Wydawca: Wielka Litera Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Dysforia. Przypadki mieszczan polskich ebook

Marcin Kołodziejczyk  

3.66666666666667 (18)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 207 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dysforia. Przypadki mieszczan polskich - Marcin Kołodziejczyk

Gorzka, przenikliwa, zabawna, świetnie napisana książka.

                                                                                  Hanna Krall

O powstankach warszawskich i ich zszarzałych parasolach po mężach.

O budowlańcu wykończeniowym, który miał wszystko, co się miewa.

O średnim pokoleniu, któremu najtrudniej zrozumieć istotę Boga jako trzech osób, oraz że ceny żółtego sera szybują powyżej baleronu.

I o reporterze, bez którego świat pozostanie nikomu nieznany.

Nową książką Marcin Kołodziejczyk potwierdza, że jest dziś jednym z najlepszych i najbardziej oryginalnych obserwatorów rzeczywistości, a szkoła polskiego reportażu, znaczona nazwiskami Wańkowicza czy Krall, ma godnego następcę w nowym pokoleniu.

Kołodziejczyk zagląda do mieszkań naszych sąsiadów, siada na ławce w parku, w poczekalni, pubie. Z podsłuchanych rozmów na korytarzu, na balkonie i przy świątecznym stole tworzy portrety – typy mieszkańców wielkich miast: przyjezdnych i autochtonów, z pokolenia przedwojennego i tych najmłodszych.

Piętnaście opowieści, które składają się na Dysforię przedstawiają ludzi w różnych „miejskich fazach życia”, ich emocje, problemy, rejestrowanie codzienności i odbieranie drugiego człowieka. Co odkrył pewien „metrobudowlaniec”, wynajmujący pokój u dawnej „powstanki warszawskiej”? Czym żyją lokatorzy nowego apartamentowca, zbudowanego tak, że łatwo wzajemnie się podglądać? Czego naprawdę życzą swej bogatej i odnoszącej sukcesy „przyjaciółce” jej koleżanki, analizując jej kłopoty w małżeństwie?

Autor opisuje biedę i bogactwo, głupotę i swego rodzaju mądrość, butną młodość i mało rozumiejącą starość, podsłuchując swe postaci tyleż przez niewidoczną ścianę, jakby był gdzieś tam i słyszał, co od najbardziej osobistego, intymnego środka. Jego Polska jest tyleż barwna, wkurzająca, dramatyczna i absurdalna, co prawdziwa do bólu.

Inteligentna, ale też cierpka lektura, którą powinno się czytać na osobności – grozi niekontrolowanymi wybuchami śmiechu i zakłopotaniem, bo na każdej stronie znajdziemy kolegów z pracy, kogoś z rodziny i siebie samych.

Fragmenty

To jest miasto, tu ludzie robią sobie nawzajem krzywdę, jeśli się zbyt do siebie zbliżą.

Całe życie się zastanawiam, jak to jest, że po siódmym półlitrowym piwie nie chce mi się sikać, tylko chce mi się płakać. Kto ze mną pił, ten wie. Jakoś woda się musi we mnie źle przemieszczać, czy coś, bo co innego?

Posłuchaj mnie, ty Halinko Kiepska, ty płyto paździerzowa, mówię szeptem, Sandy nie spadła z żadnego krzesełka u mojej mamy! Spadła! Nie spadła! Spadła, nabiła siniaki, będziesz miał kłopoty, przygotuj się! Niestety, nie spadła, siniaki ma od ciebie!

Opinie o ebooku Dysforia. Przypadki mieszczan polskich - Marcin Kołodziejczyk

Cytaty z ebooka Dysforia. Przypadki mieszczan polskich - Marcin Kołodziejczyk

witamy wśród żywych. Halina Wielkidzień zdejmuje buty, kładzie je równo koło kocyka i idzie pomoczyć dolne kopyta. Włos tłusty, dodatkowo spocony, a wiatr zgasł; będzie się szło z takim kocmołuchem do domu, będzie się człowiek rozglądał, czy go ktoś nie widzi. Halina, weź popatrz się!, drę się do niej, bo Dżesika weszła w wodę za daleko za kaczkami i tak dziwnie przechyla się na bok. Patrz się!, i pokazuję Halince palcem, bo mała faktycznie traci grunt. Lutek Gołębiarz budzi się, robi daszek z ręki nad oczy i mówi: nieciekawie. Ja widzę, że Halina to widzi, ale nie rozumiem, dlaczego ciągle będzie stać, będzie podwijać sobie nogawki u spodni. Kończą się żarty, zrywam się na równe i drę się do Haliny: no zapierdalaj po nią, kurwa! Ona
Poczytajcie Biblię, Józef z Nazaretu jest mężczyzną na wskroś nowoczesnym, artefaktem współczesnego ideału ojca. Ma on dwóch synów z poprzedniego małżeństwa. Przygarnia młodą kobietę, która zachodzi w ciążę. Jednak szybko okazuje się, że ta kobieta jest w ciąży z kim innym, Józefa swędzą rogi i chce się rozwieść, ale tego nie robi, kobieta jest urocza i bezbronna. Jest więc prawdopodobnie Józef wystarczająco głupi. Ale Józef ma też lepsze zalety, otóż zarabia na rodzinę jako jedyny żywiciel i przez całą Biblię nie odzywa się ani słowem. Jest więc wzorem męstwa oraz paradygmatem ojcostwa, które się do niczego nie wtrąca. Należy zatem przyjąć, że sędzie rodzinne kierują się silnie chrześcijańskim systemem wartości. Jednak wy uważajcie na mnie, bo gdy wybuchnę, was wszystkich splamię czerwienią, jednak nie odkupię waszych krzywd.
Maciek pozdrawia dziewczyny butelką wina wznoszoną do ust jak trąbka, one biją mu brawo ze swojego balkonu i krzyczą uuuuu! Nie zapraszają go jednak, a on też by nigdy nie poszedł, bo to jest miasto, tu ludzie robią sobie nawzajem krzywdę, jeśli się zbyt do siebie zbliżą.

Fragment ebooka Dysforia. Przypadki mieszczan polskich - Marcin Kołodziejczyk

Nie mogę z tobą rozmawiać,

bo mam spóźnione rejsy.

(kapitan żeglugi wiślanej w Płocku

do telefonu komórkowego)

DEMOGRAFICZNY

W październiku oddali nowy blok w Warszawie-Tarchominie; Maciek się wprowadza.

Blok jest ciekawy, ma amfiteatralne podwórze otwarte na parkingi, od siódmego piętra do ósmego elewację pokrywają panele z szarego lastriko, udanie imitującego drogi granit jeśli patrzeć z poziomu ulicy. Piętra siedem i osiem to lokale droższe, chociaż mniejsze, zachwalane przez dewelopera jako deluxe; kwestia starannego wykończenia klatki schodowej welurową, nie papierową tapetą. Niektóre z widokiem na Wisłę.

We Wszystkich Świętych Maciek wprowadza się na szóste piętro z widokiem na parking, już pierwszego wieczoru wychodzi na balkon z piwem i odkrywa tam składany leżak plażowy z podstawką pod napoje dla praworęcznych; wiatr wieje umbrą iłowatą do pokrywania paneli cegłopodobnych na fasadach planowanego poziomu usługowego o tymczasowej nazwie galeria zero. Pachnie mokrym tynkiem.

Podobno są osoby, które kupiły w tym bloku po kilka mieszkań, a teraz je łączą, wykuwając dodatkowe drzwi w ścianach, kują dniami i nocami, troszkę hałasują; wśród tych osób są głośne nazwiska ze świata rozrywki, twierdzi pogodna dziewczyna w biurze sprzedaży mieszkań. Nosi na piersi plakietkę z napisem Jasmina Z. w czym mogę pomóc?, ponieważ ma prawo chronić swoje dane osobowe zgodnie z ustawą o ochronie danych osobowych. To będzie gorący adres, mówi Z.

Wygląda to jednak na humbug, bo wszędzie cisza i ciemność.

Wszystkie okna bloku, reklamowanego przez dewelopera jako Wierzba Chopinowska Ostoja Spokoju W Morzu Zieleni Tak Cicho A Tak Zdumiewająco Blisko Centrum Miasta, a przede wszystkim reklamowanego wcale nie jako blok, tylko apartamentowiec waloru prestige, tchną spokojem pustostanów z powodu kryzysu ekonomii, w który uwierzyli ludzie. Przyszłość przedstawiana jest w telewizji rozważnie, jako zarys przyszłości.

W dole, w błocie planowanego trawnika, widać koncepcję fontanny.

W oddali, w krzakach za parkingiem, rysuje się kontur przyszłego śmietnika.

Ta interesująca para wprowadza się przed świętami bożonarodzeniowymi.

Wieczorem Maciek wychodzi na balkon z piwem, a na balkonie tego samego piętra, ale w skrzydle A, pod kątem prostym na lewo, stoją oni; objęli się i milczą, patrzą na budowę w dole, gdzie porzucony na święta spychacz. Nie reagują na skinienie głowy ani na dobry wieczór, czyli to nie cudzoziemcy. Przegrywają przy pierwszym wrażeniu.

Wyróżnia ich patos założycielski; objawia się w patrzeniu przez człowieka na wylot.

W każdym razie nie wyglądają na artystów ani narkomanów, uważa Maciek, raczej na wierzącą ludność napływową, stojącą przed życiową szansą w wielkim mieście. Będą się brali z miastem za bary, będą walczyć z miejscowymi o biurowe posady, bo ciepła praca pod dachem jest odwrotnością pracy w polu; a najlepszym spośród miejsc zadaszonych jest bank, najlepszym zawodem starszy specjalista, a niezawodny samochód to kilkuletni niemiec. Potem zapewne zbiorą pieniążki po rodzinie i dołożą sobie do nowego niemca, którego będą utrzymywać w ciągłej czystości; na tylnej półce za szybą położą pudełko z chusteczkami higienicznymi Kleenex.

Będą zajadli w dążeniach, myśli Maciek, do krwi ostatniej.

Któregoś dnia Maciek sięga niechcący ręką z lewej strony leżaka na balkonie i namacuje uchwyt, a obok drugi; pociąga i rozkłada sobie oparcie. Pociąga i rozkłada podnóżek. W pozycji półleżącej Maciek trafia wzrokiem akurat na przerwę między poręczą a murem balkonu. Sprawdza prawą ręką zasięg do stolika z piwem i łuk ruchu unoszącego butelkę do ust; jest nawet wygodniej niż przy siedzeniu. W przerwie pod poręczą widać, jak sąsiedzi froterują podłogę nogami; zaczynają spod ścian, drobią do środka pokoju, każde na swojej szmatce, a mijając się, dają sobie buziaki.

Na święta znikają gdzie indziej, pewnie u ojców, uważa Maciek. Chopinowski prestige znów pogrąża się w ciemności, lokatorzy wyjechali do rodziców po schab ze śliwką i sałatkę jarzynową, niektórzy po jajka i piszingery, przypuszczalnie nawet po całe pół świni do zamrożenia na później, gdyby na Warszawę spadł nagły głód. Śnieg pada na brezentowe banery Sprzedam, rozwieszone w kilku oknach przez kryzys.

Fontanna w dole nabiera kształtów greckiej ruiny; leżące kolumny jońskie.

Maciek stoi na balkonie w narciarskiej czapce z pomponem; całkiem pijany. Dzwoniła matka, ale nie odebrał. Dzwoniła jeszcze kilkadziesiąt razy, namawiała też wujenkę do dzwonienia, ale udał, że nie słyszy. Gniewają się, nieważne o co, ale na poważnie.

W sylwestra z apartamentowca leci w niebo Tarchomina zaledwie parę bengalskich ogni, tych skromnych, i kilka kurew, bo ktoś się poparzył bengalem. Leci cichy, kobiecy lampion chiński; słychać też kobietę, która jęczy pornograficznie w skrzydle A, bardzo przesadnie, pewnie to najpierwsza faza zakochania. Amfiteatr niesie dźwięki oklasków Maćka, ale kobieta wcale nie cichnie speszona; ona wręcz się wzmaga.

Przychodzą do Maćka esemesy, w gruncie rzeczy ten sam esemes kopiowany i rozsyłany tego roku przez wszystkich znajomych: oby magiczna moc wigilijnego wieczoru niosła Wam spokój i radość; niech Nowy Rok będzie jeszcze ciekawszy od mijającego.

Maciek wyłącza komórkę, zakłada kurtkę puchową, ustawia leżak na siedząco i patrzy w krzaki za parkingiem, gdzie opóźnia się budowa śmietnika. Dalej widać nowy billboard, na którym deweloper zapowiada budowę Ostoi Chopinowskiej II; sto pięćdziesiąt lokali mieszkalnych mimo kryzysu.

Sięga ręką i leżak opada do leżenia; sięga znowu i lekko się unosi. Nogi zakłada wysoko na poręcz balkonu, ale się orientuje, że może pobrudzić nowiutki tynk. Nie umie znaleźć dla siebie miejsca. Niby teraz człowiek taki silny, świadomy i samostanowiący, a stadny, i ściska go coś w gardle, gdy mowa o Bożym Narodzeniu; niech każda chwila świąt żyje własnym pięknem przepełnionym spokojem. Maciek wyłącza dźwięk w telefonie.

Ciekawe, czy będzie spożywczy nocny na poziomie galeria zero.

Państwo Obok wracają na początku stycznia, przywożą rzutnik multimedialny.

On montuje rzutnik pod sufitem salonu, ona biega z mopem; musi być szczęśliwa, bo jej się twarz nie zamyka. On na drabinie i ustawia precyzyjnie parametry wizjofonii. A jej się gęba nie zamyka, gdy rzuca się po mieszkaniu, szukając optymalnej ekspozycji dla reprodukcji tego hochsztaplera Warhola – tej z zupą pomidorową. Nie zamyka się, każąc robotnikom tańczyć z białą skórzaną kanapą po pokoju. Jest władcza, widzi Maciek, ma pewnie papiery magistra z płatnych studiów w dziwnym kierunku.

Wieczorem Obok siedzą na kanapie, oglądając Dirty Dancing w wymiarze całościennym; on się zaśmiewa i podryguje, bo najwyraźniej to dla niego film kultowy, przywodzący na myśl licealne konteksty; ona szydełkuje z szarej wełny i od czasu do czasu mierzy na nim długość. Popijają nalewkę z kieliszków naparstków. On się rozochoca, zawiesza rękę nad jej piersią i dostaje w tę rękę klapsa. Wszystko świetnie widać. Pomidorówka nad głową, biel kanapy i brak firanek sugeruje, że to państwo nowocześni, choć niepewni siebie, czyli w sumie przeciętni. Może jeszcze nie do końca umeblowani.

Maciek wychodzi z balkonu po czwarte piwo do lodówki.

Mieszkanie ma w standardzie apartamentów nadmorskich do wynajęcia. Wyposażone w automatykę do prania, gotowania i zmywania, lodówkę z kostkarką do lodu, sztuczną roślinność, regał z kompozytu i nawet bidet obok klozetu. Szafki nad zlewem w kuchni są minimalistyczne; otwierają się cicho po naciśnięciu drzwi, zawierają zestaw sztućców na sześć osób, czterdzieści kieliszków do wódki i dwadzieścia ozdobnych do wina, kubki z arcorocu, jedną patelnię, jeden garnek, rondelek, nóż do chleba i rzeźnicki, tłuczek do mięsa, drewnianą łychę, packę do przekładania smażeliny na drugą stronę, minutnik w kształcie jajka i spis tych rzeczy przyklejony od wewnętrznej strony szafki.

Pod koniec stycznia Maciek trzyma już większą ilość piwa na balkonie, bo mróz i nie trzeba chodzić do lodówki, tracąc aspekt frapujących ludzi z balkonu obok. Oczywiście w zamian daje im siebie do oglądania, widzą go, ale zdaje sobie sprawę, że jest nieciekawy; ciągle leży i sięga, leży i sięga, modyfikuje kąty leżenia na leżaku. Słyszał przez otwarte drzwi ich balkonu, że mówią o nim hibernetyk i obliczają z danych, ile zdoła wytrzymać na mrozie. Być może są więc wykształceni ściśle.

Maciek wie, kiedy pani Obok nie ma w domu, ponieważ jej mężczyzna ogląda wówczas pornosy z rzutnika. Kiedy wychodzi na balkon i widzi siedzącego na leżaku Maćka, mówi wesoło „dobry wieczór” i unosi swoją puszkę piwa w ponadwerbalnym uznaniu szacunku i wspólnoty doświadczeń. Chyba się mnie boi, myśli Maciek. Potem pan Obok stoi oparty dłońmi o poręcz balkonu, trochę się kiwa i robi miny; przywodzi na myśl przemówienia Mussoliniego lub kogoś, kto będzie wymiotował w kierunku fontanny i porzuconego na dziedzińcu spychacza. Przed kilkoma dniami ciężarówka przywiozła drzewka i elementy placu zabaw dla dzieci, które również mogłyby zostać obwymiotowane.

Maciek też rzuca czasem plemienne: oby nam się, albo: myk, myk, myk, a sąsiad zdradza oblatanie w rytuałach ludzi pływających, wołając: razem, razem, będzie mniej! Mówi też, lekko dudniąc, że koniecznie trzeba się spotkać i oblać mieszkania.

Śpiewa o umrzyka skrzyni i stopach pod kilem; ale mówi, że jest spod Siedlec. Po chwili poprawia się, że to znaczy właściwie pochodzi z samych Siedlec. Znaczy nie z centrum miasta, tylko z blokowisk z lat osiemdziesiątych; chciałby uchodzić za kogoś w rodzaju zioma z ławkowskiej, rozszyfrowuje go Maciek. Tymczasem głowę ma szeroką, spuchłą, żytnią, niezdrowe wypieki wysokociśnieniowe na policzkach; miły wujo czerwononosy, marynistyczny, typ znany powszechnie, orientuje się Maciek. Małżonkę pewnie zapoznał na gitarowych oazach w diecezji, uważa; ona grała z ogniem hosanna na wysokości, na pewno z tym takim harcerskim biciem w struny, a on, sąsiad, zdaje się ujrzał jej skrzydła w poświacie z reflektora. Od tej pory na zmianę holują się po mieliznach.

Fakty są takie, że sąsiad brawurowo miesza piwo z wódką i winem na swoim balkonie; wtedy jego odwaga nie zna granic i sąsiad pstryka przez balkon zapalonymi zapałkami w kierunku spychacza; albo robi samoloty z papieru, podpala je i też wyrzuca przez balkon.

Ale pani Obok wyjeżdża rzadko, a gdy jest na miejscu, pan Obok wstydzi się w ciszy.

W marcu do skrzydła B wprowadzają się dwie ładne dziewczyny, które chyba nigdy nie trzeźwieją. Urządzają nocami wiosenne bachanalia według żeńskiego prawzoru płodnej ziemi i wilgotnego grobu, takie z bieganiem nago po balkonie, tańczeniem z rękami we włosach i wymiotowaniem na trawę po trawie. Uuuuu!, pokrzykują w stanikach. My tu jesteśmy same dziewczyny!, krzyczą w dół do ochroniarza, kiedy im każe wreszcie się zamknąć; ochroniarz, chociaż młody, nie ma pojęcia, co zrobić z tym rozwydrzeniem, z tym nadmiarem sił rozrodczych. Panie zamknąć mu się nie chcą, mimo munduru; kuszą, zapraszając do siebie na drinka.

Wiedzą, że nie przyjdzie, więc go zapraszają; wymyślają mu, że nie ma jaj. Ogórek byłby lepszy od ciebie, wołają dziewczyny, nawet arbuz. Stoi z zadartą głową i uśmiecha się; archetypalny dureń spoza linii średnicowej, uważa Maciek. Dziewczyny robią durniowi nowoczesne girl power, a ochroniarz nie wie, jak się do tego odnieść; rzut przez bark, subiektywny pojedynczy nelson z blokadą łokcia by umiał, ale psychologii za grosz. Są skargi na skuteczność ochrony w Wierzbie Chopinowskiej, jednak lepsza byłaby droższa. Nosiłaby broń gazową i ładniejsze mundury, ale jest kryzys.

Maciek pozdrawia dziewczyny butelką wina wznoszoną do ust jak trąbka, one biją mu brawo ze swojego balkonu i krzyczą uuuuu! Nie zapraszają go jednak, a on też by nigdy nie poszedł, bo to jest miasto, tu ludzie robią sobie nawzajem krzywdę, jeśli się zbyt do siebie zbliżą. Przy piciu jest nawet-nawet, mówią sobie butnie, kim będą w życiu i za ile miesięcznie, i czym będą jeździć. Są genialni i pomysłowi. Na trzeźwo żalą się, kim nie są i prawdopodobnie nigdy już nie będą. Smucą się i płaczą, że czas im przecieka albo że inni w ich wieku zaszli dalej i więcej zdobyli; i patrzą, jak zepchnąć innych w dół, żeby każdy mógł żałować każdego po równo, bez wywyższania.

Maciek trąbi butelką na balkonie, dziewczyny krzyczą uuuuu! i trąbią swoimi.

On ma swoje ambicje, one na pewno mają swoje.

Pijący mają największe ambicje zawodowe, dowodzi Maciek, ponieważ nigdy nie mogą ich zrealizować, ponieważ piją tym więcej, im bardziej boją się utraty pracy na rzecz niepijących kolegów, których jednak podejrzewają o ciche picie, palenie zioła, przemoc domową, homoseksualizm, a przynajmniej fascynację astrologią. W każdym razie o coś przyziemnego. Inaczej się w mieście nie da; dlatego Maciek nigdy nie poszedłby do tych dziewczyn z balkonu skrzydła B.

Wiosną przez otwarte okna mieszkania dziewczyn wydobywają się jęki i krzyki; soprany i basy. Niosą się w akustyce amfiteatru i pobudzają wyobraźnię. Potem dziewczyny w szlafrokach palą papierosy na balkonie i rozmawiają przyciszonymi głosami.

Jestem lokatorką, mniejsza o nazwiska, mówi w czerwcu pani Obok na inauguracyjnym walnym zebraniu wspólnoty mieszkaniowej chopinowskiego apartamentowca. Kwestią wydaje się raczej, mówi, czemu palą się nocami światła w ciągach wspólnych, takich jak klatki schodowe i garaże? Jakie jest, pyta, po temu uzasadnienie? Warto postawić z tego miejsca pytanie, czy stać nas na taką marnację energii. Czemu ciepła woda wychodzi u nas w bloku najdrożej w całym mieście, pytam się?

Kto wydrapał na ścianie szwedzkiej windy słowa: Legia, Bóg, Honor i Ojczyzna?

Kto powinien pilnować, aby tak się nie działo?

Czy państwo się godzicie na funkcjonowanie agencji towarzyskiej w skrzydle B?

Może państwo mieliście agencję towarzyską wyszczególnioną w prospekcie osiedla na etapie sprzedaży lokali? Bo ja nie, mówi pani Obok i spogląda na męża, w każdym bądź razie ja sobie nie życzę. To znaczy my z mężem, poprawia się. A pan Obok podnosi się i mówi tak jest, bezsprzecznie, przedyskutowaliśmy to z żoną i to jest nie-do-pu-szczal-ne. On każde zdanie zawiesza na słowach tak, że: nie jesteśmy tu przecież, proszę państwa, jaskiniowcami, tak że... Ale może ktoś jest, to ja bardzo przepraszam, ale my z żoną nie, tak że... Jej orężem są pytania retoryczne: czy tylko my z mężem jesteśmy tutaj ludźmi po studiach? Mam odpowiedzialną pracę i nie będę tolerował ekscesów, tak że...

Maciek nie musi chodzić na walne, to nie jego sprawy, ale idzie poobserwować ludzi.

Pan Obok, uważa Maciek, okazuje się kołtunem. W dalszych jego słowach na zebraniu wspólnoty dostrzega się potrzebę intymności, tak miłą przy oglądaniu pornosów. Obok bardzo dużo mówi o przywileju odpoczynku we własnym mieszkaniu, na które sobie zapracował ciężką pracą w biurze; nie mówi, jakim biurze.

Natomiast jego żona pracuje w straży miejskiej – służbowo nieumalowana, włosy w kok i nie zdjęła czapki na czas walnego; nie służbowej, tylko beretu z wełny. Lat około po trzydziestce, średnia budowa, nie gestykuluje. Twarz skalista; nerwowy tik powieki. Jej mąż zaś, kiedy się przyjrzeć dokładniej w świetle jarzeniowym, twarzą omsknięty jest o pół chromosomu od zespołu Downa, tak że... Ale może jedynie chcieliby przejąć władzę w zarządzie wspólnoty i słowotok jest ich taktyką?

Na koniec zebrania strażniczka miejska zgłasza postulat niebudowania placu zabaw dla dzieci na trawniku wokół greckiej fontanny. Powołuje się na wymagający charakter pracy swojej i męża, w nienormowanych godzinach, z jedyną możliwością odpoczynku w sobotnie rana, a wtedy właśnie dzieci drą się najgłośniej.

Miejsce dzieci jest w trzecim świecie, przytakuje uśmiechnięty starszy pan z siódmego piętra deluxe, miły i elegancko ubrany na miarę nowego porsche niemieszczącego się na pojedynczym miejscu parkingowym w garażu. Pan ten ciągle obciera samochód o ściany albo porzuca w poprzek garażu, aż człowiek zaczyna podziwiać tę nonszalancję.

To samo tyczy psów, rzuca Porsche z uśmiechem, miejsce psów jest na wsi.

Oczywiście, mówi przypochlebnie ładna dziewczyna z bachanaliów balkonowych.

Ubrała się w dresy, niby że prosto z biegania lub na bieganie, obcisła lycra. A ten starszy gość nie zaprząta sobie nią głowy, ani mu oko nie drgnie w jej kierunku, chociaż jeszcze alkohol jej nie nadgryzł, zaledwie spatynował, i ona jeszcze powinna chodzić wysoko na giełdzie towarzyskiej Warszawy. Jest chłodny, jakby miewał najlepsze; ona się może w niego wpatrywać, jeśli chce, jednak bez rezultatu. Ale to wszystko jest taka gra, która się nazywa gra w niełatwość; Maciek często widuje te gody na planach filmowych. Cyniczny żart się kiedyś opowiadało, że nawet jak trzy razy wprowadzisz do kogoś błędny pin, to potem i tak będzie puk; stosunek międzyludzki. Bardzo stary żart z lat dziesiątych.

Staje na tym, że dzieci i psy są niemile widziane we wspólnocie. Maciek też tak uważa.

Jesienią Maciek, który jest na razie asystentem scenografa przy fabułach i reklamach, ale myśli w przyszłości o własnej pracowni scenograficznej i profesjonalnej wypożyczalni sprzętu oświetleniowego, kiedy skończy się kryzys, wraca z planu średniobudżetowej komedii kryminalnej o Polakach na Majorce. Niewymagająca fabułka, mało roboty, pięciogwiazdkowy hotel, zapierające dech morze whisky i miły diler Eugenides. Jedna ćwierćfilozoficzna dyskusja ze wschodzącą gwiazdą filmu, która sama puka do pokoju asystenta scenografa omówić krój butów, a schodzi im się na opowieści z dzieciństwa i czy warto jest robić coming outy w dzisiejszej Polsce.

Homoseksualne, pyta Maciek, czy pochodzeniowe?

Ogólnie, mówi odtwórca roli, demograficznie.

Nieważne; wschodzący uważa, że nie warto comingoutować się w dobie kryzysu, gdyż nigdy nic w życiu nie wiadomo – raz kasę w kinematografii dzielą faceci, a raz laski. Raz geje, raz gejki; coraz częściej faceci geje, bo wśród gejów też istnieje dyskryminacja płciowa. Poza tym dowiedziono w badaniach, przekonuje, że gdy kończą się pieniądze w gospodarce rynkowej i ludzie biednieją, wraz z pieniędzmi kończy im się tolerancja na gejów, mniejszości narodowe i przyjezdnych ze wsi.

Złoty środek, Maćku, mówi, paląc dżointa, najbardziej opłaca się tajemniczość.

Maciek międli więc coś o asertywności, nie chcąc przyznać rozmówcy racji ani też nie zamierzając mu jej definitywnie nie przyznawać. Jak zwykle udaje mu się nie wyrazić poglądu. Czyli normalna gadka w branży pasącej się na uczuciach widza.

Potem oglądają we dwóch Wołka i Zajeca, bo hotel ma kanał rosyjski na kablu.

Maciek po przyjeździe do Warszawy stoi z dżointem na balkonie, ciekawy, co tam obok.

Oni tam sobie oglądają z rzutnika zdjęcia z wakacji w Egipcie – można się zorientować po piramidach i wielbłądach. Ciepło, okna pootwierane. Na białej kanapie kilka osób je czipsy z bliskowschodniej salaterki i słone paluszki. Strażniczka miejska stoi przy ścianie ze zdjęciami i operuje objaśniającym światłem lasera; wielbłąd Tomka opluł, mówi.

Salon tupie z uciechy, bije brawo, pan Obok wstaje z krzesła i kłania się zebranym jak hurgadzki król festynu. A Bożenka, mówi, była bardzo dzielna, gdy się zatruła.

Zemsta faraona, rozpoznają zebrani i kiwają głowami, bo słyszeli o zatruciach w Egipcie.

A tu połykacz ogni, mówi Bożena ze straży, zmieniając fotografię. Zaklinacz węży, mówi także. Etatowy żongler z hotelu. To sprzedawca klapków. Biedny kulis pogryziony przez rekina żebrze. Animator dziecięcy po polsku. Lewy sfinks i prawy. Mumia, która ożywa za dwa euro, taki automat. Maska trędowatego. Tu Tomek je krokodyla. Tu nasz pokój, piętrowy; góra zielona, dół różowawy, dość czysto jak na Egipt.

Maciek nie potrafiłby już teraz jednoznacznie, o tej porze i w ogóle, powiedzieć, skąd się wziął ten dżoint, kto mu polecił tego fajnego dilera ze śródmieścia, ani tym bardziej, czym on to nasącza, ani kto jest aktualnie papieżem; tylko jedynie to jedno, że dostał chmurę pod włosy. Kładzie się na zakurzonym leżaku balkonowym; wyciąga rękę do regulatora położenia oparcia i przekonuje się, że się popsuł; wyrobił się od używania. Prawa ręka natomiast działa bez zarzutu, podaje piwo do ust pewnym ruchem po łuku.

Radioaktywność, szarpanie dźwiękochłonne, jak mawia kolega fotograf; śmiech i sen.

W grudniu pusto w bloku; święta all inclusive u rodziny w powiecie pochodzenia.

Schab ze śliwką, sałatka jarzynowa, keks orzechowy; wałówka do domu. Obok przytyją. Maciek z dżointem na balkonie, na miłym mrozie, w czapce z pomponem; matka znów dzwoniła, ale nie odebrał; ostatnio, kiedy się słyszeli, naopowiadała mu przykrości, że z niego kalacz gniazda i artystowski ponurak. Że jej nie odwiedza, że nawet nie widział wnuczka swej przyszywanej cioci Janinki.

Że w mieście na rynku zbudowali za unijne fontannę w kształcie kuli.

Państwo Obok spod Siedlec lub z Siedlec, Bożena i Tomek, kupili jesienią w markecie stolik, dwa fotele i kaloryfer balkonowy na prąd, i to wszystko stoi teraz samotne na ich balkonie. Mrozoodporne, żeliwne, szklany blat, dwadzieścia razy raty zero procent; były reklamy wkładane do skrzynek pocztowych w bloku.

Dziewczyny ze skrzydła B rozeszły się, jedna poznała faceta na poważnie. Maciek wie to z żywego portalu plotkarskiego, jakim jest kawiarnia na placu Zbawiciela, chociaż trzeba przyznać, że to nie to samo, co dziesięć lat temu na placu Trzech Krzyży; gdy latem, wśród plastikowych krów naturalnej wielkości, które zalały miasto jako city art, można było w kawiarni zamieszkać, urodzić się i przeciwnie, znaleźć pracę w szołbizie i stracić, jak też ustawić się na resztę życia z panienką po odwyku, która akurat miała miesiąc marzeń o rodzinie w staromodnym stylu.

Najechało się barachła, mówi Maciek, to już nie to samo miasto.

Na balkonie dziewczyn wisi baner o sprzedaży mieszkania.

W styczniu skołtuniony pan Porsche zapytuje Maćka w windzie o pożyczkę w kwocie dziesięć złotych lub pięć. Jest uprzejmy i chyba usposobiony płaczliwie. Niebywale to zdumiewające, aż się prosi o dwie dychy. Maciek daje dwie, drzwi windy otwierają się, oczy starego jaśnieją przez sekundę światłem z jarzeniówki energooszczędnej. Porsche wybiega z lobby apartamentowca. W ciągu handlowym ground zero jest spożywczy, pan Porsche tam się właśnie udaje na niepewnych nogach w dobrych butach. Jego miejsce parkingowe opustoszało. A Maciek akurat po chleb i ser bułgarski, bo ma fazę niepicia. Porsche biegnie, więc jest szybszy, Maciek niesie bułgara, gdy tamten już przemawia jak prokurator do kamery blokowego monitoringu, do ochroniarza, proszę mi natychmiast otworzyć, bo zapomniałem kodu dostępu do klatki schodowej; jednak ochroniarz udaje, że go nie poznaje i każe mu się rozejść, choć Porsche jest sam.

Stoi, w kieszeni chowa cztery jednołykowe małpki wódki.

Zabawne qui pro quo, mówi, uśmiecha się i daje Maćkowi wpuścić się do klatki.

Zabawne, uważa Maciek, jak szybko uśmiech pana Porschego stracił cały czar.

A z innych obserwacji, gdy w milczeniu jadą na górę windą: nie udało się wspólnocie mieszkańców ustrzec szwedzkiej windy; porysowano ją nożem, zbito lustro, oblepiono reklamami agencji towarzyskich z Białołęki i Bródna oraz limuzyn z kierowcami topless do wynajęcia na wieczory przedślubne.

W krótkim czasie później Porsche całkiem upada i zanika.

Jego lokal deluxe zajmuje Fred Legionista, weteran Żylety i meczów wyjazdowych.

Latem, po ponad roku obserwacji, państwo Obok powszednieją Maćkowi.

Twarz Bożeny deformuje się starczo, widać to w bruzdach biegnących od kącików ust w kierunku nosa. Można też uznać, gdyby się ją lubiło, że nabiera rysów zdecydowanych i dojrzałych. Bożena nie rozpuszcza blond włosów, zbiera je gładko po czaszce w koński ogon. Tomek łysieje plackowato i ciastowato mięknie; nosi okulary fotochromatyczne. W niedziele i długie polskie weekendy Obok już nie wyjeżdżają z miasta.

Popadają w rytualność zachowań, uważa Maciek, linieją w gnieździe.

Widzi, gdy rano wychodzą w szlafrokach na balkon, niosą dzbanek z kawą podgrzewany od dołu ogniem ze znicza, jajecznicę i croissanty, bo kajzerek, a nawet bułeczek, już się w miastach nie sprzedaje. Ekspedient w spożywczym na poziomie zero nie rozumie słowa kajzerka. Obok siedzą długo na balkonie w ogrodowych fotelach, zasłonięci Gazetami Wyborczymi. Czytają, milczą. Czasem chrząkną znacząco do tekstu. Albo parskną. Gdy wydarzy się w gazecie coś niesłychanego, nachylają się do siebie i trzepią otwartą dłonią w płachtę papieru dla podkreślenia; ale to naprawdę niesłychana rzadkość.

Jesienią Tomek rozpoczyna wyprowadzanie na spacery pieska rasy yorkshire terrier, który, gdyby mu pozwolić, polowałby na szczury, które wyłażą z rynien odpływowych w garażu podziemnym, mówi pan Obok w windzie. Ale, mówi także, gdyby go spuścić ze smyczy, natychmiast wpadłby pod koła, bo nie jest za zbytnio mądry.

Ma krew medalistów, chwali się Obok pieskiem w windzie.

Na jesiennym walnym zebraniu wspólnoty staje kwestia natychmiastowej deratyzacji Wierzby Chopinowskiej oraz czy można by przeprogramować pilota do garażu w taki sposób, żeby nie dało się wjeżdżać wyjazdem i wyjeżdżać wjazdem; ponieważ nie tak dawno na parkingu A1 Fred Legionista wpierdolił się, wedle własnych słów, motorem Suzuki Bandit na terenowy samochód Ukraińca, który chyba nie rozumie się na znakach. Nieprzyjemność, Ukrainiec w szpitalu, Fred czeka do sprawy, więc, czy można by piloty?

Ciąg dalszy w wersji pełnej

NASZA RODZINA

Dostępne w wersji pełnej

BOHATEROWIE WOJEN PSYCHOLOGICZNYCH

Dostępne w wersji pełnej

WIECZÓR POEZJI WSPÓŁCZESNEJ POD OKIEM ANIMATORKI KULTURALNEJ

Dostępne w wersji pełnej

SAM W DOMU

Dostępne w wersji pełnej

NIEDZIELA W SKARYSZEWSKIM

Dostępne w wersji pełnej

WELWETOWY I DZIEWCZYNKI

Dostępne w wersji pełnej

RUCH STOJĄCYCH TWARZĄ DO RZEKI

Dostępne w wersji pełnej

ZAGADKA INŻYNIEROSTWA DURST

Dostępne w wersji pełnej

GOŁĘBI ŻAL

Dostępne w wersji pełnej

CZY ROZMAWIAŁ PAN JUŻ Z MODESTEM?

Dostępne w wersji pełnej

KONDONIERZY

Dostępne w wersji pełnej

PANIKA WŚRÓD JÓZEFÓW

Dostępne w wersji pełnej

CZŁOWIEK, JAKIEGO NIE WIDZIELI

Dostępne w wersji pełnej

DYSFORIA

Dostępne w wersji pełnej

Projekt okładki

Ania Kowalska

Zdjęcie na okładce

Alamy/MJS

Zdjęcie autora

Radek Polak

Redakcja

Sylwia Bartkowska

Korekta

Krystian Gaik

Jadwiga Piller

Copyright © Marcin Kołodziejczyk, 2015

Copyright © Wielka Litera Sp. z o.o., 2015

Wielka Litera Sp. z o.o.

ul. Kosiarzy 37/53

02-953 Warszawa

www.wielkalitera.pl/

ISBN 978-83-8032-034-5

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl