Dwanaście kręgów - Jurij Andruchowycz - ebook
Opis

Nowa powieść Jurija Andruchowycza "Dwanaście kręgów", wydana po kilku latach prozatorskiego milczenia, jest odmienna od trzech poprzednich. Sam autor nazywa ją najbardziej osobistą spośród swoich książek. Na kanwie imaginacyjnego "alternatywnego życiorysu" ulubionego poety Andruchowycza, Bohdana Ihora Antonycza – "Jima Morissona lat 30.", snuje autor quasi-kryminalną, pasjonującą opowieść o współczesnej Ukrainie – krainie, gdzie "Wszystko, czego sobie życzymy, o czym myślimy i czego się spodziewamy, z pewnością nam się przydarzy. Sęk w tym, że zawsze za późno i zawsze jakoś inaczej".

Charakterystyczne dla Andruchowycza karnawałowa logika, wyszukane gry słowne, rozszalały intertekstualizm zostały tu wzbogacone o nowe elementy: sceptycyzm oraz ironię dojrzałego twórcy. Andruchowycz tworzy świat będący organicznym połączeniem rzeczywistości poetycko-baśniowej z gorzką ukraińską teraźniejszością z jednej strony, a z drugiej – z Huculszczyzną, która polskiemu czytelnikowi kojarzyć się będzie z wizją Vincenza. A miejscem akcji jest tajemniczy, zagubiony wysoko w Karpatach pensjonat – zamek niczym z Juliusza Verne'a? Czortopol w miniaturze? – własność nie mniej tajemniczego bogacza-filantropa, który w finale okazuje się...

"Naprawdę nie wiem, jak Andruchowycz to robi. Młody osobnik z wszczepionym dwustuletnim mózgiem siadł okrakiem na szczycie magicznej połoniny i co najmniej czterech galicyjskich pokoleniach, obejmując pamięcią czasy od Franciszka Józefa po najnowsze piosenki Radiohead. To jest możliwe jedynie w Galicji, aby jedna głowa i dusza mogły złożyć w całość archeologiczny realizm z upaloną acz logiczną opowieścią".

Mikołaj Trzaska

"Świetna jest ironia, sceptycyzm i gra z wyobraźnią - swoją i czytelnika, jaką podjął Andruchowycz. Mimo onirycznego klimatu 'Dwanaście kręgów' działa jak górski potok. Ożywia".

Agata Wiśniewska, "Razem"

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 342

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Ju­rij An­dru­cho­wycz

DWA­NA­ŚCIE KRĘ­GÓW

Prze­ło­ży­ła Ka­ta­rzy­na Ko­tyń­ska

Wszel­kie po­wie­la­nie lub wy­ko­rzy­sta­nie ni­niej­sze­go pli­ku elek­tro­nicz­ne­go inne niż jed­no­ra­zo­we po­bra­nie w za­kre­sie wła­sne­go użyt­ku sta­no­wi na­ru­sze­nie praw au­tor­skich i pod­le­ga od­po­wie­dzial­no­ści cy­wil­nej oraz kar­nej.

Ty­tuł ory­gi­na­łu ukra­iń­skie­go D W A N A D C I A T'   O B R U C Z I W

Pro­jekt okład­ki i stron ty­tu­ło­wych  K A M I L   T A R G O S Z 

Zdję­cie Au­to­ra na IV stro­nie okład­ki © by R E N A T E   S C H M I D G A L L 

Co­py­ri­ght © byJ U R I J   A N D R U C H O W Y CZ,2003

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion byW Y D A W N I C T W O   C Z A R N E,2005

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion byK A T A R Z Y N A   K O T Y Ń S K A,2005

Re­dak­cja i ko­rek­ta F I L I P   M O D R Z E J E W S K I

Re­dak­cja tech­nicz­na R O B E R T   O L E Ś

ISBN 978-83-7536-689-1

Książ­ka zo­sta­ła wy­da­na dzię­ki po­mo­cy fi­nan­so­wej pro­gra­mu Unii Eu­ro­pej­skiej Kul­tu­ra 2000.

The book was pu­bli­shed with the sup­port of the Cul­tu­re 2000 pro­gram­me of the Eu­ro­pe­an Union.

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej M I C H A Ł   L A T U S E K  / VIR­TU­ALO SP. Z O.O.

Chri­stia­no­wi, So­ło­mii i in­nym

Sa­mot­ny dru­hu, jak w za­sło­nę ciem­ną,

ta­jem­ni­czo­ścią świa­ta tyś spo­wi­ty.

W ten wie­czór pe­łen wio­sny chodź­że ze mną

do karcz­my na księ­ży­cu wy­pić oko­wi­ty.

Boh­dan Ihor An­to­nycz

I PRZYPADKOWI GOŚCIE

1

W li­stach z Ukra­iny Karl-Jo­seph Zum­brun­nen pi­sał: Wszyst­ko, cze­go so­bie ży­czy­my, o czym my­śli­my i cze­go się spo­dzie­wa­my, z pew­no­ścią nam się przy­da­rzy. Sęk w tym, że za­wsze za póź­no i za­wsze ja­koś in­a­czej. Tak więc, gdy sta­je­my z tym twa­rzą w twarz, na­wet tego nie roz­po­zna­je­my. Dla­te­go prze­waż­nie bo­imy się przy­szło­ści, bo­imy się po­dró­ży, dzie­ci, bo­imy się zmian. Nie umiem sta­wić temu czo­ła, ale ze wszyst­kich sił uda­ję, że się opie­ram. Nie­daw­no znów za­czę­to tu na dłuż­szy czas wy­łą­czać świa­tło.

Osta­tecz­nie nikt spo­śród naj­bliż­szych przy­ja­ciół nie uzy­skał od nie­go wy­raź­nej od­po­wie­dzi na py­ta­nie, po co tam jeź­dzi. Dziew­czy­na, z któ­rą spo­ty­kał się przez osiem lat (mia­ła na imię Eva-Ma­ria i nie wia­do­mo, kogo wła­ści­wie było w niej wię­cej — Ma­rii czy Ewy), pew­ne­go ran­ka oznaj­mi­ła, że ma dość. Ra­zem z nią od­pro­wa­dził do bra­my ka­mie­ni­cy więk­szą część swo­jej mło­do­ści — tę, w któ­rej z osza­ła­mia­ją­cą, wzru­sza­ją­cą otwar­to­ścią chwy­ta się wszyst­kie na­po­tka­ne spoj­rze­nia. Ale Karl-Jo­seph Zum­brun­nen nie prze­stał jeź­dzić na Ukra­inę na­wet po tym ze­rwa­niu. Odro­bi­nę się tyl­ko przy­gar­bił, co za­uwa­ży­li je­dy­nie naj­bliż­si, po­nad­to oku­li­sta mu­siał prze­pi­sać mu szkła o całą diop­trię sil­niej­sze.

Po­dob­nie nie prze­stał jeź­dzić i wte­dy, gdy ukra­iń­ski rząd znacz­nie skom­pli­ko­wał pro­ce­du­ry wi­zo­we, a tak­że istot­nie pod­niósł ceny usług kon­su­lar­nych. Karl-Jo­seph, na nic nie zwa­ża­jąc, prze­kra­czał próg ich kon­su­la­tu, go­dzi­na­mi wy­sia­dy­wał w po­cze­kal­niach ra­zem z ochry­pło­gło­sy­mi ucie­ki­nier­ka­mi z bur­de­li oraz wszel­ki­mi in­ny­mi ga­star­be­ite­ra­mi, ką­tem oka do­strze­gał rzu­ca­ne w jego stro­nę cie­kaw­skie, ale naj­czę­ściej po­gar­dli­we spoj­rze­nia po­kry­tych co­raz grub­szą war­stwą ma­ki­ja­żu kor­pu­lent­nych ro­syj­sko­ję­zycz­nych se­kre­ta­rek i do­pusz­czo­ny wresz­cie Przed Ob­li­cze, znów po­wta­rzał roz­tar­gnio­ne­mu urzęd­ni­ko­wi swo­je na­zwi­sko, imię, pro­fe­sję i cel wy­jaz­du. Na pew­nym eta­pie roz­mo­wy urzęd­nik w koń­cu go so­bie przy­po­mi­nał i obo­jęt­nie spusz­cza­jąc wzrok, obie­cy­wał po­par­cie.

Pierw­szą swą po­dróż Karl-Jo­seph od­był na sa­mym po­cząt­ku lat dzie­więć­dzie­sią­tych. Zu­peł­nie nowe pań­stwo przy­cią­ga­ło w owym cza­sie na Wschód wie­lu po­dróż­ni­ków. Je­śli prze­trwa­ją tę zimę — pi­sał w li­stach Zum­brun­nen — będą mie­li szan­sę na do­brą przy­szłość. Te­raz pod każ­dym wzglę­dem jest tu bar­dzo cięż­ko, brak naj­bar­dziej pod­sta­wo­wych rze­czy, z wód­ką i za­pał­ka­mi włącz­nie, tym­cza­so­wa pseu­do­wa­lu­ta z każ­dą chwi­lą tra­ci na war­to­ści, ale nie na­le­ży za­po­mi­nać, że to jest Wschód, i dla­te­go sfe­ra ma­te­rial­na nig­dy nie zy­ska tu de­cy­du­ją­ce­go zna­cze­nia. Roz­ma­wia­łem z mło­dy­mi in­te­lek­tu­ali­sta­mi i nie­któ­ry­mi stu­den­ta­mi — to nad­zwy­czaj in­te­re­su­ją­cy lu­dzie i mogą oni ra­dy­kal­nie zmie­nić swój kraj. Ad­re­sa­ci jego li­stów tyl­ko wzru­sza­li ra­mio­na­mi: wszyst­kie te eks­ta­tycz­ne no­tat­ki po­dróż­ne wy­da­wa­ły im się co naj­mniej ba­nal­ne i na­iw­ne, je­śli nie prze­pi­sa­ne z dzieł ze­bra­nych ja­kie­goś Rol­lan­da czy Ril­ke­go. Karl-Jo­seph Zum­brun­nen do Wied­nia po­wró­cił z po­cząt­kiem lata, przy­wo­żąc drew­nia­ne­go, la­kie­ro­wa­ne­go orła, dwa wło­cha­te hu­cul­skie liż­ny­ki (je­den dla swo­jej dziew­czy­ny) i pacz­kę pa­pie­ro­sów Wa­tra. Karl-Jo­seph nie pa­lił, ale cza­sem czę­sto­wał wa­trą ko­goś spo­śród swych lu­bią­cych moc­ne wra­że­nia go­ści — i tak w cią­gu kil­ku lat od owe­go pierw­sze­go po­wro­tu pacz­ka zo­sta­ła opróż­nio­na za­le­d­wie do po­ło­wy.

Opu­bli­ko­wał swo­je fo­to­gra­fie z Kar­pat i ze Lwo­wa w kil­ku ni­szo­wych pi­smach, lecz osob­na wy­sta­wa, pod za­pla­no­wa­nym ty­tu­łem Eu­ro­pa. Prze­su­nię­cie Cen­trum, nig­dy się w koń­cu nie od­by­ła. Nie po­mo­gła na­wet go­to­wość Kar­la do zmia­ny ty­tu­łu na nie­co bar­dziej kom­pro­mi­so­wy: Świat bez Ro­tha, świat bez Schul­za. W ostat­niej chwi­li in­ter­we­nio­wa­ły ja­kieś siły wyż­sze z mu­zeum ar­che­olo­gii i et­no­gra­fii — wszyst­ko roz­sy­pa­ło się w proch i pył. Ale Karl-Jo­seph nadal jeź­dził.

Pod tym wzglę­dem był cał­kiem nie­tu­zin­ko­wy, co nie mo­gło nie wy­ni­kać z jego za­wi­kła­nej, po­dob­nie zresz­tą jak u prze­wa­ża­ją­cej więk­szo­ści jego au­striac­kich ro­da­ków, ge­ne­alo­gii. Przez ostat­nie czte­ry czy pięć wie­ków jego przod­ko­wie tak sta­ran­nie wszyst­ko po­mie­sza­li — sta­no­wo, et­nicz­nie, wy­zna­nio­wo, po­li­tycz­nie oraz wy­bu­cho­wo — że Karl-Jo­seph mógł z po­wo­dze­niem uwa­żać się za po­tom­ka ba­war­skich bro­war­ni­ków-ana­bap­ty­stów, su­dec­kich po­ga­nia­czy mu­łów, ty­rol­skich se­ro­wa­rów, sal­zbur­skich li­chwia­rzy-ban­kru­tów, so­proń­skich han­dla­rzy soli, kil­ku ban­kie­rów-sa­mo­bój­ców i tak­że sa­mo­bój­ców, ale bi­sku­pów, a oprócz tego in­nych barw­nych po­sta­ci, wśród któ­rych byli rów­nież pe­wien po­ły­kacz ognia i noży z Le­ibach, i ze­zo­wa­ta wła­ści­ciel­ka te­atru la­lek z Tar­no­wa, pu­blicz­nie spa­lo­na jako cza­row­ni­ca, i zna­ny au­tor ka­len­da­rzy rol­ni­czych z Mat­ters­bur­ga, i nie mniej zna­na fe­mi­ni­stycz­na dzien­ni­kar­ka, też ze­zo­wa­ta. Jed­na z naj­dal­szych ga­łę­zi rodu Zum­brun­ne­nów się­ga­ła kom­po­zy­to­ra Bu­xte­hu­de­go, inna — ar­ty­sty Alt­dor­fe­ra. Ale nie moż­na wy­klu­czyć, że swo­ją pierw­szą ukra­iń­ską po­dróż Karl-Jo­seph od­był pod wpły­wem ro­dzin­ne­go mitu o pra­dziad­ku, fa­na­tycz­nie rzut­kim nad­le­śni­czym z Wo­roch­ty, póź­niej prze­nie­sio­nym służ­bo­wo do Czor­to­po­la. O dzi­wo, pra­dziad tak­że no­sił imię Karl-Jo­seph. O dzi­wo, Kar­la­mi-Jo­se­pha­mi na­zwa­no łącz­nie dzie­więć dzie­sią­tych wszyst­kich męż­czyzn z rodu Zum­brun­ne­nów. Pra­dziad Karl-Jo­seph Zum­brun­nen za­pi­sał się zło­ty­mi zgło­ska­mi w hi­sto­rii au­striac­kie­go (a może na­wet świa­to­we­go?) le­śnic­twa jako ten, kto w po­ło­wie XIX wie­ku za­sa­dził drze­wa igla­ste i buki na wiel­kich po­ła­ciach ły­sych kar­pac­kich grzbie­tów. Tu­taj nikt już o nim nie pa­mię­ta — pi­sał Karl-Jo­seph pra­wnuk w swo­ich li­stach — i wszel­kie moje sta­ra­nia, by wię­cej się o nim do­wie­dzieć, są da­rem­ne. Moż­na od­nieść wra­że­nie, że w XXwie­ku rze­czy­wi­ście miał tu miej­sce strasz­li­wy ka­ta­klizm, coś w ro­dza­ju wstrzą­su tek­to­nicz­ne­go, w wy­ni­ku cze­go wszyst­ko, co wy­da­rzy­ło się i ist­nia­ło wcze­śniej, po­wiedz­my, przed trzy­dzie­stym dzie­wią­tym ro­kiem, za­pa­dło w nie­byt. Roz­ma­wia­łem z kil­ko­ma mło­dy­mi hi­sto­ry­ka­mi; za­pew­ni­li mnie, że będą sta­ra­li się o nada­nie imie­nia pra­dziad­ka jed­nej z ka­tedr tu­tej­szej aka­de­mii le­śnic­twa. Ale nie o to mi prze­cież cho­dzi!

W dzie­więć­dzie­sią­tym dru­gim jeź­dził dwa razy, w dzie­więć­dzie­sią­tym trze­cim tyl­ko raz, ale za to na dłu­go, prze­sie­dział we Lwo­wie chy­ba peł­ne trzy do­zwo­lo­ne przez wizę mie­sią­ce. W dzie­więć­dzie­sią­tym czwar­tym, gdy do­tar­ły doń wy­ni­ki ostat­nich wy­bo­rów na Ukra­inie, uznał, że już nig­dy nie uda mu się tam po­je­chać. Jego ów­cze­sne li­sty ce­chu­je szcze­gól­na ostrość i go­rycz: Ten kraj miał wiel­kie szan­se na prze­mia­nę i nie­mal bły­ska­wicz­ny skok ze sta­nu per­ma­nent­nej po­twor­no­ści i oli­go­fre­nicz­nej bez­rad­no­ści do co naj­mniej nor­mal­no­ści. Oka­za­ło się jed­nak, że licz­ba tych, któ­rzy w sa­mym jego wnę­trzu tego nie chcą, w ogó­le nie chcą sa­me­go jego ist­nie­nia, zna­czą­co prze­kra­cza wszel­kie do­pusz­czal­ne gra­ni­ce. Wy­glą­da na to, że dwa lata temu bar­dzo się my­li­łem. W su­mie to nie moja spra­wa, tyl­ko ich, to oni każ­de­go dnia do­ko­nu­ją wła­sne­go wy­bo­ru. Szko­da mi tyl­ko tej mi­zer­nej garst­ki in­nych, któ­rych tu po­zna­łem i z któ­ry­mi nie naj­go­rzej mi się współ­pra­co­wa­ło. Dziś wszy­scy oni za­mar­li w prze­czu­ciu zła — li­kwi­da­cji i czy­stek, ktoś na­wet wy­po­wie­dział gdzieś na głos sło­wo „emi­gra­cja”, ktoś inny — „po­dział, Ga­li­cja, Zbrucz”. Nie są­dzę, by mia­ła tu zna­cze­nie daw­ka spo­ży­te­go al­ko­ho­lu: to były cał­ko­wi­cie trzeź­we ko­men­ta­rze. Oczy­wi­ście ta­kie or­ga­ni­za­cje, jak sto­wa­rzy­sze­nie hi­sto­rycz­no-kul­tu­ral­ne Klub Du­naj­ski, nie zo­sta­ną za­mknię­te już i na­tych­miast, stąd trze­ba — póki tyl­ko się da — zdą­żyć jak naj­wię­cej zdzia­łać. Dla­te­go w dru­giej po­ło­wie lip­ca tego sa­me­go dzie­więć­dzie­sią­te­go czwar­te­go roku Karl-Jo­seph Zum­brun­nen na dłu­go znik­nął w Kar­pa­tach, fo­to­gra­fu­jąc prze­waż­nie sta­re cmen­ta­rze do pla­no­wa­nej wy­sta­wy Me­men­to. Pra­wie mie­siąc spę­dził mię­dzy nie­bem a zie­mią, orien­tu­jąc się w te­re­nie we­dług sta­rych map woj­sko­wych, za­po­bie­gli­wie przy­wie­zio­nych z Wied­nia, wę­dru­jąc i do­li­na­mi rzek, i dro­ga­mi grun­to­wy­mi, a nie­kie­dy gór­ski­mi grzbie­ta­mi, raz po raz wy­ma­wia­jąc dziw­ne jak za­klę­cie sło­wo „Gor­ga­ny”. Za­cho­dził do wsi tyl­ko po to, by do­ku­pić nie­co je­dze­nia — tu­zin ukra­iń­skich słów i ge­sty na ogół wy­star­cza­ły; ktoś inny za­pew­niał, że już wte­dy była z nim tłu­macz­ka, ale to ja­koś nie współ­brz­mi z to­nem i na­stro­jem jego ów­cze­snych li­stów o sa­mot­no­ści pod roz­gwież­dżo­nym nie­bem. Tego lata na­de­szły nie­zwy­kłe upa­ły, tra­wa po­żół­kła jesz­cze przed sierp­niem i Karl-Jo­seph bar­dzo się opa­lił. Po­nad wszyst­ko lu­bił za­nu­rzać się w nie­zli­czo­nych gór­skich po­to­kach i le­żeć w nich w sku­pie­niu, pa­trząc w na­sy­co­ny, bez jed­nej bia­łej chmur­ki, bez­kre­sny błę­kit w gó­rze. Deszcz nie pa­dał już od daw­na, więc wody w po­to­kach wy­raź­nie uby­ło, ale oczy­ści­ła się przy tym, na­bra­ła zie­lon­ka­wej przej­rzy­sto­ści i była cie­plej­sza niż za­zwy­czaj. A Karl-Jo­seph Zum­brun­nen, jak wszy­scy zresz­tą moi bo­ha­te­ro­wie, ogrom­nie lu­bił wodę.

Po­cho­dził z mia­stecz­ka Sit­zgrass gdzieś na wscho­dzie, a może na po­łu­dniu Au­strii (oto ono, przyj­dzie je opi­sać po­now­nie, ale nie ma rady: go­tyk ko­ścio­ła, ze­gar na dzwon­ni­cy, ulicz­ka z pocz­tą i wi­niar­nią, po­ran­ne gru­cha­nie go­łę­bi, chod­ni­ki, pra­wie wszę­dzie rów­no po­dzie­lo­ne mię­dzy pie­szych i ro­we­rzy­stów, na wzgó­rzu sta­ry ma­ją­tek ba­ro­na — taki so­bie Schlößchen, obec­nie mu­zeum gra­fi­ki i ry­bo­łów­stwa słod­ko­wod­ne­go — kasz­ta­no­wa ale­ja, Alpy Wschod­nie na ho­ry­zon­cie, młyn wod­ny i ką­pie­le w zie­lon­ka­wej wo­dzie). Tak, wła­śnie woda, pły­wa­nie do póź­ne­go wie­czo­ra koło sta­re­go mły­na, nie wie­dzieć cze­mu nie zbom­bar­do­wa­ne­go pod­czas ostat­niej woj­ny, nur­ko­wa­nie w naj­zie­leń­szym, cie­płym wod­nym wnę­trzu z nig­dy nie wy­po­wie­dzia­ną za­baw­ną ideą, by już nie po­wró­cić, na za­wsze prze­paść w głę­bi­nie, wła­śnie to i wła­śnie tak la­wi­no­wo na­wie­dza­ło cza­sem Kar­la-Jo­se­pha Zum­brun­ne­na w sło­necz­nych snach, pod­czas gdy w po­chmur­nych sły­szał je­dy­nie ja­kąś krzy­kli­wą mu­zy­kę i nie mógł zro­zu­mieć ni sło­wa z tego, co do nie­go mó­wio­no.

Tego lata po po­wro­cie z Kar­pat ze zdzi­wie­niem do­strzegł, że na ra­zie nic złe­go się nie sta­ło. Wszy­scy jego lwow­scy zna­jo­mi mie­li się do­brze, ocze­ki­wa­na fala aresz­to­wań i kur­cze­nia się pa­trio­tycz­nych struk­tur jed­nak nie na­de­szła. Nie­któ­rzy z przy­ja­ciół twier­dzi­li na­wet, że wy­szło nie naj­go­rzej i że z nową wła­dzą moż­na i trze­ba tak samo do­brze się po­ro­zu­mieć, to przy­najm­niej prag­ma­ty­cy, co samo w so­bie nie jest już ta­kie złe, poza tym na­stą­pi­ło wy­raź­ne od­mło­dze­nie kie­row­ni­czych sze­re­gów — czy­li to, na co spo­łe­czeń­stwo od daw­na cze­ka­ło. „Te­raz do wła­dzy do­cho­dzą nasi ró­wie­śni­cy — mó­wił pe­wien ger­ma­ni­sta, jego tym­cza­so­wy tłu­macz, a ską­di­nąd tłu­macz He­ideg­ge­ra. — Kil­ku z nich znam, to zna­czy zna­łem oso­bi­ście. Ży­cie sta­je się cie­ka­we”. Karl-Jo­seph Zum­brun­nen bez po­śpie­chu są­czył prze­sło­dzo­ne moł­daw­skie wino, choć cię­żar wciąż nie spa­dał mu z ser­ca. Jego wy­sta­wa Me­men­to od­by­ła się w kil­ku ga­li­cyj­skich mia­stach, z to­wa­rzy­sze­niem tłu­mów od­wie­dza­ją­cych i sza­leń­czo po­kaź­nych „lam­pek wina”. Ja­cyś ofi­cjal­ni pa­no­wie i pa­nie za­wsze otwie­ra­li te im­pre­zy spe­echa­mi o no­wym, wiel­kim pań­stwie eu­ro­pej­skim — Ukra­inie, ja­kieś w mia­rę atrak­cyj­ne dziew­cząt­ka ni­czym na ski­nie­nie re­ży­se­ra oda­li­sko­wo wi­ro­wa­ły wo­kół po­pu­lar­ne­go wie­deń­skie­go fo­to­gra­fa, przy­pad­ko­wo i oczy­wi­ście nie­chcą­cy ocie­ra­jąc się o nie­go jędr­ny­mi po­ślad­ka­mi. Kar­lo­wi-Jo­se­pho­wi znów za­czę­ło się po­do­bać w owym cie­płym kra­ju.

Je­sie­nią tego sa­me­go roku, jak już zo­sta­ło po­wie­dzia­ne, po­rzu­ci­ła go dłu­go­let­nia wie­deń­ska przy­ja­ciół­ka, gdy usły­sza­ła, że na Boże Na­ro­dze­nie Karl-Jo­seph znów je­dzie do Lwo­wa. Po­wia­da­ją, że o pią­tej trzy­dzie­ści czte­ry rano Eva-Ma­ria mu­snę­ła war­ga­mi jego wciąż jesz­cze opa­lo­ny po kar­pac­kich wę­drów­kach do­łe­czek pod jabł­kiem Ada­ma — i było to po raz ostat­ni. Wte­dy jesz­cze nie no­sił na szyi nie­śmier­tel­ni­ka z wy­gra­we­ro­wa­nym imie­niem i ad­re­sem. Było to więc ostat­nie lato, gdy jej ulu­bio­ny do­łe­czek mógł się opa­lić. Ostat­nie lato, ostat­nia je­sień.

Na­to­miast już na­stęp­ne­go lata Karl-Jo­seph pi­sał ze Lwo­wa, ani tro­chę nie ukry­wa­jąc sztucz­nie pod­sy­ca­nej w so­bie eu­fo­rii: Po­ja­wi­ło się do­bre piwo! Po­ja­wi­ły się nowe ka­wiar­nie, a na­wet przy­zwo­ite re­stau­ra­cje! Coś się jed­nak zmie­nia — ja­kieś fa­sa­dy itp. Za­czy­nam się na­wet za­sta­na­wiać, czy nie przejść chwi­lo­wo z czar­no-bia­łe­go na ko­lor — rzecz ja­sna, nie z po­wo­du pięk­na, ale dla hi­sto­rii. Z tego mógł­by wyjść cał­kiem we­so­ły al­bum: Lwów. Nowa skó­ra. Te pró­by prze­ma­lo­wa­nia tu­tej­szej po­wierzch­ni przy­wie­zio­ny­mi z są­sied­nich pol­skich ba­za­rów za­pew­ne fał­szo­wa­ny­mi far­ba­mi by­ły­by na­wet za­baw­ne, gdy­by nie god­ne wiel­kie­go sza­cun­ku ide­ali­stycz­ne po­ry­wy no­wych tu­tej­szych przed­się­bior­ców. To na­praw­dę mło­dzi lu­dzie, któ­rzy nade wszyst­ko pra­gną zmie­nić swój kraj, i — od­pu­kać w nie­ma­lo­wa­ne — uda im się! I da­lej: Do­praw­dy, gru­bo się my­li­łem, gdy na po­cząt­ku lat dzie­więć­dzie­sią­tych pi­sa­łem, że bar­dzo szyb­ko od­naj­dą naj­lep­szą dro­gę roz­wo­ju i bły­ska­wicz­nie zmie­nią na lep­sze po­ło­że­nie kra­ju. Na­stęp­ne lata po­ka­za­ły, że jest on jed­nak zbyt wiel­ki i nie­ru­cha­wy, a tym sa­mym nie doj­dzie w nim do gwał­tow­nych prze­mian. Ale — na szczę­ście — my­li­łem się rów­nież wte­dy, gdy rok temu orze­kłem, że na tym wszyst­kim trze­ba po­sta­wić wiel­ki i osta­tecz­ny krzy­żyk. Bo rze­czy­wi­stość przy­nio­sła nam nowe nie­spo­dzian­ki. Po­że­gna­nie z mło­do­ścią nie jest znów ta­kie tra­gicz­ne, je­śli w ślad za nią przy­cho­dzi doj­rza­łość.

Ostat­nie zda­nie nie­zu­peł­nie pa­so­wa­ło do wcze­śniej­sze­go kon­tek­stu ama­tor­skiej ana­li­zy i przy­ja­cio­łom Kar­la-Jo­se­pha znów po­zo­sta­ło tyl­ko wzru­sze­nie ra­mio­na­mi. Ja jed­nak, jak są­dzę, ro­zu­miem, o co tu cho­dzi. Ale o tym póź­niej.

Jego li­sty z dru­giej po­ło­wy lat dzie­więć­dzie­sią­tych to dziw­na mie­sza­ni­na pry­wat­nej pu­bli­cy­sty­ki, sprzecz­nych no­ta­tek z dzien­ni­ka i ni­czym nie uza­sad­nio­nych emo­cjo­nal­nych wy­cie­czek w sfe­ry gra­ni­czą­ce z me­ta­fi­zy­ką. Ogrom­ną przy­krość spra­wia­ją kon­tak­ty z nie­któ­ry­mi spo­śród tu­tej­szych au­to­ry­te­tów — czy­ta­my w jed­nym z li­stów. — Nie­daw­no je­den z nich, były wię­zień su­mie­nia i au­tor dru­go­obie­go­wych po­ezji, przez iro­nię wła­dzy wyż­szej i miej­sco­wych in­tryg dwor­skich usa­dzo­ny na ku­szą­cym stoł­ku, prze­ko­ny­wał mnie, że jego na­ród li­czy so­bie nie­mal dzie­sięć ty­się­cy lat, że Ukra­iń­cy mają bez­po­śred­ni kon­takt z ko­smicz­ny­mi si­ła­mi do­bra i we­dle kształ­tu cza­szek oraz łu­ków brwio­wych są sto­sun­ko­wo bli­scy do wzor­co­we­go Aryj­czy­ka, wsku­tek cze­go ist­nie­je wy­mie­rzo­ny prze­ciw nim świa­to­wy spi­sek, któ­re­go bez­po­śred­ni­mi uczest­ni­ka­mi są naj­bliż­si pod wzglę­dem geo­gra­ficz­nym są­sie­dzi oraz pew­ne we­wnętrz­ne et­nicz­ne czyn­ni­ki roz­kła­du — „Ro­zu­mie pan, o kim mó­wię, pa­nie Zum­brun­nen”. Póź­niej wło­żył mnó­stwo wy­sił­ku w wy­ka­zy­wa­nie mi kom­plet­nej bez­war­to­ścio­wo­ści kul­tu­ry ro­syj­skiej; jak mu się zda­wa­ło, w proch i pył starł Mu­sorg­skie­go, Do­sto­jew­skie­go, Sie­mi­radz­kie­go i Brod­skie­go (a na­zwi­ska, już z sa­mych na­zwisk wi­dać, krzy­czał w eks­ta­zie, ochla­pu­jąc mnie od stóp do głów żół­to-błę­kit­ną pia­ną swej śli­ny — Ru­bin­ste­in! Eisen­ste­in! Man­delsz­tam! Min­del­blat! Ro­stro­po­wicz! Ra­bi­no­wicz!), naj­lep­sze, że mu­siał to wszyst­ko wy­kła­dać po ro­syj­sku, bo żad­ne­go ję­zy­ka za­chod­nie­go ten praw­dzi­wy pra­eu­ro­pej­czyk nig­dy nie ze­chciał się na­uczyć. Mu­sia­łem prze­rwać jego cha­otycz­ną wy­po­wiedź kil­ko­ma nie­wy­god­ny­mi py­ta­nia­mi, w od­po­wie­dzi na któ­re je­dy­nie tępo za­mru­gał. Za­py­ta­łem na przy­kład o rzecz na­stę­pu­ją­cą: „Do­brze, je­śli rze­czy­wi­ście ma­cie tak sta­ro­żyt­ną i po­tęż­ną kul­tu­rę, to dla­cze­go wa­sze to­a­le­ty pu­blicz­ne tak śmier­dzą? Dla­cze­go te mia­sta w więk­szo­ści przy­po­mi­na­ją gni­ją­ce śmiet­ni­ska? Dla­cze­go sta­re śród­mie­ścia ca­ły­mi uli­ca­mi nisz­cze­ją, dla­cze­go od­pa­da­ją bal­ko­ny, dla­cze­go w bra­mach nie ma świa­tła, a pod no­ga­mi chrzę­ści tyle po­tłu­czo­ne­go szkła? Kto jest temu wi­nien — Ro­sja­nie? Po­la­cy? Inne we­wnętrz­ne czyn­ni­ki roz­kła­du? Do­brze, nie ra­dzi­cie so­bie z mia­sta­mi, ale co z przy­ro­dą? Dla­cze­go wasi wie­śnia­cy — ci, jak pan mówi, dzie­dzi­ce li­czą­cej dzie­sięć ty­się­cy lat tra­dy­cji cy­wi­li­za­cyj­nej — z ta­kim upo­rem spusz­cza­ją całe swo­je gów­no wprost do rzek, i dla­cze­go wę­dru­jąc po wa­szych gó­rach, na­po­ty­ka się dzie­się­cio­krot­nie wię­cej po­rzu­co­ne­go że­la­stwa niż ziół lecz­ni­czych?”. Z tru­dem po­ha­mo­wa­łem po­ku­sę, by spy­tać o kwe­stię na­tu­ry bar­dziej oso­bi­stej; dla­cze­go on sam, od nie­daw­na ka­wa­ler or­de­ru Księ­cia Wło­dzi­mie­rza, ma na ra­mio­nach tyle łu­pie­żu. Ale już tego, o co za­py­ta­łem na głos, cał­ko­wi­cie wy­star­czy­ło, by wy­raź­nie ochłódł i po­dejrz­li­wie przy­pa­tru­jąc się kształ­to­wi mo­jej czasz­ki, dłu­go i za­wi­le tłu­ma­czył, że nie wi­dzi moż­li­wo­ści fi­nan­so­we­go wspar­cia na­szej te­go­rocz­nej eks­pe­dy­cji. Wszyst­ko to pro­wa­dzi do bar­dzo smut­nych wnio­sków, gdy tego typu pań­stwo­wo­twór­czą po­stać, jak­by na po­śmie­wi­sko wy­rwa­ną z ar­chi­wal­nych ot­chła­ni ja­kie­goś bar­dzo zwul­ga­ry­zo­wa­ne­go XIX wie­ku, ze­sta­wi się z tu­tej­szą rze­czy­wi­sto­ścią. Pi­szę ten list w sa­mym środ­ku cięż­ko­ści za­gu­bio­nej Eu­ro­py, w prze­siąk­nię­tych opusz­cze­niem, chło­dem, ple­śnią i nie­koń­czą­cym się fik­cyj­nym re­mon­tem le­gen­dar­nych po­ko­jach ho­te­lu Geo­r­ge, gdzie typy o nie­dwu­znacz­nie sku­lo­nych syl­wet­kach taj­nych in­for­ma­to­rów po­li­cji przy­no­szą mi li­ści­ki od zna­jo­mych, a za­spa­ne i nie­do­my­te bu­fe­to­we o na­la­nych ciel­skach — pa­skud­ną, prze­sło­dzo­ną kawę; mu­szę przy tym słu­chać ha­ła­śli­wej i pu­stej mu­zy­ki, pa­trzeć na ja­kieś tępe py­ski, po­ty­li­ce i tył­ki (nie pa­trzę w ich stro­nę, ale tego nie da się nie wi­dzieć — w tym całe nie­szczę­ście!), wdy­chać ich pot, per­fu­my, dym z pa­pie­ro­sów, mu­szę wpa­dać co­raz głę­biej w ten tra­gi­ko­micz­ny en­to­ura­ge, w tę cy­nicz­ną bez­na­dzie­ję — i wie­rzyć, że oni na­praw­dę są po­tom­ka­mi sta­ro­żyt­nych Egip­cjan i Etru­sków, cze­go do­wo­dzą ich bar­wy na­ro­do­we i ka­len­darz ob­rzę­dów, od­zwier­cie­dla­ją­cych całe pięk­no i har­mo­nię sto­sun­ków Czło­wie­ka z Przy­ro­dą i Stwór­cą (s bol­szoj bu­kwy, rie­bia­ta, s bol­szoj bu­kwy!).

Jed­nak­że w in­nym li­ście, chro­no­lo­gicz­nie nie­zbyt od­le­głym od cy­to­wa­ne­go, znaj­du­je­my wy­raź­nie od­mien­ne ak­cen­ty: Kto dał mi pra­wo po­ucza­nia ich, wy­ty­ka­nia wszyst­kich tych dziur w jezd­niach i zło­tych zę­bów? Żyją, jak chcą, bo są u sie­bie, a ja nie mam ra­cji choć­by dla­te­go, że je­stem przy­by­szem. A naj­waż­niej­sze, cze­go w żad­nym ra­zie nie moż­na im od­mó­wić, to ich do­bre, pi­jac­kie cie­pło. We­dług ja­kiejś naj­wyż­szej ska­li oni są o wie­le bar­dziej ludz­cy niż my. Mó­wiąc „ludz­cy”, mam na my­śli ich zdol­ność do nie­ocze­ki­wa­ne­go otwar­cia się, do­strze­że­nia na­wet w nie­zna­jo­mym ko­goś bar­dzo bli­skie­go. Ot, choć­by od­le­głość 400–500 ki­lo­me­trów, któ­rą na­sze in­ter­ci­ty po­ko­nu­ją w nie­ca­łe czte­ry go­dzi­ny, tu­tej­sze po­cią­gi po­tra­fią wy­dłu­żyć do ja­kichś trzy­na­stu. A jed­nak lu­dzie, w tych nie­wy­god­nych i jak­by na­umyśl­nie zbyt cia­snych prze­gród­kach wa­go­nów, roz­kła­da­ją je­dze­nie i na­po­je, po­zna­ją są­sia­dów, dzie­lą się każ­dą krom­ką chle­ba, opo­wia­da­ją o naj­waż­niej­szych, czę­sto bar­dzo oso­bi­stych spra­wach. Ży­cie i tak jest zbyt krót­kie — do­kąd się śpie­szyć? To chwi­le naj­sil­niej­szych emo­cjo­nal­nych wstrzą­sów, gdy do­ty­kasz od­kry­tej na­gle, cie­płej, wód­cza­nej praw­dy, znacz­nie waż­niej­sze od ofi­cjal­ne­go, za­pra­co­wa­ne­go po­śpie­chu i za­mknię­tej, fał­szy­wej uprzej­mo­ści, pod któ­ry­mi tkwią je­dy­nie pust­ka i wza­jem­na obo­jęt­ność. Po­do­ba mi się, że nie­kie­dy wszy­scy oni zda­ją się jed­ną, wiel­ką, bez­gra­nicz­nie roz­ga­łę­zio­ną ro­dzi­ną. Gdy czę­stu­ją swo­im pro­wian­tem i wód­ką, mogą być na­wet nie­zno­śnie, nie do wy­trzy­ma­nia na­tar­czy­wi, je­śli ktoś za­cznie się wy­ma­wiać. I są­dzę, że to nie dla­te­go, że ar­ty­ku­ły spo­żyw­cze i wód­ka są tu znacz­nie tań­sze niż u nas, ale dla­te­go, że ci lu­dzie na­praw­dę mają bar­dziej szcze­re i szczo­dre du­sze. Stąd też wy­ma­wia­jąc się od po­czę­stun­ku, od­bie­ra­cie im pra­wo do po­ro­zu­mie­nia. Jak­że od­mien­ne to od kli­ma­ty­zo­wa­nej, ste­ryl­nej i czy­stej, ide­al­nie ogrze­wa­nej, ale rów­no­cze­śnie po­zba­wio­nej ludz­kie­go cie­pła at­mos­fe­ry na­szych rą­czych eu­ro­ci­ty, po­wierz­chow­ne­go prze­śli­zgi­wa­nia się uśmie­chów i nie­na­tu­ral­nej ci­szy, z rzad­ka tyl­ko za­kłó­ca­nej pstryk­nię­ciem za­pal­nicz­ki albo sze­le­stem fo­lii!

O tak, od po­ło­wy lat dzie­więć­dzie­sią­tych Karl-Jo­seph Zum­brun­nen w isto­cie za­czął sam w so­bie do­strze­gać, że przy­wy­ka i za­czy­na lu­bić. Ja­koś na­gle i zde­cy­do­wa­nie — prze­cho­dził wła­śnie ze swo­je­go osiem­na­ste­go wa­go­nu do dzie­wią­te­go, re­stau­ra­cyj­ne­go, w nie­prze­sad­nie roz­ko­ły­sa­nym po­cią­gu oso­bo­wym z Iwa­no-Fran­kiw­ska do Ki­jo­wa — a więc, wła­śnie tam i wła­śnie wte­dy, na­gle i zde­cy­do­wa­nie, zro­zu­miał, że lubi cho­dzić ta­kim sze­ro­kim kro­kiem, uda­jąc pew­ność sie­bie i zna­jo­mość rze­czy, lubi mi­jać się z idą­cy­mi z na­prze­ciw­ka w na­zbyt cia­snych ko­ry­ta­rzach wa­go­nów i przed­sion­kach, lubi pod­pi­te spoj­rze­nia i zło­te zęby kon­duk­to­rek, po­do­ba mu się, że pa­mię­ta na­zwę na­stęp­nej sta­cji — Zdoł­bu­niw, po­do­ba mu się, że ktoś przy­nie­sie na niej do po­cią­gu ta­nie piwo, po­do­ba się, że ze wszyst­kim tak świet­nie so­bie ra­dzi, że drzwi prze­dzia­łów na ogół są otwar­te na oścież i że kie­dy na­resz­cie doj­dzie do dzie­wią­te­go wa­go­nu, to spodo­ba mu się też nie­wąt­pli­wie nie­zdro­we ko­le­jo­we je­dze­nie, i wy­mię­te twa­rze, i ostre ru­chy by­wal­ców baru, i opię­te skó­ra­mi uda ha­ła­śli­wych by­wal­czyń, i tak samo krzy­kli­we żar­ty, z któ­rych nie zro­zu­mie ani sło­wa, ale bę­dzie wy­bu­chał naj­szczer­szym re­cho­tem ra­zem ze wszyst­ki­mi przy­pad­ko­wy­mi roz­mów­ca­mi, i — kto wie? — może na­wet ich krzy­kli­wa mu­zy­ka, w któ­rej zdo­ła roz­róż­nić tyl­ko przy­pad­ko­we ro­syj­skie zwro­ty, w ro­dza­ju pod­ru­ga moja, wied’ niet u me­nia, ty ob­ni­mał jejo…

Za­pew­ne wła­śnie dla­te­go w jed­nym z na­stęp­nych li­stów pi­sał: Dro­ga cu­dzo­ziem­ca peł­na jest nie­bez­pie­czeństw i prób, ale nie ma nic słod­sze­go po­nad uczu­cie zży­wa­nia się z Ob­cym. W pew­nej chwi­li do­cie­ra do cie­bie, że mógł­byś tu żyć, i to bez prze­sa­dy. I nie bę­dzie ni­czym dziw­nym, je­śli ju­tro za­pra­gniesz już żyć i miesz­kać tyl­ko tu.

Do ad­re­sa­tów jego li­stów co­raz ja­śniej do­cie­ra­ło, że nie obe­szło się tu bez od­wiecz­nej kwe­stii ko­bie­cej. Ukra­in­ki w owym cza­sie rze­czy­wi­ście zdo­by­ły już na Za­cho­dzie nie­ja­ki roz­głos — uży­wa­no ich nie tyl­ko jako sek­su­al­nych nie­wol­nic, ale też w tra­dy­cyj­nych związ­kach mał­żeń­skich w kil­ku róż­nych kra­jach po­łu­dnia i pół­no­cy. „To faj­ne bab­ki — żar­to­wał je­den z ka­wiar­nia­nych zna­jo­mych Kar­la-Jo­se­pha, den­ty­sta, któ­re­go imię nie ma tu zna­cze­nia. — Są sek­sow­ne jak kur­wy i ani tro­chę nie ze­psu­te przez fe­mi­nizm”. War­to za­uwa­żyć, że od pew­ne­go cza­su Karl-Jo­seph nie za­wsze ade­kwat­nie re­ago­wał na po­dob­ne dow­ci­py, co tro­chę ba­wi­ło i in­try­go­wa­ło jego co­ty­go­dnio­we to­wa­rzy­stwo, któ­re we­dle daw­ne­go bur­żu­azyj­ne­go oby­cza­ju co pią­tek zbie­ra­ło się na kie­li­sze­czek w pro­wa­dzo­nej przez Chor­wa­tów ka­wiar­ni „Alt Wien”. W ten spo­sób mimo woli ła­mał on przy­ję­te w tym czy­sto mę­skim krę­gu nie­pi­sa­ne za­sa­dy, w szcze­gól­no­ści obo­wiąz­ko­wą swo­bo­dę wer­bal­ną i lek­ce­wa­żą­co-ele­ganc­ki po­ka­zo­wy cy­nizm. Sta­ry Char­lie-Joe tra­ci po­czu­cie hu­mo­ru, no­to­wa­li w my­ślach, wszyst­ko ja­sne, bez pu­dła: bye, bye, Char­lie, wpa­dłeś jak śliw­ka w kom­pot, z gło­wą w ja­kąś cip­kę wpa­dłeś, do­brze ci tam, Char­lie?

A na­praw­dę było, jak było: po­gor­sze­nie wzro­ku, nie­zwy­kła je­sien­na sa­mot­ność, otę­pie­nie, nie­mra­we ocze­ki­wa­nie wy­jaz­du na Boże Na­ro­dze­nie (we­dług sta­re­go sty­lu) do Lwo­wa, czte­ro­go­dzin­na re­wi­zja na gra­ni­cy w Czo­pie — cel pri­jez­da, do­py­ty­wał się je­den z nich, w zi­mo­wej cza­pie z opusz­czo­ny­mi usza­mi (choć nie­co tę­pa­wy oby­wa­tel Re­pu­bli­ki Au­strii od­po­wie­dział wy­uczo­ne „cien­ni­kasz, foto”, sam jesz­cze na­wet się nie do­my­ślał swo­je­go praw­dzi­we­go celu), po­tem od­wilż, cie­płe desz­cze, kar­ko­łom­ne prze­śli­zgi­wa­nie się po lwow­skich pa­gór­kach, upa­pra­ne ulicz­nym bło­tem buty i no­gaw­ki, czę­ste upad­ki, świą­tecz­ny wie­czór w ja­kiejś wil­li na ul. Ły­sen­ki, sta­rzy zna­jo­mi, nowi zna­jo­mi, nowa tym­cza­so­wa tłu­macz­ka i po­moc­ni­ca („Nie, pa­nie Ka­ro­lu, nie po­mac­ni­ca!”), ob­żar­stwo i opil­stwo, pa­stusz­ko­wie z ba­ran­kiem, Pani Nie­zgra­ba (po pierw­sze, na sa­mym po­cząt­ku wy­la­ła na sie­bie kie­li­szek czer­wo­ne­go wina, za­cze­piw­szy rę­ka­wem suk­ni w sty­lu lu­do­wym; po dru­gie, bo­le­śnie szturch­nę­ła Zum­brun­ne­na łok­ciem, gdy sia­da­ła do sto­łu po po­wro­cie z myj­ni („Z ła­zien­ki, pa­nie Ka­ro­lu!”); po trze­cie — wszak­że do trzech razy sztu­ka! — skrę­ci­ła nogę, le­d­wie uni­ka­jąc upad­ku na krę­tych scho­dach do piw­ni­cy, do­kąd za­pro­szo­no wszyst­kich na oglą­da­nie sza­ro-czar­ne­go ma­lar­stwa pana domu; Karl-Jo­seph zdą­żył ją zła­pać — i to być może nie tyl­ko dla­te­go, że aku­rat stał o scho­dek wy­żej; tym spo­so­bem na pięć mi­nut zo­stał bo­ha­te­rem sta­ro­świec­kie­go fil­mu — Ra­tu­ją­cym Damę przed Śmier­tel­nym Nie­bez­pie­czeń­stwem; „Alesz pho­szę, alesz pho­szę” — od­po­wia­dał na jej po­dzię­ko­wa­nia, bo mach­nąć ręką i zbyć wszyst­ko pa­ro­dią i kur­tu­azją nie po­zwa­la­ły mu bra­ki w za­kre­sie ukra­iń­skie­go słow­nic­twa; tak więc wciąż po­wta­rzał „alesz pho­szę”, a wszy­scy bez sen­su krę­ci­li się wo­kół i prze­py­cha­li, szu­ka­jąc pierw­szej po­mo­cy w przy­pad­ku skrę­ce­nia kost­ki; ja­kiś do­brze na­pi­ty wą­sacz-dy­rek­tor (pro­rek­tor-ko­rek­tor-erek­tor?) za trze­cim po­dej­ściem zdo­łał usztyw­nić ją ban­da­żem ela­stycz­nym („wszy­scy­śmy sta­rzy kar­pac­cy tro­pi­cie­le!”), a co tu ma do rze­czy cie­lę, nie zro­zu­miał Karl-Jo­seph; po­tem we­zwa­no tak­sów­kę i Pani Nie­zgra­ba — a w rze­czy­wi­sto­ści pani Roma Wo­ro­nycz — ku­le­jąc, prze­pa­dła wśród śli­skiej, wil­got­nej nocy, pro­wa­dzo­na przez wła­sne­go, pi­ja­ne­go bar­dziej niż obo­wią­zu­ją­ca w tym to­wa­rzy­stwie śred­nia męża, któ­re­go — jak się oka­za­ło — mia­ła.

Po­tem mi­nę­ło jesz­cze kil­ka świą­tecz­nych, tak samo za­chla­pa­nych desz­cza­mi i reszt­ka­mi śnie­gu dni i nocy; ja­kieś ob­dar­te szop­ki, bar­dziej przy­po­mi­na­ją­ce roz­pro­szo­ne po prze­gra­nej bi­twie reszt­ki daw­ne­go woj­ska, na­tar­czy­we dzie­ci ostrzy­żo­ne na zero, któ­re w po­śpie­chu ko­lę­do­wa­ły, fał­szu­jąc z po­wo­du mu­ta­cji — w ich kie­sze­niach moż­na się było do­my­ślać obec­no­ści noży i pe­tard; po­tem w ho­te­lu na­wa­li­ło ogrze­wa­nie; po­tem znów je na­pra­wio­no, w samą porę — z Ark­ty­ki po­wró­ci­ły zwar­te masy mroź­ne­go po­wie­trza; na Nowy Rok sta­re­go sty­lu wresz­cie spadł śnieg i Karl-Jo­seph wy­krę­cił jej nu­mer, bo na­gle przy­po­mniał so­bie, że ona zna jego ję­zyk, a tym sa­mym on może czuć się znacz­nie swo­bod­niej i na­wet spy­tać, jak jej kost­ka.

Od razu spodo­ba­ło im się by­cie ra­zem, wspa­nia­le asy­sto­wa­ła mu przy re­ali­za­cji kil­ku na­stęp­nych pro­jek­tów, nie tyl­ko jako tłu­macz­ka, ale też jako do­świad­czo­na do­rad­czy­ni, bie­gła w wie­lu ty­po­wo lwow­skich la­bi­ryn­tach sto­sun­ków mię­dzy­ludz­kich. Jed­nak­że od pierw­sze­go te­le­fo­nu w spra­wie skrę­co­nej kost­ki mu­sia­ły mi­nąć jesz­cze pra­wie dwa lata za­sad­ni­czo za­wo­do­wej współ­pra­cy, a mó­wiąc ści­ślej, bo­le­snej, cierp­kiej nie­okre­ślo­no­ści, mu­sia­ły na­stą­pić jesz­cze dwa po­wro­ty Kar­la-Jo­se­pha do Wied­nia i dwa ko­lej­ne przy­jaz­dy na Ukra­inę, aż wresz­cie pew­ne­go dnia sta­ło się, co się mu­sia­ło stać (ja­kaś nie­pro­szo­na au­tor­ka po­wie­ści dla pań syk­nie tu jak żmi­ja — precz z nią, precz!), tak więc, był to po­kój w ho­te­lu Geo­r­ge, w któ­rym rzu­ci­li się na sie­bie z taką osza­ła­mia­ją­cą skwa­pli­wo­ścią, że Pani Nie­zgra­ba ścią­gnę­ła za­sło­nę ra­zem z nad­gry­zio­nym przez kor­ni­ki kar­ni­szem, Karl-Jo­seph ko­lej­ny raz prze­ko­nał się, że nie ra­dzi so­bie z biu­sto­no­sza­mi; za ścia­ną ja­cyś nie­okrze­sa­ni Ol­brzy­mi kon­ty­nu­owa­li re­mont są­sied­nie­go po­ko­ju, bez li­to­ści wa­ląc w tęże ścia­nę swo­imi Hi­per­tro­ficz­ny­mi Szlak­bo­ra­mi i Maj­zla­mi, i o coś się kłó­cąc bru­tal­nym Ję­zy­kiem Za­wo­do­wym; ciąg dal­szy prze­biegł mniej wię­cej, może na­wet wię­cej, a nie mniej, to zna­czy cał­kiem nie­źle, ale kie­dy ciut póź­niej ło­skot w ła­zien­ce ob­wie­ścił, że Pani Nie­zgra­ba po­śli­zgnę­ła się i ręką za­wa­dzi­ła o pó­łecz­kę z róż­ny­mi after-sha­ve’ami, szam­po­na­mi, dez­odo­ran­ta­mi i in­ny­mi ta­ki­mi, Karl-Jo­seph Zum­brun­nen, nie­spo­dzie­wa­nie sa­mot­ny na po­mię­tych wśród ich piesz­czot prze­ście­ra­dłach, na zsu­nię­tych ra­zem łóż­kach, zwró­cił się do wy­so­kie­go ho­te­lo­we­go su­fi­tu z re­to­rycz­nym py­ta­niem, jak moż­na po­su­fać ko­bie­tę, któ­ra ma już nie­mal peł­no­let­nią cór­kę. I za­miast wy­so­kie­go su­fi­tu sam so­bie od­po­wie­dział: „Wy­cho­dzi na to, że moż­na”.

Ro­bi­li, co mo­gli, ale wa­run­ki ze­wnętrz­ne wciąż się po­gar­sza­ły. Pod ko­niec lat dzie­więć­dzie­sią­tych Ukra­ina tra­fi­ła jed­no­cze­śnie na kil­ka czar­nych list, pro­wa­dzo­nych przez nad­mier­nie bez­stron­nych ob­ser­wa­to­rów z roz­ma­itych or­ga­ni­za­cji mię­dzy­na­ro­do­wych. Pod­czas prze­kra­cza­nia gra­ni­cy ukra­iń­skiej za­le­ca­my mieć przy so­bie bank­not dzie­się­cio- lub na­wet dwu­dzie­sto­do­la­ro­wy — ra­dzi­li czy­tel­ni­kom au­to­rzy prze­wod­ni­ka tu­ry­stycz­ne­go Kar­pa­ty Po­łu­dnio­we i Wschod­nie (Lon­dyn–Pa­ryż–Ber­lin 1998). — To stan­dar­do­wa wy­so­kość sty­mu­la­cji dla ukra­iń­skich cel­ni­ków, dzię­ki któ­rej moż­na unik­nąć dłu­go­trwa­łych, a nie­kie­dy po­ni­ża­ją­cych czyn­no­ści na cle. Je­śli mimo wszyst­ko znaj­dzie­cie się na te­ry­to­rium tego pań­stwa, by­łej re­pu­bli­ki ra­dziec­kiej, ko­niecz­nie za­cho­waj­cie nie­zwy­kłą ostroż­ność: wszel­kie ro­dza­je prze­stępstw, w tym gra­bie­że, okra­da­nie sa­mo­cho­dów, a na­wet po­rwa­nia, w ostat­nich la­tach ogrom­nie się tam roz­ple­ni­ły. Po­dob­nie nie war­to li­czyć na po­moc ich po­li­cji z jej prze­ra­ża­ją­co ni­skim po­zio­mem za­wo­do­wym i tech­nicz­nym. W do­dat­ku jej przed­sta­wi­cie­le nie zna­ją żad­nych ję­zy­ków eu­ro­pej­skich, więc nikt was nie zro­zu­mie, ale za to nie­raz spró­bu­je oszu­kać. Wszyst­ko to ra­zem wzię­te, po­dob­nie jak wy­łą­cze­nia prą­du w dłu­gie je­sien­no-zi­mo­we wie­czo­ry, jesz­cze nie sta­no­wi­ło dla Kar­la-Jo­se­pha tra­ge­dii — o wie­le gor­szym ob­ja­wem była ro­sną­ca bez­czel­ność wła­dzy i to­wa­rzy­szą­ce jej roz­ma­rza­nie w lu­dziach owe­go we­wnętrz­ne­go pie­kła, któ­re­mu na imię strach. Wy­da­je mi się — pi­sał w któ­rymś z li­stów — że nie­od­wra­cal­nie do­bie­ga kre­su naj­szczę­śliw­sze w hi­sto­rii tego kra­ju dzie­się­cio­le­cie. Nie­któ­rzy z mo­ich przy­ja­ciół mają wra­że­nie, że ich te­le­fo­ny znów są na pod­słu­chu. Jed­nak­że cał­ko­wi­ta po­wtór­ka z prze­szło­ści nie jest moż­li­wa: o ile daw­na wła­dza roz­pra­wia­ła się z in­ny­mi za po­mo­cą są­dów, obo­zów i tzw. psy­chia­trii, o tyle obec­ny to­ta­li­ta­ryzm na­zwał­bym peł­za­ją­cym: w isto­cie, skra­da się on w ciem­no­ści, wy­ko­rzy­stu­jąc me­to­dy kry­mi­na­li­stów. Być ska­za­nym, na­wet na taj­nym, bez­praw­nym, ale mimo wszyst­ko, pro­szę wy­ba­czyć, praw­dzi­wym pro­ce­sie, gdzie z wy­so­ko pod­nie­sio­nym dy­sy­denc­kim czo­łem ele­ganc­ko rzu­casz sys­te­mo­wi otwar­te oskar­że­nie, pa­mię­ta­jąc, że na Za­cho­dzie i tak się o wszyst­kim do­wie­dzą, to jed­no; zo­stać cy­nicz­nie po­rwa­nym przez osob­ni­ków w ma­skach i za­du­szo­nym pod­czas tor­tur, a po­tem wy­rzu­co­nym bez gło­wy na pust­ko­wiu — to co in­ne­go. Prze­pa­da­ją bez wie­ści po­li­ty­cy, dzien­ni­ka­rze, wor­ki pie­nię­dzy, i je­śli na­wet ktoś zo­sta­je póź­niej od­na­le­zio­ny, to jako trup. Zza wszyst­kich nie­wy­ja­śnio­nych oko­licz­no­ści bar­dzo wy­raź­nie prze­bi­ja­ją pod­ręcz­ni­ko­we sa­mo­bój­stwa i wy­pad­ki sa­mo­cho­do­we, nie­któ­rych roz­strze­li­wu­ją z bli­ska w win­dach albo na scho­dach ich wła­snych do­mów. Mało tego, na tak sprzy­ja­ją­cym grun­cie prze­ra­ża­ją­co roz­wi­nę­ła się też zwy­czaj­na, nie­po­li­tycz­na prze­stęp­czość — prze­cięt­ne­mu oby­wa­te­lo­wi już nikt nie może za­gwa­ran­to­wać bez­pie­czeń­stwa, a czar­ny ry­nek bro­ni pal­nej nie­ba­wem bę­dzie tu prze­ży­wać swo­je zło­te cza­sy. A na ra­zie cóż — mrok, wszech­ogar­nia­ją­cy mrok, wie­lo­go­dzin­ne wy­łą­cze­nia świa­tła i po­ćwiar­to­wa­ne cia­ła w prze­peł­nio­nych po­jem­ni­kach na śmie­ci.

I nie­co da­lej: Mi­mo­wol­nie uło­ży­ło mi się coś w ro­dza­ju afo­ry­zmu: pań­stwo po­li­cyj­ne po­znać po tym, że jego po­li­cja jest tak samo wszech­moc­na wo­bec uczci­wych oby­wa­te­li, jak bez­sil­na wo­bec prze­stęp­ców.

Ale na­wet po tych wy­zna­niach Karl-Jo­seph Zum­brun­nen nie prze­stał jeź­dzić na Ukra­inę. Nie prze­stał, choć rzą­dy kra­jów Unii Eu­ro­pej­skiej już nie za­le­ca­ły swo­im oby­wa­te­lom ta­kich po­dró­ży. Ale cóż te rzą­dy mo­gły wie­dzieć o wietrz­nych, ka­mie­ni­stych grzbie­tach, o ko­lo­rze gli­ny na bu­tach po ty­go­dnio­wym mar­szu, cóż wie­dzia­ły o za­pa­chach — drew­nia­nych cer­kwi, sta­rych cmen­ta­rzy, po­to­ków po desz­czu? A już tym bar­dziej nic nie mo­gły wie­dzieć o pani Ro­mie Wo­ro­nycz, o tym, jak pali w łóż­ku, albo jak szu­ka w mro­ku dro­gi do ła­zien­ki, wpa­da­jąc na krze­sła, albo po pro­stu od­dy­cha tuż obok, albo gasi wszyst­kie świa­tła, by się ro­ze­brać, bo jak każ­da ko­bie­ta w jej wie­ku za­czy­na już nie­co wsty­dzić się wła­sne­go cia­ła.

Dla­te­go Karl-Jo­seph Zum­brun­nen ani my­ślał pod­po­rząd­ko­wy­wać się za­le­ce­niom za­chod­nich rzą­dów. I oto cud mnie­ma­ny: sta­łość jego upodo­bań zo­sta­ła na­gro­dzo­na — w ze­szłym roku od­szu­kał go je­den z waż­nych re­dak­to­rów ogrom­ne­go, pre­sti­żo­we­go wy­daw­nic­twa, spe­cja­li­zu­ją­ce­go się za­rów­no we współ­cze­snych sztu­kach wi­zu­al­nych, mul­ti­me­diach, jak i fo­to­gra­fii do­ku­men­tal­nej, i za­mó­wił u nie­go al­bum kra­jo­bra­zów kar­pac­kich pod ro­bo­czym ty­tu­łem Oj­czy­zna ma­so­chi­zmu. Po­pu­lar­ny w ostat­nich la­tach nurt kul­tu­ro­lo­gii ma­so­cho­lo­gicz­nej i ma­so­cho­znaw­czej miał być pod­trzy­ma­ny dzię­ki mar­twej czy ra­czej zgwał­co­nej na­tu­rze znisz­czo­nych pej­za­ży; re­dak­to­ra in­te­re­so­wa­ło przede wszyst­kim po­łą­cze­nie zde­for­mo­wa­nej przy­ro­dy z in­du­stria­lem, a po­nie­waż tam, na Wscho­dzie, in­du­strial ule­gał de­gra­da­cji tak samo ka­ta­stro­fal­nej, jak przy­ro­da, to cho­dzi­ło już o ru­inę do kwa­dra­tu. „Ro­zu­miesz — mó­wił re­dak­tor — in­te­re­su­ją nas wszyst­kie te za­ro­śnię­te krza­czo­ra­mi cy­ster­ny i ru­ro­cią­gi, brze­gi za­tru­tych rzek, mar­twe hał­dy itd. Pol­ska? Sło­wa­cja? Ru­mu­nia?”. „Je­śli kon­tekst Ma­so­cha ma dla was tak wiel­kie zna­cze­nie, to Ukra­ina” — jak naj­obo­jęt­niej­szym gło­sem od­po­wie­dział Karl-Jo­seph, bo jak wszyst­kie na świe­cie sta­re wró­ble pa­mię­tał, żeby się cza­sem ta­nio nie sprze­dać. „O, to Ma­soch nie jest z Pol­ski?” — re­dak­tor uniósł prze­kłu­tą kol­czy­kiem brew. „Prze­pra­szam, my w Düs­sel­dor­fie cza­sem nie naj­le­piej orien­tu­je­my się w wa­szych au­striac­kich spra­wach” — do­dał, gła­dząc ogni­ście fio­le­to­we­go iro­ke­za. Wy­so­kość za­licz­ki spra­wi­ła, że rów­no go­dzi­nę póź­niej Karl-Jo­seph od­tań­czył niedź­wie­dzi czar­dasz zwy­cię­stwa, już we wła­snym, nie­co przy­cia­snym dla zwy­cię­skich tań­ców miesz­ka­niu na Pra­ter­ster­nie.

Karl-Jo­seph Zum­brun­nen miał za­tem pew­ne po­wo­dy, by w ko­lej­nym ze swo­ich te­go­rocz­nych li­stów na­pi­sać: Cała ta­jem­ni­czość świa­ta wy­ni­ka z na­szej nie­chę­ci do przyj­mo­wa­nia rze­czy ta­ki­mi, ja­ki­mi są. Ale tak na­praw­dę ist­nie­je tyl­ko je­den po­rzą­dek rze­czy. Dla­te­go tak bo­imy się przy­szło­ści, bo­imy się po­dró­ży, dzie­ci, bo­imy się zmian. Nie umiem sta­wić temu czo­ła, ale ze wszyst­kich sił uda­ję, że się opie­ram.

2

Te­raz na­de­szła pora, by ujaw­nić ich wszyst­kich. W jed­nej ze zna­nych mi ksią­żek ana­lo­gicz­ne miej­sce na­zy­wa się „Bo­ha­te­ro­wie dra­ma­tu”. Cho­ciaż, nie wiem, czy ta­kich znów bo­ha­te­rów. I na ile jest to dra­mat.

Ale na po­czą­tek na­le­ży cał­kiem wy­raź­nie, z wy­so­ko­ści pta­sie­go lotu, zo­ba­czyć małą sta­cję ko­le­jo­wą w gó­rach — z tych, któ­re swo­imi fa­sa­da­mi, mimo wie­lo­krot­nych i po­zba­wio­nych sen­su re­mon­tów, wciąż przy­wo­łu­ją cza­sy wie­deń­skiej se­ce­sji. Ktoś opo­wia­dał, że pew­ne­go razu Bo­hu­mil Hra­bal po­wie­dział mniej wię­cej tyle: mógł­by żyć wszę­dzie, gdzie są sta­cje ko­le­jo­we habs­bur­skie­go wzo­ru. Czy­li Bo­hu­mil Hra­bal mógł­by żyć tak­że i tu.

Coś jesz­cze? Tak, oczy­wi­ście: pła­sko­rzeź­ba z sier­pem i mło­tem nad drzwia­mi z pe­ro­nu do po­cze­kal­ni i na wpół zdar­ta re­kla­ma „Usłu­chaj swe­go pra­gnie­nia”, wszyst­ko jed­no gdzie.

Po­ciąg jest tyl­ko je­den i wie­czo­rem, gdzieś o siód­mej trzy­dzie­ści trzy, po­wi­nien przy­je­chać, jak tu­taj mó­wią, z dołu, czy­li z rów­nin. Po­stój zgod­nie z roz­kła­dem ma trwać dwie mi­nu­ty, ale na ogół trwa dłu­żej, bo trze­ba przez ten czas wy­ła­do­wać od pię­ciu do sied­miu skrzy­nek chle­ba. Pod ko­niec kwiet­nia — a tra­fi­li­śmy tu wła­śnie o tej po­rze — o wpół do ósmej wie­czo­rem jest jesz­cze ja­sno, ale po­ciąg przy­je­dzie do­pie­ro do­brze po zmro­ku. Al­bo­wiem do ko­bie­ci­ny w okien­ku nie­daw­no za­dzwo­ni­li z in­for­ma­cją o jego pra­wie dwu­go­dzin­nym opóź­nie­niu, gdyż na to­rze mię­dzy sta­cja­mi Dupa Śred­nia i Dupa Wy­żna le­żał pa­cho­łek; zło­wiesz­czo czar­ny, ebo­ni­to­wy apa­rat, jak z opo­wiast­ki o Le­ni­nie, a tak­że da­le­ka od do­sko­na­ło­ści dyk­cja dys­po­zy­to­ra po­zo­sta­wia­ły wie­le wąt­pli­wo­ści, czy rze­czy­wi­ście pa­cho­łek (ma­to­łek? ba­wo­łek? ba­obab?). To jed­nak nie­istot­ne, waż­ny jest sam fakt dwóch go­dzin opóź­nie­nia. Wy­ni­ka z tego, że ko­bie­ci­na może na po­wrót za­mknąć kasę i wró­cić do do­mo­wych za­jęć na po­bli­skiej, na ra­zie po­zba­wio­nej ja­gód gór­ce, a woź­ni­ca w czap­ce z kró­li­ków i tu­rec­kim swe­trze — pu­ścić karą szka­pę na świe­żą przy­sta­cyj­ną tra­wę, a sa­me­mu za­lec na po­ba­zgra­nej ław­ce w ocze­ki­wa­niu co­dzien­nych pię­ciu skrzy­nek chle­ba (ryby nie bę­dzie).

Mija jesz­cze z kwa­drans cał­ko­wi­tej ci­szy i od stro­ny szo­sy do­la­tu­je ryk sza­leń­czo pod­ska­ku­ją­ce­go na wy­bo­jach i ka­mie­niach ostat­nie­go, nie­wy­as­fal­to­wa­ne­go ka­wał­ka dro­gi au­to­mo­bi­la, któ­ry na ko­niec ma­low­ni­czo ha­mu­je na ma­łym pla­cy­ku przed głów­nym wej­ściem. To ja­kiś dżi­po­id, a może coś na kształt mini-vana, coś ja­poń­skie­go, ame­ry­kań­skie­go, sin­ga­pur­skie­go, ja­kieś ta­kie sa­fa­ri, we­stern, ac­tion i fic­tion, sło­wem, wóz mar­ki Mar­ka Za­chod­nia, ale przy tym, są­dząc z ryku, moż­li­we, że z woj­sko­wym sil­ni­kiem od BWP. Wy­bie­ga kie­row­ca (wiel­kie uszy, moc­ne kar­czy­cho, czar­na skó­ra — nie, nie Mu­rzyn, to kurt­ka!), szyb­ko prze­my­ka przez po­cze­kal­nię, nogą pcha drzwi na pe­ron, roz­glą­da się po ca­łej oko­licz­nej pu­st­ce, ko­pie w la­tar­nię, jak­by to był słup szu­bie­ni­cy, splu­wa ser­decz­nie, od­cze­pia od pasa ko­mó­rę, ale nim zdą­ży wy­brać nu­mer, nie­da­le­ko pe­ro­nu do­strze­ga nie­za­przę­żo­ną fur­kę, a po­tem i pusz­czo­ną lu­zem szka­pę, tak więc, dość słusz­nie, po­sta­na­wia sko­czyć zno­wu do po­cze­kal­ni. Tam naj­wy­raź­niej uci­na so­bie po­ga­węd­kę z woź­ni­cą bez­ce­re­mo­nial­nie obu­dzo­nym sztur­chań­cem, po czym wy­raź­nie uspo­ko­jo­ny, z po­wa­gą wy­ma­sze­ro­wu­je na pe­ron, gdzie przy­sia­da w kuc­ki i za­pa­la pa­pie­ro­sa. Albo wra­ca do dżi­po­ida, mimo wszyst­ko wy­bie­ra­jąc nu­mer. Albo włą­cza w au­cie mu­zy­kę (tu py­ta­nie do na­szych słu­cha­czy: ja­kiej on, kur­wa, mu­zy­ki może słu­chać?) i od­chy­la do tyłu fo­tel, albo przy­my­ka oczy.

Tak mi­ja­ją ko­lej­ne dwie go­dzi­ny, pod­czas któ­rych mo­że­my za­jąć się wła­sny­mi spra­wa­mi.

Te­raz to już na­praw­dę na­stę­pu­je: przy­by­cie, a do­kład­niej przy­jazd bo­ha­te­rów. Ma to miej­sce do­pie­ro przed dzie­sią­tą: roz­cię­ty re­flek­to­rem lo­ko­mo­ty­wy sta­cyj­ny mrok, co­raz wol­niej­szy stu­kot kół, skrzyp i zgrzy­ta­nie, i cięż­kie drże­nie wa­go­nów, tak to to tak. Nie bę­dzie­my ob­ser­wo­wać, jak wy­ła­do­wu­je się chleb, ani jak woź­ni­ca z za­puch­nię­tą od snu twa­rzą — „Naj­lep­sze­go, Ma­sza!” — ostat­ni raz kle­pie w bez­kształt­ny po­śla­dek wa­go­no­wą z ołów­kiem che­micz­nym i spe­cy­fi­ka­cją w ręku, spe­cy­ficz­ną wa­go­no­wą Ma­szę.

Znacz­nie waż­niej­sze, by­śmy zwró­ci­li uwa­gę na wyj­ście bo­ha­te­rów z po­cią­gu. Za­pa­mię­ta­my przy tym, że jest ich ośmio­ro i że z jed­ne­go wa­go­nu wy­ła­nia się cała czwór­ka, z dru­gie­go — tro­je, a z ko­lej­ne­go jesz­cze je­den. Sto­su­nek płci w pierw­szym wy­pad­ku wy­no­si dwa do dwóch, w dru­gim je­den do dwóch, w trze­cim je­den do zera, tym spo­so­bem otrzy­mu­je­my czte­ry oso­by płci sil­nej i tyle samo — pięk­nej. Wszy­scy oni (a nie tyl­ko ja­kaś jed­na), po­ty­ka­jąc się w ciem­no­ści o szy­ny i pod­kła­dy, do­cie­ra­ją w koń­cu do wą­skie­go pe­ro­nu, po czym roz­le­ga się, na przy­kład, świst lo­ko­mo­ty­wy i po­ciąg ru­sza da­lej, a oni po­zo­sta­ją sami po­śród gór i ciem­no­ści, na ma­łej sta­cyj­ce, gdzieś mię­dzy Ga­li­cją a Tran­syl­wa­nią, ale w żad­nym ra­zie nie Pen­syl­wa­nią. Są tro­chę za­gu­bie­ni i nie wszy­scy się zna­ją, ale za­pew­ne już po­dej­rze­wa­ją, że war­to by za­cząć ze sobą roz­ma­wiać, bo wszyst­kich ich zwo­ła­no w tę noc w ja­kimś jed­nym, wiel­kim celu, raz i na całe ży­cie, i ta noc na­dej­dzie, i zmie­ni ich ży­cie, bo tyl­ko tej nocy każ­de­mu z nich przy­da­rzy się coś — o nie, prze­pra­szam, nie­spo­dzie­wa­nie wy­rwa­ły się ze mnie Re­kre­acje, tak więc, pi­sze­my jesz­cze raz od po­cząt­ku: bo wszyst­kich ich przy­wie­zio­no w jed­no i to samo miej­sce.

Pro­ble­my w na­wią­zy­wa­niu sto­sun­ków li­kwi­du­je przy­by­cie czar­no­skó­re­go kie­row­cy, i całe to­wa­rzy­stwo, ta­kim sa­mym sznu­recz­kiem, po­je­dyn­czo, w tej sa­mej ko­lej­no­ści, prze­miesz­cza się za nim przez po­cze­kal­nię na przy­dwor­co­wy pla­cyk, gdzie za­czy­na bez­ład­nie i w ner­wach, głu­pio się prze­py­cha­jąc i dep­cząc so­bie po pię­tach, pa­ko­wać się do chy­ba tyl­ko przy­pad­kiem nie­opan­ce­rzo­ne­go dżi­po­ida, na któ­rym w cza­sie na­szej nie­obec­no­ści po­ja­wi­ła się ta­blicz­ka z na­pi­sem: Pro­gram Cha­ry­ta­tyw­ny BO­HA­TE­RO­WIE BIZ­NE­SU— BO­HA­TE­ROM KUL­TU­RY, choć oni jej po ciem­ku nie wi­dzą, ale dla nas ma to zna­cze­nie, bo w koń­cu oni są bo­ha­te­ra­mi, a to jest przy­by­cie.

Na­resz­cie usa­da­wia­ją się na swo­ich miej­scach i hi­po­te­tycz­ny „ford-ae­ro­star”, z nie­mi­ło­sier­nym wy­ciem bo­jo­we­go czy wręcz qu­asi-bo­jo­we­go sil­ni­ka, ru­sza na­przód, a do­kład­niej, byle da­lej od sta­cji, nie omi­ja­jąc żad­ne­go wy­bo­ju ni ka­mie­nia. Z nie­zna­nych przy­czyn — może przez nie­zwy­kłe oko­licz­no­ści, może przez kie­row­cę z wiel­ki­mi usza­mi, może przez jego, kur­wa, mu­zy­kę — za­le­ga dłu­gie, nie­zręcz­ne mil­cze­nie, co po­zwa­la mi zro­bić pau­zę i wy­my­ślić dla nich ja­kiś cie­kaw­szy spo­sób prze­miesz­cza­nia się.

Oczy­wi­ście, zga­dzam się w stu pro­cen­tach z po­waż­ny­mi za­rzu­ta­mi, że przy­najm­niej w dwóch trze­cich mo­ich do­tych­cza­so­wych po­wie­ści bo­ha­te­ro­wie zo­sta­ją do­kądś przy­wie­zie­ni. Po­przed­nio uda­wa­ło mi się już za­ma­wiać dla nich po­ciąg, au­to­bus mar­ki Ika­rus, sym­bo­licz­ne­go i mi­tycz­ne­go chry­sle­ra im­pe­ria­la, a tak­że — szczyt fan­ta­zji! — in­fer­nal­ną i pół­la­ta­ją­cą kap­su­łę „man­ty­ko­ry”, za­pro­jek­to­wa­ną być może w sa­mych pod­ziem­nych biu­rach Bel­ze­bu­ba i wy­pró­bo­wa­ną na sto­ją­cych w ogniu po­li­go­nach, pod ule­wą ka­mie­ni, siar­ki i nie­czy­sto­ści.

Tak więc po­zo­sta­je mi jesz­cze moż­li­wość wy­ko­rzy­sta­nia stat­ku, któ­ry pły­nął­by gdzieś za oce­an, ale to nie tu i nie te­raz.

Bo w tej chwi­li kie­row­ca tak bez­ład­nie prze­ze mnie opi­sa­ne­go dżi­po­ida, nie prze­ry­czaw­szy na­wet dzie­siąt­ka ki­lo­me­trów po noc­nej szo­sie, gdzie z le­wej nie­bez­piecz­nie na­wi­słe, ka­mie­ni­ste zbo­cza, a z pra­wej w dole Rze­ka, bez ostrze­że­nia skrę­ca wła­śnie w pra­wo i w dół (bo­ha­te­ro­wie pod­ska­ku­ją jak tru­py w wor­kach), i bez wa­ha­nia prze­by­wa wspo­mnia­ną już Rze­kę w po­przek nur­tu, by wy­sko­czyć na roz­mię­kłą le­śną dro­gę, po któ­rej pę­dzi co­raz bar­dziej agre­syw­nie (a cóż mu po­zo­sta­je?), wy­żej wy­mie­nio­ną ta­bli­cą z na­pi­sem tnąc wszel­kie le­śne ga­łę­zie i chasz­cze, a re­flek­to­ra­mi prze­cze­su­jąc złą dro­gę na kil­ka­set me­trów w przód. I mimo wszyst­ko ta jaz­da w nie­zna­ne nie może trwać wiecz­nie, bo zna­la­złem już spo­sób, a do­kład­niej śro­dek, i nie­chaj to bę­dzie he­li­kop­ter!

I oto już sa­mo­chód ha­mu­je na ja­kiejś księ­ży­co­wej (bo księ­życ ze­szedł, psy się uśpi­ły — a więc za­la­nej ane­micz­nym księ­ży­co­wym bla­skiem) ane­mo­no­wej po­la­nie, a tam w isto­cie drży w nie­cier­pli­wym ocze­ki­wa­niu nie do wy­trzy­ma­nia na­krę­co­ny he­li­kop­ter, ol­brzym wagi cięż­kiej, we­te­ran walk, ma­ją­cy jak naj­bez­po­śred­niej­sze hi­sto­rycz­ne związ­ki z de­san­tem, po­wietrz­ny­mi ope­ra­cja­mi sztur­mo­wy­mi, eks­pe­dy­cja­mi kar­ny­mi, bez­pie­czeń­stwem na­ro­do­wym i ta­kąż obro­ną, prze­wro­ta­mi pań­stwo­wy­mi, za­bi­ja­niem jeń­ców wo­jen­nych i ochro­ną śro­do­wi­ska. Tak więc woj­sko­we­go wy­glą­du pi­lot w słu­chaw­kach po­ma­ga przy ba­ga­żach, pod­czas gdy kie­row­ca prze­ka­zu­je mu we­dle spi­su całą ósem­kę i na­wet nie rzu­ca­jąc „do­bra­noc”, star­tu­je swo­im „dżi­pem-ae­ro­star­tem”, roz­rzu­ca­jąc na wszyst­kie stro­ny sal­wy błoc­ka spod roz­grza­nych opon.

Do­pie­ro wte­dy uno­szą się w górę, wi­bru­ją­cy­mi tył­ka­mi przy­wie­ra­ją do twar­dych żoł­nier­skich sie­dzeń i my­ślą o ta­kich rze­czach, jak spa­do­chro­ny i spu­ści­zny, a tak­że spa­da­nie i spad­ko­bier­cy, spa­wy i spa­zmy, i o wszyst­kim in­nym na „sp”…

He­li­kop­ter też jest kiep­skim miej­scem do roz­mów, a sy­tu­ację do­dat­ko­wo kom­pli­ku­je fakt, że wszy­scy nie­opatrz­nie usie­dli twa­rza­mi do sie­bie (czte­ry do czte­rech), i te­raz po­zo­sta­je im co naj­wy­żej spo­glą­dać w bok, w dół, albo krę­cić gło­wa­mi w uda­wa­nym za­in­te­re­so­wa­niu nie­wy­szu­ka­nym wnę­trzem.

Ar­tur Pepa, li­te­rat ze Lwo­wa, zna­lazł naj­mą­drzej­sze z do­stęp­nych roz­wią­zań i wy­do­stał z kie­sze­ni ga­ze­ty, ku­pio­ne jesz­cze w po­cią­gu od ja­kie­goś spraw­ne­go in­a­czej: jed­ną ści­śle re­gio­nal­ną („Eks­ces”), jed­ną wą­sko­par­tyj­ną („Wszech­u­kra­iniec”) i jed­ną ro­syj­sko­ję­zycz­ną („Wszyst­kie bar­wy tę­czy”). Ta ostat­nia oka­za­ła się pi­smem dla ge­jów i les­bi­jek, więc Pepa po obej­rze­niu zdjęć wzdy­cha i od­rzu­ca ją precz, kon­cen­tru­jąc się na dwóch pierw­szych, z nu­dów prze­czy­ta­nych jesz­cze w po­cią­gu. Dla­te­go te­raz musi już nie tyle czy­tać, ile uda­wać, że czy­ta. Tak więc, po raz set­ny prze­śli­zgu­je się wzro­kiem po tra­dy­cyj­nie krzy­kli­wych ty­tu­łach „Eks­ce­su” (STRAŻ PO­ŻAR­NA JAK ZA­WSZE NIE ZDĄ­ŻY­ŁA! CENA BEN­ZY­NY PÓJ­DZIE WGÓRĘ, AKURS HRYW­NY SPAD­NIE! SIE­DEM­NA­STO­LET­NIA WNUCZ­KA ZA­DŹGA­ŁA STRZY­KAW­KĄ WE­TE­RA­NA WOJ­NY IPRA­CY! TRA­GICZ­NE SKUT­KI SA­MO­GO­NU NI­CZE­GO NIE NA­UCZY­ŁY! PRZY­BY­SZE ZA­BRA­LI WKO­SMOS NIE TYL­KO RO­DZI­NĘ BA­RA­NIU­KÓW!), od­no­to­wu­je w my­ślach, że wszyst­ko to skła­da się na nie­zły wiersz, prze­glą­da stro­nę „Kul­tu­ra” z nie­po­ję­tym wy­wia­dem ja­kie­goś lau­re­ata na­gro­dy im. Ta­ra­sa Szew­czen­ki: ZA­WSZE MÓWIŁEM NA­RO­DO­WI TYL­KO PRAW­DĘ, i w koń­cu wra­ca do pół­stro­ni­co­wej re­kla­my, któ­ra wy­da­je mu się na­praw­dę za­baw­na:

Co jo­gurt, to jo­gurt:

to Joga jo­gurt!

Fir­ma „Jog” — kar­pac­ki guru jo­gur­tu

Po­tem bie­rze się za „Wszech­u­kra­iń­ca”, przez ja­kiś czas wpa­tru­je się w nie do koń­ca zro­zu­mia­łe mot­to: „Siła Na­ro­du — w Jego Przy­szło­ści!”, obo­jęt­nie prze­bie­ga wzro­kiem po naj­więk­szych ty­tu­łach — NA­RO­DO­WO­WY­ZWO­LEŃ­CZA RE­WO­LU­CJA PRZE­CIW­KO ZBROD­NI­CZE­MU RE­ŻI­MO­WI JEST NIE­UNIK­NIO­NA! oraz WE­TE­RA­NI UPA ZIE­MI CZOR­TO­POL­SKIEJ PO­PIE­RA­JĄ OBEC­NE­GO PRE­ZY­DEN­TA — i za­głę­bia się w nie­śpiesz­ne do­czy­ty­wa­nie na przed­ostat­niej stro­nie ar­ty­ku­łu CO PO­WIN­NA WIE­DZIEĆ KAŻDA UKRA­IN­KA, BY NIE ZAJŚĆ WNIE­PO­ŻĄ­DA­NĄ CIĄ­ŻĘ — aku­rat od słów: „Sto­su­nek pod­czas mie­siącz­ki w żad­nym ra­zie nie daje stu­pro­cen­to­wej gwa­ran­cji…”, i tak da­lej.

Po jego pra­wej stro­nie sie­dzi Kola, dziew­czy­na te­raz już osiem­na­sto­let­nia, w spód­nicz­ce tak krót­kiej, że chcia­ło­by się spy­tać, ja­kich jej wła­ści­ciel­ka uży­wa pod­pa­sek. Peł­ne imię Koli (choć ona go nie­na­wi­dzi) brzmi: Ko­ło­me­ja. Wszy­scy bio­rą ją za cór­kę Ar­tu­ra Pepy, ale w rze­czy­wi­sto­ści jest jego pa­sier­bi­cą. Zdą­ży­ła już rzu­cić parę za­lot­nych spoj­rzeń ja­kie­muś ru­de­mu i za­ro­śnię­te­mu go­bli­no­wi z na­prze­ciw­ka, kil­ka­krot­nie, jak w fil­mach, ko­niusz­kiem ję­zy­ka ero­tycz­nie ob­li­zać war­gi i tak samo kil­ka razy za­ło­żyć nogę na nogę. Go­blin oka­zał się nie tyl­ko rudy i za­ro­śnię­ty, ale też wsty­dli­wy jak pa­nien­ka, więc to opusz­czał wzrok, to go pod­no­sił, aż wresz­cie scho­wał się w ja­kiejś książ­ce z ob­raz­ka­mi, w wy­ni­ku cze­go Kola zo­bo­jęt­nia­ła i te­raz zie­wa.

Po jej pra­wej stro­nie sie­dzi pani Roma Wo­ro­nycz, jej mama, in­te­re­su­ją­ca ko­bie­ta w wie­ku, któ­ry bywa na­zy­wa­ny lep­szą stro­ną czter­dziest­ki. Pani Roma, żona Ar­tu­ra Pepy, nie naj­le­piej się czu­je — nig­dy nie lu­bi­ła la­tać, na­wet gdy Ae­ro­fłot prze­ży­wał swój roz­kwit, a dziew­czę­ta po­dob­ne do ste­war­de­sy-an­ty­ter­ro­ryst­ki, Nad­ież­dy Kur­czen­ko, nie­prze­rwa­nie roz­da­wa­ły spo­kor­nia­łym pa­sa­że­rom mię­to­we cu­kier­ki i wodę mi­ne­ral­ną. W tam­tych cza­sach była na­wet młod­sza niż Kola te­raz (i cóż, Kola jest już prze­cież do­ro­słą dziew­czy­ną!) i la­ta­ła z ro­dzi­ca­mi do Ki­jo­wa, Sym­fe­ro­po­la i Le­nin­gra­du. Dla­cze­go te­raz jej się to przy­po­mi­na, sama nie wie, może dał o so­bie znać uraz psy­chicz­ny, spo­wo­do­wa­ny roz­bi­ciem ko­la­na na tra­pie któ­re­goś z tych sa­mo­lo­tów. Pani Roma cza­sem pra­cu­je jako tłu­macz na roz­ma­itych post­freu­dow­skich kon­fe­ren­cjach w sto­wa­rzy­sze­niu Klub Du­naj­ski, i stąd co nie­co wie o ta­kich spra­wach. Ale te­raz ją mdli.

Za­my­ka ten rząd oby­wa­tel Re­pu­bli­ki Au­strii Karl-Jo­seph Zum­brun­nen, z wy­glą­du tro­chę od Ar­tu­ra Pepy młod­szy, choć we­dług da­nych w pasz­por­cie jest na od­wrót. Karl-Jo­seph chy­ba jako je­dy­ny w tym to­wa­rzy­stwie cie­szy się z sy­tu­acji, któ­ra prak­tycz­nie unie­moż­li­wia nor­mal­ną roz­mo­wę. Strasz­nie sła­bo ro­zu­mie ukra­iń­ski, tro­chę le­piej jest z jego ro­syj­skim, ale mó­wić nie po­tra­fi w za­sa­dzie w żad­nym z tych ję­zy­ków. Dla­te­go w nie­zna­nym albo sła­bo zna­nym oto­cze­niu woli mil­czeć. Wła­da inną mową, do­kład­niej: in­nym or­ga­nem mowy — swo­im apa­ra­tem fo­to­gra­ficz­nym, któ­ry na­wet tu trzy­ma bli­sko sie­bie i czu­le pia­stu­je na ko­la­nach. Do tego strasz­nie za­pa­ro­wu­ją mu szkła i pra­wie nie wi­dzi osób, któ­re sie­dzą na­prze­ciw­ko.

A na­prze­ciw sie­dzą dwie iden­tycz­ne pan­ny czy może die­wusz­ki, albo krót­ko mó­wiąc, la­ski. Tak, po­wie­dzia­łem iden­tycz­ne, cho­ciaż jed­na z nich to far­bo­wa­na bru­net­ka, a dru­ga — ta­koż far­bo­wa­na blon­dyn­ka. Nie, to w żad­nym ra­zie nie jest iden­tycz­ność taka jak u bliź­niąt, w isto­cie są one róż­ne, a mimo to jed­na­ko­we. Jest to ten ro­dzaj iden­tycz­no­ści, jak ta, któ­ra unie­moż­li­wia od­róż­nie­nie od sie­bie wszyst­kich na świe­cie gwiazd pop, dzi­wek, mo­de­lek, uczen­nic star­szych klas, dziew­czyn z za­wo­dó­wek, sło­wem, wszyst­kich nam współ­cze­snych, bo ową iden­tycz­ność stwo­rzy­ła dla nich wszyst­kich te­le­wi­zja, okład­ki pism i nasz ra­dziec­ki styl ży­cia. Na­zy­wa­ją się Lila i Mar­le­na (pro­szę nie my­śleć, że Lil­la i We­ne­da), choć tak na­praw­dę to Swiet­ka i Ma­ri­na. W tej chwi­li (ale czy tyl­ko w tej chwi­li?) obie tak samo o ni­czym nie my­ślą — z tą wszak­że róż­ni­cą, że we wnę­trzu Lili pa­nu­je zu­peł­na ci­sza, przy­tło­czo­na z ze­wnątrz wy­ciem sil­ni­ka, a Mar­le­nie wciąż krą­ży gdzieś po gło­wie wi­dzia­łam orła cień, orła cień, orła cień…

Po ich le­wej znaj­du­je się wspo­mnia­ny już rudy za­ro­śnię­ty fa­cet o nie­ukry­wa­nie ar­ty­stycz­nej po­wierz­chow­no­ści (gru­by swe­ter, któ­ry wcze­śniej na­le­żał do zna­nej awan­gar­do­wej ak­tor­ki nie­miec­kie­go te­atru mło­dzie­żo­we­go, ko­szu­la no­szo­na przez kur­dyj­skie­go wo­jow­ni­ka o pań­stwo­wość dla jego na­ro­du, a rów­no­cze­śnie stu­den­ta Uni­wer­sy­te­tu Lwow­skie­go, ab­sur­dal­ne spodnie, chy­ba pro­sto z pa­czek, kol­czyk w uchu, da­lej wia­do­mo), a więc jest to co­raz po­pu­lar­niej­szy (ale gdzie i wśród kogo?) clip­ma­ker i te­le­de­si­gner, któ­ry na imię ma albo Ja­re­ma, albo Ja­ro­mir (za tym nie tra­fisz, bo za­wsze przed­sta­wia się jako Jar­ko), a na na­zwi­sko Ma­hik, co ca­łej bran­ży daje pod­sta­wy, by wo­łać na nie­go Ma­gi­ker, pod­czas gdy resz­cie świa­ta — po­dej­rze­wać, że tak na­praw­dę na­zy­wa się Ma­gi­kow, i uważ­nie przy­glą­dać się kształ­to­wi jego nosa oraz nie­co wy­łu­pia­stych oczu. Jar­ko zde­cy­do­wa­nie i jak się wy­da­je, z lek­ce­wa­że­niem od­wró­cił je od głu­pio otwar­tych za­gry­wek chu­dej jak ka­lo­ry­fer szpar­ki z na­prze­ciw­ka i na­śla­du­jąc zna­ne­go z ga­ze­to­wych fo­to­gra­fii ly­te­ra­ta, jej są­sia­da (jak mu tam? Biba, Buba?), za­głę­bił się w ko­lo­ro­wą bro­szu­rę Świad­ków Je­ho­wy „Uczyń Sa­me­go Sie­bie God­nym Zba­wie­nia”, ku­pio­ną w tym sa­mym po­cią­gu od tego sa­me­go po­usz­ka­dza­ne­go go­ścia. A w ogó­le bę­dzie krę­cić klip. To bę­dzie klip z Lilą i Mar­le­ną.

I wresz­cie jesz­cze je­den obiekt — dość przy­sa­dzi­sty i bar­dzo okrą­glut­ki do­bro­dziej, wła­śnie tak, do­bro­dziej, je­den z tych, któ­rzy wy­da­ją się stwo­rze­ni dla tego sło­wa. Wy­raź­nie aka­de­mic­ka tu­sza i szla­chet­ne krą­gło­ści syl­wet­ki wska­zu­ją na przy­na­leż­ność do wy­kła­dow­czo-pro­fe­sor­skie­go ro­dza­ju ludz­kie­go, ale nie w spro­fa­no­wa­nym przez tzw. szkol­nic­two wyż­sze wa­rian­cie ogra­ni­czo­ne­go ka­rie­ro­wi­cza i piły, nad­zor­cy stu­den­tów i — bądź­my szcze­rzy — bez­na­dziej­ne­go ła­pów­ka­rza, ale kla­sycz­ne­go — styl wie­deń­sko-war­szaw­ski — pro­fe­so­ra w trze­cim po­ko­le­niu, znaw­cy mar­twych ję­zy­ków i przed­wo­jen­nych aneg­dot, zwią­za­ne­go naj­pew­niej z ja­kąś ka­to­lic­ką uczel­nią albo taj­nym to­wa­rzy­stwem na­uko­wym. To pro­fe­sor Dok­tor (by­wa­ją w Ga­li­cji i ta­kie na­zwi­ska!), ba­dacz al­che­mii sło­wa, an­to­ny­czo­znaw­ca, choć jak sam twier­dzi, jest ra­czej an­to­ny­cziań­cem. Z życz­li­wym i przy­ja­znym uśmie­chem na wą­skich, star­czych ustach od cza­su do cza­su wpa­tru­je się w ko­goś z obec­nych, jak­by wy­szu­ki­wał wśród nich naj­lep­sze­go słu­cha­cza (słu­chacz­ki?) dla ma­ją­ce­go już wy­pły­nąć z jego ust bły­sko­tli­we­go wy­kła­du wstęp­ne­go z li­rycz­ny­mi in­ter­mez­za­mi i zmien­ną in­to­na­cją: „Boh­dan Ihor An­to­nycz (1909–1937), po­eta, kry­tyk i ese­ista, obie­cu­ją­cy pro­za­ik, jest bez wąt­pie­nia jed­ną z czo­ło­wych po­sta­ci li­te­ra­tu­ry ukra­iń­skiej XX wie­ku. Po­ja­wie­nie się An­to­ny­cza na po­cząt­ku lat trzy­dzie­stych w sa­mym cen­trum ukra­iń­skie­go ży­cia li­te­rac­kie­go było ty­leż po­żą­da­ne, ile za­ska­ku­ją­ce. Dziw­ne i za­wsze nie­prze­wi­dzia­ne splo­ty oso­bi­stych lo­sów, oko­licz­no­ści hi­sto­rycz­nych i zwią­za­nych z nimi aber­ra­cji spo­łecz­ne­go po­strze­ga­nia spra­wi­ły, że An­to­ny­cza moż­na uznać za po­etę dłu­go wy­ma­zy­wa­ne­go z na­szej pa­mię­ci. Rów­no­cze­śnie za ży­cia jego sy­tu­acja była ra­czej ko­rzyst­na. W 1928 roku wszech­stron­nie uzdol­nio­ny mło­dzie­niec, wy­cho­wa­nek da­le­kich łem­kow­skich wsi, gdzie spę­dził dzie­ciń­stwo w ro­dzi­nie du­chow­ne­go, prze­no­si się do Lwo­wa — nie­za­prze­czal­nie spo­łecz­nej i du­cho­wej sto­li­cy Ga­li­cji — i wstę­pu­je na uni­wer­sy­tet. Nie­mal od razu zwra­ca uwa­gę wy­kła­dow­ców i ko­le­gów, de­mon­stru­jąc nie­prze­cięt­ne zdol­no­ści i wiel­ką pra­co­wi­tość. Już w la­tach stu­denc­kich de­biu­tu­je w cza­so­pi­smach jako li­te­rat, nie ko­niec na tym — ma­jąc dwa­dzie­ścia dwa lata wy­da­je wła­sny, ory­gi­nal­ny to­mik po­ezji Przy­wi­ta­nie ży­cia (1931). Po ukoń­cze­niu stu­diów (1933, wy­dział fi­lo­zo­fii, in­sty­tut fi­lo­lo­gii sło­wiań­skiej) otrzy­mu­je od razu kil­ka pro­po­zy­cji zwią­za­nych z suk­ce­sa­mi w na­uce, w szcze­gól­no­ści od­by­cia na koszt pań­stwa sta­żu w sto­li­cy Buł­ga­rii. Jed­nak­że An­to­nycz wy­bie­ra dro­gę wol­ne­go twór­cy. Wol­ne­go — we wszyst­kich aspek­tach tego zło­żo­ne­go po­ję­cia. Bo gdy tyl­ko za­czy­na­my wspo­mi­nać Boh­da­na Iho­ra An­to­ny­cza, w nie­unik­nio­ny spo­sób od­czu­wa­my wład­cze i za­dzi­wia­ją­ce nad­cią­ga­nie ta­jem­ni­cy, za­gad­ki, mi­ste­rium. Przed ukoń­cze­niem dwu­dzie­ste­go ósme­go roku ży­cia po­eta od­szedł do lep­sze­go świa­ta, po­zo­sta­wia­jąc nam wie­le py­tań albo — tak chy­ba do­kład­niej — wra­że­nie na­sy­co­nej nie­mal pod­zwrot­ni­ko­wy­mi opa­ra­mi prze­strze­ni dla przy­pusz­czeń i do­my­słów. Ukra­iń­skie li­te­ra­tu­ro­znaw­stwo sto­sun­ko­wo mało uwa­gi po­świę­ci­ło za­gad­nie­niu An­to­ny­cza i in­no­ści czy po­wiedz­my, An­to­ny­cza jako in­ne­go, kon­cen­tru­jąc wy­sił­ki na kwe­stiach zu­peł­nie prze­ciw­staw­nych. Da­lej po­sta­ram się od­sło­nić ową in­ność przy­najm­niej czę­ścio­wo, ogra­ni­cza­jąc ją do po­ję­cia eg­zo­ty­ki, i udo­wod­nić obec­ność w tej eg­zo­ty­ce sa­me­go An­to­ny­cza”.

Ale dal­sze od­sła­nia­nie in­no­ści An­to­ny­cza pro­fe­so­ro­wi się nie uda­je, bo nie­spo­dzie­wa­na po­dróż po­wietrz­na się koń­czy — ile to trwa­ło, kwa­drans? — a więc he­li­kop­ter lą­du­je, wy­so­kość ty­siąc osiem­set sie­dem­dzie­siąt sześć, przej­ście pię­tra sub­al­pej­skie­go w al­pej­skie, al­pej­skie­go w ty­be­tań­skie, a ty­be­tań­skie­go w hi­ma­laj­skie, i dla­te­go — ja­ło­wiec i ko­so­drze­wi­na, i nad­gry­zio­ne przez wiatr ka­mie­nie, bo wiatr wie­je tu za­wsze i ze­wsząd, i księ­życ znów cho­wa się za po­szar­pa­ną le­cą­cą chmu­rę, a po­tem wy­ska­ku­je zza niej, by zno­wu scho­wać się za na­stęp­ną, i szko­da, że pań­stwo tego nie wi­dzą: za­pa­da­jąc się w po­sza­rza­ły, twar­dy w do­ty­ku śnieg, wszy­scy po­je­dyn­czo peł­zną po­ło­ni­ną do góry, ły­ka­jąc wiatr ra­zem z mie­nią­cym się księ­ży­co­wym bla­skiem, pro­wa­dze­ni przez pi­lo­ta o wy­glą­dzie ofi­ce­ra na spo­tka­nie elek­trycz­nych bły­sków i uja­da­nia psów.

Bul-bul-bul-te­rier! Każ­dy chy­ba zna ten rytm i bul­got? Ale, ale, czy w ogó­le ktoś sły­szał, jak szcze­ka­ją bul­te­rie­ry? Rot­twe­ile­ry — tak, cza­sem na­wet pit­bu­le. Ale nie je­stem pe­wien, czy bul­te­rie­ry w ogó­le szcze­ka­ją. Bul­got z głę­bi gar­dzie­li — tak, bez wąt­pie­nia, ale szcze­ka­nie? I w ogó­le, po co mi bul­te­rie­ry, po co te alu­zje, te ste­reo­ty­py? Żad­nych psów tam nie było, z kar­pac­ki­mi pa­ster­ski­mi włącz­nie. A więc i uja­da­nia żad­ne­go też nie.

Ale były elek­trycz­ne bły­ski i sy­gna­ły świetl­ne — hej! Był wy­so­ko­gór­ski pen­sjo­nat, do­kąd wresz­cie wta­ra­ba­ni­ła się cała ósem­ka tzw. bo­ha­te­rów. Te­raz nie­zde­cy­do­wa­nie cze­ka­ją na za­la­nej cie­płym świa­tłem we­ran­dzie. A je­śli to nie we­ran­da? Może sa­lon albo na przy­kład sala ko­min­ko­wa z je­le­ni­mi ro­ga­mi i gło­wa­mi dzi­ków na ścia­nach? I jak mógł­bym za­po­mnieć o nie­wia­ry­god­nie wiel­kiej, na całą nie­mal pod­ło­gę, niedź­wie­dziej skó­rze?

I jak miał­bym wresz­cie uka­zać dzie­wią­te­go z nich, War­ca­by­cza? Może pod po­sta­cią ogrom­nej wi­zy­tów­ki, kar­ty-bil­bor­du, na któ­rej już z od­le­gło­ści stu me­trów moż­na prze­czy­tać:

Pan VART­SA­BYCH, Ylko, Jr., Owner

a na od­wro­cie:

War­ca­bycz Ilko Il­ko­wicz, Wła­ści­ciel?

I niech na tej kar­cie

oży­je do bólu zna­jo­me

i wa­lu­ta, i ropa,

i bli­zna, i — do rymu — oj­czy­zna?

I wte­dy wszyst­ko bę­dzie jak na­le­ży, całe im­pe­rium ze wszyst­ki­mi ele­men­ta­mi i czyn­ni­ka­mi: sieć sta­cji ben­zy­no­wych, sieć pen­sjo­na­tów i ba­có­wek, sieć kan­to­rów „Re­dyk”, fir­ma „Jog” z jej eko­lo­gicz­no-jo­gicz­ny­mi jo­gur­ta­mi, za­kła­dy spi­ry­tu­so­we „Mo­on­shi­ne” z ich bal­sa­ma­mi wiecz­nej mło­do­ści, eks­trak­ta­mi wiecz­nej ra­do­ści i pły­na­mi do płu­ka­nia ust, dwie czy trzy fer­my fu­ter, tym­cza­so­wo ży­wych, po tu­zi­nie ba­za­rów z ar­ty­ku­ła­mi prze­my­sło­wy­mi i spo­żyw­czy­mi, wszyst­kie kry­te, tak­że od góry, jesz­cze jed­na fer­ma, ale stru­sia, da­lej już dro­bia­zgi — ja­kieś ju­ha­sów­ki, budy z szasz­ły­ka­mi i pie­ro­ga­mi, bi­lar­dy, to­a­le­ty pu­blicz­ne, kio­ski z ze­szło­rocz­nym tran­syl­wań­skim pi­wem i sni­ker­sa­mi, a tak­że spon­so­ro­wa­nie kon­kur­sów pięk­no­ści i noc­nych klu­bów za­in­te­re­so­wań, han­del de­ta­licz­ny w po­cią­gach pod­miej­skich, roz­bój na dro­gach, sieć że­bra­ków w sto­li­cach trzech okrę­gów, daw­ne fa­bry­ki: me­bli i ozo­ke­ry­tu, dziś opa­ko­wań, trzy i pół ki­lo­me­tra śle­pe­go od­ga­łę­zie­nia toru ko­le­jo­we­go, tro­chę ga­zo­cią­gu, pod­ziem­ne zbior­ni­ki gazu, si­lo­sy ra­kie­to­we, grzyb­ne i ja­go­do­we dział­ki le­śne, ka­mie­nie rzecz­ne, zło­mo­wi­sko sa­mo­cho­dów…

(Ale to wszyst­ko tyl­ko tak, dla ludz­kich oczu, bo w rze­czy­wi­sto­ści trze­ba pa­mię­tać o wol­nej stre­fie eko­no­micz­nej i grze bez za­sad, a więc o nie­koń­czą­cych się ka­ra­wa­nach ja­kichś nig­dzie nie za­re­je­stro­wa­nych TIR-ów, a tak­że o noc­nych trans­por­tach drew­na i ce­men­tu, o nie­usta­ją­cym stu­ko­cie za­plom­bo­wa­nych wa­go­nów, o me­ta­fi­zycz­nych gwiz­dach lo­ko­mo­ty­wy na przy­gra­nicz­nych sta­cyj­kach to­wa­ro­wych, o czer­wo­nych i zie­lo­nych se­ra­fi­nich oczach se­ma­fo­rów, o wiecz­nym nie­po­ko­ju i ru­chu w jed­nym kie­run­ku — na po­łu­dnio­wy za­chód, do Tran­syl­wa­nii, bo choć znaj­du­je­my się w cen­trum Eu­ro­py, wszyst­ko u nas koń­czy się wy­łącz­nie na Tran­syl­wa­nii, ze­wsząd przy­świe­ca nam wła­śnie ona, Tran­syl­wa­nia, no może cza­sem jesz­cze zgni­ła War­sza­wa, ale prze­waż­nie Tran­syl­wa­nia i krop­ka, lecz on, War­ca­bycz Ilko, Wła­ści­ciel, daw­no już zdo­łał po­ko­nać skut­ki tej geo­gra­ficz­nej sy­tu­acji bez wyj­ścia i do­się­gnąć fi­nan­so­wo in­nych, bar­dziej baj­ko­wych te­ry­to­riów — i Kek­shol­mu, i Hel­go­lan­du, i Strasz­nych Wysp Sa­lo­mo­na. Choć ja oso­bi­ście nie wie­rzę w tych nie­le­gal­nych uchodź­ców z Ban­gla­de­szu, któ­rych dzie­się­ciu czy dwu­dzie­stu udu­si­ło się pod świe­żo po­ło­żo­ną pod­ło­gą sa­mo­cho­du-chłod­ni, to już złe ję­zy­ki ga­da­ły).

No tak, ani sło­wa wię­cej.

(Choć moż­na jesz­cze wspo­mnieć o zu­peł­nie in­nym, eg­zo­tycz­nym i ezo­te­rycz­nym, biz­ne­sie: o kwit­nie­niu pa­pro­ci, zbie­ra­niu od­kru­chów me­te­ory­tów, odła­wia­niu zjaw i ob­my­wa­niu z krwi sta­ro­żyt­nych kosz­tow­no­ści. Ist­nie­ją wszak­że dwie rów­no­praw­ne wer­sje hi­sto­rii bły­ska­wicz­nej dro­gi Ilka na fi­nan­so­we i ma­jąt­ko­we szczy­ty. We­dług jed­nej z nich War­ca­bycz, jesz­cze zwy­kły śmieć, w porę wy­ko­rzy­stał in­fla­cję i otwo­rzył płat­ną dys­ko­te­kę w Czor­to­po­lu, wło­żyw­szy pierw­szych pięć­dzie­siąt srebr­ni­ków w ja­zgo­czą­ce pa­ki­stań­skie ste­reo. We­dług in­nej, jako je­dy­ny we­dług drze­wa ge­ne­alo­gicz­ne­go bez­po­śred­ni po­to­mek wpły­wo­we­go zbój­nic­kie­go rodu, do­stą­pił wta­jem­ni­cze­nia w se­kre­ty naj­więk­sze­go w Kar­pa­tach Wschod­nich skar­bu, z któ­re­go ko­rzy­sta te­raz peł­ny­mi gar­ścia­mi, nie od­ma­wia­jąc ni­cze­go ani so­bie, ani swo­je­mu kra­jo­wi).

WY­DAW­NIC­TWO CZAR­NE sp. z o.o.www.czar­ne.com.pl

Se­kre­ta­riat: ul. Koł­łą­ta­ja 14, III p., 38-300 Gor­li­cetel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75 e-mail: ma­te­[email protected]­ne.com.pl,to­[email protected]­ne.com.pl, do­mi­[email protected]­ne.com.pl,ho­no­ra­[email protected]­ne.com.pl, [email protected]­ne.com.pl

Re­dak­cja: Wo­ło­wiec 11, 38-307 Sę­ko­watel. +48 18 351 00 70e-mail: re­dak­[email protected]­ne.com.pl

Se­kre­tarz re­dak­cji: mal­go­rza­[email protected]­ne.com.pl

Dział pro­mo­cji: ul. An­der­sa 21/56, 00-159 War­sza­watel./fax +48 22 621 10 48e-mail: agniesz­[email protected]­ne.com.pl, [email protected]­ne.com.pl, do­ro­[email protected]­ne.com.pl, zo­[email protected]­ne.com.pl

Dział mar­ke­tin­gu: ka­ta­rzy­[email protected]­ne.com.pl

Dział sprze­da­ży: irek.grad­kow­[email protected]­ne.com.pltel. 504 564 092, 605 955 550agniesz­ka.wil­[email protected]­ne.com.pl

Au­dio­bo­oki i ebo­oki: Iza­be­la Re­gól­ska, [email protected]­ne.com.pl

Wo­ło­wiec 2008

Wy­da­nie II