Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 76

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Dwie baśnie - Marian Gawalewicz

Tom zawiera dwa utwory Mariana Gawalewicza: „Synowie Laokoona (ze snów na jawie)” oraz „Jak się głupi Janek kochał... (wierutna bajka)”. „Synowie Laokoona” to nastrojowa impresja na temat sztuki starożytnej, której oddziaływanie pozostaje uderzająco silne mimo upływu wieków. W „Synach Laokoona” pewien poeta daje się zaczarować antycznym arcydziełom i porwać ich niezwykłym opowieściom. Marian Gawalewicz, związany ze Lwowem polski dramatopisarz, powieściopisarz i publicysta, debiutował we lwowskiej prasie jako nowelista i poeta w 1868 roku. Jest także autorem m.in. powieści obyczajowych: „Filistry”, „Mechesy”, „Szubrawcy” oraz zbioru legend „Królowa niebios”. Wiele lat współpracował z teatrami we Lwowie, Warszawie i Łodzi.

Obecne wydanie zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Dwie baśnie - Marian Gawalewicz

Fragment ebooka Dwie baśnie - Marian Gawalewicz

Marian Gawalewicz

Dwie baśnie

Warszawa 2012

SYNOWIE LAOKOONA

ZE SNÓW NA JAWIE

Skręcił w grabową aleję parku, która spływała wolno ku zacisznej kotlinie, otoczonej gąszczem krzewów; od ziemi podnosił się już zmrok, jak rosnąca powódź cieniów, w górze równe, czyste, złotoseledynowe niebo świeciło jeszcze gasnącymi blaskami zachodu, a na nim rysowały się ostro kontury starych drzew, z rozpaczliwie podniesionymi konarami, niby widma przerażone czymś jeszcze okropniejszym od nich.

Poczerniałe i zasępione cyprysy tuliły się do siebie w zbite gromady i zdawały się podejrzliwie zaglądać z cienia, który je coraz szczelniej okrywał.

Z trawnika spłowiałego już pod chłodnym jesiennym oddechem, strzelały w górę tuje, jak ciemne płomienie i wytryskały zielone fontanny palm, kładąc na powietrzu swe olbrzymie, wachlarzowate liście, niby potworne dłonie o wielu palcach, które drgały lekko, jak wysunięte ręce lunatyków.

U podnóża drzew i krzewów rdzawiły się smugi i plamy wśród schnących traw; tworzyły je kępy zwiędłych liści, którymi z suchym szelestem poruszał wieczorny wietrzyk, czając się przy samej ziemi.

Od czasu do czasu, to krwawe, to bursztynowe łzy spadały cicho i zwolna z pochylonych gałęzi; drzewa płakały pożółkłymi liśćmi nad swą jesienną dolą.

W powietrzu był chłód i wiała wilgoć wieczornej rosy.

Pustka i głusza zalegały ustronie; wszystko dokoła zdawało się pogrążać w ciężki sen, w rezygnację, w bezgraniczną apatię.

Smętek natury odbijał jeszcze bardziej od tego bladego uśmiechu nieba, które żegnało się z odchodzącym słońcem i jak kochanka przy rozstaniu zdawało się szeptać w rozkosznym rozmarzeniu:

– Do jutra!...

Na tle ciemnego gąszczu drzew i krzaków bieliły się posągi; stało ich pięć w półkolu, martwych, zimnych, nieruchomych, od wielu lat zostawionych tu w zapomnieniu i poniewierce.

Stary park opustoszał dawno i zdziczał.

Po zarosłych jego ścieżkach nie przechadzał się sią już nikt, oprócz niego jednego, marzyciela i poety, który od zgiełku miasta, od mrowiska ludzi, od nudnej, szarej powszedniości życia, uciekał w tę samotnię i szukał w niej ciszy, spokoju i równowagi.

Szukał i znalazł.

W tym zielonym labiryncie ścieżek i alei, w bluszczem i powojami zarosłych altanach, na omszałych, kamiennych ławkach, zaklęsłych w ziemię, na brzegu sadzawki, rzęsą pokrytej, toczył ten kłębek Ariadny, zwity z włókien swoich myśli i serca.

Kiedy się czuł sam na sam z Bogiem i naturą, było mu tak, jakby duszę skąpał w oceanie i spłukał z niej wszystko, co ziemskie, co małe, co brudne; cały kurz i całą pleśń życia otrząsał z siebie.

Szronem wieku pokryte skronie rozchmurzały się i błyszczały pogodą, wracała mu młodość promienna zapałem i wiarą w dawne ideały; zwisłe ramiona podnosił znowu, jakby chciał uścisk dać całemu światu i z braterskim pocałunkiem na ustach wracać do ludzi.

Melancholia jesieni stroiła mu duszę łagodną tęsknotą i kołysała do marzeń.

Wieczorną porą schodził co dzień na godzinę dumania przez długą aleję grabową w kotlinę, między blade posągi wśród mirtów i palm, siadał na ławce darniowej, splatał ręce na kolanie i przyglądał się bladym marmurowym postaciom, dopóki jak fantastyczne cienie nie rozpłynęły się zupełnie w mroku przed jego oczyma.

U wstępu w to uroczysko przystawał przed bosko piękną postacią Apollina Belwederskiego na granitowej podstawie, podnosił oczy ku chmurnemu Olimpijczykowi, i witał go, jak żywą osobę pozdrowieniem:

– Salve!...

Dumny bóg światła i pieśni nie raczył jednak nigdy spojrzeć na śmiertelnika; patrzał przed siebie wyzywająco i tryumfalnie, w wyciągniętej ręce trzymając głowę Meduzy, jak gdyby od tylu wieków nie istniało dlań nic, oprócz wrogów szturmujących do jego delfickiej świątyni.

Z gracją wytwornego patrycjusza, przerzucił chlamidę przez lewe ramię i czarodziejską głową w wężowym wianku raził nieprzyjaciół, powstrzymując ich śmiertelnym pociskiem jej oczu.

„Salve!” poety nie wzruszało go wcale, nie dochodziło nawet do jego boskich uszu, zakrytych pod kobiecymi, bujnymi kędziorami włosów.

Klasycznie piękny w tej bezczelnej nagości bogów olimpijskich, która podziwem broniła tłum od zgorszenia, stał zapatrzony w dal i obojętny na wszystko, co go otaczało.

Zdawało się nawet, że umyślnie odwracał głowę od tej najcudniejszej z kalek całego świata, a czarującej wdziękami swymi, boskością kształtów i oblicza – Wenus z Milo, która również na piedestale z granitu stałą w półkolu naprzeciw niego, lekko pochylona, jakby sięgnąć pragnęła po marmurowe ramiona, które jej wandalizm czasu utrącił przez zawiść, by zniszczyć nieśmiertelne arcydzieło geniuszu ludzkiego.

Pomiędzy tą parą skamieniałych bóstw starej Hellady, na druidycznym ołtarzu z głazów omszałych i sczerniałych od dawna, dźwigała się pod osłoną wierzb płaczących olbrzymia grupa Laokoona, tragedia w marmur zaklęta.

Boleści pełna i grozy, i rozpaczliwego wysiłku od wieków, i boskiej kary, i przemocy okrutnej, szarpała się z daremnym wytężeniem wszystkich muskułów ta Homerowa trójca ofiar, duszonych żywcem w splotach węży, poszczutych na nią przez mściwego Apollina.

Może i dlatego zwycięski bóg odwracał głowę w przeciwną stronę, aby nie patrzeć na odwieczną męczarnię swojego kapłana, który rodakom w oblężonej Troi odradzał wtoczenie zdradzieckiego konia z ukrytą w wnętrzu zasadzką; może nie miał więcej serca pastwić się widokiem ofiary, na którą nasłał węże z głębi morza, aby go schwyciły przy ołtarzu wraz z dwoma synami i zgniotły na śmierć w swych okrutnych uściskach.

– Cierpię! – zdawał się wołać wśród syku potwornych gadzin kamienny starzec, wygięty kurczowo, jakby mu każda kość z stawów wyskoczyć miała i każdy muskuł pęknąć od wysiłku. – Cierpię!... Zeusie, czy słyszysz?...

A krzyk ten od wieków kamieniał mu na otwartych ustach, wykrzywionych okropnym bólem i nie ulatał w niebo, ale głuchnął, jakby dla większej kary męczennika.

Z pomiędzy mirtów i palm wychylona, okaleczała bogini piękna i miłości, urocza Wenus Milońska bez ramion, spoglądała z wyrazem miłosierdzia i zadumy w stronę nieszczęsnego ojca z synami, szamoczącego się na darmo w uścisku dwóch gadów i przemawiała doń spojrzeniem czułej kobiecości:

– Wytrwaj jeszcze, nie bluźnij, ufaj w zmiłowanie bogów!...

Kilka kroków opodal padał z broczącą raną w piersi inny bohater, cichy, smutny, zrezygnowany, wpatrzony w piasek cyrkowej areny, umierający gladiator z pokorą niewolnika w obroży.

Pochylił głowę i upadł na ziemię, czekając już tylko łaskawej śmierci, która wyzwala ze wszelkiej niewoli.

Dzikie bluszcze i powoje oplotły podstawę, na której spoczywał i wspinały się, pełzając po kamieniu, jakby swymi listkami chciały zatamować mu krew, sączącą się z zranionej piersi.

On tylko brwi ściągnął, oczy przymknął, wargi skrzywił bolesnym skurczem i ostatnimi myślami wlókł się do dalekiej ojczyzny, której nigdy już ujrzeć nie miał.

– Nigdy więcej! – zdały się drgać mu na ustach wyrazy, jedne z najsmutniejszych i z najcięższych w języku ludzkim i wyglądał w tej nędzy i zgnębieniu, jak gdyby go powalił miecz, ale one przydeptały i przygniotły do ziemi ostatnią i beznadziejną boleścią.

Za konającym gladiatorem stał jeszcze jeden posąg, a raczej szczątek posągu, ale imponujący, jako wcielenie samej siły, bezwiednej, wielkiej, materialnej, uśpionej w olbrzymich mistrzowsko wyrzeźbionych mięśniach, w kościach wielkoluda, w barkach potężnych, zgiętych od pracy i dźwigania ciężarów, w rozmiarach klatki piersiowej, w całym owym wspaniałym tułowiu Herkulesa, jakby dla ironii wieków... pozbawionego kończyn i głowy.

Na podziw świata pozostał tylko kadłub, któremu pokolenie pigmejów przyglądać się dziś może bez lęku i grozy, przeciągać śmiało dłonią po zgiętym krzyżu i wspinając się na palcach, klepać gruby, zwierzęcy kark ubezwładnionego półboga.

Przed dziesięcioma jeszcze wiekami marmurowy Herkules wyglądał inaczej i nie wydawał się pewnie tak bezpiecznym, gdy miał żylaste ręce, oparte o maczugę, i nogi jak toczone kolumny, i kark nieuszkodzony, i głowę na karku.

Czas pokonał wszystko, zmógł i Herkulesa; z postaci ludzkiej zrobił fragment, symbol, alegorię, uplastycznioną przenośnię, przy której... „sunt lacrimae rerum”.

Kamienie także płaczą na swój sposób.

Tors Herkulesa nie ustępował w swym tragizmie ani konającemu Gladiatorowi, ani Wenus z Milo, ani Laokoonowi nawet; czyż to nie tragizm istotny: być Herkulesem bez rąk bez nóg, bez głowy?... mieć sklepioną pierś, jak pancerz kowany, a w tej piersi serce jeszcze bijące, a w tym sercu i dumę, i pragnienia, i porywy do czynu, i poczucie swej smutnej doli, i przeczucia przyszłości, i pamięć przeszłości, a siedzieć tak, jak kłoda, nieruchomo, bezczynnie, bezużytecznie, gdy mogłoby się być półbogiem, olbrzymem, a jest się tylko wspaniałym szczątkiem całego niegdyś posągu?...

W starym parku greckie antyki ustawione za świetniejszych czasów w półkolu, wyglądały teraz, jak widma Olimpu i Hellady, na wygnaniu. Pięć największych arcydzieł klasycznej rzeźby, którymi od wieków, od ich wydobycia spod ruin pogańskiego świata powtórnie na słońce Boże, zachwycały się całe pokolenia znawców, miłośników piękna i czcicieli twórczego geniuszu, pięć istnych pereł sztuki, wygrzebanych z rumowiska zwalonych świątyń, term, teatrów, i patrycjuszowskich willi, marniało w zarosłym chwastami i gąszczem zakątku magnackiej niegdyś fortuny.

I wobec tego, w marmur wkutego ducha innych epok, innych ludzi, innego świata, jedyna żywa dusza samotnika i poety, błądzącego jesienią po ścieżkach ogrodu, stawała ze czcią podziwem i zachwyceniem.

Rozmawiała w takich chwilach martwa przeszłość z żywą teraźniejszością.

Niekiedy, jak dziś właśnie, w tej głuchej ciszy wieczoru, w tych kontrastach cieni w dole i poblasku w górze, panował jakiś dziwny nastrój tajemniczości; białe posągi we wnękach ciemnej zieleni drzew i krzewów, wydawały się jakieś większe, bardziej majestatyczne, bardziej uroczyste.

Wiała z nich dziwna powaga i jakaś godność nieziemskich istot, podniosła czarem nieśmiertelnego piękna.

Poeta wolnym krokiem przechadzał się pod posągami w tym klasycznym półkolu i wodząc okiem po antykach, przypominał sobie galerie Kapitolu, Watykanu, sale Luwru, te skarbce sztuki, w których przed laty napawał oczy i duszę widokiem tych samych dzieł greckiego dłuta w oryginale.

Zmęczony przechadzką, usiadł na darniowej ławce, wzrok zawiesił na grupie Laokoona i dumał.

Spadały mu na serce wspomnienia dawnych lat, jak te złote, zeschłe listki z gałęzi drzew, cicho, zwolna, a nagle i niespodzianie, to z tej, to z owej strony.

Przypomniał sobie, jak młodzieńcem jeszcze będąc, wpatrywał się w tego samego Laokoona w Watykańskim Muzeum i czuł w nim jakiś niedociągnięty ton tragicznego patosu w tym ruchu siłacza, który prawą ręką, wzniesioną ponad głowę, odrywał z siebie grube cielsko węża, gniotące mu barki.

Wydawał mu się w tej pozie cyrkowego atlety nie dosyć wielkim bohaterem bólu i rozpaczy, cierpiał na tym fizycznym wysiłku ogólny efekt postaci, która miała wyrażać najwyższą męczarnię, nie tylko ciała, ale i ducha w beznadziejnej walce z przemocą.

W tym ruchu szamotanie się z olbrzymim gadem sprawiało wrażenie jedynie cielesnej walki; siła mierzyła się z siłą.

– To niepodobna – mówił sobie wówczas – aby ta trójca genialnych artystów, która tworzyła takie arcydzieło, mogła tak pobłądzić w pojęciu i wykonaniu głównej figury Laokoona i dać mu gest tak mało wyrazisty, tak pospolity.

Snuło mu się po głowie podejrzenie, że ci, którzy uszkodzoną grupę, po jej wygrzebaniu z ziemi uzupełniali, zepsuli pierwotny pomysł, okazali za mało domyślności i odczucia grozy w postaci nieszczęsnego ojca, wijącego się wraz z dwoma synami w wężowych uściskach; nie zrozumieli głównej intencji pierwszych twórców i obniżyli swą rzemieślniczą poprawką genialną pomysłowość artystów.