Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Dylemat doktora Andersona ebook

Dianne Drake

3 (18)

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dylemat doktora Andersona - Dianne Drake

 

Mark Anderson, specjalista medycyny ratunkowej, nie chce dłużej zajmować się leczeniem ludzi. Marzy o tym, żeby zmienić zawód. Podejmuje się jednak ostatniego zadania: na prośbę przyjaciela organizuje w małym miasteczku szkolenie ratowników górskich, a potem ma zamiar rozpocząć nowe życie. Na kurs zgłasza się Angela Blanchard. Mark odrzuca jej podanie. Uważa, że nie spełnia kryteriów, ma za małe doświadczenie. Angela jest jednak bardzo ambitna i tak łatwo się nie poddaje...

Opinie o ebooku Dylemat doktora Andersona - Dianne Drake

Fragment ebooka Dylemat doktora Andersona - Dianne Drake

Tytuł oryginału: The Baby Who Stole the Doctor’s Heart

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2011

Redaktor serii: Ewa Godycka

Opracowanie redakcyjne: Piotr Goc

Korekta: Urszula Gołębiewska

© 2011 by Dianne Despain

© for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2012

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Znak firmowy Wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Medical są zastrzeżone.

Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o.

00-975 Warszawa, ul. Starościńska IB lokal 24-25

Skład i łamanie: COMPTEXT®, Warszawa

ISBN 978-83-238-8496-5

MEDICAL – 502

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Doktor Mark Anderson raz jeszcze spojrzał na podanie, które trzymał w ręce, odłożył je na bok, zdjął okulary.

– Nie będzie łatwo – westchnął. – Lubię ją, ale nie mogę jej przyjąć. Nie spełnia kryteriów, a w porównaniu z innymi kandydatami ma bardzo skromny dorobek.

Doktorzy Neil Ranard i Eric Ramsey wymienili spojrzenia, w których aprobata mieszała się z rozczarowaniem.

– Jasne, że jest nam przykro, ale rozumiemy, że ostatnie słowo należy do ciebie.

– Erie, ona jest twoją szwagierką, a zarazem serdeczną przyjaciółką żony Neila. Czuję ogromną presję – wyjaśnił Mark.

Pracę w White Elk odbierał jako przymus, trzymanie się zawodu lekarza w ogóle odbierał jako przymus. Wszystko robił pod przymusem i wciąż liczył czas do pożegnania się z medycyną, przeszłością, znajomymi. Ze wszystkim! Zostało jeszcze półtora roku.

Na razie jednak jest tutaj, więc musi się starać, choćby tylko dlatego, że ma wobec Erica i Neila dług wdzięczności. Więc gdy go poprosili o pomoc w zorganizowaniu szkolenia wysoko wykwalifikowanych ratowników medycznych, uznał, że nadarza się szansa rewanżu. Potem niczego więcej się nie podejmie.

Erie wzruszył ramionami.

– Wcale nie naciskamy. Angela jest świetną dietetyczką. Jest zaangażowana w program dla dzieci z cukrzycą. Zdajemy sobie sprawę, że nie ma tych kwalifikacji, na których zależy ci najbardziej. Ale ona chce się uczyć, skoro jednak uważasz, że się nie nadaje, to jasne, odrzuć jej podanie.

– Hm, taka decyzja wcale mnie nie cieszy, ale nie chcę mieć na karku kogoś, kto będzie opóźniał cały kurs.

– Nie chcesz jej mieć na karku? – zdziwił się Neil. -Nie uważam, żeby przebywanie z Angelą było jakimkolwiek obciążeniem.

Mark westchnął. To prawda, Angela jest śliczna. Filigranowa jak skrzacik brunetka o ciemnych oczach. Promienieje optymizmem. Słodka i pociągająca tak, że chciałoby się ją pocałować. Ale jemu to już nie w głowie.

– Chyba rozumiecie, o co mi chodzi.

– Nie zazdroszczę ci misji poinformowania jej, że odrzuciłeś jej kandydaturę – powiedział Neil, wstając.

– Też sobie tego nie zazdroszczę – mruknął.

Nie lubił takich sytuacji i starannie ich unikał, ale tym razem nie miał wyjścia. Na tym kursie nie ma miejsca dla Angeli. Dostał półtora roku na osiągnięcie celu, na który praktycznie potrzeba dwóch lat, więc Angela spowalniałaby ten proces. Ma związane ręce, mimo że sam je sobie związał.

– Przyjechałem do White Elk, żeby uczyć i szkolić, a nie zajmować się biurokracją.

Erie się uśmiechnął.

– Zapewniam cię, że Angela to coś więcej niż biurokracja. – Po tych słowach obaj lekarze wyszli z gabinetu, a on zaczął się zastanawiać, po jakie licho wdał się w ten kurs i dlaczego nie posłuchał intuicji i nie wyjechał od razu.

Nie doszedł do żadnych wniosków, ale też z obawy przed nimi nie bardzo się starał. Dokonał wyboru, podjął decyzję i się z tego nie wycofa. Tak, na półtora roku zmienił kierunek, ale potem…

Mimo że fotografia Sarah nie była dominującym akcentem na jej biurku, Angela spoglądała na nią często, nawet kilkanaście razy w ciągu godziny. Nikt ani nic tak nie przepełniało jej serca miłością jak córeczka. Zdjęcie z pierwszych urodzin Sarah budziło wspomnienia minionych burzliwych miesięcy: odkrycie, że jest w ciąży, odkrycie, że jej mąż nie chce dziecka ani żony, odkrycie na telewizyjnym kanale informacyjnym jego licznych romansów. Mimo to dzięki Sarah był to dobry czas.

– Doskonale dajemy sobie radę – zwróciła się do fotografii, po czym skoncentrowała się na programie żywieniowym dla Scotty’ego Baxtera.

Scotty miał siedem lat i cukrzycę niewyrównaną. Martwiła się o niego, tym bardziej że nie dostawał koniecznego wsparcia. Matka nagradzała go smakołykami, nigdy niczego mu nie odmawiała, a on stale domagał się słodyczy i nieodpowiedniego jedzenia. Pani Helen Baxter kochała synka tak mocno jak Angela Sarah, ale przejawiało się to przesadną pobłażliwością, żeby dziecku zrekompensować brak ojca. Angela dobrzeją rozumiała, czasami nawet dostrzegała to u siebie.

Pozwalała Sarah na różne rzeczy, bo ojciec ją porzucił, ale jej czasami nadmierna wyrozumiałość nie wyrządzała dziecku krzywdy. W przypadku pani Baxter było inaczej.

Angela była zła, że nie potrafiła przebić się do Scotty’ego ani do jego matki. Miała cichą nadzieję, że sytuacja się odmieni, gdy Scotty pojedzie na organizowany przez nią obóz dla dzieci z cukrzycą. Jeszcze tylko jedna przeszkoda, przedstawienie ostatecznego planu zarządowi szpitala, i będzie mogła zacząć działać.

Teraz musi się skupić na diecie Scotty’ego.

– Do roboty – mruknęła.

Ledwie otworzyła w komputerze tabelę indeksów glikemicznych, gdy ktoś zapukał do drzwi.

– Można? – spytał Mark, zaglądając do środka.

Ogarnął ją niepokój, bo sobie przypomniała, że się zgłosiła do jego programu. Bardzo jej na tym zależało, bo marzyła, by pójść w ślady siostry oraz wielu koleżanek. Żeby… wszystkim pokazać, co potrafi.

– Jasne, zapraszam.

Mark Anderson. Boski Mark Anderson. Na jego widok mogłoby jej zadrżeć serce, gdyby miała do tego głowę. Ale nie miała, mimo że powoli zapominała o przykrościach związanych z rozwodem. Prawdę mówiąc, mężczyźni jej nie interesują i nie ma ochoty się z nimi umawiać.

Teraz jest czas na samorealizację, na robienie tego, na co nie pozwalał jej Brad, na wzięcie losu w swoje ręce. Poza tym jest Sarah. Dopiero teraz poczuła, że żyje. Ma też świadomość, że obrała właściwą drogę. Więc nie pozwoli, by doktor Mark Anderson zburzył jej wewnętrzny spokój, chociaż może kiedy indziej…

Rzadko miała z nim bezpośredni kontakt, ale gdy ratował ją i Sarah z pociągu, na który zeszła lawina, traktował ją z wielką rezerwą, był wręcz gburowaty. Nie miała pojęcia dlaczego, ale nie zamierzała dociekać. Z drugiej strony, jej los jest teraz w jego rękach, a jej bardzo zależy na tym szkoleniu.

– Jaka zapadła decyzja? – wyrwało się jej, nim doszedł do jej biurka.

– Nie.

– Nie? – Zaskoczona aż zamrugała. – Powiedział pan „nie”?

– Tak jest.

– Czy to znaczy, że nie przyjmie mnie pan na ten kurs?

– To znaczy, że poszukuję ludzi z większymi kwalifikacjami. Przykro mi, ale nie spełnia pani kryteriów.

Chyba wcale nie było mu przykro. Sprawiał wrażenie obojętnego.

– Nie liczy się mój dyplom z dietetyki? Ani to, że prowadzę w szpitalu program dla dzieciaków z cukrzycą? Czy choćby to, że jeżdżę na nartach lepiej od niejednego instruktora?!

– To bardzo przydatne umiejętności. Wcale nie umniejszam pani zasług, ale nie ma pani kwalifikacji medycznych, a to jest podstawowy warunek. Kandydaci muszą mieć minimum kwalifikacji medycznych, a pani ich nie ma – powtórzył. – Czytałem pani podanie dwa razy, zastanawiając się, jak można by obejść wymagania stawiane innym. Ale to niemożliwe, bo gdybym zrobił wyjątek dla pani, musiałbym zrobić wyjątek dla kogoś innego, a przez to cały program by się… rozmył.

– Rozmyłby się? – Wstała od biurka. – Uważa pan, że by się rozmył przeze mnie?

– Może to nie najlepsze słowo – przyznał – ale oddaje moją myśl. Wiem, czego oczekuję od studentów, a pani tego nie ma. Przykro mi, ale moja decyzja jest ostateczna. Poza tym nie bardzo rozumiem, po co pani jeszcze ten program, skoro jest pani zaangażowana w tyle innych. Chyba się pani za bardzo rozdrabnia.

Odetchnęła głębiej, żeby się nie dać ponieść. To nie jego sprawa! Nie znał Brada, nie widział, jak Brad ją gasił za każdym razem, kiedy chciała wyjść z domu i zająć się czymś konkretnym. Nie było Marka Andersona tamtego dnia, kiedy znaleźli narciarza, który wpadł na drzewo i praktycznie umierał na ich oczach.

Usiłowała go ratować, a Brad ją wyśmiał i powiedział, że ona potrafi co najwyżej wezwać patrol. Była młoda i wystraszona, więc mu uwierzyła, ale została przy tym człowieku, pilnując, by nie stracił przytomności i żeby z nim rozmawiać. Brad wezwał pomoc. Niestety mężczyzna zmarł w drodze do szpitala, a ona długo się zastanawiała, czy mogła dla niego zrobić więcej.

Nie, Andersonowi nic do tego. Ani do tego, że Sarah odmieniła jej życie. To dla Sarah musi się szkolić, zdobywać wiedzę. I dla Sarah nie wolno jej mieć wątpliwości, więc nie będzie się sprzeczać z tym człowiekiem. Jeśli chce się dostać na to szkolenie, musi rozmawiać z nim spokojnie i rzeczowo.

– Nie sądzi pan, że ciężką pracą mogę nadrobić to, co nazywa pan brakami? Bo będę pracować i uczyć się pilniej niż ktokolwiek inny w grupie.

– Nie wątpię. Ale pierwszego dnia pani jako jedyna nie będzie znała podstaw. Na przykład tego, jak sprawdzić parametry życiowe, jak ocenić zwężenie źrenic albo czy już należy podać kroplówkę. Szkoda mojego cennego czasu na uczenie pani pomiaru ciśnienia, bo wszyscy inni będą już z tym zaznajomieni. – Zacisnął zęby. – Moim celem jest przekazywanie im wiedzy na wysokim poziomie, a pani nie jest do tego gotowa.

Zgoda, ma rację, ona nie zna podstaw. Na razie. Nie zna ich, ale może je poznać. W krótkim czasie.

– Każdy kiedyś musi zacząć – zauważyła. – Nawet pan, nic nie umiejąc, poszedł na medycynę.

– Na zajęcia przeznaczone dla początkujących, a mój kurs jest dla zaawansowanych. Powtórzę jeszcze raz, że bardzo mi przykro. Wierzę, że pani obóz dla diabetyków przyniesie wspaniałe rezultaty i szczerze tego pani życzę. Poza tym, kto wie? Za półtora roku stąd wyjadę, więc może mój następca ustali inne kryteria. -Uśmiechnął się, po czym ruszył do drzwi.

Postanowiła nie dawać za wygraną. Zastąpiła mu drogę, niemal rzucając mu się pod nogi. Musi wejść do tego programu! Nie pozwoli się odtrącić tak łatwo, jak dawała się odsuwać byłemu małżonkowi.

– Proszę mi powiedzieć, co mam zrobić, żeby zmienił pan decyzję.

Uniósł wysoko brwi.

– Co z tego, co powiedziałem, jest dla pani niezrozumiałe?

– Doskonale wiem, co oznacza odrzucenie, ale bardzo mi na tym kursie zależy. Na pewno jest coś, co mogłabym zrobić, żeby się na niego dostać. Przejść jakieś dodatkowe szkolenie, coś przeczytać, zdać egzamin… Mogę liczyć na pomoc siostry.

Spojrzał jej głęboko w oczy.

– Podziwiam pani upór i mam nadzieję, że moi studenci będą tak samo uparci. Zajęcia zaczynają się za miesiąc, a pani braków nie da się nadrobić w tak krótkim czasie. Moja decyzja jest ostateczna. Przepraszam, ale teraz muszę już iść… – Położył rękę na klamce, ale na moment się zawahał, jakby w oczekiwaniu na następne pytanie.

– Czy ktokolwiek może mi zakazać przysłuchiwania się wykładom? – zapytała bez tchu.

– Przysłuchiwania?

– No tak, robienia notatek i uczenia się tego co inni. – Wprawdzie nie da to jej wymarzonego zaświadczenia, ale jeśli jego następca okaże się równie pryncypialny, będzie przygotowana. Skoro musi poczekać półtora roku, to poczeka. Nie ma pośpiechu. Ma mnóstwo czasu. – Zabroni mi pan tego?

– Nie wydam zaświadczenia.

– Wiem.

– Nie będzie pani mogła brać czynnego udziału w zajęciach, to znaczy podnosić ręki, zadawać pytań ani uczestniczyć w dyskusjach.

– Domyślam się.

– Nie będzie pani brać udziału w zajęciach w terenie ani trenować z naszym sprzętem.

– Okej.

– Pani praca ani postępy nie będą poddawane ocenie.

– Rozumiem. – To nie to, czego oczekiwała, ale skoro nie można inaczej…

– No cóż, jeśli nie szkoda pani na to czasu, to nie mam nic przeciwko temu, żeby przysłuchiwała się pani wykładom.

Nie było to oszałamiające zwycięstwo, ale jednak pewien sukces. Drobny krok do celu.

– Dziękuję. – Zeszła mu z drogi. – Jestem wdzięczna, że mi pan pozwolił.

– Ja nic nie zrobiłem. Absolutnie nic.

Możliwe, ale przynajmniej nie udaremnił jej planu.

To lepsze niż nic.

– Jaka ona śliczna – rozczuliła się Angela, sadowiąc się na krześle przy łóżku przyjaciółki. – Aż mi się zachciało drugiego dziecka.

– Chcesz mi coś powiedzieć? – zapytała Gabby Ranard, przytulając noworodka i promieniejąc szczęściem.

– Nie mam nikogo i nie zamierzam z nikim się zadawać. Chwilowo nie lubię facetów. – Wzięła od Gabby nowo narodzoną córeczkę Mary. – Zwłaszcza niektórych.

– No, to brzmi groźnie. Kogo masz na myśli?

– Niejakiego Marka Andersona. Zanim zaczniesz go bronić, bo to najlepszy przyjaciel twojego męża, ostrzegam, że twoje słowa trafią w próżnię. Nie przyjął mnie na szkolenie, więc go nie lubię, nie chcę lubić i nie zamierzam go polubić. – Mówiła półgłosem, by nie obudzić maleńkiej Mary. – Włożyć ją do łóżeczka?

Podniosła się, nim Gabby zdążyła odpowiedzieć.

– Tak, pod warunkiem, że o wszystkim mi opowiesz. Nie obudź jej, bo chcę cię wysłuchać do końca.

Angela okryła malucha kołderką, po czym pocałowała go w czoło. Mimo że jej Sarah była ledwie rok starsza od Mary, Angela z rozrzewnieniem wspominała jej niemowlęctwo. Już wkrótce Sarah przestanie być małym dzieckiem, a ona, Angela, za sprawą swojej siostry Dinah i być może powtórnie za sprawą Gabby będzie skazana na takie ataki tęsknoty za własnym maleństwem.

Tak będzie. Przybywa jej lat i zanim osiągnie w życiu to, na czym jej zależy, może się okazać, że jest za stara na drugie dziecko. Jeśli dotarcie do tego etapu zajmie jej tyle czasu jak do aktualnego, to Sarah będzie już w liceum. Albo nawet sama już będzie miała dziecko.

– Opowiadaj – ponaglała ją Gabby.

– Nie bardzo jest o czym. Myślałam, że mnie przyjmie, bo pracuję teraz w szpitalu. – Dwa miesiące wcześniej była kierowniczką jednego z hoteli w górach, ale godziny pracy kolidowały z opieką nad Sarah, a Erie i Neil gorąco ją namawiali, by przeniosła się do szpitala i poprowadziła program dla młodych cukrzyków.

To był bardzo szczęśliwy ruch, bo dzięki temu zmienił się jej stosunek do świata oraz tego, co chce osiągnąć. Tak, nadszedł czas zrobić coś wartościowego, nadrobić lata stracone z Bradem.

– Sama wiesz, że na nartach jestem nie do pokonania. Myślałam, że wędrowanie po Europie, od zbocza do zbocza, coś zmieni. Ale nic z tego. Anderson mnie nie zakwalifikował, bo nie mam tego, na czym mu zależy.

– A na czym mu zależy?

– Na mierzeniu ciśnienia. Jestem dyplomowaną dietetyczką, ale nie umiem użyć ciśnieniomierza.

– Sfigmomanometru – wtrąciła Gabby.

– Co takiego?

– Sfigmomanometr. To poprawna nazwa ciśnieniomierza.

– Sama widzisz, że się na tym nie znam. I to mnie dyskwalifikuje.

– Pomimo rekomendacji Neila i Erica?

– Jak widać.

– Tak mi przykro – westchnęła Gabby. – Nie bardzo słuchałam, co Neil opowiadał o tym kursie, ale dziecko i w ogóle…

Angela uciszyła ją gestem.

– Niechętnie to przyznam, ale Anderson zapewne ma rację. Nie chciałabym, żeby moje braki hamowały postępy całej grupy. Ale mam pewien plan.

Gabby parsknęła śmiechem.

– Mam udawać, że mnie to dziwi?

Gabrielle Evans Ranard była najlepszą przyjaciółką Angeli, poza Dinah, ale Dinah się nie liczy, bo jest jej siostrą. Gdy Gabby sprowadziła się do White Elk, była zagubiona jak Angela teraz, ale tutaj znalazła wszystko: nowe życie, nową miłość, szczęście. To znak, że to wszystko jest blisko, na wyciągnięcie ręki. Na początek ma Sarah. To bardzo dobry początek.

– Nie musisz, bo już widziałaś moją listę.

– Bardzo długą.

– Okej, może trochę za długą. Anderson zrobił do tego aluzję, ale ja wiem, co to znaczy żyć bez żadnego celu. Od nadmiaru głowa nie boli.

– Skupiając się na realizacji zbyt wielu celów, można przeoczyć coś innego – zauważyła Gabby.

– Co ja mogę przeoczyć?

– Znasz powiedzenie, że warto się zatrzymać, żeby powąchać róże? Osobiście uważam, że przyjemnie jest od czasu do czasy wejść w kontakt węchowy z dobrą wodą po goleniu.

– Chyba nie masz na myśli…?

Gabby wzruszyła ramionami, ale powstrzymała się od komentarza.

– Jak chcesz wiedzieć, to on nie używa wody po goleniu. Pachnie mydłem. A ja chcę wąchać wyłącznie zapach sosen, jak dostanę wezwanie na akcję ratunkową. W związku z tym będę wolnym słuchaczem. Będę siedziała w ostatnim rzędzie, żeby nie czuć zapachu mydła, i się uczyła, żeby mnie przyjęli na następny kurs. Kiedy już nie on będzie wykładowcą.

– Mówisz, że pachnie mydłem? – zainteresowała się Gabby. – Jak blisko stałaś?

Angela pokręciła głową.

– Czy ty w ogóle mnie słuchasz?!

– Tak, ale się zdekoncentrowałam. Jesteś taka… taka ożywiona. Pierwszy raz widzę u ciebie taką reakcję na faceta. Pomyślałam…

Angela nie pozwoliła jej skończyć.

– On jest gburowaty, zamknięty w sobie i nieprzychylny. Która z tych cech twoim zdaniem mogłaby mi się spodobać?

– Hm, ma za sobą trudny czas.

– A my nie? Ty urodziłaś dwoje dzieci i przeżyłaś zasypanie przez lawinę, a ja urodziłam jedno dziecko, miałam niewiernego męża i wyszłam z tej samej lawiny. To też było trudne, ale nie jesteśmy gburowate.

– No nie, mam Neila, Bryce’a i Mary, a ty masz Sarah. Warto było przez to przejść, żeby tyle osiągnąć. Angela, my naprawdę mamy bardzo dużo. Los jest dla nas bardzo łaskawy. Ale Mark…

– Tak, słuszna uwaga – szepnęła Angela, myślami wracając do Sarah. – Mamy wszystko, prawda?

– Neil i Erie ściągnęli go do White Elk, bo stracił wszystko.

– Kto? Mark?

Gabby przytaknęła.

– Nie jestem upoważniona o tym mówić, ale wiedz, że nasze doświadczenia w porównaniu z tym, przez co on przeszedł, to kaszka z mleczkiem. Wyszedł z tego kompletnie osamotniony. Chyba ma prawo być ponury…

– Dobrze, nie będę go nienawidzić, ale to jeszcze nie znaczy, że muszę go lubić.

– Traktuj go jak środek do osiągnięcia celu. Chodź na jego zajęcia i się ucz, ile się da, bo wiem od Neila, że jest znakomitym specjalistą medycyny ratunkowej, a za półtora roku poproś go o rekomendację przy naborze na drugi kurs. – Gabby się uśmiechnęła. – Kto wie? Może na to przystanie? A ty może polubisz zapach mydła.

Zapach jego mydła? Nigdy w życiu! Ale może Mark ją zarekomenduje. Albo ona pod koniec kursu mu pokaże, że jest tak samo dobra jak reszta kursantów, więc będzie musiał odszczekać to, co jej powiedział. Perspektywa tak piękna, że już miała ochotę biec do biblioteki siostry, by zasiąść do lektury literatury medycznej.

– Przyniosłam ci sałatkę owocową. Zostawiłam ją w kuchni. Masz ochotę?

– Z truskawkami?

– Z mnóstwem truskawek.

Po drodze do kuchni zajrzała do biblioteki Gabby i Neila. Stały tam dziesiątki podręczników medycyny. Było ich tyle, że do końca życia nie zdążyłaby ich przeczytać i zrozumieć, ale na jednej z pólek dostrzegła zniszczony słownik terminów medycznych. Słowa… słowa związane z medycyną oraz ich znaczenia.

Od tego zacznie. Drżącą ręką sięgnęła po książkę. Zapyta Gabby, czy może ją pożyczyć.

– Tak, Sarah, od tego zaczniemy – szepnęła. – Słowo po słowie.

Z pomocą albo bez pomocy Marka Andersona.

ROZDZIAŁ DRUGI

– Stat, od łacińskiego statim, czyli natychmiast – rzuciła, gdy Mark mijał ją na korytarzu.

Zatrzymał się i odwrócił w jej stronę.

– Co takiego?

– Powiedziałam stat, od łacińskiego statim, czyli…

– Wiem, co to znaczy. Ale zastanawia mnie, dlaczego musiała mnie pani poinformować, że wie pani, co to znaczy.

Uniosła brwi, a jego uwadze nie umknęła ich piękna linia oraz ciemne oczy, w które patrzył aż pięć sekund. Gdy się na tym przyłapał, zamrugał, by ochłonąć. Skąd takie idiotyczne myśli?!

– Bez konkretnego powodu – usłyszał.

Powiedzmy, że to prawda. Najwyraźniej uparła się chodzić na jego zajęcia. Mógłby się założyć o swoje tygodniowe wynagrodzenie, że ta kobieta uczy się na pamięć słownika terminów medycznych albo czegoś równie dziwacznego.

– Nie wierzę, że potrafi pani cokolwiek robić bez powodu.

– Proszę do mnie mówić Angela. W nadchodzących miesiącach będziemy się widywali bardzo często, więc chyba takie ceregiele byłyby przesadą.

– Naprawdę zamierzasz chodzić na ten kurs?

Z Angeli Blanchard emanuje upór. Wystarczy na nią popatrzeć. Widać od razu, że żadna siła nie jest w stanie jej powstrzymać.