Dwunastu - Justin Cronin - ebook
Opis

97 lat wcześniej Ameryka pogrążyła się w chaosie i śmierci. W rezultacie nieudanego eksperymentu naukowego, zwanego Projektem Noe, prowadzonego w tajnej bazie wojskowej w Kolorado, na wolność wydostaje się Dwunastu niebezpiecznych skazańców zarażonych wirusem, który przemienia ludzi w wampiry. Zaczyna się prawdziwe piekło na ziemi: zarażeni (zwani wirolami) atakują każdego napotkanego człowieka, a kraj ogarnia epidemia. Niedobitki chronią się za wysokimi murami w odciętych od świata koloniach. Spełnia się największy koszmar – teraz to wampiry stanowią przyszłość, a cywilizacji ludzkiej zagraża zagłada.

Ocalałych przy życiu trzymają tylko resztki nadziei. Muszą przetrwać, by uratować ludzkość: wytropić Dwunastu, unicestwić ich, zniszczyć główne kryjówki dysponującego gigantyczną przewagą wroga. Jak dotąd wszelkie wysiłki ludzi okazywały się bezskuteczne, być może nie bez powodu. Zachowanie wiroli zmienia się. Czyżby stopniowo stawali się nieśmiertelni? Tropy prowadzą do otoczonego zasiekami miasta w stanie Iowa, nazywanego Ojczyzną, którym rządzi naczelnik Horace Guilder i czerwonoocy. Przed wybuchem epidemii Guilder był zastępcą dyrektora Departamentu Broni Specjalnych, odpowiedzialnym za Projekt Noe. Śmiertelnie chory Guilder, chcąc odzyskać zdrowie, wykonuje polecenia Dwunastu: trzyma ludzi w lochach, używając ich do niewolniczych prac i jako karmy dla wiroli. Kilkunastoletnia Amy – obdarzona nieśmiertelnością Dziewczyna Znikąd – jest ostatnią nadzieją ludzkości. Tylko ona, również ofiara eksperymentu, potrafi przeniknąć do umysłów Dwunastu i odkryć przerażające tajemnice Ojczyzny…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 903

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


JU­STIN CRO­NIN

DWU­NA­STU

Z an­giel­skie­go przełożył

ZBI­GNIEW KOŚCIUK

Wydanie elektroniczne

O książce

Dru­ga część be­st­sel­le­ro­wej try­lo­gii sta­wia­nej obokBa­stio­nu Ste­phe­na Kin­ga i Dro­gi Cor­ma­ca McCar­thy’ego.

97 lat wcześniej Ame­ry­ka pogrążyła się w cha­osie i śmier­ci. W re­zul­ta­cie nie­uda­ne­go eks­pe­ry­men­tu na­uko­we­go, zwa­ne­go „Pro­jek­tem Noe”, pro­wa­dzo­ne­go w taj­nej ba­zie woj­sko­wej w Ko­lo­ra­do, na wol­ność wy­do­sta­je się dwu­na­stu nie­bez­piecz­nych ska­zańców zarażonych wi­ru­sem, który prze­mie­nia lu­dzi w wam­pi­ry. Za­czy­na się praw­dzi­we piekło na zie­mi: zarażeni (zwa­ni wi­ro­la­mi) ata­kują każdego na­po­tka­ne­go człowie­ka, a kraj ogar­nia epi­de­mia. Nie­do­bit­ki chro­nią się za wy­so­ki­mi mu­ra­mi w odciętych od świa­ta ko­lo­niach. Spełnia się naj­większy kosz­mar – te­raz to wam­pi­ry sta­no­wią przyszłość, a cy­wi­li­za­cji ludz­kiej gro­zi całko­wi­ta zagłada.

Oca­lałych przy życiu trzy­mają tyl­ko reszt­ki na­dziei. Muszą prze­trwać, by ura­to­wać ludz­kość: wy­tro­pić Dwu­na­stu, uni­ce­stwić ich, znisz­czyć główne kryjówki dys­po­nującego gi­gan­tyczną prze­wagą wro­ga. Jak dotąd, wszel­kie wysiłki lu­dzi oka­zy­wały się bez­sku­tecz­ne, być może nie bez po­wo­du. Za­cho­wa­nie wi­ro­li zmie­nia się. Czyżby stop­nio­wo sta­wa­li się nieśmier­tel­ni? Tro­py pro­wadzą do oto­czo­ne­go za­sie­ka­mi mia­sta w sta­nie Iowa, na­zy­wa­ne­go Oj­czyzną, którym rządzi na­czel­nik Ho­ra­ce Gu­il­der i czer­wo­no­ocy. Przed wy­bu­chem epi­de­mii Gu­il­der był zastępcą dy­rek­to­ra De­par­ta­men­tu Bro­ni Spe­cjal­nych, od­po­wie­dzial­nym za „Pro­jekt Noe”. Śmier­tel­nie cho­ry Gu­il­der, chcąc od­zy­skać zdro­wie, wy­ko­nu­je po­le­ce­nia Dwu­na­stu: trzy­ma lu­dzi w lo­chach, używając ich do nie­wol­ni­czych prac i jako kar­my dla wi­ro­li. Kil­ku­na­sto­let­nia Amy – ob­da­rzo­na nieśmier­tel­nością Dziew­czy­na Znikąd – jest ostat­nią na­dzieją ludz­kości. Tyl­ko ona, również ofia­ra eks­pe­ry­men­tu, po­tra­fi prze­niknąć do umysłów Dwu­na­stu i od­kryć prze­rażające ta­jem­ni­ce Oj­czyzny…

JU­STIN CRO­NIN

Pi­sarz ame­ry­kański, ab­sol­went Uni­wer­sy­te­tu Ha­rvar­da i Iowa Wri­ters Work­shop. Zdo­byw­ca pre­stiżowych nagród li­te­rac­kich Pen/He­min­gway Award, Ste­phen Cra­ne Pri­ze i Whi­ting Wri­ter’s Award. Jest au­to­rem po­wieści Mary and O’Neil, The Sum­mer Gu­est oraz try­lo­gii Przejście, obej­mującej Przejście, Dwu­na­stu i The City of Mir­rors (pu­bli­kację trze­ciej części za­po­wie­dzia­no na je­sień 2014). Ad­ap­tację fil­mową try­lo­gii przy­go­to­wu­je fir­ma pro­du­cenc­ka Ri­dleya Scot­ta.

www.ju­stin­cro­nin.com

Z re­cen­zji pra­so­wych o try­lo­gii Cro­ni­na

Naj­lep­sza po­wieść tego lata.

USA To­day

Mrocz­na stro­na ZMIERZ­CHU – tyl­ko dla do­rosłych.

Te­le­graph

Try­lo­gia PRZEJŚCIE

PRZEJŚCIE

DWU­NA­STU

MIA­STO LU­STER

Tytuł ory­gi­nału:

THE PAS­SA­GE 2: THE TWE­LVE

Co­py­ri­ght © Ju­stin Cro­nin 2012

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Kuryłowicz 2014

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Zbi­gniew Kościuk 2014

Re­dak­cja: Be­ata Słama

Ilu­stra­cja na okładce: Ala­my/BE & W

Pro­jekt ilu­stra­cji okład­ko­wej: Orion Bo­oks

ISBN 978-83-7985-042-6

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla Le­slie,sto­pa do sto­py

To­wa­rzy­szyła mi przez całe lata, choć może była to tyl­ko chwi­la. Nie po­tra­fię so­bie przy­po­mnieć. Może ją ko­chałem, a może nie. Był tam dom, a później go nie było. I były drze­wa, ale żadne nie prze­trwało. Kie­dy nikt nie pamięta, cóż po­zo­sta­je? Ty, której chwi­le prze­minęły, która przepłynęłaś jak dym na drugą stronę, po­wiedz mi coś, po­wiedz co­kol­wiek.

MARK STRAND, In the After­li­fe

DRA­MA­TIS PER­SO­NAE

DWU­NA­STU

Tim Fan­ning alias Zero – pro­fe­sor bio­che­mii z Uni­wer­sy­te­tu Co­lum­bia, zarażony wi­ru­sem CV-0 pod­czas wy­pra­wy ba­daw­czej do Bo­li­wii 21 lu­te­go 20XX.

Gi­les Bab­cock

(nie

żyje)

– ska­za­ny

na

karę śmier­ci za mor­der­stwo, okręg Nye, Ne­va­da, 2013.

Jo­seph Mor­ri­son

– ska­za­ny

na

karę śmier­ci za mor­der­stwo, okręg Le­wis, Ken­tuc­ky, 2013.

Vic­tor Cha­vez

– ska­za­ny

na

karę śmier­ci za mor­der­stwo i dwa gwałty na oso­bach nie­let­nich, okręg Elko, Ne­va­da, 2012.

John

Baf­fes

– ska­za­ny

na

karę śmier­ci za mor­der­stwo pierw­sze­go i dru­gie­go stop­nia do­ko­na­ne ze szczególnym okru­cieństwem, okręg Pa­sco, Flo­ry­da, 2010.

Thad­deus Tur­rell

– ska­za­ny

na

karę śmier­ci za za­mor­do­wa­nie funk­cjo­na­riu­sza De­par­ta­men­tu Bez­pie­czeństwa Kra­jo­we­go, Okręg Fe­de­ral­ny Nowy Or­le­an, 2014.

Da­vid Win­ston

– ska­za­ny

na

karę śmier­ci za mor­der­stwo i trzy gwałty, okręg New Ca­stle, De­la­wa­re, 2014.

Ru­pert

Sosa

– ska­za­ny

na

karę śmier­ci za spo­wo­do­wa­nie ka­ta­stro­fy w ru­chu dro­go­wym i szczególne okru­cieństwo, okręg Lake, In­dia­na, 2009.

Mar­tin

Echols

– ska­za­ny

na

karę śmier­ci za mor­der­stwo i napaść z bro­nią w ręku, pa­ra­fia Ca­me­ron, Lu­izja­na, 2012.

Ho­ra­ce Lam­bri­ght

– ska­za­ny

na

karę śmier­ci za podwójne mor­der­stwo i gwałt, okręg Ma­ri­co­pa, Ari­zo­na, 2014.

Ju­lio Martínez

– ska­za­ny

na

karę śmier­ci za za­mor­do­wa­nie funk­cjo­na­riu­sza po­li­cji, okręg La­ra­mie, Wy­oming, 2011.

Wil­liam Re­in­hardt

– ska­za­ny

na

karę śmier­ci za potrójne mor­der­stwo i gwałt, okręg Mia­mi-Dade, Flo­ry­da, 2012.

An­tho­ny Car­ter

– ska­za­ny

na

karę śmier­ci za mor­der­stwo, okręg Har­ris, Tek­sas, 2013.

ROK ZE­RO­WY

Ber­nard Kit­trid­ge alias Ostat­ni Ba­stion De­nver– je­den z oca­lałych.

April– jed­na z oca­lałych.

Ti­mo­thy – przy­rod­ni brat April.

Dan­ny Chay­es – kie­row­ca szkol­ne­go au­to­bu­su.

Lila Kyle – le­kar­ka.

Law­ren­ce Grey– do­zor­ca, pra­cow­nik pro­jek­tu Noe.

Ho­ra­ce Gu­il­der – zastępca dy­rek­to­ra De­par­ta­men­tu Bro­ni Spe­cjal­nych („Skład”).

Ma­jor Fran­ces Por­che­ki – ofi­cer Gwar­dii Na­ro­do­wej sta­nu Iowa.

Vera– pielęgniar­ka Czer­wo­ne­go Krzyża.

Igna­cio – do­zor­ca, pra­cow­nik pro­jek­tu Noe.

Nel­son – dy­rek­tor tech­nicz­ny, De­par­ta­ment Bro­ni Spe­cjal­nych.

Shaw­na – pro­sty­tut­ka.

Rita Cher­now – de­tek­tyw po­li­cji.

INNI OCA­LE­NI

Pa­stor Don

Wood

De­lo­res

Ja­mal

Pani Bel­la­my

Joe Ro­bin­son

Lin­da Ro­bin­son

Boy Ju­nior

MA­SA­KRA NA POLU, 79 ROK PO WY­BU­CHU EPI­DE­MII

Cur­tis Vor­he­es – bry­ga­dzi­sta Północ­ne­go Kom­plek­su Rol­ne­go, Ker­rvil­le w Tek­sa­sie.

De­lia „Dee” Vor­he­es – jego żona.

Boz Vor­he­es – jego brat (nie żyje).

Ni­tia i Siri Vor­he­es – córki Cur­ti­sa i De­lii Vor­he­es.

Na­than Cruk­shank – brat De­lii Vor­he­es; funk­cjo­na­riusz straży oby­wa­tel­skiej (SO).

Ti­fty La­mont – funk­cjo­na­riusz straży oby­wa­tel­skiej.

INNE RO­DZI­NY OBEC­NE POD­CZAS MA­SA­KRY NA POLU

Człon­ko­wie ro­dzi­ny Ty­le­ra Vor­he­esa

Człon­ko­wie ro­dzi­ny Wi­ther­sa

Człon­ko­wie ro­dzi­ny Dod­da

Człon­ko­wie ro­dzi­ny Ap­ga­ra

Człon­ko­wie ro­dzi­ny Cau­leya

Człon­ko­wie ro­dzi­ny Fran­ci­sa

Człon­ko­wie ro­dzi­ny Cu­omo

Człon­ko­wie ro­dzi­ny Mar­ti­ne­za

Człon­ko­wie ro­dzi­ny Wri­gh­ta

Człon­ko­wie ro­dzi­ny Bo­di­ne’a

KER­RVIL­LE W TEK­SA­SIE, 97 ROK PO WY­BU­CHU EPI­DE­MII

Amy Har­per Bel­la­fon­te – Dziew­czy­na Znikąd.

Po­rucz­nik Pe­ter Ja­xon – ofi­cer wojsk eks­pe­dy­cyj­nych, Ar­mia Re­pu­bli­ki Tek­sa­su.

Po­rucz­nik Ali­cia Do­na­dio – ofi­cer wojsk eks­pe­dy­cyj­nych.

Pułkow­nik Gun­nar Ap­gar – ofi­cer wojsk eks­pe­dy­cyj­nych.

Ma­jor Ale­xan­der Hen­ne­man – ofi­cer wojsk eks­pe­dy­cyj­nych.

Po­rucz­nik Satch Dodd – ofi­cer wojsk eks­pe­dy­cyj­nych.

Lu­cius Gre­er – więzień.

Hol­lis Wil­son – wy­ki­dajło.

Dunk Wi­thers – przestępca.

Abram Fle­et – ge­ne­rał Ar­mii Re­pu­bli­ki Tek­sa­su.

Vic­to­ria San­chez – pre­zy­dent Re­pu­bli­ki Tek­sa­su.

Sio­stra Peg– za­kon­ni­ca, przełożona sie­ro­cińca.

Sio­stra Ca­the­ri­ne – za­kon­ni­ca.

Ca­leb Ja­xon – bra­ta­nek Pe­te­ra Ja­xo­na, syn Theo Ja­xo­na i Mau­sa­mi Pa­tal.

RA­FI­NE­RIA FRE­EPORT W TEK­SA­SIE

Mi­cha­el Fi­sher – naf­ciarz pierw­szej kla­sy (NPK), bry­ga­dzi­sta ra­fi­ne­rii we Fre­eport.

Lore De­Ve­er – naf­ciar­ka.

Juan „Ceps” Swe­eting – naf­ciarz.

Ed Pope – naf­ciarz.

Dan Kar­lo­vic – na­czel­ny inżynier ra­fi­ne­rii we Fre­eport.

OJ­CZY­ZNA

Jac­kie – ro­bot­nik.

Eu­sta­ce – re­be­liant.

Nina– re­be­liant­ka.

Vale– funk­cjo­na­riusz za­sobów ludz­kich.

Whi­stler – funk­cjo­na­riusz­ka za­sobów ludz­kich.

Sod – funk­cjo­na­riusz za­sobów ludz­kich.

Dok­tor Ver­lyn – le­karz.

Dani– służąca pra­cująca w Ko­pu­le.

Jen­ny – służąca pra­cująca w Ko­pu­le.

Fred Wil­kes – szef kan­ce­la­rii.

Vi­kram Su­resh – mi­ni­ster zdro­wia pu­blicz­ne­go.

Aidan Hop­pel – mi­ni­ster pro­pa­gan­dy.

PRO­LOG

Z pism Pierw­sze­go Kro­ni­ka­rza (Księga Dwu­na­stu)

Przed­sta­wio­nych na Trze­ciej Glo­bal­nej Kon­fe­ren­cji Poświęco­nej Okre­so­wi Północ­no­ame­ry­kańskiej Kwa­ran­tan­ny

Cen­trum Badań Kul­tu­ro­wych i Kon­fliktów Uni­wer­sy­tet No­wej Południo­wej Wa­lii, Re­pu­bli­ka In­do­au­stra­lij­ska

16–21 kwiet­nia 1003 rok po wy­bu­chu epi­de­mii

[Początek frag­men­tu]

ROZ­DZIAŁ PIERW­SZY

Na świe­cie za­pa­no­wało zło. Ser­cem lu­dzi zawładnął duch woj­ny i do­pusz­cza­li się nie­go­dzi­wości na wszel­kich isto­tach żywych, za­mie­niając zie­mię w kra­inę śmier­ci.

Bóg wej­rzał ze smut­kiem na swo­je stwo­rze­nie, bo Jego duch opuścił człowie­ka.

I rzekł PAN: Po­dob­nie jak za dni No­ego, zie­mię ogar­nie wiel­ki po­top, lecz tym ra­zem będzie to po­top krwi. Po­two­ry za­miesz­kujące ludz­kie ser­ca staną się ciałem i pochłoną wszyst­kich, którzy staną im na dro­dze. I nazwą ich wi­ro­la­mi.

Pierw­szy będzie żył pośród was, po­dając się za człowie­ka pra­we­go i ukry­wając zło w swo­im wnętrzu. Kie­dy dosięgnie go cho­ro­ba, sta­nie się po­dob­ny de­mo­nom, a jego wi­dok będzie wzbu­dzał prze­rażenie. Sta­nie się on oj­cem znisz­cze­nia, a imię jego Zero.

Lu­dzie za­czną mówić: „Czyż ta isto­ta nie jest naj­potężniej­szym z żołnie­rzy? Czy ar­mie na­szych wrogów nie odłożą bro­ni, żeby zasłonić oczy na jego wi­dok?”.

Z naj­wyższych kręgów władzy wyj­dzie de­kret na­ka­zujący wy­bra­nie dwu­na­stu przestępców, aby mie­li udział w krwi Zero i sta­li się de­mo­na­mi jak on. A ich imio­na połączą się w jed­no imię Bab­cock-Mor­ri­son-Cha­vez-Baf­fes - Tur­rell-Win­ston-Sosa-Echols – Lam­bri­ght-Mar­ti­nez-Re­in­hardt-Car­ter. I będą na­zwa­ni Dwu­na­sto­ma.

Zo­sta­nie też wy­bra­na spośród was oso­ba o czy­stym ser­cu i umyśle, dziec­ko, które zdoła sta­wić im czoło. I ześlę znak, aby wszy­scy mo­gli je po­znać, a zna­kiem tym będzie wiel­kie za­mie­sza­nie wśród zwierząt.

Będzie to Amy, której na imię Miłość: Amy Dusz, Dziew­czy­na Znikąd.

Znak zo­stał dany w mieście Mem­phis, przy wtórze wy­cia, pi­sku i trąbie­nia zwierząt. Tą, która go uj­rzała, była La­cey, sio­stra w Bożych oczach. I rzekł PAN do La­cey:

Zo­stałaś wy­bra­na, żeby być to­wa­rzyszką Amy i wska­zy­wać jej drogę. Pójdziesz za nią wszędzie, dokąd się uda. Two­ja podróż będzie mo­zol­na, trwająca wie­le po­ko­leń.

Będziesz jak mat­ka dziec­ku, które powołałem, aby uzdro­wić skażony świat. Amy sta­nie się jak arka, w której oca­leją du­sze spra­wie­dli­wych”.

La­cey uczy­niła wszyst­ko, co na­ka­zał jej Bóg.

ROZ­DZIAŁ DRU­GI

Później za­bra­no Amy do pew­ne­go miej­sca w Ko­lo­ra­do, gdzie zna­lazła się w nie­wo­li u złych lu­dzi. Prze­by­wa­li tam w kaj­da­nach Zero i Dwu­na­stu. Ci, którzy poj­ma­li Amy, chcie­li, żeby stała się jedną z nich i połączyła się z nimi du­chem.

Kie­dy prze­to­czy­li jej krew Zera, pogrążyła się w omdle­niu, jak­by umarła, ale nie zginęła ani nie przy­brała odrażającej po­sta­ci, bo Bóg nie po­zwo­lił, aby tak się stało.

Wie­le dni po­zo­sta­wała we śnie, aż wy­da­rzyła się wiel­ka ka­ta­stro­fa, ja­kiej nie było ani nie będzie. Dwu­na­stu i Zero ucie­kli, żeby siać znisz­cze­nie i śmierć na zie­mi.

A był tam mąż, który za­przy­jaźnił się z Amy. Pożałował jej i wywiózł z tego miej­sca. Był nim Wol­gast, człowiek spra­wie­dli­wy wśród swo­je­go po­ko­le­nia, umiłowa­ny przez Boga.

Wol­gast za­brał Amy i zawiózł do Ore­go­nu, w od­lud­ne góry. Miesz­ka­li tam w cza­sie na­zy­wa­nym ro­kiem ze­ro­wym.

W ta­mych dniach Dwu­na­stu pu­sto­szyło ob­li­cze zie­mi swo­im wiel­kim głodem, za­bi­jając każdą żywą istotę. Ci, którzy nie zo­sta­li pożarci, przyłączy­li się do nich du­chem. Dwu­na­stu za­mie­niło się w mi­lio­ny, z których po­wstało dwa­naście ple­mion wi­ro­li. Każde składało się z Wie­lu. Prze­mie­rza­li oni zie­mię bez imie­nia i pamięci, niszcząc wszyst­kie żywe isto­ty.

Mijały ko­lej­ne pory roku. Wol­gast był dla Amy jak oj­ciec, bo nie miała ni­ko­go, a on nie miał własnych dzie­ci. I ją po­ko­chał, a ona po­ko­chała jego.

Za­uważył też, że Amy nie była taka jak on ani żaden człowiek stąpający po ob­li­czu zie­mi. Nie sta­rzała się ani nie czuła bólu, nie po­trze­bo­wała pożywie­nia ani od­po­czyn­ku. I zaczął się lękać, co się z nią sta­nie, kie­dy go za­brak­nie.

Później w oko­li­cy zja­wił się człowiek po­chodzący z Se­at­tle. Wol­gast zabił go, żeby nie stał się de­mo­nem wśród nich. Bo świat był miej­scem po­tworów i oprócz nich nie po­zo­stała żadna żywa isto­ta.

W ten sposób żyli jak oj­ciec i córka, troszcząc się o sie­bie aż do dnia, gdy nie­bo rozbłysło ośle­piającym bla­skiem zbyt ja­snym, aby można było nań pa­trzeć. Następne­go ran­ka w po­wie­trzu po­ja­wiła się cuchnąca woń, a wszyst­ko wokół po­krył popiół.

Światło, które uj­rze­li, było światłem śmier­ci. Spra­wiło, że Wol­gast za­padł na śmier­telną cho­robę. Amy zo­stała sama i błąkała się sa­mot­nie po opu­sto­szałym ob­li­czu zie­mi, mając za to­wa­rzy­szy je­dy­nie wi­ro­li.

W ten sposób upłynęły czte­ry dwu­dzie­sto­le­cia i dwa­naście lat.

ROZ­DZIAŁ TRZE­CI

W dzie­więćdzie­siątym ósmym roku życia Amy przy­była do mia­sta w Ka­li­for­nii, do Pierw­szej Ko­lo­nii liczącej czte­ry dwu­dziest­ki i dzie­sięć dusz miesz­kających za mu­ra­mi. Byli to po­tom­ko­wie dzie­ci, które wysłano z Fi­la­del­fii w Po­przed­nich Cza­sach.

Lu­dzie prze­ra­zi­li się na jej wi­dok, bo nie mie­li pojęcia o świe­cie. Oskarżyli ją o wie­le rze­czy i uwięzili. Po­wstało tak wiel­kie za­mie­sza­nie, że mu­siała uciec wraz z kil­kor­giem to­wa­rzy­szy.

Byli to Pe­ter, Ali­cia, Sara, Mi­cha­el, Hol­lis, Theo, Mau­sa­mi i Cho­lew­ka. Wszy­scy byli pra­wi i pragnęli po­znać świat za mu­ra­mi mia­sta, w którym miesz­ka­li.

Pierw­szym wśród nich był Pe­ter, drugą Ali­cia, trze­cią Sara, a czwar­tym Mi­cha­el. Także po­zo­sta­li byli błogosławie­ni w oczach Boga.

Wy­szli z mia­sta pod osłoną ciem­ności, żeby po­znać ta­jem­nicę zagłady świa­ta. Wy­ru­szy­li w sześcio­mie­sięczną podróż do Ko­lo­ra­do, pod­czas której prze­mie­rza­li pust­ko­wia i sta­wia­li czoło wie­lu prze­ciw­nościom.

W Las Ve­gas schwy­ta­no ich i po­sta­wio­no przed ob­li­czem Bab­coc­ka, pierw­sze­go z Dwu­na­stu, bo miesz­kańcy mia­sta byli nie­wol­ni­ka­mi Bab­coc­ka i jego Wie­lu. Żeby przeżyć, w po­rze no­wiu składa­li w ofie­rze dwóch spośród sie­bie.

Amy i jej to­wa­rzy­sze zo­sta­li zapędze­ni w miej­sce ofiar­ne i sto­czy­li walkę z Bab­coc­kiem, który oka­zał się strasz­nym prze­ciw­ni­kiem. Wie­lu stra­ciło życie. Później ucie­kli z tego miej­sca, żeby uniknąć po­dob­ne­go losu.

Je­den z nich po­legł – chłopak zwa­ny Cho­lewką. Amy i jej to­wa­rzy­sze po­cho­wa­li go i ozna­czy­li miej­sce na pamiątkę.

I ogarnął ich wiel­ki smu­tek, bo Cho­lew­ka był naj­bar­dziej umiłowa­nym pośród nich. Nie mo­gli się jed­nak ociągać, bo ścigał ich Bab­cock i jego Wie­lu.

Po pew­nym cza­sie Amy i jej przy­ja­cie­le do­tar­li do domu nie­tkniętego ręką cza­su. Bo Bóg go pobłogosławił, czy­niąc zie­mią świętą. Miej­sce to na­zy­wało się Farmą. Od­po­czy­wa­li tam bez­piecz­nie przez sie­dem dni.

Dwo­je z nich po­sta­no­wiło po­zo­stać w domu, bo ko­bie­ta była brze­mien­na. Uro­dziła dziec­ko i na­zwała je Ca­leb, umiłowa­ny Boga.

Resz­ta udała się w dalszą drogę, zo­sta­wiając tych dwo­je.

ROZ­DZIAŁ CZWAR­TY

Po wie­lu dniach i no­cach Amy i jej to­wa­rzy­sze do­tar­li do Ko­lo­ra­do, gdzie na­po­tka­li od­dział woj­sko­wy liczący pięć dwu­dzie­stek żołnie­rzy. Był to kor­pus eks­pe­dy­cyj­ny wysłany z mia­sta w Tek­sa­sie.

W tam­tym cza­sie Tek­sas był miej­scem schro­nie­nia na zie­mi. Żołnie­rze wy­ru­szy­li, żeby to­czyć walkę z wi­ro­la­mi, przy­sięgając oddać życie za bra­ci.

Je­den z to­wa­rzy­szy Amy po­sta­no­wił do nich dołączyć i zo­stał żołnie­rzem sił eks­pe­dy­cyj­nych. Była to Ali­cia, którą zwa­no Ostrą. Do ich gro­na przyłączył się Lu­cius zwa­ny Wier­nym.

Nie mo­gli po­zo­stać tam dłużej, bo nad­ciągała zima. Czwo­ro z nich chciało wy­ru­szyć w podróż z żołnie­rza­mi do tego miej­sca w Tek­sa­sie, ale Amy i Pe­ter po­sta­no­wi­li, że da­lej pójdą sami.

Po wie­lu dniach wędrówki przy­by­li do miej­sca, w którym kie­dyś prze­by­wała Amy, i tam, na naj­wyższej górze, uj­rze­li anioła PANA. Anioł rzekł do Amy:

„Nie lękaj się, bo je­stem taki jak La­cey, którą pamiętasz. Cze­kałem tu wie­le po­ko­leń, aby wska­zać drogę to­bie i Pe­te­ro­wi, który jest Mężem Dni. Zo­stał wy­bra­ny, aby stanąć u two­je­go boku”.

Po­dob­nie jak za czasów No­ego, Bóg po­sta­no­wił dać lu­dziom wiel­ki sta­tek, aby mo­gli się prze­pra­wić przez wody zagłady. Tym stat­kiem była Amy, Pe­ter zaś miał wy­pro­wa­dzić swo­ich to­wa­rzy­szy na su­chy ląd.

Bo PAN za­pragnął uczy­nić pełnym to, co złama­ne, i udzie­lić po­cie­sze­nia du­szom spra­wie­dli­wych. To wy­da­rze­nie zo­sta­nie na­zwa­ne Przejściem.

Później anioł La­cey we­zwał z ciem­ności Bab­coc­ka, pierw­sze­go z Dwu­na­stu, i ro­ze­grała się wiel­ka bi­twa. La­cey roz­gro­miła go wy­bu­chem światła, po­wie­rzając swe­go du­cha PANU.

W ten sposób Wie­lu Bab­coc­ka zo­stało uwol­nio­nych spod jego jarz­ma i przy­po­mnie­li so­bie, kim byli w Po­przed­nim Cza­sie: mężczy­zna­mi i ko­bie­ta­mi, mężami i żona­mi, ro­dzi­ca­mi i dziećmi.

Amy prze­cha­dzała się wśród nich, błogosławiąc każdemu, bo za­mia­rem Boga było, żeby stała się stat­kiem, który prze­wie­zie ich przez długą noc za­po­mnie­nia. Później ich du­sze opuściły zie­mię i umar­li.

W ten sposób Amy i jej naśla­dow­cy do­wie­dzie­li się, co ich cze­ka, choć ich podróż była trud­na i znaj­do­wa­li się na początku dro­gi.

I

DUCH

Lato, 97 rok po wy­bu­chu epi­de­mii,

pięć lat po upad­ku Pierw­szej Ko­lo­nii

Pamiętaj o mnie, choć prze­minę,

Od­chodząc precz, w kra­inę snów.

CHRI­STI­NA ROS­SET­TI, Re­mem­ber

1

SIE­RO­CI­NIEC ZGRO­MA­DZE­NIA SIÓSTR MIŁOSIER­DZIA,

KER­RVIL­LE W TEK­SA­SIE

Później, po ko­la­cji i wie­czor­nej mo­dli­twie, i kąpie­li, jeśli tego dnia przy­pa­dała kąpiel, i po ne­go­cja­cjach, które za­wsze kończyły dzień („Proszę, sio­stro! Błagam, opo­wiedz jesz­cze jedną hi­sto­rię!”), kie­dy dzie­ci wresz­cie zasnęły i za­padła ci­sza, Amy sia­dała i na nie pa­trzyła. Nie ist­niały za­sa­dy, które by tego za­bra­niały, a sio­stry przy­wykły do jej noc­nych wędrówek. Ni­czym zja­wa snuła się po pogrążonych w ci­szy sa­lach, prze­su­wając się bez­sze­lest­nie między rzędami łóżek, w których spały dzie­ci, uf­nie położyw­szy głowy na po­dusz­kach. Naj­star­sze skończyły trzy­naście lat i stały na pro­gu do­rosłości, najmłod­sze były nie­mowlętami. Każde miało własną, zwy­kle po­nurą hi­sto­rię. Wie­le było trze­cim dziec­kiem po­rzu­co­nym na pro­gu sie­ro­cińca przez ro­dziców, których nie było stać na zapłace­nie po­dat­ku. Inne spo­tkał bar­dziej okrut­ny los. Mat­ki umie­rały w połogu albo były nie­zamężne i nie mogły znieść hańby. Oj­co­wie zni­ka­li w ciem­nych zaułkach mia­sta albo byli wy­no­sze­ni za mur. Dzie­ci miały różne po­cho­dze­nie, ale wszyst­kie cze­kało to samo: dziew­czyn­ki miały wstąpić do Zgro­ma­dze­nia, a chłopcy mie­li zo­stać żołnie­rza­mi wojsk eks­pe­dy­cyj­nych, złożyw­szy inną, choć nie mniej wiążącą przy­sięgę.

Mimo to w snach po­zo­stały dziećmi, pomyślała Amy. Cho­ciaż jej dzie­ciństwo było od­ległym wspo­mnie­niem przy­po­mi­nającym wymyśloną hi­sto­rię, ob­ser­wując śpiące maleństwa i przy­pa­trując się snom igrającym pod ich po­wie­ka­mi, miała wrażenie, że zno­wu jest małą istotą, nie­winną i nieświa­domą zbyt długiej podróży, jaką jest jej życie. Mi­nio­ny czas był w niej jak prze­past­na otchłań, bo przeżyła tak wie­le lat, że nie mogła odróżnić jed­ne­go roku od dru­gie­go. Może właśnie dla­te­go prze­cha­dzała się między śpiącymi dziećmi – może robiła to, aby nie za­po­mnieć.

W końcu sta­wała przy łóżku Ca­le­ba, bo chłopak za­wsze na nią cze­kał. Nie był nie­mowlęciem, ale pięcio­let­nim chłopcem, sil­nym i ener­gicz­nym, jak wszyst­kie dzie­ci. Za­dzi­wio­nym świa­tem, ra­do­snym i otwar­tym. Po mat­ce odzie­dzi­czył wy­so­kie kości po­licz­ko­we i oliw­kową skórę ty­pową dla jej ro­dzi­ny. Od ojca do­stał nie­ustępli­wy wzrok, mrocz­ny i ba­daw­czy, i szorstką ciemną czu­prynę, którą lu­dzie z Ko­lo­nii na­zy­wa­li włosa­mi Ja­xo­na. Jego ce­chy fi­zycz­ne przy­po­mi­nały układankę, wziął coś od każdego członka swo­jej ro­dzi­ny. Amy wi­działa ich w jego oczach. Chłopiec był sy­nem Mau­sa­mi i Theo, a jed­no­cześnie istotą odrębną i nie­po­wta­rzalną.

– Opo­wiedz mi o nich.

Co noc po­wta­rza­li ten sam ry­tuał, jak­by chłopiec nie mógł zasnąć bez po­wro­tu do przeszłości, której nie pamiętał. Amy usiadła wy­god­nie na brze­gu pry­czy. Pod ko­cem ry­so­wało się szczupłe ciało małego dziec­ka. Dwu­dziest­ka śpiących ma­luchów oto­czyła ich chórem mil­cze­nia.

– Do­brze – zaczęła. – Od cze­go mam zacząć? Two­ja mama była bar­dzo piękną ko­bietą…

– I wo­jow­ni­kiem.

– Tak. – Amy skinęła z uśmie­chem głową. – Pięknym wo­jow­ni­kiem o długich czar­nych włosach, sple­cio­nych w war­kocz wo­jow­ni­ka.

– Po­tra­fiła strze­lać z łuku.

– Właśnie, ale przede wszyst­kim była nie­ustępli­wa. Wiesz, co to zna­czy? Tłuma­czyłam ci to już.

– Była upar­ta?

– Tak, ale w do­brym zna­cze­niu. Jeśli każę ci umyć ręce przed obia­dem, a ty odmówisz, nie postąpisz właści­wie. Wykażesz zły upór. Two­ja mama była nie­ustępli­wa, bo za­wsze robiła to, co uważała za słuszne.

– Dla­te­go mnie uro­dziła – po­wie­dział z na­ci­skiem ma­lec. – Bo przy­nie­sie­nie światła na świat… było słuszne.

– Zna­ko­mi­cie. Widzę, że pamiętasz. Nig­dy nie za­po­mi­naj, że je­steś ja­snym pro­mycz­kiem, Ca­le­bie.

Twarz chłopca się roz­pro­mie­niła.

– Opo­wiedz mi o Theo. O moim ojcu.

– O two­im ojcu?

– Pro­ooszę!

Amy się uśmiechnęła.

– Do­brze. Opo­wiem ci o two­im ojcu. Był bar­dzo odważny. Był dziel­nym człowie­kiem i bar­dzo ko­chał twoją mamę.

– Ale był smut­ny.

– To praw­da, był smut­ny, ale właśnie to czy­niło go odważnym. Nie cofał się przed naj­większy­mi wy­zwa­nia­mi. Wiesz, co to ozna­cza?

– Że nie stra­cił na­dziei.

– Tak. Nie stra­cił na­dziei, choć sy­tu­acja wy­da­wała się bez­na­dziej­na. O tym również nie wol­no ci za­po­mi­nać. – Po­chy­liła się i pocałowała go w ciepłe, wil­got­ne czoło. – Późno już. Pora spać. Ju­tro cze­ka nas ko­lej­ny dzień.

– Czy oni… czy oni mnie ko­cha­li?

Py­ta­nie chłopca ją za­sko­czyło. Właści­wie nie samo py­ta­nie, bo po­wta­rzał je wie­le razy, cze­kając na po­twier­dze­nie, ale nie­pew­ność po­brzmie­wająca w jego głosie.

– Oczy­wiście, Ca­le­bie. Mówiłam ci to wie­le razy. Bar­dzo cię ko­cha­li. Nadal cię ko­chają.

– Bo są w nie­bie?

– Właśnie.

– Tam będzie­my na za­wsze ra­zem. Nie­bo jest miej­scem, do którego po­wra­ca ludz­ka du­sza. – Odwrócił wzrok. – Mówią, że je­steś bar­dzo sta­ra.

– Kto tak mówi, Ca­le­bie?

– Nie wiem. – Owinął się kołdrą ni­czym ko­ko­nem, lek­ko wzru­szając ra­mio­na­mi. – Wszy­scy. Inne sio­stry. Słyszałem, jak roz­ma­wiały.

Wcześniej nie po­ru­sza­li tego te­ma­tu. Amy sądziła, że tyl­ko sio­stra Peg zna jej hi­sto­rię.

– No cóż, je­stem star­sza od cie­bie, to wiem na pew­no.

Wy­star­czająco sta­ra, aby wie­dzieć, że pora spać.

– Cza­sa­mi ich widzę.

Te słowa ją zmro­ziły.

– Jak często ich wi­du­jesz, Ca­le­bie? – Chłopiec nie pa­trzył na nią, a jego oczy miały dziw­ny wy­raz, jak­by zaglądał do swo­je­go wnętrza.

– W nocy. Kie­dy śpię.

– Kie­dy śnisz? Czy to miałeś na myśli?

Chłopiec nie od­po­wie­dział. Do­tknęła jego ra­mie­nia przez kołdrę.

– To nic złego, Ca­le­bie. Możesz mi o tym opo­wie­dzieć, kie­dy będziesz go­to­wy.

– Nie wi­działem ich we śnie. To było in­a­czej. – Znów spoj­rzał jej w oczy. – Cie­bie też wi­działem, Amy.

– Mnie?

– Tyl­ko że byłaś inna. Nie taka, jak te­raz…

Cze­kała, aż dokończy zda­nie, ale nie po­wie­dział nic więcej. Jak to inna?

– Tęsknię za nimi – wes­tchnął ma­lec.

Skinęła głową rada, że zmie­nił te­mat.

– Wiem, że tęsknisz. Kie­dyś ich zo­ba­czysz, ale tym­cza­sem masz mnie. I wuj­ka Pe­te­ra. Wkrótce wróci do domu, wiesz?

– Z od­działem… esk­pu­da­cyj­nym. – Twarz chłopca zabłysła po­sta­no­wie­niem. – Kie­dy do­rosnę, zo­stanę żołnie­rzem jak wu­jek Pe­ter.

Amy jesz­cze raz pocałowała go w czoło i wstała, za­mie­rzając odejść.

– Jeśli ze­chcesz, zo­sta­niesz żołnie­rzem. Te­raz czas spać.

– Amy?

– Tak, Ca­le­bie?

– Czy cie­bie ktoś tak ko­chał?

Kie­dy po­chy­liła się nad łóżkiem chłopca, ogarnęły ją wspo­mnie­nia. Uj­rzała wio­senną noc i wi­rującą ka­ru­zelę. Po­czuła w ustach smak waty cu­kro­wej. Zo­ba­czyła je­zio­ro i do­mek w le­sie. Po­czuła uścisk wiel­kiej dłoni opla­tającej jej rączkę. Łzy napłynęły jej do oczu.

– Myślę, że mnie ko­cha­no. Mam na­dzieję.

– A wu­jek Pe­ter?

Ściągnęła brwi i spoj­rzała zdu­mio­na na Ca­le­ba.

– Dla­cze­go o to spy­tałeś?

– Nie wiem. – Ko­lej­ne wzru­sze­nie ra­mion i lek­ki gry­mas zakłopo­ta­nia na twa­rzy. – Bo tak na cie­bie pa­trzy i za­wsze się uśmie­cha.

– Cóż… – Sta­rała się ni­cze­go nie oka­zać, ale nie była pew­na, czy jej się to udało. – Uśmie­cha się, bo jest rad, że cię wi­dzi. Te­raz śpij. Obie­cu­jesz, że zaśniesz?

Ca­leb wes­tchnął.

– Obie­cuję.

♦ ♦ ♦

Choć na dwo­rze paliły się światła, nie było tak ja­sno, jak w Pierw­szej Ko­lo­nii, bo Ker­rvil­le było na to zbyt duże. Oświe­tla­no tyl­ko mury mia­sta, a na nie­bie lśniła ko­ro­na gwiazd. Amy wyszła na dzie­dzi­niec, trzy­mając się cie­nia. Od­na­lazła dra­binę u pod­sta­wy wałów. Nie próbowała się ukry­wać. Na szczy­cie wy­szedł jej na­prze­ciw mężczy­zna w śred­nim wie­ku, o sze­ro­kim tor­sie, z ka­ra­bi­nem prze­wie­szo­nym przez pierś.

– Co tu ro­bisz? – spy­tał.

Nie zdążył po­wie­dzieć nic więcej, bo na­gle zmo­rzył go sen. Amy ułożyła jego bezwładne ciało na pomoście, opie­rając ple­cy o mur i kładąc mu ka­ra­bin na ko­la­nach. Wie­działa, że gdy się obu­dzi, wspo­mnie­nie będzie gra­ni­czyć z ha­lu­cy­nacją. Dziew­czy­na? Jed­na z sióstr noszących szorst­ki sza­ry ha­bit? Może nie obu­dzi się sam, ale zo­sta­nie wy­rwa­ny z drzem­ki przez to­wa­rzy­szy i znie­sio­ny z murów. Za spa­nie na po­ste­run­ku do­sta­nie kil­ka dni aresz­tu. Nic wiel­kie­go. W każdym ra­zie nikt mu nie uwie­rzy.

Amy ru­szyła po­mo­stem w kie­run­ku pu­stej plat­for­my ob­ser­wa­cyj­nej. Pa­tro­le zja­wiały się co dzie­sięć mi­nut. Nie po­trze­bo­wała więcej cza­su. Sno­py re­flek­torów oświe­tlały zie­mię w dole, ich światło wyglądało jak lśniący płyn. Amy za­mknęła oczy, odchrząknęła i po­szy­bo­wała myślami po­nad po­lem roz­ciągającym się za mu­rem.

– Chodźcie do mnie. Chodźcie do mnie, chodźcie do mnie, chodźcie do mnie.

Przy­by­li, wyłaniając się z ciem­ności. Pierw­szy, a po nim dru­gi i ko­lej­ni, tworząc lśniącą fa­langę przy­cza­joną na skra­ju cie­nia. W głowie słyszała głosy, nie­milknące głosy. Głosy i py­ta­nie.

„Kim je­stem?”

Cze­kała.

„Kim je­stem, kim je­stem, kim je­stem?”

Bar­dzo za nim tęskniła. Za Wol­ga­stem, który ją ko­chał. Gdzie je­steś? –pomyślała ze ściśniętym ser­cem, bo w jej wnętrzu zaczęło kiełkować coś no­we­go, bo noc w noc co­raz do­tkli­wiej od­czu­wała jego brak. Dla­cze­go zo­sta­wiłeś mnie samą? Ale nig­dzie nie wi­działa Wol­ga­sta, nie wy­czuła go w po­wie­trzu, nie do­strzegła na nie­bie, nie usłyszała w po­wol­nym wi­ro­wa­niu zie­mi. Człowiek, którym był, od­szedł na za­wsze.

„Kim je­stem, kim je­stem, kim je­stem, kim je­stem, kim je­stem, kim je­stem?”

Cze­kała, dopóki star­czyło jej od­wa­gi. Mijały mi­nu­ty. W końcu usłyszała zbliżające się kro­ki. War­tow­ni­cy.

– Je­steście mną – po­wie­działa do nich. – Je­steście mną. Odejdźcie.

Roz­pierzchły się w ciem­ności.

2

STO DWA­DZIEŚCIA KI­LO­METRÓW NA POŁUDNIE OD RO­SWELL,

NOWY MEK­SYK

Po­rucz­nik Ali­cia Do­na­dio – Ostra Ali­cia, Nowa Isto­ta, ad­op­to­wa­na córka wiel­kie­go Ni­le­sa Cof­fee, snaj­per zwia­dow­ca Dru­gie­go Kor­pu­su Eks­pe­dy­cyj­ne­go Ar­mii Re­pu­bli­ki Tek­sa­su, za­przy­siężona i ochrzczo­na – obu­dziła się, czując w po­wie­trzu woń krwi.

Miała dwa­dzieścia sie­dem lat i metr sie­demdziesiąt wzro­stu. Była krępa, o sil­nych ra­mio­nach i ru­dych, krótko obciętych włosach. Jej oczy, kie­dyś błękit­ne, te­raz płonęły po­ma­rańczową poświatą ni­czym bliźnia­cze węgle. Podróżowała z nie­wiel­kim bagażem, bez zbędne­go obciążenia. Na no­gach miała płócien­ne san­dały z po­de­szwą z wul­ka­ni­zo­wa­nej gumy, dżinsy wy­tar­te na ko­la­nach i sie­dze­niu oraz bawełnianą ko­szulę z obciętymi ręka­wa­mi, aby można ją było szyb­ciej włożyć. Na jej pier­si krzyżowały się dwa skórza­ne pasy z sześcio­ma sta­lo­wy­mi nożami tkwiącymi w po­chwach, które były jej zna­kiem roz­po­znaw­czym. Do tego ku­sza wisząca na ple­cach na szorst­kim po­wro­zie z ko­no­pi. W ka­bu­rze na udzie znaj­do­wała się jej ostat­nia de­ska ra­tun­ku: półau­to­ma­tycz­ny brow­ning czter­dziest­ka­piątka, z ma­ga­zyn­kiem mieszczącym dzie­więć na­boi. Osiem plus je­den, jak mówiła. Osiem kul dla wi­ro­li, jed­na dla niej.

Osiem, a później jed­na i ko­niec.

Mia­sto na­zy­wało się Carls­bad. Upływ lat ze­brał swo­je żniwo, wy­mia­tając je do czy­sta ni­czym gi­gan­tycz­na miotła. Jed­nak niektóre bu­dyn­ki prze­trwały: pu­ste łuski domów, za­rdze­wiałe wia­ty, milczący i zruj­no­wa­ny dowód upływającego cza­su. Ali­cia cały dzień od­po­czy­wała w cie­niu sta­cji ben­zy­no­wej – której me­ta­lo­we za­da­sze­nie ja­kimś cu­dem prze­trwało – aby obu­dzić się o zmierz­chu i wy­ru­szyć na łowy. Zabiła zająca – je­den strzał z ku­szy w szyję. Później ob­darła go ze skóry, upiekła nad ogni­skiem z jadłoszy­nu i zaczęła jeść, od­ry­wając łyko­wa­te kawałki mięsa z udźca, pod którym trzesz­czał ogień.

Nie spie­szyła się.

Była ko­bietą z za­sa­da­mi, prze­strze­gającą ry­tuałów. Nie zabiłaby śpiącego wi­ro­la. Nie używała pi­sto­le­tu, jeśli mogła się bez nie­go obyć. Ka­ra­bi­ny robią dużo hałasu, na do­da­tek są nie­cel­ne, nie­war­te za­cho­du. Za­bi­jała nożem, szyb­ko i ci­cho, albo bełtem ku­szy, czy­sto i bez wy­rzutów su­mie­nia. Za­wsze z błogosławio­nym miłosier­dziem w ser­cu. Mówiła: „Wysyłam was do domu, bra­cia i sio­stry. Oswo­ba­dzam z nie­wo­li wa­sze­go ist­nie­nia”. Kie­dy już nie żyli, wyciągała broń ze śmier­tel­nej rany, do­ty­kała rękojeścią czoła, a później pier­si, głowy i ser­ca, jak­by kon­se­kro­wała w ten sposób oca­le­nie tych bied­nych stwo­rzeń, w na­dziei że na­dej­dzie dzień, gdy nie za­wie­dzie jej od­wa­ga i sama zo­sta­nie wy­ba­wio­na.

Po­cze­kała do zmierz­chu, zga­siła ogni­sko i wy­ru­szyła.

Od wie­lu dni szła sze­roką równiną porośniętą ni­ski­mi zaroślami. Na południu i za­cho­dzie ma­ja­czyły cie­nie gór, opa­dających wzgórza­mi w do­linę. Gdy­by Ali­cia kie­dy­kol­wiek wi­działa mo­rze, mogłaby pomyśleć, że to miej­sce je przy­po­mi­na. Że jest ni­czym dno wiel­kie­go śródlądo­we­go oce­anu, a usia­ne ja­ski­nia­mi góry, za­trzy­ma­ne w cza­sie, są po­zo­stałością gi­gan­tycz­nej rafy ko­ra­lo­wej z epo­ki, gdy lądy i wody za­miesz­ki­wały nie­wy­obrażalne po­two­ry.

Gdzie je­steście? – pomyślała. Gdzie się ukry­wa­cie, moi bra­cia i sio­stry krwi?

Była ko­bietą o trzech wcie­le­niach, dwóch przed zarażeniem i jed­nym po. W pierw­szym wcie­le­niu była zwykłą małą dziew­czynką. Jej świat zapełniały nie­wy­raźne po­sta­cie i rozbłyski świa­teł, przepływał przez nią jak po­wiew wia­tru we włosach, nic nie mówiąc. Miała osiem lat, kie­dy Pułkow­nik za­brał ją nocą za mur ota­czający Ko­lo­nię i zo­sta­wił samą, nie dając na­wet noża. Prze­sie­działa całą noc pod drze­wem, nie prze­stając płakać. Gdy od­na­lazło ją po­ran­ne słońce, była inną osobą. Zmie­niła się. Nie była już dziew­czynką. „Czy te­raz ro­zu­miesz?” – spy­tał Pułkow­nik, klękając przed siedzącą na zie­mi Ali­cią. Nie próbował jej po­cie­szać, ale pa­trzył pro­sto w oczy jak żołnierz. „Czy te­raz ro­zu­miesz?” Od­po­wie­działa, że tak. Jej przy­pad­ko­we życie było po­zba­wio­ne sen­su. Po­rzu­ciła je. Tam­te­go dnia złożyła przy­sięgę.

Ale to było daw­no temu. Była wte­dy dziec­kiem, później stała się ko­bietą, a jesz­cze później… No właśnie, kim stała się później? Trze­cią Ali­cią, No­wym Stwo­rze­niem. Nie była wi­ro­lem ani człowie­kiem, ale w jakiś sposób jed­nym i dru­gim. Dziw­nym połącze­niem, złożoną, wewnętrznie roz­dartą istotą. Wędro­wała między wi­ro­la­mi, nie­wi­dzial­na, należąc i nie należąc do ich świa­ta, jawiąc się ni­czym duch przed ich du­sza­mi. W jej żyłach krążył wi­rus, ale jego działanie równo­ważył inny, po­chodzący od Amy, Dziew­czy­ny Znikąd. Wi­rus z jed­nej z dwu­na­stu fio­lek, które Amy wrzu­ciła do ognia. Krew Amy oca­liła jej życie, choć uczy­niła coś jesz­cze: spra­wiła, że ona, po­rucz­nik Ali­cia Do­na­dio, snaj­per zwia­dow­ca wojsk eks­pe­dy­cyj­nych, była je­dyną taką istotą na świe­cie.

Cza­sa­mi, właści­wie bar­dzo często, sama nie wie­działa, kim jest.

Wgra­mo­liła się na wiatę – dziu­rawą po­krzy­wioną kon­strukcję na pół za­grze­baną w pia­sku, z po­chyłym me­ta­lo­wym da­chem.

Na­gle coś po­czuła…

Było to dziw­ne do­zna­nie, ja­kie­go wcześniej nie znała. Wi­rus nie wy­po­sażył jej w moc, ta była wyłącznie udziałem Amy. Amy przy­po­mi­nała yin, a Ali­cia yang – miała siłę i szyb­kość wi­ro­li, ale była uwol­nio­na od nie­wi­dzial­nej sie­ci, która je ze sobą spla­tała, łączyła jedną myśl z drugą.

A może nie? Czyżby coś wy­czuła? Tam­tych? U pod­sta­wy czasz­ki po­ja­wiło się mro­wie­nie. W głowie roz­legł się ci­chy szmer, le­d­wie słyszal­ne słowa: „Kim je­stem, kim je­stem, kim je­stem, kim je­stem, kim je­stem, kim je­stem?”.

Do­strzegła trzy wi­ro­le. Wszyst­kie były kie­dyś ko­bie­ta­mi. Wy­czuła też coś więcej. Czy to możliwe? W każdym tliło się słabe wspo­mnie­nie. Ręka za­my­kająca okno i bębnie­nie kro­pel desz­czu. I ptak o barw­nych piórkach śpie­wający w klat­ce. Wi­dok z pro­gu na ciem­ny pokój i dwójkę małych dzie­ci, chłopca i dziew­czynkę, śpiących na łóżkach. Ali­cia uj­rzała te ob­ra­zy, jak­by były jej wspo­mnie­niem – wi­do­ki i dźwięki, za­pa­chy i emo­cje, splot czy­ste­go ist­nie­nia, jak trzy małe ogni­ki tlące się w jej wnętrzu. Na chwilę opa­no­wały ją wspo­mnie­nia, za­marła w nie­mym za­dzi­wie­niu, w ob­li­czu okruchów utra­co­ne­go świa­ta. Świa­ta Po­przed­nie­go Cza­su.

Oprócz tego było jed­nak coś jesz­cze. Każde z tych wspo­mnień ota­czała prze­past­na i bez­li­to­sna ciem­ność. Ciem­ność tak nie­prze­nik­nio­na, że Ali­cia po­czuła się do głębi wstrząśnięta. Cie­ka­we, co to było, pomyślała. Chwilę później wie­działa. Sen człowie­ka o na­zwi­sku Mar­ti­nez. Ju­lio Martl­ne­za z El Paso w Tek­sa­sie, Dzie­siątego z Dwu­na­stu, ska­za­ne­go na śmierć za za­mor­do­wa­nie ofi­ce­ra Kor­pu­su Po­ko­ju. Ali­cia miała od­na­leźć Martl­ne­za.

W swo­im śnie Martl­nez gwałcił ko­bietę imie­niem Lo­uise – której wy­pi­sa­ne za­ma­szy­stym pi­smem imię wid­niało na kie­sze­ni bluz­ki – jed­no­cześnie dusząc ją ka­blem.

Drzwi szo­py le­d­wie wi­siały na za­rdze­wiałych za­wia­sach. Mało miej­sca. Ali­cia wolała więcej prze­strze­ni, szczególnie gdy miała do czy­nie­nia z trze­ma. Pod­kradła się, podążając za czub­kiem ku­szy, i wśli­zgnęła do szo­py.

Dwa wi­ro­le zwi­sały do góry no­ga­mi z kro­kwi, a trze­ci przy­kucnął w kącie, z mla­ska­niem pożerając kawał mięsa. Przed chwilą zjadły an­ty­lopę. Reszt­ki zwierzęcia walały się na zie­mi – frag­men­ty sierści, skóry i kości. Drze­miące po posiłku wi­ro­le nie za­uważyły, kie­dy weszła.

– Do­bry wieczór pa­niom.

Wy­strze­liła z ku­szy do jed­ne­go z wiszących na kro­kwi. Głuchy odgłos ude­rze­nia i na­gle prze­rwa­ny pisk. Ciało runęło na podłogę.

Po­zo­stałe zaczęły się pod­no­sić. Dru­gi wi­rol ucze­pio­ny bel­ki przy­ciągnął ko­la­na do pier­si i wylądował na łapach o potężnych szpo­nach. Kie­dy po­to­czył się w drugą stronę, Ali­cia od­rzu­ciła kuszę i wyciągnęła nóż. Płyn­nym ru­chem posłała wi­rujące ostrze w kie­run­ku trze­cie­go, który się pod­niósł i spoj­rzał w jej stronę.

Dwa załatwio­ne. Zo­stał jesz­cze je­den.

Łatwa spra­wa. Na­gle oka­zało się, że była w błędzie. Kie­dy sięgała po dru­gi nóż, ostat­ni wi­rol wy­ko­nał obrót i złapał jej rękę z taką siłą, że ostrze za­to­czyło łuk i znikło w mro­ku. Za­nim stwo­rze­nie zdążyło zadać ko­lej­ny cios, Ali­cia runęła na podłogę i po­to­czyła się w drugą stronę. Kie­dy pod­niosła się z ko­lej­nym nożem w ręku, wi­rola już nie było.

Cho­le­ra.

Pod­niosła kuszę z zie­mi, nałożyła bełt i wy­biegła na dwór. Gdzie, u li­cha, się po­dział? Dwo­ma szyb­ki­mi su­sa­mi wsko­czyła na dach szo­py. Wylądowała z głośnym hu­kiem, rozglądając się. Po tam­tym ani śladu.

Chwilę później wi­rol wyrósł za jej ple­ca­mi. Zro­zu­miała, że to pułapka. Mu­siał się ukryć, przy­czaić nie­ru­cho­mo na krawędzi da­chu. Później nie­mal jed­no­cześnie stały się dwie rze­czy: Ali­cia odwróciła się na pięcie, in­stynk­tow­nie mierząc z ku­szy, i w tej sa­mej chwi­li usłyszała trzask pękającego drew­na i jęk wy­gi­na­nej bla­chy. Zro­zu­miała, że dach się pod nią za­wa­lił.

Wylądowała na brzu­chu i po­czuła wi­ro­la na ple­cach. Ku­sza od­le­ciała w bok. Ali­cia sięgnęłaby po nóż, ale obie­ma rękami trzy­mała wi­ro­la na od­ległość wyciągniętego ra­mie­nia. Stwór spoj­rzał w lewo, później w pra­wo i znów w lewo. Kłapnął zębami, po­chy­lając się nad gardłem Ali­cii.

Ogrom­na siła przyłożona do nie­ru­cho­me­go obiek­tu. Jak długo mo­gli tak trwać? Dzie­ci leżą w łóżkach, pomyślała Ali­cia. Wi­rol był ko­bietą, która spoglądała z pro­gu na swo­je śpiące dzie­ci. Pomyśl o dzie­ciach, po­wie­działa w myślach Ali­cia, a później głośno:

– Pomyśl o dzie­ciach.

Wi­rol za­marł, na jego twa­rzy po­ja­wił się smu­tek. Ich oczy spo­tkały się w ciem­ności na krótką chwilę – nie dłużej niż pół se­kun­dy. Mary, pomyślała Ali­cia. Masz na imię Mary. Sięgnęła po nóż. Wyślę cię do domu, moja sio­stro Mary. Uwol­nię cię z więzie­nia two­jej eg­zy­sten­cji. Pchnęła w górę, za­ta­piając ostrze w cie­le wi­ro­la, za­nu­rzając je po rękojeść w „ide­al­nym punk­cie”.

Ali­cia ze­pchnęła z sie­bie nie­ru­cho­me ciało. Inne leżały tam, gdzie upadły. Wyciągnęła nóż i bełt z dwóch pierw­szych, a później przyklękła obok ciała trze­cie­go. Po wal­ce czuła zwy­kle nie­określoną pustkę, ale te­raz ze zdu­mie­niem stwier­dziła, że trzęsą jej się ręce. Skąd ją znała? Była pew­na, że tam­ta ko­bie­ta na­zy­wała się Mary. Wyciągnęła ostrze, a następnie do­tknęła nim czoła i ser­ca. Dziękuję ci, Mary, że mnie nie zabiłaś przed wypełnie­niem mi­sji. Mam na­dzieję, że połączyłaś się ze swo­imi dziećmi.

Mary leżała z otwar­ty­mi ocza­mi, wpa­trując się w pustkę. Ali­cia za­mknęła jej po­wie­ki końcami palców. Nie chciała zo­sta­wić bie­dacz­ki w ta­kim miej­scu. Za­rzu­ciła so­bie ciało na ramię i wy­niosła na dwór. Na nie­bie błysz­czał sierp księżyca, ob­my­wając wszyst­ko sre­brzystą poświatą, dzięki której można było prze­niknąć ciem­ności. Ale Mary nie po­trze­bo­wała światła księżyca. Sto lat przeżytych pod noc­nym nie­bem w zupełności wy­star­czy, pomyślała Ali­cia, układając ciało na zie­mi. Rano od­naj­dzie je słońce, a pro­chy roz­wie­je wiatr.

♦ ♦ ♦

Ali­cia zaczęła się wspi­nać.

Minęły noc i ko­lej­ny dzień. Była w górach, wędro­wała ko­ry­tem wy­schniętego po­to­ku przez wąski wąwóz. Czuła wyraźnie obec­ność wi­ro­li: dokądś się zbliżała. Co chcesz mi po­wie­dzieć, Mary? – pomyślała.

Przed świ­tem do­tarła do wierz­chołka wznie­sie­nia. Na­gle ho­ry­zont od­sko­czył w dal. U jej stóp, w sma­ga­nej wia­trem ciem­ności, uka­zało się dno do­li­ny, a nad nim roz­gwieżdżone nie­bo. Ali­cia wie­działa, że w po­zor­nie przy­pad­ko­wym układzie gwiazd można się do­pa­trzyć po­sta­ci lu­dzi i zwierząt, choć sama nig­dy nie na­uczyła się tej sztu­ki.

Później ją uj­rzała: ziejącą paszczę ciem­ności w zagłębie­niu przy­po­mi­nającym misę. Otwór miał trzy­dzieści lub więcej metrów głębokości. Ota­czały go łuko­wa­to wygięte ławy, jak w am­fi­te­atrze, wyżłobio­ne w ska­li­stym zbo­czu góry wokół wejścia do ja­ski­ni. W po­wie­trzu krążyły nie­to­pe­rze.

Ali­cia pomyślała, że to wro­ta piekła.

Je­steś tam, praw­da? Uśmiechnęła się do sie­bie. Zna­lazłam cię, dra­niu.

II

PO­BRA­TY­MIEC

Wio­sna

rok ze­ro­wy

Te­raz jest właśnie cza­ro­dziej­ska, strasz­na

Go­dzi­na nocy, w której się pod­noszą

Gro­by i same piekła wy­zie­wają

Na świat za­razę.

WIL­LIAM SZEK­SPIR1

3

Po­ste­ru­nek po­li­cji, De­nver

Spra­wa nr 193874

Okręg VI

Ma­szy­no­pis przesłucha­nia Lili Be­atri­ce Kyle

Oso­ba pro­wadząca przesłucha­nie: de­tek­tyw Rita Cher­now

3 maja, 4.17

Rita Cher­now: Dla porządku do­dam, że po­dej­rza­nej od­czy­ta­no przysługujące jej pra­wa i że zre­zy­gno­wała z obec­ności ad­wo­ka­ta. Przesłucha­nie pro­wa­dzi de­tek­tyw po­li­cji w De­nver, okręg szósty. Dok­tor Kyle, proszę podać pełne imię i na­zwi­sko.

Lila Be­atri­ce Kyle: Lila Be­atri­ce Kyle.

RC: Pra­cu­je pani jako chi­rurg or­to­pe­da w szpi­ta­lu ogólnym w De­nver. Czy tak?

LK: Tak.

RC: Wie pani, dla­cze­go się tu zna­lazła?

LK: W szpi­ta­lu coś się stało. Chcie­liście mi zadać kil­ka pytań. Co to za pokój? Nie znam go.

RC: Jest pani na po­ste­run­ku po­li­cji, dok­tor Kyle.

LK: Mam kłopo­ty?

RC: Roz­ma­wiałyśmy o tym, nie pamięta pani? Próbu­je­my usta­lić, co zaszło tej nocy na wa­szym od­dzia­le po­mo­cy doraźnej. Wiem, że jest pani zde­ner­wo­wa­na. Za­dam tyl­ko kil­ka pytań.

LK: Je­stem ubru­dzo­na krwią… Czy­ja to krew?

RC: Pamięta pani, co się wy­da­rzyło na od­dzia­le, dok­tor Kyle?

LK: Je­stem bar­dzo zmęczo­na. Dla­cze­go je­stem taka zmęczo­na?

RC: Chce pani cze­goś? Może kawy?

LK: Nie mogę pić kawy. Je­stem w ciąży.

RC: Chce pani wody? Może szklankę wody?

LK: Do­brze.

(Ci­sza).

RC: Za­cznij­my od początku. Dziś wie­czo­rem pra­co­wała pani na od­dzia­le po­mo­cy doraźnej, czy tak?

LK: Nie, byłam na górze.

RC: Ale zeszła pani na od­dział?

LK: Tak.

RC: O której go­dzi­nie?

LK: Nie je­stem pew­na. Około pierw­szej w nocy. We­zwa­li mnie.

RC: Z ja­kie­go po­wo­du?

LK: Byłam dyżurnym or­to­pedą. Zgłosił się pa­cjent ze złama­nym nad­garst­kiem.

RC: Pan Le­to­ur­ne­au?

LK: Tak, chy­ba tak.

RC: Po­wie­dzie­li o nim coś jesz­cze?

LK: Za­nim zeszłam na dół? Czy o to pani pyta?

RC: Tak.

LK: Że zo­stał pokąsany przez ja­kieś zwierzę.

RC: Na przykład psa?

LK: Właśnie. Nie wyjaśnili dokład­nie.

RC: Coś jesz­cze?

LK: Miał wy­soką gorączkę. Wy­mio­to­wał.

RC: To wszyst­ko, co pani po­wie­dzie­li?

LK: Tak.

RC: Co pani zo­ba­czyła, kie­dy do­tarła pani na od­dział?

LK: Pan Le­to­ur­ne­au leżał na trze­cim łóżku. Oprócz nie­go było nie­wie­lu pa­cjentów. Nie­dzie­le są zwy­kle spo­koj­ne.

RC: Która mogła być wte­dy go­dzi­na?

LK: Pierw­sza piętnaście, pierw­sza trzy­dzieści.

RC: Czy zba­dała pani tego Le­to­ur­ne­au?

LK: Nie.

RC: Proszę po­zwo­lić, że spy­tam in­a­czej: wi­działa pani pa­cjen­ta?

(Ci­sza).

RC: Dok­tor Kyle?

LK: Prze­pra­szam, czy może pani powtórzyć py­ta­nie?

RC: Czy dziś wie­czo­rem wi­działa pani Le­to­ur­ne­au na od­dzia­le po­mo­cy doraźnej?

LK: Tak. Mark też tam był.

RC: Ma pani na myśli dok­to­ra Mar­ka Shi­na?

LK: Był tam. Roz­ma­wia­liście z nim?

RC: Dok­tor Shin nie żyje, dok­tor Kyle. Jest jedną z ofiar.

LK: (Niesłyszal­ne).

RC: Może pani mówić głośniej?

LK: Ja… sama nie wiem. Prze­pra­szam. Co chce­cie wie­dzieć?

RC: Proszę mi opo­wie­dzieć o panu Le­to­ur­ne­au. Co pani o nim pomyślała?

LK: Co pomyślałam?

RC: Tak. Czy był przy­tom­ny?

LK: Był przy­tom­ny.

RC: Czy za­uważyła pani coś jesz­cze?

LK: Wy­da­wał się zdez­o­rien­to­wa­ny. Po­ru­szo­ny. Jego skóra miała dziw­ny ko­lor.

RC: Jak to?

(Ci­sza).

LK: Muszę pójść do łazien­ki.

RC: Chciałabym naj­pierw zadać pani kil­ka pytań. Wiem, że jest pani zmęczo­na. Obie­cuję, że zwol­ni­my panią tak szyb­ko, jak to będzie możliwe.

LK: Ma pani dzie­ci, de­tek­tyw Cher­now?

RC: Prze­pra­szam?

LK: Czy ma pani dzie­ci? Py­tam z cie­ka­wości.

RC: Tak, dwóch chłopców.

LK: W ja­kim wie­ku? Proszę wy­ba­czyć, że o to za­py­tałam.

RC: Pięć i sie­dem lat. Mam jesz­cze tyl­ko kil­ka pytań. Jest pani w sta­nie udzie­lić od­po­wie­dzi?

LK: Założę się, że chciała pani mieć dziew­czynkę, praw­da? Proszę mi wie­rzyć, nie ma nic wspa­nial­sze­go niż własna mała dziew­czynka.

RC: Skup­my się na panu Le­to­ur­ne­au, do­brze? Po­wie­działa pani, że był po­ru­szo­ny. Mogłaby pani to roz­winąć?

LK: Roz­winąć?

RC: Tak. Jak się za­cho­wy­wał?

LK: Wy­da­wał dziw­ne odgłosy.

RC: Po­tra­fi pani je opi­sać?

LK: Coś mla­skało mu w krta­ni. Jęczał, jak­by od­czu­wał sil­ny ból.

RC: Dali mu jakiś śro­dek prze­ciwbólowy?

LK: Tra­ma­dol. Myślę, że do­stał tra­ma­dol.

RC: Czy był tam ktoś jesz­cze oprócz dok­to­ra Shi­na?

(Ci­sza).

LK: Jed­na z pielęgnia­rek. Próbowała go uspo­koić. Był bar­dzo zde­ner­wo­wa­ny.

RC: Ktoś jesz­cze?

LK: Nie pamiętam. Je­den sa­ni­ta­riusz. Nie, dwóch.

RC: Co się stało później?

LK: Do­stał drga­wek.

RC: Chciała pani po­wie­dzieć, że pa­cjent miał atak?

LK: Tak.

RC: Co pani wte­dy zro­biła?

LK: Gdzie jest mój mąż?

RC: Cze­ka na zewnątrz. Przy­szedł ra­zem z panią. Za­po­mniała pani?

LK: Czy Brad tu jest?

RC: Prze­pra­szam, kim jest Brad?

LK: To mój mąż. Brad Wol­gast. Pra­cu­je w FBI. Może pani go zna?

RC: Chy­ba się po­gu­biłam, dok­tor Kyle. Mężczy­zna, który z panią przy­szedł, na­zy­wa się Da­vid Cen­tre. To nie pani mąż?

(Ci­sza).

RC: Dok­tor Kyle? Czy pani zro­zu­miała py­ta­nie?

LK: Oczy­wiście, Da­vid jest moim mężem. Mówi pani dziw­ne rze­czy. Skąd się wzięła ta krew? Uczest­ni­czyłam w wy­pad­ku?

RC: Nie, dok­tor Kyle. Była pani w szpi­ta­lu. Właśnie o tym roz­ma­wia­my. Trzy go­dzi­ny temu na od­dzia­le po­mo­cy doraźnej zginęło dzie­więć osób. Próbu­je­my usta­lić, co się stało.

(Ci­sza).

LK: To coś na mnie pa­trzyło. Dla­cze­go tak na mnie pa­trzyło?

RC: Co? Co na panią pa­trzyło, dok­tor Kyle?

LK: To coś było po­twor­ne.

RC: Co?

LK: Naj­pierw zabiło pielęgniarkę. Wokół było mnóstwo krwi. Oce­an krwi.

RC: Mówi pani o panu Le­to­ur­ne­au? Czy to on zabił pielęgniarkę?

Muszę mieć ja­sność w tej spra­wie.

LK: Chce mi się pić. Mogę do­stać trochę wody?

RC: Za mi­nutę. Jak Le­to­ur­ne­au zabił pielęgniarkę?

LK: Wszyst­ko stało się bar­dzo szyb­ko. Jak można się tak szyb­ko po­ru­szać?

RC: Proszę się skon­cen­tro­wać, dok­tor Kyle. Ja­kim narzędziem Le­to­ur­ne­au zabił pielęgniarkę? Miał broń?

LK: Broń? Nie przy­po­mi­nam so­bie żad­nej bro­ni…

RC: W ta­kim ra­zie, jak to zro­bił?

(Ci­sza).

RC: Dok­tor Kyle?

LK: Nie mogłam się po­ru­szyć. To… to po pro­stu na mnie pa­trzyło.

RC: Coś na panią pa­trzyło? Czy na sali był ktoś jesz­cze?

LK: Zębami… zabił ją zębami.

RC: Chce pani po­wie­dzieć, że pan Le­to­ur­ne­au ugryzł pielęgniarkę? (Ci­sza).

LK: Sądziłam, że pani wie. Będę miała dziec­ko.

RC: Widzę, dok­tor Kyle. Wiem, że to bar­dzo stre­sujące.

LK: Muszę od­począć. Chcę wrócić do domu.

RC: Wypuścimy panią tak szyb­ko, jak to będzie możliwe. Dla ja­sności, po­wie­działa pani, że pan Le­to­ur­ne­au ugryzł pielęgniarkę? LK: Nic jej się nie stało?

RC: Ktoś odciął jej głowę, dok­tor Kyle. Kie­dy przy­je­cha­liśmy na miej­sce, trzy­mała pani bezgłowe ciało. Ni­cze­go pani nie pamięta?

LK: (Niesłyszal­ne).

RC: Może pani mówić głośniej?

LK: Nie ro­zu­miem, cze­go pani ode mnie chce. Dlacze­go za­da­je pani te wszyst­kie py­ta­nia?

RC: Bo pani tam była. Jest pani na­szym je­dy­nym świad­kiem. Wi­działa pani, jak dziś wie­czo­rem za­mor­do­wa­no dzie­więć osób. Zo­sta­li roz­dar­ci na strzępy, dok­tor Kyle.

LK: (Niesłyszal­ne).

RC: Dok­tor Kyle?

LK: Te oczy. Miałam wrażenie, jak­bym wpa­try­wała się w otchłań piekła. Jak­bym przez całą wiecz­ność spa­dała w mroczną cze­luść. Wie­rzy pani w piekło, de­tek­tyw Cher­now?

RC: Czy­je oczy?

LK: To nie była ludz­ka isto­ta. Nie mogła być…

RC: Mówi pani o panu Le­to­ur­ne­au?

LK: Nie mogę o tym myśleć. Muszę myśleć o dziec­ku.

RC: Co pani wi­działa? Proszę mi po­wie­dzieć, co pani wi­działa.

LK: Chcę wrócić do domu. Nie chcę więcej o tym mówić. Proszę mnie nie zmu­szać.

RC: Co zabiło tych lu­dzi, dok­tor Kyle?

(Ci­sza).

RC: Dok­tor Kyle, nic pani nie jest?

(Ci­sza).

RC: Dok­tor Kyle?

(Ci­sza).

RC: Dok­tor Kyle?

4

Ber­nard Kit­trid­ge, zna­ny świa­tu jako Ostat­ni Ba­stion De­nver, zro­zu­miał, że pora odejść, tego ran­ka, gdy skończył się prąd. Aż dziw, że trwało to tak długo. Miej­ska elek­trow­nia nie mogła prze­cież działać bez pra­cow­ników, a z wy­so­kości dzie­więtna­ste­go piętra widać było, że w całym De­nver nie zo­stała ani jed­na żywa du­sza.

Nie ozna­czało to jed­nak, że Kit­trid­ge czuł się sa­mot­ny. Roz­ko­szo­wał się wcze­sny­mi, ciepłymi go­dzi­na­mi pierw­sze­go czerw­co­we­go po­ran­ka – było ze dwa­dzieścia pięć stop­ni – opa­lając się na bal­ko­nie luk­su­so­we­go apar­ta­men­tu, który zajął w dru­gim ty­go­dniu kry­zy­su, bo wie­dział, że te krwiożer­cze po­two­ry ożywiają się o zmierz­chu. Ogrom­ne miesz­ka­nie przy­po­mi­nało pod­nieb­ny pałac. Daw­ny właści­ciel miał asce­tycz­ne upodo­ba­nia: ele­ganc­kie skórza­ne fo­te­le i ka­na­py, które były przy­jem­niej­sze dla oka niż sie­dze­nia, lśniące podłogi, małe pu­szy­ste dy­wa­ny i szkla­ne stoły, wy­dające się uno­sić w po­wie­trzu. Kie­dy Kit­trid­ge podjął de­cyzję, połowa miesz­kańców nie żyła, uciekła lub za­ginęła. Gli­nia­rze od­je­cha­li daw­no temu. Początko­wo Kit­trid­ge chciał się za­ba­ry­ka­do­wać w jed­nym z tych wiel­kich domów w Cher­ry Cre­ek, ale to, co wi­dział, skłoniło go do wy­bra­nia wyżej położone­go lo­kum.

Znał trochę właści­cie­la apar­ta­men­tu, bo fa­cet re­gu­lar­nie zaglądał do skle­pu, w którym Kit­trid­ge pra­co­wał. Gość na­zy­wał się War­ren Filo. Tak się szczęśli­wie złożyło, że War­ren przy­szedł coś kupić dzień wcześniej, za­nim to wszyst­ko się zaczęło. Pla­no­wał wy­prawę myśliwską na Alaskę i po­trze­bo­wał sprzętu. Młody mężczy­zna, zbyt młody, żeby wie­dzieć, ile ma for­sy – naj­pew­niej szma­lu z Wall Stre­et lub ze sprze­daży pierw­szej ofer­ty pu­blicz­nej jed­nej z firm branży no­wo­cze­snych tech­no­lo­gii. Tego dnia, gdy świat nadal radośnie szu­miał, Kit­trid­ge pomógł War­renowi za­nieść za­ku­py do sa­mo­cho­du. Do fer­ra­ri, jakżeby in­a­czej. Stojąc obok jego bry­ki, Kit­trid­ge pomyślał: Dla­cze­go nie załatwiłeś so­bie in­dy­wi­du­al­nej ta­bli­cy re­je­stra­cyj­nej, dup­ku? Mu­siał mieć to py­ta­nie wy­pi­sa­ne na twa­rzy, bo War­ren na­tych­miast po­czer­wie­niał z zakłopo­ta­nia. Nie miał na so­bie gar­ni­tu­ru, jak zwy­kle, ale dżinsy i pod­ko­szu­lek z godłem ja­kiejś szkoły zarządza­nia. Pew­nie chciał, żeby Kit­trid­ge zo­ba­czył jego wóz i do­pie­ro po­nie­wcza­sie od­krył, ja­kim był dur­niem, chwaląc się taką bryką pro­ste­mu me­nedżero­wi piętra z Out­do­or World, który wyciągał nie więcej niż pięćdzie­siąt tysięcy rocz­nie. (Dokład­nie czter­dzieści sześć). Kit­trid­ge roześmiał się w du­chu – o rze­czach, których ten dzie­ciak nie wi­dział, można by na­pi­sać całą książkę – przedłużając bo­lesną chwilę, żeby dać mu to do zro­zu­mie­nia. „Wiem, wiem, przy­znał War­ren. To lek­ka prze­sa­da. Obie­cy­wałem so­bie, że nig­dy nie będę taki jak je­den z tych dupków, którzy roz­bi­jają się po uli­cach fer­ra­ri. Z dru­giej stro­ny żałuj, że nie wiesz, jak się to pro­wa­dzi”.

Kit­trid­ge wziął ad­res War­re­na z jego ra­chun­ku. Kie­dy się do nie­go wpro­wa­dzał – w tym cza­sie War­ren pew­nie bawił bez­piecz­nie na Ala­sce – wy­star­czyło zna­leźć od­po­wied­nią kartę-klucz w biu­rze me­nedżera, umieścić ją w czyt­ni­ku na pa­ne­lu win­dy i wje­chać na dzie­więtna­ste piętro do rze­czo­ne­go apar­ta­men­tu. Roz­pa­ko­wał swój do­by­tek: wa­lizkę na kółkach wy­pchaną ubra­nia­mi, trzy skrzyn­ki bro­ni, ręcznie stro­jo­ne ra­dio, nok­to­wi­zor, świe­ce dym­ne, ap­teczkę z przy­bo­ra­mi pierw­szej po­mo­cy, kil­ka bu­te­lek wy­bie­la­cza, spa­warkę łukową do za­spa­wa­nia sta­lo­wych drzwi win­dy, nie­za­wod­ny lap­top z prze­nośną an­teną sa­te­li­tarną, pudło książek oraz żar­cie i wodę po­zwa­lające na przeżycie mie­siąca. Z bal­ko­nu po za­chod­niej stro­nie bu­dyn­ku roz­ciągał się sze­ro­ki wi­dok na au­to­stradę między­sta­nową nu­mer dwa­dzieścia pięć i pola Mile High. Kit­trid­ge umieścił na nim ka­me­ry wy­po­sażone w de­tek­to­ry ru­chu. Jed­na obej­mo­wała swo­im zasięgiem ulicę, a dru­ga bu­dy­nek po dru­giej stro­nie. Uznał, że w ten sposób zdobędzie do­bry ma­te­riał, ale tym ra­zem za­miast zdjęć dla for­sy cho­dziło o zabójcze strzały. Wy­brał po­wta­rzal­ne­go re­ming­to­na 700P ka­li­bru trzy­sta trzy­dzieści osiem – ka­ra­bin będący do­brym połącze­niem cel­ności i siły ognia, o zasięgu trzy­stu metrów. Na splu­wie za­mon­to­wał cy­frową lu­netę na pod­czer­wień. Za jej po­mocą lo­ka­li­zo­wał cel, a ka­ra­bin usta­wio­ny na dwu­nożnej pod­sta­wie załatwiał sprawę.

Pierw­szej bez­wietrz­nej nocy, oświe­tlo­nej tyl­ko słabym bla­skiem ćwiart­ki księżyca, Kit­trid­ge załatwił sie­dem: pięć w alei, szóste­go na da­chu prze­ciw­ległego bu­dyn­ku, a siódme­go w oknie ban­ku na par­te­rze domu po dru­giej stro­nie uli­cy. To właśnie ostat­ni strzał uczy­nił go sław­nym. Dziw­ny stwór – wam­pir lub „zarażona oso­ba”, jak je ofi­cjal­nie na­zy­wa­no – spoj­rzał w ce­low­nik, za­nim Kit­trid­ge wpa­ko­wał mu kulkę w „ide­al­ny punkt”. Później umieścił zdjęcie na YouTu­be, dzięki cze­mu w ciągu kil­ku go­dzin fot­ka stała się zna­na na całym świe­cie. Rano po­ka­zy­wały ją wszyst­kie główne sie­ci te­le­wi­zyj­ne. Wszy­scy chcie­li wie­dzieć, kto je zro­bił. Kim jest nie­ustra­szo­ny wa­riat o skłonnościach sa­mobójczych, który za­ba­ry­ka­do­wał się w apar­ta­men­cie na wy­so­kim piętrze wieżowca w De­nver, tworząc ostat­ni przyczółek opo­ru? W ten sposób zy­skał przy­do­mek Ostat­ni Ba­stion De­nver.

Początko­wo sądził, że jest tyl­ko kwe­stią cza­su, kie­dy ktoś go załatwi, kie­dy ze­strzelą go agen­ci CIA, NSA lub De­par­ta­men­tu Bez­pie­czeństwa Kra­jo­we­go. Trze­ba przy­znać, że wywołał niezłe za­mie­sza­nie. Na jego ko­rzyść działało to, że aby wyciągnąć wtyczkę, mu­sie­li­by przy­je­chać do De­nver, bo ad­res IP Kit­trid­ge’a był prak­tycz­nie nie do wyśle­dze­nia, prze­pusz­czo­ny przez ślicz­niut­ki łańcuch ano­ni­mo­wych ser­werów w ko­lej­ności, którą zmie­niał co noc. Większość znaj­do­wała się za gra­nicą: w Ro­sji, Chi­nach, In­do­ne­zji, Izra­elu i Su­da­nie. W miej­scach będących poza zasięgiem agen­cji fe­de­ral­nych, które mogłyby chcieć go uci­szyć. Jego wi­de­oblog – który pierw­sze­go dnia od­wie­dziły dwa mi­lio­ny osób – miał po­nad trzy­sta ser­werów lu­strza­nych, a ich licz­ba rosła z każdym dniem. Nie minął ty­dzień, a stał się świa­to­wym fe­no­me­nem bona fide. Wzmian­ki o nim po­ja­wiały się na Twit­te­rze, Fa­ce­bo­oku, He­ad­sho­cie i Sphe­re, zdjęcia tra­fiały do in­ter­ne­tu, choć Kit­trid­ge na­wet nie kiwnął pal­cem. Jed­na ze stron jego fanów li­czyła po­nad dwa mi­lio­ny sub­skry­bentów, a na eBayu pod­ko­szul­ki z na­pi­sem „Je­stem Ostat­nim Ba­stio­nem De­nver” szły jak świeże bułecz­ki.

Jego oj­ciec sta­le po­wta­rzał: „Synu, naj­ważniejszą rzeczą w życiu jest to, aby wnieść swój wkład”. Któż by pomyślał, że wkładem Kit­trid­ge’a będzie wi­de­oblog z ma­te­riałem po­chodzącym z pierw­szej li­nii apo­ka­lip­sy?

Tyl­ko że świat nadal ist­niał. Słońce świe­ciło, a ry­sujące się na za­cho­dzie góry obojętnie wzru­szały ska­li­sty­mi ra­mio­na­mi, ob­ser­wując odejście człowie­ka. Przez jakiś czas nad mia­stem uno­siły się obłoki dymu – całe dziel­ni­ce zo­stały doszczętnie spa­lo­ne – ale te­raz dym się roz­wiał, z upiorną wy­ra­zi­stością odsłaniając ob­raz znisz­cze­nia. W nocy na mia­sto spadła nie­prze­nik­nio­na ciem­ność, choć gdzie­nieg­dzie w poświa­cie księżyca mi­go­tały światła ulicz­nych lamp, sta­cje ben­zy­no­we, skle­py ogólno­spożyw­cze oto­czo­ne cha­rak­te­ry­styczną flu­ore­scen­cyjną poświatą i żarówki na we­ran­dach, za­pa­lo­ne w ocze­ki­wa­niu na powrót do­mow­ników. Kie­dy Kit­trid­ge czu­wał na bal­ko­nie, sy­gna­li­za­cja świetl­na dzie­więtnaście pięter niżej su­mien­nie zmie­niała światło z zie­lo­ne­go na żółte i czer­wo­ne, by znów zapłonąć zie­le­nią.

Nie czuł się sa­mot­ny. To uczu­cie opuściło go daw­no temu. Miał trzy­dzieści czte­ry lata i był krępej bu­do­wy ciała, nie­co cięższy, niż wyglądał, bo z jego nogą trud­no było utrzy­mać wagę. Kie­dyś miał żonę, przed wie­lu laty. Za­pa­miętał ten okres jako dwa­dzieścia mie­sięcy wypełnio­nych nad­mia­rem sek­su i małżeńskie­go szczęścia, po którym nastąpiła po­dob­na licz­ba mie­sięcy pełnych wrzasków i krzyków, oskarżeń i kontr­oskarżeń. W końcu wszyst­ko szlag tra­fił. Ich małżeństwo poszło na dno jak ka­mień. Kit­trid­ge cie­szył się, że nie do­ro­bi­li się dzie­ci. Jego związek z De­nver nie miał sen­ty­men­tal­nej czy oso­bi­stej na­tu­ry. Po opusz­cze­niu Wir­gi­nii po pro­stu wylądował w tym mieście. Wszy­scy po­wta­rza­li, że od­zna­czo­ny licz­ny­mi me­da­la­mi we­te­ran nie po­wi­nien mieć większych pro­blemów ze zna­le­zie­niem pra­cy. Może i tak, ale Kit­trid­ge’owi się nie spie­szyło. Większą część roku spędził na czy­ta­niu. Zaczął od ty­po­wych lek­tur: po­wieści o gli­nia­rzach i thril­lerów, ale w końcu do­grze­bał się do bar­dziej war­tościo­wych książek. Kie­dy umie­ram, Komu bije dzwon, Przy­go­dy Huc­ka, Wiel­ki Gats­by. Spędził cały mie­siąc na czy­ta­niu Me­lvil­le’a, brnąc przez Moby Dic­ka. Miał wrażenie, że większość z tych książek po­wi­nien był prze­czy­tać, ale w szko­le uszły jego uwa­gi. Mimo to wie­le na­prawdę lubił. Sie­dział w ci­chym sa­lo­nie swo­je­go miesz­ka­nia, za­to­pio­ny w opo­wieściach o in­nych lu­dziach i cza­sach, czując, jak­by sączył drin­ka po la­tach po­su­chy. Za­pi­sał się na­wet na kil­ka kursów w lo­kal­nym col­le­ge’u, w ciągu dnia pra­co­wał w Out­do­or World, a no­ca­mi i pod­czas prze­rwy na lunch czy­tał i od­ra­biał pra­ce pi­sem­ne. Na kar­tach książek było coś, co spra­wiało, że po­god­niej pa­trzył na życie, były jak tra­twa ra­tun­ko­wa, której mógł się uchwy­cić, za­nim unie­sie go mrocz­ny stru­mień wspo­mnień. W jaśniej­sze dni wy­obrażał so­bie na­wet, że przez jakiś czas mógłby tak żyć. Że mógłby pro­wa­dzić pro­ste, ale znośne życie.

Tyl­ko że później nad­szedł ko­niec świa­ta.

♦ ♦ ♦

Tego ran­ka, gdy skończył się prąd, Kit­trid­ge załado­wał do in­ter­ne­tu ma­te­riał z po­przed­niej nocy i sie­dział na ta­ra­sie, czy­tając Opo­wieść o dwóch mia­stach Dic­ken­sa. An­giel­ski ad­wo­kat Syd­ney Car­ton wy­znał właśnie do­zgonną miłość Lu­cie Ma­net­te, na­rze­czo­nej tego nie­ule­czal­ne­go ide­ali­sty Char­le­sa Dar­naya, kie­dy Kit­trid­ge’owi przyszło do głowy, że ra­nek byłby jesz­cze piękniej­szy, gdy­by ura­czył się porcją lodów. O dzi­wo, w prze­past­nej kuch­ni War­re­na – mając taką kuch­nię, można by pro­wa­dzić pięcio­gwiazd­kową re­stau­rację – pra­wie w ogóle nie było je­dze­nia. Kit­trid­ge daw­no temu wy­rzu­cił po­kry­te pleśnią po­jem­ni­ki z żar­ciem na wy­nos, sta­no­wiące marną za­war­tość lodówki. Nie było jed­nak wątpli­wości, że po­przed­ni właści­ciel miał słabość do lodów Ben and Jer­ry’s Cho­co­la­te Fud­ge Brow­nie, bo za­pchał nimi całą za­mrażarkę. Nie ja­ki­miś Chun­ky Mon­key, Cher­ry Gar­cia czy Phish Food, czy choćby zwykłymi lo­da­mi wa­ni­lio­wy­mi. Nic, tyl­ko Cho­co­la­te Fud­ge Brow­nie.

Kit­trid­ge wolałby nie­co większą różno­rod­ność, bo wszyst­ko wska­zy­wało na to, że przez jakiś czas w ogóle nie będzie lodów, ale miał nie­wiel­ki wybór, bo oprócz nich były tyl­ko zupy w pusz­ce i kra­ker­sy. Dla­te­go sta­rał się nie na­rze­kać. Położył książkę na poręczy fo­te­la, pod­niósł się i wszedł przez roz­su­wa­ne drzwi do apar­ta­men­tu.

Kie­dy do­tarł do kuch­ni, po­czuł, że coś nie gra, cho­ciaż nie przyszło mu do głowy nic kon­kret­ne­go. Olśniło go do­pie­ro, gdy otwo­rzył po­jem­nik i za­nu­rzył łyżkę w miękkiej ma­sie roz­to­pio­nych Cho­co­la­te Fud­ge Brow­nie. Na­cisnął włącznik. Nic. Ob­szedł miesz­ka­nie, spraw­dzając lam­py i inne włączni­ki. Tak samo. Stanął pośrod­ku sa­lo­nu i ode­tchnął głęboko. W porządku, pomyślał, niech i tak będzie. Ocze­ki­wał ta­kie­go zakończe­nia. W su­mie trwało to całkiem długo. Spoj­rzał na ze­ga­rek. Dzie­wiąta trzy­dzieści dwie. Słońce za­cho­dzi kil­ka mi­nut po dwu­dzie­stej. Ma dzie­sięć i pół go­dzi­ny, żeby się zmyć.

Spa­ko­wał ple­cak z pro­wian­tem: ba­to­ny pro­te­ino­we, kil­ka bu­te­lek wody, czy­ste skar­pet­ki i bie­liznę, ze­staw pierw­szej po­mo­cy, ciepłą kurtkę, opa­ko­wa­nie zyr­te­cu (na wiosnę aler­gia do­ku­czała mu jak cho­le­ra), szczo­teczkę do zębów i go­larkę. Przez chwilę za­sta­na­wiał się, czy za­brać Opo­wieść o dwóch mia­stach, ale uznał, że to nie­prak­tycz­ne, i odłożył książkę z ukłuciem żalu. W sy­pial­ni włożył woj­sko­wy pod­ko­szu­lek i luźne spodnie, ka­mi­zelkę myśliwską i lek­kie buty tu­ry­stycz­ne. Kil­ka mi­nut za­sta­na­wiał się nad wy­bo­rem bro­ni, aby w końcu za­brać nóż Bo­wie, dwa gloc­ki dzie­więtnast­ki oraz ka­ra­bin AK ze składaną kolbą – bezużytecz­ny do wal­ki na od­ległość, ale nie­oce­nio­ny w bli­skim star­ciu, którego się spo­dzie­wał. Gloc­ki mieściły się ele­ganc­ko w ka­wa­le­ryj­skiej ka­bu­rze. Napełnił kie­sze­nie ka­mi­zelki ma­ga­zyn­ka­mi z amu­nicją, przy­piął pa­sek do AK i wrócił na ta­ras.

Wte­dy za­uważył sy­gna­li­zację na uli­cy. Zie­lo­ne, żółte, czer­wo­ne. Zie­lo­ne, żółte, czer­wo­ne. Mógł to być zwykły przy­pa­dek, ale w to wątpił.

Zna­leźli go.

Sznur był przy­wiązany do da­cho­wej ryn­ny. Założył uprząż wspi­nacz­kową, zapiął klam­ry i prze­wie­sił przez poręcz naj­pierw zdrową, a później chorą nogę. Wy­so­kość nie sta­no­wiła pro­ble­mu, ale nie pa­trzył w dół. Przy­siadł na krawędzi bal­ko­nu, zwrócony twarzą do okien apar­ta­men­tu. W od­da­li usłyszał dźwięk nad­la­tującego he­li­kop­te­ra.

Ostat­ni Ba­stion De­nver scho­dzi z po­ste­run­ku.

Ode­pchnął się no­ga­mi i za­dyn­dał w po­wie­trzu. Opusz­czał się, co­raz da­lej od apar­ta­men­tu. Jed­no piętro, dwa piętra, trzy. Lina prze­su­wała się płyn­nie w jego rękach. Wylądował na bal­ko­nie miesz­ka­nia czte­ry piętra niżej. W le­wym ko­la­nie po­czuł zna­jo­my ból pro­mie­niujący w górę nogi. Za­cisnął zęby, żeby nad nim za­pa­no­wać. He­li­kop­ter był co­raz bliżej. Dud­nie­nie wir­ników od­bi­jało się echem od ścian bu­dynków. Wypiął się z liny, wyciągnął gloc­ka i oddał je­den strzał w okno drzwi bal­ko­no­wych.

Miesz­ka­nie wypełniało stęchłe po­wie­trze, jak w dom­ku let­ni­sko­wym za­mkniętym na zimę. Ciężkie me­ble, lśniące lu­stra, olej­ny ob­raz przed­sta­wiający ko­nia stojącego przy ogni­sku. Skądś do­le­ciał go odór zgni­li­zny. Prze­szedł przez pogrążone w ci­szy wnętrza, pra­wie się nie rozglądając. W drzwiach przy­stanął na chwilę, żeby przy­mo­co­wać re­flek­tor punk­to­wy do szy­ny AK, po czym wy­szedł na ko­ry­tarz i skie­ro­wał się w stronę schodów.

W kie­sze­ni miał klu­czy­ki do fer­ra­ri za­par­ko­wa­ne­go w pod­ziem­nym garażu szes­naście pięter niżej. Otwo­rzył bar­kiem drzwi na klatkę scho­dową i szyb­kim ru­chem omiótł prze­strzeń re­flek­to­rem za­mo­co­wa­nym na AK, unosząc i opusz­czając lufę. Czy­sto. Wyciągnął z ka­mi­zel­ki flarę i odkręcił zębami pla­sti­kową nakrętkę, odsłaniając za­pal­nik. Fla­ra zapłonęła z trza­skiem, strze­lając fon­tanną iskier. Kit­trid­ge prze­chy­lił się przez poręcz, wy­ce­lo­wał i rzu­cił. Jeśli na dole coś jest, wkrótce się o tym do­wie. Podążył wzro­kiem za spa­dającą po­chod­nią wlokącą za sobą smugę dymu. Kil­ka pięter niżej ude­rzyła o poręcz i zniknęła mu z oczu. Kit­trid­ge po­li­czył do dzie­sięciu. Nic. Żad­ne­go ru­chu.

Trzy fla­ry później był już na dole. Do garażu pro­wa­dziły ciężkie sta­lo­we drzwi z małym okien­kiem ze zbro­jo­ne­go szkła. Podłogę zaście­lała war­stwa śmie­ci: bu­tel­ki po na­po­jach, opa­ko­wa­nia ba­tonów, pusz­ki. Wy­gnie­cio­ny śpiwór i ster­ta po­kry­tych pleśnią ubrań wska­zy­wały, że ktoś tu spał, ukry­wał się jak on.

Kit­trid­ge spraw­dził par­king w dniu przy­by­cia. Fer­ra­ri stało w po­bliżu południo­wo-wschod­nie­go narożnika, w od­ległości około sześćdzie­sięciu metrów od nie­go. Może po­wi­nien był prze­sta­wić wóz bliżej drzwi, ale od­na­le­zie­nie klu­czyków War­re­na zajęło mu trzy dni – kto trzy­ma klu­czyki w szu­fla­dzie szaf­ki w łazien­ce? – a wte­dy już za­ba­ry­ka­do­wał się w apar­ta­men­cie.

Klucz miał czte­ry przy­ci­ski: dwa do drzwi, je­den do alar­mu i je­den, jak sądził, służący do zdal­ne­go uru­cho­mie­nia sil­ni­ka. Zaczął od naciśnięcia ostat­nie­go. Z głębi garażu do­le­ciało klik­nięcie, a po nim po­je­dyn­czy sy­gnał i gardłowy odgłos sil­ni­ka fer­ra­ri. Ko­lej­ny błąd. Wóz stał za­par­ko­wa­ny przo­dem do ścia­ny. Po­wi­nien był o tym pomyśleć. Taka po­zy­cja nie tyl­ko spo­wol­ni ucieczkę, lecz także ogra­ni­czy wi­docz­ność. Gdy­by auto usta­wio­no w drugą stronę, przed­nie re­flek­to­ry po­zwo­liłyby mu le­piej zo­ba­czyć wnętrze garażu. Przez maleńkie okien­ko w drzwiach wi­dział tyl­ko da­le­kie, tonące w półmro­ku miej­sce, gdzie stał sa­mochód, i prze­my­kającego w ciem­ności kota. Zarażeni lu­bi­li zwi­sać do góry no­ga­mi, ucze­pie­ni wszyst­kie­go, cze­go można się było ucze­pić: rur, be­lek na su­fi­cie. Wy­star­czyła naj­mniej­sza szcze­li­na. Zwy­kle ata­ko­wa­li z góry. Mu­siał podjąć de­cyzję. Może rzu­cić ko­lejną flarę i ob­ser­wo­wać, co się sta­nie, albo prze­mknąć bez­sze­lest­nie w ciem­ności. A gdy­by tak otwo­rzyć drzwi i popędzić, ile sił w no­gach?

Na­gle wy­so­ko nad głową usłyszał zgrzyt drzwi wy­chodzących na klatkę scho­dową. Wstrzy­mał od­dech i zaczął nasłuchi­wać. Było ich dwóch. Od­sunął się od garażu i za­darł głowę, spoglądając w górę. Dzie­sięć pięter wyżej na ścia­nach zatańczyły dwie czer­wo­ne krop­ki.

Sko­czył do drzwi i zaczął biec jak sza­lo­ny.

Był w połowie dro­gi do fer­ra­ri, kie­dy pierw­szy wi­rol ze­sko­czył na po­sadzkę za jego ple­ca­mi. Nie było cza­su, żeby się odwrócić i strze­lić. Kit­trid­ge pędził da­lej. Ból ko­la­na za­mie­nił się w ostre pie­cze­nie, jak­by ktoś wbił mu so­pel lodu aż do kości. Ogarnęła go nie­ja­sna, wywołująca przy­kre mro­wie­nie świa­do­mość, że wokół budzą się wi­role, że garaż ożywa. Otwo­rzył drzwi fer­ra­ri, rzu­cił AK i ple­cak na fo­tel pasażera, wsko­czył do środ­ka i za­trzasnął drzwi. Wóz miał tak ni­skie za­wie­sze­nie, że czuł się, jak­by sie­dział na zie­mi. Ta­bli­ca roz­dziel­cza, pełna ta­jem­ni­czych ze­garów i przełączników, lśniła jak pul­pit stat­ku ko­smicz­ne­go. Cze­goś mu bra­ko­wało. Gdzie jest dźwi­gnia zmia­ny biegów?

Usłyszał me­ta­licz­ny dźwięk i na­gle uj­rzał go przed sobą. Wi­rol sko­czył na maskę i wygiął ciało w ga­dzim przy­sia­dzie. Czas stanął w miej­scu. Wi­rol przy­pa­try­wał się Kit­trid­ge’owi chłod­nym wzro­kiem, jak dra­pieżnik kon­tem­plujący zdo­bycz. Był nagi, z wyjątkiem bran­so­let­ki na nad­garst­ku, lśniącego gru­be­go ro­lek­sa przy­po­mi­nającego kostkę lodu. War­ren? – pomyślał Kit­trid­ge, bo gość miał ta­kie cac­ko, kie­dy Kit­trid­ge od­pro­wa­dzał go do sa­mo­cho­du. War­ren! Czy to ty, sta­ry dra­niu? Bo jeśli tak, mógłbyś szepnąć słówko, jak uru­cho­mić tę brykę.

Wte­dy wy­czuł końcami palców dwie dźwi­gnie umiesz­czo­ne pod kie­row­nicą. Łopat­ki zmia­ny biegów. Po­wi­nien był się domyślić. Ta z pra­wej włącza wyższy, a ta z le­wej niższy bieg. Jak w mo­to­cy­klu. Dźwi­gnia wstecz­ne­go po­win­na być gdzieś na de­sce roz­dziel­czej.

Ta z li­terą R, ge­niu­szu! Ka­pu­jesz?!

Wcisnął przy­cisk i dodał gazu. Za szyb­ko. Auto szarpnęło do tyłu z pi­skiem pa­lo­nej gumy i wyrżnęło w be­to­no­wy słup. Kit­trid­ge’a wcisnęło w fo­tel, a później rzu­ciło do przo­du. W głowie mu dźwięczało, jak­by ktoś ude­rzył w ka­mer­ton, a przed ocza­mi tańczyły srebr­ne iskier­ki. Było w nich coś in­try­gującego, in­try­gującego i piękne­go, ale wewnętrzny głos przy­po­mniał mu, że kon­tem­plo­wa­nie tego zja­wi­ska, na­wet przez chwilę, ozna­cza śmierć. Wi­rol, który stur­lał się z ma­ski, zaczął sta­wać na nogi. Kit­trid­ge nie miał wątpli­wości, że by­dlak będzie chciał go do­rwać przez przed­nią szybę.

Na­gle na pier­si wi­ro­la zatańczyły dwie czer­wo­ne krop­ki.

Z pta­sią szyb­kością potwór prze­sunął wzrok z Kit­trid­ge’a na dwóch żołnie­rzy wy­chodzących z klat­ki scho­do­wej. Kit­trid­ge obrócił kie­row­nicę i na­cisnął prawą dźwi­gnię, jed­no­cześnie do­dając gazu. Po­czuł szarp­nięcie, a po nim nagłe przy­spie­sze­nie. Kie­dy pomyślał, że za chwilę zno­wu stra­ci pa­no­wa­nie nad po­jaz­dem, ścia­ny garażu zaczęły się prze­su­wać. Żołnie­rze po­da­ro­wa­li mu tyl­ko chwilę. Krótki rzut oka w lu­ster­ko wstecz­ne wy­star­czył, by w bla­sku tyl­nych świa­teł uj­rzeć coś, co przy­po­mi­nało wy­buch ludz­kie­go ciała, eks­plozję, która ro­ze­rwała je na strzępy. Kit­trid­ge nie do­strzegł dru­gie­go żołnie­rza, ale gotów był się założyć, że gość już nie żyje, że za­mie­nił się w roz­dar­te, za­krwa­wio­ne strzępy. Nie obej­rzał się po raz dru­gi.

Ram­pa pro­wadząca na ulicę znaj­do­wała się dwa piętra wyżej, na dru­gim końcu garażu. Kie­dy Kit­trid­ge zre­du­ko­wał bieg na zakręcie, przy wtórze ryku sil­ni­ka i pi­sku opon z su­fi­tu runęły dwa ko­lej­ne wi­ro­le, zastępując mu drogę. Je­den wpadł pod koła i zniknął z wil­got­nym chrzęstem, ale dru­gi prze­sa­dził dach pędzącego fer­ra­ri ni­czym płotkarz. Kit­trid­ge po­czuł ukłucie za­dzi­wie­nia, ba, po­dzi­wu. W szko­le do­wie­dział się, że nie można złapać ręką mu­chy, bo owad in­a­czej po­strze­ga czas. Dla mu­chy se­kun­da jest go­dziną, a go­dzina ro­kiem. Tak samo było z zarażony­mi. Za­cho­wy­wały się jak isto­ty żyjące poza cza­sem.

Były dosłownie wszędzie, wyłaniały się z roz­ma­itych kryjówek. Do­pro­wa­dzo­ne do obłędu przez głód, rzu­cały się na pędzący sa­mochód ni­czym sa­mobójcy. Kit­trid­ge prze­dzie­rał się przez nie, widząc, jak obok prze­la­tują ciała, jak gro­te­sko­wo wy­krzy­wio­ne twa­rze ude­rzają o przed­nią szybę i wy­la­tują w górę. Jesz­cze dwa zakręty i będzie wol­ny. Je­den wi­rol ucze­pił się da­chu. Kit­trid­ge przy­ha­mo­wał na zakręcie, śli­zgając się na mo­krym be­to­nie. Zwol­nił tak gwałtow­nie, że wi­rol po­to­czył się po ma­sce. Ko­bie­ta. Miała na so­bie suk­nię ślubną. Uchwy­ciła się szpo­na­mi szpar na dole przed­niej szy­by i pod­ciągnęła, stając na czwo­ra­kach. Roz­warła paszczę przy­po­mi­nającą pułapkę na niedźwie­dzia, wypełnioną rzędem za­krwa­wio­nych zębów. Na jej szyi dyn­dał mały złoty krzyżyk. Przy­kro mi z po­wo­du two­je­go ślubu, pomyślał Kit­trid­ge, wyciągając pi­sto­let. Uniósł go nad kie­row­nicą i strze­lił przez szybę. Szyb­ko minął ostat­ni zakręt. Przed sobą uj­rzał złoci­sty snop dzien­ne­go światła wska­zujący drogę. Do­je­chał do ram­py z prędkością stu dzie­sięciu ki­lo­metrów na go­dzinę, cały czas przy­spie­szając. Wy­jazd za­gra­dzała me­ta­lo­wa kra­ta, ale uznał to za marną prze­szkodę, pra­wie żadną. Wziął ją na cel, wdepnął pedał gazu i po­chy­lił głowę.

Usłyszał potężny huk i fer­ra­ri wzbiło się w po­wie­trze na dwie pełne se­kun­dy, które Kit­trid­ge’owi wydały się wiecz­nością w mi­nia­tu­rze. Sa­mochód wy­strze­lił jak ra­kie­ta i wy­padł na ulicę, ude­rzając o chod­nik z roz­dzie­rającym kości tąpnięciem. Spod pod­wo­zia prysnął deszcz iskier. Kit­trid­ge był wol­ny, ale miał te­raz inny pro­blem: nie było gdzie wy­ha­mo­wać. Miał za­miar wje­chać do holu ban­ku po dru­giej stro­nie uli­cy. Wóz pod­sko­czył na pa­sie od­dzie­lającym jezd­nie. Kit­trid­ge wcisnął ha­mu­lec i skręcił w lewo, szy­kując się na ude­rze­nie. Nie­po­trzeb­nie. Z pi­skiem pa­lo­nej gumy opo­ny wgryzły się w jezd­nię i za­trzy­mały. Kit­trid­ge pomyślał, że wy­strze­li z fo­te­la pro­sto na ulicę, w wio­sen­ny po­ra­nek.

Trze­ba przy­znać, że War­ren miał rację. Jak to po­wie­dział? „Żałuj, że nie wiesz, jak się to pro­wa­dzi”.

To praw­da. Kit­trid­ge nig­dy w życiu cze­goś ta­kie­go nie pro­wa­dził.

5

Przez długi czas, który, mówiąc ściślej, wca­le nie był cza­sem, człowiek zna­ny jako Law­ren­ce Grey – daw­ny więzień Zakładu Kar­ne­go dla Mężczyzn w Be­evil­le, no­to­wa­ny jako przestępca sek­su­al­ny w Tek­sa­skim De­par­ta­men­cie Bez­pie­czeństwa Pu­blicz­ne­go, a także cy­wil­ny pra­cow­nik pro­jek­tu Noe i De­par­ta­men­tu Bro­ni Spe­cjal­nych, Grey zwa­ny Źródłem, Oswo­bo­dzi­ciel Nocy, zna­jo­my tego, którego na­zy­wa­no Ze­rem – w ogóle nie ist­niał. Był ni­kim i nig­dzie się nie znaj­do­wał, uległ uni­ce­stwie­niu, nie miał pamięci ani hi­sto­rii, a jego świa­do­mość roz­lała się po bez­brzeżnym oce­anie. Po sze­ro­kim mrocz­nym mo­rzu głosów szemrzących jego imię: „Grey, Grey”. Byli tam i nie byli, wołali do nie­go, gdy uno­sił się sa­mot­nie na po­wierzch­ni, zjed­no­czo­ny z ciem­nością, kołyszący się na oce­anie wiecz­ności, mając nad sobą tyl­ko gwiaz­dy.

Właści­wie nie tyl­ko gwiaz­dy, bo te­raz po­ja­wiło się światło – de­li­kat­ne, złoci­ste światło omy­wające mu twarz. Prze­su­wało się nad Grey­em ni­czym ogni­ste koło. Dziw­ne­mu światłu to­wa­rzy­szył gardłowy dźwięk przy­po­mi­nający bi­cie ser­ca, bum-bum-bum, pul­sujący mia­ro­wym ryt­mem w takt jego wi­ro­wa­nia. Grey ob­ser­wo­wał to cu­dow­ne zja­wi­sko. Na­gle pomyślał, że to, co wi­dzi, to Bóg. Bóg jaśniejący wy­so­ko na nie­bie, po­ru­szający się po­nad wo­da­mi, omia­tający ob­li­cze zie­mi ni­czym rąbek zasłony, do­ty­kający i błogosławiący swo­je dzieło. Myśl prze­ro­dziła się w wy­buch radości. Wiel­kiej radości! Wiel­kiej radości i prze­ba­cze­nia! Światło jest Bo­giem, a Bóg miłością. Grey musi tyl­ko w nie wkro­czyć, wy­star­czy, że wyj­dzie na światło i będzie przez wie­ki doświad­czał tej miłości.

„Nad­szedł czas, Grey”.

„Chodź do mnie”.

Po­czuł, że coś uno­si go w górę. Pod­niósł się, a gdy to zro­bił, nie­bo roz­po­starło swo­je skrzydła, przyjęło go do sie­bie, uniosło w światło. Było to do­zna­nie tak wspa­niałe, że z tru­dem je zniósł. Później ogarnęła go ośle­piająca światłość, światłość usu­wająca wszyst­ko, jak dźwięk jego krzy­ku.

Grey wstępujący. Grey od­ro­dzo­ny.

„Otwórz oczy, Grey”.

Posłuchał. Otwo­rzył oczy. Jego wzrok od­zy­skał ostrość. Nad jego twarzą nie­przy­jem­nie wi­ro­wał jakiś ciem­ny kształt.

Wen­ty­la­tor na su­fi­cie.

Za­mru­gał. Po­czuł w ustach gorz­ki smak przy­po­mi­nający wil­got­ny popiół. Znaj­do­wał się w po­ko­ju po­dob­nym do tych, które znał z sie­ci ta­nich ho­te­li. Szorst­ka na­rzu­ta na łóżku i ta­nia po­dusz­ka z gąbki, ma­te­rac usia­ny kra­te­ra­mi wgłębień i su­fit bar­wy prażonej ku­ku­ry­dzy. Po­czuł woń prze­two­rzo­ne­go, zużyte­go po­wie­trza. Głowę miał pustą ni­czym dziu­ra­we wia­dro, a jego ciało przy­po­mi­nało bez­kształtną masę, po­zba­wioną for­my żela­tynę. Pokój wypełniało lep­kie żółte światło dnia sączące się przez zasłony. Wia­trak nad głową kręcił się i kręcił, kołysząc na wspor­ni­ku i wy­dając ryt­micz­ne skrzy­piące rzężenie. Cho­ciaż wi­dok był tak przy­kry dla zmysłów jak wącha­nie soli, Grey nie mógł odwrócić głowy. (Może z po­wo­du prze­szy­wającego dźwięku, a może z po­wo­du snu? Ośle­piające światło unoszące go w górę? Ni­cze­go już nie pamiętał).

– Do­brze, że się obu­dziłeś.