Wydawca: Wydawnictwo Kobiece Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 364 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dyskretne szaleństwo - Mindy McGinnis

Budzący dreszcze thriller o seryjnym mordercy i dotkniętej traumą młodej kobiecie

Grace Mae doskonale wie, czym jest szaleństwo. Otacza ją z każdej strony. Zesłana do przytułku dla obłąkanych w Bostonie, ciężarna i głodzona dziewczyna niemal niknie w oczach. Milczenie to jedyny azyl, który jednak nie pozwala zapomnieć o dawnej krzywdzie.

Pomimo drastycznych warunków, w jakich przebywa Grace, pewnego dnia dostrzega ją wyszkolony frenolog i amator psychologii kryminalnej doktor Thornhollow. To on odkrywa potencjał genialnego umysłu dziewczyny i widzi w niej partnerkę w badaniu mrocznych zagadek.

Wkrótce para wspólników wplątuje się w poszukiwania seryjnego mordercy młodych kobiet. Grace, mierząc się z demonami przeszłości, próbuje wytropić zabójcę. Skrywana trauma nie daje o sobie zapomnieć, a zadanie staje się nie lada wyzwaniem.

___

McGinnis doskonale potrafi zbudować sylwetki bohaterów. Główna postać, Grace nie jest pozbawiona wad, ma skomplikowaną osobowość i zmaga się z intensywnym bólem, który doprowadza jej świadomość do najmroczniejszych punktów. Szalenie intrygująca i godna polecenia książka.

– „School Library Journal”

___

Mindy McGinnis - bestsellerowa autorka i laureatka prestiżowej nagrody im. Edgara Allana Poe. Pracuje w bibliotece w Ohio. Absolwentka literatury na Otternbein University nie widzi nic złego w posiadaniu dziewięciu kotów. Dwa psy dla równowagi też nie zaszkodzą. Mindy prowadzi bloga dla aspirujących pisarzy, przeprowadza wywiady z agencjami literackimi i licznymi autorami debiutów oraz innych powieści.

Opinie o ebooku Dyskretne szaleństwo - Mindy McGinnis

Fragment ebooka Dyskretne szaleństwo - Mindy McGinnis

Dla wszystkich, którzy szamoczą się w ciemnościach

Każdy panicznie się czegoś bał.

Ta nowa dziewczyna była przekonana, że w jej żyłach mieszkają pająki.

Jej krzyki przecinały ciemność, przedostając się przez cienkie ściany do celi Grace i do jej nieszczęścia dokładając jeszcze czyjeś. Grace przycisnęła poduszkę do uszu, nie zwracając uwagi, że dutki piór przebijały tani muślin i kłuły skórę. Słyszała, jak po drugiej stronie ściany pani Clay wierci się w swoim łóżku. Obu pacjentkom sen skradła nowa dziewczyna, która nie nauczyła się jeszcze, że krzykiem nie ściągnie pomocy.

Wprost przeciwnie.

Prowadzące na oddział drzwi otworzyły się głośno, a metal walnął o kamienną ścianę. Słychać było, jak pacjentki uciekają od hałasu i nowego piekła, jakie zwiastował. Dziewczyna zaczęła krzyczeć jeszcze głośniej, nieświadomie przyciągając swoich dręczycieli. Grace rozpoznała szuranie stóp siostry oddziałowej i lekki chód doktora Heedsona.

Niezrozumiały potok słów płynących z ust nowej dziewczyny uciszony został trzaskiem. Kolejny zlepek pozbawionych znaczenia sylab sprowokował głośne kopnięcie. Grace wciskała palce do uszu z taką siłą, że słyszała jedynie bicie serca pompującego krew do jej ciała, chociaż bardzo pragnęła, aby już tego nie robiło. Ta nowa dziewczyna nie znała jeszcze siły milczenia i sztuki bycia niewidzialną. Grace już dawno temu wyrzekła się mowy. Kiedy słowa „nie” i „dosyć” okazały się zupełnie nieskuteczne, inne w ogóle nie chciały wydostawać się z jej gardła. Leżała teraz w pozycji embrionalnej. Croomes i Heedson opuścili oddział i pozostało po nich tylko kwilenie tej nowej. Grace potrafiła zagłuszyć dźwięki dłońmi i zaciskać powieki tak mocno, że mięśnie twarzy drżały w męczarniach. Przenikliwość jej pamięci okazywała się jednak mrocznym, pracowitym artystą, malującym obrazy bez jej zgody.

Jęknęła, dociskając czoło do kościstych kolan. Wbijały się w powieki przez wytarty materiał koszuli nocnej, kolejny raz prowokując jej największe pragnienie – przestać widzieć. W mrocznych godzinach nocy to właśnie twarze okazywały się tym, co sprawia najwięcej bólu. Jęki dziewczyny od pająków wyczarowywały twarz jej matki w każdym najdrobniejszym szczególe: krzywiła się z oburzeniem, a kąciki ust miała, jak zawsze, różowe od wina.

Grace odwróciła głowę od tego widma, ostrożnie wysuwając palce z uszu. Na oddziale znowu zapanowała cisza, ale jej umysł niemal ochoczo powitałby rozlegający się w ciemnościach jazgot, byle tylko myśli zawróciły ze ścieżki, którą zdecydowały się obrać. Pruły teraz przed siebie, wskrzeszając twarz jej ojca wykrzywioną w paroksyzmie. Tego żadna córka nie powinna nigdy oglądać.

Bezruch nocy przerwał jej płacz. W celi pani Clay coś się poruszyło i po chwili rozległo się ciche nucenie, jedyna pociecha, jaką przyjaciółka mogła jej ofiarować przez cienką ścianę. Grace uczepiła się tych dźwięków, podążając za melodią, aż sama się jej nauczyła. Przyłączyła się do niej bezgłośnie – milczenie, którym się otuliła, było zbyt święte, aby je złamać. Jej umysł bawił się nutkami, ciesząc się, że ma jakieś zajęcie. Rozluźniła się, kiedy w końcu zaczął jej słuchać, śledząc wzór na koronkowym obrusie w domu, a nie twarze wokół stołu. Zapadając w sen, Grace położyła dłoń na brzuchu, tuląc rosnące w nim życie.

Każdy panicznie się czegoś bał, ale przynajmniej pająki, które mieszkały w żyłach tej nowej dziewczyny, były urojone. Grace już dawno temu przekonała się, że źródłem największych koszmarów tego świata są inni ludzie.

Było jeszcze ciemno, kiedy chodząca po korytarzu z dzwonkiem panna Marie obudziła wszystkich na śniadanie. Choć ten odgłos zdawał się przedzierać przez jej usta i odbijać od zębów, kiedy się ubierała, Grace wolała, gdy budziła je Marie, a nie Croomes. Ta to otworzyłaby drzwi i wparowała do środka, licząc, że wypatrzy jakieś naruszenie zasad, za które będzie mogła ukarać.

Grace zdjęła przez głowę koszulę nocną, a jej miejsce zajęła długa suknia z lichego materiału. Nie miała bielizny. Zdjęto ją z niej zaraz po przyjęciu do przytułku: gorset, koszulkę i halkę zdarto, odsłaniając winowajczy wzgórek brzucha, a potem zaordynowano kąpiel w balii, podczas której Croomes niepotrzebnie mocno szorowała właśnie brzuch.

Mydło ługowe pozostawiło po sobie pieczenie. Równie mocno piekły ślady paznokci Croomes. Szorowano ją, podczas gdy ona leżała zapłakana i wyparowywały z niej resztki głosu. Tamtego wieczoru Grace Mae, która zaledwie kilka godzin wcześniej ubrana była w czerwoną suknię z aksamitu, zapadła w sen, aby obudzić się jako tylko Grace. Nazwisko odebrano jej razem z ubraniami. W dokumentacji przytułku dla obłąkanych Wayburne w Bostonie nikomu nie uda się znaleźć pacjentki o nazwisku Mae. Już jej ojciec się o to postarał.

Minęło kilka pierwszych dni w przytułku i swoje ciało zaczęła postrzegać jako strup służący tylko i wyłącznie do ochrony tego małego życia wewnątrz niej. Nadejdzie czas, kiedy nie będzie mogła go dłużej chronić. Z wrzaskiem pojawi się na świecie, pragnąc tylko ochrony i ciszy, jaką zapewniała ciemność.

Rozumiała teraz niemowlęta i ich niechęć do przyjścia na świat. Kiedy jej dziecko zostanie zmuszone do poznania światła, jej ciało przestanie być przydatne. Mogła mieć tylko nadzieję, że pozwolą mu niezauważenie zniknąć z tego świata. Do tego czasu nie miała wyjścia: musiała czekać.

Grace przeczesała palcami jasne włosy, a między nierównymi paznokciami pozostały rozdwojone końcówki. Panna Marie zapukała, a zaraz potem otworzyła drzwi. Rzuciła jej jedno tylko spojrzenie i stwierdziła:

– Przynajmniej jedna mniej do ubierania. – I poszła dalej.

Pani Clay stała już na korytarzu i sprawnie upinała włosy w kok za pomocą spinki, którą pozwolono jej zachować, mimo że stanowiło to naruszenie panujących w przytułku reguł. Grace wyszła do niej, w pełni świadoma swoich potarganych włosów i tego, jaką cenę pani Clay płaci za ten mały luksus. Bycie wzorową pensjonariuszką oznaczało, że musiała paradować przed Radą, kiedy ta decydowała się dokonać inspekcji przytułku. Spinka to nagroda wygrana podczas pokazu, w którym to ona była prezentowanym zwierzęciem.

– Witaj, moja droga. – Pani Clay uśmiechnęła się, przez co drobne zmarszczki wokół jej ust stały się bardziej widoczne. – Mam nadzieję, że dobrze spałaś.

Grace pokręciła przecząco głową. Pani Clay położyła jej dłoń w zagięciu swojego łokcia, aby zaprowadzić ją do stołówki. Niezrażona milczeniem swojej towarzyszki, kontynuowała:

– Chodźmy, zanim zniknie całe jedzenie. Musimy upolować coś dla ciebie i twojego maleństwa.

O jedzenie toczyła się nieustanna walka. Kuchnia wydawała go danego dnia tylko tyle, ile miała na stanie, niezależnie od tego, ile gąb trzeba było wykarmić. Wielu pensjonariuszy w ogóle nie zdążyło zobaczyć jedzenia i musiało się zadowolić okruchami z podłogi. Gdyby nie konieczność jedzenia za dwoje, Grace chętnie stałaby się tą zapomnianą, która umarła po cichu w swojej celi.

Ale jak na razie apetyt miała niezgorszy i zaspokajała go z zapamiętaniem i desperacją. Zbliżyły się do stołów i wyłożonego na nich jedzenia, a otaczające ich niemyte ciała nie udawały nawet, że stoją w kolejce. Pani Clay zdołała porwać dwie kromki chleba. Jedną szybko zbiła w kulkę i ukryła między fałdami spódnicy na później, dla Grace. Tymczasem Grace rzuciła się na swój kawałek, odsuwając od niego brudne ręce dziewczyny po swojej prawej stronie, która na nią syknęła. Ignorując groźbę, wepchnęła sobie chleb do ust.

Żuła tak szybko, jak się dało, miażdżąc twardy chleb zębami i rozdzielając go na kawałeczki językiem. Nawet bez dostępu do noży i widelców wychowanie nie pozwalało jej wkładać sobie palców do buzi. Siedząca naprzeciwko Stuknięta Pat nie miała takich obiekcji. Do jej ust wędrowały palce pełne jedzenia razem z garściami włosów, które udało jej się wyrwać z głowy. Grace na ten widok zrobiło się niedobrze i pospiesznie odwróciła wzrok. Razem z panią Clay wycofały się do kąta, pod upstrzone ptasimi odchodami okno.

– Proszę, jedz – rzekła pani Clay, podając Grace chleb. Oparła się o szybę i patrzyła, jak ta go pochłania. – Kto by pomyślał, że jedzenie na siedząco może się wydawać taką przyjemnością, co nie?

W odpowiedzi otrzymała blady uśmiech, ale myśli Grace ponownie odpłynęły, tym razem do tych dni, kiedy po przeciwnej stronie stołu widziała anielską twarzyczkę słodkiej Alice, a nie krwawiącą skórę głowy Stukniętej Pat.

– Ta ma świeże sińce. – Pani Clay pokazała brodą na drzwi, w których pojawiła się pensjonariuszka niewiele starsza od Grace. Niepewnie podeszła do stołu. – To pewnie ta nowa dziewczyna, która krzyczała o pająkach.

Grace pokiwała głową, ale nie odwróciła się, by spojrzeć.

Pani Clay dotknęła jej brody, aby Grace spojrzała jej w oczy.

– Reaguj, dziewczyno. Pokaż mi, że zainteresowało cię coś w twoim otoczeniu, nieważne, że smętnym. Słowa możesz skrywać w sobie, jeśli chcesz, ale widzę, jak twój wzrok błądzi gdzieś daleko i obejmujesz swój brzuch. Odbiorą ci je zaraz po porodzie, a potem, jeśli w ogóle dane mi będzie stąd wyjść, i tak się więcej nie zobaczymy. Nie sądzę, aby tacy jak ja byli mile widziani w twoim domu.

Grace ściągnęła brwi.

– Zdradzają cię ręce – wyjaśniła pani Clay, ujmując dłoń Grace. – Gładziutkie i białe, ręce, które nigdy nie skalały się żadną pracą. Ja mam odciski po dwudziestu latach chodzenia za pługiem, a każdy zarobiony dzięki nim pens trafił do kieszeni męża po tym, jak mnie tu umieścił.

Grace wyszarpnęła dłoń i położyła ją z powrotem na brzuchu, a pani Clay zacisnęła usta.

– Nie jesteś pierwszą młodą kobietą z twojej klasy, którą tu widzę z wielkim brzuchem. Kiedy jednak to dziecko przyjdzie na świat, rodzina cię stąd zabierze. Duszenie wszystkiego w sobie nie wyjdzie ci na dobre, kiedy już opuścisz te mury. Znajdź coś poza tym miejscem, co zwróci cię światu, inaczej możesz tu utkwić na zawsze.

Spojrzenie Grace przesunęło się ponownie na szybę. Lekki, poranny deszczyk zaczął przedzierać się przez warstwy brudu, wpuszczając do szarego wnętrza kolorowe plamy świata z zewnątrz. Pani Clay westchnęła ciężko i położyła dłoń na jej ramieniu.

Choć pełne życzliwości, jej słowa w ogóle nie dotarły do Grace. Wiedziała, że dziecko się urodzi i będzie to równoznaczne z jej powrotem do świata, który znała. Ponownie ubiorą ją w suknię z czerwonego aksamitu, w której się tu zjawiła. Czarny, błyszczący powóz jej ojca przyjedzie po nią po zmroku i zabierze do domu, do jej pokoju, do własnego łóżka. I do własnych lęków.

Decyzję już podjęła: w ogóle nie zamierzała stąd odchodzić.

Leczenie wodą masz dzisiaj? – zapytała pani Clay, kiedy szły ramię w ramię korytarzem, mijając biernych pensjonariuszy.

– Masz dzisiaj? Masz dzisiaj? – Kroku dotrzymywała im Stuknięta Pat, powtarzając słowa pani Clay. Grace pokiwała głową, a Stuknięta Pat wyrwała jej pasmo jasnych włosów, które wcześniej pani Clay starannie zwinęła w kok i upięła własną spinką.

– Oto i nasza mała dama. – Z drugiego końca kamiennego korytarza dobiegł głos idącej w ich stronę Croomes. – Spędza czas z żoną rolnika, a to ci przyjaciółki. Jestem pewna, że planujecie miły piknik. Być może po nim wybierzecie się na przejażdżkę na kucykach? Na razie jednak podlegasz mnie, a to oznacza, że teraz twoja kolej na zabieg. – Croomes udała, że dyga.

– Przypominam pani, że nie jestem żoną rolnika – oświadczyła zimno pani Clay.

– Czyżby? – zapytała Croomes.

– Owszem. Mój mąż rozwiódł się ze mną krótko po tym, jak mnie tu przywiózł. Wystarczyło jedno słowo jego i podpis sędziego i stałam się obłąkana. Moja ziemia należy teraz do niego, siostra sędziego została jego żoną, moje dzieci są teraz jej dziećmi.

– Cóż za smutna historia – zadrwiła Croomes.

– Nie jestem żoną rolnika. Jeśli jeszcze raz tak mnie pani nazwie, będą mieć dobry powód, aby umieścić mnie w izolatce, za to pani zostanie już tylko jedno oko.

Croomes przyglądała jej się przez chwilę.

– Mam całą listę tego, jak bym cię chciała nazywać. Może zacznę z niej korzystać?

– Nie jestem żoną farmera – powtórzyła pani Clay.

– Proszę bardzo, niech ci będzie.

Croomes pchnęła Grace, aby ta szła szybciej. Grace zwróciła jednak uwagę na to, że ani razu nie odwróciła się tyłem do pani Clay. W kącikach ust Grace wykwitł kolejny delikatny uśmiech i szybko go zdusiła. To dzięki tym małym bitwom udawało im się przetrwać kolejne dni. A wszystko to stanowiło przygotowanie do tych większych, które dopiero nadejdą.

Nietrudno odebrać sobie życie w przytułku. Wielu pragnących żyć umierało na skutek zaniedbania, gdy tymczasem tych, którzy modlili się o śmierć, każdego ranka witało słońce sączące się przez brudne szyby. Grace wielokrotnie rozważała swoje opcje: mogła albo ześlizgnąć się pod powierzchnię lodowatej wody podczas zabiegu pod nieuwagę pielęgniarki, albo po prostu przestać jeść.

Ale Grace miała okazję wysłuchać u boku ojca wielu kazań o piekle i siarce, i tym, co czeka tych, którzy sami odbierają sobie życie. Powątpiewała jednak, aby w piekle było gorąco i cuchnęło siarką. Zamiast tego wyobrażała sobie, że panują w nim wygody i zapach jej sypialni. Do wyboru miała albo piekło wieczne, albo to, przez które miała już okazję przejść. Croomes chwyciła Grace za nadgarstek, przez co jej myśli powróciły do ciała, na które w tej chwili była skazana.

– Ojojoj, jak my pięknie chodzimy. Wszystko masz na miejscu – rzekła Croomes. – Co tam jedna książka, założę się, że dałoby się położyć ci na głowie całą biblioteczkę, no nie? Wyglądasz jak z obrazka, jak z tych pism dla dam, z wyjątkiem tego. – Pacnęła w brzuch Grace. – W tym akurat nie ma nic wytwornego, prawda?

Grace zakopała w sobie chęć mówienia tak głęboko, że większość słów wydostających się z ust innych osób nie miała dla niej żadnego znaczenia, ale głosowi Croomes zawsze udawało się pokonać tę mgłę, którą otuliła swój umysł. Grace zacisnęła zęby i podeszła do wanny do połowy wypełnionej lodowatą wodą. Panna Marie wylewała właśnie wodę z wiadra na inną pensjonariuszkę, podeszła jednak do Grace, aby pomóc jej zdjąć suknię.

Marie podała jej rękę. Grace ujęła ją, zrobiła krok ponad porcelanowym brzegiem wanny i zanurzyła się w zimnej wodzie. Choć wyrzekła się wydawania jakichkolwiek dźwięków, nie była w stanie powstrzymać szczękania zębami.

– Jasne, pomagaj jej. Może się nawet uda znaleźć jakieś pachnące mydło – odezwała się Croomes, krzyżując ręce na piersi. – Oczywiście, że nasza Marie chce dopilnować, aby wszystko się udało. Mówiła ci, że to ona weźmie twoje dziecko?

Grace na te słowa uniosła gwałtownie głowę i napotkała spojrzenie Marie, która oblała się rumieńcem i odwróciła się do Croomes.

– No i po co to mówisz? – syknęła. – Nie trzeba denerwować dziewczyny.

Croomes wyjęła z kieszeni na wpół wypalony papieros, potarła zapałką o stołek i zapaliła to, co z niego zostało.

– Ty jej będziesz polewać głowę czy ja mam się tym zająć?

– Ja to zrobię – odparła Marie, zabierając wiadro z drugiej wanny, w której leżała pensjonariuszka z przechyloną głową i sinymi ustami. – Choć ja w tym sensu nie widzę żadnego.

– A jakie skończyłaś szkoły medyczne, co? Heedson twierdzi, że to przegrzanie mózgu jest winne ich obłędu, dlatego je oblewamy.

– Gdyby to była prawda, ta dziewczyna powinna już mówić normalnie, tak jak ty albo ja. Jest zimna jak trup.

Croomes wypuściła dym nosem i obserwowała, jak Marie wylewa na głowę Grace zawartość pierwszego wiadra. Woda rozplątała jej koczek i włosy przywarły do skóry ciemnymi strąkami.

– Ta tutaj jest zimna jak woda, w której siedzi, łącznie z duszą. Z jej mózgiem jest wszystko w porządku. To w sercu brakuje życia.

Grace siedziała, pozwalając, aby woda odbierała czucie jej skórze, a apatia pozbawiała słuchu. Croomes wstała ze stołka.

– Muszę się zająć Stukniętą Pat. Nigdy nie przychodzi na zabieg bez mojej specjalnej zachęty.

– Ja tu skończę – powiedziała szybko Marie, kiedy Croomes zbliżyła się do wanny Grace. – Nie rób sobie kłopotu.

– Żaden kłopot. – Croomes wsunęła palce w kok Grace i wyjęła z niego spinkę, przez co włosy opadły na jej ramiona. – Dopilnuję, aby to wróciło do właścicielki – oświadczyła, po czym zgasiła papierosa na bladej szyi Grace.

Słowa zawrzały we wnętrznościach Grace, kiedy starała się zdusić ból, a zęby zaciskała mocno, byle nie nagrodzić okrucieństwa Croomes głośnym krzykiem. Marie wciągnęła głośno powietrze, ale uciszyło ją groźne spojrzenie Croomes.

– Jeśli ktoś się o tym dowie, będę wiedziała, kto miał długi język, prawda?

Jedyne ciepło, jakie pozostało w ciele Grace, spłynęło po jej twarzy łzami, które Marie otarła spracowanymi palcami, kiedy tylko kroki Croomes ucichły na końcu korytarza.

– Przykro mi z tego powodu, panienko, naprawdę. Ja widzę to tak, że większość z was ma wystarczająco dużo problemów, żeby użerać się jeszcze z osobami takimi jak Croomes.

Umilkła i zerknęła szybko na drzwi i na drugą, nieprzytomną kobietę zanurzoną w lodowatej wodzie.

– Jeszcze tylko jedno wiadro i resztę daruję, nikt nie musi o tym wiedzieć. Poza tym trochę zimna dobrze zrobi temu oparzeniu.

Zimna jak lód woda ponownie spłynęła po twarzy Grace, a jej szpony zatopiły się w poparzonej szyi, gdzie Croomes zgasiła papierosa. Do jej ciała zawitało odrętwienie, rozpoczynając od nóg i wspinając się coraz wyżej. Oparła głowę o brzeg wanny.

Marie przyciągnęła stołek i palcami zaczęła rozczesywać splątane włosy Grace.

– Widać, że panienka stara się dbać o czystość. Jestem pewna, że bez grzebienia to bardzo trudne.

Grace poczuła, jak mięśnie jej ramion minimalnie się rozluźniają.

– Za to drugie też przepraszam, panienko – odezwała się Marie po dłuższej chwili. – Ja tam uważam, że wcale nie musiała się panienka dowiadywać, że to ja wezmę dziecko. Croomes zrobiła to tylko po to, żeby dać upust swojej złośliwości. Mój Andrew, mój mąż, widzi panienka, on zawsze chciał maleństwo, a ja… cóż, chyba nie jest mi to pisane. Moja mama mówi, że wcale nie jesteśmy jeszcze długo po ślubie i że nie da się popędzać natury, ale ja mam w sobie takie przeczucie, którego nie potrafię odpędzić. Taką pustkę, gdzie nic nie wyrośnie. Próbowałam powiedzieć to mamie, a ona rzekła, że lepiej, abym zachowywała to dla siebie, jeśli nie chcę skończyć w… – Marie urwała, a jej palce na chwilę znieruchomiały. – Cóż… to pewnie żadna tajemnica, że niektóre z was są tak samo normalne jak ja, i może czasami działa to także w drugą stronę.

Jej palce powróciły do rozczesywania włosów Grace.

– No więc kiedy zjawiła się tu panienka ze swoim brzuchem, porozmawiałam z Heedsonem i decyzja została podjęta. Mężowi powiedziałam, że nasze modlitwy zostały wysłuchane i że lepiej, aby na razie spał w drugim pokoju, tak dla ostrożności, i… to pewnie straszna rzecz, panienko, ale wypycham sobie suknię, żeby mieć brzuch taki jak panienka, i będę to robić do czasu, aż…

Marie urwała, a Grace siedziała ze wzrokiem utkwionym przed siebie, nie dając odczuć, że którekolwiek z jej słów do niej dotarły.

– No trudno. Jeśli chce mnie panienka za to nienawidzić, proszę bardzo, takie panienki prawo. Nie mogę powiedzieć, że według mnie to, co robię jest dobre, ale obiecuję, że dam panienki maleństwu dobry dom i że będę je kochać jak swoje.

Odrętwienie objęło uda i brzuch Grace, mimo to poczuła kopnięcie. Powoli uniosła rękę, splotła lodowate palce z palcami Marie i pociągnęła jej dłoń do lodowatej wody. Marie wciągnęła głośno powietrze, ale wtedy Grace położyła jej dłoń na swoim brzuchu, aby ta poczuła kopnięcie tak silne, że na powierzchni wody utworzyły się zmarszczki.

Trzymały się pod wodą za ręce. Zimne palce chroniły maleńkie życie, ciepłe w tym pomieszczeniu były jedynie ich łzy.

Kiedy Grace obudziła się rano, włosy miała przymarznięte do podłogi. Croomes wróciła wczoraj i nakryła Marie na czesaniu ich, a nie polewaniu wodą. Grace zaciągnięto do celi, ciśnięto jej kromkę czerstwego chleba w ramach kolacji i zamknięto drzwi. Zasnęła, a ociekające wodą włosy zwisały ponad krawędzią łóżka. Nocna temperatura sprawiła, że przymarzły i Grace o świcie musiała uwolnić się siłą, łamiąc sobie końcówki włosów.

Kiedy przyglądała się nierównym pasmom, do jej pokoju wparowała Croomes.

– Jaka szkoda – oświadczyła, czubkiem buta dotykając leżących na kamiennej podłodze resztek włosów. – Czeka cię dziś wytworna kolacja, a większość twoich włosów została na ziemi.

Przyzwyczajona do złośliwości Croomes, Grace zachowała obojętny wyraz twarzy.

– Nie, dziewczyno. Wcale nie stroję sobie z ciebie żartów. Heedson dał mi listę tych, które uważa za „dobrze wychowane”, i ty też się na niej znajdujesz. Dostaniesz nową suknię i w ogóle. Chyba nawet będziesz mogła używać sztućców. Pamiętaj, aby należycie trzymać widelec. I nie kłaść łokci na stole. – Croomes zaśmiała się z własnego żartu i klepnęła Grace w plecy, kiedy ta szła w stronę drzwi. – Ty też, żono… – urwała. – Pani Clay – dokończyła na korytarzu. – Wystarczająco często jesteś na widoku, żeby wiedzieć, jak się zachowywać. Bóg jeden wie, czemu Heedson uznał cię za godną szacunku, skoro lękającym się Boga ludziom grozisz wydłubaniem oka.

– Skoro lęka się pani Boga, więcej ma to wspólnego z pani czynami, nie moimi – rzekła spokojnie pani Clay.

Croomes sapnęła i oddaliła się korytarzem. Chwilę później pani Clay stanęła w drzwiach celi Grace.

– Próbowałam coś ci wczoraj zachomikować, ale bacznie mnie obserwowali.

Położyła rękę młodszej pensjonariuszki w zgięciu swojego łokcia.

– No więc co to będzie za kolacja, jak myślisz? – zapytała, doskonale wiedząc, że nie doczeka się odpowiedzi. – To miejsce w ogóle nie kojarzy mi się z uprzejmością, ale róbmy dobrą minę do złej gry i przekonajmy się, co ty na to?

Były sztućce. Grace nie była przygotowana na to, jak bardzo wytrąci ją z równowagi widok porządnie nakrytego stołu. Nim przekroczyła próg, przez chwilę stała nieruchomo. Pani Clay pchnęła ją delikatnie. Za nimi weszły dwie nieznane jej kobiety z różowymi, wyszorowanymi twarzami i wilgotnymi włosami spiętymi w ciasne koki. Przy stole siedziało już trzech pensjonariuszy, którzy na widok pań wstali. Jeden z lekkim opóźnieniem, wyraźnie nienawykły do takiego zachowania.

– Panie Baltingham, panie Crow – przywitała się grzecznie pani Clay.

Skinąwszy im głową, zajęła miejsce przy stole. Grace poszła jej śladem, spuszczając wzrok, kiedy mężczyźni na nią spojrzeli. Wbiła go w stojący przed nią talerz. Był ciężki i nieforemny, w niczym nie przypominał cienkiej porcelany, którą znała z domu. Zwiastował jednak, że pojawi się prawdziwe jedzenie, a nie tylko chleb, który trzeba porwać i z nim uciec.

– Przepraszam, chyba się jeszcze nie znamy – rzekła pani Clay do trzeciego mężczyzny, który od razu poczerwieniał na twarzy. – Wygląda na to, że dzisiejszego wieczoru wolno nam udawać ludzi kulturalnych. Może mi więc pan powiedzieć, jak się nazywa.

– Moore, psze pani – wydukał.

– W takim razie witam pana, panie Moore – kontynuowała towarzyszka Grace. – Jestem pani Clay, a te oto panie to panna Holstein, pani Ubry i… – Dotknęła ramienia Grace. – Przepraszam, nie znam imienia naszej młodej przyjaciółki.

Przez jedną sekundę coś zapulsowało w gardle Grace, ta sylaba oznaczająca ją. Pozostało jednak na swoim miejscu, zaklinowane niczym okruch chleba z wczorajszej kolacji.

Nad stołem unosiły się uprzejme słowa powitania, a potem pan Baltingham odkaszlnął.

– O co chodzi z tą kolacją? Ktoś wie?

– Coś mi mówi, że wszyscy zostaniemy potraktowani jako wzór… – zaczęła pani Clay, ale w tym momencie drzwi do jadalni otworzyły się i zjawił się doktor Heedson. W dłoni trzymał na wpół opróżniony kieliszek wina, a zaraz za nim dreptała jedna z kucharek, niosąc półmisek z pieczenią.

Heedson zajął miejsce u szczytu stołu, po prawej stronie mając Grace.

– Wygląda na to, że wszyscy już są – odezwał się.

Kucharka wślizgnęła się między panią Clay a Grace, aby postawić półmisek na stole. Czując zapach pieczonego mięsa, Grace napłynęła ślinka do ust. Dziecko w jej brzuchu obudziło się i mocno kopnęło, maleńką stópką uderzając w kant stołu.

– Już dokonałam prezentacji, doktorze Heedson – zaczęła pani Clay.

– Niemniej przedstawię swoją wersję – stwierdził Heedson. Rozłożył sobie serwetkę na kolanach. – Moore to syfilityk. Crow gonił żonę z widłami po tym, jak nakrył ją na sianie ze swoim bratem. Co w mojej opinii wcale nie czyni go obłąkanym. Baltingham jest alkoholikiem, Ubry nimfomanką, Holstein upiera się, że jej krew menstruacyjna jest dziełem demonów, pani Clay to porzucona żona, a mała Grace jest arystokratką lekkich obyczajów.

– A więc to było na tyle, jeśli chodzi o pozory uprzejmości – mruknął pan Baltingham.

Palce pani Clay zacisnęły się na nadgarstku Grace.

– Witaj, Grace – powiedziała cicho i życzliwie, a po chwili dołączyli się do niej pozostali pensjonariusze.

Na bladej twarzy Grace pojawił się nieśmiały uśmiech.

– Ja mówiłam jedynie, że okres boli mnie jak diabli – oświadczyła panna Holstein, zaciskając dłonie na serwetce. – A ojczym zabrał mnie od razu do sędziego…

– Sto lat temu spłonęłabyś na stosie – przerwał jej Heedson, kiedy kucharka postawiła przed nim kolejny kieliszek z winem. – Więc zamknij jadaczkę.

– Byłbym wdzięczny, gdybyśmy nie poruszali przy stole takich tematów – dodał pan Baltingham.

– To, że kobiety miesiączkują, trudno uznać za szokujące. Nie bijemy się w tej chwili o jedzenie ani nikt nas nie kopie. Chętnie o tym porozmawiam – stwierdził pan Moore.

– Jeśli wolno mi kontynuować – wtrącił Heedson – jestem przekonany, że jesteście wszyscy na tyle inteligentni, aby rozumieć, co się kryje za tym wieczorem.

Pstryknął palcami i pojawiło się więcej personelu kuchennego, niosąc jedzenie, którego pensjonariusze od dawna nie widzieli ani nie wąchali. Postawiono przed nimi groszek, ziemniaki, sos, ciepły chleb i talerzyk z prawdziwym masłem.

– Chcę, abyście wszyscy rozumieli jedno – kontynuował Heedson. – Nie jestem złym człowiekiem. Jestem człowiekiem o ograniczonych możliwościach. W przytułku znajduje się kilkuset pensjonariuszy, wielu bez szans na powrót do zdrowia. Stare metody polegające na upuszczaniu krwi i głodzeniu nie są traktowane jako lekarstwo, ale raczej sposób na otrzeźwienie pensjonariuszy, dzięki czemu personel łatwiej sobie z nimi radzi.

– Cóż, w takim razie wznieśmy toast za tego, który nie jest złym człowiekiem – odezwała się pani Ubry, unosząc szklankę z wodą w udawanym toaście.

– Tym przytułkiem nie da się w żaden sposób zarządzać – oświadczył Heedson, tak jakby pani Ubry w ogóle się nie odezwała. – Trafia tu wielu niepożądanych lub zbędnych mieszkańców Bostonu. W jednym budynku umieszcza się tych powolnych, dzikusów i autentycznie chorych psychicznie, a mnie każe się utrzymywać tutaj spokój.

– Możemy jeść? – zapytała panna Holstein.

– Kiedy skończę mówić.

– On zawiera z nami układ, panienko – wtrącił się pan Moore. – Chce od nas czegoś. A kiedy się zgodzimy, będziemy mogli zjeść to, co przed nami postawiono, chociaż za minutę albo dwie nasze żołądki staną się głośniejsze od jego słów.

– Tak podejrzewałam – rzekła pani Clay.

Heedson dopił wino, po czym nachylił się ponad Grace w stronę pani Clay. Grace odsunęła się od jego ramienia i oddechu.

– Chcę czegoś prostego. Pani Clay i wy wszyscy jesteście tu najrozsądniejsi. Najczystsi. Umiecie się wyrażać i da się z wami rozmawiać.

– Z wyjątkiem małej Grace – wtrąciła pani Ubry. – Ona w ogóle się nie wyraża.

Heedson odwrócił się w stronę Grace i jego łokieć zetknął się z jej ręką. Odsunęła ją szybko, a w miejscu dotknięcia poczuła nieprzyjemne mrowienie. Jego szklane spojrzenie było zbyt znajome i wtuliła się w oparcie krzesła. W ślad za nią podążył jego oddech.

– Ach, ale za to jest na co popatrzeć. Nie sądzicie, panowie?

Heedson wstał nieco chwiejnie i stanął za nią, przesuwając dłonią po jej ramieniu.

– To prawda, ona nie mówi, ale kiedy zjawi się Rada, aby przeprowadzić inspekcję tego miejsca, powiecie im to, co chcą usłyszeć. Każdy z was przedstawi swoją smutną historyjkę i doda, że tutaj znaleźliście w końcu schronienie. Nową rodzinę, dom, kiedy sądziliście, że straciliście to już na zawsze.

Grace dłonie trzymała na kolanach, ze wszystkich sił starając się siedzieć nieruchomo, gdy tymczasem Heedson przesuwał ręką w górę jej ramienia, po szyi, kciukiem omiatając oparzenie, jakie zafundowała jej Croomes. Zatrzymał się. Dotknął raz jeszcze, tym razem lekko naciskając.

– Grace nie opowie swojej historii, no ale w sumie nie musi, prawda? Widać ją w jej oczach, niewinnej buźce i dużym brzuchu. – Jego dłonie objęły jej szyję i oddech Grace stał się urywany.

– Doktorze Heedson – odezwała się pani Clay. – Uważam, że powinien pan zabrać ręce.

– Ta dziewczyna wyzwala instynkt opiekuńczy, prawda? – Heedson łypnął okiem na panią Clay. Zachwiał się lekko i oparł jedną rękę na blacie stołu. – Członkowie Rady tylko na nią spojrzą i powiedzą do siebie: „Co świat ma zrobić z takimi biednymi, małymi stworzeniami jak ona? Tutaj na pewno jest jej lepiej niż na ulicy”.

Jego dłoń jeszcze mocniej nacisnęła oparzone miejsce i Heedson oparł się o plecy Grace.

– Ktoś wiedział, co z tobą zrobić, prawda, sikoreczko? – szepnął jej do ucha.

Jego zapach, otaczająca ją męskość, przesiąknięte winem słowa krążyły po Grace, wypełniając sobą tę ziejącą otchłań, którą nauczyła być jedynie skorupą, opakowaniem dla rosnącego w niej życia. Wypełniło ją przerażenie i każde słowo, każdy moment, podczas którego dusiła w sobie krzyk bólu, wydostał się z niej pod postacią przejmującego pisku. Chwyciła widelec i wbiła go w leżącą na blacie dłoń, w kciuk i palec wskazujący.

Grace spodziewała się krwi, jednak ta się nie pojawiła. Słowo, które wydostało się z niej w głośnym, świdrującym pisku, podrapało jej gardło i teraz każdy oddech był niczym palący ogień. Dwa razy udało jej się zaczerpnąć powietrza, nim Heedson zaczął krzyczeć. Pozostali zerwali się od stołu, a pani Ubry przewróciła przy tym szklankę z wodą. Holstein wyciągnęła spinkę ze swojego koka i teraz otulała twarz włosami, próbując się ukryć. Znieruchomiała z szoku Grace mogła się tylko przyglądać, jak Heedson wyciąga widelec ze swojej przebitej dłoni, a między jego palcami w końcu zaczyna płynąć krew.

Pani Clay była przy niej, gestem pokazując, aby wstała, jednocześnie nie spuszczając wzroku z Heedsona.

– Droga… Grace… – Nie zdążyła się jeszcze oswoić z tym imieniem. – Chodź tu do mnie, doznałaś szoku.

Pani Clay trzymała ją za łokieć, kiedy Heedson uderzył Grace tak mocno, że obie kobiety upadły na podłogę. Brzuch dotknął podłogi jako pierwszy i Grace krzyknęła, a dziecko kopnęło w słabym proteście.

– Ty mała dziwko… – Heedson rzucił się na Grace i podciągnął ją na nogi. Dzięki dwóm kolejnych wyćwiczonym ruchom dłoni jej głowa odbiła się rykoszetem w lewo i prawo. Policzki miała brudne od krwi i nie przestawała obejmować opiekuńczym gestem brzucha.

Pan Baltingham chwycił Grace od tyłu i odciągnął ją od Heedsona, gdy tymczasem pani Clay złapała lekarza za nogi, aby powstrzymać go od pójścia za nią. Do jadalni wpadła Croomes i stanęła jak wryta.

– Chryste w niebiesiech, co tu się stało?!

Heedson wziął ze stołu serwetkę i zaczął owijać nią dłoń.

– Grace, pani Croomes, Grace. Wygląda na to, że popełniłem błąd podczas sporządzania listy osób, które uważałem za względnie normalne.

– Albo i dwa – wtrącił pan Crow, spokojnie nakładając sobie jedzenie na talerz, pokazując na leżącą na podłodze Holstein, z twarzą otuloną włosami.

W jadalni zjawiła się Marie, czerwona i zziajana.

– Usłyszałam hałas… – zaczęła, po czym dostrzegła zakrwawiony stół. – Co się, na Boga, stało?

– Panna dziedziczka wzięła i dźgnęła Heedsona – wyjaśniła Croomes.

– Bzdura – zaoponowała Marie. – W niej nie ma ani odrobiny agresji…

Nowo odkryty głos Grace ponownie dał o sobie znać, zdziczały i pozbawiony słów. Choć Baltingham próbował ją tylko uspokoić, zaciekle z nim walczyła. Puścił ją w końcu, a ona osunęła się na podłogę, obejmując rękami brzuch.

– Podnieście ją – polecił Heedson, wykorzystując serwetkę jako prowizoryczny bandaż. – Croomes, Marie, zabierzcie tę dziewczynę do pralni i owińcie prześcieradłami. Stanowi zagrożenie dla samej siebie i innych.

– Doktorze Heedson, proszę. – Pani Clay podciągnęła się na krzesło. – Proszę ją wysłać do infirmerii. Upadła, a w jej stanie…

– Zarobiła też parę ciosów w twarz – dodał pan Crow z ustami pełnymi pieczonej szynki. – Choć to akurat nie ma nic wspólnego z upadkiem.

– To ja potrzebuję lekarza! – wrzasnął Heedson, wymachując przy tym ręką. – Ona jest chora psychicznie. I tak właśnie będzie traktowana. Croomes. – Pstryknął palcami, a pielęgniarka gorliwie oderwała jedną rękę Grace od jej brzucha, gdy tymczasem Marie siłowała się z drugą.

Grace jęczała, nie będąc już w stanie dusić w sobie dźwięków, kiedy ból przepełniał każdą komórkę jej ciała i wypychał sobą wszystko inne. Croomes zgięła jej rękę w łokciu i zmusiła do podniesienia się z podłogi. Marie stała z drugiej strony, życzliwa, ale trzymająca Grace na tyle mocno, aby im się nie wyślizgnęła.

– Grace… – Pani Clay musnęła palcami suknię dziewczyny, gdy wyprowadzano ją z jadalni.

– Wiedziałam, że jesteś waleczna – powiedziała do Grace Croomes, popychając ją w stronę pralni. Ugięły się pod nią nogi, kiedy przeszyła ją kolejna fala bólu. – Nie ma co z nami zadzierać, paniusiu. Źle zrobiłaś i teraz za to zapłacisz.

– Ej, ty! – warknęła do młodej dziewczyny pracującej przy maglu. – Dawaj nam tu prześcieradła do owinięcia.

Dziewczyna pokiwała mechanicznie głową.

– Gorące czy zimne, psze pani?

– Och, ta tutaj ma iście gorący temperament. Czemu więc nie dać jej więcej ciepła? Widzę, że na garnku coś leży. Zróbmy z tego dobry użytek.

Dziewczyna otworzyła szeroko oczy.

– O nie, psze pani. Dopiero co je wyjęłam, są tak gorące, że ledwo je można dotykać, nie mówiąc o owijaniu ciała.

– Bzdura – warknęła Croomes. – To kara czy nie? – Wyciągnęła z gara prześcieradło i zaraz potem upuściła je na ziemię. – Będzie w sam raz. Podaj mi rękawiczki, dziewczyno. Marie, rozbierz ją i przytrzymaj ręce. Pewnie trochę będzie kopać, jak wezmę się do roboty.

Grace ściągnięto przed głowę nową suknię, tak samo jak bieliznę, którą wyjątkowo dopuszczono w ten wieczór.

– Przykro mi, panienko. Naprawdę – powiedziała do niej cicho Marie. – Ale mam swoją pracę i muszę ją teraz wykonać.

Nadgarstki Grace przyszpilone zostały do zimnej podłogi nad jej głową, a jej stopy zaczęło otulać gorąco.

Odruchowo kopnęła i jej pięta pomknęła ku twarzy Croomes. Pielęgniarka chwyciła jej stopę i wykręcała kostkę tak długo, aż Grace się uspokoiła. Zaczęło się owijanie.

Croomes nie oszczędziła ani centymetra jej ciała, a wprawne dłonie owinęły ciasno nogi Grace. Znad prześcieradła unosiła się para. Croomes dotarła aż do brzucha, a potem zawołała, żeby dać jeszcze jedno gorące prześcieradło.

Grace spływała potem. Drugie prześcieradło, jeszcze gorętsze niż poprzednie, otuliło jej brzuch, napierając bezlitośnie na uwrażliwioną skórę. Marie ułożyła jej ręce wzdłuż tułowia i Croomes ciasno wszystko owinęła. Dotarła do szyi i owinęła także włosy, mokre teraz od potu. Palcami zrobiła otwór na wysokości ust, żeby Grace mogła oddychać.

– W niezłe wpadłaś bagno, damulko – oświadczyła Croomes. – Do teraz byłaś tu traktowana lepiej niż większość, ale dźgnięcie widelcem rozzłościłoby nawet najcierpliwszego z ludzi.

Zgaszono lampy gazowe, jedną po drugiej, a blade aureole światła zniknęły sprzed owiniętych prześcieradłem oczu Grace. Głosy kobiet ucichły. Panowała ciemność, kiedy poczuła pierwszy skurcz. Przetoczyła się przez nią fala potwornego bólu, wyciskając z jej ust pierwsze słowo od długiego czasu.

– Nie.

Ja umrę.

Wyrzekała się mowy tak długo, paraliżując nie tylko swój język, ale także umysł, że teraz w jej głowie nie chciały się formować żadne myśli. Jej życie stało się mgłą, która wkrótce zniknie, a jednak kiedy Grace balansowała na krawędzi prawdziwego obłędu, jej mózg wyrzekł się schronienia, jakie zbudowała dla siebie, produkując jedno zdanie, które wybudziło ją z odrętwienia.

Ja umrę.

Głos jej myśli okazał się dziwnie znajomy i miała wrażenie, że spotkała na ulicy dawno niewidzianą przyjaciółkę. Grace znieruchomiała, nasłuchując swojej świadomości.

Ja umrę, a razem ze mną moje dziecko.

Zakrzyknęła w agonii, protestując przeciwko przeznaczeniu i daremności, przeciwko życiu, które powinno być jej udziałem, przeciwko życiu, które jej narzucono. Jej krzyki odbijały się od ścian ciemnych korytarzy, milknąc, nim zdążyły dotrzeć do czyichkolwiek uszu.

Kiedy zdjęto z niej prześcieradła, chłodne powietrze sprawiało niemal ból. Grace słyszała, jak pani Clay wypowiada jej imię, ale była w stanie jedynie jęknąć. Oderwała dłonie od tułowia i odruchowo przyłożyła je do brzucha, gdzie natrafiła na fałd luźno zwisającej skóry.

– Grace, słyszysz mnie?

Kiwnęła głową, nie odrywając palców od brzucha.

– Dzie-dzie… – Próbowała mówić, ale przez gardło nie chciało jej przejść słowo, którego tak bardzo potrzebowała.

Pani Clay ujęła jej dłonie.

– Straciłaś dziecko, kochana, tak mi przykro. Posłuchaj mnie, słuchaj! – Ścisnęła palce Grace, gdy ta wykrzywiła usta w bezgłośnym krzyku. – Heedson musi dopilnować, żeby po stracie dziecka nic ci nie było. Widziałam, jak kilka kobiet na farmach potem chorowało, i mogę cię zapewnić, że wcale tego nie chcesz.

Grace pokiwała głową, a jej rozszerzone źrenice skupione były na twarzy pani Clay.

– Ja…

– Świetnie ci idzie, kochana – zachęciła ją pani Clay, ocierając z czoła zimny pot. – Cudownie jest słyszeć twój głos. Próbuj dalej. Ty co?

Wszedł Heedson, podwijając do łokci rękawy koszuli. Grace zakrzyknęła. Przepadło słowo, które tak się starała wypowiedzieć. Rozpaczliwie próbowała zakryć prześcieradłem swoją nagość.

– Daruj sobie, dziewczyno – rzucił chłodno lekarz. – W tej chwili interesuje mnie jedynie to, żebyś nie umarła pod moim nadzorem. Twój ojciec urwałby mi głowę.

– Doskonały pomysł – wycedziła pani Clay. – Po tym, przez co musiała przejść na pana polecenie.

Za Heedsonem przyszły Croomes i Marie. Oczy tej drugiej spuchnięte były od płaczu. Otarła je fartuchem i na stoliku obok łóżka ułożyła z brzękiem narzędzia.

– Co… – Pełne paniki oczy Grace odwróciły się w stronę źródła hałasu.

– Ach, a więc jednak mówimy? – zapytała Croomes. Uniosła ręce Grace nad jej głowę i przytrzymała mocno. – Lepiej leż cicho, kiedy doktor będzie się tobą zajmował. Chętnie jeszcze raz zapakuję cię w te prześcieradła.

Pani Clay ujęła twarz Grace w swoje dłonie.

– Posłuchaj mnie, Grace. To jest konieczne. Możesz umrzeć, jeśli się tego nie zrobi.

– Wystarczy – odezwał się Heedson. – Grace, im mniej się będziesz kręcić, tym szybciej się uwinę – powiedział, wsuwając rękę między jej kolana.

Odruchowo wierzgnęła i spadło z niej prześcieradło. Marie pisnęła i uskoczyła na bok, przewracając stolik z brzęczącymi narzędziami. Croomes przyszpiliła nadgarstki Grace, a ta, choć wszystko wyło w niej z bólu, nie przestawała walczyć. Zakrwawionymi stopami młóciła powietrze, kopiąc ręce lekarza.

– Do diaska! – wrzasnął Heedson. – Proszę bardzo, idiotko. Puść ją, Croomes. Niech sobie zgnije od środka, jeśli takie ma życzenie.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

TYTUŁ ORYGINAŁU:

A Madness So Discreet

Redaktor prowadząca: Aneta Bujno

Redakcja i językowe opracowanie tekstu: Anna Skowrońska, Agata Wawrzaszek

(CAŁA JASKRAWOŚĆ, www.calajaskrawosc.pl)

Projekt okładki: Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Zdjęcie na okładce: © tolikm (fotolia.pl)

A Madness So Discreet © Mindy McGinnis, 2015

First published by Katherine Tegen Books, an imprint of HarperCollins Publishers

Translation rights arranged by Graal Literary Agency and Wolf Literary Services LLC, USA

All rights reserved

Copyright © 2017 for Polish edition by Wydawnictwo Kobiece,

an imprint of ILLUMIN ATIO Łukasz Kierus

Copyright © for Polish translation by Monika Wiśniewska

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2017

ISBN 978-83-65506-79-5

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: redakcja@wydawnictwokobiece.pl

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com