Dwanaście dni świąt Dasha i Lily - Rachel Cohn, David Levithan - ebook
Opis

Minął prawie rok od ostatnich Świąt, do Gwiazdki zostało tylko dwanaście dni… Dash i Lily są wciąż razem, ale czy są tacy sami?

Nowy, optymistyczny bożonarodzeniowy romans Rachel Cohn i Davida Levithana, autorów bestellerów „New York Timesa”, z Dashem i Lily w głównych rolach. Od czasu, kiedy czytelnicy śledzili rodzące się uczucie Dasha i Lily, bohaterowie wiele wspólnie przeszli. Ukochany dziadek Lily przeżył zawał serca, a trudna rekonwalescencja dramatycznie wpłynęła na jego zwykle optymistyczne usposobienie. To nie był łatwy rok.

Zostało zaledwie dwanaście dni do Bożego Narodzenia – dla Lily najważniejszego czasu w roku. Dash wraz z przyjaciółmi muszą podbić Manhattan, by pomóc Lily odnaleźć świąteczną magię grudniowego Nowego Jorku. Czy przyjaźń i miłość na nowo rozbłysną - jak światełka na choince?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 234

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


TYTUŁ ORYGINAŁU: TheTwelve Days of Dash & LilyCopyright © 2016 by Rachel Cohn and David Levithan All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem do reprodukcji w całości lub we fragmencie w jakiejkolwiek formie.

Copyright © for the Polish edition and translation by Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o., 2016

ISBN 978-83-8074-068-6

PROJEKT OKŁADKI: Sylwia Szyrszeń REDAKCJA: Olga Gitkiewicz KOREKTA: Urszula Włodarska REDAKCJA TECHNICZNA: Adam Kolenda

WYDAWCA: Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o. ul. Sokolnicza 5/76, 53-676 Wrocławwww.bukowylas.pl

WYŁĄCZNY DYSTRYBUTOR: Firma Księgarska Olesiejuk Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością Sp.j. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 721 30 11, fax 22 721 30 01 www.olesiejuk.pl, e-mail: fk@olesiejuk.pl

Dla E.L. Konigsburg

Dwanaście dni świąt[1]

Pierwszego dnia świąt ukochany przysłał mi kuropatwę na gruszy

Drugiego dnia świąt ukochany przysłał mi dwie turkawki i kuropatwę na gruszy

Trzeciego dnia świąt ukochany przysłał mi trzy kurki dwie turkawki i kuropatwę na gruszy

Czwartego dnia świąt ukochany przysłał mi cztery śpiewające drozdy trzy kurki dwie turkawki i kuropatwę na gruszy

Piątego dnia świąt ukochany przysłał mi pięć złotych pierścionków cztery śpiewające drozdy trzy kurki dwie turkawki i kuropatwę na gruszy

Szóstego dnia świąt ukochany przysłał mi sześć gęsi na grzędzie pięć złotych pierścionków cztery śpiewające drozdy trzy kurki dwie turkawki i kuropatwę na gruszy

Siódmego dnia świąt ukochany przysłał mi siedem pływających łabędzi sześć gęsi na grzędzie pięć złotych pierścionków cztery śpiewające drozdy trzy kurki dwie turkawki i kuropatwę na gruszy

Ósmego dnia świąt ukochany przysłał mi osiem dojących dziewcząt siedem pływających łabędzi sześć gęsi na grzędzie pięć złotych pierścionkówcztery śpiewające drozdy trzy kurki dwie turkawki i kuropatwę na gruszy

Dziewiątego dnia świąt ukochany przysłał mi dziewięć tańczących panien osiem dojących dziewcząt siedem pływających łabędzi sześć gęsi na grzędzie pięć złotych pierścionków cztery śpiewające drozdy trzy kurki dwie turkawki i kuropatwę na gruszy

Dziesiątego dnia świąt ukochany przysłał mi dziesięciu skaczących chłopców dziewięć tańczących panien osiem dojących dziewcząt siedem pływających łabędzi sześć gęsi na grzędzie pięć złotych pierścionków cztery śpiewające drozdy trzy kurki dwie turkawki i kuropatwę na gruszy

Jedenastego dnia świąt ukochany przysłał mi jedenastu dudziarzy dziesięciu skaczących chłopców dziewięć tańczących panien osiem dojących dziewcząt siedem pływających łabędzisześć gęsi na grzędzie pięć złotych pierścionków cztery śpiewające drozdy trzy kurki dwie turkawki i kuropatwę na gruszy

Dwunastego dnia świąt ukochany przysłał mi dwunastu doboszów jedenastu dudziarzy dziesięciu skaczących chłopców dziewięć tańczących panien osiem dojących dziewcząt

pierwszy     Dash  Gruszka na… drzewie z kuropatw

Sobota, 13 grudnia

Spotykałem się z Lily od niemal roku, ale bez względu na to, co robiłem, nie mogłem przekonać jej brata, by mnie polubił, zaufał mi i uwierzył, że jestem wystarczająco dobry dla jego siostry. Zdziwiłem się więc, kiedy napisał, że chce się umówić na lunch. Tylko ze mną.

Na pewno nie pomyliłeś numeru? – odpisałem.

Nie bądź palantem, tylko przyjdź – odpowiedział.

Choć próbowałem wyprzeć tę wiedzę, domyśliłem się, dlaczego chce się ze mną spotkać i o czym chce rozmawiać.

Nie miał co do mnie racji, ale w pewnych sprawach się nie mylił. Problem rzeczywiście istniał.

To był trudny rok.

Ale nie na początku. Na początku używałem często tak oklepanych zwrotów jak „bomba!” oraz „ekstra!”. Boże Narodzenie i Nowy Rok przyniosły mi wreszcie coś innego niż konsumpcyjną i postkonsumpcyjną depresję. Początek tego roku przyniósł mi Lily – radosną, pełną wiary Lily. Dzięki niej i ja byłem gotów uwierzyć w hojnego grubasa w czerwonym kostiumie na podrasowanych saniach. Dzięki niej miałem ochotę klaskać, kiedy Staruszek Czas przekazał kluczyki noworodkowi i powiedział: „Masz, młody, zasuwaj”. Dzięki niej zrobiłem się nieco bardziej cyniczny wobec własnego cynizmu. Zaczęliśmy ten rok od obściskiwania się w dziale z rzadkimi wydaniami Strandu, naszej ulubionej księgarni. Wydawało się, że to zapowiedź samych dobroci.

I tak było. Przez jakiś czas.

Poznała moich przyjaciół. Dobrze poszło.

Ja poznałem wielu z jej niepoliczalnych krewnych. Poszło nieźle.

Ona poznała moich rodziców, macochę i ojczyma. Nie mogli pojąć, jakim cudem ich ponury synek stał się takim promyczkiem. Ale nie narzekali. Wyrazili wręcz pewien podziw, jaki nowojorczycy zwykle zachowują dla idealnego bajgla, jazdy taksówką przez pięćdziesiąt przecznic na zielonym i tego jednego jedynego filmu z pięciu, które nakręci Woody Allen.

Poznałem ukochanego dziadka Lily. Spodobał mu się mój uścisk dłoni i powiedział, że to mu wystarczy, by mnie zaakceptować. Ale i tak wciąż chciałem zasługiwać na jego sympatię, bo w oczach tego gościa pojawiał się błysk na wspomnienie rozegranego pół wieku temu meczu baseballu.

Brata Lily Langstona trudniej było przekonać. Zwykle dawał nam spokój. I dobrze. Nie umawiałem się z Lily po to, by spędzać czas z jej bratem. Spotykałem się z Lily, żeby być z Lily.

I byłem z Lily. Nie chodziliśmy do tej samej szkoły, nie mieszkaliśmy w tej samej okolicy, zrobiliśmy więc sobie plac zabaw z Manhattanu. Biegaliśmy po oszronionych parkach i szukaliśmy schronienia w sieciowych kawiarniach i salach kinowych. Pokazałem Lily moje ulubione zakątki nowojorskiej biblioteki publicznej. Ona pokazała mi w piekarni Levain ulubione ciastka… czyli właściwie wszystkie.

Manhattan nie miał nic przeciwko naszym wędrówkom.

Styczeń przeszedł w luty. Miasto przemarzło do kości. Uśmiechy widywało się coraz rzadziej. Śnieg, czarujący, gdy padał, stawał się mniej pożądany, kiedy dłużej leżał. Ubieraliśmy się na cebulkę, a każdy dotyk długo do nas docierał.

Ale Lily – Lily to nie przeszkadzało. Lily była jak ciepłe rękawiczki, gorąca czekolada i śniegowe anioły, które unosiły się nad ziemią i tańczyły w powietrzu. Mówiła, że uwielbia zimę, a ja zastanawiałem się, czy jest jakaś pora roku, której nie uwielbia. Musiałem się bardzo postarać, by uwierzyć w szczerość tego entuzjazmu. Moje wewnętrzne palenisko służyło dotąd składaniu ofiar, nie ogrzewaniu duszy. Nie rozumiałem, jak Lily może być nieustannie szczęśliwa. Ale poczułem taką miłość, że postanowiłem jej nie kwestionować i w niej żyć.

A potem.

Dwa dni przed majowymi urodzinami Lily poprosiłem mojego najlepszego kumpla Bumera, żeby pomógł mi zrobić dla niej na drutach czerwony sweter. Okazało się, że nawet jeśli obejrzysz dziesiątki filmików na YouTubie, nie ma sposobu, by wydziergać czerwony sweter w jedno popołudnie. Dzwonił telefon, ale go nie słyszałem. Potem zadzwonił znowu, ale miałem zajęte ręce. Dopiero dwie godziny później zobaczyłem, ile mam wiadomości.

Kiedy je odsłuchałem, okazało się, że ukochany dziadek Lily miał atak serca w wyjątkowo kiepskim momencie – akurat szedł po schodach do mieszkania. Upadł. I spadał. Leżał przynajmniej pół godziny, ledwie przytomny, dopóki Lily nie wróciła do domu i go nie znalazła. Karetka jechała potwornie długo. Lily patrzyła, jak dziadek odpływa. Patrzyła, jak go reanimują. Czekała, nie potrafiąc dalej patrzeć, jak stoi na krawędzi i z trudem ląduje po właściwej stronie życia.

Jej rodzice byli daleko. Langston na zajęciach, nie wolno mu było korzystać z komórki. Ja okazałem się zbyt zajęty dzierganiem prezentu-niespodzianki, by zauważyć, że dzwoni. Siedziała sama w szpitalnej poczekalni, bliska utraty tego, czego hipotetycznej możliwości utraty nigdy nawet nie rozważała.

Dziadek przeżył, ale rekonwalescencja trwała koszmarnie długo. Przeżył, lecz bardzo cierpiał. Przeżył, bo Lily pomagała mu żyć, jednak ta pomoc wiele ją kosztowała. Gdyby umarł, okrutnie by cierpiała, ale kiedy patrzyła na jego nieustanne męki i frustracje, była niemal tak samo zrozpaczona.

Jej rodzice wrócili do domu. Langston zaproponował, że weźmie dziekankę. Ja próbowałem być przy Lily. Ale to była jej sprawa. Odpowiadała za dziadka i nie zamierzała tego zmieniać. A on cierpiał za bardzo, by się sprzeczać. Nie mogę nawet powiedzieć, żebym go winił – ja także chciałbym, by to akurat Lily pomogła mi stanąć na nogi, gdybym tego kiedykolwiek potrzebował. Chciałbym, żeby to ona przywróciła mnie do życia. Nawet jeśli życie nie miało już dla niej takiego uroku jak kiedyś.

Kiedy sprawy się sypią, ci, którzy wierzą, cierpią najbardziej. Lily nie chciała o tym rozmawiać, a ja nie znałem słów, które pomogłyby jej spojrzeć na wszystko inaczej. Powiedziała, że chce, bym stał się dla niej ucieczką, i to mi schlebiało. Wspierałem ją, ale było to pasywne wsparcie krzesła czy filaru, a nie aktywne – człowieka trzymającego w pionie drugiego człowieka. Dziadek Lily przechodził w kolejnych szpitalach kolejne operacje, komplikacje po operacjach, fizjoterapię, a ja i ona spędzaliśmy wspólnie coraz mniej czasu – rzadziej chodziliśmy po mieście, rzadziej zaglądaliśmy w swoje myśli. Czas egzaminów minął w mgnieniu oka i przyszło lato. Lily zaczęła pracować jako wolontariuszka w ośrodku rehabilitacyjnym, w którym leczył się dziadek, by spędzać z nim więcej czasu i pomagać innym potrzebującym. Miałem wyrzuty sumienia, bo w tym samym czasie spędzałem wakacje z moimi rozwiedzionymi rodzicami, a tata próbował przebić wyjazd do Montrealu sponsorowany przez matkę i nadrobić kiepskie ojcostwo wycieczką do Paryża. Miałem ochotę na niego nawrzeszczeć, ale zdałem sobie sprawę, jaki to kretynizm wrzeszczeć na ojca za to, że zabiera mnie do Paryża. Ale i tak chciałem uciec od niego i być w domu, z Lily.

Nadszedł nowy rok szkolny i sytuacja się poprawiła. Dziadek zaczął chodzić i przeganiał Lily z domu, dla jej dobra. Myślałem, że się ucieszy. Zachowywała się, jakby tak było, ale czułem, że wciąż się czegoś boi. Jednak nie pytałem o nic. Wierzyłem, że zaklinanie rzeczywistości ma sens. Że jeśli wystarczająco długo powtarza się, że wszystko gra, w końcu nadchodzi moment, kiedy z półkłamstwa staje się to więcej niż półprawdą, a w końcu całą prawdą.

Udawaliśmy więc, że wszystko jest w normie. Nie było to nawet takie trudne, zwłaszcza gdy zaczęła się szkoła i wrócili znajomi. Chodziliśmy po mieście i jednocześnie mogliśmy o nim zapomnieć. Wciąż nie docierałem do niektórych zakamarków duszy Lily, ale do wielu innych jeszcze mogłem sięgnąć. Do tej części, która śmiała się, że niektórzy właściciele psów wyglądają jak ich zwierzaki. Do tej, która płakała w trakcie programów telewizyjnych o knajpach ratowanych przed bankructwem. Tej, która trzymała torebkę wegańskich pianek w pokoju zawsze, gdy przychodziłem, bo kiedyś wyznałem, że bardzo je lubię.

Dopiero gdy nadeszły święta, pęknięcia wyszły na wierzch.

Okres bożonarodzeniowy zwykle zmniejszał moje serce do rozmiarów i czułości bilecika z życzeniami. Nie znosiłem, kiedy ulice wypełniały się tłumem turystów, a normalny miejski szum zagłuszały brzęczące dzwoneczkami banały. Większość ludzi odliczała dni do świąt, żeby zdążyć zrobić zakupy – ja odliczałem je, by mieć święta za sobą i by zaczęła się blada, prawdziwsza zima.

W moim papierowym sercu nie było miejsca dla Lily, ale ona i tak się do niego wprosiła. I przyniosła ze sobą Boże Narodzenie.

Nie zrozumcie mnie źle – wciąż uważam za hipokryzję tę nagłą hojność objawiającą się pod koniec każdego roku kolejnymi frazesami i w tajemniczy sposób znikającą wraz z kolejną kartką z kalendarza. Lily była szczera – jej dobroć nie ustawała przez cały rok. Teraz potrafiłem ją dostrzec również w innych ludziach. Kiedy czekałem na Langstona w piekarni Le Pain Quotidien, widziałem tę dobroć w gestach niektórych par i spojrzeniach, jakie rodzice (nawet ci wymęczeni) rzucali swoim dzieciom. Teraz wszędzie dostrzegałem trochę Lily. Tylko w niej samej widziałem coraz mniej Lily.

Najwyraźniej nie tylko ja: Langston tylko zdążył usiąść i od razu powiedział:

– Słuchaj, ostatnie, na co mam ochotę, to dzielenie się z tobą chlebem, ale musimy coś zrobić i musimy to zrobić już.

– Co się stało? – zapytałem.

– Zostało dwanaście dni do świąt, tak?

Skinąłem głową. Rzeczywiście, był trzynasty grudnia.

– No więc zostało dwanaście dni do świąt, a w naszym mieszkaniu zieje wielka dziura. Wiesz dlaczego?

– Korniki?

– Odpuść sobie. W naszym mieszkaniu zieje wielka dziura, bo nie mamy choinki. Zazwyczaj Lily nie może się doczekać, aż dojemy resztki po Święcie Dziękczynienia, i już biegnie po choinkę – jej zdaniem w tym mieście te najlepsze znikają najszybciej i jeśli zbyt długo zwlekasz, dostajesz drzewko niewarte Bożego Narodzenia. Dlatego stawiamy choinkę przed pierwszym grudnia, a potem Lily przez dwa kolejne tygodnie ją ubiera. Czternastego odbywa się wielka ceremonia zapalania lampek – Lily udaje, że to dawna rodzinna tradycja, ale tak naprawdę ona ją zapoczątkowała, mając siedem lat, i teraz to rzeczywiście jest rodzinna tradycja. A w tym roku – nic. Zero drzewka. Wszystkie ozdoby leżą w pudełkach. Zapalenie lampek powinno odbyć się jutro. Pani Basil E. zamówiła już jedzenie – nie wiem, jak jej powiedzieć, że nie ma czego zapalać.

Rozumiałem ten strach. Jak tylko ciotka – którą nazywamy panią Basil E. – otworzy drzwi, wyczuje nosem brak choinki i nie omieszka okazać swojego niezadowolenia.

– Dlaczego po prostu nie kupisz choinki? – zapytałem.

Sfrustrowany Langston uderzył się otwartą dłonią w czoło, słysząc taką głupotę.

– Bo to robota Lily! Lily uwielbia to robić! Jeśli kupimy choinkę bez niej, to jakbyśmy wytykali jej, że tego nie zrobiła, a to tylko bardziej ją zdołuje.

– Racja, racja, racja – przyznałem.

Podeszła kelnerka, zamówiliśmy po ciastku – chyba obaj wiedzieliśmy, że nasza rozmowa nie potrwa dość długo, by zjeść cały posiłek.

– Pytałeś Lily o choinkę? – zapytałem po chwili. – Czy ją kupować?

– Próbowałem – przyznał Langston. – Prosto z mostu: „Hej, może pójdziemy po choinkę?”. Wiesz, co odpowiedziała? „Nie bardzo mam teraz ochotę”.

– To w ogóle nie brzmi jak Lily.

– No właśnie! Uznałem więc, że trudne czasy wymagają ostatecznych środków. Dlatego do ciebie napisałem.

– Ale co ja pomogę?

– Rozmawialiście o tym w ogóle?

Nawet w tej zdesperowanej sytuacji nie chciałem, by Langston poznał prawdę – że Lily i ja od Święta Dziękczynienia niewiele rozmawialiśmy. Od czasu do czasu szliśmy do muzeum albo coś zjeść. Od czasu do czasu się całowaliśmy i przytulaliśmy, ale nic pełnoletniego. Pozornie wciąż ze sobą chodziliśmy. Ale to było raczej pozorowane chodzenie.

Nie powiedziałem o tym Langstonowi, bo wstydziłem się, że dopuściłem do takiej sytuacji. Nie powiedziałem o tym Langstonowi, bo martwiłem się, że to go zaniepokoi. A to moje niepokoje powinny od jakiegoś czasu świecić na czerwono.

Dlatego zamiast zagłębiać się w temat, rzuciłem:

– Nie, nie rozmawialiśmy o choince.

– I nie zaprosiła cię na ceremonię zapalenia lampek?

Pokręciłem głową.

– Pierwsze słyszę.

– Tak myślałem. W takim razie przyjdą tylko członkowie naszej rodziny, którzy pojawiają się co roku. Lily zwykle rozdaje zaproszenia. Ale najwyraźniej na to także nie miała ochoty.

– W takim razie musimy coś zrobić.

– No tak, ale co? Naprawdę uznałaby to za zdradę, gdybym poszedł i po prostu kupił choinkę.

Zastanawiałem się przez chwilę i coś przyszło mi do głowy.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

   Podziękowania

Jak zawsze dziękujemy naszym rodzinom i przyjaciołom.

Dziękujemy Jennifer Rudolph Walsh, Billowi Cleggowi, Alicii Gordon, wszystkim w WME i Clegg Agency.

Nieustające podziękowania dla Nancy Hinkel, dzięki której proces redakcji jest dla autora niczym wakacje. Dziękujemy wielu, wielu osobom z Random House Children’s Books, które stworzyły naszym książkom tak wspaniały dom. Byli to między innymi (ale z pewnością nie tylko): Stephen Brown, Jennifer Brown, Melanie Cecka, Barbara Marcus, Mary McCue, Adrienne Waintraub, Laura Antonacci i Lisa Nadel. Dziękujemy Egmont i Text oraz wszystkim naszym zagranicznym wydawcom za ich mocne wsparcie.

Dziękujemy również wszystkim, którzy mówią nam, jak wiele znaczą dla nich Dash i Lily. Ta książka nie powstałaby bez was.