Wydawca: Amber Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 240 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dwie miłości - Sandi Lynn

Miłość rodzi miłość, nawet jeśli jesteś tak zraniony, że w nią nie wierzysz.

„Nazywam się Delilah Graham. Muzyka jest moim życiem. Przeprowadziłam się z Chicago do Nowego Jorku, żeby zamieszkać w centrum mojego wszechświata…

Miałam dwadzieścia trzy lata, wychowywałam dwóch braci i siostrę. Był już najwyższy czas, aby zacząć własne życie. W dzień pracowałam jako kelnerka w restauracji, a nocami grałam w małych klubach i na ulicach Nowego Jorku. Kiedy mężczyzna ze swoją córką weszli do restauracji, moje życie zmieniło się na zawsze. Zatrudnił mnie jako opiekunkę do córki, ale czuję, że oczekuje ode mnie znacznie więcej.”

„Nazywam się Olivier Wyatt . Pierwszy milion zarobiłem, kiedy miałem dwadzieścia lat...

Moje życie skomplikowało się, odkąd moja pięcioletnia córka, Sophie, trafiła pod moją opiekę po śmierci jej matki. Szybko rozprawiała się z kolejnymi opiekunkami. Ale podczas obiadu w jakiejś restauracji nawiązała niezwykłą więź z piękną kelnerką, Delilah. Była dokładnie tym, kogo potrzebowała Sophie.

Mój brat, Liam, twierdzi, że to raczej ja jej potrzebowałem. Jestem tylko mężczyzną, którego serce skamieniało z powodu dziewczyny, którą kiedyś kochałem. Pożądanie to potężne uczucie. Kiedy próbuje się je zdusić, tylko rośnie. Teraz, gdy poznałem Delilah, zasady, których się trzymam, zostaną złamane i granice przekroczone. Wiem o tym”.

Opinie o ebooku Dwie miłości - Sandi Lynn

Fragment ebooka Dwie miłości - Sandi Lynn

Korekta

Anna Raczyńska

Hanna Lachowska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© Medioimages/Photodisc/Thinkstock

Tytuł oryginału

Love, Lust a Millionaire

Love, Lust a Millionaire

Copyright © 2015 by Sandi Lynn.

Published by arrangement with Browne Miller

Literary Associates, LLC.

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2015 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-5725-9

Warszawa 2015. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

P.U. OPCJA

juras@evbox.pl

Rozdział 1

Delilah, wstawaj! Znowu się spóźnisz do pracy.

Otworzyłam oczy. Nade mną stała moja współlokatorka Jenny.

– Pamiętasz, co Frank powiedział? Że jak jeszcze raz się spóźnisz, to cię wyleje!

– Cholera. – Sięgnęłam po telefon leżący na stoliku. Wpół do dziewiątej. Cholera jasna! – Czemu nie obudziłaś mnie wcześniej? – Zerwałam się z kanapy.

– Jak to nie? Powiedziałaś, że zaraz wstajesz. Poszłam biegać, wracam, a ty co?

Rzuciłam się do łazienki, wycisnęłam pastę na szczoteczkę i, gwałtownie szorując zęby, pognałam do swojego pokoju. Chwyciłam leżące na podłodze wczorajsze dżinsy, wciągnęłam je szybko i złapałam czerwoną koszulkę z napisem „U Franka”. Wyplułam pastę do umywalki i wypłukałam usta, po czym szybko przeleciałam szczotką po długich brązowych włosach i związałam je w koński ogon. Złapałam torebkę, wrzuciłam do niej przybory do makijażu i wypadłam z domu. Zostało mi dokładnie dziesięć minut, żeby dotrzeć w pracy. Trzeba było wcześniej wrócić do domu wczoraj wieczorem, ale jakoś tak wyszło. Wszystko miałam dokładnie wyliczone: biegiem będę tam dokładnie o ósmej pięćdziesiąt pięć, czyli na pięć minut przed czasem. Frank nie będzie mógł powiedzieć mi złego słowa. Pięć minut to akurat, żeby zrobić w łazience makijaż. Bez przerwy się spóźniałam i dostałam już przez to więcej upomnień, niż mogłam spamiętać. Gdyby to zależało ode mnie, rzuciłabym to w diabły, ale potrzebowałam tej roboty.

Kiedy mijałam stoisko Freddiego, krzyknął za mną:

– Znów w niedoczasie, Delilah?

– Jak zwykle, Freddie – uśmiechnęłam się.

Już w drzwiach restauracji zerknęłam na zegarek. Ufff! Była za pięć dziewiąta.

– Jest duży ruch, Delilah. Bierz się do roboty – rzucił Frank sucho.

– Moja zmiana zaczyna się za pięć minut – odparłam i poleciałam do łazienki.

Przed lustrem umalowałam niebieskie oczy beżowym cieniem i wytuszowałam rzęsy. Omiotłam policzki różem, a na usta nałożyłam jasnoróżowy błyszczyk. Równo o dziewiątej usłyszałam, że Frank wykrzykuje moje imię.

– Rany, Frank, jestem przecież – powiedziałam, zakładając fartuch i sięgając po notes do zamówień.

Poranny ruch w końcu ustał i trzeba było przygotować się do pory obiadowej.

– Delilah, chcę z tobą porozmawiać na zapleczu. W tej chwili!

Przewróciłam oczami.

– O co chodzi, Frank?

– Przestań się wdawać w rozmowy z klientami. Oni nie przychodzą tu sobie pogawędzić, tylko zjeść. Więc przyjmuj zamówienie i do roboty. Mamy ich przyjąć, obsłużyć i wygonić najszybciej jak się da. Czas to pieniądz, Delilah, nie będę ci tego powtarzał.

– Dobrze, Frank. Nie będę rozmawiać z klientami.

Do lokalu powoli napływali obiadowi goście i znowu zaczęło się szaleństwo.

– Frank znów się ciebie czepia? – zapytała druga kelnerka, Daphne.

– Jak zwykle – uśmiechnęłam się i poszłam do stolika numer pięć przyjąć zamówienie.

Wiszące nad drzwiami dzwoneczki rozdzwoniły się, a gdy się obejrzałam, zobaczyłam mężczyznę w garniturze – bardzo przystojnego mężczyznę w garniturze – wchodzącego do środka z małą dziewczynką. Weszłam do kuchni i przyczepiłam zamówienie do tablicy. Gdy się odwróciłam, okazało się, że siedzą w moim sektorze.

– Dzień dobry. Czy podać coś do picia, zanim przejrzą państwo kartę?

Podniósł na mnie niebieskie oczy.

– Ja wezmę kawę, a ona mleko.

– Ja chcę sok, tato.

– Poprawka. Dla niej sok – uśmiechnął się.

Nalałam mu kawy, a przed dziewczynką postawiłam kubek soku z przykrywką i słomką. Była przesłodka, z długimi, lekko pofalowanymi blond włosami i wielkimi zielonymi oczami.

– Czy już coś państwo wybrali? – zapytałam, wyjmując notatnik z kieszeni fartucha.

– Poproszę miks warzyw z sosem włoskim i bulion z makaronem. A dla niej ser z grilla.

– Chciałabyś do tego frytki, słonko? – uśmiechnęłam się do niej.

– Poproszę.

– Miks warzyw, bulion i grillowany ser. Już podaję.

Położyłam kartkę z zamówieniem na ladzie i zajęłam się innymi stolikami w swoim sektorze.

– Ależ ciacho ten facet z małą – mruknęła Daphne, przechodząc obok mnie.

– Wiem. Nie mogę przestać się na niego gapić. W życiu nie widziałam tak idealnego faceta.

– Nie ma nic bardziej pociągającego niż seksowny facet z dzieckiem – uśmiechnęła się.

Seksowny to on był, nie ma co. Miał nieco powyżej metra osiemdziesiąt, doskonale ułożone, krótkie jasnobrązowe włosy i niesamowicie błękitne oczy. Zdecydowana linia szczęki i szlachetne kości policzkowe wyglądały jak na posągu jakiegoś bóstwa. Z rozmarzenia wyrwał mnie sygnał, którym Frank dawał mi znać, że zamówienie jest gotowe. Podeszłam, postawiłam talerze na tacy i zaniosłam do jego stolika.

– Proszę bardzo. Sałatka z włoskim sosem i bulion z makaronem. I grillowany ser z frytkami dla młodej damy.

Zachichotała.

– Jak masz na imię? – zapytała.

– Delilah. A ty?

– Sophie. – Sięgnęła po frytkę i ugryzła koniuszek.

– Miło cię poznać, Sophie.

Zerknęłam na jej ojca, który nie spuszczał ze mnie wzroku.

– Delilah to ładne imię.

– Dziękuję – uśmiechnęłam się i odeszłam z łopoczącym sercem.

W restauracji z każdą chwilą przybywało ludzi. Obsłużyłam kilka innych stolików. Kiedy znów powróciłam do tego, przy którym siedziała Sophie i jej tata, mała właśnie wywróciła jego filiżankę z kawą.

– Przepraszam, tato – zaniosła się płaczem.

– Nic się nie stało, Sophie. To był wypadek.

Pobiegłam po ręcznik, a gdy wróciłam, Sophie zalewała się łzami w ataku histerii. Zgarnęłam rozlaną kawę ze stołu, podczas gdy on serwetką wycierał sobie spodnie.

– Nic się nie stało, Sophie. To był wypadek – powiedziałam, żeby ją uspokoić, ale bez rezultatu.

– Skarbie, proszę cię, przestań. Nic się nie stało.

Ludzie wokół zaczęli odwracać się w naszą stronę.

Usiadłam obok Sophie i zanuciłam:

– Uparty, mały pająk na rynnę kiedyś wlazł. Gdy przyszedł deszcz, wraz z kroplą z rynny spadł. Po chwili słońce wysuszyło świat, więc uparty, mały pająk na rynnę znowu wlazł. – Przebiegłam palcami w górę jej ramienia, powodując u niej wybuch śmiechu.

– Delilah, co ci mówiłem o pogaduszkach z klientami?

– Frank, chciałam ją tylko uspokoić. To przecież dziecko, na litość boską.

– Nie będę więcej strzępił sobie języka. Dosyć tego. Zwalniam cię.

Siedząc tam i patrząc na tego bezdusznego drania, poczułam narastający gniew. Wstałam, zdjęłam fartuch i cisnęłam nim we Franka.

– Nie możesz mnie zwolnić, bo sama odchodzę!

Poszłam na zaplecze, złapałam torebkę i wypadłam jak burza z restauracji. Gdy szłam ulicą, nagle usłyszałam, że ktoś woła mnie po imieniu.

– Delilah.

Przystanęłam i obejrzałam się. Za mną szli Sophie i jej tata.

– Przykro mi z powodu pani pracy.

– Niepotrzebnie. Frank to kawał s… – Spojrzałam na Sophie. – To wredny facet.

– Zaśpiewasz mi jeszcze? – zapytała Sophie i podniosła na mnie oczka.

– Pewnie – uśmiechnęłam się i przykucnęłam na wprost niej. Odkaszlnęłam. – Jesteś moim słoneczkiem, jedynym słoneczkiem, i świecisz dla mnie w pochmurne dni. Ty nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham. Nie odbieraj słonka mi.

– Ładnie śpiewasz. Prawda, tato?

– Prawda, Sophie. Ma pani piękny głos.

– Dziękuję.

Przyglądał mi się badawczo przez chwilę, po czym wsunął rękę do kieszeni i wydobył białą wizytówkę.

– Nazywam się Oliver Wyatt z Wyatt Enterprises. Czy mogłaby pani zajrzeć do mnie do biura dzisiaj około szesnastej? Chciałbym z panią porozmawiać. – Wręczył mi wizytówkę. – Po drugiej stronie jest adres.

Dobra, to zaczynało wyglądać nieco dziwnie. Czego on mógł ode mnie chcieć?

– Oczywiście, ale czy mogę wiedzieć, o co chodzi?

– Przekona się pani u mnie w biurze. Do zobaczenia o czwartej, pani…?

– Graham. Delilah Graham.

Skinął głową, a kąciki jego ust uniosły się lekko, po czym obydwoje odwrócili się i odeszli w przeciwnym kierunku. Sophie obejrzała się przez ramię i pomachała mi z uśmiechem.

Rozdział 2

Gdy weszłam do mieszkania, nakryłam Jenny, jak bzykała się na kanapie ze swoim chłopakiem Stephenem.

– Co robisz w domu? – zapytała, podnosząc się i spoglądając na mnie zza oparcia.

– Odeszłam z restauracji. Chociaż właściwie to najpierw Frank mnie wywalił.

Jenny poprawiła na sobie bieliznę i wciągnęła z powrotem bluzkę. Stephen podciągnął spodnie i spojrzał na mnie.

– A niech to, Delilah.

Poszłam do siebie do pokoju i wyciągnęłam się na łóżku. Jenny położyła się obok mnie i obydwie gapiłyśmy się w sufit.

– Dlaczego cię zwolnił?

– Ponieważ zaśpiewałam piosenkę dzieciakowi, który płakał, bo rozlał kawę.

– Bydlak.

– Wiem.

– Ej, Jenny, będę leciał, kotku. Zobaczymy się później. Przykro mi z powodu twojej roboty, Delilah.

– Dzięki, Stephen. Przepraszam, że wam przerwałam. – Uśmiechnęłam się, przenosząc wzrok na Jenny.

– Nie ma problemu. I tak nie mógł dojść od godziny. – Chwyciła mnie za rękę. – I co myślisz teraz zrobić?

– Nie wiem. Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że ojciec tej małej to Oliver Wyatt. Dał mi swoją wizytówkę i poprosił, żebym przyszła do niego do biura o czwartej, bo chce ze mną o czymś porozmawiać.

– Ten Oliver Wyatt?

– Tak myślę. A co, jest ich więcej?

– Nie w Nowym Jorku. Słyszałam o nim różne rzeczy. Wygoogluj go sobie w wolnej chwili. Muszę się zbierać. Lecę do warzywniaka, mamy dostawę pomarańczy. – Uśmiechnęła się, po czym wstała i poszła do swojego pokoju.

Podniosłam się, otworzyłam laptopa i wstukałam Olivera Wyatta w wyszukiwarce. Matko, ależ ciacho. W dole brzucha poczułam dziwne drżenie, a to nie zdarzyło mi się nigdy wcześniej od zwykłego patrzenia na kogoś. Kliknęłam grafikę, na co otworzyła się prawdziwa lawina jego zdjęć z różnymi kobietami. Na ostatnich pojawiał się z jakąś blond Barbie. Podpis pod zdjęciem głosił: „Oliver Wyatt ze swoją partnerką, Laurel Madison, na imprezie w ramach akcji charytatywnej Domy dla Nadziei”. Wszystkie kobiety na zdjęciach z nim były olśniewające i wypełnione botoksem.

Wyjęłam wizytówkę z torebki i spojrzałam na adres. Jego biurowiec znajdował się przy Zachodniej Czterdziestej Trzeciej ulicy. Zerknęłam na telefon. Było piętnaście po trzeciej. Taksówką nie powinno mi to zająć dłużej niż piętnaście minut, ale o tej godzinie mogło być różnie. Podeszłam do szafy i wyciągnęłam czarną letnią sukienkę.

– Będzie musiała oblecieć – powiedziałam sama do siebie. Nie chciałam iść do niego do biura w dżinsach.

Przebrałam się, rozpuściłam włosy i nastroszyłam je palcami, spryskując lekko lakierem, żeby dodać im nieco puszystości. Poprawiłam makijaż i włożyłam na nogi sandały na małym obcasie. Przywołałam taksówkę i kazałam kierowcy zawieźć się na Zachodnią Czterdziestą Trzecią.

Gdy stanęłam przed wysokim przeszklonym budynkiem, ogarnęło mnie zdenerwowanie. Weszłam przez olbrzymie drzwi obrotowe i w pierwszej kolejności zostałam poddana kontroli osobistej, a następnie wskazano mi ogromną łukowatą recepcję na wprost imponującej fontanny ściennej.

– Czym mogę służyć? – zapytała ładna blondynka z włosami upiętymi w ciasny koczek.

– Mam spotkanie z panem Wyattem o czwartej.

– Pani godność? – spytała, podnosząc słuchawkę.

– Delilah Graham.

– Pani Delilah Graham do pana Wyatta. Spotkanie o czwartej.

Spojrzała na mnie orzechowymi oczami.

– Pan Wyatt czeka na panią. Windą po prawej, dwudzieste drugie piętro.

– Dziękuję. – Uśmiechnęłam się uprzejmie i ruszyłam we wskazanym kierunku.

Winda czekała już na mnie otwarta i weszłam do środka. Czułam ściskanie w dołku i nie bardzo wiedziałam dlaczego. Ludzie nigdy nie powodowali we mnie zdenerwowana, ale Oliver Wyatt wywoływał jakiś niepokój. Może to przez ten jego zabójczy wygląd albo otaczającą go atmosferę pewności siebie, kontroli i zdecydowania. Drzwi windy otworzyły się i, gdy wyszłam, uśmiechnęła się do mnie kobieta o długich czarnych włosach i zaskakująco czerwonych, pełnych ustach.

– Pani Graham?

Wstała i poprowadziła mnie do wielkich drzwi z ciemnego drewna. Nacisnęła klamkę i otworzyła je, zapowiadając moje przybycie. Oliver siedział za olbrzymim, półkolistym biurkiem, ze ścianą okien za plecami.

– Pani Graham, dziękuję, że pani przyszła. Proszę usiąść – powiedział bez cienia uśmiechu.

Zajęłam miejsce na wyściełanym skórą krześle naprzeciw jego biurka, a on usiadł w swoim dyrektorskim fotelu. Byłam jednym wielkim kłębkiem nerwów i uśmiechnęłam się niepewnie w jego stronę.

– Zaprosiłem tu panią, bo chciałem się dowiedzieć, czy ma pani doświadczenie w opiece nad dziećmi.

– Hm? – mruknęłam głupio zbita z tropu.

Zmrużył oczy.

– Czy ma pani kwalifikacje do zajmowania się dziećmi?

– Jeżeli wychowanie trójki rodzeństwa uznać za kwalifikacje do zajmowania się dziećmi, to tak. Ale formalnego wykształcenia w tym kierunku nie mam.

Odchylił się do tyłu w fotelu i uniósł głowę.

– Słucham dalej.

– Przepraszam, czy to jest jakaś rozmowa rekrutacyjna?

– Można by tak powiedzieć. Szukam kogoś do opieki nad córką.

– Ma pan na myśli nianię?

– Tak.

– W Nowym Jorku jest multum agencji opiekunek do dzieci, wystarczy zadzwonić.

– Tak, wiem – odrzekł poirytowany. – Ale jak dotąd żadna z nich się nie sprawdziła. Moja córka ma pewne problemy. Niedawno straciła matkę i nie najlepiej sobie z tym radzi. Potrafi być trudna i wszystkie nianie, które do tej pory zatrudniłem, po jakimś czasie zrezygnowały.

Uniosłam brwi.

– A ile Sophie ma lat? Nie wygląda na więcej niż pięć.

– Ma pięć lat i bardzo silny charakter.

Roześmiałam się.

– Jak większość dziewczynek już od urodzenia.

Moja uwaga nie rozbawiła go, za to rzucił mi surowe spojrzenie.

– Dzisiaj w restauracji zauważyłem, że patrzy na panią jakoś inaczej niż na inne opiekunki. Odniosłem wrażenie, że wzbudziła pani jej sympatię i zaufanie, wydawała się spokojniejsza. Nie będę pani okłamywał, przeprowadziłem małe rozpoznanie na pani temat. Wiem, że w wieku osiemnastu lat w Chicago straciła pani matkę i została prawnym opiekunem dwóch braci i siostry.

– Aha. No tak, pewnie ma pan możliwości, żeby dowiedzieć się wszystkiego o wszystkich.

– Owszem. I mam też wrażenie, że pilnie potrzebuje pani pracy.

Miał rację. Byłam pod ścianą i jeżeli miał dla mnie jakąś propozycję, nie chciałam go okłamywać.

– Zajmowałam się Bradenem, Colette i Tannerem, nawet gdy byłam zupełnie mała. Moja mama była alkoholiczką i nie była w stanie utrzymać się w żadnej pracy. Przez całą noc piła, a potem spała cały dzień, więc to ja jako najstarsza musiałam zajmować się resztą. A więc, odpowiadając na pana pytanie, mam bardzo bogate doświadczenie w opiece nad dziećmi.

– A pani ojciec? – zapytał.

Jezu, czy przejdzie mi to przez gardło przy kimś takim jak on? Wzięłam głęboki oddech, bo to pytanie wkraczało w bardzo intymną sferę mojego życia.

– Każde z nas ma innego ojca. Moja mama nie była nawet w stanie powiedzieć, kto był czyim dzieckiem.

– Rozumiem – powiedział, unosząc brwi. – Jak długo mieszka pani w Nowym Jorku i dlaczego wyjechała pani z Chicago?

– Przeniosłam się tu rok temu. Moi bracia i siostra studiują w różnych miastach, więc chciałam się wyrwać z Chicago. Nowy Jork to dla mnie centrum całego świata, miasto nieograniczonych możliwości. Poza tym moja obecna współlokatorka już tu wtedy mieszkała, więc nie musiałam się martwić o mieszkanie.

– Rozumiem. A co pani robi poza kelnerowaniem? Skończyła pani jakieś studia?

– Nie, nie miałam kiedy. Byłam zbyt zajęta pracą, kombinowaniem, jak opłacić rachunki i opieką nad moim rodzeństwem. Musiałam dopilnować, żeby mieli dobry start i zdobyli wyższe wykształcenie. Poza tym uwielbiam muzykę i śpiew. Może przeprowadziłam się tu po to, żeby być bliżej muzyki.

– Myślała pani, żeby zapisać się na studia?

Roześmiałam się.

– Mam dwadzieścia trzy lata. Chyba już na to za późno.

– Nigdy nie jest za późno. Ma pani chłopaka?

Zmrużyłam oczy, bo właściwie, co to ma do rzeczy?

– Nie – odparłam z wahaniem.

– Moja propozycja jest taka. Na początek dostanie pani czterdzieści tysięcy dolarów rocznie i ubezpieczenie zdrowotne. Zamieszka pani u mnie w domu. Będzie pani miała własny pokój i prywatną łazienkę oraz swobodny dostęp do mojego kierowcy. Będzie pani pracować od poniedziałku do soboty, zaczynając od chwili, gdy Sophie wstaje rano, do momentu, gdy pójdzie spać. Niedziele należą całkowicie do pani i może pani wówczas robić to, co chce. Mam na ten dzień zastępstwo. Jednak w sytuacjach awaryjnych, będę oczekiwał, że będzie pani do dyspozycji. Może się zdarzyć, że gdzieś trzeba będzie z Sophie pojechać, więc mam nadzieję, że nie ma pani problemu z lataniem?

– Nie, absolutnie.

Po głowie kołatało mi się jedynie to, jak dużo pieniędzy mogłabym zarobić, gdybym przyjęła jego ofertę. Prawdę mówiąc, nie miałam wyboru. Potrzebowałam pracy na gwałt, a do tego proponował pokryć ubezpieczenie.

– Czy coś takiego by panią interesowało? – zapytał.

Nie chciałam się zgadzać od razu. Nie musi wiedzieć, że mam nóż na gardle.

– Czy mogę to przemyśleć i dać panu odpowiedź jutro?

– Oczywiście. – Sięgnął po długopis i zanotował coś na karteczce samoprzylepnej. – To jest mój numer komórkowy. Proszę zadzwonić, kiedy podejmie pani decyzję.

– Przykro mi z powodu śmierci pana żony.

Spojrzał na mnie z dziwnym wyrazem twarzy i rozchylił usta.

– Matka Sophie nie była moją żoną. Była kobietą, z którą się spotykałem i która zaszła w ciążę naumyślnie, bo liczyła, że wówczas się z nią ożenię.

– Aha – wyszeptałam, spuszczając wzrok.

Rozległo się pukanie i drzwi otworzyły się bez zapowiedzi. Odwróciłam się i… O, matko boska, do pokoju wszedł drugi najprzystojniejszy facet na świecie.

– Przepraszam, Oliver, nie wiedziałem, że masz spotkanie. Marii nie było przy biurku.

– W porządku, Liam. Pani Graham już wychodzi.

– Tak, tak. – Wstałam i założyłam torebkę na ramię.

– Dzień dobry. Jestem Liam Wyatt, brat Olivera – powiedział, unosząc kąciki pięknie wykrojonych ust.

– Delilah Graham. Miło mi poznać.

– O, cała przyjemność po mojej stronie.

Uśmiechnęłam się i szybko wyszłam z pokoju, bo bałam się, że jeżeli natychmiast się stamtąd nie wyniosę, to eksplodują mi jajniki. Dwóch najbardziej seksownych mężczyzn, jakich kiedykolwiek widziałam, w jednym pokoju, to jednak trochę za wiele.

Rozdział 3

OLIVER

Jasny gwint, co to za laska? – pytał Liam, siadając naprzeciw mnie.

– Dziewczyna, która mam nadzieję, zgodzi się zostać opiekunką Sophie.

– Jezu, Oliver, jesteś pewien, że wiesz, co robisz? Gdyby pracowała u mnie, za cholerę nie utrzymałbym rąk przy sobie.

Westchnąłem i podszedłem do baru, żeby nalać sobie whisky.

– Szkocka? – zapytałem.

– Jasne. Ale skąd ty żeś ją wytrzasnął?

– Obsługiwała nas w restauracji, gdzie zabrałem dziś Sophie na obiad. Opiekunka nie mogła się nią zająć do drugiej. Wylali ją, bo Sophie znowu się rozkleiła, a Delilah usiadła przy niej i zaśpiewała jej piosenkę. Sophie bardzo dobrze na nią zareagowała i ją polubiła. Nigdy wcześniej nie zachowywała się tak przy innych nianiach.

– Może dlatego, że inne były starymi prukwami, a Delilah jest piękną, młodą kobietą. Musisz przyznać, że jest megaseksowna.

– Daj spokój, stary, jasne, że jest megaseksowna. Staje mi tylko od patrzenia na nią. A gdybyś tylko usłyszał, jak ona śpiewa! Ma po prostu anielski głos.

– To zatrudniasz ją dla Sophie czy dla siebie?

– Dla Sophie, kretynie. Mówię ci, że momentalnie się do niej przywiązała.

– Nie wydaje mi się, żeby to był dobry pomysł, brachu. Nawet nie chcę zgadywać, co powie Laurel, kiedy się dowie.

– Nie obchodzi mnie, co powie Laurel. To, kogo zatrudniam do opieki nad moją córką, to nie jej sprawa.

– Zamierzasz powiedzieć Delilah o Elaine?

– Nie. Nie ma potrzeby, aż tak wciągać jej w moje sprawy. Będzie nianią Sophie i tyle. Nie musi nic wiedzieć o jej matce.

Liam westchnął i podniósł się, kręcąc głową.

– Powodzenia. Daj mi znać, jeżeli się zgodzi. Myślę, że będę do was często wpadał.

– Trzymaj się od niej z daleka, braciszku, jasne? – powiedziałem stanowczo.

– I tak to się zaczyna. – Uśmiechnął się i wyszedł z pokoju, zamykając drzwi.

Usiadłem w fotelu i dopiłem drinka, rozmyślając o Delilah. O tym, jak długie brązowe włosy opadały jej falami na ramiona, i o jej świetlistych, niebieskich oczach. I o długich, smukłych nogach, które zauważyłem natychmiast, kiedy tylko weszła do mnie do pokoju. Wyobraziłem sobie, jak oplata mnie tymi nogami w pasie, gdy się kochamy. Przypomniałem sobie jej szczupłą talię i urocze zagłębienie widoczne w dekolcie sukienki i zacząłem fantazjować o jej piersiach, jak stoi przede mną naga. Wyglądała na miseczkę C, mój ulubiony rozmiar. Na pewno ma wspaniale różowiutkie brodawki. Wcisnąłem klawisz na biurku blokujący zamek w drzwiach, rozpiąłem spodnie i wyjąłem twardy jak skała członek. Zacząłem poruszać ręką w górę i w dół, myśląc o jej cipce. Ciekawe, czy goli się całkowicie, czy zostawia sobie wąski pasek włosków? Dałbym głowę, że jest naprawdę ciasna. Nie wyglądała na kogoś, kto sypiał z mężczyznami na lewo i prawo. Wydawała się raczej niewinna i pełna czułości. Może w ogóle była jeszcze dziewicą? Poruszając ręką coraz szybciej, wyobraziłem sobie jej małą, fantastycznie okrągłą dupkę i jak wspaniale byłoby ją ścisnąć, biorąc ją od tyłu. Jaki miałaby wyraz twarzy, gdy doprowadzam ją do rozkoszy i jaki cudowny ma smak. Z cichym jękiem wytrysnąłem w garść.

Rozdział 4

DELILAH

W drodze do domu zahaczyłam o warzywniak i znalazłam Jenny układającą sterty ogórków. Sklep należał do jej ojca i Jenny dorabiała tam sobie w czasie studiów na Uniwersytecie Nowojorskim.

– Hej – powiedziałam, podając jej ogórka.

– Hej! Jak poszło z panem Wyattem? O czym chciał porozmawiać?

Przygryzłam dolną wargę.

– Chce, żebym została opiekunką Sophie.

Jenny odłożyła ogórka i spojrzała na mnie całkowicie oszołomiona.

– Nie mów! Poważnie?

– No. Pensja wyjściowa – czterdzieści tysięcy dolarów plus ubezpieczenie zdrowotne i prywatny szofer dla mnie i Sophie.

– Musiałabyś u niego zamieszkać?

– Tak. Miałabym własny pokój i osobną łazienkę, i wolne niedziele.

– Ożeż, Delilah. I co, przyjmiesz tę robotę?

– Nie mam wyboru. W porównaniu do kelnerowania to niebo i ziemia.

– A co z twoją muzyką?

– Mogłabym tam ćwiczyć i grać w niedziele. Myślę, że to dobra okazja, przynajmniej na jakiś czas.

– A co jeżeli za bardzo przywiążesz się do Sophie?

– O to pomartwię się później.

– A co z panem Weź-Mnie Wyattem?

– Co z nim?

– Są widoki na jakiś ekstra bonusik?

– Daj spokój. Takie rzeczy mnie nie interesują, wiesz przecież. Będzie moim szefem, a poza tym ma dziewczynę.

– I co z tego? Tacy mężczyźni mało się tym przejmują, gdy pojawia się inna piękna kobieta.

– Eee. Idę się przygotować na wieczór.

– Dobra. Znajdziemy cię ze Stephenem później – roześmiała się.

Weszłam na górę i zmieniłam sukienkę na czarne legginsy i czarną tunikę bez rękawów, ze srebrnymi wstawkami. Przeczesałam włosy, związałam je w niedbały kucyk opadający z jednej strony na ramię i podkręciłam końcówki. Wsunęłam na nogi wysokie buty, wzięłam torbę z gitarą, torebkę i telefon i wyszłam z mieszkania. Jadąc metrem, postanowiłam zadzwonić do pana Wyatta.

– Oliver Wyatt – odebrał.

– Dzień dobry. Mówi Delilah Graham.

– Dzień dobry. Czy podjęła już pani decyzję w związku z moją ofertą?

– Tak. Zgadzam się.

– Cieszę się. Co to za hałas? Jest pani w metrze?

– A, tak, przepraszam. Jadę do Red Room. Chciałam dać panu znać, zanim zrobi się późno.

– Mogę zapytać, co pani tam robi?

– Mam tam dzisiaj występ.

– A. Rozumiem. To omówimy szczegóły innym razem. Miłego wieczoru.

– Dziękuję, nawzajem.

Zakończyłam połączenie z uśmiechem na twarzy, który nie znikał jeszcze, kiedy pokonywałam drogę z metra do klubu. Już od progu zauważyłam mojego kumpla Jonaha, którego poznałam zaraz po przyjeździe do Nowego Jorku, kiedy rozłożyłam się z gitarą na jego stałym skrzyżowaniu.

– Cześć, Delilah – uśmiechnął się.

– Cześć, Jonah. Spory dzisiaj tłum. – Rozejrzałam się po sali pełnej stałych bywalców.

– Wychodzisz zaraz po Blue Moon and Stars. Gotowa?

– Gotowa i nastrojona. – Uśmiechnęłam się i poklepałam pokrowiec z gitarą.