Dybuk. Opowieść o nieważności świata - Anna Sajewicz, Krzysztof Kopczyński - ebook
Opis

„Tam, gdzie znajduje się grób Nachmana, jest raj, ale zaledwie metr dalej – już piekło” – rebe Levi Yitzchok Bender

Na Rosz Haszana, żydowski Nowy Rok, do Humania na Ukrainie przyjeżdża 30 tysięcy chasydów. Ich cadyk Nachman kazał się pochować na cmentarzu ofiar powstania z 1768 roku, kiedy to Kozacy wymordowali tysiące Żydów i Polaków, i obiecał, że każdy Żyd, który pomodli się na jego grobie, będzie zbawiony. Mieszkańcy miasta boją się chasydzkich biznesmenów wspieranych przez władze, a chasydzi – antysemityzmu. Na konflikt ekonomiczno-religijny nakłada się skomplikowana sytuacja polityczna Ukrainy.

„Gratuluję autorom, że nie przestraszyli się dybuków krążących po Humaniu i opowiedzieli nam na przykładzie tego miasta, zapisanego traumatycznie w pamięci polskiej, ukraińskiej i żydowskiej, jak ważna jest «nieważność» świata, który zmaga się z upiorami przeszłości, wzajemną nieufnością jednych do drugich oraz maniami religijnymi i narodowymi” – Adam Szostkiewicz, „Polityka”

O Autorach:
KRZYSZTOF KOPCZYŃSKI – wykładowca w Instytucie Polonistyki Stosowanej Uniwersytetu Warszawskiego. Reżyser i producent filmów dokumentalnych nagradzanych w kilkudziesięciu krajach. Członek Europejskiej Akademii Filmowej i Polskiej Akademii Filmowej. 

ANNA SAJEWICZ – absolwentka filmoznawstwa oraz kultury Rosji i narodów sąsiednich na Uniwersytecie Jagiellońskim. Specjalistka w dziedzinie kinematografii rosyjskiej. Autorka esejów i recenzji oraz tłumaczka z języków rosyjskiego i ukraińskiego.

Do e-booka nie jest dołączane DVD z filmem dokumentalnym Krzysztofa Kopczyńskiego.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 265

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redakcja: Paweł Goźliński, Paweł Sajewicz

Korekta: Sylwia Jastrzębska

Projekt graficzny okładki: Krzysztof Rychter

Zdjęcia: Witold Krassowski

Przygotowanie zdjęć do druku: Paweł Bajer

Opracowanie graficzne: Elżbieta Wastkowska

Mapa: Wawrzyniec Święcicki

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

WYDAWNICTWO KSIĄŻKOWE:

DYREKTOR WYDAWNICZY: Małgorzata Skowrońska

REDAKTOR NACZELNY: Paweł Goźliński

KOORDYNACJA PROJEKTU: Katarzyna Kubicka

W książce wykorzystano materiały robocze filmu Dybuk. Rzecz o wędrówce dusz (reż. Krzysztof Kopczyński, producent Eureka Media Sp. z o.o. 2015). Wydawca dziękuje Eureka Media Sp. z o.o. za ich udostępnienie.

© copyright by Agora SA 2017

© copyright by Krzysztof Kopczyński 2017

© copyright by Anna Sajewicz 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2017

ISBN: 978-83-268-1988-9 (epub), 978-83-268-1989-6 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Rozdział 1
PROWOKACJA

To była może jedyna ważna rzecz, jaka wydarzyła się na Ukrainie tego lipcowego dnia. Rano normalnie poszli do pracy, a pod wieczór zebrali się nad jeziorem. Żółtą lawetą przywieźli worki z cementem, piach, drewniane belki i figurę. Na wysoki brzeg prowadziła tylko wąska ścieżka, więc ostatni odcinek pokonali pieszo, niosąc wszystko na własnych barkach. Było pusto i cicho. Pracowali kilka godzin i nikt się nimi nie zainteresował. Sami też milczeli. Z przejeżdżających nieopodal samochodów dochodziły przytłumione melodie. Tylko Siergiej przez chwilę się zawahał, gdy w trakcie roboty trzeba było odłożyć figurę na ziemię.

– Czy tak można? – spytał, ale odpowiedzią Wiktora było jedynie wzruszenie ramion, a Wula wcale nie zareagował.

Długo czekali na odpowiedni moment, choć miejsce wybrali już dawno. Nawet często tam chodzili, właściwie nie wiadomo po co. Może by zmusić się wreszcie do działania? Mijali pary całujące się na skałkach i znudzonych nastolatków, którzy zagryzali piwo pestkami słonecznika i od niechcenia puszczali kaczki, leniwie obserwując podskakujące na wodzie kamyki. Wyobrażali sobie strach i wściekłość tamtych, i swoją wielką radość. Żyli marzeniem, bo ciągle coś przeszkadzało w realizacji planu. Nie mogli zrobić następnego kroku, więc odchodzili, potem znów wracali – i tak wiele razy, przez parę lat. Mieli różne wymówki, ale nigdy, naprawdę nigdy, nie przyszło im do głowy, żeby załatwiać jakieś pozwolenie. Jeśli działasz z nakazu Boga, żadne pozwolenia nie są potrzebne. Byłoby nawet trochę śmiesznie o nich pomyśleć. To tak, jakby Bóg prosił człowieka o zgodę. A to przecież On ustanawia prawa, On, który jest ten sam dla wszystkich.

Na koniec ustawili krzyż w odpowiedniej pozycji, tak by dumnie spoglądał ku przeciwnej stronie jeziora, tam, gdzie jest grób Nachmana. Aby Żydzi pamiętali, że w Humaniu są tylko gośćmi. Kiedy odchodzili, beton był jeszcze wilgotny, więc wzmocnili konstrukcję kilkoma płaskimi kamieniami. Trochę się bali, że zostaje bez opieki. Ale przecież nikogo tu nie było! A gdy obejrzeli się za siebie, zachodzące mgłą jezioro wydało im się wciśnięte pomiędzy odwrócone do niego plecami budynki, drzewa i drogi. Tak jakby miało zaraz zniknąć, skryć się pod osłoną mroku. Idąc do samochodów, też nie spotkali żadnego człowieka. Oczywiście nie byłoby problemu, jeśli stałoby się inaczej. Nawet gdyby jak spod ziemi wyrośli przed nimi milicjanci, umieliby się z nimi dogadać, bo przecież tu, na Ukrainie, ludzie potrafią ze sobą rozmawiać.

* * *

Nie wiedzieliśmy o krzyżu, gdyśmy jechali do Humania w połowie lipca 2013 roku. Było to kilka tygodni przed zdjęciami do naszego dokumentu o chasydach świętujących tu Nowy Rok przy grobie cadyka Nachmana, uważanego przez wielu wierzących Żydów za ostatniego wielkiego mistyka Izraela.

Lipiec był upalny i dwugodzinna jazda z lotniska w Kijowie trochę nas wymęczyła. Z radością minęliśmy wreszcie tablicę „Humań” i drogowskaz z napisem „Mogiła cadyka Nachmana”. Kiedyśmy po raz pierwszy przyjechali tu w 2008 roku, zupełnie nie rozumieliśmy, dlaczego na Ukrainie mówi się z tak silnym przekonaniem o ważności miasta nazywanego „sercem Czerkaszczyzny”, która jest „świętą ziemią Kozaków”– małą ojczyzną Bohdana Chmielnickiego, Iwana Gonty i Tarasa Szewczenki. Teraz czuliśmy się tu jak u siebie, choć tylko w praktycznym wymiarze. Wiedzieliśmy, jak znaleźć najtańszą taksówkę, jak na skróty trafić do hotelu, przekradając się po ciemku przez zagracone podwórka, i gdzie kupić niedrogo niepodrobiony koniak. Jeżdżąc samochodem, przestaliśmy się gubić w rozległym, choć niespełna dziewięćdziesięciotysięcznym mieście, w którym za punkty orientacyjne służą kopuły cerkwi porozrzucanych po różnych zakątkach, pomnik Lenina i obelisk pamięci poległych na frontach II wojny światowej żołnierzy Armii Czerwonej.

Rozsiedliśmy się w ogródku tej samej co zawsze kawiarni, by zaplanować zdjęcia. Z jednej strony chcieliśmy uniknąć niespodzianek, z drugiej wiedzieliśmy, że to, czego nie da się przewidzieć, to często najlepszy materiał dla filmu dokumentalnego. W centrum było jeszcze spokojnie. Pielgrzymka chasydów miała zacząć się na dobre za kilka tygodni, bo święto Rosz Haszana wypadało w 2013 roku 4 września. Pomnik Lenina na placu Centralnym jak zwykle obsiadały ptaki, dookoła krążyły brudne miejskie autobusy, a na chodnikach stały stragany z owocami przykurzonymi miejskim pyłem. Przejrzeliśmy parę lokalnych gazet, z których wynikało, że mieszkańców najbardziej interesuje, kto najtaniej robi „euroremont”. Te pozory nas zmyliły. Tak jak wielokrotnie wcześniej, wydało nam się, że znów nic się tu nie zmieniło.

Było jeszcze widno, więc pojechaliśmy nad jezioro, nad którym chasydzi odprawiają taszlich, obrzęd oczyszczenia z grzechów. Te zdjęcia trzeba było zaplanować w pierwszej kolejności – chcieliśmy wykorzystać dron, co wymagało załatwienia dodatkowych zgód. A to mogło trwać długo, ponieważ życzliwa nam osoba z urzędu miasta umarła kilka miesięcy wcześniej. Jechaliśmy wolno, szukając dobrze znanego zjazdu na wąską asfaltówkę, która biegła wzdłuż niższego brzegu jeziora. I wtedy zobaczyliśmy na przeciwległym wysokim brzegu kilkumetrowy krzyż z rozpiętym na nim Chrystusem. Solidnie wmurowany, nieporuszony, jak gdyby zawsze tam stał. Nie mogliśmy go dojrzeć z głównej drogi. Ciemne drewno zlewało się ze zmierzchem. Od tła odcinała się tylko biała figura. Zastygła w gipsie twarz przeglądała się w pobłyskującej wodzie.

Krzyża pilnowali dwaj ochroniarze. Nie od razu chcieli mówić, skąd się wziął, ale prezent przywieziony z Polski szybko rozwiązał im języki. Po kolei padały imiona: Wula, Wiktor, Siergiej... Zadzwoniliśmy do Wiktora, który mieszka najbliżej. Po kilkunastu minutach podjechał prawie pod sam krzyż swoim pięknym dwudziestokilkuletnim mercedesem. Wiktor od lat jest przywódcą lokalnego ruchu kierowców i działaczem społecznym. Widujemy się regularnie od pierwszych zdjęć. Nietrudno było na niego trafić, bo prawie każdy w mieście go znał, a prasa rozpisywała się o jego wyczynach. Gdy przed laty parlament w Kijowie próbował podwyższyć podatki właścicielom starych samochodów – a kto na Ukrainie jeździ nowym? – ponad tysiąc aut pod wodzą Wiktora wyruszyło w stronę stolicy. Nim dojechały, projekt wycofano z porządku obrad.

Wiktor ma cukrzycę, dlatego w wieku czterdziestu kilku lat jest już na rencie. Ostatnio mocno przytył i coraz ciężej mu chodzić. Pod krzyżem przeżegnał się trzykrotnie, schyliwszy pokornie głowę. Nigdy wcześniej nie widzieliśmy go w takiej roli. Zacięta mina, krótko ostrzyżone włosy, ubrany w sportową kurtkę i buty, raczej nie sprawiał wrażenia kogoś, kto często odwiedza cerkiew.

– To nie my postawiliśmy krzyż, ale Pan Bóg. Naszymi rękoma – przechodzi do rzeczy zaraz po powitaniu.

– Po co i dlaczego właśnie tu? – pytamy. Wiktor milcząco unosi palec i z konspiracyjną miną wskazuje na niebo. Według oficjalnej wersji to krzyż wotywny z okazji 1025-lecia chrztu Rusi, „wielokonfesyjny”, bo pozbawiony charakterystycznej dla prawosławia ukośnej poprzeczki. Wiktor nie pije ani kropli, ale palenia ciągle nie rzuca. Wypala jednego papierosa za drugim. Gdy mówi, oczy mu błyszczą, widać, że cała sprawa wzbudza w nim duże emocje.

– Dwóch z nas zobaczyło ten krzyż we śnie – opowiada z zaangażowaniem – dokładnie w tym miejscu. Kiedyś była tu twierdza, która broniła miasta przed Turkami. Broniła i Ukraińców, i Żydów, i Polaków. Chcieliśmy postawić krzyż już cztery lata temu, ale ciągle napotykaliśmy przeszkody – albo nie mieliśmy pieniędzy, albo czasu. W tym roku, na święto Wniebowstąpienia, już tu stał, skąpany w promieniach wschodzącego słońca.

Wydaje nam się, że za chwilę Wiktor mrugnie porozumiewawczo. Nic takiego jednak nie następuje.

Krzyż stawia się zawsze z miłością i pokojem w sercu – utrzymują autorzy akcji. Dlatego o jego wyświęcenie poprosili kapłanów wszystkich wyznań chrześcijańskich, które można znaleźć w mieście: Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego Patriarchatu Moskiewskiego, jej przyrodniego brata, czyli Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego Patriarchatu Kijowskiego, skłóconego z nimi Autokefalicznego Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego oraz Kościoła Rzymskokatolickiego i Grekokatolickiego.

Od razu zgodził się tylko ojciec Andriej z pobliskiej „cerkwi Moskali”. Wysoki, postawny, ze zmierzwioną czarną brodą, którą odruchowo gładzi, gdy szuka właściwej odpowiedzi na zadane pytanie, ma spojrzenie trochę nieobecne, trochę nieufne, ale kiedy już spotykamy się wzrokiem, to tak, jakby patrzyło się na ikonę. Krzyż nad jeziorem wyświęcił, chociaż bez błogosławieństwa arcybiskupa. Nie mógł odmówić, bo krzyż to przecież krzyż, a nieoświęcony stać nie może, bez względu na to, co kierowało ludźmi, którzy go postawili. On jako kapłan wypełnił swój obowiązek. Takiego podejścia do pracy najwyraźniej nie podzielali ani duchowny katolicki, ani kapłani ukraińskich cerkwi, bo tylko grekokatolicki ksiądz przyszedł oświęcony już krzyż jeszcze raz skropić wodą.

– Cała procedura zazwyczaj wygląda inaczej – arcybiskup humański i zwinogródzki Pantelejmon wyjaśnia ze spokojem w głosie właściwym wysoko postawionym duchownym przyzwyczajonym do częstego wygłaszania przemów.

Do drzwi arcybiskupa pukaliśmy kilkakrotnie. Za każdym razem młody człowiek w sutannie – asystent arcybiskupa – uprzejmie nas informował, że Jego Ekscelencja przebywa w podróży służbowej, lecz lada chwila wróci. Zwodzeni obietnicą spotkania snuliśmy się wtedy po cerkwi św. Mikołaja, zbudowanej na pamiątkę zwycięstwa nad Napoleonem, przysłuchując się czytanym przyciszonym głosem akatystom ku czci Matki Boskiej. Raz nawet kupiliśmy w przycerkiewnym sklepiku kilka plastikowych ikonek i pierścionek z napisem „Zbaw i ochroń”, który podarowaliśmy naszemu hebrajskiemu tłumaczowi Awiszajowi. W końcu odbyliśmy krótką rozmowę na werandzie rozgrzanej zachodzącym nad Humaniem słońcem. Dom – stary, ale pięknie odrestaurowany – stał nieopodal błękitnej cerkwi. Jednym skinieniem arcybiskup odesłał całą swoją świtę w głąb apartamentów. Nie wiedzieliśmy, czy większe wrażenie wywarło na nim to, że jesteśmy filmowcami z Polski, czy to, że mamy tupet w ogóle tu przyjść.

– Najpierw prosi się o błogosławieństwo, a przy tym podaje uzasadniony powód, dlaczego krzyż ma stać w tym, a nie innym miejscu. Jeśli decyzja jest motywowana potrzebą wiernych, w pierwszej kolejności powinni zwrócić się do duchownego, aby to z nim przedyskutować.

Zdaniem arcybiskupa krzyż ma niewiele wspólnego z autentyczną potrzebą religijną, a ludzie, którzy go postawili, z pobożnymi wiernymi. Zachowania ojca Andrieja nie potępia. Kiedy go wezwali, krzyż już tam stał, więc jako duchowny postąpił słusznie. Hierarcha imponuje nam swoją wyrozumiałością i elegancją. Czujemy, że powiedział tyle, ile mógł. Żegnamy się, a on na koniec czyni nad naszymi głowami znak krzyża.

– Wydaje mi się, że to jest prowokacja, która ma na celu zaostrzenie i bez tego trudnej sytuacji w Humaniu – to jego osobiste zdanie, bo rozmowa jest w zasadzie prywatna.

Postawienie krzyża nad jeziorem to dopiero początek. Według Wiktora w Humaniu mają pojawić się jeszcze co najmniej trzy.

– Jeden sześciometrowy na pewno stanie koło pomnika Gonty i Żeleźniaka – mówi Wiktor. – To będzie Krzyż przeciwko Nienawiści, bo od nienawiści wszystko się w tym mieście zaczęło.

Nie rozumiemy, o jaką nienawiść mu chodzi. Kto kogo nienawidził? To przecież właśnie tutaj Kozacy pod wodzą dzisiejszych bohaterów narodowych Ukrainy – Iwana Gonty i Maksyma Żeleźniaka – w czasie koliszczyzny, antyfeudalnego powstania z 1768 roku, wymordowali tysiące Żydów i Polaków. Po to – jak uczą dziś w ukraińskich szkołach – by Ukraina była niepodległa.

– Krzyż Miłości umieścimy przy wjeździe na Puszkina, by ludzie widzieli, że w Humaniu są miłość, nadzieja na lepszą przyszłość i dobre stosunki między narodami. Dla Krzyża Nadziei wciąż szukamy miejsca.

Mogił zamordowanych już nie ma, ale na znajdujący się na końcu ulicy Puszkina grób Nachmana, który na własną prośbę został w 1810 roku pochowany na cmentarzu żydowskich ofiar masakry, przyjeżdżają tysiące chasydów z kilkudziesięciu krajów. Czy Wiktor naprawdę uważa, że lepszą przyszłość buduje się, wprawiając miejscowe autorytety religijne w zakłopotanie, a władze we wściekłość? Dlaczego tak bardzo mu zależy, by zamienić Humań w „drogę krzyżową”?

W niewielkim mieście, gdzie prawie wszyscy się znają, akcja stawiania krzyża była tajemnicą poliszynela. Tylko przyjezdnych mogło zastanawiać, po co komu krucyfiks w miejscu, dokąd zazwyczaj przychodzi się z dziewczyną, z kumplami, żeby najzwyczajniej w świecie wyciągnąć się na przybrzeżnych skałkach. Władza nie mogła nie wiedzieć o planowanej akcji, ale komu by się chciało kiwnąć palcem, aby zapobiec tej ideologicznej samowoli budowlanej? Może po cichu liczono na to, że sprawa, jak to często na Ukrainie, skończy się na czczym gadaniu? Kiedy jednak krzyż stanął nad jeziorem, w dodatku dokładnie naprzeciwko synagogi, na korytarzach Rady Miasta coraz częściej zaczęło pobrzmiewać słowo „prowokacja”. Liczni urzędnicy byli zainteresowani przyjazdami chasydów ze względów finansowych i dbali o dobre stosunki z najważniejszymi z nich. Pojawienie się trzydziestu tysięcy pielgrzymów to perspektywa zarobku prawie dla każdego. Chasydzcy biznesmeni też nie chcieli, by krzyż zaszkodził w interesach.

Niewielu humańczyków spoza rejonu jeziora i ulicy Puszkina zainteresowało się krzyżem na dłużej. Tylko babuszki w chustkach, częste bywalczynie niedzielnych nabożeństw, przyjęły jego obecność z zadowoleniem. Niektóre z nich specjalnie wybierały okrężną drogę na bazarek, żeby już z samego rana zmówić kilkakrotnie Hospodi, pomiłuj i pokłonić się przed figurą Chrystusa. Te najbardziej wierzące w boskie cuda czasem przychodziły poprosić o dobre zdrowie. Nie wiązały jednak na krzyżu kolorowych i białych wstążek, jak to zwykły robić w cerkwi, bo z krzyża w mieście nie wszyscy byli zadowoleni, więc nie chciały ściągać na swoje zatroskane głowy nowych kłopotów.

Kiedy matka Siergieja ciężko zachorowała, postanowił pomodlić się o jej zdrowie pod krzyżem. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jak ważna jest dla niej modlitwa właśnie w tym miejscu, bo przecież uczestniczyła w ceremonii poświęcenia. Kiedy wybierał się tam po raz trzeci, ojciec nalegał, żeby wziął go ze sobą. Nawet taka niewielka wyprawa była dla starca dużym wysiłkiem, więc szli wolniej niż zazwyczaj. Byli już blisko, gdy nagle stanął jak wryty, a Siergiej poczuł, że chude palce zaciskają się na jego nadgarstku.

– Gdy dotarliśmy na miejsce, zauważyłem, że cała figura Chrystusa jest pokryta napisami. Kto mógł popełnić takie świętokradztwo?! – unosi się Siergiej.

Napisy były po hebrajsku. „Mścić się” na klatce piersiowej Chrystusa i „Stop zbezczeszczeniu” na jego lewej nodze. Wyraźne czarne litery. W Humaniu zawrzało. Ludzie byli ostrożni ze wskazywaniem winnego, ale większość była przekonana, że krzyż został pomazany przez kogoś, kto w Boga nie wierzy. Przeprowadzono śledztwo, winnych nie znaleziono, a napisy zamalowano białą farbą.

O całą awanturę wokół krzyża Siergiej oskarża media.

– Od razu pojawiły się artykuły, że postawienie krzyża to akt antysemityzmu. Główny rabin Ukrainy nazwał nasze działania prowokacją. To bzdury. Żyjemy na swojej ziemi i mamy prawo wierzyć w swojego Boga. U siebie niech sobie stawiają meczet albo synagogę, gdzie chcą.

Chasydom nie jest obojętne, gdzie stoi krzyż. Zgodnie z traktatem Awoda Zara, który mówi o bałwochwalczych praktykach religijnych, Żydzi nie mogą modlić się przy symbolach innych religii.

– Zrobili to, żeby nas sprowokować – mówią ze wzburzeniem pielgrzymi pod synagogą.

Po drugiej stronie jeziora spotykamy dwóch młodych chasydów. Stoją ostentacyjnie odwróceni do „nieczystego” brzegu plecami. Przyjeżdżają tu od siedmiu lat. Tuż pod krzyżem jakiś Ukrainiec spokojnie łowi ryby.

– To antysemityzm. Marzą, żebyśmy usunęli krzyż. Wtedy zacznie się wielki bałagan – mówi jeden z chłopaków, najwyżej osiemnastoletni. – Kiedy będziemy tu stać w czasie taszlichu, dopuścimy się bałwochwalstwa. Goje chcą nas do tego zmusić. Nie podoba im się, że przyjeżdżamy, i chcą pokazać, iż to ich wiara jest prawdziwa.

Na krzyż nie zamierzają nawet patrzeć.

– Ten krzyż jest przeciwko Bogu, przeciwko Boskiej sile.

Rozmowa przyciąga coraz więcej uczestników. Dołącza do niej dwóch Izraelczyków w kipach, bez pejsów, w sportowych bluzach z kapturem. Jeden z nich ma wyraźnie kupieckie podejście do sprawy.

– Niech Ukraińcy się dobrze zastanowią. Zarabiają na nas niezłe pieniądze, więc chyba nie jest im na rękę, żebyśmy przestali tu przyjeżdżać. Wszystkiego dobrego w Nowym Roku! – życzy i odchodzi, zaciągając się trawą.

Chasydzi nie wierzą, że ktoś spróbuje zniszczyć krzyż, instalują jednak kamerę, która przekazuje obraz do pokoju znajdującego się w budynku synagogi. Władze miasta też dmuchają na zimne. Gdy przyjeżdżamy na zdjęcia, już całą dobę krzyża pilnują ochroniarze siedzący w wytartych fotelach kinowych, które przywieźli im Siergiej z Wiktorem. Z drugiego brzegu dobrze widać osłaniający ich od słońca parasol plażowy z logotypem gumy do żucia Stimorol. Na czas pielgrzymki pod krzyżem pojawią się ukraińscy i izraelscy policjanci. Ci ostatni mówią chasydom, że pełnią tu wyłącznie funkcję tłumaczy. Rzeczywiście, rosyjski znają lepiej niż hebrajski.

– Przyjeżdżamy tu dlatego, że nasz rebe tak nam kazał. W naszych duszach płonie ogień. Nie potrafię dobrze tego opisać, tak jak nie mogę wam przekazać tego, co czuję, kiedy tysiące ludzi płaczą w czasie modlitwy. To właśnie jest chasydyzm bracławski. Nie chcemy walczyć. Niech sobie stawiają tyle krzyży, ile chcą – mówi chasyd z ośmioletnim stażem przyjazdów do Humania.

Ale nie wszyscy są nastawieni tak pokojowo. Rebe Barzel, który pochodzi z Maroka i do Humania po raz pierwszy przekradł się dwadzieścia parę lat temu z cudzym paszportem, chętnie wypowiada się przed kamerą. Na krzyż patrzy bez pobłażania. Tak jakby czuł się zobowiązany nazwiskiem (barzel to po hebrajsku ‘żelazo’).

– W czasie powstania Gonty i Żeleźniaka przed synagogą w Humaniu postawiono krzyż i kazano tysiącom Żydów przed nim uklęknąć. Teraz najwyraźniej chcą nam przypomnieć o tym wydarzeniu.

Poza tym umieszczenie krzyża nad jeziorem to dla rebego Barzela bezczeszczenie świętości.

– Nie szanują krzyża. U nas byłoby to nie do pomyślenia. Gdyby ktoś postawił Torę na ulicy, sam bym ją stamtąd zabrał. Nie rozumiem, jak można uczynić z tak ważnego symbolu tanią prowokację. Zupełnie nie wierzę w szczerość ich intencji. Najwyraźniej wstąpił w nich jakiś dybuk.

– Nasi rabini nie chcą kłótni ani awantur – przekonuje Barzel. – Jeśli Bóg zdecydował, żebyśmy modlili się nad rzeką, a nie nad jeziorem – niech tak się stanie. Najwyraźniej ma swoje powody. Może są tam jakieś błądzące dusze, które trzeba uratować? A goje niech sobie wierzą, że ten krzyż powstał z ich woli i my się go boimy. Nie potrzebujemy kłopotów, a taszlich możemy zrobić nawet przy basenie.

Żydowska tradycja każe oddawać grzechy wodzie. Może humańczycy przestraszyli się, że ich jezioro jest pełne grzechów i postanowili je oświęcić obecnością krzyża? Pielgrzymi wolą wierzyć w taką interpretację, bo historia opowiedziana przez Wiktora w żadnym razie ich nie przekonuje. Sami wiedzą najlepiej, gdzie przebiega granica świętości. Nie bez powodu rebe Levi Yitzchok Bender, duchowy mentor chasydów, powiedział kiedyś, że tam, gdzie znajduje się grób Nachmana, jest raj, ale zaledwie metr dalej – już piekło.

Rozdział 2
CZAS OCZYSZCZENIA

Od rana plac przed synagogą przy grobie Nachmana zajmował tłum chasydów. Trudno było przecisnąć się do wejścia. Kamera Jacka i kot (mikrofon na tyczce opatulony włochatym pokrowcem) Olega zwykle budziły zainteresowanie, nie wszyscy jeszcze przyzwyczaili się do filmowania. Na tym placu jednak mało kto zwracał na nas uwagę. Chasydzi byli naprawdę pochłonięci przygotowaniem do jednej z najważniejszych ceremonii obchodów powitania Nowego Roku. Zbliżał się Tikkun HaKlali – czas poprawy i zadośćuczynienia za grzechy. Czas pokuty, który jest czasem radości. Ten pozorny paradoks stanowi jedną z fundamentalnych zasad chasydyzmu. Nie należy jej mylić z obietnicą, którą składa wiele innych religii utrzymujących, że gdy grzechy zostaną odpuszczone, nastanie radość. W chasydyzmie radość jest nie tylko celem, lecz także środkiem, metodą. Przez cały miesiąc przed Rosz Haszana dmie się w szofar, by przebudzić tych ciągle jeszcze śpiących, a modlitwy o przebaczenie zaczynają się na kilka dni przed świętem. Dzień Nowego Roku jest radosny. Chasydzi grają na szofarze melodie chwalące Boga, a podczas kolacji częstują się jabłkiem umoczonym w miodzie – symbolem dobrobytu w nadchodzącym roku. A potem bawią się do upadłego i rano tylko najbardziej wytrwali idą na modlitwę. Synagoga Klojz w Humaniu – jedna z największych na świecie – jest wtedy pełna, ale przecież mieści co najwyżej pięć tysięcy najpobożniejszych chasydów, przywdziewających z tej okazji białe szaty, w których w przyszłości będą pochowani.

– Panowie, będzie Tikkun światowy! Za pięć minut psalmy, a za parę godzin Nowy Rok! Zbliża się dzień sądu, panowie! – wołał przez megafon chasyd rozdający ulotki z tekstami dziesięciu psalmów, które zgodnie z zaleceniem rebego Nachmana zebrani mieli za chwilę zaśpiewać. Mimo problemów z wielkimi głośnikami porozwieszanymi na słupach i latarniach, wydającymi z siebie ponure buczenie przechodzące w świdrujący pisk, wkrótce rozpoczęła się transmisja on-line dla „wszystkich dzieci Izraela zgromadzonych w różnych częściach świata”.

Od strony synagogi Klojz szybkim krokiem nadszedł rebe Barzel. Wracał z wykładu, który prowadził najważniejszy z obecnych w Humaniu rabinów. Barzel – który jako pierwszy rabin bez wahania zgodził się na zdjęcia – bardzo dbał o swój wizerunek. Spod jego kapelusza wystawała zrobiona szydełkiem śnieżnobiała kipa. Zaplótł dłonie na brzuchu i wsunął je w szerokie rękawy czarnego płaszcza. Skinął nam głową na przywitanie i stanął obok kamery, potykając się o statyw.

– Rebe Szalom Arusz – powiedział, przecierając okulary – mówił o głównych zasadach, jakich powinni się trzymać chasydzi, aby dotrwać do przyjścia Mesjasza: o miłosierdziu, przebaczaniu, pomaganiu innym i konieczności wyzbycia się gniewu – ręce rebego znów zniknęły w przepastnych rękawach. – Człowiek zagniewany nie może się modlić. Jeśli jest niewolnikiem gniewu, oznacza to, że wszystkie jego dobre uczynki zostały spełnione tylko dla własnej chwały.

– Życie to okres próby – kontynuował Barzel, wpatrując się w nas przenikliwym spojrzeniem. – Jeśli ktoś pragnie stać się sprawiedliwym, czasem wystarczą tylko myśli, aby dokonała się przemiana. Tak mówi Gemara, jedna z części Talmudu, który jest komentarzem do Tory. Trzeba odwrócić się od wszelkich pokus, przekreślić swoją naturę. Każdy, kto przyjeżdża na grób rebego Nachmana, wchodzi na drogę przemiany.

Barzel patrzy na świat z perspektywy bracławskich chasydów, ale Tikkun miewa znaczenia szersze niż u nich, choć niesprzeczne z ich doktryną. Jest przywróceniem jedności świata. „Trzeba pozbierać rozproszone iskry i zanieść je do Boga – pisze niechasydzki rabin Leo Trepp. – Należy odtworzyć pierwotną jedność człowieka i wszechświata pod panowaniem Boga, bo tylko wtedy możliwe będzie zbawienie. Wówczas nadejdzie Mesjasz”. Jest to najważniejsze zadanie ludzkości, szczególnie Izraela, który został wybrany przez Boga do jego wykonania. Modlitwą i przestrzeganiem nakazów Bożych każdy Żyd może przyspieszyć ten moment. Oczywiście bracławscy chasydzi wierzą i wiedzą, że tym Mesjaszem będzie Nachman. Ale wedle rabina Treppa Tikkun to nie tylko pojęcie religijne. Może oznaczać świeckie zadanie ustanawiania sprawiedliwości społecznej, dążenie do pokoju na świecie czy wezwanie do ochrony przyrody.

Podczas taszlichu chasydzi długie godziny spędzają nad wodą. Woda to żywioł początku świata, symbol pierwotnej harmonii człowieka z naturą.

– Woda poprzedzała świat – mówił dalej Barzel. – Na początku cały świat był wodą, natomiast Duch Mesjasza, Duch Boga unosił się nad powierzchnią wody. W Zoharze jest napisane: „I otrzymacie dar wiary od najznakomitszych cadyków”. To są ci cadycy, dla których Bóg stworzył świat. I oni napełniają cały świat wodą wiary. I przez tę wodę Bóg oczyszcza cały świat. Dlatego chasydzi wyrzucają z kieszeni do wody okruchy i symbolicznie topią w niej swoje winy. Jeśli nie ma w pobliżu rzeki, jeziora bądź morza, wystarczy mały staw albo nawet umywalka. Taszlich znaczy właśnie ‘wyrzucenie’, ale równoważną częścią obrzędu jest modlitwa.

Rebe Barzel nie miał dla nas dużo czasu, wykład o Nachmanie wprawił go jednak w jakiś osobliwy, podniosły nastrój.

– Odkryciem Nachmana była modlitwa przez medytację, która prowadzi do dwekut, stanu najwyższej ekstazy religijnej. Do dwekut można dojść także przez systematyczne wykonywanie dobrych uczynków, micwot. Tylko w stanie dwekut dusza jednoczy się z Bogiem w sposób doskonały. Chasydzi są z Nim wtedy w pełnej harmonii i jedności, powierzają mu dusze, a Bóg przychodzi i jest z nami. Modlitwa jednej osoby nie zostanie wysłuchana, jeśli nie włoży ona w nią całego swego dwekut – ostrzegał rebe Nachman. – Ale modlitwa wielu jest wysłuchana, nawet jeśli nie wszyscy modlą się żarliwie.

Dzięki opowieści Barzela lepiej odczuliśmy sens stania w świątecznym tłoku koło synagogi. Na co dzień zresztą chasydzi też najczęściej modlą się w tłumie albo łączą za pośrednictwem internetu lub telewizji. Czasem jednak osiągają stan najwyższego skupienia w modlitwie samotnej. Poruszając się rytmicznie, odbywają nakazaną przez Nachmana rozmowę z Bogiem. Mówią do Niego i Go słuchają. Nie wolno im milczeć ani stać nieruchomo.

„W swoich modlitwach nie proś o więcej niż o jedną rzecz naraz” – w ostatnim przypomnianym przez Barzela nakazie Nachmana zawiera się próba skłonienia pobożnych (chasyd znaczy po hebrajsku ‘pobożny, czysty’), by zawsze wiedzieli, co jest dla nich najważniejsze. Rzecz, o którą się modlą, nie musi być na pierwszym miejscu przez całe życie, może być ulotną i całkiem banalną potrzebą chwili, ale w tym właśnie momencie powinna być tylko jedna.

Wertowaliśmy książeczki z tekstem Tikkunu po rosyjsku, nawet przeczytaliśmy na głos parę wersów napisanych cyrylicą. Chasydzi wciąż nadchodzili ze wszystkich stron i mieliśmy wrażenie, że kilka wąskich ulic lada chwila pęknie w szwach. Staliśmy przy drewnianym płocie, ukryci w cieniu rozłożystej śliwy, oddzieleni od reszty ekipy żywym murem modlących się. Nie wszyscy osiągnęli już dwekut – ktoś w zadumie nawijał sobie pejs na palec, ktoś inny ukradkiem ziewał. W Tikkunie udziału nie biorą kobiety i chociaż przestrzegaliśmy chasydzkich zasad ubioru, czuliśmy na sobie coraz więcej niechętnych spojrzeń. Wreszcie zaczęliśmy przeciskać się przez tłum teraz już bardzo rozwścieczonych pielgrzymów, którzy na nasz widok odwracali głowy i machali rękoma, jakby chcieli odpędzić dybuka. Nagle ktoś zawołał do nas po ukraińsku. Dwóch mężczyzn szybko otworzyło żelazną bramę, wpuszczając nas na podwórko niewielkiej restauracji. Kilku chasydów jeszcze wygrażało nam pięściami zza płotu, ale nic już nie mogli nam zrobić. Nasi ukraińscy zbawcy pośmiali się chwilę i zaproponowali kawę. Wtedy raz pierwszy zobaczyliśmy rebego Arusza. Kroczył od strony synagogi Klojz w eskorcie gorliwych uczniów tworzących orszak, który osłaniał rebego od wyciągniętych rąk pielgrzymów. Szedł ze spuszczonym wzrokiem, w najmniejszym stopniu nie reagując na podniecenie tłumu.

Największym rabinom jest obojętne, co się dzieje dookoła, gdy się modlą. Nikt zresztą nie odważy się im przerywać. Uczniowie czekają czasem godzinami na możliwość oczyszczającego jak egzorcyzm dotknięcia swojego rebego, kilka jego słów, przenikliwe, magiczne, dobrotliwe spojrzenie. A on ciągle woli być bliżej Boga. I Bóg czyni to samo – zbliża się do trwających w modlitwie ludzi. Świat jest nieustannie zagrożony, ale wystarczy obecność choćby jednego, nawet ostatniego cadyka, żeby Bóg nie pozwolił mu zginąć.

Nachman po raz pierwszy przekazał uczniom zalecenie odmawiania psalmów w 1805 roku i początkowo miały być one lekiem na polucję i masturbację, które on sam i inni rabini uznawali za ciężkie grzechy. Kiedy filmowaliśmy Tikkun z małego dziedzińca sklepiku z książkami i akcesoriami modlitewnymi, obok nas stanął z kamerą chasydzki dokumentalista Ori, który kręcił zdjęcia do swojego filmu Święta sperma opowiadającego o seksualności chasydów. Dopiero po obejrzeniu go dwa lata później zrozumieliśmy, dlaczego sceny z Humania były dla Oriego tak ważne. Jego film ukazuje przetrwanie idei w zamkniętym ruchu religijnym w niemalże niezmienionej formie przez ponad dwieście lat.

Według Nachmana grzechy polucji i masturbacji wymagały naprawdę długiej pokuty, ale cadyk rozszerzył wkrótce moc Tikkun HaKlali na wszystkie wady i choroby duchowe oraz cielesne. Dlatego też wielu chasydów i chasydek odmawia dziesięć psalmów codziennie, traktując tę modlitwę jako najskuteczniejsze narzędzie wsparcia przeciwko wszelkim, nieustannie czyhającym na człowieka grzechom i pokusom. Najłatwiej dać odpór złu – którego nazwy chasydzi nigdy nie wymawiają, ponieważ uważają, że to je wzmacnia – gdy jest się blisko grobu Nachmana.

Cmentarz ofiar koliszczyzny – miejsce z niezwykłą energią, o wielkiej sile oddziaływania – przyciągał samego cadyka. Kiedy po raz pierwszy przyjechał do Humania, powiedział: „Czekają tu na mnie dusze umarłych za wiarę”. Przeczuwając śmierć, zamieszkał na skraju cmentarza. Wtedy jeszcze bardziej poczuł się odpowiedzialny za gromady otaczających go duchów. Stał im się szczególnie bliski, bo tygodniami obcował z ich Zagładą, nie rozmawiając z nikim. Po samotnych medytacjach, czując zbliżającą się śmierć, złożył słynną obietnicę: „Ktokolwiek przybędzie do mojego grobu, zmówi dziesięć psalmów Tikkun HaKlali i pamiętając o mnie przeznaczy choćby jeden grosz na dobroczynność, wówczas, niezależnie od ciężaru jego grzechów, uczynię wszystko, co w mojej mocy, by go oczyścić i uchronić od kary. Wyciągnę go z Gehenny nawet za czubki pejsów!”. To zapewnienie od pewnego czasu zwiększa grono gorliwych wyznawców Nachmana, czy też po prostu wierzących Żydów, którzy chcą doświadczyć aury miejsca i przekonać się, co wyjazd do Humania może zmienić w ich życiu.

Długo chodziliśmy po ulicy Puszkina, szukając śladów starego cmentarza. Wpatrywaliśmy się w każdy kawałek muru, przeciskaliśmy się przez ciasne przesmyki w blokowisku, mając nadzieję, że w jakimś zakamarku natrafimy na ważną wskazówkę. Żaden z chasydzkich i ukraińskich rozmówców nie umiał nam pomóc. Poszukiwania okazały się całkowicie bezskuteczne. Nikt nie znał żadnego szczegółu, który mógłby naprowadzić nas na ślad. Usłyszeliśmy parę razy, że cmentarz zniknął ostatecznie dopiero w latach siedemdziesiątych, gdy Władimir Wasiljewicz Szczerbicki – I sekretarz Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej – kazał zaorać go buldożerami i wybudować na jego miejscu bloki. Jednak pracownice Humańskiego Muzeum Krajoznawczego, w którym chcieliśmy potwierdzić tę informację, podchodziły do niej bardzo sceptycznie.

– Każdy, kto przychodzi dziś do muzeum, ma własną wersję tego samego wydarzenia – nie szczędziły nam ironii. Rzeczywiście, na Ukrainie trudno jest kogoś przekonać, że mówi się prawdę. Jest nawet takie powiedzenie: kłamie jak naoczny świadek.

Kobiety rozkładały przed nami coraz starsze mapy. Błądziliśmy wzrokiem po pożółkłych kartkach, odtwarzając siatkę ulic, które wielokrotnie przemierzaliśmy. Znajdowaliśmy tylko puste pola. Na mapie z 1844 roku była rzeczka, była twierdza, w miejscu której są dziś bazar i niebieska cerkiew, siedziba arcybiskupa Pantelejmona. Był też ratusz – jedyny budynek z tamtych czasów, który przetrwał do dziś. Na mapie z 1903 roku znaleźliśmy ulicę Puszkina. Mieliśmy w rękach jeszcze starsze – z 1800, a nawet z 1768 roku. Cmentarza nie było na żadnej z nich. Może był niewielki, może pochowano tam tylko ofiary rzezi i więcej nikogo nie grzebano, a że z Żydów w mieście prawie nikt wtedy nie ocalał, nie było komu zadbać o jego przetrwanie i został szybko zniszczony. Albo po prostu dla autorów nie miał znaczenia i nie pomyśleli, że brak cmentarza na mapach to wymazywanie z pamięci wspomnienia koliszczyzny.

Żydzi wyruszający do cadyka nie potrzebują map. Gotowi są pokonać największe trudności i znosić wszelkie upokorzenia, byle dotrzeć do Nachmana.

– Jeśli w drogę do Humania powbijane byłyby noże i miecze, to i tak bym po niej pełznął, aby odwiedzić grób mojego rebego – powiedział Natan, ukochany uczeń i spadkobierca cadyka. W ten sposób przedstawił sedno programu, któremu chasydzi będą wierni aż do chwili, gdy na rogu Puszkina i Bielińskiego, w miejscu, które nazywają „świętą ziemią Izraela”, powitają swojego Mesjasza.

[...]

WITOLD KRASSOWSKI – fotograf, absolwent Uniwersytetu Warszawskiego. Doktoryzował się na Uniwersytecie Śląskim, a habilitował na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, gdzie obecnie wykłada. Laureat wielu nagród fotograficznych, w tym dwukrotnie World Press Photo.

Zdjęcia powstały na planie filmu Dybuk. Rzecz o wędrówce dusz w reżyserii Krzysztofa Kopczyńskiego.

[...]