś oglądałem w telewizji film dokumentalny o strasznych, silnych truciznach ukrywających się w najpiękniejszych i najbardziej pachnących smakołykach. Te bulwy wyglądały tak samo, jak te w filmie.

Owocom na moim głazie ufałem jednak. Zdałem sobie sprawę, że ryzykowałem. Ale głód pozwolił mi zapomnieć. Potem już się przyzwyczaiłem.

Brakowało mi kogoś, do kogo mógłbym się odezwać. Ifu nic nie mówił, ale zawsze to był ktoś. Chomik był mi obojętny z powodów niewyjaśnionych.

Nie przywiązałem się zbytnio do Ifu, ponieważ przebywałem z nim stosunkowo krótko. W skali długości życia prawie nic. Pewnie dlatego nie miałem wielkiej ochoty szukać go w dżungli.

Zastanowiłem się jednak nad swoim postępowaniem. Czy rzeczywiście brak przywiązania do kogoś może być powodem do pozostawienia go samego w wielkim dziko-dzikim lesie?

Miałem wyrzuty sumienia. Sam go tam pogoniłem przecież.

Spadła na mnie kupa. Był to pierwszy dowód na istnienie tu istot latających. Nie widziałem ani nie słyszałem jednak żadnego ptactwa oraz innych zwierząt ptakopodobnych posiadających pióra. W ogóle mało zwierząt tu było.Białe niewielkich rozmiarów odchody potraktowałem, jako znak. Moim zadaniem stało się odnalezienie Ifu i gryzonia. Właściwie powinienem mówić o nich jak o jednostce scalonej. Traktować tak.

Zapuszczając się nieco dalej, trzeba być bardziej przygotowanym. Na różne rzeczy. Te złe. Dlatego wróciłem jeszcze raz na plażę, by dzięki belce dostać się na pokład.

Po drodze słona woda zmyła mi z koszuli ptasie gówno.

Znalazłem maczetę, która prawdopodobnie