Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2006

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 235 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dwie miłości - Maria Nurowska

Trzeci tom cyklu powieściowego Marii Nurowskiej rozpoczętego przez Imię twoje... i Powrót do Lwowa to kontynuacja losów Elizabeth Connery, Andrew Sanickiego, ich córki, a także syna Oksany, Aleka. Elizabeth nie potrafi uwolnić się od przeszłości. Jest szczęśliwie zakochana, ale myśl o tajemniczym zniknięciu jej męża w czasie wyprawy naukowej na Ukrainę wciąż nie daje jej spokoju. Próbując wyjaśnić zagadkę sprzed kilku lat, wyrusza do Doniecka. Wkrótce jednak sama stanie się poszukiwana, kiedy rozpaczliwe próby ustalenia miejsca jej pobytu nie dadzą rezultatu…

Trzecia część trylogii ukraińskiej to powieść o licznych odniesieniach do niedawnych wydarzeń politycznych na Ukrainie, z którymi wiążą się dramatyczne losy bohaterów. Niezwykle aktualna, ale jednocześnie uniwersalna historia o ludziach wystawianych wciąż na nowe próby i zmagających się z przewrotnością losu.

Opinie o ebooku Dwie miłości - Maria Nurowska

Fragment ebooka Dwie miłości - Maria Nurowska

Maria Nurowska

Dwie miłości

Copyright © by Maria Nurowska, 2006

Wydanie I

Warszawa 2007

Mimo przejmującego zimna Andrew Sanicki szedł ulicą w rozpiętym palcie, z rękami założonymi do tyłu. W pewnej chwili przystanął. To było dokładnie to miejsce, gdzie kilka lat temu Elizabeth wbiegła pod koła jego samochodu. Stała bezradnie na chodniku, a potem, nie rozglądając się na boki, ruszyła przez jezdnię. Z trudem udało mu się zahamować.

Zanim ją spotkał, wydawało mu się, że doszedł do takiego punktu, kiedy mężczyzna wie o sobie wszystko i nie planuje zmian. A jednak wiele się w jego życiu zmieniło. Ze stroniącego od ludzi, zamkniętego w sobie samotnika przemienił się nagle w męża i ojca i to napawało go dumą, dając jednocześnie poczucie niezwykłego szczęścia. Tak, nie bał się do tego przed sobą przyznać. Wydawało mu się, a nawet był pewien, że jego życie osiągnęło tę idealną równowagę, jaką daje satysfakcja w sprawach rodzinnych i zawodowych. Do tego dochodziły zmiany w kraju, które jeszcze pół roku temu wydawały się czymś niemożliwym. Za kilka tygodni Wiktor Juszczenko zostanie zaprzysiężony na prezydenta i Ukraina zmieni kurs, popłynie w stronę Europy. Widział swoją ojczyznę jako olbrzymi okręt, który po latach trwania na mieliźnie obierał właściwą drogę. A więc naprawdę był szczęściarzem. Niepokoiło go tylko, że Elizabeth nie dawała żadnego znaku, ale najwidoczniej w lasach za Donieckiem jej komórka nie miała zasięgu. Powinna jednak już stamtąd wyjechać i najdalej za parę godzin odezwie się do niego. Nie miał żadnych wątpliwości co do tego, że nie udało jej się odnaleźć męża. To tylko ten niezrozumiały upór, z jakim starała się go poszukiwać. Jeffrey Connery od dawna nie żył, ale ona nie chciała się z tym pogodzić. Podróż, w którą się wybrała w tajemnicy przed nim, niczego nie mogła tu zmienić. Zapewniała go przez telefon, że to już ostatnia próba, ale prawda była taka, że Elizabeth będzie poszukiwała swojego męża do końca życia. To jedna ze zbrodni reżimu Kuczmy, który swoim przeciwnikom politycznym odmawiał nawet prawa do godnego pochówku.

Miał nadzieję, że ona w końcu uwolni się od przeszłości. Bolało go, że nie potrafił jej pomóc. Być może to, co nie udało się jemu, uda się ich córce, której urodzenie zmusi Elizabeth do myślenia o nowej rodzinie i nieoglądania się już za siebie. Jak mało kto zasługiwała na trochę szczęścia, a ta niewyjaśniona sprawa kładła się cieniem na jej życiu.

Stanęła mu w oczach jej szczupła, niewysoka postać. Ciemne, lekko wijące się włosy, zmienna, trudna do zapamiętania twarz, z której tak łatwo można było odczytywać uczucia i myśli. To wszystko stanowiło o niezwykłym uroku tej kobiety, któremu uległ już chyba w chwili, kiedy ją po raz pierwszy zobaczył na lotnisku. JFK w Nowym Jorku.

Spojrzał na zegarek. Dochodziło południe. Komórka Elizabeth nadal milczała. Wiedział, że nie zatrzymała się w żadnym z hoteli w Doniecku, zdążył już to sprawdzić. Więc pewnie zanocowała w którymś z miasteczek po drodze. Oby jak najszybciej z powrotem znalazła się w zasięgu sieci. I żeby już wreszcie wróciła do domu. Dopiero wtedy się uspokoi. Teraz nie pozostawało mu nic innego, jak tylko na nią czekać. Zastanawiał się, czy nie wyjechać jej naprzeciw. Kiedy się tylko odezwie, coś takiego jej zaproponuje. Mogliby się spotkać w połowie drogi, u Borysa. Zostawią tam jeden samochód, potem się go jakoś ściągnie. Najważniejsze, żeby była już bezpieczna.

„Elizabeth! Odezwij się wreszcie!” – pomyślał z bólem.

Ten nagły atak niepokoju przestraszył go. Starał się podchodzić do sprawy rozsądnie. W Doniecku panował spokój, a stamtąd do kozackiej osady było niecałe sto kilometrów.

„Ale gdzie nocowała? – przebiegło mu przez głowę. – Gdzieś przecież musiała nocować, w nocy był duży mróz… A jeżeli zepsuł jej się samochód? Albo, nie daj Boże, zabłądziła w lesie? Nie wjeżdżałaby nocą w las, nie jest przecież szalona… A dzisiaj, zanim wstała, zjadła śniadanie i wyruszyła w podróż powrotną, minęło co najmniej kilka godzin. Nie trzeba się martwić. Elizabeth odezwie się wczesnym popołudniem, jestem tego pewien…”

Z daleka zobaczył fasadę kamienicy, w której mieściła się jego kancelaria, i to jakoś podniosło go na duchu. Miał kilka pilnych rzeczy do załatwienia, przez udział w kampanii wyborczej Juszczenki zaniedbał sprawy zawodowe. Klienci mogli mieć do niego słuszne pretensje.

Odezwała się komórka i poczuł przyśpieszone bicie serca, był tak przekonany, iż usłyszy głos Elizabeth, że niemal nie rozumiał, co sekretarka do niego mówi. Okazało się, że oficer dyżurny milicji prosi go o pilny kontakt. Komenda mieściła się niedaleko kancelarii, postanowi więc wstąpić tam po drodze.

Na jego widok milicjant, młody chłopak, poderwał się służbiście, jakby Andrew był co najmniej generałem. Po wystąpieniach u boku Juszczenki jego twarz stała się znana.

– Czegoś ode mnie chcieliście, więc jestem – powiedział.

– Panie mecenasie, sprawa wygląda tak, znaleziono pana samochód…

– Mój samochód – odrzekł zdumiony – stoi w garażu, nie wyjeżdżałem nim dzisiaj…

Milicjant pokazał mu faks z komendy milicji w Doniecku: ustalono, że rozbity samochód marki Nissan Patrol należy do Andrija Sanickiego, zamieszkałego we Lwowie.

Tych kilka suchych zdań poraziło go.

– Źle się pan czuje? – spytał z troską chłopak. – Może wody?

Andrew pokręcił głową.

– Pewnie złodzieje, uciekając, rozbili auto – ciągnął milicjant. – Trzeba będzie zrobić z takimi porządek. Ale za mało nas, może nowy prezydent nie poskąpi grosza na milicję.

– Tym samochodem jechała… moja znajoma – odezwał się wreszcie Andrew – nie wiem, co z nią. Może się pan połączyć z Donieckiem?

– Tak jest, panie mecenasie – odrzekł służbiście.

Po chwili oddał mu słuchawkę.

– Tu Andrij Sanicki, wiem, że znaleźliście mój samochód. Pożyczyłem go znajomej. Co się z nią dzieje?

– Pogotowie zabrało ją do szpitala – usłyszał.

„Dzięki Bogu, żyje” – pomyślał z ulgą.

– Czy była przytomna?

– Nie znamy szczegółów – odparł jego rozmówca. – Posterunek z Brodów wzywał pogotowie. Wiemy tylko, że przewieziono ją tutaj, do Doniecka.

Ale żaden ze szpitali w Doniecku nie potwierdził przyjęcia takiej pacjentki na swój oddział.

– Jak to jej nie ma? – denerował się Andrew. – Otrzymałem informację z komendy milicji, że została przewieziona do szpitala.

– Ale u nas jej nie ma – odpowiadano.

„Może jest nieprzytomna – pomyślał – i nie wędzą, kim jest…”

Wszystkiego dowie się na miejscu. Za dwie godziny startuje samolot do Doniecka. Zawiadomił matkę, że musi pilnie wyjechać.

– Na długo? – spytała. – Mieliście odbierać Oksankę ze szpitala…

– Odbierzemy ją, zaraz po moim powrocie.

– Ale kiedy ty wracasz?

Nagle nie wiedział, co odpowiedzieć. Przyszłość, nawet ta najbliższa, wydawała się wielką niewiadomą. Wszystko zależało od tego, w jakim stanie znajdowała się Elizabeth. To, że nie potrafiono jej odnaleźć w żadnym ze szpitali, mogło wskazywać, że skończyło się na potłuczeniach i po prostu zwolniono ją z izby przyjęć. Ale jeżeli tak właśnie było, jeżeli nie przyjęto jej na oddział, dlaczego się do niego nie odezwała? Może była w szoku…

– Synku, czy coś się stało? – spytała z niepokojem matka.

– Nie, mamo, wszystko w porządku. Chodzi o sprawy zawodowe.

– A kiedy wróci Elizabeth?

– Wróci na pewno – odrzekł, starając się zapanować nad swoim głosem.

Jej imię przywołało nową falę bólu.

– Telefonowałam do Marii, ale tam jej nie było… – drążyła matka. – Gdzie ona jest, synku?

– Mamo… wszystko w porządku, nie martw się – powiedział z wysiłkiem. – Wrócimy oboje, może już jutro…

– Więc ty jednak nie jedziesz w sprawach zawodowych – odrzekła wolno. – Czuję, że coś się stało, ale mi nie mówisz.

– Bo nie wiem, co mam ci powiedzieć – odrzekł zniecierpliwiony. – Elizabeth jest w Doniecku, jadę do niej.

– W Doniecku? Co ona tam robi?

– Mamo, śpieszę się na samolot.

– Ale… ja się tak martwię.

– Nie musisz się martwić. Wszystko będzie dobrze.

„Czy naprawdę wszystko będzie dobrze?” – pytał sam siebie, siedząc w samolocie. Brak kontaktu z Elizabeth powodował, że nie mógł zebrać myśli. On, zawsze taki uporządkowany, nie potrafił przewidzieć, co spotka go po wylądowaniu.

Przypomniał mu się ich wspólny sylwester, w jego domku w górach. Siedzieli przy kominku, pijąc wino, rocznik 1930. Prezent od człowieka, któremu Andrew uratował życie, dosłownie, bo groziła mu kara śmierci. To był swego czasu głośny w Kanadzie proces poszlakowy. Znany chirurg został oskarżony o podwójne morderstwo – żony i jej kochanka. Andrew był nawet zdziwiony, że właśnie jemu lekarz zlecił swoją obronę. Istniały przecież lepsze nazwiska.

Elizabeth przyjrzała się butelce.

– To wino jest znacznie starsze ode mnie – powiedziała.

Dlaczego zdecydował się je wtedy otworzyć, traktował ją tylko jak dobrą znajomą. Może tą okazją była szczególna data, właśnie kończył się wiek dwudziesty.

Powiedziała wtedy:

– Czy zdajesz sobie sprawę, że jesteśmy ludźmi z przełomu wieków?

Niemal zobaczył, jak to mów z uśmiechem. I znowu wróciła mu otucha. To niemożliwe, aby stało się z nią coś złego. Ona żyje. Ona musi żyć. Jest potrzebna jemu i ich małej córeczce. Wszystko się wyjaśni na miejscu. Odnajdzie ją i przytuli. Poczuje ciepło jej ciała. To przecież największa prawda jego życia.

Kiedy wyszedł przed dworzec lotniczy, ogarnęło go przejmujące zimno. Wiał silny wiatr przy kilkustopniowym mrozie. Ołowiane niebo nad głową sprawiało, że wszystko dookoła było bardziej szare i przygnębiające niż w rzeczywistości. W tym momencie brzydota miasta mało go jednak obchodziła, gdzieś tutaj przebywała Elizabeth i jego zadaniem było ją odnaleźć. Odnajdzie ją i wyjadą stąd najszybciej, jak tylko to możliwe.

Swoje poszukiwania zacznie od komendy milicji, muszą wiedzieć więcej, niżby to wynikało z lakonicznych odpowiedzi przez telefon. Ale niestety, nie udało mu się dowiedzieć niczego ponad to, co wcześniej mu przekazano. Oficer dyżurny patrzył spode łba, a na prośbę Andrew, aby zaanonsował go komendantowi, odrzekł, że komendant jest zajęty.

– Może jednak pan komendant znajdzie chwilę, aby ze mną porozmawiać – nie rezygnował.

Starał się zachować spokój. Mimo że wczorajsze wybory potwierdziły zwycięstwo Juszczenki, tutaj wyraźnie nie przyjmowano tego do wiadomości. Andrew, jako jego bliski współpracownik, był traktowany niechętnie, a nawet wrogo. Można to było łatwo wyczytać z gęby tego milicjanta.

– Komendant ma ważniejsze sprawy na głownie, niż bawić się w poszukiwania jakiejś baby. Trzeba jej było nie puszczać samej! – wypalił funkcjonariusz, patrząc mu bezczelnie w oczy.

Nie panując nad sobą, chwycił tamtego za klapy i zaczął nim potrząsać:

– Uważaj, gówniarzu, co mówisz i do kogo, bo jutro może cię tu nie być! Połącz mnie z komendantem, i to już!

Funkcjonariusz posłusznie ujął za słuchawkę, potem oddał ją Andrew.

– Jestem pełnomocnikiem pani Connery i żądam informacji o miejscu jej pobytu – powiedział. – Jeżeli została przewieziona do szpitala, chcę wiedzieć, do którego.

– Ma pan pełnomocnictwo na piśmie? – spytał komendant.

– Owszem, tak – odrzekł.

– I tak niewiele panu pomoże, bo my żadnych informacji na temat tej pani nie posiadamy. Posterunek w Brodach przesłał nam tylko meldunek o samochodzie.

– Kobieta prowadząca samochód została przewieziona do szpitala w Doniecku.

– To niech jej pan tam szuka, bo my nic więcej nie wiemy.

W tym momencie Andrew zrozumiał, że nikt mu tutaj nie pomoże, nikt nie będzie sprzymierzeńcem w poszukiwaniach Elizabeth. Niestety, jego twarz stanowiła niewygodną wizytówkę.

Postanowił zacząć od największego szpitala w mieście, usytuowanego w znacznej odległości od centrum. Pojechał tam taksówką, która przywiozła go pod ogromne gmaszysko, wybudowane niedawno, jednak w stylu minionej epoki. „W tym miejscu nie można tak naprawdę wyzdrowieć – pomyślał. – Jeżeli Elizabeth tu jest, powinienem ją stąd jak najszybciej zabrać”.

W izbie przyjęć panował straszny harmider, pod ścianami siedzieli ludzie oczekujący na swoją kolej, jakieś dzieci płakały, na kozetce leżał mężczyzna z urwaną stopą. Zrobiono mu prowizoryczny opatrunek, który jednak przesiąkał, krew kapała na podłogę.

Nie było mowy, aby ktokolwiek udzielił mu informacji. Sekretarka dyrektora oświadczyła, że szefa nie ma.

– A pan w jakiej sprawie? – spytała, przyglądając mu się uważnie; twarz Andrew kogoś jej przypominała.

– Szukam kobiety, którą przywieziono z wypadku.

– Proszę pytać na chirurgii.

Portier nie chciał go oczywiście wpuścić i dopiero odpowiedni banknot otworzył mu drogę.

Lekarz dyżurny patrzył na niego niechętnie, z pewnością chodziło o wczorajsze wybory.

– Nie ma u nas takiej pacjentki – oświadczył.

– Może jest na oddziale intensywnej terapii? – spytał z nadzieją.

– Tam też jej nie ma.

Zanim zdążył zadać następne pytanie, zobaczył plecy chirurga oddalającego się korytarzem. Nie dowierzał jego słowom, więc postanowi wypytać pielęgniarki, ale wyraźnie przestraszone wymawiały się, że nic nie wiedzą. Tylko jedna z nich, starsza już kobieta, powiedziała:

– Tej osoby tu na pewno nie ma, niech pan szuka gdzie indziej. Może w szpitalu kolejowym, oni najczęściej wysyłają karetki w teren.

Szpital kolejowy mieścił się po drugiej stronie miasta, był to kompleks kilku budynków, szarych i odrapanych. Andrew trochę błądził, zanim znalazł blok F, w którym znajdowała się chirurgia. Tutaj bez problemów wpuszczono go na oddział, chodził od łóżka do łóżka z uczuciem, że zakłóca spokój chorym kobietom. Wszystkie były stare, pomarszczone, miały apatyczne twarze i rozczochrane siwe włosy. Leżały w przedziwnych pozach, szpitalne koszule odsłaniały ich obwisłe piersi, granatowe od żylaków łydki, koślawe stopy. Do tego ten okropny szpitalny zapach, który przyprawiał o mdłości.

Tutaj też nie było Elizabeth.

Wyglądało na to, że w żadnym ze szpitali jej nie ma. Gdyby udało się ustalić, z którego z nich wysłano po nią karetkę. Niestety, nawet proponowane pieniądze nie pomogły. Panował ogólny bałagan, żaden z wypytywanych przez niego kierowców ambulansów nie potwierdził takiego wezwania.

– Ale wzywano karetkę – denerwował się – milicja z Brodów ją wzywała.

– To jedź pan do Brodów i tam pytaj – poradził mu młody, pryszczaty pielęgniarz.

Być może należał do nielicznych tu zwolenników Juszczenki, bo rozmawiał z Andrew bez jawnej niechęci.

Postanowił skorzystać z jego rady. Nic innego mu zresztą nie pozostawało. Jadąc taksówką do Brodów, myślał, że ona też tędy jechała, i to była jedyna pociecha w tym dniu.

Przypomniał mu się ich pierwszy wspólny poranek w Rzymie. Elizabeth jeszcze spała, a on wyszedł na balkon i podziwiał naprawdę wspaniały widok na miasto, jak na dłoni widoczna była kopuła Bazyliki św. Piotra oświetlona promieniami porannego słońca.

Śniadanie zamówili do pokoju. Elizabeth poprzestała na kawie i gorących rogalikach z masłem, on natomiast zażyczył sobie jajecznicę na boczku, bo po tak cienkim śniadanku natychmiast byłby głodny. Siedział przy stole, ale jej podał tacę do łóżka, przykry tą białą serwetką. Obok talerzyków i filiżanki stał mały wazonik z orchideą. Dokładnie pamiętał, jak wyglądała: miała fioletowy środek i zielone listki.

– Pierwszy raz ktoś tak mnie rozpieszcza – powiedziała Elizabeth.

– Odtąd już zawsze będę cię tak rozpieszczał – odrzekł z uśmiechem.

– Jeśli będziesz w pobliżu – odpowiedziała na to.

A wczoraj, kiedy potrzebowała pomocy, nie było go w pobliżu. Zacisnął pięści, czując, jak paznokcie wbijają się w ciało. Dlaczego tak postąpiła, dlaczego nie powiedziała mu o swoich planach. Przecież nie zatrzymywałby jej siłą, a na pewno pomógłby jej lepiej to zorganizować. Jeżeli nie chciała, aby jej towarzyszył, mógłby z nią pojechać któryś z jego pracowników. Kiedy będzie już po wszystkim, powie jej, co o tym myśli. Związek dwojga ludzi powinien się opierać na zaufaniu, w przeciwnym razie nie miałby żadnego sensu, a ona w tym przypadku zachowała się tak, jakby to zaufanie straciła. Przecież nie dał jej ku temu żadnych powodów, przynajmniej tak sądził…

Komenda w Brodach mieściła się w starej, drewnianej chałupie. Schodki, po których do niej wchodził, sprawiały wrażenie, że się za chwilę rozlecą. Wnętrze było mroczne, przesiąknięte stęchlizną. Za biurkiem siedział potężny mężczyzna w milicyjnym mundurze. Miał szopę rudych włosów, niskie czoło i małe świdrujące oczka. Patrzył na Andrew bez słowa.

– Nazywam się Sanicki, podobno stoi u was mój samochód – pierwszy przerwał milczenie.

– Stoi – odrzekł tamten krótko.

Przyglądał się Andrew w taki sposób, że nie wróżyło to nic dobrego.

– Co się stało z kobietą, która prowadziła samochód?

– Nie wiem, nie było mnie wtedy na służbie.

– Może istnieje jakaś notatka służbowa? To była Amerykanka.

– Nasłali ją, żeby szpiegowała! – milicjant powiedział to z taką nienawiścią, że w głowie Andrew pojawiła się myśl, iż Elizabeth została zamordowana. Może dlatego nie było jej w żadnym ze szpitali, a żaden z kierowców karetek jej nie pamiętał. Zaraz to jednak odrzucił. Nie odważyliby się w tym momencie, kiedy wszystko wskazywało na wygraną Juszczenki. Ona żyła. Był tego pewien.

– Pogotowie ją stąd zabrało – powiedział, starając się zapanować nad swoim głosem.

– Nie wiem, nie było mnie wtedy na służbie.

– A kto był na służbie?

– Nie wiem.

– Jak nic nie wiecie, to po co tu siedzicie? – wybuchnął. – Gdzie wasz komendant?

– Nie wiem, on mnie się nie melduje.

Andrew zastanawiał się, jak ma z nim dalej rozmawiać. Proponować mu pieniądze? Na pierwszy rzut oka widać było, że to fanatyk. Jeszcze się na niego rzuci urażony taką propozycją. Trudno. Musi zaryzykować.

– Możemy się jakoś dogadać? – spytał ugodowym tonem.

– Dogadać się? Z wami? – wybuchnął tamten. – Z bandą zdrajców! Chcecie sprzedać nasz kraj Amerykanom! Ja bym was powystrzelał jak wściekłe psy!

– To my wygraliśmy wybory, sytuacja może się odwrócić – odrzekł ostro.

Mężczyzna zerwał się zza biurka, jednym szarpnięciem rozchylił klapy munduru, kilka guzików potoczyło się po podłodze. Spod koszuli wyjrzał rudy zarost.

– To strzelaj, zdrajco! Strzelaj do patrioty!

Andrew odwrócił się i bez słowa wyszedł.

Taksówkarz palił papierosa oparty o wysłużoną ładę, poprosił go, aby jeszcze trochę poczekał, i poszedł obejrzeć swoje auto.

Na widok nissana serce skoczyło mu do gardła. Ten kawał blachy był jedynym łącznikiem z dawnym życiem, które skończyło się bezpowrotnie w chwili, gdy koła samolotu uderzyły o beton lotniska w Doniecku. Samochód miał wgniecioną przednią maskę, zupełnie jakby spadło na nią coś ciężkiego, ale reszta nie była uszkodzona, nawet poduszka powietrzna nie wystrzeliła. Wszystko wskazywało na to, że Elizabeth wyszła cało z wypadku i zamiast po szpitalach powinien jej szukać w którymś z hoteli. Siedzi tam pewnie przestraszona. Ale dlaczego nie dzwoni? I dlaczego nie odpowiada jej komórka? Pewnie ją wyłączyła. Chce się doprowadzić do porządku. Już raz tak przecież było, po jej powrocie z Czeczenii do Moskwy. Zamknęła się wtedy w hotelowym pokoju. Nie zwiedzała muzeów, jak jej proponował, tylko dochodziła do siebie po ciężkich przeżyciach. Teraz może być podobnie. Ona jest przecież jak czuły instrument, z którym należy obchodzić się nader delikatnie, nagle znalazła się w świecie, gdzie panują brutalne prawa.

„Moja madame Butterfly” – pomyślał z czułością.

Może któryś z mieszkańców miasteczka będzie coś wiedział na temat tego wypadku. Na pewno było o nim głośno. Skoro milicja jest taka małomówna, trzeba popytać ludzi. Ale nie było to wcale proste. Na słupach ulicznych wisiały jeszcze plakaty przedstawiające Juszczenkę w esesmańskim mundurze. Andrew miał tylko nadzieję, że jego twarz nie jest tu tak znana jak w Doniecku. Nie wiadomo, czy został rozpoznany, jednak nikt nic nie chciał powiedzieć. Kiedy zatrzymywał taksówkę i wysiadał, aby pytać przechodniów, oni pośpiesznie odchodzili. Zupełnie jakby nie mówili tym samym językiem co on.

„Czy to jest jeszcze mój kraj?” – myślał z goryczą.

Co dalej? Wracać do Doniecka i szukać Elizabeth w hotelach? A jeżeli jej tam nie będzie? Przecież niczego się tu nie dowiedział. Gdzie zdarzył się wypadek, dokąd została przewieziona i w jakim stanie.

Czuł się jak w koszmarnym śnie, z którego nie można się obudzić.

Może pojechać do tej osady? Przynajmniej się wyjaśni, czy ona tam dotarła.

Taksówkarz jednak odmówił. Twierdził, że ma słabe opony i zakopie się na bocznej drodze. Nie było więc innego wyjścia, musiał wracać.

Kiedy znalazł się w zasięgu sieci, zatelefonował do Julii. Natychmiast odebrała komórkę.

– Nie wiem, co mam robić – mówił zgnębiony. – Nikt tu ze mną nie chce gadać, a Elizabeth zniknęła. Szukałem jej po szpitalach… Zostały jeszcze tylko hotele… Czy możesz mi jakoś pomóc?

– Bardzo bym chciała, ale sam wiesz, jak nas tam traktują. Taka protekcja tylko pogorszy sprawę – odrzekła zmartwionym głosem. – Może w ambasadzie już coś wiedzą, może te świnie ich zawiadomiły, a ciebie ignorują. Zadzwoń do Amerykanów… albo nie, ja zadzwonię, a ty czekaj na wiadomość ode mnie!

To bardzo prawdopodobne, że tutejsza milicja zawiadomiła ambasadę w Kijowie. Dla nich to był przecież spory kłopot, z ulgą się go pozbędą. I Julia na to wpadła! Ciepło pomyślał o tej kruchej kobiecie, którą przyrównywano do Margaret Thatcher i nazywano „Żelazną Damą”. Pamięta, jak ją pierwszy raz odwiedził w więzieniu. Leżała na pryczy, przykryta futrem z norek. I cela pachniała inaczej niż inne. Od razu zażądała gumowych rękawiczek i wzięła się do sprzątania. Tak przynajmniej mówiono. Nigdy jej nie spytał, czy to prawda.

Jak to dobrze, że do niej zatelefonował, ona na pewno pomoże mu odnaleźć Elizabeth. Zadzwoniła po pół godzinie.

– Andrij, kochany, w Doniecku jest już ich konsul. On coś wie o Elizabeth. Podam ci jego komórkę.

– Co on wie?

– Sam ci to powie, zadzwoń do niego i umów się na spotkanie.

– Ale ja muszę wiedzieć natychmiast! – wybuchnął. – Powiedz mi, co ty wiesz!

– Niewiele więcej od ciebie, że jej szukają i że milicja ma jakieś informacje. Konsul ci wszystko wyjaśni. Nazywa się Edward Knitte… Gdzie ty teraz jesteś?

– Jadę taksówką w kierunku Doniecka. Mam jeszcze ze dwadzieścia kilometrów – odpowiedział skwapliwie jak uczeń.

I tak czuł, że Julia prowadzi go za rękę.

– Więc niedługo się spotkacie, on ci wszystko wyjaśni.

– Ale ja nie z nim chcę się spotkać, ale z moją żoną!

– Zaprowadzi cię do niej.

– Ty jednak coś wiesz, prawda? Wiesz, gdzie ona jest?

– Nie wiem, kochany – odrzekła jakoś nieszczerze, a może tylko mu się wydawało.

Byli parą dobrych przyjaciół. Julia by go nie oszukiwała.

– Andrij, przylatuję do Doniecka – usłyszał.

– W mojej sprawie?

– I tak miałam tam być – odrzekła wymijająco.

– Czy z Elizabeth jest bardzo źle?

– Nie wiem, już ci powiedziałam, że nie wiem.

– To po co przylatujesz?

– Bo może będę ci… wam potrzebna. Trzymaj się!

Kilka razy przechwycił uważne spojrzenie taksówkarza. W czasie wspólnej jazdy prawie się nie odzywał. I Andrew to milczenie odbierał jako niechętne. Mężczyzna pochodził przecież stąd, z twierdzy kandydata, który właśnie przegrał wybory.

– Rozmawiał pan z Tymoszenko? – spytał nieoczekiwanie.

– Tak.

– Ja to tego Juszczenki nie lubię, ale ona by mogła być nasza… To świetna babka. Zna się i na biznesie, i na polityce. Na nią może bym i głosował.

Andrew nie odpowiedział. Nie potrafił już myśleć o niczym innym jak tylko o tym, czego za chwilę dowie się od konsula. Wybrał podany mu przez Julię numer.

– Tak, tak, wiem, o co chodzi – głos Amerykanina brzmiał bardzo uprzejmie – pani Tymoszenko już do mnie dzwoniła.

– A czy może mi pan udzielić informacji o Elizabeth Connery? – spytał, czując, jak zasycha mu w gardle.

– Oczekuję pana – padła odpowiedź.

Andrew miał wrażenie, że od dzisiejszego ranka świat dookoła niego zwariował. O ile mógł zrozumieć tutejszych urzędników, którzy odmawiali odpowiedzi na jego pytania, o tyle trudno mu było pojąć ludzi mu życzliwych traktujących go w podobny sposób.

A ona, Elizabeth, nadal nie dawała znaku życia, chociaż tak bardzo ją prosił, niemal błagał w myślach, aby wreszcie się odezwała.

Umówił się z konsulem w restauracji hotelu Kijów. Kiedy wszedł na salę, zza jednego ze stolików podniósł się mężczyzna w podobnym wieku co on, wysoki, o pokaźnej łysinie, którą tuszował, zaczesując na nią włosy. Dziwnie to wyglądało.

– Edward Knitte – przedstawił się.

– Andrij Sanicki.

Podszedł kelner, ale Andrew nie byłby w stanie niczego przełknąć, zamówił tylko wodę mineralną.

– Oczekuję od pana odpowiedzi, gdzie przebywa Elizabeth Connery – zwrócił się oficjalnie do konsula, ale głos mu się załamał. – Jest moją żoną, mamy maleńkie dziecko… Nie wiem, gdzie mam jej szukać…

Nagle poczuł wilgoć na policzkach i zrozumiał, że to łzy. Z uczuciem upokorzenia ocierał chusteczką twarz, obcy człowiek był świadkiem jego słabości.

Konsul patrzył na niego ze współczuciem.

– Panie Sanicki, proszę o cierpliwość. Za dwie godziny będzie tu pani Tymoszenko i sprawa… pobytu pana żony się wyjaśni.

– Żądam natychmiastowej odpowiedzi, gdzie ona jest! – rzekł zdecydowanie.

Mężczyzna był wyraźnie zakłopotany.

– Kiedy ja sam dokładnie tego nie wiem – powiedział po długiej chwili. – Jak przyjedzie pani Tymoszenko, udamy się do komendy milicji, oni nam to wyjawią.

– Czy… Elizabeth… czy pani Connery została aresztowana?

– Nie sądzę.

– Więc po co ta cała konspiracja? Mnie powiedziano, że karetka zabrała ją do szpitala, ale w żadnym ze szpitali jej nie znalazłem. A jakich wyjaśnień udzielono panu?

Konsul odchrząknął, jakby przygotowując się do dłuższej wypowiedzi, ale nic takiego nie nastąpiło.

– Właściwie niczego mi nie wyjaśniono… Mają być jakieś bliższe informacje… późnym popołudniem… jak pani Tymoszenko tu będzie.

– Co ona ma z tym wspólnego – zdenerwował się Andrew – Dopiero ode mnie się dowiedziała, że Elizabeth… że pani Connery zaginęła…

– No tak, tak – przyznał szybko konsul – to zapewne zbieg okoliczności, jej przyjazd i te informacje… Ale skoro ona już tu będzie, może nam pomóc.

– Albo zaszkodzić. Nie kochają jej tutaj.

– Ona panu pomoże, na pewno… – konsul nagle zamilkł.

Dla Andrew koszmar trwał nadal. Był niemal pewien, że z jakichś powodów nie mówią mu prawdy. Może Elizabeth uprowadzono? Ta zgnieciona od góry maska samochodu mogłaby wskazywać, że najechała na jakąś blokadę. Może chodzi o okup i dlatego wszyscy się tak dziwnie zachowują. Julia tu jedzie, bo wiezie pieniądze. No dobrze, ale dlaczego miałby być wyłączony z tych negocjacji. Przecież jest tu najbardziej zainteresowaną osobą.

– Czy jest coś, co dotyczy mojej żony, a czego nie może mi pan powiedzieć? – spytał ostrożnie.

Konsul poczerwieniał. Wyglądało to dość dziwnie. Andrew nie pamiętał, aby ktoś dorosły tak się czerwienił, to się zwykle zdarza dzieciom.

– Panie Sanicki, proszę pana o cierpliwość – odrzekł tamten wreszcie.

Julia objęła go i długo trzymała przy sobie. Delikatnie, ale stanowczo się uwolnił.

– Czy mogę cię prosić o wyjaśnienia – zaczął, starając się nadać swojemu głosowi odpowiednio zdecydowane brzmienie – co się naprawdę stało? Gdzie jest Elizabeth? Muszę ją zobaczyć!

– Zobaczysz ją, Andrij – powiedziała, a jej oczy z wolna wypełniły się łzami – ale ona nie żyje.

Wszystko brał pod uwagę, tylko nie to, że Elizabeth może już nie być wśród żywych. To było tak bardzo niesprawiedliwie, że zburzyło całe jego dotychczasowa wyobrażenie o otaczającym świecie. Przestał go akceptować, jakby odchodził razem z nią. I to była jedyna ulga. Ulga, że jego też już nie ma, niczego nie pragnie, niczego nie jest ciekaw.

W chwili kiedy Julia wypowiedziała te słowa, dla Andrew zatrzymał się czas. Działał jak automat. Pojechał z konsulem do szpitala, w którym zresztą szukał Elizabeth jeszcze kilka godzin temu, aby zidentyfikować jej zwłoki.

Pielęgniarz prowadził ich do podziemi wąskimi schodami.

Zejdź niżej, zstąp w dół, zejdź

W świat stałej samotności

Zamajaczyło mu w głownie. To z Eliota, ulubionego poety Elizabeth, często czytała mu jego wiersze. Jak było dalej?

W świat nie-świat, który już nie jest światem –

Ale ciemnością wnętrza, pozbawieniem,

Wydziedziczeniem z wszystkiego, co własne.

„Wydziedziczeniem z wszystkiego, co własne”, powtórzył w myślach głucho. Trzeba być geniuszem, aby w kilku słowach zawrzeć ludzki dramat. Może dlatego te strofy zapadły mu w pamięć. Poczuł nagłą wdzięczność, że ktoś przed nim pojął, czym naprawdę jest strata.

Szli teraz korytarzem, który niczym pokraczne ramiona oplatały grube, miejscami skorodowane rury. Kapała z nich woda i na posadzce tworzyły się niewielkie rdzawe kałuże.

Człowiek w kitlu otworzył jakieś drzwi.

Było to obskurne pomieszczenie, taka graciarnia, gdzie piętrzyły się żelazne zdezelowane łóżka, uszkodzone wózki inwalidzkie, pordzewiałe baseny.

Pod ścianą stała kozetka, na której ktoś leżał pod prześcieradłem. Obaj z konsulem stali w drzwiach, nie mając odwagi wejść dalej. Na przekór wszystkiemu pojawiła się w nim nadzieja, że tam na kozetce pod ścianą leży inna osoba, nie Elizabeth, i że to wszystko to jakaś potworna pomyłka.

– Który z panów zidentyfikuje zwłoki? – spytał pielęgniarz.

Andrew ruszył do przodu. Przydepnął prześcieradło, które odsłoniło tors nagiej kobiety. Tą kobietą była Elizabeth. W nagłym odruchu zdjął kurtkę i chciał ją przykryć, ale pielęgniarz go powstrzymał.

– Panie, mróz na dworze. Chce pan zamarznąć jak ona? – rzekł, naciągając prześcieradło na jej zwłoki.

– Zamarznąć – powtórzył wolno. – Moja żona zamarzła?

Obejrzał się na konsula, który ciągle stał w drzwiach.

– Taką otrzymaliśmy wiadomość – potwierdził.

– I nic mi pan nie powiedział…

– Pani Tymoszenko prosiła, aby zaczekać z tym na nią.

Andrew po chwili poprosił, aby obaj mężczyźni wyszli, chciał chociaż przez chwilę pozostać z Elizabeth sam.

– Ale to jest ta osoba, ta Amerykanka? – upewniał się natrętnie pielęgniarz.

Kiedy tamci wyszli, usiadł na podłodze obok kozetki. Twarz Elizabeth była spokojna, powieki lekko się nie domykały i sprawiała wrażenie, jakby budziła się ze snu. Ale wiedział, że już się nie obudzi. Ogarnęła go tęsknota za jej rękami, które tak bardzo kochał. Z przerażeniem stwierdził, że u prawej dłoni brakuje dwóch palców.

Starał się natychmiast o tym zapomnieć. Chciał pamiętać Elizabeth taką, jaka była naprawdę. Piękna, mądra, wyjątkowa pod każdym względem.

– Elizabeth – wyszeptał – co sobie myślałaś… czy pamiętałaś, jacy byliśmy szczęśliwi…

Wyszedł na korytarz z uczuciem, że wszystko dookoła się chwieje, podłoga, ściany.

– Moja żona ma uszkodzone palce – powiedział jakimś obcym, beznamiętnym głosem.

– To szczury, trujemy je, trujemy i nie możemy wy truć – odrzekł pielęgniarz. – Rodziny nieboszczyków mają potem pretensje.

Konsul wydawał się wstrząśnięty tą informacją.

– W szpitalu powinna być kostnica – powiedział z naganą w głosie.

– Nie w naszym, na wszystko brakuje kasy.

Było już ciemno, kiedy wreszcie pozbyli się towarzystwa tego człowieka i wyszli przed szpital. Konsul musiał załatwić jeszcze formalności związane z przetransportowaniem zwłok Elizabeth. Wyraził zgodę na to, aby zostały przewiezione do Lwowa. O miejscu, gdzie będzie pochowana, miała zadecydować jej matka.

Andrew pojechał do hotelu. Czekała tam już na niego Julia. Usiedli przy stoliku w pustawej sali restauracyjnej. Próbowała go namówić, aby coś zjadł, ale wiedział, że niczego nie przełknie. Mimo to skinęła na kelnera:

– Przynieś nam wódki – szybko zdecydowała.

Niemal zmusiła go, aby się z nią napił. Poczuł rozlewające się w żołądku gorąco. Zakręciło mu się w głowie.

– Pomyśl o córeczce, ma już tylko ciebie – powiedziała Julia.

W tym momencie uświadomił sobie, że zapomniał o swoim dziecku. Utrata Elizabeth wewnętrznie go zmiażdżyła, czuł się tak, jakby wymazano mu pamięć. Pozostał tylko obraz jej martwej twarzy.

– Nie wiem, czy będę umiał być ojcem – odpowiedział. – Bez Elizabeth wszystko traci sens.

– To minie – rzekła ciepło Julia – ból minie i odnajdziecie się z Oksanką, zobaczysz.

Kolejne dni przesuwały się niczym niemy film, jacyś ludzie przychodzili do jego mieszkania, coś do niego mówili, ale on ich nie słyszał. Siedział w fotelu wypatrzony w ścianę. Nie mył się, nie golił, nic nie jadł, wypalał tylko setki papierosów. W myślach rozmawiał z Elizabeth, robił jej wymówki, że go nie posłuchała, wybierając się w tę podróż. Za jednym zamachem zniszczyła siebie i jego. Nie był już właściwie zdolny do życia, nie był też zdolny do samobójstwa.

Ulgę przynosiły obrazy z przeszłości, twarz Elizabeth, tak pełna wyrazu, znikła pod nieruchomą maską, jaką zobaczył w podziemiach szpitala. Starał się wyrzucić ją ze świadomości, ale z uporem powracała, przywołując nową falę bólu.

Stracił rachubę czasu, nie odsłaniał okien, więc nie wiedział, jaka jest pora dnia, czy to już noc, czy jeszcze dzień. W salonie stale paliła się lampa.

Zdarzały mu się krótkie momenty snu, z których budził się przerażony, nie do końca pojmując, co się naprawdę stało. Ale już po chwili dopadała go świadomość. Elizabeth… jaką niezwykłą kobietę zdarzyło mu się pokochać. Ona nadała jego życiu zupełnie nowy sens. Dzięki niej powoli wkraczał w świat sztuki, prowadziła go za rękę jak nowicjusza. „Gdzie teraz jesteś?”, spytał, dzwoniąc do niej do Rzymu. „Na moście, z aniołami Berniniego”, odpowiedziała.

Czy gdyby się nie spotkali, to wszystko by się nie wydarzyło? I ona chodziłaby teraz ulicami Rzymu? Nie… to przecież nie chodziło o niego, to tamten mężczyzna, którego nie chciała pochować. Nie wierzyła w jego śmierć, chociaż wszystko za tym przemawiało. Dlaczego się tak upierała? Dlaczego nie potrafiła oderwać się od przeszłości? Przecież czekało ich wspólne życie, pełne miłości i oddania…

…wieczór przed