Wydawca: Zielona Sowa Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2011

Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi. Tom II ebook

Juliusz Verne

5 (1)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 372 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi. Tom II - Juliusz Verne

Akcja rozgrywa się w roku 1866. Kapitan Nemo, zoolog profesor Pierre Aronnax, jego służący – Conseil, harpunnik Ned Land. Charyzmatyczny i tajemniczy kapitan zabiera czytelników w tajemniczą i pełną przygód wyprawę pod powierzchnią mórz i oceanów na pokładzie Nautilusa.


Seria wydawnicza Wydawnictwa Zielona Sowa „Podróże z Verne’em” zawiera 14 powieści Juliusza Verne’a. Obok utworów należących do kanonu twórczości francuskiego klasyka, prekursora science fiction, znalazły się w niej również pozycje mniej znane polskiemu czytelnikowi, jak utrzymane w konwencji powieści utopijnej ""Pięćset milionów hinduskiej księżniczki"" czy ""Dramat w Inflantach"", którego akcja toczy się wokół zbrodni i następującego po niej śledztwa. Starannie opracowane, opatrzone rzetelnymi przypisami książki, w nowych pełnych przekładach z języka francuskiego, rekomenduje Polskie Towarzystwo Juliusza Verne’a.

Opinie o ebooku Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi. Tom II - Juliusz Verne

Fragment ebooka Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi. Tom II - Juliusz Verne

Redaktor serii:

Marzena Kwietniewska-Talarczyk

Tytuł oryginału:

Vingt Mille Lieues sous les mers

Redakcja:

Katarzyna Kierejsza

Konsultacja i przypisy:

Andrzej Zydorczak

Ilustracje:

Alphonse de Neuville i Édouard Riou ze zbiorów Andrzeja Zydorczaka

Projekt graficzny okładki:

Dagmara Grabska

Skład:

Stefan Łaskawiec

Korekta:

Marzena Kwietniewska-Talarczyk

© Copyright by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Kraków 2011

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.

30-404 Kraków, ul. Cegielniana 4A

tel./fax (12) 266-62-94, tel. (12) 266-62-92

www.zielonasowa.pl

wydawnictwo@zielonasowa.pl

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Część druga

Rozdział I Ocean Indyjski

Tu zaczyna się druga część opowieści o podmorskiej podróży. Pierwsza skończyła się wzruszającą sceną na koralowym cmentarzu, która głęboko zapadła mi w pamięci. Zatem tu, w głębinach oceanów, kapitan Nemo wiódł swe życie. Wszystko zostało obmyślone i zaplanowane, nawet ów podwodny cmentarz w najskrytszym zakątku oceanu, gdzie żaden potwór nie przypłynie zakłócić ostatniego snu mieszkańców „Nautilusa”, tych przyjaciół skazanych na siebie tak za życia, jak i po śmierci! Tam będą bezpieczni „nawet od ludzi!” – dodał kapitan.

Wciąż ta nieufność, dzika, niewzruszona, wobec społeczeństw ludzkich!

Co do mnie, to w przeciwieństwie do Conseila nie zadowalałem się już hipotezami. Mój poczciwy pomocnik twierdził, że kapitan „Nautilusa” musi być jednym z tych nieuznanych przez świat naukowców, którzy gardzą ludźmi dlatego, że ci nie okazują im najmniejszego zainteresowania. Uważał kapitana za odtrąconego geniusza zniechęconego rozczarowaniami ziemskiego życia, który schronił się w niedostępnym środowisku, gdzie może swobodnie działać. Moim zdaniem hipotezy te tłumaczyły jedną tylko stronę charakteru kapitana Nemo.

Ostatnie wydarzenia pchnęły moje rozmyślania na nowe tory. A zaczęło się oczywiście od tajemnicy poprzedniej nocy, kiedy to zostaliśmy uwięzieni w celi i w okowach snu. Wcześniej kapitan nie pozwolił, bym obserwował morze – wyrwał mi z rąk lunetę. Dalej była ta śmiertelna rana jednego z członków załogi, wywołana niewytłumaczonym wstrząsem „Nautilusa”. Nie! Moim zdaniem kapitan Nemo nie ograniczał się tylko do unikania ludzi! Jego wspaniała maszyna nie służyła wyłącznie zaspokojeniu potrzeby wolności. Być może była narzędziem jakiejś straszliwej zemsty.

W tej chwili nic nie wydawało mi się oczywiste. W ciemnościach dostrzegałem jedynie nikłe światełka, musiałem więc ograniczyć się do pisania, by tak rzec, pod dyktando wydarzeń.

Poza tym nic nas nie łączyło z kapitanem Nemo. On doskonale wiedział, że nie można uciec z „Nautilusa”. Nie byliśmy nawet zobowiązani żadnym przyrzeczeniem, nie wiązało nas żadne słowo honoru. Byliśmy po prostu pojmanymi, więźniami kurtuazyjnie określanymi mianem gości. W każdym razie Ned Land nie stracił nadziei na odzyskanie wolności. Wydawało się pewne, że skorzysta z pierwszej danej przez los okazji, by uciec. Zamierzałem pójść w jego ślady. Jednak czułem, że nie bez żalu porzucę to wszystko, co hojność kapitana dała nam poznać, że z przykrością opuszczę „Nautilusa”! Bo w końcu czy należało nienawidzić tego człowieka, czy podziwiać go? Czy był on ofiarą, czy katem? A ponadto, szczerze powiedziawszy, zanim na zawsze się z nim pożegnam, to chciałem dopełnić tego rejsu dookoła podwodnego świata, który rozpoczął się w tak niezwykły sposób. Chciałem zobaczyć wszystkie cuda zebrane pod powierzchnią mórz kuli ziemskiej. Chciałem zobaczyć to, czego żaden człowiek jeszcze nie oglądał. Być może przypłacę życiem ów nienasycony głód wiedzy! Ale cóż zdołałem dotąd odkryć? Nic lub prawie nic. Przepłynęliśmy bowiem jedynie sześć tysięcy mil francuskich po wodach Pacyfiku!

Wiedziałem jednak, że „Nautilus” podpływa do zamieszkanych ziem. Gdyby pojawiła się najmniejsza choćby szansa ucieczki, to czy wolno by mi było poświęcić życie mych towarzyszy dla pasji odkrywania nieznanego? Trzeba będzie iść za nimi, a być może nawet i poprowadzić ich. Jednak czy okazja ucieczki może nam się nadarzyć? Człowiek siłą pozbawiony wolności łaknie jej bardziej niż czegokolwiek innego. Jednak był we mnie także i naukowiec, człowiek ciekawy odkryć, który aż tak za tą wolnością nie tęsknił.

Tamtego dnia, 21 stycznia 1868 roku, zastępca kapitana wyszedł dokonać pomiarów wysokości słońca nad horyzontem. Ja także wyszedłem na platformę, zapaliłem cygaro i przyglądałem się całej operacji. Wydawało mi się oczywiste, że człowiek ten nie rozumie francuskiego, kilka razy bowiem wypowiedziałem na głos pewne uwagi, które powinny go sprowokować do jakiejś reakcji, gdyby rozumiał, co mówię. On jednak pozostał milczący i niewzruszony.

Zastępca prowadził obserwacje za pomocą sekstantu, gdy tymczasem na platformie pojawił się inny członek załogi „Nautilusa”, ów dziarski mężczyzna, który towarzyszył nam podczas pierwszej podwodnej wyprawy do wyspy Crespo. Podszedł do reflektora i zaczął czyścić jego szybki. Przyjrzałem się więc, jak przyrząd ten zbudowano. Natężenie jego światła zwiększono stukrotnie dzięki pierścieniom soczewek umieszczonym tak jak w latarniach morskich, co pozwalało odpowiednio nakierowywać światło. Lampa elektryczna została ustawiona tak, by dało się wykorzystać całą jej świetlną moc. Jej światło powstawało w próżni i przez to było zarówno jednolite, ciągłe, jak i wyjątkowo intensywne. Próżnia ta pozwalała także zaoszczędzić na grafitowych biegunach, między którymi powstawał łuk świetlny. Dla kapitana Nemo oszczędność ta miała zasadnicze znaczenie, bo nie mógłby łatwo zdobyć grafitu pod wodą. Jednak w tych okolicznościach zużywanie się ich było bardzo niewielkie.

Zszedłem do salonu, gdyż „Nautilus” przygotowywał się do zanurzenia. Klapy zamknięto. Obrano kierunek na zachód.

Przepływaliśmy pod wodami Oceanu Indyjskiego, wielkiej płynnej równiny liczącej pięćset pięćdziesiąt milionów hektarów, którego wody są tak przezroczyste, że patrząc w głębiny doznaje się zawrotów głowy. „Nautilus” płynął na głębokości od stu do dwustu metrów. Trwało to przez kilka dni. Ja jestem prawdziwym entuzjastą morza, jednak dla każdego, kto mniej lubi ten żywioł, podróż wydałaby się monotonna, godziny zaś ciągnęłyby się w nieskończoność. Co do mnie jednak, to cały mój czas wypełniony był co do minuty. Dzień zaczynałem od ożywczego spaceru po platformie, gdzie mogłem odetchnąć świeżym, oceanicznym powietrzem. Później przez szyby salonu oglądałem wspaniały spektakl, jaki rozgrywał się nieustannie w bogatych wodach. Następnie nadchodził czas lektury, a do swej dyspozycji miałem całą bibliotekę. Wreszcie spisywałem wspomnienia. Wszystko to zajmowało cały mój czas, więc nie czułem znużenia ani zniechęcenia.

Cieszyliśmy się wspaniałym zdrowiem i samopoczuciem. Dieta na statku bardzo nam odpowiadała i co do mnie, to doskonale obyłbym się bez dań mięsnych, które Ned Land chętnie kosztował, protestując przeciw potrawom postnym. Poza tym w otoczeniu o stałej temperaturze nie musieliśmy obawiać się nawet kataru. Zresztą ów koral Dendrophyllia, znany w Prowansji pod nazwą „kopru morskiego”1, którego zapasy przechowywano na statku, mógłby stanowić doskonały rozpływający się w ustach lek przeciwko kaszlowi.

Przez kolejne dni mogliśmy podziwiać wielkie stada wodnych ptaków, płetwonogie, mewy większe i mniejsze. Kilka z nich zostało zręcznie ustrzelonych, a przygotowane w pewien sposób dostarczyły wcale niezłego mięsa. Wśród wspaniałych żaglowców2 pokonujących wielkie odległości i siadających na falach, by nieco odpocząć, zauważyłem dostojne albatrosy o krzykliwym głosie przypominającym ryk osła. Ptaki te należą do rodziny długoskrzydłych. Natomiast rodzinę wiosłonogich reprezentowały chyże fregaty, zręcznie łowiące ryby tuż spod powierzchni wody, oraz liczne faetony żółtodziobe. Widziałem wśród nich też faetony czerwonosterne3, wielkości gołębia, o białych piórach z różowymi tonami podkreślającymi czerń skrzydeł.

Z sieci „Nautilusa” wyciągano różne żółwie morskie z rodzajuCaretta. Widziałem wśród nich żółwie o wypukłej skorupie, która jest bardzo pożądanym towarem osiągającym wysokie ceny. Te gady nurkują z dużą łatwością i mogą przebywać pod wodą, zamykając mięsistą klapę przy zewnętrznym otworze kanału nosowego. Niektóre ze schwytanych żółwi spały jeszcze, gdy je wyciągano. Czuły się pewnie zabezpieczone przed atakami morskich stworzeń. Mięso ich nie smakowało mi zbytnio, za to ich jaja uważam za wyśmienite.

Co do ryb, to niezmiennie budziły nasz podziw, gdy oglądaliśmy je przez przeszklone ściany salonu, mogąc śledzić ich sekretne podmorskie życie. Mogłem również obserwować te gatunki, których nie dane mi było wcześniej poznać.

Muszę tu zwłaszcza wspomnieć o kosterowatych żyjących w Morzu Czerwonym, w morzach Indii oraz w tej części Oceanu Atlantyckiego, która obmywa równikowe wybrzeża Ameryki. Ryby te, podobnie jak żółwie, jeżowce, pancerniki i skorupiaki, chroni pancerz, który nie jest ani wapienny, ani kamienny, lecz kostny. Niekiedy przybiera on formę trójkątnej bryły, czasem zaś czworokątnej. Wśród koster trójrogich zauważyłem osobniki mierzące pół decymetra. Ich mięso jest zdrowe i smakuje wybornie. Przy ogonie są koloru brązowego, przy płetwach – żółtego. Bardzo chciałbym, aby sprowadzono je i zaaklimatyzowano w wodach słodkich. Wiadomo przecież, że niektóre ryby morskie z łatwością adaptują się do środowiska słodkowodnego. Chciałbym także wspomnieć tu o kosterach czterorogich, które mają na plecach cztery wielkie wypustki; o kosterach cętkowanych nakrapianych na brzuchu białymi plamkami, które dają się oswajać niczym ptaki; o kosterach rogatych posiadających kolce będące przedłużeniem kościstej skorupy, które wydają charakterystyczny odgłos chrząkania, za sprawą czego nazwano je „świniami morskimi”; oraz o „dromaderach” o grubych garbach w formie stożka, o mięsie łykowatym i twardym jak podeszwa.

Również Conseil sporządzał codziennie notatki. Wyczytałem z nich informacje o rybach z rodzaju kolcobrzuchów, typowych mieszkańcach tych mórz; o sferynkach trujących o czerwonym grzbiecie i białym podbrzuszu, które mają trzy charakterystyczne pasy przebiegające wzdłuż całego ciała, oraz o rybach elektrycznych długich na siedem cali, cechujących się wspaniałymi barwami. Conseil wypatrzył także okazy innych gatunków: ryby „jajowate” przypominające kształtem jajo ciemnobrązowego koloru, pokryte białymi pasami i pozbawione ogona; diodony, prawdziwe jeżozwierze tutejszych mórz, posiadające kolce i zdolne nadąć się tak, że wyglądają jak kulka najeżona dzirytami; koniki morskie pływające we wszystkich oceanach świata oraz latające pegazy o wydłużonym pyszczku – mają one płetwy brzuszne bardzo szeroko rozłożone, przypominające skrzydła ptaków, dzięki nim ryby te mogą wyskakiwać nad wodę i jeśli nie latać, to przynajmniej chwilę unosić się w powietrzu; „gołębie łopatkowate”, które mają na ogonie liczne łuskowate pierścienie; makrognaty o długich szczękach, których dwudziestopięciocentymetrowe ciała, wspaniale ubarwione, skrywają wybornie smakujące mięso; kalimory sine o chropowatych łbach; całe stada skoczków w czarne pasy, o długich płetwach piersiowych, sunących po powierzchni wody z niesłychaną prędkością; wykwintne żaglice potrafiące podnieść swe płetwy niczym żagle chwytające wiatr; wspaniałe kurty, które natura pomalowała na żółto, niebiesko, srebrno i złoto; wstęgorowate, których płetwy zbudowane są z cienkich, długich włókien; cytrynowożółte głowacze, które potrafią wydawać dziwne dźwięki; trygle, których wątrobę uważa się za truciznę; bodiany, które mają na ogonie kropkę przypominającą oko; i wreszcie strzelczyki o długim, rurkowatym ryjku, prawdziwe muchołówki oceanów, uzbrojone w strzelbę, jakiej nie wymyślił sam Chassepot ani Remington4, która zabija owady jedną tylko kropelką wystrzelonej wody.

Rozpoznałem również kilka okazów ryb, które Lacepede zaliczył do osiemdziesiątego dziewiątego rodzaju, należącego do drugiej podgromady ościstych, charakteryzujących się nakrywką i błoną oskrzelową. Pływała tu mianowicie skorpena o najeżonej kolcami głowie i jednej tylko płetwie grzbietowej. W zależności od tego, do którego podrodzaju dany osobnik należy, ma on ciało pokryte bardzo drobną łuską albo pozbawiony łuski korpus. Z drugiego podrodzaju zauważyliśmy dydaktyle długie na trzydzieści do czterdziestu centymetrów, o żółtych pasach i fantastycznych kształtach łbów. Pierwszy podrodzaj dostarcza tak ciekawych okazów, jak owe dziwne ryby słusznie chyba przezywane „morskimi ropuchami”5,

o wielkich łbach, na których widać albo głębokie bruzdy, albo guzki. Ryby te najeżone są kolcami i usiane wypustkami, mają również na ciele nierówne i wstrętnie wyglądające rogi. Ich ciała i ogony pokryte są stwardniałymi naroślami, a ich ukąszenia mogą okazać się groźne. Doprawdy, wstrętne, odpychające stworzenia.

Między 21 a 23 stycznia „Nautilus” płynął z prędkością dwustu pięćdziesięciu mil francuskich na dobę, inaczej mówiąc: pięciuset czterdziestu mil morskich czy też dwudziestu dwóch węzłów. Płynąc, mogliśmy podziwiać te wszystkie wspaniałe ryby dlatego, że zwabiło je elektryczne światło naszej łodzi. Skuszone nim, chciały towarzyszyć nam w podróży. Większość jednak szybko zostawała w tyle, niezdolna nas dogonić, i tylko niektórym udawało się rozwinąć przez dłuższy czas prędkość równą tej, z którą poruszał się „Nautilus”.

Rankiem 24 stycznia minęliśmy koralową wyspę Keeling leżącą na 12° 5' szerokości południowej oraz 94° 33' długości. Rosną na niej wspaniałe palmy kokosowe. Po raz pierwszy zbadali ją Darwin oraz kapitan FitzRoy6. „Nautilus” podpłynął dość blisko brzegów tego niezamieszkanego skrawka lądu. Z zarzuconych sieci wyciągnęliśmy mnóstwo rozmaitych polipów oraz szkarłupni, znaleźliśmy także kilka interesujących skorupiaków z typu mięczaków. Skarbiec kapitana Nemo powiększył się o cenne okazy z rodzajudelfinula. Ja dołożyłem rzadkiego gwiazdowca, gatunek polipa pasożyta często osiadającego na muszlach.

Wkrótce wyspa Keeling znikła za horyzontem, a my skierowaliśmy się na północny zachód, w stronę cypla Półwyspu Indyjskiego.

– Cywilizowany ląd – rzekł do mnie tamtego dnia Ned Land. – Lepszy niż te wyspy Papui, na których mieszka więcej dzikusów niż saren! A na hinduskiej ziemi, panie profesorze, są i drogi, i linie kolejowe, i angielskie miasta, i francuskie, i hinduskie. Nie ujdziemy pięciu mil, a spotkamy któregoś z naszych krajanów. Ech! Czyż nie nadszedł czas, by podziękować kapitanowi Nemo za gościnę?

– Nie, Nedzie, nie – odrzekłem zdecydowanym tonem. – Pozwólmy nieść się prądom, jak to mówią marynarze. „Nautilus” zbliża się do ziem zamieszkanych, płynie w stronę Europy, a więc niech to tam nas dowiezie. Poczekajmy. Wpłyńmy na europejskie morza i tam zobaczymy, co nakazuje roztropność. Poza tym nie wydaje mi się, by kapitan Nemo pozwolił nam polować na Wybrzeżu Malabarskim czy Koromandelskim7. To nie są lasy Nowej Gwinei.

– Ależ panie profesorze! Czy nie możemy obejść się bez jego pozwolenia?

Nic nie odrzekłem Kanadyjczykowi. Nie chciałem wdawać się z nim w dyskusję, w głębi serca chciałem bowiem do końca wykorzystać szansę, którą dostałem od losu. Chciałem odbyć pełny rejs na „Nautilusie”.

Za wyspą Keeling płynęliśmy znacznie wolniej. Trasa stała się bardziej kapryśna, a nieraz zapuszczaliśmy się na znaczne głębokości. Wielokrotnie korzystaliśmy ze sterów głębokościowych, które można było ustawiać ukośnie do linii wodnej. Zanurzaliśmy się więc na dwa, nawet trzy kilometry, jednak ani razu nie zeszliśmy jeszcze na samo dno indyjskich mórz. Wiedziałem przecież, że nawet sondy osiągające trzynaście tysięcy metrów nie dotarły do dna. Temperatura w dolnych warstwach utrzymywała się niezmiennie na tym samym poziomie czterech stopni powyżej zera8. Zaobserwowałem tylko, że w wyższych warstwach woda była zawsze zimniejsza na płyciznach niż na pełnym morzu.

Dnia 25 stycznia ocean był całkowicie pusty. „Nautilus” spędził cały dzień na powierzchni, swą potężną śrubą rozbijając wodę i wyrzucając ją wysoko w górę. Jak w takich okolicznościach nie pomylić łodzi z gigantycznym waleniem? Trzy czwarte tego dnia przesiedziałem na platformie. Patrzyłem w morze. Na horyzoncie nie pojawiało się nic. Dopiero o godzinie czwartej dostrzegłem dalekomorski parowiec sunący szybko na zachód, kursem przeciwnym do naszego. Przez moment widziałem nawet jego maszty, oni jednak nie mogli nas widzieć, „Nautilus” nie był bowiem wystarczająco wynurzony. Pomyślałem sobie, że ów parowiec musi należeć do Linii Żeglugowej Indii Wschodnich, zapewniającej łączność między wyspą Cejlon a Sydney, zatrzymując się w Zatoce Króla Jerzego9 i w Melbourne.

Około godziny piątej, po szybkim zmierzchu, który łączy dzień z nocą w szerokościach tropikalnych, Conseil i ja mogliśmy podziwiać wspaniałe widowisko.

Istnieje pewne niezwykłe zwierzę, którego spotkanie wróży wszelką pomyślność. Tak przynajmniej sądzili starożytni.

Arystoteles, Atenajos, Pliniusz i Opian10 badali wnikliwie jego zwyczaje i w tym względzie wyczerpali poetycką fantazję uczonych Grecji i Rzymu. Nazywali jeNautilus i Pompilius, ale współczesna nauka nie przyjęła tego nazewnictwa i określiła mięczaka nazwą argonauta, czyli żeglarek.

Jeśli ktoś skonsultowałby się z Conseilem, to dowiedziałby się od tego zacnego chłopca, że typ mięczaków dzieli się na pięć gromad; że pierwsza z nich, głowonogi, obejmuje stworzenia częściowo nagie, częściowo pokryte skorupą. Zalicza się do niej dwie rodziny: dwuskrzelne oraz czworoskrzelne, które różnią się liczbą skrzeli. Rodzina dwuskrzelnych obejmuje trzy rodzaje: żeglarki, kalmary i sepie, a rodzina czworoskrzelnych obejmuje jeden tylko rodzaj: łodzika. I nie zaznałby żadnej litości ktoś, kto po tak jasnym wykładzie jednak pomyliłby żeglarka wyposażonego w przyssawki z łodzikiem, który posiada czułki.

Otóż spostrzegliśmy, że po powierzchni wody suną właśnie żeglarki. Musiało ich być kilkaset. Należały do gatunku żeglarków gruzełkowatych, zamieszkującego właśnie owe regiony mórz indyjskich.

Te pełne wdzięku mięczaki przemieszczały się, cofając się za pomocą rurki, którą wyrzucały wciągniętą w siebie wodę. Zwierzęta te posiadają osiem macek. Sześć z nich, przedłużonych i zwężonych, wyciągały teraz bezwładnie na wodzie, dwie zaś, zaokrąglone płetwowato, trzymały na wietrze niczym żagle. Doskonale widziałem ich spiralne, pofalowane muszle, które Cuvier słusznie przyrównał do zgrabnej łódki. O tak! Przypominają one prawdziwe statki wiozące zwierzęta, które same sobie wytworzyły owe kadłuby, do których jednak nie były przytwierdzone.

– Żeglarek może w każdej chwili porzucić swą muszlę – rzekłem do Conseila – nigdy jednak tego nie robi.

– To tak jak kapitan Nemo – słusznie zauważył Conseil – dlatego byłoby lepiej, gdyby ochrzcił swój statek mianem „Argonauta”.

„Nautilus” przez godzinę płynął wśród tych mięczaków. A potem nagle coś je wystraszyło, zupełnie nie wiem co. Jakby na jakiś sygnał wszystkie żagle raptem schowały się, a ciała skurczyły. Muszle obróciły się, zmieniając środek ciężkości. Cała ta wspaniała flotylla zniknęła pod wodą. Wszystko to zdarzyło się w okamgnieniu, a żadna eskadra okrętów nie potrafi manewrować tak sprawnie i równo.

W tym właśnie momencie nastała ciemna noc, lekki wiaterek wzniecał delikatne fale opływające spokojnie boki „Nautilusa”.

Nazajutrz, 26 stycznia, przecięliśmy równik na osiemdziesiątym drugim południku. Znów wpłynęliśmy na półkulę północną.

W tym dniu towarzyszył nam ogromny orszak – stado żarłaczy, straszliwych zwierząt, których wiele zamieszkuje te wody i które potrafią być bardzo niebezpieczne. Niektóre z nich miały brunatne grzbiety, białawe brzuchy i aż jedenaście rzędów zębów. Były też w stadzie żarłacze oczkowate z dużymi, okrągłymi czarnymi plamami przypominającymi oko oraz żarłacze o zaokrąglonych pyskach obsianych czarnymi cętkami. Często te groźne zwierzęta nacierały gwałtownie na szybę salonu, budząc w nas lekki niepokój. Ned Land z trudem potrafił się opanować. Chciał natychmiast znaleźć się na powierzchni wody ze swym harpunem, by pozabijać te potwory. Szczególną niechęć przejawiał do musteli siwoszów z paszczą uzbrojoną w zęby rozłożone jak mozaika oraz do żarłaczy tygrysich długich na pięć metrów. Zwierzęta prowokowały go i wystawiały jego cierpliwość na próbę. Wkrótce jednak „Nautilus” znacznie zwiększył prędkość, tak że pozostawiliśmy w dali nawet najszybsze spośród tych rekinów.

27 stycznia u wejścia do rozległej Zatoki Bengalskiej kilkakrotnie spotykaliśmy – co za straszliwy widok! – unoszące się ciała ludzkie. Byli to zmarli mieszkańcy hinduskich miast, których wody Gangesu unosiły na otwarty ocean. Niektóre z nich zostały na wpół zjedzone przez sępy, jedynych grabarzy w tym kraju. W zatoce czekały już rekiny, by dopełnić dzieła.

Około siódmej wieczorem „Nautilus”, do połowy zanurzony, płynął w wodzie koloru mleka. Jak okiem sięgnąć, ocean przybrał białawą barwę. Czy działo się tak pod wpływem księżycowych promieni? Nie. Księżyc dopiero rósł, będąc od dwóch dni w nowiu. A poza tym o tej porze stał jeszcze pod linią horyzontu, skąpaną w słonecznych promieniach. Całe niebo, mimo że rozświetlał je gwiezdny blask, wydawało się czarne i silnie kontrastowało z kolorem wody.

Conseil aż nie mógł uwierzyć własnym oczom i wypytywał mnie o przyczyny tego wyjątkowego zjawiska. Na szczęście potrafiłem udzielić mu odpowiedzi.

– Zjawisko to nazywamy mlecznym morzem – tłumaczyłem mu.

– Wielkie połacie wody o białej barwie pojawiają się bardzo często u wybrzeży wyspy Amboine11 i w tych okolicach.

– Dobrze, ale czy pan mógłby mi łaskawie wyjaśnić, co powoduje podobny efekt? Domyślam się bowiem, że wody te nie zamieniły się w mleko!

– Nie, mój chłopcze. A biel, która cię intryguje, bierze się z obecności miriadów stworzonek – wymoczków, które można porównać do świetlików. Mają one galaretowate, bezbarwne ciała grubości ludzkiego włosa i długości zaledwie jednej piątej milimetra. Niektóre z tych żyjątek łączą się w wielkie kolonie, ciągnące się nawet przez wiele mil francuskich.

– Wiele mil! – wykrzyknął Conseil.

– Tak, mój chłopcze. I nie próbuj nawet dociekać, jaka jest liczba tych wymoczków! Z tego, co mi wiadomo, niektórzy żeglarze płynęli po takiej mlecznej wodzie przez ponad czterdzieści mil morskich.

Nie wiem, czy Conseil wziął pod uwagę moją radę, pogrążył się bowiem w głębokiej zadumie, zupełnie jakby chciał obliczyć, ile piątych części milimetra znajduje się w czterdziestu milach kwadratowych. Ja natomiast nadal podziwiałem zjawisko. „Nautilus” przez kilka godzin pruł ostrogą białe wody. Zauważyłem, że sunął bez najmniejszego hałasu po tych mydlanych toniach, zupełnie jak gdyby płynął w pienistym wirze, który tworzyły ścierające się w zatokach przeciwne prądy.

Około północy morze przybrało zwyczajny odcień, gdy jednak spojrzałem za siebie, wyraźnie widziałem białe fale ciągnące się aż po horyzont. Niebo przybrało od nich białawą poświatę i delikatnie lśniło. Przypominało mi to zorzę polarną.

Rozdział II Nowa propozycja kapitana Nemo

Dnia 28 lutego około południa „Nautilus” wynurzył się z wód na 9° 4' szerokości północnej. Znajdowaliśmy się nieopodal lądu, najwyżej osiem mil morskich na zachód od brzegów. Przyglądałem się zwartym górom o nieregularnych kształtach, wystrzelającym na dwa tysiące stóp. Udałem się następnie do salonu, by spojrzeć na mapę, na którą naniesiono naszą pozycję. Znajdowaliśmy się u brzegów wyspy Cejlon, zwisającej niczym prawdziwa perła z Półwyspu Indyjskiego przypominającego wielkie ucho.

Udałem się do biblioteki, by znaleźć kilka książek poświęconych tej wyspie uznawanej za jedną z najbardziej żyznych na całym świecie. Znalazłem tom szanownego H.C. Sirra zatytułowany Ceylon and the Cingalese12. Wróciłem do salonu, by zrobić notatki. Na początek wpisałem położenie geograficzne wyspy, którą starożytni określili tyloma różnymi nazwami. Otóż rozciąga się ona między 5° 55' a 9° 49' szerokości północnej oraz 79° 42' a 82° 4' długości na wschód od południka w Greenwich. Jej długość wynosi dwieście siedemdziesiąt pięć mil, a maksymalna szerokość sto pięćdziesiąt mil. W obwodzie wyspa ma dziewięćset mil, a jej powierzchnia wynosi dwadzieścia cztery tysiące czterysta czterdzieści osiem mil13, czyli nieco mniej niż ma Irlandia.

W tym momencie pojawił się kapitan Nemo wraz ze swym zastępcą.

Kapitan rzucił okiem na mapę, następnie odwracając się do mnie, rzekł:

– Wyspa Cejlon słynąca z połowów pereł. Czy miałby pan ochotę zwiedzić jedno z łowisk, panie Aronnax?

– Ależ oczywiście, kapitanie.

– Dobrze. To nic trudnego, bo o tej porze roku łowiska są puste. Poławiacze jeszcze nie rozpoczęli sezonu. Ale to nic. Zaraz wydam rozkaz, byśmy się skierowali do zatoki Mannar14. Dotrzemy tam w nocy.

Kapitan rzekł kilka słów do swego zastępcy, który natychmiast wyszedł. Wkrótce „Nautilus” zaczął się pogrążać w płynnym żywiole. Manometr wskazywał, że zeszliśmy na głębokość trzydziestu stóp.

Patrzyłem na mapę, próbując znaleźć zatokę Mannar. Leżała na dziewiątym równoleżniku, przy północno-zachodnim wybrzeżu Cejlonu. Tworzyła ją podłużna linia wysepki Mannar. Musieliśmy przepłynąć wzdłuż całego zachodniego brzegu Cejlonu, by dotrzeć do celu.

– Panie profesorze – odezwał się do mnie kapitan Nemo – perły poławia się w Zatoce Bengalskiej, w morzach Indii, Chin i Japonii, w morzach Ameryki Południowej, w Zatoce Panamskiej oraz w Zatoce Kalifornijskiej. Jednak to stąd, z Cejlonu, pochodzą najpiękniejsze okazy. Przybyliśmy może nieco za wcześnie. Poławiacze pojawiają się nad zatoką Mannar dopiero w marcu, po czym przez trzydzieści dni trzysta statków wyciąga z morza to, co leży tam najcenniejszego. Na każdym statku jest dziesięciu wioślarzy i dziesięciu poławiaczy. Ci ostatni dzielą się na dwie grupy. Pod wodę schodzi raz jedna, raz druga, na zmianę. Nurkują aż na głębokość dwunastu metrów, a pomagają sobie przy tym ciężkimi kamieniami. Po prostu trzymają go stopami. Kamienie te obwiązane są liną, tak by potem można je było z łatwością wciągnąć z powrotem na łódź.

– A więc nadal poławia się perły w tak prymitywny sposób? – spytałem.

– Nadal – odparł kapitan Nemo – i to pomimo faktu, że łowiska te należą przecież do najbardziej uprzemysłowionego kraju na świecie, do Anglii. Weszła ona w posiadanie tych terenów na mocy traktatu z Amiens z roku 1802.

– Wydaje mi się, że takie skafandry, jakich pan używa, okazałyby się niezwykle pożyteczne przy tym zajęciu.

– Z pewnością tak. Ci biedni poławiacze nie mogę przecież długo wytrzymywać pod wodą. Podróżujący po Cejlonie Anglik Perciyal15 opisał, jak pewien Kafr16 był pod wodą aż pięć minut, wydaje mi się to jednak mało prawdopodobne. Wiem, że niektórzy nurkowie potrafią wstrzymać oddech na pięćdziesiąt siedem sekund, najlepsi wytrzymują bez oddychania aż osiemdziesiąt siedem17. Nie ma jednak zbyt wielu takich śmiałków. Poza tym gdy ci nieszczęśnicy już się wynurzą, z ich nosów i uszu wypływa morska woda zabarwiona krwią. Oceniam zatem, że średni czas, który nurkowie mogą spędzić pod wodą, to trzydzieści sekund. Wtedy starają się zagarnąć do siatek jak najwięcej muszli perłowych, które odrywają od skał. Niestety w większości wypadków poławiacze umierają młodo. Ich wzrok szybko się psuje, oczy ropieją, ciała pokrywają się ranami, a niektórzy dostają pod wodą apopleksji.

– Tak – rzekłem – to bardzo smutne. Ciężka praca, która na dodatek służy jedynie zachciankom garstki ludzi. Ale niech mi pan powie, kapitanie, ile ostryg potrafi zebrać dziennie jedna łódź?

– Od czterdziestu do pięćdziesięciu tysięcy. Mówi się, że w roku 1814 rząd angielski przeprowadził połów, by zyskać w ten sposób trochę cennych zasobów. W ciągu dwudziestu dni pracy poławiacze wynieśli na powierzchnię siedemdziesiąt sześć milionów ostryg.

– A czy chociaż poławiacze dostają godziwe wynagrodzenie? – spytałem.

– Ależ skąd, panie profesorze. W Panamie zarabiają dolara na tydzień. Najczęściej dostają sou18 za ostrygę z perłą w środku. A ileż wyciągają takich, jakie perły jeszcze nie wytworzyły!

– Jeden sou dla poławiaczy, których praca przynosi takie zyski! To straszne.

– Otóż, panie profesorze – rzekł do mnie kapitan Nemo – pańscy towarzysze i pan zwiedzicie dno zatoki Mannar. Jeśli zdarzy się, że jakiś poławiacz tam będzie, to przyjrzycie się z bliska jego pracy.

– Zgoda, kapitanie.

– Przy okazji, panie Aronnax, czy nie boi się pan rekinów?

– Rekinów?! – wykrzyknąłem.

Pytanie to wydało mi się co najmniej niewłaściwe.

– A więc? – podjął kapitan Nemo.

– Przyznam się panu, panie kapitanie, że jeszcze nie zapoznałem się bliżej z tymi rybami.

– A my już zdążyliśmy do nich przywyknąć – odrzekł kapitan Nemo. – A i pan, jak sądzę, przyzwyczai się do nich z czasem. Poza tym będziemy oczywiście uzbrojeni i może uda się nam ustrzelić podczas wycieczki jakiegoś rekina. Takie polowanie jest zawsze bardzo ciekawe. A więc do zobaczenia o świcie, panie profesorze.

Kapitan powiedział to lekkim tonem, po czym wyszedł z salonu.

Gdyby ktoś zapraszał was na polowanie na niedźwiedzia w górach Szwajcarii, to pewnie byście odpowiedzieli: „Świetnie! Jutro idziemy na niedźwiedzia!”. Gdyby zaproponowano wam polowanie na lwa w górach Atlasu albo na tygrysa w indyjskiej dżungli, odrzeklibyście: „Ach! Ach! Zapolujemy na lwa czy tygrysa!”. Lecz gdyby ktoś zaproponował wam wyprawę na rekina, i to na dodatek na dnie oceanu, to pewnie poprosilibyście o czas do namysłu, zanim przyjęlibyście takie zaproszenie.

Tymczasem ja otarłem sobie ręką czoło, na którym perliły się kropelki zimnego potu.

„Zastanówmy się – rzekłem sobie w duchu – zastanówmy się i zaczekajmy. Można jeszcze przyjąć, że polowanie na wydry, tak jak to robiliśmy w podwodnym lesie na wyspie Crespo, to nic groźnego. Ale chodzić po dnie morza, gdzie w każdej chwili grozi spotkanie z żarłaczem, to zupełnie inna sprawa! Wiem, są takie zakątki na świecie, jak choćby Wyspy Andamańskie, gdzie tubylcy nie boją się zaatakować rekina. Trzymając sztylet w jednej, pętlę zaś w drugiej dłoni, ruszają bez wahania do ataku. Wiem jednak, że wielu z tych śmiałków przypłaca to życiem! Zresztą nie jestem dzikim, a nawet gdybym nim był, to chyba lekkie wahanie nie byłoby tu czymś niestosownym”.

I oto zadumałem się. W moim umyśle pojawiały się straszliwe obrazy wielkich szczęk rekinów uzbrojonych w rzędy ostrych zębów, mogących z łatwością przeciąć człowieka na pół. Przysiągłbym nawet, że już mnie zabolało w okolicach lędźwi! A poza tym trudno było mi przełknąć bezceremonialność, z jaką kapitan przekazał mi owo nieszczęsne zaproszenie! Mówił to takim tonem, jakby chodziło o wyprawę za niegroźnym lisem do lasu.

„No dobrze – pomyślałem – Conseil na pewno nie będzie chciał pójść i dzięki temu ja również będę niejako zwolniony od uczestnictwa w wyprawie”.

Nie wiedziałem tylko, czy można liczyć na rozsądek Neda Landa. Jego wojownicze usposobienie łaknęło niebezpieczeństwa, choćby ono było jak największe.

Znów pogrążyłem się w lekturze książki Sirra, jednak nie mogłem się skupić. Mechanicznie przebiegałem tekst wzrokiem. Spomiędzy linijek wyzierały na mnie nieustannie szeroko otwarte szczęki rekina.

Wtem do salonu weszli Conseil i Kanadyjczyk. Wyglądali na spokojnych i nawet zadowolonych. No tak! Przecież nie wiedzieli, co ich czeka!

– Słowo daję, panie profesorze – zwrócił się do mnie Ned Land – ten pański kapitan Nemo – niech go diabli porwą! – złożył nam uroczą propozycję.

– Ach! Więc już wszystko wiecie…

– Pan będzie łaskaw, że powtórzę – wtrącił się Conseil. – Kapitan „Nautilusa” zaprosił nas, byśmy wraz z nim i panem udali się jutro na zwiedzanie wspaniałych cejlońskich łowisk pereł. Doprawdy, był niezwykle uprzejmy i zachowywał się wobec nas jak prawdziwy dżentelmen.

– I nic wam więcej nie powiedział?

– Nic, proszę pana – odparł Kanadyjczyk – tylko tyle, że już z panem rozmawiał na temat jutrzejszej wycieczki.

– Istotnie. – odparłem. – A nie podawał żadnych szczegółów odnośnie.

– Nie, panie profesorze. Pójdzie pan z nami, nieprawdaż?

– Ja. ależ tak, oczywiście! Widzę, że pomysł ci się spodobał, mistrzu Landzie.

– Tak! To może być bardzo ciekawe. Bardzo ciekawe!

– Ale i niebezpieczne – dodałem tonem, który powinien obudzić w nich czujność.

– Niebezpieczne! – odparł Ned Land. – Ależ to tylko zwykła przechadzka po ławicy ostryg!

No tak! Najwyraźniej kapitan Nemo nic im nie wspomniał o rekinach, patrzyłem więc na nich niepewnie, trochę jak na ludzi, którym brakuje już jakiejś części ciała. Czyż miałem ich uświadomić i ostrzec? Tak, bez wątpienia, ale nie za bardzo wiedziałem jak to uczynić.

– Proszę pana – rzekł Conseil – czy pan profesor zechciałby powiedzieć nam coś na temat poławiania pereł?

– O samym poławianiu – spytałem – czy o wypadkach, jakie się przy tym zdarzają?

– O poławianiu – odrzekł Kanadyjczyk. – Dobrze jest wiedzieć coś o okolicy, po której się ma wędrować.

– A więc dobrze. Siadajcie, przyjaciele. Powiem wam wszystko, co wyczytałem u Sirra, Anglika, który opisał takie połowy.

Ned Land i Conseil zasiedli na kanapie. Od razu na wstępie Kanadyjczyk zapytał:

– Panie profesorze, co to takiego ta perła?

– Otóż, mój dzielny Nedzie, dla poety perła to łza morza; dla mieszkańców Orientu perła to zakrzepła kropelka rosy; dla dam to klejnot o obłym kształcie, szklistym połysku, z macicy perłowej, który chętnie noszą na palcach, na szyi czy w uszach; dla chemika to mieszanina fosforanu i węglanu wapnia z odrobiną konchioliny19. Wreszcie dla przyrodników to nic innego jak wydzielina chorobliwa organu, który wytwarza macicę perłową u niektórych małży dwuskorupowych.

– Typ mięczaków – wtrącił Conseil – podtyp muszlowców, gromada małży.

– Dokładnie, uczony Conseilu. Wśród owych skorupiaków perły mogą wytworzyć uchowce, irysy, turbany, tridakny i szczeżuje morskie, jednym słowem te stworzenia, które wydzielają macicę perłową, czyli niebieską, niebieskawą, fioletową lub białawą substancję, która wyściela wnętrze ich skorup.

– Mule także? – spytał Conseil.

– Tak! Mule żyjące w niektórych wodach Szkocji, Walii, Irlandii, Saksonii, Czech czy Francji.

– Świetnie! W takim razie będę odtąd baczniej zwracał na nie uwagę – odparł Conseil.

– Ale – podjąłem – najdoskonalszym mięczakiem, który wytwarza perłę, jest ostryga perłorodna, Meleagrina margaritifera. Perła to skupisko masy, z której formuje się mała kulka. Albo przylega ona do skorupki małża, albo wpija się w ciało zwierzęcia. Do skorupki perła przyczepia się, a do ciała nie. Jednak zawsze zalążkiem jest jakieś twarde ciało. Jest to albo jakieś niezapłodnione jajeczko, albo ziarnko piasku, dookoła których zbiera się masa perłowa. Narasta tak przez kilka lat, bardzo powoli. Warstwa nakłada się na warstwę koncentrycznie.

– A czy w jednej muszli można znaleźć kilka pereł? – spytał Conseil.

– Tak, mój chłopcze. Są takie małże perłonośne, które tworzą prawdziwą szkatułkę. Przytacza się nawet przykład ostrygi, która zawierała, w co jednak wątpię, przeszło sto pięćdziesiąt rekinów!

– Sto pięćdziesiąt rekinów! – zawołał Ned Land.

– Czy ja powiedziałem „rekinów”? – spytałem. – Chciałem powiedzieć „sto pięćdziesiąt pereł”!

– No właśnie – rzekł Conseil. – A czy pan powie nam teraz, jak wydobywa się te perły?

– Można postępować na kilka sposobów. Często, gdy perła przyrasta do skorupki, poławiacze odrywają ją za pomocą szczypiec. Jednak najczęściej perłopławy układa się na na brzegu morza na specjalnych matach wyplatanych z włókien roślinnych. Zwierzęta wyciągnięte na powietrze po prostu umierają, a po dziesięciu dniach ich ciała zaczynają się rozkładać. Zanurza się je wtedy w wielkich zbiornikach z wodą morską, potem otwiera się je i myje. To właśnie w tym momencie rozpoczyna się podwójna praca wyrzynających perły. Na początek rozdzielają warstwy masy perłowej zwane przez handlarzy srebrzanką, mieszanką białą lub mieszanką czarną, układają je w skrzynkach mogących pomieścić od stu dwudziestu pięciu do stu pięćdziesięciu kilogramów. Następnie usuwają miąższ ostrygi, gotują go i cedzą przez sito po to, by wydobyć najmniejsze nawet perełki.

– Czy cena perły zależy od jej wielkości? – spytał Conseil.

– Nie tylko od wielkości – odparłem – ale także od kształtu, „wody”, czyli barwy, i wreszcie od „blasku”, który ma tym większą cenę, im bardziej jest mieniący i różnobarwny. Najpiękniejsze perły zwie się „dziewiczymi” albo „doskonałymi”. Powstają one samoistnie w tkance mięczaka. Są białe i często nieprzezroczyste, niektóre jednak przeświecają opalizująco. Zwykle mają kształt okrągły lub gruszkowaty. Jeśli są okrągłe, używa się ich do bransolet, jeśli gruszkowe – do wisiorków. Te są najcenniejsze, dlatego sprzedaje się je na sztuki. Inne perły przyrastają do muszli i są bardziej nieregularne, dlatego sprzedaje się je po prostu na wagę. Najmniej warte są perełki zwane nasionkami. Sprzedaje się je na miarę i wykorzystuje najczęściej do wyszywania kościelnych ornatów.

– Ależ ta praca polegająca na sortowaniu pereł musi być trudna i żmudna – rzekł Kanadyjczyk.

– Nie, mój przyjacielu. Wykonuje się ją za pomocą jedenastu sit lub też rzeszot o otworach różnej wielkości. Perły, które nie przelecą przez żaden otwór sita mającego od dwudziestu do osiemdziesięciu dziurek, uważa się za najlepsze. Te, które nie przelecą przez sito mające od stu do ośmiuset dziurek, są drugorzędne. Wreszcie perły, które przesiewa się przez sita o dziewięciuset lub tysiącu otworów, to owe nasionka.

– To sprytne – rzekł Conseil. – Widzę zatem, że podział i klasyfikacja pereł odbywa się drogą mechaniczną. A czy może pan coś powiedzieć o dochodach z ławic ostryg perłorodnych?

– Według tego, co pisze Sirr w swej książce – odrzekłem – łowiska na Cejlonie przynoszą rocznie sumę trzech milionów żarłaczy.

– Franków! – poprawił mnie Conseil.

– Tak, franków. Trzy miliony franków – powtórzyłem. – Ale i tak wydaje mi się, że łowiska te nie przynoszą już takich zysków, jakie dawały kiedyś. Tak samo sprawy się mają na łowiskach u wybrzeży Ameryki. Tam za czasów Karola V20 osiągano dochód czterech milionów franków. Dziś sięga on może dwóch trzecich tamtej sumy. Ogólnie rzecz ujmując, światowy połów pereł przynosi rocznie około dziewięciu milionów franków.

– A czy mówi się coś o perłach wyjątkowych – spytał Conseil – perłach, które osiągnęły szczególną cenę?

– Ależ tak, mój chłopcze. Mówi się, że Cezar ofiarował Serwilii21 perłę, która dziś warta byłaby sto dwadzieścia tysięcy franków.

– A ja słyszałem nawet – wtrącił Kanadyjczyk – że jakaś dama w starożytności piła ocet z perłami.

– Tak, Kleopatra – wtrącił szybko Conseil.

– Ależ to musiało paskudnie smakować – dodał Ned Land.

– O tak. Ohydnie, przyjacielu Nedzie – odrzekł Conseil. – Ale szklaneczka octu za półtora miliona franków jest imponująca, nieprawdaż?

– Och, jaka szkoda, że nie ożeniłem się z tą damą – rzekł Kanadyjczyk, wymachując ręką w mało bezpieczny sposób.

– Ned Land małżonkiem Kleopatry! – wykrzyknął Conseil.

– Ale przecież raz to się prawie ożeniłem, mój Conseilu – rzekł poważnie Kanadyjczyk – i to wcale nie moja wina, że ostatecznie nic z tego nie wyszło. Nawet kupiłem kolię z pereł dla Kat Tender, mojej narzeczonej. Ona jednak rozmyśliła się i wyszła za kogoś innego. No ale ta kolia, którą jej zafundowałem, kosztowała mnie zaledwie półtora dolara. Ale panie profesorze, proszę mi wierzyć, perły z tego naszyjnika były tak ogromne, że na pewno nie przeszłyby przez sito o dwudziestu otworach.

– Mój dzielny Nedzie – odrzekłem, śmiejąc się – to były sztuczne perły. Zwykłe szklane kulki napełnione płynem ze Wschodu.

– Och! – odrzekł Kanadyjczyk – pewnie ten płyn ze Wschodu był bardzo kosztowny.

– Raczej kosztował tyle co nic! Używa się bowiem srebrzystej substancji z łuski białej uklejki, zebranej z wody i trzymanej w amoniaku. Nie ma ona żadnej wartości.

– Ach tak! To być może dlatego Kat Tender poślubiła kogoś innego – filozoficznie stwierdził Ned Land.

– Ale wracając do cennych pereł – podjąłem wykład – nie sądzę, by jakikolwiek władca miał perłę wspanialszą od tej, którą posiada kapitan Nemo.

– To ta – rzekł Conseil, wskazując wspaniały klejnot zamknięty za szybą.

– Ta właśnie. I nie pomylę się chyba zbytnio, gdy powiem, że warta jest ona dwa miliony..

– Franków! – wtrącił żywo Conseil.

– Tak – rzekłem – dwa miliony franków. Jednak kapitana kosztowała pewnie tyle tylko, ile schylenie się po nią.

– Ach! – wykrzyknął Ned Land. – Kto wie, czy jutro, podczas naszego spaceru, nie napotkamy podobnej!

– Ba! – westchnął Conseil.

– A dlaczego nie?

– Po cóż nam te miliony na „Nautilusie”?

– Na „Nautilusie” są na nic – przyznał Ned Land – ale gdzie indziej.

– Och, gdzie indziej! – powiedział Conseil, kręcąc głową.

– Tak – wtrąciłem – Ned Land ma rację. Jeśli przywieziemy kiedyś do Europy czy Ameryki perłę wartą kilka milionów, to historia naszych przygód zyska tylko na wiarygodności!

– Też tak sądzę – rzekł Kanadyjczyk.

– Ale – powiedział Conseil, który zawsze wracał do pragmatycznych wątków rozmowy – czy taki połów pereł może być niebezpieczny?

– Nie, skądże! – odparłem żywo. – Przecież podejmuje się stosowne środki ostrożności.

– A czegóż można się obawiać w morzu? Co może zagrażać poławiaczom? – wtrącił Ned Land. – Tych kilka łyków słonej wody, którymi się opiją?

– Tak jak mówisz, Nedzie. Ale przy okazji – dodałem, starając się naśladować beztroski ton kapitana Nemo – mój dzielny Nedzie, czy boisz się rekinów?

– Ja? – spytał Kanadyjczyk. – Ja? Zawodowy harpunnik? Ależ moja praca polega na tym właśnie, że kpię sobie z nich!

– Ale tu nie chodzi o to – przerwałem mu – by łowić rekiny za pomocą pętli, by wciągać je potem na pokład statku, odrąbać ogon uderzeniem siekiery, by rozpłatać im brzuch, wyciągnąć serce i wrzucić je do morza!

– A więc chodzi o to, by…?

– Właśnie.

– W wodzie?

– W wodzie.

– Daję słowo, gdyby mieć porządny harpun! Wie pan, panie profesorze, te rekiny są dość źle zbudowane! By chapnąć zdobycz, muszą przekręcić się na grzbiet i to jest właśnie doskonały moment, by.

Ned Land wymawiał słowo „chapnąć” w taki sposób, że ciarki przechodziły po plecach.

– No dobrze. A ty, Conseilu, co sądzisz o żarłaczach?

– Ja? – odrzekł chłopak. – Będę z panem szczery.

„Świetnie!” – pomyślałem.

– Jeśli pan zdecyduje się stawić im czoła – rzekł Conseil – to nie widzę powodów, dla których dzielny sługa nie miałby podążyć za panem!

Rozdział III Perła warta dziesięć milionów

Zapadła noc. Położyłem się spać, jednak sen miałem niespokojny. Główną rolę odgrywały w nim żarłacze. Uznałem, że etymologia słowa „rekin” wywodzi się całkiem trafnie od słowa „requiem”.

Nazajutrz o czwartej rano obudził mnie steward, którego kapitan Nemo przysłał mi do pomocy. Wstałem czym prędzej, ubrałem się i przeszedłem do salonu.

Kapitan Nemo czekał na mnie.

– Panie Aronnax, czy jest pan gotów do drogi? – spytał.

– Jestem gotowy.

– Zechce więc pan udać się za mną.

– A moi towarzysze, kapitanie?

– Zostali już uprzedzeni i czekają na nas.

– A więc nie włożymy skafandrów? – spytałem.

– Jeszcze nie. Nie pozwoliłem „Nautilusowi” zbliżyć się za bardzo do tutejszych brzegów, jesteśmy więc z dala od ławicy zatoki Mannar. Kazałem jednak przygotować łódź, która nas zawiezie, oszczędzając długiego i żmudnego marszu. Zabierzemy na pokład sprzęt dla nurków. Założymy wszystko, gdy będziemy u celu wyprawy.

Kapitan Nemo poprowadził mnie w stronę głównych schodów, których stopnie wychodziły na platformę. Ned i Conseil już tam stali, oczarowani „przyjemnością”, która miała ich zaraz spotkać. W przywiązanej do burty łodzi czekało na nas z wiosłami pięciu członków załogi „Nautilusa”.

Noc jeszcze była ciemna. Plamy chmur ledwo odcinały się od nieba. Spomiędzy nich tu i tam wyzierały gwiazdy. Skierowałem wzrok w stronę lądu, ale jedyne, co dostrzegłem, to niewyraźna linia zamykająca trzy czwarte horyzontu, ciągnąca się z południowego zachodu na północny zachód. Nocą „Nautilus” płynął wzdłuż zachodnich wybrzeży Cejlonu i znalazł się teraz na zachód od zatoki, a raczej od cieśniny pomiędzy tą ziemią a wysepką Mannar. To właśnie w tym miejscu pod powierzchnią wody były rozległe pola małży perłorodnych, niewyczerpany zasób pereł ciągnący się przez ponad dwadzieścia mil morskich.

Kapitan Nemo, Conseil, Ned Land i ja zajęliśmy miejsce w tyle łodzi. Kierujący nią człowiek usiadł do steru, a jego czterej towarzysze wspierali się na wiosłach. Odwiązano linę utrzymującą łódź i odbiliśmy od statku.

Łódź skierowała się na południe. Wioślarze nie spieszyli się wcale. Zaobserwowałem, że pociągnięcia wiosłami, zanurzanymi głęboko w wodę, następowały co dziesięć sekund, według metody wioślarskiej stosowanej przez marynarkę wojenną. Szalupa płynęła swym torem; pryskające kropelki spływały do czarnej wody jakby do roztopionego ołowiu. Od lądu płynęła niska fala, kołysząc nami delikatnie. Niekiedy rozbijała się o nasz dziób.

Siedzieliśmy w milczeniu. O czym rozmyślał kapitan Nemo? Być może o tej ziemi, do której podpływaliśmy, która pewnie wydawała mu się o wiele za bliska. Inaczej zapewne uważał Kanadyjczyk – ląd wydawał mu się zbyt odległy. Chyba tylko Conseil był tu zwyczajnie ciekawym przygody pasażerem.

Około wpół do szóstej pierwszy brzask na horyzoncie oświetlił wyższą linię wybrzeża. Od strony południowej wzniesienia wyglądały naprawdę imponująco, za to od wschodu wyspa wydawała się raczej płaska. Dzieliło nas od niej jeszcze pięć mil morskich, dlatego brzeg był jeszcze niewyraźny, spowity porannymi mgłami. Między nami a lądem rozciągało się puste morze. Ani jednego statku, ani jednego nurka. Całkowita samotność panowała w miejscu, gdzie spotykają się poławiacze pereł. Ale kapitan wspominał już o tym, że pojawiliśmy się się na tych wodach miesiąc wcześniej niż inni.

O szóstej zrobiło się w jednej chwili widno. Dzień w tropikach nastaje zaskakująco prędko, nie zna jutrzenek ani zmierzchów. Słoneczne promienie przeszyły zasłonę z chmur ciasno zbitych na wschodnim horyzoncie, a promienna dzienna gwiazda szybko zaczęła się wspinać na firmament.

Teraz ziemia ukazała się wyraźnie mym oczom. Tu i ówdzie dostrzegłem drzewa.

Łódź podpływała już do wyspy Mannar, zaokrąglonej nieco od strony południa. Kapitan Nemo wstał z ławki i przypatrywał się morzu.

Na jego znak rzucono kotwicę, łańcuch jednak rozwijał się bardzo krótko, w tym miejscu bowiem dno nie jest głęboko, zaledwie na jeden metr. To właśnie tutaj znajdował się najwyżej położony punkt ławicy perłopławów. Łódź wkrótce skręciła dzięki sile odpływu, który znosił ją w stronę otwartego morza.

– Oto przybyliśmy na miejsce, panie Aronnax – rzekł kapitan Nemo. – Widzi pan tę wciśniętą tu zatokę? To tu właśnie za niespełna miesiąc napłyną liczne statki poławiaczy, to w tych wodach nurkowie będą poszukiwać zdobyczy. Ta zatoka ma doskonałe położenie do tego typu przedsięwzięć, jest bowiem osłonięta przed najsilniejszymi wiatrami. Morze nigdy nie jest tu bardzo wzburzone, więc warunki naprawdę sprzyjają nurkom. A teraz założymy skafandry i rozpoczniemy spacer!

Nic na to nie odpowiedziałem i patrząc na te podejrzane wody, zacząłem przy pomocy marynarzy wkładać na siebie ciężkie podmorskie ubranie. Kapitan Nemo i dwaj moi towarzysze także się ubierali. Żaden z ludzi z „Nautilusa” nie miał nam towarzyszyć w tej wycieczce.

Wkrótce tkwiliśmy po szyję w naszych ubraniach z kauczuku, a szelki przytrzymywały nam na plecach urządzenia do oddychania. Nigdzie nie było natomiast aparatów Ruhmkorffa. Zanim więc włożyłem głowę w miedzianą kapsułę, zwróciłem na to uwagę kapitanowi.

– Nie będziemy potrzebowali tych aparatów – odpowiedział mi kapitan – bo nie zejdziemy na znaczne głębokości. Do oświetlania drogi wystarczą nam promienie słoneczne. Zresztą niebezpiecznie jest zabierać w to miejsce elektryczne lampy. Ich silne światło mogłoby przyciągnąć niebezpiecznych mieszkańców tych wód.

Gdy kapitan wypowiadał te słowa, zerknąłem na Conseila i Neda Landa, lecz moi dwaj przyjaciele wsunęli już głowy w metalowe kaski, więc nie mogli ani nic usłyszeć, ani nic odpowiedzieć.

Miałem do kapitana jedno, ostatnie pytanie:

– A broń? – spytałem. – Nasze strzelby?

– Strzelby! A po co nam strzelby? Czyż wasi górale nie atakują niedźwiedzia samym tylko sztyletem? Stal wydaje się pewniejsza niż ołów. Oto solidne ostrze. Proszę je z sobą zabrać i mocno przypiąć do pasa. Ruszamy!

Spojrzałem na moich towarzyszy. Byli uzbrojeni tak jak my, a Ned Land potrząsał w dodatku imponującym harpunem, który włożył do łodzi, zanim jeszcze odbiliśmy od „Nautilusa”.

Po chwili, biorąc przykład z kapitana, pozwoliłem włożyć sobie na głowę ciężką miedzianą kulę. Natychmiast podłączono do niej rurki z powietrzem i uruchomiono aparat.

Chwilę później marynarze z łodzi pomogli nam wysiąść. Stawaliśmy jeden po drugim na piaszczystym dnie leżącym zaledwie półtora metra od powierzchni. Kapitan Nemo dał nam znak ręką. Podążyliśmy za nim. Schodziliśmy łagodnym stokiem pod wodę, aż ta zupełnie nas zakryła.

Tu opuściły mnie niepokojące mój umysł myśli. Znów stałem się nadzwyczaj spokojny. Łatwość, z jaką wykonywałem każdy ruch, dodała mi odwagi, a zadziwiający widok przykuł moją uwagę.

Słońce słało już pod wodę na tyle dużo promieni, że widzieliśmy wszystko wyraźnie, nawet najmniejsze przedmioty. Po dziesięciu minutach marszu zeszliśmy na pięć metrów pod powierzchnię, gdzie dno było niemal płaskie.

Nasze kroki płoszyły gromady dziwnych małych rybek. Przypominało to scenę z polowań na bagnach, gdy myśliwi, goniąc zwierzynę, płoszą stada bekasów. Uciekające przed nami ryby należały do jednopłetwych, czyli posiadających jedynie płetwę ogonową. Udało mi się dostrzec jawajczyka, prawdziwego węża długiego na osiem decymetrów, o sinobladym brzuchu, którego łatwo można byłoby pomylić z węgorzem morskim, gdyby nie miał z boku złotych pasków. Z rodzaju żuwakowatych, których ciało jest owalne, ściśnięte, równie długie jak szerokie, zaobserwowałem błyszczyki karaibskie o pięknych, żywych barwach, noszące płetwę grzbietową niczym kosę. Ryby te są jadalne, można je suszyć i marynować. Smakują wybornie. Serwuje się je jako potrawę zwaną karawade. Widziałem też trankebary zaliczane do rodzaju Aspiphoroides, których ciało pokryte jest prawdziwym łuskowatym pancerzem w ośmiu podłużnych pasach.