Opis

Właściciel sieci ekskluzywnych hoteli Rio Zaccarelli, miliarder i koneser pięknych kobiet, dostaje wytyczne od swego prawnika – żadnych romansów i skandali, dopóki ważna sprawa, o którą walczy, nie zostanie zakończona. To wielkie wyzwanie dla playboya, ale zgadza się bez wahania. Jednak gdy przyjeżdża do jednego ze swych hoteli w Londynie i w łóżku znajduje śpiącą piękną kobietę, zapomina się. Wrogowie tylko na to czekają. Przyczajony paparazzi robi zdjęcie…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 150

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Sarah Morgan

Dwanaście dni do świąt

Tłumaczenie: Kamil

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Wypijmy za nasz sukces, Pietro!

Rio Zaccarelli uśmiechnął się szeroko i rozparł wygodnie w krześle, podczas gdy kelner z należytą czcią napełniał kieliszki szczególnym rocznikiem szampana. Siedzący naprzeciwko adwokat otworzył walizkę i położył na stoliku gruby plik dokumentów.

– Nie mam zamiaru świętować, dopóki interes nie zostanie sfinalizowany – zastrzegł prawnik. – Jakim cudem zdobyłeś stolik w tej restauracji? Imponujący lokal. Nigdy nie widziałem w jednym miejscu tylu wpływowych i bogatych ludzi.

Dyskretnie omiótł wzrokiem salę pełną gości. Jego oczy zrobiły się okrągłe ze zdumienia, kiedy dostrzegł kogoś za plecami Ria.

– Czy to przypadkiem nie...?

– Owszem, to on. Ale nie gap się tak natarczywie. Jego ochroniarze są ponoć nieco nadpobudliwi. – Rio wziął do rąk plik papierów. Przekartkował zapisane gęstym drukiem strony. Sięgając po kieliszek zauważył, że jego dłoń lekko drży. Przekonywał się w duchu, że musi traktować tę sprawę jak każdą inną, lecz, jak widać, nie było to takie łatwe. – Jesteś tu pierwszy raz?

Pietro przytaknął.

– Od roku czekam na stolik – westchnął. – Dlatego nie mogę uwierzyć, że ty załatwiłeś rezerwację w piętnaście sekund! W takich momentach zielenieję z zazdrości. Na szczęście tego nie widać – dodał, poprawiając krawat.

Rio uśmiechnął się lekko.

– Doprowadź tę transakcję do szczęśliwego finału, a załatwię ci stolik. Obiecuję.

A może nawet kupię ci tę restaurację, pomyślał, nadal czując w ciele nieznośne napięcie, którego nawet wyborny trunek nie chciał zniwelować.

– Trzymam cię za słowo. Złóż podpis na ostatniej stronie – poprosił Pietro, podając mu pióro. Rio podpisał dokumenty zamaszystym gestem, po czym oddał je prawnikowi.

– Jak zwykle jestem ci ogromnie wdzięczny – rzekł szczerze. – Zarówno za dyskrecję, jak i za nadzwyczajny talent prawniczy, z którego dla mnie robisz użytek. Zamów homara. Istne dzieło sztuki. Zasłużyłeś sobie na królewską ucztę.

– Podziękujesz mi, jak będzie już po wszystkim – odparł Pietro bez uśmiechu. – Wykonuję tę robotę nie od dzisiaj. Nauczyłem się, że nie należy się cieszyć przedwcześnie. – Prawnik włożył plik papierów z powrotem do walizki. – Stawka jest wysoka. Oni jeszcze się nie poddali, Rio. Będą walczyć do samego końca.

– Jestem tego świadomy – mruknął Rio. Poczuł w piersi nagły przypływ gniewu. Jego palce zacisnęły się na delikatnym kieliszku; szkło prawie pękło. – Informuj mnie o wszystkim na bieżąco. Dzwoń o każdej porze dnia i nocy.

– Zrozumiano, szefie. Mamy przewagę, ale nasza wygrana jest jeszcze niepewna. Najważniejsza jest teraz twoja reputacja. Musisz być czyściutki, bez skazy. Bielszy niż śnieg.

– Od kiedy do kiedy?

– Od teraz do Bożego Narodzenia. Nie możesz sobie nawet pozwolić na mandat za parkowanie. Wszelkie plotki również wykluczone. – Nachylił się do Ria i wyszeptał konfidencjonalnie: – Jako twój przyjaciel radzę ci, żebyś się zamknął w jakiejś górskiej chacie na odludziu. Zabarykadował, zaryglował, zapomniał o istnieniu płci przeciwnej. Słowem: celibat.

Rio, który odkąd stracił dziewictwo, nie przeżył dziesięciu dni bez seksu, aż zawył w duchu, lecz jego twarz pozostała kamienną maską.

– Bez obaw. Będę dyskretny.

– Nie, nie, nie – zaoponował natychmiast Pietro. – Dyskrecja nie wystarczy. Zapomnij o łóżkowych igraszkach, Rio. Chyba że znajdziesz sobie jakąś porządną, uczciwą kobietę, której dasz się zaobrączkować. Znając ciebie, wiem jednak, że szanse na to są marne.

– Zerowe – potwierdził skwapliwie. – Porządna, uczciwa kobieta to wymarły gatunek. A nawet gdybym spotkał jakimś cudem ocalały okaz, po kontakcie ze mną od razu przeszłaby metamorfozę. Zaczęłaby myśleć o intercyzie. Kombinować, jak zarobić na rozwodzie.

Pietro zaczął przeglądać menu.

– Nie wiedziałem, że jesteś aż takim cynikiem.

– Realistą – sprostował Rio. – A więc zero seksu? Przede mną cholernie ekscytujące święta – rzucił z ponurą ironią. Pomyślał o rosyjskiej balerinie, która w tej chwili czekała na niego w jego apartamencie, leżąc w jedwabnej pościeli. Nie mogę ryzykować, pomyślał trzeźwo. Zdecydował, że podaruje jej na osłodę trochę diamentów, odeśle swoim prywatnym odrzutowcem do Moskwy, a po nowym roku znowu zacznie się z nią spotykać. Albo i nie. Zdał sobie bowiem sprawę, że tak naprawdę było mu wszystko jedno.

Spojrzał przez przeszkloną ścianę restauracji, omiatając wzrokiem panoramę Rzymu. Ulice zapchane samochodami, chodniki zaludnione przechodniami. Wystarczy spojrzeć na wszystko z góry lub z oddali, a świat i ludzkie życie wydają się niepoważne i nieistotne.

Pietro odłożył kartę dań, upił łyk szampana i uśmiechnął się pierwszy raz tego wieczora.

– Czuję, że to będzie dla ciebie największa męczarnia w całym twoim dotychczasowym życiu. Weź sobie do serca moją radę. Pojedź gdzieś, gdzie nie ma kobiet. Słyszałem, że o tej porze roku Antarktyda jest raczej pustawa.

– Nic z tego. Londyn. Biznes – rzucił lakonicznie.

– Chcesz się spotkać z Carlosem?

– Chcę go zwolnić – odparł chłodno. – Zatrudnienie go było błędem. Wczoraj otrzymałem pełny raport od zewnętrznego konsultanta do spraw zarządzania. Muszę się zająć Carlosem, zanim zrujnuje reputację mojej firmy.

– Sądzę, że powinieneś z tym poczekać. Pamiętaj o tym, co ci mówiłem...

– Sprawa Carlosa nie ma z tym nic wspólnego.

– Tylko w teorii. – Prawnik zmarszczył brwi i odstawił kieliszek. – Interes, na którym tak bardzo ci zależy, to niezwykle trudna sprawa. Istna batalia. Martwię się, że...

– Martw się dalej – przerwał mu Rio. – Właśnie za to płacę ci takie astronomiczne kwoty. Musisz się martwić, żebym ja mógł spać spokojnie.

Pietro zaśmiał się, rozbrojony szczerością Ria.

– Ty w ogóle sypiasz? – zapytał po chwili. – Pierwsze słyszę. Harujesz jak wół. Zwłaszcza o tej porze roku. Pewnie chcesz przepracować całe święta?

– Oczywiście.

Adwokat przełamał na pół ciepłą, chrupiącą bułeczkę. Spojrzał uważnie na swojego rozmówcę.

– Dlaczego tak strasznie nienawidzisz świąt? To nie jest normalne, Rio. Czy w dzieciństwie skrzywdził cię Święty Mikołaj? A może ugryzł renifer?

Rio nie zaśmiał się ani nawet nie uśmiechnął. Poczuł za to w głębi trzewi ostry ból, a potem przypływ mdłości. Wiedział, że przyciąga wzrok wielu klientów restauracji, więc żaden mięsień na jego twarzy nawet nie drgnął. Jego spojrzenie splotło się ze spojrzeniem europejskiej księżniczki, która niemal nie odrywała od niego wzroku, odkąd usiadł przy stoliku. Skinął lekko głową w jej stronę. Chcąc odciągnąć swoje myśli od bolesnego tematu, zaczął podziwiać jej walory fizyczne. Po chwili jednak przypomniał sobie słowa Pietra.

Zero seksu. Bielszy niż śnieg.

– Dlaczego nienawidzę świąt? – powtórzył powoli. – Ponieważ wszyscy je uwielbiają, bo mogą przez kilka dni leżeć do góry brzuchem – skłamał gładko. – Jestem wymagającym pracodawcą. Nie cierpię leni i nierobów. Doceniam, ile pracy wkładasz w tę sprawę, Pietro – zmienił temat. – Uszanuję twoje rady. Dopóki interes nie zostanie sfinalizowany, łóżko będzie mi służyło wyłącznie do spania. W samotności.

– Wiem, że będziesz umierał z nudów, ale przeżyjesz. Pamiętaj, ręce przy sobie. Tykaj się tylko telefonu i laptopa. Potraktuj serio moje słowa – podkreślił Pietro. – Zrozum powagę sytuacji.

– Zrozumiałem. Bielszy niż śnieg – zacytował Rio. Po chwili namysłu oświadczył: – Uda mi się. Kto wie, może tymczasowa abstynencja wyjdzie mi na dobre? Tak czy inaczej, w Londynie i tak nie spotkam żadnej kobiety, która by mnie zainteresowała. To co, zamawiamy te homary?

– Nie może mi pan tego zrobić! Nie może mnie pan wyrzucić z domu!

Evie złapała tęgawego mężczyznę za ramię, ślizgając się na oblodzonym chodniku. Prawie upadła na ziemię, kiedy mężczyzna się jej wyszarpnął i wrzucił narzędzia do torby.

– Jak pan mógł wymienić zamki podczas mojej nieobecności? – zapytała zrozpaczona. – Tak się nie robi! Jest pan człowiekiem czy potworem?

– Ślusarzem – bąknął pod wąsem. – Jak pretensje, to do właściciela domu, a nie do mnie. Przykro mi, złociutka.

W jego twarzy nie dostrzegła jednak ani odrobiny współczucia. Dopiero teraz w pełni dotarło do niej, co się stało. Poczuła, jak w jej piersi zaczyna wzbierać czysta panika.

– Boże Narodzenie jest za niecałe dwa tygodnie! W tym przedświątecznym okresie nie uda mi się znaleźć żadnego mieszkania...

Emocje, które od sześciu naznaczonych stresem tygodni trzymała w ryzach, nagle wzięły nad nią górę. Tama pękła. Zbierało jej się na łzy.

To miał być dzień jej ślubu. Dziś wieczorem miała lecieć na Karaiby, by spędzić tam romantyczny miesiąc miodowy, którego owocem miało być dziecko. Zamiast tego tkwiła teraz sama jak palec w tym wielkim, zimnym mieście, w którym, jak się jej zdawało, każdy człowiek jest nie tyle samotną wyspą, co osobną planetą.

– Niech mi pan przynajmniej pozwoli zabrać z mieszkania moje rzeczy.

Mężczyzna skinął głową w stronę kubła na śmieci stojącego przy drzwiach.

– Tam są – mruknął, zapinając torbę. – W worku.

Evie liczyła na to, że przeprowadzka do Londynu będzie ekscytującą przygodą. Nowym, wspaniałym rozdziałem jej życia. Stosując tę literacką metaforę, jak mogła zapomnieć o tak zwanej prozie życia? Nie zdawała sobie sprawy, że w Londynie wszystko kosztuje fortunę. Nie wiedziała też, że w dużym mieście ludzie są samotni. Zwłaszcza ci ubożsi. Nie stać jej było na życie towarzyskie. Kiedy dziewczyny z pracy zapraszały ją na wypad do pubu czy klubu, musiała odmawiać. Wieczory spędzała zamknięta w wynajmowanym mieszkaniu. Które dzisiaj straciła...

Śnieg zaczął wpadać jej za kołnierz. Opatuliła się szczelniej, choć chłód nadal wdzierał się pod płaszcz i przenikał ją do kości. Wyciągnęła ze śmietnika czarny plastikowy worek, do którego bezładnie wrzucono wszystkie jej rzeczy. Jej morale było w tej chwili tak samo niskie jak temperatura.

– Niech mi pan powoli zostać tu na noc... Tylko jedną noc – jęknęła błagalnie. – Jutro zacznę szukać nowego lokum.

Miała wrażenie, że jej życie to domek z kart, który zaczyna się rozlatywać. Wszystko zaczęło się w dniu, kiedy Jeff przysłał jej SMS z informacją, że nie chce wziąć z nią ślubu. Tak jak osoby, które po śmierci kogoś bliskiego rzucają się w wir załatwiania formalności związanych z pogrzebem, dzięki czemu przez parę dni nie mają nawet czasu i siły na żałobę, tak Evie pochłonęła skomplikowana operacja odwoływania ślubu. Przez dwa czy trzy dni odsyłała prezenty, załączając uprzejme notki, załatwiała formalności w kościele i urzędzie stanu cywilnego, powiadamiała bliskich i przyjaciół, że ceremonia jednak się nie odbędzie. Okazało się, że odwoływanie ślubu to praca prawie tak ciężka, jak jego organizowanie. Kiedy wreszcie ze wszystkim się uporała, nie miała nawet siły ronić łez. Czuła w środku pustkę.

– Przecież dobrze pan wie, że w okresie przedświątecznym nie da się znaleźć mieszkania!

– Co z tego, że wiem? Życie jest po to, żeby było ciężkie, złociutka.

– Ale w święta każdy powinien mieć dach nad głową i czuć się dobrze, bezpiecznie...

– Ja tam nie narzekam – odrzekł ślusarz. – Mam robotę. Codziennie komuś nie starcza na komorne. Tak to już jest na tym świecie.

– Och, miło mi słyszeć, że dzięki mnie nie odczuwa pan skutków kryzysu – bąknęła z przekąsem. W jej kieszeni zawibrował telefon. Wyjęła komórkę i zerknęła na ekran. Dzwonił jej dziadek. – Niech się pan nie rusza z miejsca. Muszę odebrać telefon, mój dziadek jest bardzo stary i chory... Dziadku? Dlaczego dzwonisz w środku dnia? Wszystko w porządku? – Modliła się w duchu, by nie usłyszeć niczego złego na temat jego pogarszającego się stanu zdrowia.

– Tylko sprawdzam, co u ciebie, kochanie. W telewizji mówili, że pada u was śnieg. – Dziadek wypowiadał słowa powoli, z wyraźnym wysiłkiem. Evie zacisnęła dłoń na słuchawce, choć wolałaby ją zacisnąć na szczupłej, drżącej dłoni dziadka. Był jej ukochaną osobą na świecie. Zawdzięczała mu niemal wszystko.

– U mnie wszystko w porządku, dziadku. – Zadygotała, gdy kolejne płatki śniegu wpadły jej za kołnierz. Bez przekonania odrzekła: – Wiesz, że uwielbiam śnieg.

– O, tak, zawsze go uwielbiałaś. Ulepiłaś już bałwana? Od dziecka za tym przepadałaś.

Stare, dobre czasy, pomyślała ze smutkiem.

– Jeszcze nie miałam okazji, ale mam nadzieję, że wkrótce mi się uda. Hotel, w którym pracuję, stoi naprzeciwko wielkiego parku. Aż się prosi, żeby tam pójść i ulepić dużego, pięknego bałwana.

Nie chciała mu mówić, że w Londynie nikt takich rzeczy nie robi. Wszyscy są zbyt pochłonięci bieganiem z punktu A do punktu B. Nikomu nie w głowie były takie głupoty.

– Jesteś teraz w pracy? Nie chcę ci przeszkadzać, jeśli właśnie obsługujesz jakąś słynną, prominentną figurę.

– Nie. Tak. To znaczy... – Evie poczuła, jak jej twarz oblewa się szkarłatem. Odsunęła się od wąsatego ślusarza, który wymienił zamki i wrzucił jej życie do kosza na śmieci, a teraz pakował swoje narzędzia. Zastanawiała się, czy dobrze zrobiła, okłamując dziadka. Chciała go tylko ochronić przed przykrą, wstydliwą prawdą, ale może troszeczkę przesadziła? – Dziadku, to nie jest aż tak wspaniała posada...

– Nie bądź taka skromna. Opowiadam o tobie wszystkim dookoła. Jestem z ciebie taki dumny, Evie. Powiedziałem tej zapyziałej pani Fitzwilliam z sąsiedniego pokoju: „Moja wnuczka dostała znakomitą, prestiżową pracę. Może i została porzucona przy ołtarzu...

– Żadnym ołtarzu, dziadku. Aż tak daleko to nie zaszło.

– Ale pozbierała się – ciągnął dalej dziadek. – Zuch dziewczyna! Teraz jest recepcjonistką w najdroższym hotelu w Londynie. Całe szczęście, że nie wzięła ślubu z tym nieudacznikiem, Jeffem”. To był tylko gnuśny marzyciel, Evie. Jak to się mówi: mięczak. A ty nie potrzebujesz mięczaka, tylko prawdziwego mężczyzny. Też tak uważasz, prawda?

– W tej chwili każdy byłby dobry – mruknęła pod nosem.

– Co powiedziałaś?

– Nic ważnego. – Postanowiła szybko zmienić temat. – Jak się czujesz? Czy dobrze cię tam traktują?

– Może i dobrze – rzucił zniecierpliwiony – ale za bardzo się nad człowiekiem trzęsą. Jeszcze nie jestem całkowicie zniedołężniały. Poza tym łupie mnie w kościach przez tę przeklętą pogodę.

Evie uśmiechnęła się.

– Cierpliwości, dziadku. Niedługo przyjdzie lato. Ja osobiście się cieszę, że personel jest nadopiekuńczy.

– Chciałbym się z tobą zobaczyć w święta, ale wiem, że to nie wchodzi w rachubę. Za daleko, żebyś przyjechała tylko na jeden czy dwa dni. Nie powinnaś spędzać Bożego Narodzenia sama jak palec. Brakuje mi ciebie, Evie.

Poczuła, jak łzy wzruszenia napływają jej do oczu.

– Ja też za tobą tęsknię, dziadku. Postaram się przyjechać przy pierwszej sposobności. I nie martw się o mnie. Daję sobie radę – skłamała gładko.

Pomachała ręką do ślusarza, który pakował swoje narzędzia do furgonetki. Naprawdę miał zamiar odjechać i zostawić ją bez dachu nad głową, tu, na oblodzonej, ciemnej ulicy? Co się stało z dobrymi manierami? Z ludzkimi odruchami? Jej narzeczony zerwał z nią za pomocą wiadomości tekstowej, a ten wąsaty fachowiec potraktował ją jak kilka funtów łatwego zarobku. Gdzie się podziali rycerze w lśniących zbrojach? Dziadek ma rację, pomyślała. Do diabła z mięczakami, tchórzami i draniami. Potrzebuję prawdziwego mężczyzny.

– No to jak ci się podoba ta posada? – odezwał się dziadek. – Powiedziałem pani Fitzwilliam, że osobiście witasz i poznajesz gwiazdy Hollywoodu. Zaniemówiła z wrażenia!

Evie coraz bardziej pogrążała się w wyrzutach sumienia. Czuła, że los ją ukarze – a może już ukarał? – za to, że oszukała dziadka. Czy miała jednak inne wyjście? Biorąc pod uwagę jego obecny stan zdrowia, przysparzanie mu zmartwień byłoby rzeczą groźną i okrutną! Poza tym przecież rzeczywiście witała gości hotelowych, czyż nie? Mijała ich czasem na korytarzu, mówiła „dzień dobry”. Fakt, że zazwyczaj traktowali ją jak powietrze, to nieistotny szczegół.

– Praca jest świetna, dziadku. Fantastyczna. – Skrzywiła się. Nienawidziła tego ohydnego smaku kłamstw.

Ślusarz uruchomił silnik. Evie rzuciła się biegiem w stronę furgonetki, ślizgając się na oblodzonym chodniku.

– Pilnie obserwuję notowania Zaccarellego. Ciągle idą w górę! Wybrałaś doskonałą firmę. Przejdą przez kryzys suchą nogą. Możesz być spokojna o swoją przyszłość.

Nie, nie mogę, odparła w myślach. Całe jej życie było aktualnie żałosną katastrofą.

– Wybierasz się na jakieś bożonarodzeniowe przyjęcie? – indagował dalej dziadek. – Kto wie, może poznasz jakiegoś mężczyznę? I na pewno nie przepuścisz okazji, żeby zaśpiewać Dwanaście świątecznych dni. Od zawsze uwielbiałaś to robić!

– Nie mam nic w planach, dziadku. Ani żadnego przyjęcia, ani żadnych znajomości – rzuciła lakonicznie. Wlokąc za sobą wielki czarny worek, biegła w stronę furgonetki. Nagle z worka wypadła mała srebrna choineczka i wpadła prosto w roztopiony śnieg zmieszany z błotem. Jakie to symboliczne, pomyślała. Moja choinka tonie w brudnej kałuży, tak samo jak moje życie.

– Nie prowadź się jak siostra zakonna, Evie. W przyszłym roku na gwiazdkę chcę dostać prawnuczka!

– Postaram się, dziadku – wydukała, oszołomiona tym wyznaniem. Pożegnała się i rozłączyła. Wyłowiła z kałuży drzewko. Chwilę później furgonetka zawarczała i odjechała, obryzgując ją fontanną brudnego śniegu i lodowatej wody. Z nieba coraz obficiej spadały wielkie, mokre płaty białego paskudztwa. Evie zaczęła grzebać w worze, szukając parasolki, kiedy raptem znowu rozdzwonił się jej telefon.

– Skąd ta nagła popularność? – mruknęła niezadowolona, a gdy ujrzała numer na ekranie telefonu, jęknęła głośno.

Odebrała.

– Tina? Wiem, że jestem spóźniona, ale... – Przerwała, gdy jej szefowa zaczęła wygłaszać ostre kazanie. – Tak, wiem, że jutro przyjeżdża pan Salvatorio Zaccarelli... Tak, wiem, że to ważne. Tak, dziękuję ci za to, że dałaś mi kolejną szansę, zamiast mnie wyrzucić z pracy... – wyrecytowała z obrzydzeniem. – Tak, idealnie przygotuję apartament, obiecuję. Bardzo się cieszę, że Carlos zlecił mi to zadanie... Oczywiście, pan Zaccarelli to nasz najważniejszy gość na świecie. Wiem, że nie zwykł tolerować niczego, co nie jest doskonałe. – Ten facet to jakiś wybitnie antypatyczny typ, pomyślała i postanowiła, że kiedy ten człowiek zjawi się w hotelu, będzie go unikać jak ognia.

Podczas gdy Tina nadal perorowała, Evie sunęła powoli w stronę przystanku autobusowego. Worek obijał się o jej obolałe już nogi. Śnieg roztapiał się na jej włosach i ściekał po szyi. Lodowate krople wdzierały się nawet za kołnierz i spływały po jej plecach.

– Świąteczny wystrój? Dobrze, ubiorę choinkę. Niedługo będę na miejscu, muszę tylko jeszcze... – zamilkła na chwilę, a w myślach dodała: Muszę tylko znaleźć miejsce, gdzie spędzę dzisiejszą noc po zakończonej zmianie. – Muszę złapać autobus. Z powodu świąt rozkłady jazdy powariowały.

Ciągle tylko kłamię, pomyślała bez dumy. Najpierw skłamała, żeby nie zrobić przykrości dziadkowi, a teraz, żeby Tina, a raczej, jak ją przezywała w myślach: Tyranozaurus, nie wylała jej z pracy. Być może powinna zasugerować wielmożnemu panu Zaccarellemu, że w pierwszej kolejności powinien na zbity pysk wyrzucić menadżera swojego luksusowego hotelu. Cały personel mógłby wówczas odetchnąć z ulgą.

Wcisnęła się do zatłoczonego autobusu, siadając pomiędzy zasapanymi i obłożonymi świątecznymi zakupami ludźmi. Po rozmowie z dziadkiem wyrzuty sumienia dręczyły ją ze zdwojoną siłą. Wolałaby wyznać mu prawdę. Powiedzieć, że Londyn to bardzo zimne, samotne miejsce. Że tęskni za nim. Że po kilku dniach w nowej pracy została zdegradowana przez szefową, która jej nie cierpi. Podobno Evie nie spisała się na stanowisku recepcjonistki. Rzekomo była „zbyt miła”. Czy recepcjonistka może w ogóle być zbyt miła? Teraz już zresztą nie mogła się wykazywać swoją uprzejmą naturą, ponieważ jako pokojówka rzadko spotykała gości. Całymi dniami nie widywała prawie nikogo. Doszło do tego, że czyszcząc lustra w łazienkach, Evie przemawiała do własnego odbicia.

Sięgnęła po porzucony na siedzeniu magazyn i zaczęła go przeglądać, by dać chwilowe wytchnienie swoim ponurym myślom. Spoglądała z zazdrością na szczupłe, śliczne modelki ubrane w imprezowe sukienki, które polecała redakcja. Podobno srebro to najmodniejszy kolor w tym sezonie. Evie wybrała tę, którą sama najchętniej by włożyła, gdyby dysponowała odpowiednimi funduszami. No i gdyby dostała zaproszenie na jakieś przyjęcie. Po chwili doszła do wniosku, że w takiej błyszczącej, seksownej kreacji wyglądałaby niedorzecznie.

„Evie, nie da się ukryć, że jesteś dziwadłem”.

Poczuła ukłucie w sercu na wspomnienie słów Jeffa. Zerwała się z miejsca i wyskoczyła z autobusu, po czym podreptała w stronę wejścia do prestiżowego hotelu, mekki ludzi sławnych, bogatych i zazwyczaj pięknych. Główkowała gorączkowo, gdzie ukryć wór ze swoimi rzeczami, kiedy nagle minął ją lśniący czarny mercedes, ochlapując jej rajstopy i buty brudną wodą z kałuży.

– Och, do diabła! – warknęła pod nosem, wbijając wściekły wzrok w tył luksusowego pojazdu i wyobrażając sobie jego właściciela. – Wielkie dzięki, oślizgła gruba rybo.

Odezwał się plankton, pomyślała po chwili samokrytycznie. Zastanawiała się, dlaczego na świecie muszą być biedni i bogaci, a między nimi ziejąca przepaść. Przecież tak naprawdę zwykli zjadacze chleba pracują na to, żeby zamożni mogli żyć w luksusie. Dlaczego nikt głośno o tym nie mówi? Zwykli ludzie lubią bogatych, ponieważ łudzą się, że przy odrobinie szczęścia lub dzięki bardziej wytężonej pracy sami dołączą do ich grona. Sama nie miałabym nic przeciwko temu, przyznała szczerze w duchu. W tej chwili miała jednak o wiele skromniejsze marzenia. Chciałaby nie być osobą bezdomną.

Ktoś stuknął ją w ramię. Owionęła ją chmura mocnych perfum i zapachu lakieru do włosów.

– Cześć, Evie. Wyskoczyłam na chwilę po papierosy. Jesteś grubo spóźniona – rzuciła jej koleżanka z hotelu. – Ominął cię już apel. Tina powiedziała, żebyś poszła prosto do apartamentu na ostatnim piętrze, bo nie ma zamiaru tracić czasu na gadanie z tobą. Jutro