Dwanaście życzeń - Karolina Głogowska, Katarzyna Troszczyńska - ebook + audiobook
Opis

Dagna to młoda dziewczyna z małej miejscowości, której bardzo się wstydzi. Pracuje w telewizji i choć w swoim programie przekonuje widzów o magii rodzinnych świąt, sama nie ma zamiaru odwiedzać rodziców. Jej plany legną jednak zmianie, gdy szef przydzieli jej zadanie przygotowania reportażu o bożonarodzeniowym cudzie w... Kaczorach, rodzinnej wiosce Dagny. Tymczasem jej starsza siostra Andżelika czuje się przytłoczona prowadzeniem zakładu kosmetycznego i matkowaniem czwórce dzieci. Doprowadzona do ostateczności, wybucha tuż przed świętami, zarzucając mężowi zdradę i brak wsparcia.

Z kolei Pola miała spędzić święta jako szczęśliwa mężatka. Poznajemy ją zaś, gdy zapłakana siedzi na podłodze w sukni ślubnej i popija winem tabletki nasenne. Pewien zmęczony lekarz z pobliskiego szpitala nie będzie miał spokojnego wieczoru…

Bywa tak, że wszystkie problemy dnia codziennego kumulują się w okresie, który powinien być dla nas wytchnieniem. Powieść Dwanaście życzeń pokazuje, że nie ma w tym przypadku. Czy istnieje lepszy okres niż Boże Narodzenie, aby przewartościować swoje życie, odnaleźć miłość sprzed lat, odnowić więzi rodzinne i docenić to, co otrzymaliśmy?

Zanurzcie się w wyjątkowej atmosferze grudniowej nocy i poznajcie losy bohaterów, w których odnajdziecie echa własnych przeżyć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 269

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 24 min

Lektor: Aneta Todorczuk

Popularność


Karolina GłogowskaKatarzyna Troszczyńska

DWANAŚCIE ŻYCZEŃ

Copyright © by Karolina Głogowska, MMXVIII

Copyright © by Katarzyna Troszczyńska, MMXVIII

Wydanie I

Warszawa, MMXVIII

Część pierwsza. Niedziela, 23 grudnia

Dagna

„Niecała minuta do wejścia!” – głos jest stanowczy, ale Dagna ma wrażenie, jakby docierał z daleka, znad powierzchni wody. Poprawia słuchawkę i odchrząkuje. „Pięć, cztery, trzy, dwa, jeden!” – słyszy. Otwiera usta i zastyga. Czarne oko kamery wpatruje się w nią niewzruszenie, operator macha ręką, że może zaczynać.

Problem w tym, że nie może. Nie wie, co powiedzieć. Patrzy w obiektyw, ale wszystkie sensowne myśli nagle się rozbiegły. „Co jest?!” – Operator wychyla się zza kamery. Nie wie, co jest. Czuje tylko, że nie może wydobyć głosu. „Dagna Kreft, nazywasz się Dagna Kreft, jest niedziela, 23 grudnia, minęła siódma!” – krzyczy jej w ucho głos.

Kurde! Minęła siódma? Zrywa się, słysząc znajome, skoczne dźwięki, ale nie, to nie telewizyjny dżingiel zapowiadający jej program w telewizji, to budzik. Uff, to tylko sen, dopiero czwarta trzydzieści.

– Kto normalny wstaje o czwartej trzydzieści? W niedzielę? – Spod zwiniętej kołdry wydobywa się męski, zachrypnięty głos.

– Normalny to nikt. A z nienormalnych na przykład dziennikarze. – Dagna wzrusza ramionami, a jednocześnie usiłuje sobie przypomnieć, jak to się stało, że pod jej kołdrą znalazł się mężczyzna. Wczorajszy wieczór rozprysł się na kawałki, które próbuje teraz posklejać siłą niedobudzonego umysłu. Była kolacja przy świecach, okej. Była czerwona sukienka i szpilki, okej. Był deser czekoladowy i taniec w przedpokoju… No, ale bez przesady. Chwileczkę. Wróćmy do przedpokoju. On zdejmuje jej płaszcz i jednocześnie obraca ją pod ręką jak tancerkę w pozytywce, potem przyciąga do siebie i szepcze coś w ucho o rozgwieżdżonych oczach. Że niby jej. Okej. Ale przecież nie o jakiś tani komplement się wszystko rozbiło, musiało być coś jeszcze. Na przykład to, że od gwiazd przeszedł do promieniowania ciał niebieskich, reakcji termojądrowych i odpychania elektrostatycznego. Aha, wszystko jasne. Że też muszą ją tak kręcić fizycy. Kurde.

– Kurde? – Spod kołdry wychyla się teraz nos. Z bardzo seksownym garbkiem.

– Powiedziałam to na głos?

– Kto jeszcze używa tego słowa? Gdzie się go nauczyłaś?

Dagna odwraca się plecami do gadającego kopca pościeli. Nie zapala światła, nie jest już tak odważna, jak była najwyraźniej jeszcze wczoraj wieczorem, sądząc po majtkach zwisających z lampy i staniku rozpostartym na komodzie niczym muzealny eksponat.

– W Kacz... To znaczy nieważne – mówi Dagna i nie unosząc pośladków z łóżka, by nie odsłaniać za dużo golizny, sięga dużym palcem u nogi po leżący na podłodze sweter. Lekcje baletu, na które tata woził ją dwadzieścia lat temu, wreszcie się na coś przydały. Opatula się swetrem szczelnie i nie patrząc za siebie, ucieka do łazienki.

Nie jest dobrym pomysłem zdradzanie mężczyźnie ciekawostek na temat miejsca swojego pochodzenia tuż po upojnej nocy. I w każdej innej sytuacji również. Nawet jeśli ten facet i tak jest już skreślony, bo poszła z nim do łóżka na pierwszej randce. Już nawet nie chodzi o to, co powiedziałaby jej matka, ale autorka poradnika Jak zdobyć męża w 12 miesięcy na pewno kazałaby ją wychłostać. Dobrze, że przynajmniej zdążyła kopnąć książkę pod łóżko, zanim na nie tak ochoczo padła.

– Już wróciłaś? – mruczy wciąż półprzytomny cherubin z jej łóżka, gdy Dagna wychodzi z łazienki. – To dobrze, tęskniłem. Obawiam się, że nie będę w stanie żyć bez ciebie po tym, co robiłaś dzisiejszej nocy...

– Tak? A co robiłam? – pyta Dagna i zastanawia się, czy była tak zamroczona, że puściły jej wszystkie hamulce.

– Chrapałaś i wykrzykiwałaś przez sen imię innego.

– Aha. Posłuchaj, muszę lecieć do pracy – rzuca do niedoszłego męża.

Dla zmylenia przeciwnika włożyła golf i grube czarne rajstopy, choć podejrzewa, że to i tak już nic nie da. Nic już nie da nawet zrobienie mu teraz śniadania złożonego z jaj po benedyktyńsku z sosem hollandaise i naleśników Suzette na płonącej patelni.

– Nie zrobisz mi nawet śniadania?

No proszę, znają się jeden dzień, a już czyta jej w myślach.

– Może to i lepiej... – mruczy, wygrzebując się z pościeli. Taki zaspany wygląda jeszcze bardziej rozbrajająco niż wczoraj wieczorem. Siedzi z półprzymkniętymi oczami i mierzwi i tak potargane blond włosy opadające na twarz.

– Lepiej?

– No tak. Gdybyś zrobiła naleśniki z sosem pomarańczowym i bitą śmietaną, pomyślałbym, że jesteś zdesperowana.

– Aha. – Dagna nie wie, czy on żartuje, czy nie. – Nie umiem gotować – dodaje na wszelki wypadek.

– Nie szkodzi. Ja będę gotował, ty będziesz zmywać. I wynosić śmieci. Mogę chociaż wziąć prysznic?

– Posłuchaj. Nie chcę być niemiła, ale się spieszę. Musisz już iść.

Wie, że stojąc nad nim w grubym płaszczu i pobrzękując mu nad uchem pękiem kluczy, nie zachowuje się jak Miss Gościnności, ale kurde, ten wieczór nie miał przeciągnąć się do rana.

„Najlepszy na świecie barszcz, jedyne w swoim rodzaju pierogi, niepowtarzalny kompot z suszu, a przede wszystkim uśmiech dawno niewidzianych bliskich. Nie ma jak święta w domu rodzinnym. I choć dla niektórych jest on bardzo, bardzo daleko, to zawsze warto do niego wracać. A wy, dokąd wracacie na święta? Czekamy na wasze telefony. Witają was Dagna Kreft i Mario Szwedes, jest niedziela, 23 grudnia, minęła siódma” – Dagna stoi sama w studiu telewizyjnym i powtarza wykuty na blachę tekst, który przygotowała sobie wcześniej. Robi to przed każdym programem, odkąd pięć lat temu stanęła po raz pierwszy przed kamerami i zapomniała, jak się nazywa. Później jakoś pójdzie, ale powitanie zawsze ją paraliżuje.

– No, no, gdybym cię nie znała, to może bym ci uwierzyła. Najlepsze pierogi, niepowtarzalny barszcz... – Z realizatorki wychyla się Rita, wydawczyni programu, i składając buzię w ciup, przedrzeźnia Dagnę cienkim głosikiem. – A ty, kiedy byłaś ostatnio w domu?

Dagna wzrusza ramionami. Rok temu, może półtora. Dobrze wie, że Ricie chodzi o jej dom rodzinny, a nie te dwadzieścia pięć metrów prowizorki na Mokotowie za zdziercze dwa i pół tysiąca złotych. Tam czeka dziś na nią tylko zwiędła rukola w lodówce.

– Kurde, Rita, nie mam czasu jeździć do domu. Kto weźmie te święta i weekendy, jak mnie zabraknie?

– Pracuj, pracuj, aż ci uschną jajniki.

– Zgiń, potworze – odparowuje Dagna.

Przywykła już do tego, że łączy je szorstka przyjaźń, choć czasem się zastanawia, czy istnieje ktoś, z kim Rita nie ma szorstkich relacji. Jest po pięćdziesiątce, osiągnęła więc wiek, w którym kobieta staje się albo niewidzialna, albo niepotrzebna, ale Rity to nie dotyczy. Kiedyś takie jak ona strzelały sobie baranka na głowie, znikały w za dużych garsonkach, smażyły konfitury i oddawały się innym bezpiecznym czynnościom przeznaczonym dla starych panien. Ale Rita żyje dziś i nie jest starą panną, tylko wyzwoloną singielką wyglądającą na dziesięć lat mniej, jeżdżącą do pracy motocyklem i fundującą sobie labioplastykę. Dagna aż zakrztusiła się kawą, gdy wygooglowała sobie, co to w ogóle jest. Dopiero wtedy zrozumiała SMS-a od Rity, która nie przyszła tego dnia do pracy: „Mam jaskrę analną. Nie widzę możliwości wysiedzenia dziś na tyłku”.

– Pewnie już jej uschły te jajniki. – Do studia wchodzi Mario, jak zwykle w idealnym momencie rozmowy, czyli takim, do którego można podczepić seksualny podtekst. – Przecież to stara dupa jest.

Jego ostatnia dziewczyna, o ile można tak nazwać kogoś, kto ma dla Maria najwyżej miesięczny termin przydatności, miała nie więcej niż dwadzieścia lat, i to granica, której czterdziestoczteroletni Mario trzyma się kurczowo jak eliksiru młodości. Jakby pójście do łóżka z kimś starszym miało sprawić, że wraz z nastaniem poranka botoks i kwas hialuronowy, utrzymujące jego twarz w nieokreślonym wieku, rozpuszczą się, ujawniając, że król telewizji się sypie. Restrykcyjne kryteria w doborze partnerek nie przeszkadzają mu rzucać obleśnymi żartami w stronę każdej kobiety, która pojawi się w zasięgu jego psującego się wzroku.

Dagna potulnie spuszcza oczy. Za mało tu jeszcze znaczy, by zadrzeć z takim wyjadaczem jak Mario. Co prawda pracują tylko w raczkującej stacji telewizyjnej, ale tym bardziej to Mario jest tu wielką gwiazdą. Przyjął angaż, kiedy z hukiem wyleciał z ogólnopolskiej stacji za wysyłanie producentce zdjęć nagiego przyrodzenia. „Czy to wysypka?” – odpisała.

Rita też już szykuje jakąś ciętą ripostę, ale realizator krzyczy do niej, że do czołówki zostało półtorej minuty, więc tylko macha ręką i zamyka za sobą drzwi. Po chwili Dagna słyszy ze słuchawki jej zdecydowany głos odliczający od dziesięciu do zera. „…a w dzisiejszym programie spotkamy się ze znaną wam dobrze blogerką Anią Naturalną, która opowie nam, jak sprzątnąć dom przed świętami bez użycia chemii” – mówi Mario, gdy Dagna kończy witać widzów. „Restaurator Rafał Rafaello Czyż zdradzi swoje sekrety na delikatne ciasto na pierogi…” – dorzuca Dagna. „Dowiecie się także, jak adoptować sarnę, łabędzia lub... kunę. To nie żart, właśnie takimi chorymi lub osieroconymi dzikimi zwierzętami opiekują się wolontariusze z Ośrodka Rehabilitacji Zwierząt pod Warszawą”.

– Dzwoni widz, zapytaj go, gdzie spędza święta. – Dagna słyszy w słuchawce głos Rity.

–  Tu Adrian, dzień dobry. Dzwonię z krajowej siódemki.

– Łączymy się w bólu – zaśmiewa się Mario. – Nie trafiłeś na autostradę? Jak tam roboty drogowe na siódemeczce?

– Powolutku, ale w przyjemnej atmosferze. Jadę do domu na święta, do Rabki.

– Rabki-Zdrój? Oj, to zazdrościmy ci górskiej scenerii – podchwytuje Dagna, zanim Mario znów zdąży otworzyć usta. – Ale skoro dzwonisz do nas z trasy, to mam nadzieję, że przynajmniej używasz zestawu głośnomówiącego?

– Nie. Żona prowadzi. Ja tu sobie dla kurażu popijam wiśnióweczkę. Bo zaraz karpia muszę zabić.

– To życzymy ci, Adrianie, żebyś wyszedł z tego pojedynku cało – rzuca Mario.

– Dziękuję. Aha! Uważajcie na wysokości Pcimia. Stoją misiaki.

W przerwie na serwis informacyjny Dagna dopija zimną kawę. Ma pięć minut, mnóstwo czasu. Na myśl o przyjemnej przyczynie niewyspania uśmiecha się, co nie uchodzi uwagi Rity.

– Jak twoja wczorajsza randka? Będzie coś z tego? – zagaduje ją przez interkom.

– Nie chcę o tym rozmawiać.

Dagna odruchowo sięga po telefon. Tomek, ma na imię Tomek. Takie ładne, zwykłe imię, którego dziś już nikt nie nadaje. Był aktywny na Tinderze godzinę temu, ale nic do niej nie napisał. „Seks na pierwszej randce to niewybaczalny błąd” – grzmiała autorka poradnika dla kobiet, chcących wyjść za mąż, który Dagna wykuła na pamięć. „Możesz wierzyć w bzdury o wyzwoleniu kobiet, ale biologii nie oszukasz. On musi się namęczyć, żeby cię zdobyć, inaczej zapomni o tobie w pół dnia”. Chyba raczej w godzinę. Żadnej wiadomości, za to pięć nieodebranych połączeń od starszej siostry. I trzy nagrania w skrzynce. Nie musi ich odsłuchiwać. Wie, co zawierają: pretensje, gorzkie żale i na pewno coś o wyrodnej córce. Dagna wzdryga się i odkłada telefon.

– Pamiętasz o naszym zakładzie? – Rita nie daje za wygraną. Nie powinna mówić o tym przez interkom. Chwila nieuwagi, zły przycisk i wszystko pójdzie na wizję. Ale ona uwielbiała emocje i igranie z ogniem.

–  Jakim zakładzie? Co ty gadasz?

– Pół roku temu, jak sobie instalowałaś Tindera, zarzekałaś się, że Boże Narodzenie na pewno spędzisz już z kimś wyjątkowym. Ooo... Widzę po twojej minie, że chyba nic z tego. No nic, pamiętaj, że wolę czerwone, wytrawne, najchętniej syrah albo pinot noir.

– Nie rób sobie za dużego smaka. Mam dzisiaj jeszcze trzy randki.

– Trzy? Ty jesteś naprawdę zaburzona.

– Po prostu mam napięty grafik.

Dziesięć, dziewięć, osiem, siedem…

– Dzień dobry, skąd dzwonisz i jak masz na imię? – Dagna z uśmiechem wita kolejnego widza.

– No dzień dobry, córuś, dzień dobry. Jestem Krysia, to znaczy mama. Nie odbierasz, więc dzwonię do ciebie, żeby cię zapytać, czy przyjedziesz na święta?

Nie, kurde, nie! To się nie dzieje naprawdę! Dagnę najpierw zalewa fala gorąca, a zaraz potem czuje, jakby ktoś wysypał na nią wiadro kostek lodu. Pomyślałaby, że to żart, ale w słuchawce słyszy głos swojej najprawdziwszej rodzonej matki, z którą nie rozmawiała od Zaduszek, wymigując się dyżurami i zmęczeniem. „Nie zdejmujemy jej, Mario, wybrnij z tego” – głos Rity jest niewzruszony, choć Dagna gotowa jest się założyć, że ten wredny babsztyl chichra się teraz dziko za drzwiami realizatorki. Mario bawi się najwyraźniej jeszcze lepiej, bo szybko przechwytuje rozmowę.

–  Pani Krystyno, witamy! Córeczka, jak słyszę, źle się w tym roku sprawowała, więc chyba dostanie rózgę.

Dagna pracuje w telewizji pięć lat. To nie tak dużo, ale wystarczy, by wiedzieć, jak zachować zimną krew w zaskakującej sytuacji. A gruba warstwa podkładu świetnie ukrywa czerwony rumieniec.

– Mamuś! Dzień dobry! Dziękuję, że postanowiłaś życzyć mi wesołych świąt w ten jakże nietypowy sposób!

– I jest też ze mną tatuś! – krzyczy mama Dagny. – Tatuś, chodź tu na chwilę, Dagusię mam na linii.

– Córuś, zostaw tę robotę, wsiadaj w pociąg i zajeżdżaj! – woła wesoło Roman Kreft. – Czekamy wszyscy na ciebie. Matka nawet Agatce łeb ukręciła, będzie pieczona na wtorek. A! Nie uwierzysz, co się stało w twoim pokoju...

Dagna niemal czuje, jak skwierczy ze wstydu.

– Niezła imprezka z tego, co słyszę – ironizuje Mario. – A właściwie, skąd państwo do nas dzwonią?

– Mamo, tato, dziękuję. Na pewno niebawem się zobaczymy – Dagna zagłusza Maria i nie daje ojcu dojść do kolejnego kompromitującego słowa. Dlaczego. Oni. Jej. To. Robią. – Kto jeszcze ma takich wyjątkowych rodziców? Dzwońcie do nas i pochwalcie się, gdzie spędzacie w tym roku święta. A już za chwilę wolontariusze z Ośrodka Rehabilitacji Zwierząt opowiedzą nam, jak adoptować osieroconą sarnę, łabędzia ze złamanym skrzydłem albo uratowanego z fermy lisa. Zostańcie z nami.

Po skończonym programie Dagna osuwa się na studyjną kanapę i kładzie głowę na oparciu. Czuje się jak sflaczały, pomarszczony balonik, z którego uleciało powietrze. Ktoś głaszcze ją po włosach. Dopiero po chwili orientuje się, że to Rita w przypływie litości przyszła ją pocieszyć. Może jednak nie ma przerębla zamiast serca.

– Powiedz mi, kochanie, tylko jedną rzecz – głos Rity jest smutny i kojący. – Kim, do cholery, jest Agatka?

– Nie pytaj – sapie Dagna, zwijając się w kłębek. – Po prostu, kurde, nie pytaj.

Siedzą w kawiarence na Nowym Świecie. Dagna była tu ostatnio miesiąc temu i właśnie zdała sobie sprawę, że prawie na wszystkie randki z Tindera umawia się w tym samym miejscu. „To powoli zaczyna przypominać rekrutację” – myśli.

– Wiesz, czego najbardziej obawiają się kobiety, idąc na randkę z kimś poznanym w sieci? Że facet okaże się psychopatą.

Dziś wnętrze knajpki wygląda, jakby wszystkie świąteczne elfy zwymiotowały do środka kolorowymi girlandami, łańcuchami i bombkami. Ile fabryka Świętego Mikołaja dała. Dagna rozgląda się z niesmakiem, a jednocześnie po raz siódmy w ciągu ostatnich pięciu minut usiłuje przerwać niezręczne milczenie, bo siedzący w fotelu naprzeciwko niej brunet, którego znała do tej pory pod ksywką „HappyJan”, wygląda, jakby miał się zaraz w niego zapaść. Nie widziała nikogo tak zestresowanego od czasu, gdy operator chwycił Mario Szwedesa z gorszego profilu.

–  A wiesz, czego najbardziej boją się faceci? – ciągnie.

Wtopiony w pluszowy, zielony fotel HappyJan chyba nie wie, bo nadal tylko wpatruje się w nią przerażony.

– Że kobieta okaże się gruba.

Po raz kolejny zapada cisza gęsta jak czekolada, którą oboje mieszają w kubkach z braku lepszego zajęcia. „O co chodzi?” – myśli Dagna. Przecież ten facet był w sieci królem dowcipu i elokwencji. Tylko dlatego się z nim umówiła.

– Fajne masz zdjęcia na profilu. Na przykład te ze spadochronem. – Dagna obiecuje sobie, że to ostatnia próba i jeśli się nie powiedzie, wykona umówiony telefon do Rity. Obie szukają miłości w sieci, obmyśliły więc system, który ratuje je, gdy randka jest wyjątkowo nieudana. Ofiara wychodzi do łazienki i puszcza koleżance sygnał. Wybawicielka odczekuje kilka minut i oddzwania, gdy ofiara siedzi już z powrotem przy stoliku ze swoim oprawcą. „Poważnie? Co się stało? O nie! Już do ciebie jadę!” – krzyczy w słuchawkę przejęta ofiara, teraz już uratowana, grzecznie tłumaczy randkowiczowi, że to nagły przypadek i musi lecieć, było miło, pa. Ale dajmy temu mrukowi jeszcze jedną szansę.

– Skaczesz ze spadochronem?

– Tak, spadochrony to moja pasja.

„Alleluja! – myśli Dagna. – Udało się!”.

– To znaczy raz skakałem. No… miałem zamiar. Właściwie to na tym zdjęciu jest kolega. Chciałem zrobić kurs, żeby skakać samodzielnie, ale nie mam czasu. Więc skaczę tylko na boki. Ha, ha.

– To znaczy?

– No wiesz... Chyba powinienem ci powiedzieć, że mam żonę. Trochę się boję, że ktoś znajomy nas tu zobaczy. – HappyJan nerwowo rozgląda się wokół.

– Aha. Przepraszam, ale muszę do łazienki – Dagna wstaje i jeszcze zanim zdąży dotrzeć do drzwi z obrazkiem siedzącej na nocniczku dziewczynki, wybiera numer Rity.

Kolejny facet to Pan Dorian. „Skąd oni biorą te idiotyczne nicki?”. Powinien przyjść za dziesięć minut, więc Dagna ma czas, żeby wreszcie oddzwonić do siostry. Myśl o tej rozmowie wywołuje u niej taki sam odruch wymiotny jak wystrój kafejki, ale trudno, przynajmniej odfajkuje to zadanie i nie będzie musiała rozmawiać z rodzicami.

– Nie, nie, nie, nie przyjadę do domu na święta – zaczyna, uprzedzając falę wyrzutów.

– Dagna, oni nie będą żyć wiecznie.

– Kobieto, oni mają po sześćdziesiąt lat! Sześćdziesięciolatkowie przeżywają teraz drugą młodość.

– Może w Warszawie.

– Nie mam na to siły, poważnie.

– Nie masz siły? Ty nie masz siły? Siedzisz tam sobie w tym ciepełku, a ja tu ręce po łokcie urabiam! Nie dość, że własne dzieci, to jeszcze rodziców mi przyszło niańczyć na stare lata! Sprzątam, gotuję, piorę, a oni i tak, jak tylko zobaczą cię w tym głupim telepudle, to mało się nie obesrają ze szczęścia! Mogłabyś choć raz w roku przyjechać i pomóc. Wesoła singielka...

– No i właśnie w tym problem. Jak tylko przyjeżdżam, oni tylko w kółko o tym, kiedy ślub, kiedy dzieci, kiedy ślub, kiedy dzieci. Mówię, że nie znoszę dzieci, to nie dociera! – Dagna wykrzywia twarz, naśladując głos swojej matki. – Zobaczysz, jakie są słodkie, jak urodzisz, to pokochasz, tiu, tiu, tiu. Przecież to chore wciskać komuś dziecko na siłę! Czy ja chodzę po ludziach i namawiam ich na przykład na posiadanie legwana, bo robi takie słodkie minki?

Już chce wylać na siostrę resztę swoich żali, powiedzieć jej, że to przez nich wyjechała tak daleko, przez tę opresyjną, duszącą, niedającą oddychać rodzinkę; że im bardziej naciskają, tym dalej i na dłużej ona pragnie uciec, ale w progu staje właśnie jeszcze piękniejszy niż na tinderowym zdjęciu Pan Dorian. „Zabierz mnie stąd” – błaga go wzrokiem Dagna, ale na głos rzuca tylko siostrze: „Sorry, muszę kończyć”. Odkłada telefon do torebki i pozwala pocałować swoją dłoń, którą on unosi do ust, nie przestając wpatrywać się w jej oczy.

– Spacer? – Pan Dorian niby pyta, ale bardziej jednak decyduje.

– A czy… hm. – Głos Dagny trochę drży, dawno nie była tak speszona męską urodą. – Czy nie jest trochę za zimno?

– Nie! Jest magicznie!

I nie czekając na jej zgodę, szerokim gestem otwiera przed nią drzwi. Kiedy wychodzą, Dagna szybko stwierdza, że Pan Dorian oprócz tego, że dziko przystojny i nieco władczy, jest również najwyraźniej sporym optymistą, bo na zewnątrz nic a nic nie wygląda magicznie. Rozciapciana śnieżna breja chlapie im na płaszcze, a w twarz milionem ostrych szpileczek zacina lodowaty deszcz.

– Może jednak gdzieś wejdziemy? Trochę pada.

– Jesteś dziennikarką? – Pan Dorian nie zwraca uwagi na jej pytanie. – Powinienem cię znać? Nie kojarzę. Znałem jedną dziennikarkę. Z telewizji. Strasznie sapała. Zazwyczaj wolę chudsze. Jestem właścicielem agencji modelek. Znasz Laurę Dercz? Była ostatnio w „Vogue’u”. To ja ją, że tak powiem, ha, ha, odkryłem. Ty jesteś trochę obfita. Ale to nic. Do zniwelowania. Polecę ci świetnego trenera. I dietetyka. Prawdziwy mistrz. Poznałem go na warsztatach w Indonezji. Mieszkałem tam trzy miesiące. Pojechałem się zresetować. Przez tydzień nocowałem w dżungli. Ale dosyć o mnie. Mam w tej kamienicy garsonierę. Idziemy się bzykać czy będziemy tak stać na deszczu i gadać? Za pół godziny muszę być na sesji zdjęciowej.

„Co za, kurde, koszmar!”. Pięć minut później Dagna siedzi w obrzyganej świątecznymi ozdobami kafejce i rozgrzewa się kawą z kardamonem. Przynajmniej jest ciepło. Chwilę zastanawia się, czy nie odwołać ostatniej randki. Bawi się w Tindera od roku, widziała już różnych cudaków, ale dzisiejsze występy mocno ją zmęczyły. Rita ma rację – musi być zaburzona, skoro umawia się na trzy spotkania jednego dnia, ale tak strasznie dobija ją wizja kolejnego samotnego sylwestra. I tak strasznie chciałaby móc powiedzieć rodzicom, że spędza święta z kimś innym.

– Dagna? – Mężczyzna, który staje nad nią w eleganckim płaszczu, ma przyjemny, niski głos i szeroki uśmiech. – To ja, Marcin.

Marcin. Po prostu Marcin. Żaden „Happy” czy inny „Pan”. Siada obok niej, zamawia podwójne espresso i zamienia to koszmarne przedpołudnie w zachwycający wieczór. Pyta ją o pracę, gratuluje determinacji, podziwia odwagę, opowiada o książkach, które czyta przed snem. Nawet kiczowate girlandy gdzieś znikają, a choinkowe lampki przytwierdzone do każdego możliwego mebla nagle tworzą taki nastrój, że Dagna nie chce stąd nigdy wychodzić. I właśnie wtedy, gdy zamawia drugą kawę i kawałek tego przepysznie wyglądającego czekoladowego ciasta, Marcin wychodzi na chwilę do toalety, a gdy wraca, rozdzwania się jego telefon.

– Naprawdę? Co się stało? O nie! Zaraz będę! – Marcin rozłącza się i spogląda na nią ze smutną miną. – Strasznie cię przepraszam, ale kolega miał wypadek. Nic poważnego, ale muszę jechać do niego do szpitala. To do napisania. Miło było. Pa.

Dagna otwiera drzwi i bucha w nią kwaśny zapach niewywietrzonej nocy. O tej porze roku rzadko otwiera okna, bo mieszkanie jest zimne i powoli się nagrzewa. Dziś rano nie odsłoniła nawet rolet w oknach, ale w sumie po co, skoro o piętnastej znowu jest ciemno. Zsuwa ciasne kozaki, sztywny żakiet i kładzie się na pomiętej pościeli. Poduszka jeszcze pachnie męskim, cedrowym szamponem. Dagna przykłada do niej policzek i dziesiąty raz w ciągu ostatnich dwudziestu minut odblokowuje ekran telefonu. Nic nie napisał. Z listy par usuwa od razu HappyJana i Pana Doriana, Marcina zostawia z ciekawości, choć jest pewna, że on też więcej się nie odezwie. Ciekawe, czym go odstraszyła i jak to możliwe, że nie poczuł chemii, która dla niej była oczywista?

Przed oczami staje jej matka. Ma na sobie granatową podomkę w kwiatki, jedną z pięciu takich samych, które kupiła kiedyś na zapas w GS-ie. Wymachuje ściereczką, prawdopodobnie przytwierdzoną do jej dłoni na stałe, jak torebka do mamy Muminka, i pyta, czy Dagna ma w końcu zamiar znaleźć sobie chłopaka. „Nawet nie wiesz, jak ciężko bywa bez mężczyzny” – załamuje się nad nią ręce Krystyna Kreft, ale Dagna przecież wie. Tylko że z tymi, których spotkała, było jeszcze gorzej.

Na przykład Paweł. Prawnik, który nie mógł zapomnieć o swojej pierwszej miłości. Ola to, Ola tamto, Ola sramto. „Ola uwielbiała kawę z cynamonem, ty nie lubisz?” – pytał Dagnę, przynosząc jej filiżankę. Ola nie nie lubiła wstawać rano i oglądać telewizji. Kochała za to jogging, Almodóvara i piekła najlepszy sernik, jaki jadł w życiu. Po miesiącu Dagna była w stanie napisać jej biografię. I pewnie byłaby to jedyna wykonana przez nią rzecz, która spodobałaby się Pawłowi. To on zerwał z Dagną, a właściwie nawet nie zerwał. Po prostu przestał dzwonić.

Albo Stefan. Nie cierpiała tego imienia. Kojarzyło jej się z wujkiem Stefanem, przed którym razem z siostrą i kuzynkami uciekała na każdym weselu, a on je gonił, kazał całować się w usta, opowiadał zbereźne dowcipy, a jak już sobie popił, łapał je za rosnący biust. „To chyba jakieś pryszcze, a nie piersi, aha, ha, ha, ha, ha”. Marzyła, żeby udławił się ogórkiem, którym zwykł zagryzać wódkę. Za to Stefan, producent poznany w pracy, wstydził się przy niej rozebrać. Zasłaniał się kołdrą i gasił światło, gdy się kochali. To znaczy uprawiali seks. Spółkowali. W sumie nie wiedziała, jak nazwać tę czynność, której oddawali się czasem, i po co właściwie to robili. Scenariusz był zawsze taki sam. On przychodził z winem, zjadali kolację i kładli się w jej łóżku. Najpierw całował ją w usta, później w szyję, potem ugniatał jej piersi i szczypał sutki. Nie miała pojęcia, jak wpadł na pomysł, że szczypanie tak wrażliwego miejsca może być przyjemne, pewnie podejrzał to u jakiejś pornogwiazdy, ale ona była przecież normalną kobietą, której nie płacono za udawanie rozkoszy. Grymas bólu na jej twarzy odbierał najwyraźniej jako gotowość do głównego aktu. Po kilkunastu ruchach było po wszystkim. Zachowywał się wtedy, jakby był zawstydzony tym, co się przed chwilą odbyło. Jakby takie zachowanie było koniecznością, smutnym, uciążliwym i krępującym obowiązkiem ludzkości. „Wiem, że to przykre, ale tak trzeba. Wszyscy to robią” – zdawały się mówić jego smutne oczy, gdy ubierał się w pośpiechu, unikając jej spojrzenia i rozmowy. „Nie zostaniesz?” – spytała ze dwa razy. „Muszę jeszcze popracować” – odpowiadał. „Może wyskoczymy gdzieś w weekend? Moja koleżanka ma wolny domek na wsi” – próbowała proponować jakieś inne formy rozwoju tej znajomości, ale zawsze słyszała, że jest zawalony robotą, że pilny projekt, zaległości, wymagający szef. Któregoś dnia zaprosił ją do kina, a kiedy film się skończył i wyszli, powiedział, że więcej się nie spotkają. „Poznałem kogoś” – rzucił informacyjnie. Dwa miesiące później dostała służbowego maila, w którym zapraszał wszystkich pracowników firmy na ślub. Może przyszła oblubienica miała sutki z gumy.

Ale i tak najgorszy był Robert. Kiedy nocowała u niego pierwszy raz, zjawił się w pokoju w piżamie i czerwonej chustce zawiązanej na szyi. Najpierw pomyślała, że to jakiś fetysz, tak zboczony, że nawet o nim nie słyszała, ale Robert usiadł obok niej i zdradził pewien sekret. Otóż od dziecka zasypiał w chustce. Tak się przyzwyczaił i inaczej nie zaśnie. Kiedy był mały, mama mu powiedziała, że w nocy może przyjść do niego kot i przegryźć mu ruszającą się grdykę. Robert, rosły chłop, lat 36, 185 centymetrów wzrostu i 86 kilogramów żywej wagi, nie miał kota, ale to najwyraźniej nie chroniło jego grdyki w dorosłym życiu.

Gdyby Krystyna Kreft wiedziała, co przechodzi jej córka, żeby tylko znaleźć męża. Gdyby wiedziała, że Dagna nie szuka go po to, by urodzić mu trójkę dzieci i osiedlić się z nimi w rodzinnych stronach, tak by wszyscy mogli stworzyć wielką, nieszczęśliwą rodzinę, widującą się zdecydowanie za często. Gdyby wiedziała, że Dagna tak bardzo chce wyjść za mąż, by móc wreszcie zmienić to nazwisko, którego się wstydzi, i wyjść z rodziny, która jej ciąży, może nie wywierałaby na niej takiej presji.

„Trzeba tu trochę ogarnąć” – myśli Dagna rozglądając się po pokoju. Pozmywać ten stos naczyń w zlewie, a może nawet odkurzyć i zawiesić lampki na fikusie, który jak co roku robi za choinkę. Łóżka ścielić nie będzie, nie ma sensu, jutro wieczorem włoży piżamę i zrobi sobie maraton filmowy. Z niechęcią spogląda na ekran telefonu, na którym wyświetla się wyszczerzona w złośliwym uśmiechu twarz Rity. Czego ona chce o tej porze?

– Mam nadzieję, że już skończyłaś casting na męża, bo zaraz jedziesz na reportaż – mówi Rita.

– Co? Ale kojarzysz, że ja nie jestem już reporterką, tylko prezenterką?

To nie do końca prawda. Z braku pieniędzy na zasoby ludzkie Dagna była dwojgiem, a czasem trojgiem w jednym.

– Tak, tak, wiem, moja gwiazdo telewizji, ale nie poproszę przecież Maria, żeby się tłukł przez pół Polski. Ty i tak nie masz planów na święta.

– Co masz na myśli, mówiąc pół Polski? O czym ten reportaż?

– Jeszcze nie widziałaś? Matka Boska ukazała się na szybie.

Rita mówi to z takim zadowoleniem, jakby właśnie informowała Dagnę, że ufundowała jej urlop all inclusive w hotelu na Malediwach.

– Chyba sobie ze mnie kpisz.

– Może trochę. Ale niestety to prawda. Kiedy ty przesłuchiwałaś kandydatów na męża, wszystkie portale zdążyły już pokazać foty. Sama sobie zobacz.

Rita nie musi jej tego mówić. Dagna zdążyła już odpalić laptopa, wpisać adres pierwszego lepszego serwisu informacyjnego i wlepić oczy w zdjęcie przedstawiające tęczowe linie, o których przy odrobinie dobrej woli można powiedzieć, że układają się w postać kobiety w długim welonie. „Cud w Kaczorach” – krzyczały nagłówki artykułów.

– O kurde... – szepcze Dagna.

– Sama widzisz. Musimy mieć z tego materiał. Najlepiej na żywo.

– O kurde... – powtarza, ale to nie kolorowe maziaje o ludzkim obliczu sprawiają, że jeżą jej się włoski na karku i przedramionach.

Przeklikuje galerię zdjęć w artykule, żeby się upewnić. To nie może być przypadek. Ile jest w Polsce takich okien, z brązowymi plastikowymi framugami udającymi drewno; ze złotymi szprosami udającymi przepych; z kamiennym barankiem wokół wnęki udającym emanację dobrego gustu? Pewnie miliony. Ale tylko w jednym z nich wisi taki witraż, zrobiony z kolorowej bibuły małymi ośmioletnimi rączkami, które z mozołem wycinały najpierw zielone drzewko, a później naklejały na nie czerwone, papierowe jabłka, równiutko i ostrożnie, żeby spod spodu nie wystawały ciemne plamy kleju. Taki witraż wisi tylko w oknie jej dawnego pokoju. Tego samego, którego drzwi z ulgą i podnieceniem zamknęła za sobą trzynaście lat temu, kiedy wyjeżdżała na wymarzone studia do Warszawy.

– O kurde...

– Przestań to powtarzać, lepiej się pakuj. Operator już po ciebie jedzie, cztery godzinki i będziecie na miejscu. Ogarnąć ci hotel? Nie wiem, gdzie tam są w ogóle hotele, to jakieś wygwizdowo, może w Pile...

– Nie trzeba. – Dagna drugi raz dzisiaj czuje się jak balon, z którego ktoś wypuścił powietrze. Rozłącza się. – Wygląda na to, że jednak pojadę na święta do domu.

Mijając taki dom, zadajesz sobie pytanie, kto, u licha, tu mieszka? Samotna, sypiąca się, ceglana chatka pośrodku niczego. Brudny popegeerowski blok ustawiony w centrum wsi. Sielski dworek otoczony betonowym osiedlem z płyty. Takie domy krzyczą całą swoją wystającą z rzeczywistości fasadą. W takich domach nie mogą mieszkać zwykli ludzie. Dagna dobrze o tym wie, bo kiedyś mieszkała w jednym z nich. Dom jej dzieciństwa stał przy samych torach i był ostatnim domem we wsi. Lub pierwszym, zależy, z której strony patrzeć, choć Dagna, gdyby mogła, wolałaby nie patrzeć w ogóle, dlatego właśnie mówiła, że mieszka na końcu wsi. To czyniło dom trochę mniej krzykliwym, bardziej ukrytym, przynajmniej w opowieściach. „Gdzie mieszkasz?”. „Na końcu wsi” brzmiało zdecydowanie lepiej niż: „W tym żarówiastym klocku z drewnianymi jelonkami i bocianami w ogródku”. Po takim stwierdzeniu koleżanki tylko kiwały głowami i spoglądały na nią podejrzliwie. „Aha. Coś musi być z wami nie tak” – mówiły te spojrzenia.

To wcale nie miał być jaskrawy zielony, tylko ciepła żółć, ale farba elewacyjna wyglądała inaczej na próbniku niż w rzeczywistości, a w dodatku poszedł na nią cały zarobek ze zbioru śliwek, więc gdy rodzina Kreftów z Kaczor stała i patrzyła na swój świecący w ciemnościach dom, ojciec powiedział tylko: „Za rok obłoży się barankiem i jakoś to będzie”. Jakoś było. Po baranku doszły brązowe ramy okienne i złote szprosy, mieniące się w słońcu kute ogrodzenie, a każdego roku w ogródku pojawiała się nowa drewniana figurka spod ręki ojca. W dniu, w którym Dagna się wyprowadzała, żegnały ją trzy krasnale, dwa łabędzie, łania z cielaczkiem, rodzina żabek, a zza drzwi ojcowskiego warsztatu łypał na nią niedomalowany bernardyn z beczułką u szyi. Wszystkie dodatki, które miały sprawić, że ich dom będzie piękniejszy, a żarówiasta zieleń elewacji trochę zgaśnie, zamieniały go tylko w centrum kiczu i badziewia widoczne z kosmosu. „Patrz!” – wołali do siebie ze śmiechem pasażerowie regio z Bydgoszczy do Piły, kiedy mijali ostatni budynek we wsi. Lub pierwszy – zależy z której strony patrzeć. Dagna udawała, że ich nie słyszy, i wbijała wzrok w książkę.

A teraz stoi tu znowu, patrzy na girlandy światełek zwisających z dachu i boi się nacisnąć klamkę furtki, jakby miała przekroczyć bramy piekieł. „Nie wystraszyła się Matka Boska, nie wystraszę się i ja” – kpi pod nosem. Oczywiście, że musiała objawić się tutaj, gdzieżby indziej. Przecież za mało tu jeszcze skansenu i obciachu. Operatorowi nie powiedziała, że tu mieszka, nikomu z pracy nie powie. Kazała się wysadzić ulicę wcześniej, okłamała, że załatwiła sobie nocleg bliżej źródła, i odesłała go do hotelu Gromada w Pile. A nawet jeśli Oskar zacznie coś podejrzewać, poprosi go, żeby zachował to dla siebie. Nie wygląda na plotkarza, prawie całą drogę z Warszawy ledwo się do niej odzywał. Dziś Dagna się prześpi, jutro zbierze informacje z pierwszej ręki, przygotuje najgorętszy reportaż, jaki Rita widziała, i wyjedzie stąd jeszcze przed wigilią.

Jest prawie północ, ale matka nie śpi. Widzi ją krzątającą się w kuchennym oknie. Nie musi nawet stać obok, żeby wiedzieć, co teraz robi i że nie zaśnie, dopóki wszystkie potrawy, które trzeba przyrządzić dzień wcześniej, nie spoczną w lodówce. „Mak trzeba najpierw zaparzyć, żeby łatwiej się ucierał, i dodać kieliszek koniaku, żeby się nie zepsuł” – wydaje jej się, że słyszy głos matki. Jej siostra spijała każde słowo, by jak najszybciej i najdokładniej wprowadzić je w czyn. Dagna zapominała o wszystkich instrukcjach natychmiast po tym, jak matka kończyła je wypowiadać. Nie znosiła tego kuchennego mozołu, nazywała to „staniem przy garach”. Nie rozumiała, dlaczego kobiety w jej rodzinie muszą się tak umordować, żeby zadowolić kilkoro gości, czasem zupełnie obcych ludzi.

Ojciec był niezwykle towarzyski, miał wielu znajomych, a Dagna miała czasem wrażenie, że jej dzieciństwo upłynęło pod stołem, między nogami dorosłych świętujących przy byle okazji. „Rysiek strzelił sarnę, wpadną wieczorem z chłopakami” – rzucał ojciec matce razem z kawałkiem dziczyzny. A ona, choćby miała do oddania na następny dzień dwie przeróbki, porzucała swoją maszynę do szycia i szykowała wystawną kolację z ciepłych dań, przystawek i deseru, i na cały wieczór zamieniała się w kelnerkę. Swoją pracę kończyła nocą. Starsza córka wspierała tę krzątaninę, wyrzucając Dagnie, że jest leniwa. A ona po prostu nie rozumiała, dlaczego muszą za każdym razem urządzać miniwesele, choć nikt ich o to nie prosił, a potem narzekać, jakie są zmęczone.

– No proszę, prawdziwy cud w Kaczorach. Dagna wróciła do domu. – Bogusia stoi w korytarzu, utytłane mąką ręce opiera na biodrach.

– Dziecko! – Matka mija Bogusię i przytula Dagnę. – Jesteś głodna? Zaraz dam ci pierogów.

– Mamo, przecież to na święta! – oponuje Bogusia.

– Wiedziałem, że przyjedziesz.

Za matką drepce ojciec.

– Jestem tu codziennie i nikt się nie cieszy na mój widok, a ta, proszę. Zjawi się raz do roku i mało nie zemdleją z radości. Cześć, siostra. – Bogusia ze złośliwym uśmiechem na ustach kręci głową w udawanym niedowierzaniu i cmoka Dagnę w policzek.

– Jutro wracam do Warszawy. Mam dyżur w Boże Narodzenie.

– No pewnie – parska Bogusia.

– Nie puścimy cię przed wigilią, nie ma mowy. – Matka składa ręce jak do modlitwy.

– Babcia Róża nie przyjechała? – pyta Dagna, chcąc zmienić temat.

– Eeee... – Ojciec macha ręką na znak, że szkoda o tym gadać.

– Uparła się, że zostanie jednak u wujka Czesława – wtrąca Bogusia. – Mówiłam ci ostatnio przez telefon, znowu nie słuchałaś. Myślałam, że ją odwiedzasz.

– Miałam się do nich wybrać drugiego dnia świąt – kłamie.

– Zaniosę to do twojego pokoju – tym razem ojciec kończy temat i rusza z walizką ku schodom, a potem nagle zatrzymuje się, odwraca i konspiracyjnie ścisza głos. – Tylko nie dotykaj szyby, bo zniknie.

– Matka Boska? – pyta ze śmiechem Dagna. – Możecie mi wytłumaczyć, co to w ogóle za heca?

– Żadna heca – obrusza się matka. – To cud! Fatima, Rawenna, Medjugorje, a teraz Kaczory!

–  Mamuś, daj spokój. – Ojciec cmoka poirytowany.

Mamuś i tatuś. Mówią tak do siebie, odkąd Dagna pamięta. Kiedy była dzieckiem, wydawało jej się to oczywiste, dopiero później zaczęła się zastanawiać, czy rodzice są jeszcze dla siebie mężem i żoną, czy już tylko mamusią i tatusiem.

– Pojawiła się wczoraj rano, jak umyłam z tatusiem okna – matka zaczyna relację wystudiowanym tonem, tym samym, którego użyła już dzisiaj kilkanaście razy w rozmowie z innymi reporterami. Dagna ma tylko nadzieję, że darowała sobie „tatusia”. – Akurat przyszedł pan Bednarek z plebanii z Jezuskiem, którego tatuś zrobił do żłóbka. To znaczy wcześniej tatuś tego Jezuska zrobił, ale ksiądz uważał, że za mało się uśmiecha. Jezusek. Piękna figurka, zobaczysz jutro. Całą szopkę tatuś robił pół roku, wszystko jest, baranki, owieczki, trzej królowie...

– Mamo, do rzeczy...

– No. I przychodzi pan Bednarek z Jezuskiem pod pachą, już ma iść do stolarni, idzie przez ogród, aż tu nagle... – Krystyna dramatycznie zawiesza głos. Na kilku reporterach zrobiło to dziś spore wrażenie. – Coś go oślepiło, jakiś blask! Słońce tak się w szybie odbijało. Pan Bednarek mówi: „Niemożliwe, żeby taki blask z okna, niemożliwe!”. – Matka zmienia głos i wczuwa się w pana Bednarka. – Cofnął się kilka kroków, patrzy... A tam na szybie Matka Boska!

– Chyba raczej tęcza – stwierdza rzeczowo Dagna i patrzy badawczo na ojca, który jakoś niechętnie bierze udział w tej relacji, tylko wykrzywia usta, jakby chciał się odciąć od całego zajścia.

–  Gdyby to była zwykła tęcza, to przecież by nie przyjechała ani telewizja, ani radio!

–  I tu się mylisz, mamo. Kto to w ogóle sprzedał do mediów?

–  Nie wiadomo. – Bogusia wzrusza ramionami. – Ale o piętnastej w wiosce było już więcej dziennikarzy niż mieszkańców. Rano pewnie znowu się zacznie. No dobrze, to ja lecę, mamo, młynek oddam ci jutro.

– Jestem strasznie