Dyskursywizowanie Białoszewskiego. Tom2. Dyskursy literaturoznawstwa literackiego i szkolnego - Piotr Sobolczyk - ebook
Opis

Książka opisuje najważniejsze przemiany polskiego literaturoznawstwa w ostatnich 50 latach – ukazuje narodziny polskiego strukturalizmu, wykształcenie się w jego ramach nurtu komunikacjonistycznego, przejście od strukturalnej poetyki w świetle językoznawstwa ku poetyce kognitywnej, rozmycie mocnych teorii w praktykach poststrukturalistycznych z włączeniem krytyki etycznej, badań nad Zagładą i teorii queer. Równolegle szkicowana jest teoria i historia quasi-paradygmatu „hermeneutycznego” i jego relacje ze strukturalną teorią interpretacji, marksizmem i dekonstrukcją. Ujęcie panoramiczne stale przeplata się ze zbliżeniem na recepcję twórczości głównego bohatera, Mirona Białoszewskiego. Druga część książki stanowi analizę dyskursu podręczników szkolnych i pomocy dla nauczycieli oraz uczniów („bryki”), przez co daje wgląd w to, jak polska kultura literacka i edukacyjna przetwarza i przekłada zjawiska literackie przefiltrowane przez naukowe oko ku społecznej dyfuzji.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 486

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Piotr Sobolczyk

Dyskursywizowanie Białoszewskiego

Tom II: Dyskursy literaturoznawstwa naukowego i szkolnego

Rozdział pierwszyBiałoszewski w dyskursie naukowym

I. Dyskurs strukturalistyczny

Moment introdukcji Białoszewskiego w dyskurs naukowy zbiega się z „rewolucyjną” próbą konsolidacji pewnych praktyk literaturoznawczych w nowy „paradygmat” – strukturalistyczny. Rzec by można, że Białoszewski i młodzi strukturaliści są rówieśnikami, zaproponuję termin,  r ó w i e ś n i k a m i   d y s k u r s o w y m i,  w sensie czynnego zaistnienia w kulturze, nie zaś rówieśnikami biologicznymi – Białoszewski, jak wiadomo, to 1922 rok, dwie kluczowe postacie zaś, Michał Głowiński i Janusz Sławiński, to 1934, gdy zaś o owo zaistnienie w dyskursie, dyskursach raczej, ale w szeroko rozumianym dyskursie kultury, w tym w zawężeniu, dyskursie kultury literackiej, co umożliwia już singularis, debiutują książką i recenzją na przełomie lat 1956/1957. Głowiński recenzuje pierwszy tomik Białoszewskiego1, ustanawia tym samym swoiste partnerstwo, partnerstwo w sytuacji komunikacyjnej (upraszczając: nadanie komunikatu – recepcja komunikatu i przetworzenie go w nowy komunikat), niekoniecznie natomiast partnerstwo rozumiane jako pewnego rodzaju figura retoryczna w sferze metodologii (na przykład metafora kognitywna „partnerstwa” czy „rozmowy” w hermeneutyce). To jednak nie wystarcza, aby wstępujący nowy paradygmat wykorzystał jakiegoś poetę jako figurę w swoim dyskursie, aby – inaczej mówiąc – pokazał się od dobrej, a przede wszystkim – nowej, odmiennej strony przy jego wsparciu (mam na myśli „bierne” wsparcie, ograniczające się do roli „przedmiotu” – badań oczywiście). Mówmy odtąd o Figurze Wsparcia (nie zapominając o retorycznym znaczeniu słowa „figura”, jakkolwiek znanym jest, iż niekiedy figury retoryczne zmieniają się w rzeczywiste „posągi”). Na przykład Harasymowicz (debiut w 1956) taką figurą stać się nie mógł – więcej, przypadła mu rola innej figury w dyskursie strukturalistycznym, zwłaszcza w subdyskursie Sławińskiego, ze względu na status Figury Wsparcia w – nie tyle w założeniach, ile w sensie uczestnictwa w pewnej sytuacji – paradygmacie hermeneutycznym, reprezentowanym konkretnie zwłaszcza przez Jerzego Kwiatkowskiego, a ponieważ pomiędzy obiema tymi opcjami, czy ściślej dyskursem wstępującego paradygmatu (strukturalizm) a quasi-paradygmatem (ówczesna „hermeneutyka”), istniał spór (o wartości estetyczne i etyczne przede wszystkim, w mniejszym stopniu o metodologię, a w najmniejszym – co krótko pokażę później – o praktyki dyskursowe), sojusznik Antenata stawał się sam Figurą Antenata. Tak więc do skonstruowania literackiego Patrona czy Sojusznika, będącego wszak przedmiotem badań, potrzebna była jeszcze pewna jakość jego twórczości i jej nie- i rozpoznania krytycznoliterackie; albo też w odwrotnym porządku następstwa, nie- i rozpoznania krytycznoliterackie (jakieś) danej twórczości oraz sama jakość tej twórczości, dozwalająca na ujęcia odmienne niż u Antenata, najlepiej dające się retorycznie „przechwycić”, najlepiej z poszanowaniem obowiązujących w danym momencie historycznym w dyskursie krytycznoliterackim i naukowym zasad etycznych, a więc – nie „naginając” zbytnio danej twórczości do konkretnych potrzeb. (W innym miejscu pokazałem, jak w latach 90. takie „zasady etyczne” zastąpił – to też „zasada etyczna” – swoisty cynizm czy pragmatyzm, ale i w latach 70. wystąpiły jego antecedencje). Dodać tu trzeba, że spór ten rozgrywa się w dyskursie krytycznoliterackim, w którym w owej chwili – mowa o połowie lat 60. – obaj Antenaci uprawiają  p r z e d e   w s z y s t k i m  ten właśnie dyskurs, a są na moment przed pierwszymi kluczowymi książkami naukowymi, doktorskimi (Sławiński w 1964 roku, Kwiatkowski w 1966). Chwilę później następuje rozbieżność – Kwiatkowski pozostaje przy dyskursie krytycznoliterackim (jego działalność naukowa poważnie zresztą się nie różni od krytycznej, obie sytuują się w metatropie Metafory, niekiedy Ironii), Sławiński przechodzi z dyskursu krytycznoliterackiego niemal wyłącznie do literaturoznawczego naukowego, gdzie pociąga z(a) sobą Białoszewskiego.

Oczywiście spór, który tu kreślę, nabiera, mocą narracji, cech nieomal mitycznych, tymczasem była to „zwykła” polemika w ówczesnym życiu literackim, która dostarcza mi pewnego znamiennego modelu. Tylko. Chodzi mi o tekst Próba porządkowania doświadczeń Sławińskiego z 1964 roku2. Występuje w nim ów jako krytyk, rzucający okiem na najważniejsze zjawiska poetyckie. Niby niewinnie, to jest, jak to się mawia, „obiektywnie”, prawie jak badacz literatury, w istocie – z krytyckim zaangażowaniem. Z czterech wyróżnionych przezeń modeli poezji, każdy daje się usytuować na innym biegunie prywatnego gustu; tak się składa, że najdalej w stronę minusa wychyleni są Harasymowicz i Kwiatkowski (lub Kwiatkowski i Harasymowicz): „Program «wyzwolonej wyobraźni» (posługuję się terminem-hasłem Jana Brzękowskiego) został sformułowany w głośnej przed paru laty dyskusji, którą zainicjował szkic Jerzego Kwiatkowskiego Wizja przeciw równaniu. Był to program polemiczny wobec wzorca poetyckiego awangardy, przeciwstawiający dyscyplinie poetyckiego wysłowienia – swobodę fantazjotwórstwa, obrazowi poetyckiemu – prawo do rozwichrzonej enuncjacji lirycznej, pośredniości – bezpośredniość. Najsłabszą stronę tego programu, dość – trzeba przyznać – staroświeckiego, stanowiła egzemplifikacja. Głównym patronem antyawangardowej rewolucji obwołano Jerzego Harasymowicza. Mówiło się o polskim nadrealizmie, który wreszcie położy kres dyktaturze Przybosia. Ale wszystko zakończyło się bezboleśnie – na poziomie «Przekroju»”3.

Są bardziej i mniej subtelne wskaźniki zaangażowania Sławińskiego przeciw temu modelowi; mniej – zapewne „Przekrój” i słowo „najsłabszą”, bardziej – użycie słowa „enuncjacja” (pozornie neutralne, niby scjentyficzna énonciation u Benvenista!), ironiczna ocena Przybosia jako dyktatora (użycie hiperboli w celu jej ośmieszenia, hiperbola w retorycznej funkcji permissio)4, wreszcie zarzut kluczowy – „staroświeckość”. Zdradza to opowiadanie się Sławińskiego po stronie – na powierzchni –  p r o g r a m u  awangardy (nowoczesność vs. staroświeckość), pod tą powierzchnią zaś, oczywiście, za samą awangardą. Dodatkowo doświetlał to oczywiście kontekst subdyskursów tych obu krytyków (Sławińskiego teksty o awangardzistach głównie, szkice i recenzje Kwiatkowskiego), a rok, dwa lata później – ich książki naukowe (Sławiński o awangardzie, Kwiatkowski o Staffie…). Na „wizję przeciw równaniu” Sławiński odpowiadał „Białoszewski przeciw Harasymowiczowi”5. Gdyż, oczywiście, tak się składa, że najbardziej wychylona w stronę plusa na biegunie gustu Sławińskiego jest poezja zwana przezeń „lingwistyczną”, aktualna awangarda: „We współczesnej poezji polskiej oni wyciągnęli najdalsze konsekwencje z awangardowego przełomu w pojmowaniu zadań i zobowiązań mowy poetyckiej. Tak dalekie, że przekształcające stosunek nawiązania do tego wzorca – w stosunek opozycji”6. Tu jest niesłychanie ważny, a niejako w zalążku, moment dla zrozumienia późniejszej fascynacji strukturalistów Białoszewskim, zarazem kolejne ogniwo opozycji wizji i równania. Otóż wizje są na ogół niezmienne w swojej wizyjności. (To nie ja, Sobolczyk, tak twierdzę, tylko Sobolczyk jako obserwator trzeciego stopnia twierdzi, że Sławiński tak uważał jako obserwator drugiego stopnia). Awangarda zaś –„ruchliwa”, Owidiuszowa. To przekłada się na światopoglądy krytycznoliterackie, albo inaczej mówiąc – na hermeneutyki: krytyk-wizjoner nie lubi zmiany i ruchu, chce w kółko tego samego, awangardzista krytyczny zaś umie dostrzec projekt awangardowy nawet tam, gdzie ów projekt nie przypomina swojego pierwowzoru, nawet jeśli sami ojcowie-prawodawcy są w tym projekcie „zabici” i z pozycji „trupa” (czasami – „anty-turpa ”) gadają, jak w istocie przydarzyło się Przybosiowi i Białoszewskiemu, którzy reprezentują tu, odpowiednio, wzorzec i najnowsze tendencje7. Krótko mówiąc – strukturaliści, Sławiński, potrafili się wznieść ponad poziom wartości, które im samym były też drogie, a zatem nie byli zamknięci na wyzwania rzucane przez najnowsze awangardyzmy. To w tym tekście Sławiński wprowadza po raz pierwszy w swój subdyskurs o Białoszewskim prototyp „lingwisty peryferyjnego”; to, co tutaj powie, sformułowania, których użyje, powtórzy w kolejnych tekstach, więcej – jego dwie następujące później interpretacje (nazywane wówczas „analizami”) dają się potraktować jako w pewnej mierze „interpretacje pokazowe”, dowody na ów prototyp, lub też przemieszczenia w skali prototypowości od uogólnienia ku eksperckim rozpoznaniom szczegółowym. Przyjrzyjmy się owej matrycy w Próbie porządkowania doświadczeń: „Autora Rachunku zachciankowego i Mylnych wzruszeń fascynują peryferie praktyki językowej. Mowa ześlizgująca się w bełkot, automatyzmy, formy kalekie, nieskoordynowane składniowo szeregi wyrazów, zbitki frazeologiczne, które przez wielokrotne powtarzanie zatraciły wszelki sens. Jego lingwistyczną wyobraźnię pociąga przede wszystkim to, co jest w mowie niesprawnością, zakłóceniem procesów komunikacyjnych, «szumem» zagłuszającym znaczenia. […] jest to niemożność sklecenia przekazu poddanego regułom jakiejś określonej segmentacji. Słowo, ten elementarny segment wypowiedzi, znajduje się tu w ciągłym zagrożeniu. To rozpada się na cząstki składowe, z których każda chce znaczyć i wieloznaczyć na rachunek swojej rzekomej etymologii, to znów zostaje wchłonięte przez inne słowa, zatraca granice, rozpływa się w jakimś niepodzielnym szuruburu. Także zdanie nie może jak gdyby dorosnąć do własnego poziomu, osiągnąć przyzwoitej normy. Jego projektowany zamysł gubi się w nieciągłości składni anakolutycznej, ulega zatarciu nim w ogóle zdołał się wykrystalizować. Najbliższym układem odniesienia dla takich praktyk jest mowa potoczna w jej granicznych przejawach: monotonne bredzenie pacjentów w szpitalnej poczekalni, pijackie mamrotanie pod budką z piwem, sądowa pyskówka, narracje z magla, osobliwy, «dwujęzyczny», urzędowo-infantylny słowotok funkcjonariuszy administracji najniższego szczebla. […] Nie jest zapisem naturalnego bezładu słów i zdań, lecz bezładem  f o r m o w a n y m  przez celowe usiłowanie poetyckie. Usiłowanie parodystyczne. Białoszewskiemu nie chodzi wszakże o parodię jakichś określonych metod werbalizacji. Przedmiotem jego parodystycznych procederów jest system językowy jako całość. System, interpretowany konsekwentnie od strony tych tkwiących w nim możliwości, które są antysystemowe, peryferyjne, wstydliwie zatajone”8.

A teraz spójrzmy, jak poszczególne elementy tego prototypu powracają w dwóch następnych tekstach Sławińskiego o Białoszewskim, niejako „przy okazji” interpretacji. W interpretacji Ballady od rymu napotykamy następujące sformułowania:

„Tu uwaga ogólniejsza, tycząca lingwistycznego programu Białoszewskiego. Autora Rachunku zachciankowego i Mylnych wzruszeń intrygują nade wszystko te sytuacje praktyki językowej, gdy mowa ześlizguje się w bełkot, gdy więc ulegają rozchwianiu reguły jej segmentacji. I nie tylko reguły określające granice i porządek jednostek składniowych. Także normy, które zapewniają identyczność słowu, temu elementarnemu segmentowi wypowiedzi. W utworach Białoszewskiego słowo jest ustawicznie zagrożone w swojej tożsamości. To rozsypuje się na cząstki składowe, z których każda usiłuje znaczyć, lub nawet wieloznaczyć, na rachunek faktycznej, czy też – częściej – fałszywej etymologii, to znów zostaje wchłonięte przez inne słowa, gubi się wśród nich, zatraca granice, rozpływając się w niepodzielnym potoku werbalnym9. Oczywiście najbliższym układem odniesienia dla takich praktyk jest mowa potoczna w jej najbardziej peryferyjnych przejawach. Wyobraźnię lingwistyczną Białoszewskiego pociągają określone społecznie i obyczajowo formy mowy niesprawnej, ględzenia, mamrotania, bełkotania. […] Jego parodia sięga poza każdy z tych modeli ujmowany z osobna. Kieruje się w stronę wszelkiej praktyki językowej (opowiadającej, ekspresywnej, moralistycznej itp.), demaskując i przedrzeźniając jej rzekomą celowość i sprawność”10.

Wreszcie w trzecim tekście, analizie leżeń zwięzłe powtórzenie:

„Autor Leżeń bowiem nie tylko ogranicza się do kręgu tematów peryferyjnych, ale – co więcej – usiłuje utrwalać je w specyficznym  j ę z y k u   p e r y f e r y j n y m.  Dla jego utworów znamienny jest dokładny paralelizm między właściwościami materiału tematycznego a właściwościami materiału językowego. Białoszewskiego pociąga w mowie to, co jest w niej kalekie, nieporadne, mieszczące się poza ramami systemu (znaczeniowego, gramatycznego, składniowego). Intryguje go niesprawność języka: rozchwianie formy słowa, zbijająca z tropu wieloznaczność wyrazów, a nawet ich cząstek, przejęzyczenia, automatyzmy frazeologiczne «rozpuszczające» w sobie wszelki sens, mówienie ześlizgujące się w bełkot”11.

Oraz nowe nazwanie – nowy „koncept”! – na uprzednio zasugerowane zjawisko:

„Prawdą bowiem jest, że podmiot liryczny utworu wypowiada się w sposób groteskowo niesprawny, ale prawdą jest również to, że w perspektywie zamiaru autorskiego owa groteskowa niesprawność mowy jest szczególnego rodzaju  k o n c e p t e m   p o e t y c k i m.  Konceptem – parodystycznym. Białoszewski dekonspiruje wstydliwe strony języka, tkwiące w nim siły nieporządku, przewrotną rutynę form, automatyzm i tandetę. Przedrzeźnia i ośmiesza w ten sposób język jako całość, jako system umożliwiający «oficjalne» artykulacje”12.

W analizie dyskursu potrzeba niekiedy dłuższych cytatów. Teraz możemy wyliczyć powtarzające się określenia bądź warianty, a także pogrupować je w „rodziny wyrazów” (w rozumieniu raczej Witt­gensteinowskich „podobieństw rodzinnych” i za tymiż w kognitywnym rozumieniu sieci radialnych niż jak w tradycyjnym słowotwórstwie). A zatem mamy grupę „praktyka językowa” (wariant: „sytuacje praktyki językowej”; dopowiedzenie: „opowiadająca, ekspresywna, moralistyczna itd.” oraz „(rozumiana jako) celowa i sprawna”), „norma”, „system” (wariant: „ramy systemu”; dopowiedzenie: „(system) znaczeniowy, gramatyczny, składniowy”, drugie dopowiedzenie: „(system) umożliwiający «oficjalne» artykulacje”). Następna grupa to: „bełkot” (warianty: „bredzenie”, „mamrotanie”, „ględzenie”), „formy kalekie” (wariant: „przejęzyczenia”), „nieskoordynowane składniowo szeregi wyrazów” (warianty: „słowotok”, „niepodzielny potok werbalny”, „nieciągłości składni anakolutycznej”), „zbitki frazeologiczne, które przez wielokrotne powtarzanie zatraciły wszelki sens” (warianty: „automatyzmy”, „automatyzmy frazeologiczne «rozpuszczające» w sobie wszelki sens”, „przewrotna rutyna form”). Tu trzeba wspomnieć o owej „podmywającej” metaforyce „rozpuszczania”, „rozpływania” (oczywiście tego, co systemowe itp.). Kolejna grupa: „peryferie” (warianty: „peryferyjne przejawy”, „tematy peryferyjne”, „język peryferyjny”), „antysystemowe” (wariant: „poza ramami systemu”), „wstydliwie zatajone” (wariant: „wstydliwe strony języka”). Weźmy jeszcze jedną grupę, tym razem czasowniki, co Białoszewski robi?, co się z nim dzieje?: „fascynuje go” (warianty: „pociąga”, „intryguje”), tu jak gdyby Białoszewski „ulega” systemowi, ponieważ wszystkie te określenia nie stawiają go w pozycji aktywnego podmiotu, jego aktywność zaś polega na „dekonspirowaniu” (w wariancie: „demaskowaniu”, czego konsekwencją jest cała grupa związana z „ośmieszaniem”, „przedrzeźnianiem”, „parodiowaniem” (a poprzez „parodię” przechodzi się płynnie do grupy „groteska”). Jakkolwiek Sławiński cały czas powtarza to samo, w każdym tekście używa innych słów, powiedzmy, aloleksów. Można to uznać za przejaw dbałości stylistycznej. Być może jednak, jeśli uznać te powtórzenia za chęć utrwalenia prototypu, motywacja jest retorycznie bardziej wyrafinowana: chodzi otóż o wywołanie w odbiorcy (mowa o cokolwiek „idealnym” odbiorcy, czyli takim, który czyta wszystkie trzy teksty, zresztą w dowolnej kolejności; w przeciwnym wypadku efekt ten nie powstaje) wrażenia, że słyszy coś jak gdyby znajomego – a zarazem nowego. Pewne elementy (słowne, gdyż myślowo – wszystko) się powtarzają, zarazem dają się rozpoznać jako nie takie same. Zjawisko to jest dobrze znane psychologii percepcji, literaturoznawczym badaniom nad recepcją (w streszczeniu hasłowym: „konwencja i oswojenie”, „automatyzacja odbioru a chwyt uniezwyklenia” itd.), a także w folk theory, w polskiej kulturze na przykład jako cytat z filmu Rejs („podobają mi się tylko te piosenki, które już słyszałem”)13. Krótko mówiąc, owa wariantywność kieruje nas w stronę generatywności. Zapewne jakiś „Chomskoid” zrobiłby to precyzyjniej, ale z tych fragmentów da się wyprowadzić zdanie jądrowe, które następnie można modyfikować; powiedzmy, że zdanie to mogłoby wyglądać tak:

[Białoszewskiego] „fascynuje” + „praktyka językowa” + [w as­pekcie] „antysystemowym” + [co się przejawia szczegółowo jako na przykład] „bełkot” + [i przez to on] „demaskuje” + „peryferie” + [osiągając efekt] „parodii” + [i/lub] „groteski”.

Wydaje się to więc próbą wprowadzenia i ugruntowania określonego prototypu, który następnie będzie punktem odniesienia – to znaczy co najmniej polemiki, jeżeli nie kontynuacji – dla dalszych uczestników dyskursu. Nie umiem jednak wybrać: czy Sławiński świadomie powtarzał pewne sformułowania, aby je utrwalać w proto­typ, czy też gdy przystępował do pisania pierwszego tekstu, prototyp ten był już w jego umyśle tak ugruntowany, a przy kolejnych tekstach nie ulegał zasadniczym ekstensjom metaforycznym (tylko drobnym metonimicznym, jak na przykład wprowadzenie pojęcia „koncept poetycki” w ostatnim z tekstów), że po prostu „tak mu się pisało” i „prototypotwórstwo” nie jest tu produktem celowych zabiegów, a „naturalną konsekwencją” pisania „tego, co się myśli”. Zresztą – jedno się z drugim ostro nie wyklucza. Z punktu widzenia dyskursu strukturalistycznego o Białoszewskim w momencie jego formowania się niewątpliwie pierwszy tekst jest „generatorem”, pierwszą metaforą, dwa następne teksty zaś stanowią dyskursy metaforo-recepcyjne, przynajmniej po części (w tych momentach, w których powtarzają i utrwalają prototyp). Rzecz w tym, że ów prototyp  n i e   j e s t  w całości wynalazkiem Sławińskiego; nie jest od podstaw wynalezioną przezeń metaforą. Jak widzieliśmy w poprzednim tomie, krytyka literacka kilkakrotnie wspominała o „bełkocie”, „peryferiach”, „grotesce”. Zwykle jednak w sposób mało aprobatywny, a również nie sytuując tego w paradygmacie awangardowym, ni w jego podkategorii – poezji lingwistycznej. Tak więc Sławiński wykorzystał te rozpoznania z dyskursów przedmetaforycznych, jak je nazwałem, i dokonał ekstensji przede wszystkim poprzez pełne dowartościowanie tych wszystkich funkcjonujących etykiet, a druga ekstensja polegała na osadzeniu tych etykiet – ich uzasadnieniu – w elementach zaczerpniętych z dyskursu naukowego, mianowicie – strukturalistycznego. Te dwie (przynajmniej) ekstensje zasadniczo przeformułowały zastany prototyp krytycznoliteracki i jakkolwiek powtarzały elementy znane, to w nowym układzie, krótko mówiąc – łączyły stare z nowym (a i nieoczekiwanym!), a zatem spełniały wszelkie warunki nowej metafory, dlatego też to właśnie Sławińskiemu można przypisać kreację pierwszego naukowego prototypu twórczości Białoszewskiego – a wiązanego z (wstępującym wówczas) strukturalizmem. Wskazywałem już, że wymagało to od badacza swobodnego, to jest w zasadzie „niepara­dygmatycznego” (niedogmatycznego, nieortodoksyjnego) rozumienia pojęcia „awangarda”; podobnie jednak wymagało to niedogmatycznego, niemetonimicznego rozumienia pojęcia „strukturalizm”. Gdyby bowiem Sławiński chciał pozostać wiernym uczniem – tylko uczniem – ojców-założycieli (w czasie, o którym piszę, sam nie był jeszcze „ojcem” dyskursowym), winien był nie zauważać wszystkiego, co „antysystemowe” czy – jak się później, a pewnie i trafniej wyraził – „w systemie peryferyjne” (w obecnych czasach lubimy bardziej słowa „marginalne” oraz „zmarginalizowane”), winien odrzucać samą możliwość „rozmywania” czy „rozpuszczania” systemu, a gdyby chciał wiernie strzec dorobku swojego niewątpliwego mistrza, Jana Mukařovskiego, winna odrzucać go składnia Białoszewskiego, gdyż według Mukařovskiego to właśnie zdanie stanowiło najmniejszą jednostkę znaczeniową, strukturalną (identycznie zresztą w programie awangardy Peipera i Przybosia), zdolną do realizacji funkcji estetycznej, rozumianej jako będącej w napięciu pomiędzy funkcją komunikacyjną a „wewnętrzną celowością”14. Oczywiście, Sławiński potrafi wszystkie te wątpliwości świetnie osadzić w myśleniu strukturalistycznym – antysystemowość, czy lepiej peryferie – również należą do systemu (więc Białoszewski kwestionując system i normę, zawsze pozostaje w jego obrębie), owa „asystemowa” składnia zaś stanowi nowy chwyt (tu formalizm łączy się z awangardą) realizacji „poetyckości”, ponieważ idealnie realizuje się tutaj napięcie pomiędzy chęcią wyrażenia komunikatu a wartościami „naddanymi”, „wewnętrzną celowością”, tylko ukrytą, ale przyjmując formalistyczno-awangardową dynamikę rozwoju języka poetyckiego, nowa estetyczność zawsze ukrywa się tam, gdzie się jej nie spodziewamy, innymi słowy również, to właś­nie peryferie systemu zwykle są źródłem nowych poszukiwań15. „W zasadzie wszystko to wiemy” – mógłby ktoś powiedzieć. W połowie lat 60. nie było to jednak tak oczywiste, to po pierwsze, po drugie – a kluczowe – nie jest to typ myślenia, który byłby typowy („prototypowy”) przy początkach paradygmatu (dyskursu), gdzie istotniejsze są raczej best examples, najprostsze przykłady, doskonale ilustrujące przyjmowane tezy, przy wprowadzaniu paradygmatu od eksperymentów i wątpliwości istotniejsza jest pewność i klarowność; i po trzecie wreszcie – nie jest to typ myślenia typowy dla młodości, zarówno jednostkowej (Sławiński był naonczas krótko po trzydziestce), jak i „młodości systemu” (paradygmatu, dyskursu…). Kuhn zauważał, że fundatorami paradygmatów są zwykle ludzie młodzi:

„Prawie zawsze człowiek dokonujący takiego zasadniczego odkrycia nowego paradygmatu jest bądź bardzo młody, bądź od niedawna pracuje w dziedzinie, której paradygmat zmienia. I chyba nie wymaga to nawet objaśnienia. To zrozumiałe, że ludzie, którzy nie są zbytnio przywiązani poprzez wcześniejszą praktykę do tradycyjnych reguł nauki normalnej, o wiele łatwiej niż pozostali zdają sobie sprawę z tego, że na gruncie tych reguł nie da się już rozgrywać gry, i wymyślają inny zbiór reguł”16.

Folkową psychologią mówiąc – młodzi są bardziej beztroscy wobec tradycji naukowej, zwłaszcza że nie jest ona dla nich „tradycją” w sensie bezpośredniego doświadczenia. Po mojemu zaś – młodość, która chce zmiany paradygmatu, musi (zazwyczaj) sytuować się w Metonimii, to jest – odrzucać i patrzeć z nadzieją na proponowane przez siebie reguły. Tymczasem Sławiński w kilku napomkniętych tutaj aspektach – a w innych tekstach znalazłoby się ich więcej – wydaje się wstępować na drogę paradygmatotwórcy patrzącego nie z perspektywy przyszłego sukcesu szczegółowych badań17, nie jak młody człowiek – tylko jak człowiek starszy, jak gdyby domykający swój paradygmat, widzący ograniczenia w zbyt redukcjonistycznym o nim myśleniu, krótko mówiąc, patrzy nie jak Metonimik, a Ironista! Przypuszczalnie to cechuje umysły naprawdę wielkie i postawienie wykrzyknika po ostatnim zdaniu nie ma oczywiście obrażać Sławińskiego, o którym wszyscy wiedzą, że był umysłem głębokim i cóż tu się właściwie dziwić; jednak sytuacja taka jest rzadka, choćby z tego względu, że tego typu umysłowości z rzadka stają się generatorami, częściej natomiast outsiderami dyskursowymi. Ktoś, kto chce zostać przywódcą, powinien zaczynać od wyrazistych haseł, zdolnych skonsolidować „masę”, zwykle dużo mniej głęboką, a nie pokazywać czyhające w zbyt prostym myśleniu pułapki, jątrzyć wątpliwości. (Jeszcze do tej kwestii wrócę). Podsumowując – Białoszewski miał wszelkie dane, aby nie trafić na grunt strukturalistyczny jako grunt podatny. Tymczasem stał się jednym z pisarzy wiązanych (w dyskursie naukowym, nie ze względu na jakieś «immanentne» cechy jego twórczości, czy deklaracje!) ze strukturalizmem ze względu na to, że przez ten dyskurs został do dyskursu naukowego w ogóle wprowadzony i także z tego względu, że wprowadzenie to było nader pomyślne oraz wpływowe – całe dotychczasowe dzieje recepcji Białoszewskiego, co wielokrotnie jeszcze będę miał sposobność pokazać, nie mogły się obejść bez strukturalistycznych prototypów; zaś Sławińskiego interpretacja Ballady od rymu stała się – już u samych źródeł paradygmatu! – niedoścignionym wzorem strukturalistycznego postępowania z tekstem literackim, błyskotliwym pokazem sprawności tego języka.

Wiążą się z tym pewne paradoksy. Otóż, jak wspominałem, Próba porządkowania doświadczeń była w zasadzie tekstem krytyczno­literackim z użyciem niektórych pojęć i wątków strukturalistycznej myśli (dyskursy krytycznoliteracki i naukowy stały w relacji inkluzji na korzyść – w tej mikrodyskursowej realizacji – dyskursu krytycznego). Przejście od dyskursu krytycznoliterackiego do literaturoznawczego dokonuje się w analizie Ballady od rymu. Ale gdy chodzi o retorykę – tutaj podobnie nie znajdziemy „twardego” teoretycznego języka, choć napotkamy następujące pojęcia ze strukturalistycznego słownika: „poetyka utworu”, „klasa utworów w obrębie tradycji literackiej”, „zbiór reguł”, „kod”, „stylistyka narracji”, „konwencje stylistyczne”, „płaszczyzny narracji”, „meta­językowy komentarz”, „szablon prozodyjny klauzuli wersowej”. W istocie jednak Sławiński – lub jakiś inny krytyk w tamtych czasach – mógłby użyć ich także w tekście krytycznoliterackim; poza tym znajdują się one w znacznym rozproszeniu, nie zdarzają się praktycznie „scjentyficzne zbitki”, ciągi fachowych słów i zdań, zwykle owe wprowadzane pojęcia są zresztą niejako „objaśniane” przez kontekst; wreszcie – obeznany ze strukturalizmem czytelnik mógłby wytropić charakterystyczne dla tego dyskursu pojęcia, używane niejako  i n   a b s e n t i a,  na zasadzie „wiemy, co to tak naprawdę jest, jak się nazywa, ale nie demonstrujemy tej wiedzy”. Na przykład już pierwszy akapit analizy Sławińskiego, gdzie sytuuje się tytuł wiersza i jego domniemany gatunek w obrębie bieżącej i dawniejszej tradycji, można by określić mianem „sytuowania tekstu w genologicznej synchronii i diachronii”, a jakby ktoś chciał jeszcze bardziej dać do pieca, wspomniałby o „teście komutacyjnym”, „wyszukiwaniu podobieństw i różnic poprzez sieć opozycji binarnych w systemach synchronii i diachronii”, czy coś takiego. Oczywiście, wiadomo, po co zwykle się takiego języka używa, gdy, jak wiadomo, można go równie dobrze (jak widać i tu) nie użyć, a procedury pozostają nienaruszone. Aby się odróżnić (od dyskursu krytycznoliterackiego, od innego paradygmatu… itp.) i zidentyfikować (ze „swoim”). Po raz kolejny widać tutaj nadświadomość teoretyczną Sławińskiego. Po co jednak się takiego języka nie używa? – to intrygujące pytanie, a odpowiedź zasugeruję później (i widać będzie nadświadomość retoryczną badacza?). Również sposób konstrukcji narracji w rzeczonym tekście odbiega od stylu, jakiego można by się po strukturalistycznej analizie spodziewać. W skrócie – zamiast spodziewanej retoryki nomotetyzmu mamy tutaj w zasadzie odwzorowanie retoryki idiografizmu, podążania za dziełem, w który to idiografizm  w ł ą c z a n e  są pojęcia i procedury strukturalistyczne (często właśnie in absentia). Jeśli prototypową narracją strukturalistyczną, realizującą gatunek „analiza”, są sławne-niesławne „Koty” Baudelaire’a Jakobsona i Levi-Straussa18, oczywista jest różnica z tekstem Sławińskiego. Jego przebieg dałoby się streścić jako przebieg następujących jednostek, traktowanych hasłowo:

1 – osadzenie genologiczne w diachronii i przede wszystkim synchronii;

2 – modyfikacja wzorców genologicznych w nowym, niepowtarzalnym ujęciu Białoszewskiego (wyciągnięcie krańcowych wniosków z używanej konwencji, co ma charakter refleksji kulturowej);

3 – wynikające z tego konsekwencje dla leksyki utworu, poziomy języka, konwencje stylistyczne;

4 – tradycja literacka i jej parodia, wydzielenie instancji nadawczej zwanej „podmiotem działań parodystycznych”;

5 – podwójność instancji narratorskich, wynikająca stąd dwupoziomowość akcji;

6 – poziom metapoetycki akcji utworu i przejście do ukazania jego mechanizmu od mikrostruktury (analiza zasady tworzenia rymów) do makrostruktury (cały utwór rozwija się analogicznie jak budowa owych rymów);

7 – wynikające z tego wnioski dotyczące podmiotu;

8 – wnioski ogólniejsze dotyczące programu lingwistycznego Białoszewskiego19;

9 – przykłady konkretnych realizacji w tekście zabiegów językowych wspomnianych przy okazji „ogólnego programu”;

10 – uogólnienie tych zabiegów do formuły „przejęzyczenie” i „retoryka anakolutu”;

11 – sposób kształtowania tematu przez narratora (fabuła i sjużet), przykład na poziomie makro- i mikrostrukturalnym;

12 – osadzenie tej praktyki w kontekście innych utworów Białoszewskiego;

13 – wnioski na temat wyobraźni lingwistycznej20 i poetyckiej sensowności zabiegów pozornie niespójnych, niefunkcjonalnych, bezsensownych.

Zgrabny to opis przebiegu, ale – oczywiście? – nadmiernie upraszczający! Ponieważ już w drugiej jednostce pojawia się zdanko o narratorze itd., krótko mówiąc, różne poziomy opisu potrafią się tu zaplatać, nie ma troski o czyste oddzielenie ich od siebie, jak również widać w tym wyliczeniu, pewne procedury czy wątki powracają, na przykład ukazywanie mechanizmów językowych (jednostki 3, 6, 9) lub „wnioski ogólniejsze” (7, 8, 13) czy wglądy w tradycję literacką itd. Kolejność doboru jednostek narracyjnych jest zresztą, na powierzchni, przypadkowa, w istocie – świetnie zaplanowana i zbliżająca się do retoryki idiografizmu, czyli lektury hermeneutycznej oraz jej krytycznoliterackich wcieleń. Na tym przykładzie widać, że można „podążać za dziełem” (retoryka idiografizmu), „wchodząc w nie od dowolnej strony” (retoryka idiografizmu), nie rezygnując z „analizy tektonicznej utworu i systemu literackiego” (retoryka nomotetyzmu). Jakkolwiek „wejście od dowolnej strony” realizuje się tu przez wejście od strony genologii, a więc, znów, strukturalistycznie, nomotetycznie. Rzecz w tym jednak, że Białoszewski wyrabia z „gatunkiem” coś nieoczywistego, co Sławiński doskonale rozumie – a co, dodajmy, nie musiało dla ortodoksyjnego strukturalisty być ni zachwycające, ni oczywiste. Białoszewski mianowicie posługuje się czymś w rodzaju „szczątków gatunkowych”, „śladów po gatunkach”, „archetypach” czy „kulturowej pamięci o pewnych formach/formułach gatunkowych”, występujących u niego zresztą w rozproszeniu i nierzadko in absentia (oczywiście w tym momencie in praesentia usiłuję wskazać na analogię między narracją Białoszewskiego i Sławińskiego, która z kolei jest, oczywiście, zabiegiem prototypowo idiograficznym). A zatem przyjmuje jako najzupełniej w świecie naturalne coś, co wiążemy z późniejszymi (w ich polskiej recepcji!) myślami Bachtina21 czy ujęciami Clifforda Geertza22 i zwłaszcza Stanisława Balbusa23. Przy tym akcentuje jednostkowość użycia tych „szczątków”. A więc nomotetyczny punkt wyjścia zostaje natychmiast sprowadzony do rozpoznania idiograficznego. Zresztą postępowanie z tekstem w tej postaci, jaką obserwujemy w Sławińskiego analizie-interpretacji Ballady od rymu, pozwala na (ogólniejszy) wniosek, że tak pojmowane procedury strukturalistyczne zupełnie się nie kłócą z hermeneutyką, dają się w nią wpisać. Schleiermacher rozróżnia „interpretację gramatyczną” i „psychologiczną”, twierdząc, że nie są rozdzielne zaś w relacji koła hermeneutycznego. „Gramatyczna” bierze język jako „całość”, co strukturalista, jeśli chce, może rozumieć jako langue. Więcej nieporozumień rodziła zwykle „interpretacja psychologiczna” – otóż Schleierma­cher definiuje ją jednak jako próbę podążania za wszelkimi możliwymi kontekstami, które uznamy, że mogły się pojawić w umyśle autora, a zyskuje to potwierdzenie w „interpretacji gramatycznej”. Krótko mówiąc, nie chodzi (wyłącznie) o wyjaśnienia genetyczne, tylko o re-konstrukcję światopoglądu pisarza, tak jak on się przejawia w danym tekście. Strukturalizm wcale tego nie unikał, projektował takie zadania na przykład na semiotykę (w tę stronę zmierzały projekty Michaela Riffaterre’a)24. Jeśli zaś chodzi o kwestie poetologiczne, to myśl Schleiermachera da się – zgodnie z myśleniem strukturalistycznym – przeprojektować tak, by mówić o „interpretacji gramatycznej” jednostek wyższego rzędu, na przykład genologicznych (na wzór gramatyki języka); zresztą niemiecki myśliciel bodaj i to przewidział w swoim koncepcie „interpretacji technicznej” (relacja wzorzec gatunkowy – konkretny utwór jest relacją koła hermeneutycznego25). Po takich „adaptacjach” w zasadzie nie ma konfliktu między hermeneutyką Schleiermacherowską a strukturalizmem Sławińskiego26. Wyraźnie to widać także w trzecim tekście, Miron Białoszewski: epigramaty na leżąco27. Używane tam kategorie „szerokie” okazują się natychmiast punktem negatywnego odniesienia, ponieważ bohater tekstu, Białoszewski, we wszystkim, co niejednostkowe, się nie mieści. Pierwszą szeroką kategorią jest gatunek i tradycja literacka – zaraz apofatycznie zmodyfikowane: „Utwór Białoszewskiego to cykl epigramatycznych miniatur osnutych wokół sytuacji, która – trzeba z niejakim ubolewaniem przyznać – nie uległa dotąd poetyckiej nobilitacji”28. Kolejną szeroką kategorię dałoby się nazwać po strukturalistycznemu „synchronią”, wnet okazuje się, że Białoszewski nie daje się w nią całkowicie włączyć inaczej niż na zasadzie opozycji, albo „przesunięcia”, a może „rozmycia”. Następnie Sławiński przechodzi do ujęcia socjologicznego, zresztą będącego w stosunku do poprzednich jego mikrodyskursów metonimiczną ekstensją (by tak streścić drogę trzech mikrodyskursów: od języka poetyckiego – do ujęcia socjolingwizującego – ku ujęciu socjologiczno-literackiemu29), gdzie albo odkrywa na własną rękę (co jest możliwe), albo posługuje się bez odnotowania świeżą w owym czasie w amerykańskiej socjologii i psychologii kategorią „skryptów sytuacyjnych”30, tu zwanych „przyjętymi szablonami zachowań”. Oczywiście okazuje się, że Białoszewski kwestionuje społeczny sens rytuałów, leżąc na łóżku – odwraca się (by nie rzec: wypina) od „skryptów”:

„Owa prywatność sama jest w dużej mierze kategorią socjalną. Składające się na nią doświadczenia (nawet najbardziej osobiste) są porządkowane przez przyjęte szablony zachowań. Z moim prywatnym życiem wiążą się oczekiwania innych ludzi, którzy przewidują, że zachowywać się będą [sic – P. S.] w taki lub inny sposób. Oczekiwania te zobowiązują mnie do wypełniania swoimi poczynaniami pewnych przewidzianych systemów (na przykład w erotyce, życiu rodzinnym, a nawet spożywaniu posiłków, odpoczywaniu etc.). Znajduję się w kręgu tych systemów zarówno wtedy, gdy pozostaję z nimi w zgodzie, jak i wtedy, gdy w jakiejś mierze uchylam się od nich, lub gwałtownie im przeczę. […] Poniżej tego poziomu znajduje się sfera zachowań jednostki, które nie tworzą żadnej struktury (chciałoby się powiedzieć: «chodzą luzem»), nie są przez nikogo oczekiwane, a z ich wystąpieniem lub niewystąpieniem nie wiąże się społecznego znaczenia. Jest to dziedzina prywatności społecznie nie usystematyzowanej, niegodnej zainteresowania, marginesowej. Przyjemności, jakie czerpię z leżenia, są dla innych równie nieważne jak to, że lubię miętowe cukierki. Na tym poziomie doświadczeń jest się nieomal swobodnym od społecznych standardów i zobowiązań, ale swoboda ta jest pozbawiona znaczenia, ponieważ nikogo poza mną nie obchodzi”31.

Kolejny raz daje się zaobserwować, jak przy okazji Białoszewskiego Sławiński „testuje” niejako teorię systemowości – tu socjalnej – i jak owa niezwykła jednostka każe mu dostrzegać najpierw, że negacja pewnych elementów pozytywnych w systemie również się w owym systemie mieści, a następnie, że istnieje sfera, która ów system „podmywa”. Ciekawostka dla współczesnych odkrywców kategorii „doświadczenia” dla literaturoznawstwa – u Sławińskiego właśnie tym, co zdolne „podmywać”, jest doświadczenie najbardziej osobiste, dookreślone jako „peryferyjne”. Gdyby jednak konsekwentnie przyjąć teorię schematów, nawet nie odrzucając teorii systemowej, nie dałoby się utrzymać w mocy twierdzenia, że jest sfera w życiu człowieka, która „chodzi luzem”, nie tworzy struktury, po prostu należałoby powiedzieć, że jest to inny system, ten pierwszy – doświadczeń społecznych rozumianych jako interakcje, ten drugi – również społeczny, lecz nierozumiany jako interakcje, czyli indywidualny (jednostka jako system). Tak mógłby powiedzieć na przykład Niklas Luhmann. Ta polemika ma jednak o tyle sens, o ile nie chcemy podtrzymywać opozycji „centralne – peryferyjne” (a Sławiński chce lub nie uważa, że można poza nią wyjść) oraz o ile naszym celem nie jest  w y r ó ż n i e n i e  jednostki na tle systemu, a raczej wpisanie jej weń. Innymi słowy, gdyby Sławiński nie napisał tak, jak napisał, oryginalność, osobność Białoszewskiego byłaby nie tak łatwa do uchwycenia. Kolejną szeroką kategorią użytą przez badacza w toku dyskursu są – i znów jest to kategoria z pogranicza socjologii, ale też epistemologii – „stereotypy poetyckości”. Po to, aby konkludować: „Poeta ten – w całej swojej twórczości – programowo schodzi poniżej poziomu przeżyć, zachowań i refleksji, pozostających dotąd w polu możliwych zainteresowań liryki”32. A także, co z kategorią „stereotypu” związane – oczekiwań wobec liryki. Po tej serii „szerokości i zawężeń wyróżniających”, uwag interpretacyjnych, wpisujących omawiany cykl w pewne – powiedzmy heurystycznie – „transcendentne” konteksty, Sławiński przechodzi do mikroanaliz czy mikrointerpretacji kolejnych członów cyklu (objaśnienia leksykalne, wersologiczne, semantyczne). W końcowej części szkicu badacz zbiera wnioski i stara się odpowiedzieć na pytanie o głębszy sens tych praktyk oraz ich sens dla, powiedzmy, „systemu poezji”. Otóż ten z kolei układ narracyjny zbliża się strukturalnie do koła hermeneutycznego, a zatem, znowu, do retoryki idiografizmu. Nie tracąc możliwości rozpoznania w nim prototypu strukturalistycznego, jakkolwiek z podobnym jak uprzednio zastrzeżeniem, że specjalistycznych pojęć wiązanych z tym dyskursem jest tu niewiele (nawet mniej niż w interpretacji Ballady).

Zatem powtórzę: w tych mikrodyskursach Sławińskiego mamy do czynienia z Metatropem Ironii, nie zaś Metonimii, której można było się spodziewać przy wstępowaniu paradygmatu (a w ową Ironię, tę jej właściwość wchłaniania pozostałych Metatropów już podkreślałem, włączają się elementy Metonimiczne), a zarazem wciąż pozostajemy gdzieś pomiędzy dyskursem krytycznoliterackim33 a literaturoznawczym naukowym, nie zależy tu Sławińskiemu na ich wyraźnym retorycznym oddzieleniu. Dlaczego? Oto kilka hipotez. Pierwsza – teksty te miały być „interpretacjami pokazowymi”, jak to je określa sam Sławiński i definiuje następująco:

„Zresztą nie zawsze jest tak, że czynnik motoryczny w interpretacji stanowi wola zmierzenia się z indywidualną zagadką utworu. Może nim być na przykład chęć sprawdzenia pewnej metody postępowania. Znane wszak są  i n t e r p r e t a c j e   p o k a z o w e,  przedsiębrane po to jedynie, by zademonstrować moce eksplanacyjne danego języka. Dzieło w takim wypadku jest obiektem wymiennym, przykładowym, istotnym o tyle, o ile spełnia warunki eksperymentu – niczym zwierzątko doświadczalne. Ale nierzadkie są też interpretacje zorientowane przede wszystkim pedagogicznie, mające na celu kształtowanie czytania potocznego poprzez dostarczanie mu odpowiednich wzorów do naśladowania”34.

Nasuwa się jednak pytanie: jak rozumieć ów „czynnik motoryczny” – genetycznie czy retorycznie (w sensie: interpretacja swoją narracją wskazuje na swój taki, pokazowy, charakter – i jak to ocenić? Zapewne w odniesieniu do historycznie obowiązujących konwencji narracyjnych w obrębie gatunku „narracji interpretacyjnej”). To znaczy – czy da się odróżnić interpretację pokazową od „woli zmierzenia się z indywidualną zagadką utworu”? Możliwe są różne sytuacje, na przykład ta oto, że badacz X chce pokazać moce języka strukturalizmu, interpretuje utwór Białoszewskiego, a wygląda to jak „mierzenie się z zagadką indywidualną utworu”. A tu jeszcze dodatkowa komplikacja, bo gdy zachodzi ta sytuacja, to czy wejście w taką retorykę (lub też: wycofanie retoryki „pokazowości”) jest niewinne, czy może umyślne, bo interesy się za tym kryją jakieś. Taki kompleks wątpliwości mamy przy hipotezie pierwszej. Dominik Lewiński tak by to właśnie oceniał. Otóż Epigramaty na leżąco i „Ballada od rymu” pochodzą z książek przeznaczonych głównie i w zamierzeniu dla szkoły – Czytamy utwory współczesne35 orazLiryka polska. Interpretacje36. Lewiński przy tej okazji zauważa:

„Dostarczanie wzorców analityczno-interpretacyjnych pozbawionych zaawansowanej teoretycznej obudowy, przybierało nader rozmaite formy […]. W książkach tych standard strukturalistyczny podany jest w formie rozluźnionej, nie towarzyszy mu natrętny normatywizm, «świadomość metodologiczna» jest znacznie okrojona, ograniczona do rudymentów mających za cel «niepostrzeżenie» modelować kognitywne ramy odbioru. Dlatego też trudno doszukać się w proponowanych przez strukturalistów interpretacjach algorytmu, którego rekonstrukcji i internalizacji miałby za zadanie dokonać odbiorca. […] Ten typ socjalizacji literackiej charakteryzuje się nie narzucaniem dyrektyw, a raczej demonstracyjnością”37.

Interesujące, jak ten opis „przedmiotu” współgra z tym, co sam „przedmiot” (jako podmiot) napisał „teoretycznie”. Byłby to wypadek, nierzadki zresztą, wypowiedzi autobiograficznej przy użyciu dyskursu teoretycznoliterackiego? A może Lewiński jest dobrym (a nieortodoksyjnym) uczniem Sławińskiego. Krótko mówiąc, w hipotezie pierwszej celem takiej „idiografizacji” czy „hermeneutyzacji” narracji byłaby implicytna socjalizacja. Metonimia byłaby więc przydzielona zadaniom hard science, Ironia zaś – igraszkom pedagogicznym… rzecz w tym, że ta hipoteza, jakkolwiek do pewnego stopnia słuszna, nie udziela odpowiedzi na następujące zagadnienie: jak to się stało, że obie te interpretacje karierę zrobiły nie w szkole, gdzie w owym czasie zresztą nie było mowy o Białoszewskim, a w ogóle – wiersze te, zwłaszcza Ballada od rymu, wydają się na wieki zbyt trudne dla „niewyrobionego odbiorcy”38, nie w dyskursie edukacyjnym więc karierę, a w dyskursie naukowym, nie tylko w subdyskursie strukturalistycznym i nie tylko w subdyskursie o Białoszewskim? Tu pojawia się druga hipoteza. Chodziłoby o usytuowanie tych (i innych) praktyk interpretacyjnych w całościowym poglądzie Sławińskiego na zadania literaturoznawstwa (całościowy w owym czasie), słowem – o sprawdzenie, jakie miejsce w swoim, mającym względnie kompleksowy charakter, systemie poglądów na temat literatury i literaturoznawstwa przeznaczał on takim przedsięwzięciom. Otóż w 1965 roku, co wiemy dzięki skrupulatnie zamieszczanym pod tekstami datom, Sławiński napisał swój pierwszy tekst teoretyczny na temat interpretacji: O problemach „sztuki interpretacji”. Stanowi on i nieco ukrytą polemikę39 z głośnym w owych czasach ujęciem Emila Stai­gera z lat 50.40, i wyraz niewątpliwej fascynacji Sławińskiego zagadnieniem interpretacji (że była to fascynacja, potwierdzą jego kolejne teksty na jej temat), i próba „zbliżenia” czy „dopełnienia”, czy „nieodcięcia” strukturalizmu od – tak właściwie trzeba powiedzieć – hermeneutyki. Powiada Sławiński o „uniwersalnej problematyce hermeneutyki literackiej” jako znajdującej się poza wszystkimi „metodologicznymi stylami”, inaczej mówiąc – a w podobną stronę zmierzały moje wcześniejsze teoretyczne wysiłki – sugeruje istnienie czegoś w rodzaju, w moim języku, „antyparadygmatycznego paradygmatu hermeneutycznego” jako równocześnie przeciwstawnego i wspólnego wszelkim paradygmatom – Metonimiom. Implicite okaże się w dalszej części wywodu, że sam Sławiński nie rezygnuje tu ze swojego paradygmatu, swojej strukturalistycznej Metonimii, ale widzi potrzebę dopełniania jej „antyparadygmatyczną” praktyką hermeneutyczną:

„Tak więc interpretacja, dążąc do przedstawienia dzieła jako zamkniętego i jednorazowego świata sensu, musi zarazem – po to, by ten cel osiągnąć – ukazać je jako swego rodzaju «porcję» procesu historycznoliterackiego. Utwór włącza się do ciągłości tego procesu w takim stopniu, w jakim pozwala się sprowadzić do pewnych systemów literackich obejmujących również inne dzieła. Ale jest równocześnie manifestacją nieciągłości procesu historyczno-literackiego – właśnie w takiej mierze, w jakiej jest rozstrzygnięciem jednorazowym. Sztuka interpretacji zmierza w każdym wypadku do odkrycia tego drugiego aspektu utworu. Jej doświadczenia zatem dialektycznie dopełniają te wszystkie podejścia badawcze, które przedstawiają proces historycznoliteracki w terminach tego rzędu, co prąd literacki, konwencja, gatunek, system wersyfikacyjny itp., a więc w terminach jego ciągłości”41.

Użycie słowa „dialektycznie” w połączeniu z „dwoma aspektami dzieła” pokazuje, że wszyscy ci, którzy będą  p r o g r a m o w o   w y k l u c z a ć,  to znaczy obstawać przy redukcji metonimicznej (czy to metodologicznej, na przykład strukturalistycznej, czy interpretacyjnej, jak na przykład Staiger), któryś z dwóch aspektów, tak jakby tego drugiego rewersu monety miało w ogóle nie być, będą popełniać błąd perspektywy. Dlatego też „hermeneutyka” jest strukturalizmowi konieczna. Ale i odwrotnie – hermeneutyce są potrzebne inspiracje metodologiczne (paradygmatyczne), traktowane swobodnie i nieortodoksyjnie. Znamienne, że reprezentując biegun „hermeneutyki”, mniej więcej to samo stwierdzał Paul Ricoeur42. Znamienne, że Sławiński, jako autor hasła „hermeneutyka” w Słowniku terminów literackich, napisał: „W kontekście współczesnego literaturoznawstwa hermeneutyka bywała traktowana jako kierunek alternatywny w stosunku do strukturalizmu. W rzeczywistości jednak, tzn. w praktyce badawczej, doświadczenia obu tych kierunków  n i e   t y l e   s i ę   w y k l u c z a j ą,  i l e   s ą   w z a j e m   k o m p l e m e n t a r n e”43,  Poza tym, jak już na samym wstępie zaznacza Sławiński (współczesnym konstruktywistom literaturoznawczym zapewne bardzo by się to spodobało), „prądy” czy „konwencje” itp. jednostki stanowią „fikcje” (czyli, można rzec, „konstrukty”, symbole dyskursowe), tymczasem praktyka interpretacyjna sytuuje się po stronie „empirii”, czyli „twardego i pewnego podłoża refleksji literaturoznawczej”44; innymi słowy, popełniając błąd redukcji pozostaje się na gruncie „fikcji”, choć, z kolei, ktoś i tymi fikcjami musi się zajmować – dla dobra empirii, gdyż są to „użyteczne fikcje”, rzec by można, nawiązując do Iana Barboura45. Nie chodzi wszak o wyraźny rozdział, my do tego, wy do tamtego zadania; z wywodu wynika, że dobrze jest umieć obie perspektywy łączyć46. Ale tu wprowadza teoretyk rozróżnienie pomiędzy interpretacją historycznoliteracką a krytycznoliteracką, sugerując, że są to dwa odmienne dyskursy (określałby to raczej jako „tryby postępowania”), „w krańcowych wypadkach skrajnie opozycyjne”47. A oto, jak opisuje kluczowe zadanie interpretatora historycznoliterackiego:

„W odróżnieniu od innych sposobów postępowania historycznoliterackiego – w interpretacji pojedynczego dzieła przywoływany przez badacza kontekst wyjaśniający ma przede wszystkim  z n a c z e n i e   n e g a t y w n e.  Rekonstrukcja określonej tradycji, poetyki historycznej, zespołu norm gatunkowych, reguł kompozycyjnych, pola motywów tematycznych, systemu ideologicznego itd., a więc układów, w które uwikłany był dany tekst – ma tu sens o tyle, o ile pozwala badaczowi na odczytanie w owym tekście znaczeń ostatecznie niesprowadzalnych do tych rekonstruowanych całości, o ile pozwala mu na identyfikację wewnętrznej teleologii właściwej temu tylko utworowi i czyniącej z niego świat «nierozpuszczalny». Słowem: kontekst jest potrzebny, by umożliwić okreś­lenie tego, co w indywidualnym przedsięwzięciu literackim jest właśnie niewyprowadzalne z kontekstu. […] Spoza rozmaitych kodów literackich i pozaliterackich, które realizuje dany utwór, wyłania się jego indywidualny, jednokrotnie tylko «użyty» kod nieredukowalny już do niczego poza sobą samym”48.

Brzmi to jak autokomentarz – do tekstu, który został później wprawdzie napisany, do interpretacji leżeń, gdzie, jak wskazywałem, kompleks szerokich kategorii zostaje poddany zawężeniu i gdzieś na przecięciu tych zawężeń pojawia się ów „kod nieredukowalny do niczego poza sobą samym” (oznacza to założenie, że istnieje nieskończona ilość takich rozmaitych kompleksów przecięć). W mniejszym stopniu (w zakresie narracji jako serii „zawężeń kategorii”) odnosi się to do „Ballady od rymu”, ale cechy przypisane „interpretacji krytycznoliterackiej” z pewnością się do niej odnieść nie dają. Oznacza to, że w programie literaturoznawczej myśli Sławińskiego jego obie interpretacje wierszy Białoszewskiego mieszczą się po stronie dyskursu naukowego. Próba porządkowania doświadczeń natomiast spełnia cechy identyfikowane przez Sławińskiego w O problemach „sztuki interpretacji”, a także we wcześniejszych (z 1962) Funkcjach krytyki literackiej49 jako reprezentatywne dla dyskursu krytycznoliterackiego, przede wszystkim postulatywność zwróconą ku teraźniejszości. W tym momencie Lewiński lub inny zwolennik pierwszej hipotezy mógłby zwrócić uwagę, że szkic O problemach „sztuki interpretacji” został napisany i umieszczony jako wstęp do zbioru Liryka polska. Interpretacje, a przyjąwszy, że nadrzędnym zadaniem dyskursowym całego tego przedsięwzięcia była dyfuzja strukturalistycznych narzędzi i konceptów pod pozorem „niewinnej” formy interpretacyjnej, obliczona zwłaszcza na niewprawnego odbiorcę, gotowego bezkrytycznie „zarazić się” metodą (ukąszeniem?) – jasne staje się, że i ten szkic miałby – w takiej optyce – jeszcze bardziej mydlić oczy owym naiwnym adeptom. Ale, replikowałbym, nie odrzucając w całości pierwszej hipotezy, tylko ujmując jej radykalności i łącząc z hipotezą drugą, Sławiński nie przeznaczał tego szkicu tylko dla odbiorców Liryki polskiej…, niezależnie od tego, dla kogo ona była przeznaczona. Skoro tekst ten został przedrukowany, włączony w habilitację badacza, Dzieło – język – tradycja z 1973 roku, a więc w najpełniejszy i najbardziej całościowy wykład strukturalistycznej myśli Sławińskiego oraz polskiej50, jego odbiorcy nie mogli być zawężeni do grona czytelników interpretacji pokazowych z Liryki polskiej; oczywiście, można dalej – że Liryka… to pierwszy etap „dyfuzji”, Dzieło – język – tradycja zaś to już wyższy etap realizacji (czy narzucania się jako) paradygmatyczności itd., oczywiście jest w tym pewna racja. Z pewnością jednak nie jest tak, by Sławiński wyznaczał interpretacji miejsce w swoim programie tylko po to, by dokonywać aneksji kolejnych obszarów literaturoznawczych działań, by móc dokonać ekspansji na dyskurs edukacyjny i oddziaływać na socjalizację literacką51. Znajduję zresztą sojuszników w swoim wnioskowaniu. Jerzy Madejski powiada o podstawowej opozycji w myśleniu Sławińskiego, jaką jest struktura vs. biografia: „pewnie nawet dałoby się tę sprawę przedstawić tak oto: struktura i biografia patronują dwu dyscyplinom, które Sławiński uprawiał: poetyce (oraz teorii literatury) i interpretacji. Przedmiotem tej pierwszej jest to, co typowe, drugiej – to, co typowość przekracza”52. Znawca wiąże to zresztą z wyznaniem Sławińskiego, że koegzystują w nim dwa sprzeczne żywioły, dogmatyzmu i swobody53. Wtóruje mu Andrzej Skrendo, zwracając uwagę na „wyraz dążności do wyjścia poza strukturalizm, czyli poza opozycję poetyka-interpretacja. […] wszędzie Sławiński poszukuje modus vivendi między analizą formalną a hermeneutyką, rygorem procedury a żywiołem czytania, historią literatury rządzoną kategoriami abstrakcyjno-systemowymi a konkretnym i pojedynczym dziełem lite­rackim”54. I przypomina, że za patrona pierwszego żywiołu uznać należy Kazimierza Budzyka, drugiego zaś – Jana Błońskiego, którego „za to kochamy”. W moim przekonaniu całościowy projekt literaturoznawczy Sławińskiego da się określić jako splot Metonimii i Ironii, które nie są potraktowane jako wzajemnie się wykluczające. A to oznacza, że Metonimia ulega właściwie Ironii, w zamysłach systemowych (teoretycznych) Sławińskiego mamy do czynienia z, w istocie, pozorowaniem dyskursu Metonimicznego, który, co widać w kontekście całego Projektu, ma swoje miejsce w fabule Ironicznej (Metatrop Ironii może wchłaniać pozostałe Metatropy, nie zaś odwrotnie). Do tego trzeba zwrócić uwagę, że teksty teoretyczne Sławińskiego  c z y t a n o  w konwencji Metonimicznej, to znaczy – wyczytywano w nich „mocny” program strukturalistyczny; tymczasem – jak tylko wyrywkowo pokazałem to na przykładzie kilku miejsc z kilku tekstów – w jego mikrodyskursach teoretycznych zwykle znajdują się miejsca, wtrącenia, uwagi rzucone mimocho­dem, które  i r o n i z u j ą  teoretycznyhardcore55; nierzadko z tych rzuconych mimochodem uwag dawałyby się wyprowadzić całe szkice, całe projekty56; owe miejsca były bodajże niezauważane w czasach obowiązywania paradygmatu strukturalistycznego czy omijane jako nieistotne uwagi, czemu zresztą służyła retoryka ich wprowadzania w obręb głównego dyskursu, prototypu – lecz to właś­nie one, u progu XXI stulecia, wydają się pociągać najmłodsze pokolenia badaczy, odkrywających dla siebie „innego” Sławińskiego57. Madejski zauważał jednak ostrożnie (ostrożnie wobec tezy Włodzimierza Boleckiego jako nazbyt radykalnej): „W każdym razie nie jest łatwo rozstrzygnąć, czy Sławiński tworzył i umacniał strukturalną Szkołę, czy też był – wedle formuły Włodzimierza Boleckiego – Pierwszym Polskim Poststrukturalistą”58. W mojej ocenie Sławiński był strukturalistą, tylko pojmował to właśnie Ironicznie, właśnie niedoktrynersko. Widać to prawie u samego początku jego działalności – wyjątkiem jest książka o awangardzie – w momencie, który śledziłem, w jego spotkaniach z poezją Białoszewskiego. Trudno powiedzieć z nadmiarem pewności, że to Białoszewski „skruszył” dogmatyzm Sławińskiego, bo z drugiej strony, gdyby temu brakowało „swobody” czy otwartości, dzieło Białoszewskiego by zignorował; chcę to widzieć więc jako splot, jako formę koła hermeneutycznego, Białoszewski trafił na podatny grunt otwartej umysłowości Sławińskiego – i być może spowodował  p o s z e r z e n i e  owej otwartości, pozwolił inaczej myśleć59. Jerzy Święch zauważył:

„To co jedni nazwaliby chętnie paradoksem, inni siłą i atrakcją strukturalizmu polega na tym, że narzucając badaniom literackim naukowe ścisłe standardy i bacząc pilnie na to, by żaden nieopatrzny ruch nie zachwiał budowlą tak pieczołowicie skonstruowaną, ale wciąż źle zabezpieczoną przed siłami destrukcji, był zarazem otwarty na wszelkie sugestie płynące z dzieła, które w każdej chwili mogły posłużyć jako nieobecne a poszukiwane ogniwa teorii, która przez to nigdy nie ulegała pokusie jakiegoś ostatecznego zamknięcia”60.

Dla Sławińskiego tym dziełem była niewątpliwie twórczość Białoszewskiego61. Twierdzę, że ten wczesny moment – spotkanie się dwóch potężnych osobowości, literackiej i naukowej – określił w pewien sposób dalszy kształt polskiego strukturalizmu, broniąc go przed prędkim zamknięciem, przed pułapką tak przez Kuhna zwanej „nauki normalnej” (rozumianej jako realizacja prostych zadań analitycznych w rodzaju „stylizacja w utworze X”, „struktura narracji w dziele Y” na rzecz interpretacji), a otwierając na dalsze poszukiwania, czyli metaforyczne ekstensje, próby włączania kolejnych dyscyplin w ramy strukturalizmu (socjologia, intertekstualność itd.), wreszcie na bodaj największe jego osiągnięcie, jakim było stworzenie „szkoły komunikacjonistycznej”62. Na zakończenie jeszcze jedna teza, dopełniająca formy narracyjnej „ramy” – jak to się stało, że Białoszewski „przetrwał”, Harasymowicz zaś „znikł”? Otóż nie jest to tylko kwestia „poplecznika”, nie jest tak, że Sławiński był lepszym „promotorem” niż Kwiatkowski (kwestię jakości obu tych poetyk zostawiam na boku, musiałbym bowiem wartościować). Sławiński mianowicie w odpowiednim momencie umiał udatnie  p r z e n i e ś ć  Białoszewskiego z dyskursu krytycznoliterackiego do literaturoznawczego naukowego, gdzie zaprojektował dalsze badania i zainspirował kolejnych badaczy (przede wszystkim Barańczaka, który przysłużył się Białoszewskiemu zresztą na obu polach, również krytycznym). Kwiatkowski tego Harasymowiczowi nie zapewnił. Gdy więc zainteresowanie krytyki wymierało, nie istniały prototypy naukowe, nie istniało mocne „zdarzenie wprowadzające”, a osobowości, które następnie opisywały naukowo „Broniuszyca”, nie miały większej mocy sprawczej („wielcy” nie uważali już, że muszą zajmować stanowisko w tej sprawie, gdyż nie mieli „wzorców”), nie były też skupione wokół wspólnych „wartości” (nie tworzyły paradygmatu). Stąd dzisiejsza obecność Harasymowicza jako zjawiska historycznego, o którym powiada się, że kiedyś fascynowało i – być może – było przeceniane. W 1956 roku mogło się wydawać, że będzie całkiem odwrotnie. Chcę tą przypowieścią silnie wyakcentować promocyjną rolę dyskursu naukowego w recepcji danego pisarza, zwłaszcza dyskursu organizującego się w paradygmat.

Po tak silnym otwarciu głos zabrał drugi najważniejszy promotor polskiego strukturalizmu, Michał Głowiński, i jeśli spojrzeć od strony rozwoju dyskursu, jego szkic Małe narracje Mirona Białoszewskiego63 pełni funkcję utrwalenia, potwierdzenia, że tej postaci należy się miejsce w dyskursie naukowym. Być może też z tego względu obrany przez Głowińskiego Metatrop to, zwykle wiązana z „naukowością”, Metonimia, jego szkic nie ma charakteru interpretacyjnego w takim wydaniu jak omawiane wcześniej prace Sławińskiego, zmierza raczej ku ujęciu ogólnemu zjawiska narracyjności w tej twórczości, a raczej jej wycinku (zarówno poetyckim, jak i prozatorskim, gdyż – zdaniem autora – granice się tu zacierają). Głowiński stosuje kilkakrotnie mechanizm metonimicznej redukcji, „przykrawania” zjawiska do szerszych pojęć, a zatem zabieg, którym posługiwał się także Sławiński, w przeciwieństwie jednak do niego nie zmierza ku ustaleniu tego, co jednostkowe, a raczej do „wpisania” tej jednostkowości, specyficzności, w „klasy” – te, które Sławiński nazywał najpierw „fikcjami”, a następnie „konstruktami” naukowej dyscypliny. Z tego względu nie można tego szkicu traktować jako interpretacji w takiej postaci, jaką wyznaczały ją teoretyczne prace Sławińskiego. Owe „klasy”, „konstrukty”, to przede wszystkim pojęcia z zakresu genologii, określenia gatunkowe, mówiąc wprost. W punkcie wyjścia Głowiński odnotowuje „stan badań”, to znaczy niektóre rozpoznania krytyczne i naukowe, by podsumować: „proces ten był obserwowany przez krytykę przede wszystkim na poziomie słowa i zdania, dużo mniej uwagi poświęcono wyższym jednostkom znaczeniowym, ukształtowaniom wypowiedzi. W tym zakresie przebiega on w sposób analogiczny, zwłaszcza w utworach narracyjnych, które w tej twórczości zajmują coraz pokaźniejsze miejsce”64. Należy to zdanie traktować zarówno jako topos „przynoszę coś nowego”65, często organizujący początki szkiców naukowych tuż po podsumowaniu stanu badań, jak i włączenie się w subdyskurs, tu subdyskurs o Białoszewskim, w charakterze metonimicznej ekstensji, dobrze mieszczącej się w strukturalistycznej siatce pojęciowej – ekstensji opisanego już zjawiska (chodzi konkretnie o wprowadzanie tego, co niskie, w obręb tego, co wysokie, czyli na przykład „niskich” zdań do „wysokiej” poezji) na poziomie mikrostruktury na  m a k r o s t r u k t u r ę  (od zdania – do gatunku lub formy podawczej). Wykazanie, że i w tym wypadku taka ekstensja da się fortunnie przeprowadzić, potwierdza „przy okazji” moce eksplanacyjne strukturalistycznej metodologii. Ekstensję tę przeprowadza Głowiński na dwie szerokie kategorie – gatunek fait divers oraz formę podawczą narracji, jaką jest „monolog wewnętrzny”. Zasadnicza część studium poświęcona jest odniesieniu tych zastanych już kategorii do twórczości Białoszewskiego, czyli dokonaniu metonimicznej redukcji. W wypadku fait divers metonimiczna redukcja dokonuje się wraz z transferem (czy adaptacją) terminu nowego w polskim dyskursie genologicznym; można wręcz przypuszczać, że było tak, iż Głowiński przeczytał studium Rolanda Barthes’a o fait divers i skojarzył to, co w nim opisane, z Białoszewskim, fascynację tym szkicem zdradza następujące zdanie: „temu gatunkowi dziennikarskiemu Roland Barthes poświęcił błyskotliwe studium”66. Chęć „przyswojenia” nie jest czysto receptywistyczna, jest to recepcja pragmatyczna (Głowiński najpierw streszcza założenia, potem je „odnosi”), czyli swoisty „przekład”, gdyby kategorii tej nie dawało się zastosować, pewnie Głowiński by o niej nie pisał, zresztą Białoszewski „wymusza” niejako modyfikację tez Barthes’a, czy „adaptację”, ponieważ posługuje się dyskursem poetyckim, francuski badacz zaś pisał o gatunku prasowym. Ta zasada „przekładu” czy „adaptacji” rządzi pierwszą redukcją. W efekcie jednak rysuje się pewna wątpliwość – czy Głowiński nie odwraca w swoim dyskursie pewnych porządków? Oto kilka zdań:

„W jego twórczości występuje fait divers oparty na zestawieniu, z którego wynika niezwykłość”67.

„Tutaj jesteśmy już w pełni w świecie wyobrażeń właściwych fait divers. Jedna z tych kobiet, samotnie przechodząca ulicą, nie byłaby faktem godnym odnotowania, istotne staje się dopiero jej spotkanie z osobą podobną”68.

„Faktem banalnym byłoby zarówno to, gdyby obie panie należały do jednej rodziny, jak też gdyby nosiły nazwisko rozpowszechnione, Kowalska czy Nowakowa. Pojawiający się w zakończeniu chwyt właś­ciwy fait divers reorientuje całą dotychczasową narrację, aczkolwiek nie pełni nigdy roli pointy w zwykłym tego słowa znaczeniu”69.

„Znowu więc zestawienie wypadków niecodziennych a jednorodnych ujęte zostało zgodnie z poetyką fait divers. Wiersz ten ujawnia jednak coś więcej, zwraca uwagę na dwie istotne dla Białoszewskiego sprawy. Po pierwsze więc niezwykle dobitnie dochodzi tu do głosu obsesja podwójności, obsesja nasycająca jego poezję. Fait divers zakłada poniekąd podwójność, skoro przedstawia zderzenie dwu (lub co najmniej dwu) elementów. Jak się zdaje jednak, do tego sprawa się nie ogranicza, jest ona ważna jako jeden z czynników organizujących ten świat poetycki”70.

„[…] irracjonalność przypadków nie usprawiedliwia irracjonalizmu magicznego. I w tym także poeta żyje w zgodzie z duchem fait divers”71.

„Fait divers tworzy ośrodek, wokół którego grupują się małe narracje Białoszewskiego”72.

„Absurd Białoszewskiego wyłania się z samego świata, o którym się opowiada nie stanowi założonej z góry kategorii ideologicznej, bliższy jest więc niezwykłym splotom wydarzeń z fait divers, niż tzw. literaturze absurdu”73.

„Powtórzmy: i w utworach komponowanych na kształt fait divers, i w formach do niego zbliżonych obowiązuje traktowanie wypowiedzi pisanej tak jakby była wypowiedzią ustną”74.

Wydaje się bowiem, że jest tak: Białoszewski ma skłonność do motywów podwójnych, chętnie przedstawia niezwykłe sploty okoliczności, czasami symuluje aurę sensacji, uniezwykla banał. Głowiński być może nie zauważył jednak tego, lub nie składało mu się to przy lekturach w spójny obraz, dopiero to Barthes „scalił” te motywy dla jego wyobraźni badawczej. Ta wyobraźnia jednak  n a r z u c a  ten właśnie porządek, porządek  s w o j e g o  „o d k r y c i a”,  jako realistyczne stwierdzenie „tak właśnie jest”. Głowiński tak pisze, jakby nie uważał literaturoznawczych pojęć za „konstrukty”, co go odróżnia od Sławińskiego, wydaje się bardziej niż on im dowierzać75. Można by bowiem powiadać, jak później Maria Janion, że u Białoszewskiego istotnym źródłem „małych narracji” jest plotka – to rozwiązuje problem „umowniania” gatunku pisanego, dziennikarskiego; lub uznać, posługując się spostrzeżeniami Sławińskiego, interpretującego Balladę od rymu, że mamy tu do czynienia z narratorem, który „podszywa się” czy reprezentuje wyobraźnię, mentalność potoczną, popularną, spotykaną u dziennikarza piszącego gazetową kronikę – tak zwane „michałki” (to byłby pewnie najbliższy polski odpowiednik fait divers) – i jego odbiorcy. Prowadziłoby to dalej zapewne w stronę wniosków socjologizujących, a mogłoby też w stronę wniosków genetyzujących (Białoszewski pracował w gazecie itp.). Głowińskiemu jednak bardziej zależy na kategoriach, poetyce rozumianej strukturalnie (nie interpretacji), stąd „wyobraźnia narratora” czy wnioski socjologiczne nie powinny się pojawiać; owe poliptotonowe76 powtórki wyrażenia „fait divers” nie tylko są same w sobie metonimicznymi redukcjami, ale też pełnią funkcję „obiektywizacji”, poprzez samo powtarzanie słowa (i kolejne „egzemplifikacje”) zostaje ono usankcjonowane, tworzy „dowód”; nie bez znaczenia jest tu także jego egzotyczność. Druga redukcja polega na wyliczeniu kilku sytuacji, które dają się uznać za „monologi wewnętrzne”, z zaznaczeniem, że kształtowane są jak mowa potoczna; tym razem nie chodzi jednak o instalowanie nowego pojęcia, zaczerpniętego od fascynującego badacza, a o powtórzenie i reorganizację tez z kilku własnych prac na temat narracji, a mianowicie chodzi o krąg zagadnień Narracja jako monolog wypowiedziany orazCzy literatura może być wzorem mowy?, a końcówka szkicu o „małych narracjach”, gdzie Głowiński znienacka stwierdza, że Białoszewski znajduje się pod ciśnieniem powieści77, lecz tak naprawdę małe narracje tworzą dziennik intymny, znajduje się w orbicie zagadnień szkicu Powieść a dziennik intymny78. Osobliwą ten szkic miał też karierę, należy bowiem do bardziej cytowanych w dyskursie o Białoszewskim. Jakkolwiek Głowiński chciał wylansować termin „fait divers”, wylansował włas­ny, „małe narracje” – szkic ten zwykle jest cytowany jako miejsce, gdzie użyto tego, podręcznego zdaniem cytujących, terminu, cały okazuje się skrótem do tego określenia gatunkowego, zmienia się w etykietę79. Działała tu tyleż atrakcyjność terminu, ile pozycja badacza w dyskursie literaturoznawczym jako autorytetu.

Prawdziwym utrwalaczem pozycji danego autora w dyskursie naukowym jest jednak dopiero cała książka jemu poświęcona. Język poetycki Mirona Białoszewskiego Stanisława Barańczaka tę rolę znakomicie odegrał, wypełniając zarazem strukturalistyczne postulaty. Barańczak, wchodząc w rolę „naukowca”, z rozmysłem odciął się zresztą od dyskursu krytycznoliterackiego, w którym sam skądinąd był zanurzony. Odcięcie to miało jednak oznaczać, że Białoszewski  p o w i n i e n  być badany naukowo, gdyż te metody pozwolą lepiej objaśnić jego dzieło, z którym krytyka sobie nie radzi w stopniu zadowalającym, a zatem utrwalając pozycję pisarza w dyskursie naukowym, konsekrował jednocześnie konkretną opcję metodologiczną, strukturalistyczną oczywiście. Przyjrzyjmy się tym zabiegom bliżej. W momencie, kiedy ukazał się Język poetycki Mirona Białoszewskiego80, Barańczak był już znanym poetą, a także krytykiem literackim, autorem dwóch głośnych książek krytycznoliterackich oraz wielu tekstów rozproszonych. W tym pięciu tekstów o Białoszewskim81, szósty – recenzja z tomu prozy Donosy rzeczywistości – ukazał się prawie równolegle z książką naukową82. Krótko przed ukazaniem się Języka niektóre fragmenty książki były publikowane w prasie naukowej lub książkach zbiorowych. Otóż wydaje mi się, że relacja pomiędzy dyskursem krytycznoliterackim a literaturoznawczym Barańczaka jest z obu stron iloczynowa: z jednej strony w tekstach krytycznych pojawiają się, nienazywane wprost, ślady strukturalistycznych konceptów (naukowych), pomysły, które chyba sporo zawdzięczają znajomości literatury „naukowej”, choć dyskurs Barańczaka nie staje się Metonimiczny, zatem inspiracje naukowe stanowią tylko wycinek myśli w tym dyskursie kreowanej; a z drugiej książka naukowa Barańczaka powtarza i na nowo oraz inaczej opracowuje pewne pomysły czy odkrycia ujawnione wcześniej w tekstach krytycznych. Oto przykład. W tekście Miron Białoszewski albo Indywidualizm (stanowiącym niejako zalążek podstawowych założeń późniejszej książki)83 Barańczak podejmuje dwie tezy krytyki, mianowicie, że język Białoszewskiego czerpie z zasobów języka potocznego oraz że jest całkowicie jednorazowy. Są to dwie różne tezy i formułowane przez różnych krytyków (zresztą, nie do końca wiadomo od autora przez których, ta druga przez Jana Prokopa, ale pierwsza to niemal „głos powszechny”), ale Barańczak tak kreuje sytuację, jak gdyby owi „krytycy” wikłali się w sprzeczność:

„Jakże bowiem inaczej wyjaśnić jedną z zasadniczych sprzeczności tej poezji, omijaną cichaczem przez większość krytyków: jak mianowicie pogodzić twierdzenie, że autor Mylnych wzruszeń korzysta obficie z zasobów języka potocznego, z tezą, że Białoszewski operuje językiem całkowicie «jednorazowym», o regułach tworzonych jakby ad usum poszczególnego utworu?”84

Czy rzeczywiście krytycy „omijali cichaczem” sprzeczność, której być może w ogóle nie dostrzegali? Zdaje się raczej, że krytycy ci, pisząc recenzje z poszczególnych zbiorów, dysponowali węższym niż Barańczak w momencie pisania swojego tekstu materiałem poetyckim Białoszewskiego, stąd „cząstkowość” ich spojrzenia. Taka „cząstkowość” zresztą jest dla krytyki literackiej charakterystyczna. Być może ponadto ogląd twórczości Białoszewskiego owych krytyków był inny niż dla Barańczaka i to dla niego tylko zagadnienie to jawiło się jako intrygująca i domagająca się rozwiązania sprzeczność. W zacytowanym fragmencie należy więc chyba widzieć po prostu figurę subiectio, pytanie skonstruowane na własny użytek i skierowane do siebie (i czytelnika), w celu dokonania tak zwanego permissio, czyli wykorzystania błędów przeciwnika. Przeciwnik popełniający błędy pomaga w znalezieniu bezbłędnego rozwiązania – a w każdym razie wspomaga przekonanie o bezbłędności rozwiązania proponowanego. Barańczak zaraz bowiem, choć nie wprost, przyzna, że owym krytycznym rozpoznaniom poprzedników coś zawdzięcza, a w gruncie rzeczy – zawdzięcza bardzo wiele, bo w końcu jak na razie tylko zderza dwie cudze, a przeciwstawne myśli, jakby budując Heglowską triadę:

„W obu zdaniach tkwi część racji; rzecz wygląda w istocie chyba tak, że język tej poezji wynika w przeważającej mierze z doprowadzenia do ostatecznych konsekwencji reguł potocznego języka mówionego, i w wyprowadzaniu tych konsekwencji objawia właś­nie swoją niecodzienność, odrębność i «jednorazowość». Białoszewski wydaje się mówić tak: Powiadacie, że wszelkie społeczne twory są logicznie i precyzyjnie zorganizowane, wspierają się na stałych, niesprzecznych wzajemnie i powszechnych regułach, przemyślanych i konsekwentnych; że język jako ten twór, który umożliwia nam najpełniejsze międzyludzkie porozumienie, cechuje się tą logiką i konsekwencją w najwyższym stopniu? Dobrze, weźmy więc te wszystkie aksjomaty na serio; stosujmy się do reguł języka tak, jakby istotnie były one powszechne i bezwyjątkowe, wypełniajmy ich schematy konkretną językową treścią, posiłkując się wszędzie zasadą analogii, tak jakbyśmy – z gramatyką w ręce – dopiero uczyli się używać języka. Cóż z takiego posługiwania się językiem wyniknie”85.

Barańczak pierwszy raz stawia tutaj tezy, które będzie powtarzał w swoich kolejnych tekstach krytycznych i następnie w książce naukowej. Z taką różnicą, że gdy Barańczak pierwszy raz pokazywał zasady rządzące językiem Białoszewskiego, odnosił je do „języka poetyckiego w ogóle”, natomiast w książce naukowej wpisał je na jeden z poziomów tego języka – dziecięcy mianowicie. To znaczące: w krytyce literackiej „język poetycki” mógł w owych czasach być przez czytającą publiczność odbierany dwojako, przez „uświadomionych” jako nawiązanie do strukturalistycznego konceptu Mukařovskiego, przez „niespecjalistów” po prostu jako „indywidualny styl” (wedle pojęć ukształtowanych przez dawną stylistykę). Jednak w książce naukowej, której narracji Barańczak pragnie nadać strukturalistyczne rysy86, mówienie o „języku poetyckim” tout court jest niewystarczające, potraktowane jako „przeżytek naukowy” i „krytycznoliteracki liczman”, język ten musi być poddany jakimś „podziałom tektonicznym” (strukturalnym), stąd pojawiają się trzy poziomy. Oto znamienny cytat ze wstępu do Języka poetyckiego:

„Czyżbyśmy więc – próbując język Mirona Białoszewskiego nazwać mimo wszystko językiem poetyckim, której to intencji czytelnik zapewne już się domyślił – walczyli z urojonym przeciwnikiem? Chyba jednak nie. Recepcja krytyczna poezji Białoszewskiego dowodzi, że przynajmniej wśród krytyki o nastawieniu popularnym i użytkowym tradycyjne przeświadczenia o istocie języka poetyckiego są do dziś powszechnie zakorzenione. W dalszych partiach tej pracy wielokrotnie będziemy musieli przytaczać głosy recenzentów, których antyemocjonalność, antyobrazowość, a przede wszystkim antyozdobność i programowa «bylejakość» czy «kalekość» języka tej poezji albo zdecydowanie razi, albo – wtedy gdy zasadnicza akceptacja tej twórczości kojarzy się z nieumiejętnością jej pełnego zrozumienia – zmusza do zastosowania łatwej i pozornie wszystko wyjaśniającej etykietki «antypoetyckości». W niniejszej pracy chodzi nam nie tyle nawet o udowadnianie za wszelką cenę, że język Białoszewskiego jest jednak poetycki, ile o próbę interpretacji tego języka za pomocą instrumentów badawczych do tego stopnia uniwersalnych i niezależnych od czyichś osobistych upodobań czy historycznych kanonów poetyckości, że zdolnych do interpretowania wszelkich zjawisk językowych, do których poezja jest w stanie sięgnąć. Mam tu na myśli tę tradycję badawczą, która od prac rosyjskich formalistów i – przede wszystkim – strukturalistów praskich wiedzie do osiągnięć współczesnej semiotyki i «socjologii form literackich». Wywodząca się z tej tradycji teoria języka poetyckiego oferuje, jak wiadomo, zupełnie inny zestaw kryteriów służących nakreślaniu granicy pomiędzy językiem poetyckim a niepoetyckim «językiem naturalnym»”87.

Kreowana jest tutaj sytuacja walki o poezję Białoszewskiego, wokół której kręcą się nieuczeni krytycy, niewiedzący o istnieniu teorii „zdolnej do interpretowania wszelkich zjawisk językowych” itd. Ponieważ teoria ta tłumaczy „wszystko”, ponieważ jest „uniwersalna” i „niezależna od upodobań”, obiektywna – nie ma alternatywy, tylko jej może użyć rozsądny człowiek. Ale z tego wynika coś więcej niż tylko opowiedzenie się podmiotu za pewną metodą; w podtekście bowiem „krytycy”, o których tu mowa, nie znają i nie stosują teorii „uniwersalnej”, jedynej – a więc nic nie stosują, a skoro teoria ta wyjaśnia „wszystkie zjawiska językowe”, a poezja jest językiem, nie używając jej, właściwie nie mówią o języku, nie mają prawa o nim mówić, ergo nie mówią o poezji, ergo właściwie nie uprawiają „nawet” krytyki literackiej. Złośliwość tę pogłębiają dwukrotne zapewnienia w duchu „afektowanej skromności”, że przywoływane tezy teoretyczne „narażają na zarzut powtarzania rzeczy znanych i są skrótowym i powierzchownym przypomnieniem spraw, skądinąd znanych i doskonale zadomowionych we współczesnej teorii literatury”88. Z czego można wysunąć także taki wniosek, że krytyka literacka może być do ocalenia – gdy uprawia ją na przykład teoretyk literatury, w domyśle na przykład Janusz Sławiński czy Michał Głowiński oraz ja, Barańczak, ewentualnie przez krytyka, który jest z teorią na bieżąco. W dużo bardziej złośliwej formie ten sam zarzut powróci w pamflecie na Artura Sandauera89. Wróćmy jednak do pierwszych tez stawianych w cytowanym fragmencie tekstu Miron Białoszewski albo Indywidualizm. Zwraca uwagę użyty chwyt retoryczny, na który krytyk literacki może sobie gładko pozwolić i uszu czytelnika tym nie zrazi, który natomiast czytelnika tekstu uchodzącego za „naukowy” mógłby właśnie ukłuć; w każdym razie takich chwytów w swej naukowej narracji Barańczak nie stosował. Mam na myśli figurę sermocinatio. Barańczak udaje, że przytacza słowa samego Białoszewskiego, słowa te oczywiście wyrażają tezę Barańczaka. Cały wywód jak do tej pory właściwie obywał się bez jasnego stawiania sprawy: „ja Barańczak, zabierając głos w sporze krytycznoliterackim, sądzę tak a tak”, z wyjątkiem jednego zdania z frazą „rzecz wygląda w istocie chyba tak”. Rozpoznanie to ma zatem charakter „istotowy”, a więc „pewny”, choć słowo „chyba” nie odcina krytykowi możliwości skorygowania później tej pewności, gdyby ujrzał „istotę rzeczy” nieco inaczej. Od zderzenia opinii krytyków przechodzi się zaraz do głosu „samego pisarza”, który niejako poucza poprzednich krytyków, a czyni to spirytystycznie, wchodząc w pióro  i n n e g o  krytyka. Dodatkowo Barańczak nie delimituje owej wypowiedzi Białoszewskiego, nie wiem wcale, czy w momencie, w którym urwałem cytat, wciąż mówił Białoszewski, czy już zaczął stawiać pytanie Barańczak. W każdym razie odpowiedź, której udziela, jest niejako ekstraktem analiz językowych, jakie potem znajdą się w Języku, choć w pobieżnym skrócie i bez wchodzenia w gramatyczne detale:

„Wynikną wyrazy tak pokraczne, jak czasownik «sproszyć» (jeśli na przykład «rozpędzić-spędzić», to analogicznie «rozproszyć-sproszyć»), jak przymiotnik «szarszy» (skoro «stary-starszy», to i «szary-szarszy»), jak «smocz» (formacja analogiczna do «smycz»), «znożnie» (jak «zręcznie»), «krótkostka» (jak «drobnostka»), «obserwunek» (jak «obrachunek»); takie dziwaczne zwroty jak «kalosz w kalosz» (por. «kubek w kubek»), czy «na wylegująco» (por. «na leżąco»)”90.

Ciekawe, że w tekście krytycznoliterackim, przeznaczonym dla szerszego grona niż tekst naukowy, zwłaszcza w ówczesnych czasach, kiedy tak zwany „szary człowiek” również czytał książki lite­rackie i niekiedy krytyczne, Barańczak pokazał działanie zasady analogii w sposób dla takiego odbiorcy czytelny, a przecież bez drobiazgowych analiz91. Z kolei w Języku, przeznaczonym dla tak zwanych „profesjonalistów”, którzy zapewne jeszcze łatwiej niż „szarzy ludzie” chwytają takie zasady analogii, analizy tego rodzaju przekształceń są dokładniejsze i z użyciem językoznawczej terminologii92. Tu dochodzimy do ważnej różnicy: dyskurs krytycznoliteracki jest bardziej nastawiony na odbiorcę („potocznego”), dyskurs naukowy, w tej postaci, w której kreował go Barańczak przynajmniej, jest wprawdzie nastawiony na odbiorcę („profesjonalistę”), ale jakby z założeniem, że odbiorca ów w dużej mierze zajmuje się „weryfikowaniem standardów naukowości” prezentowanego dyskursu; przez to dyskurs ów tylko po części realizuje zasadę informowania odbiorcy o wynikach badania naukowego, ponieważ w dużej części zajmuje się on jednocześnie realizowaniem zasady  i n f o r m o w a n i a   o d b i o r c y   o   s p e ł n i a n i u   n a u k o w y c h   s t a n d a r d ó w.  Oczywiście, trzeba pamiętać, że krytyka literacka była pojmowana w owych czasach z punktu widzenia podmiotu literaturoznawcy – chyba tak jest nadal – jako działalność „na własną rękę”, w której dopuszcza się wątpliwe hipotezy, oceny i tym podobne wartości, których musi zabraknąć w dyskursie naukowym. Krytyka literacka, inaczej mówiąc, nie miała tak silnego instytucjonalnego systemu kontroli, podczas gdy dyskurs naukowy, zwłaszcza w postaci tak zwanych „prac pisanych na ocenę”, musiał spełniać pewne wymogi, jakie stawiano przed nim instytucjonalnie. Jeszcze inaczej: łatwiej było dostać się do grona krytyków niż literaturoznawców, zachowując pewne indywidualne cechy osobowościowe. Inną sprawą jest problem ekonomii językowej – rozprawa naukowa jest po prostu dłuższa (czasem celowo bywa wydłużana), ponieważ dopowiada rzeczy, które skądinąd są i tak domyślnemu odbiorcy („profesjonaliście”) znane, przytaczane są definicje, dowody są rozbudowywane, w celu uniknięcia zarzutów. W recenzjach czy tekstach krytycznych nie ma na to miejsca, a poza tym informacje takie byłyby już uznane za redundantne. Być może zatem dałby się zaryzykować idealny (a historycznie zmienny) model, w którym obowiązywałoby rozróżnienie na „krótki wgląd w sedno sprawy” (krytyka literacka) i „mozolne dochodzenie do meritum” (literaturoznawstwo naukowe); oczywiście, poza modelem idealnym, wielu krytyków w nic nie wgląda, a literaturoznawców meritum, jeśli w ogóle dostrzega, to topi w ciągach zdaniowych93. Jednak, jak mi się zdaje, tak sobie model krytyka-nauka o literaturze konceptualizował Barańczak. Zobaczmy teraz, jak realizowanie tych „wymogów naukowości” przebiega w Języku, pomijając już kwestie językowo-stylistyczne. Jednym z powtarzających się motywów jest dwuznaczny stosunek do osiągnięć krytyki literackiej. Dwuznaczny dlatego, że z jednej strony Barańczak ubolewa nad większością jej wywodów w odniesieniu do Białoszewskiego, z drugiej jednak strony w latach 70. istniało niewiele prac „naukowych”, na które można się było powoływać, stąd pozycje krytycznoliterackie stanowiły większą część bibliografii opracowań twórczości Białoszewskiego. Największy entuzjazm w przypisach zdradza Barańczak wobec prac Janusza Sławińskiego i Michała Głowińskiego94, a więc strukturalistycznych ujęć twórczości Białoszewskiego. Na drugim miejscu w hierarchii znajdują się prace krytyków o ustalonej pozycji również jako badaczy: Kazimierza Wyki, Jerzego Kwiatkowskiego, Jana Błońskiego, także Jana Prokopa i Jacka Łukasiewicza95. Barańczak nigdy nie pozwala sobie wobec nich na retoryczne uszczypliwości, jeśli polemizuje – to zasadniczo. Pomimo więc odrębnego nastawienia metodologicznego oraz faktu, że i te ujęcia są „cząstkowe”, obowiązuje tu zasada niekalania włas­nego gniazda, to znaczy gniazda naukowego, a także „zasada autorytetu”. Pozostałych krytyków, spoza paradygmatu czy gniazda naukowego – nie oszczędza; widzieliśmy zresztą, że we Wstępie wprowadził nie wprost podział w obrębie samej krytyki literackiej, gdy mówił o „krytyce o nastawieniu popularnym i użytkowym [gdzie] tradycyjne przeświadczenia o istocie języka poetyckiego są do dziś powszechnie zakorzenione”96, zatem, implicite, musi istnieć też inna, lepsza, „niepopularna” i „nieużytkowa” krytyka, co jednak woli pozostawić w domyśle. Interesujące jest też to, że praktycznie nie powołuje się na własne teksty krytyczne, w których postawił szereg tez, rozwijanych w Języku poetyckim językiem naukowym97. To