Dwadzieścia siedem snów - Marta Alicja Trzeciak - ebook
lub
Opis

Niesamowita opowieść, w której zaciera się granica między jawą a snem.

Do zapomnianej przez świat wsi przyjeżdża młoda pisarka, która planuje rozpocząć pracę nad swoją najnowszą powieścią. Wynajmuje pokój u tajemniczej kobiety, zwanej przez miejscowych Szarą. Już pierwsze chwile pobytu u gospodyni pokazują dobitnie, że zarówno dom, jak i cała wieś kryją w sobie wiele sekretów.

Równolegle do fabuły prowadzonej na jawie czytelnik zostaje wprowadzony w świat niezwykle realistycznych snów pisarki. Pojawiają się w nich niby ci sami bohaterowie, których spotyka w świecie rzeczywistym, a jednak zupełnie odmienni od postaci rzeczywistych. Sny prowadzą pisarkę dalej niż jej dociekania na jawie. Podążając ich tropem, główna bohaterka zaczyna odkrywać zarówno tajemnice pobliskiego wzgórza, jak i sekrety skrywane przez mieszkańców całej wsi.

Pisarka pochłonięta swoimi dociekaniami nie zauważa nawet, że jej najnowsza powieść zaczyna pisać się sama. Każdy kolejny sen przynosi nowy rozdział, a zagadki rozwiązują się zarówno podczas jawy, jak i w czasie snu.

Ostatecznie główna bohaterka będzie musiała odpowiedzieć na pytania: Co wydarzyło się naprawdę, a co jej się tylko śniło? Kto jest bohaterem powstającej powieści? Czy przypadkiem nie jest tak, że pisarka to tylko postać z własnej książki…?

 

Marta Trzeciak debiutowała powieścią psychologiczną pt. Inframundo. Jest dwukrotną stypendystką Stypendium Kulturalnego Miasta Gdańska oraz zdobywczynią wyróżnienia w kategorii prozy pomorskiej i kaszubskiej COSTERINA (za dwie kolejne powieści: Bliżej Dalej oraz Dwa życia Kiki Kain). Trenerka i sędzia Odysei Umysłu. Pracuje nad doktoratem z dziedziny fizjologii środowiskowej – w ramach Interdyscyplinarnych Studiów Doktoranckich. Autorka artykułów naukowych i popularnonaukowych z zakresu fizjologii, weterynarii i biologii. Prowadzi warsztaty kreatywnego pisania – między innymi w Bibliotece Publicznej w Gdańsku oraz w Instytucie Kultury Miejskiej w Gdańsku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 420


Dedykuję mojej Mamie za „norkę” i wewnątrzsterowność

Zagorzałe feministki w snach nie walczą o żadne ze swoich praw tylko z pokorą na kolanach pucują buty swych mężów tyranów

Wszystkie wierne żony w snach nie strzegą tak pilnie swoich łon które stają się bardziej uczęszczane niż ruchliwe ulice po szesnastej

Rozdział 1

– Będzie u nas jadła? – spytała mnie dziś rano, gdy tylko wysiadłam z samochodu.

– Nie wiem – odparłam. – A trzeba się teraz decydować?

Uśmiechnęła się i machnęła na mnie ręką. Miała piękną twarz naznaczoną zmarszczkami od śmiechu. Podchodziła zapewne gdzieś pod siedemdziesiątkę. Szara – tak się nazywała.

– Nic nie trzeba. Ani teraz, ani później. Przyjdzie, to zje, nie przyjdzie, to nie zje. Może być? – Zaśmiała się.

– Może. – Odwzajemniłam uśmiech.

– Śniadanie dziewiąta, obiad pierwsza, kolacja szósta.

– Rozumiem – powiedziałam z powagą.

Szara milczała przez chwilę, tajemniczo się uśmiechając i omiatając mnie spojrzeniem od stóp do głów.

– Siedzi po nocy? – spytała, wskazując głową na mój komputer i torbę pełną książek oraz notatników.

– Czasami. – Wzruszyłam ramionami.

– Na noc będę zostawiać poprzykrywane ostatki z kolacji, to może sobie podjadać.

Zaśmiałam się.

– Dobrze, dziękuję.

– Na miesiąc? – upewniła się, pomagając mi wnieść rzeczy na piętro do mojego pokoju.

– Tak – odparłam, po czym dodałam rzeczowo – dwadzieścia osiem dni. Dwadzieścia siedem nocy czyli.

Rozbawiła mnie ta dziwna kolejność wyrazów. Jakbym przejmowała po Szarej te wszystkie przedziwne składnie.

Kobieta wyciągnęła z kieszonki fartucha prosty, sporych rozmiarów klucz. Włożyła go do zamka drzwi od mojego pokoju i próbowała przekręcić. Ale okazało się, że drzwi wcale nie są zamknięte. Z rozdrażnieniem mruknęła coś pod nosem i nacisnęła klamkę. Naszym oczom ukazała się śliczna, jasna sypialnia z dużym oknem wychodzącym na las. Okno było otwarte, a na środku pokoju stała staruszka – odwrócona do nas plecami.

– Mamo! – jęknęła Szara. Jej ton wskazywał raczej na zniecierpliwienie i znudzenie niż na złość.

Matka pani Szarej odwróciła się do nas i dopiero teraz dostrzegłam, że była naprawdę bardzo sędziwa. Staruszka nieprzytomnym wzrokiem spojrzała na twarz swojej córki. Mlasnęła z niezadowoleniem i machnęła na nią ręką. Mruczała coś pod nosem – albo był to język, którego nie znam, albo mówiła coś niewyraźnie i nie sposób było cokolwiek zrozumieć.

– Ile razy mamie mówiłam! To już nie jest mamy pokój.

Zrobiło mi się głupio. Odbieram staruszce jej dawną sypialnię, kradnę wspomnienie jej młodości…?

– Wie pani co? – spytałam, dotykając łokcia Szarej. – A może bym tak wzięła któryś z pozostałych pokoi?

Szara zniecierpliwiła się.

– Nie, przecież matka musi się przyzwyczaić. Od dziesięciu lat ten pokój jest wynajmowany. Nie może tu ciągle przyłazić i straszyć gości. Urządziliśmy dla niej lepszy pokój na dole. Ona ma chore biodra i w ogóle nie wolno jej włazić po schodach. Jak spadnie, to ja nie wiem, co będzie.

Staruszka mamrotała coś pod nosem. Przypominała mistrza Yodę. Nawet kolor skóry miała jakby zielonkawy…

– Ale ja bym chyba i tak wolała inny pokój – odparłam, spoglądając z rozbawieniem na starszą panią, która usiadła na łóżku i okryła się pościelą jak peleryną.

Szara westchnęła, skierowała wzrok ku niebu.

– Ale tamte są gorsze. Ten jest najładniejszy. I tamte nieprzygotowane. Pełno gratów, niewywietrzone, nieuprzątnięte.

– Nie szkodzi – odpowiedziałam bez wahania. – Ja wolę tam.

Szara ponownie wywróciła oczyma, podniosła na matkę palec wskazujący.

– Ja jeszcze do mamy przyjdę. Jeszcze sobie porozmawiamy.

– Głupio! – wrzasnęła nagle staruszka.

– Aha, dziękuję mamie bardzo – rzuciła z pełną ironii wdzięcznością.

Wyszłyśmy z pokoju – Szara przymknęła za nami drzwi i pomasowała się po skroniach.

– Przepraszam.

– Nie ma problemu. Ja naprawdę chętnie wezmę inny pokój – zapewniłam jeszcze raz.

Szara przytaknęła niemo, przeprowadziła mnie kawałek po korytarzu i w ten sam sposób co poprzednio próbowała otworzyć drzwi kolejnego pokoju. Kieszonka w fartuchu, kluczyk, zamek. Otwarte.

Tym razem Szara wyglądała na naprawdę rozdrażnioną. Wtargnęła do pokoju jak parowóz. Ja za nią. Pokoik był nieco mniejszy, ale może i ładniejszy – pozostawiono tu na półkach bibeloty, które nadają wiejskim domom charakter. To sprawiało, że miał duszę. W przeciwieństwie do poprzedniego pokoju nie był też tak wypucowany i pachnący ludwikiem albo innym skrzatem. Okno było otwarte na oścież – wpadało przez nie światło wczesnego popołudnia i obezwładniająco fantastyczna woń świeżego powietrza z lasu. Na rozgrzebanym łóżku leżała na wznak młoda dziewczyna – mogła mieć z szesnaście lat. W dłoniach trzymała jakąś książkę, ręce zaś unosiła wysoko w górę – w ten sposób czytała, gdy weszłyśmy.

– Laura! – krzyknęła Szara. – Ja się przez was wykończę! Ty też masz demencję? Ile razy mówiłam, żeby nie włazić do pokoi dla gości?!

Dziewczyna wcale się nie spieszyła – ani z odpowiedzią, ani z reakcją. Doczytała do końca zdanie czy akapit, po czym usiadła na łóżku. Miała niezwykłą urodę. Czarne włosy i oczy, a w oczach – pewnych siebie, o migdałowym kształcie – coś hipnotyzującego, zwierzęcego. Coś pierwotnego. Jej twarz zawieszona była w tym niezwykłym stanie pomiędzy dzieciństwem a dorosłością. Widać było po rysach, że to już kobieta, ale kilka szczegółów jej buzi – dziecięce wciąż policzki, linia małego noska i ust – przypominało o jej młodym wieku. Również kiedy mówiła – chwilami wzbudzała respekt jak silna, dojrzała kobieta, by za chwilę wprawić w rozbawienie czy nawet wywołać czułość, jaką wzbudza zaaferowane czymś dziecko. Jej skóra miała niezwykłą barwę i fakturę – zdawała się brzoskwiniowa i tak gładka, że aż połyskiwała na zagięciach ramion czy łokci. Jedno spojrzenie na tę dziewczynę obudziło w mojej głowie co najmniej tuzin fabuł, w których główną bohaterką jest młoda kobieta uwodząca mężczyzn i chłopców z równie zabójczą skutecznością co nieświadomością.

Laura wydęła policzki po dziecięcemu i rzuciła rozkapryszonym tonem:

– No co?! Przecież mówiłaś, że – tu spojrzała na mnie – ta pani będzie mieszkać w pierwszym pokoju! Sama mówiłaś!

– Tak! – krzyczała Szara (charakterystyczne, że obie krzyczały, mimo iż były bardzo blisko siebie). – Ale mówiłam ci też, że masz nie łazić po pokojach dla gości! – wrzasnęła, podchodząc do dziewczyny i zganiając ją z łóżka jak niesforną kotkę – symbolicznym trzepnięciem fartucha.

– Nie łażę!

– Łazisz!

– Nie! – rzuciła raz jeszcze i stanęła naprzeciwko mnie. Zmierzyła mnie wzrokiem i widząc moje lekkie rozbawienie, próbowała znaleźć sojusznika. – Ona zawsze przeżywa, że – zrobiła prześmiewczą minę, naśladując Szarą – nie wolno ŁAZIĆ po pokojach dla gości, a w sumie i tak nikt nigdy tu nie przyjeżdża. Czasem ktoś zajmie pierwszy pokój, a do tego nikt nigdy nie zagląda. Zresztą wszyscy wolą spać u Soliwody, bo ma lepsze warunki i mieszka w centrum wsi – blisko sklepu. Do babci przyjeżdżają tylko jakieś czubki. Z całym szacunkiem.

– Laura! – wrzasnęła Szara, zdejmując jednocześnie pościel z łóżka i chwytając się za głowę. – Chryste, daj mi siłę, bo nie wytrzymam z tą dziewczyną.

– No co?! – odkrzyknęła. – Przecież powiedziałam: z całym szacunkiem!

– W porządku – odparłam z cieniem uśmieszku. – Nigdy nie twierdziłam, że jestem do końca normalna… – Spojrzałam porozumiewawczo na Laurę.

Obie zerknęły na mnie z zaciekawieniem.

– Pani przyjechała tutaj… pracować, prawda? – rzuciła Szara w moją stronę, spoglądając na mnie przepraszająco.

– Coś w tym stylu. – Uśmiechnęłam się.

Laura zainteresowała się przez chwilę moją torbą z książkami i notatnikami, po czym zwróciła się do Szarej, która zamieniła się teraz w sprzątające tornado.

– Babciu, to są moje rzeczy! Możesz ich nie ruszać?!

– Ja chyba zasłabnę. – Uniosła wzrok ku niebu. – Nie, nie mogę!

– Podobno tu jest jeszcze trzeci pokój – wcięłam się, widząc, że w pokoju jest mnóstwo bibelotów Laury. Co więcej, podobały mi się te rzeczy – świadczyły o tym, że ich właścicielka ma w sobie to coś. Na półkach poustawiane były obrazki wykonane własnoręcznie z suszonych kwiatów powklejanych w ramkę, butelki z zielonkawego szkła wypełnione ciekawymi kamieniami, czaszka jakiegoś małego zwierzątka – chyba zająca – oczyszczona i wygładzona zapewne przez mrówki. Poza tym dziewczyna poustawiała na półkach mnóstwo książek, które także przypadły mi do gustu. Były to głównie baśnie. U złotego źródła, Diabelskie skrzypce, Kwiat paproci. Gdzieś z boku poniewierała się Cudowna studzienka i Baśnie tysiąca i jednej nocy. Szkoda byłoby, gdyby musiała zabierać stąd ten twórczy bajzel.

– Trzeci pokój?! – krzyknęła Szara. – Nie, niech nie żartuje – zwróciła się do mnie w tej szczególnej formie trzecioosobowej. – Miała dostać pierwszy pokój. Naprawdę przepraszam za to. Pewnie już tu nigdy nie przyjedzie. Pewnie wszystkim znajomym z wielkiego miasta rozpowie, żeby koniecznie nocowali u Soliwody, bo tu stara wariatka nie potrafi nawet pokoju przygotować!

Nie mówiła tego tonem pełnym żalu – raczej krzyczała na wnuczkę.

Laura nic sobie z tego nie robiła. Podeszła do mnie i – zamieniając się na chwilę w małą dziewczynkę, szepnęła:

– W tamtym trzecim pokoju straszy – dlatego babcia nie chce tam pani ulokować.

– Straszy? – Uniosłam brwi. – W takim razie koniecznie muszę spać właśnie tam.

Szara cmoknęła i trzepnęła wnuczkę fartuchem.

– Wcale nie straszy! Co ty opowiadasz tej pani?! Niebiosa, pomóżcie mi!

– Dzieją się tam dziwne rzeczy, naprawdę. – Laura nie przejmowała się babcią.

To oczywiście musiało mnie zafascynować.

– Jakie rzeczy?

Laura wzruszyła ramionami.

– Różne. Święte obrazy znikają, a figurki odwracają głowę, jak się nie patrzy. Buty się same ustawiają do wyjścia, okno otwiera się w nocy na oścież.

– Przestań! – wrzasnęła Szara.

Laura zaśmiała się.

– Babcia nie chce się przyznać, ale sama tam przecież wstawia kwiaty, jak podupadną na zdrowiu. Wszystko tam zaraz zaczyna się piąć jak szalone. Kwiaty kwitną nawet w środku zimy! Chleb pozostaje przez tydzień świeży, wyschnięte jabłka znowu stają się jędrne. Serio! Robiłam tam już różne eksperymenty. Jak się zostawi jakieś ubranie z dziurą – na następny dzień znajduje się dziurę zacerowaną. Nawet guziki potrafią się same przyszywać…

– W takim razie trudno tu mówić o „straszeniu” – powiedziałam zafascynowana.

Laura uniosła wysoko brwi. Znowu zamieniła się w dziecko.

– Gorzej w nocy…

– Dlaczego? – spytałam.

– Laura, przestań!

– Bo nocami ktoś pochyla się nad uchem i szepcze… Słowo daję!

Po tych słowach nie miałam już żadnych wątpliwości.

– Pani Szara – powiedziałam zdecydowanym tonem. – Ja muszę spać w tamtym pokoju.

– Chryste, ratuj! – jęknęła. – Tu pościelę, wszystko wysprzątam, dobrze? Tutaj lepiej nocować – ładniej, czyściej.

– Nalegam – nie ustępowałam.

Szara rzuciła gniewne spojrzenie w stronę Laury i machnęła ręką. Wyszłyśmy z pokoju. Korowód: Szara, ja, Laura. Podeszłyśmy do trzecich drzwi na piętrze. Tym razem trzeba było użyć klucza, by wejść. Szara przekręciła go w zamku, nacisnęła klamkę i otworzyła drzwi.

Pokój był niezwykły – wpadały do niego snopy światła – okno otwarte na oścież – tak jak mówiła Laura. Firana powiewała na lekkim wietrzyku, który wiał od strony lasu. I – tak jak zapowiedziała wnuczka mojej gospodyni – było tu zatrzęsienie roślin, które pięły się jędrnymi, liściastymi łodygami w górę – jakby sądziły, że są częścią jakiejś amazońskiej dżungli. Większość roślin kwitła – nie wiedziałam nawet, że te pospolite kwiaty doniczkowe kwitną tak niezwykłymi kolorami.

Pokój był nieduży – chyba najmniejszy ze wszystkich trzech. Ale niebanalny. Miało się wrażenie, że wyciąga do człowieka swoje ramiona. Przy jednej ścianie stało stare, wiejskie łóżko. Obok coś, co mnie zafascynowało – drewniana, ręcznie robiona przez któregoś z domowników kołyska. Nad łóżkiem wisiał oleodruk z popularnym przedstawieniem Matki Boskiej z sercem oplecionym kwiatami i przebitym sztyletem. Pamiętam taki z dzieciństwa, z domu dziadków, gdzie przyglądałam mu się często z fascynacją i pewnym niepokojem (z powodu ostrza wbitego w lewy przedsionek i wychodzącego prawą komorą).

Tuż obok wisiała na ścianie doniczka z rośliną, o której w moich stronach mówiło się „strzałka”, ale wiem, że ma też bardziej osobliwą nazwę: „zroślicha”. Spomiędzy bujnych liści wyrastały niezbyt piękne, ale niezwykłe kwiaty. Rzeczywiście – pamiętam, że kiedyś czytałam, iż nie zakwitają one nigdy w warunkach domowych. Słowa Laury nabrały większej mocy.

Rzuciłam jeszcze krótkie spojrzenie na stolik i krzesło stojące po przeciwnej stronie pokoju, po czym oznajmiłam:

– Zostaję.

Szara widziała chyba, że nie ma sensu ze mną dyskutować, więc tylko westchnęła.

– To chociaż pozabieram te wszystkie duperele, żeby tu nie wadziły.

– Nie. – Zastąpiłam jej drogę. – Czy mogę prosić, żeby je pani zostawiła? Podobają mi się.

Wzruszyła ramionami i przytaknęła, zmęczona walką.

Powiedziałam, że jedyna zmiana, jakiej dokonam w tym pokoju, to przestawienie stolika pod samo okno, i zabrałam się do rozpakowywania.

Szara skapitulowała, rzucając tylko:

– Za godzinę obiad. Przyjdzie?

– Przyjdę. – Uśmiechnęłam się.

Smakowity aromat gotowanych klusek i podsmażanej cebulki rozchodził się po całym domu. Już się rozpakowałam, zerknęłam na zegarek – chciałam być punktualna, bo zdawało mi się, że tradycyjna gospodyni przestrzega pór posiłków ze skrupulatnością szwajcarskiego zegarka.

Zeszłam do kuchni i zastałam Szarą nad garnkami. Ucieszyła się, widząc mnie – minę miała taką, jakby odczuła ulgę. W drugim końcu kuchni, łuskając bób, siedziała druga starsza kobieta, której nie zamykały się usta. Z tego, co mówiła, wywnioskowałam, że jest z innej wsi i przynosi najświeższe ploteczki.

Szara przerwała jej bez zażenowania, jakby wiedziała, że z gadką tamtej jest jak z rzeką – nie wstrzymasz nurtu jedną małą tamą.

Spytała, czy będę jadła w kuchni, czy na zewnątrz. Bez wahania wybrałam to drugie. Uprzedziłam, że nie jem mięsa, ale nie grymaszę. Jak na obiad będzie kotlet z ziemniakami, to zjem same ziemniaki, i tyle.

– Te miastowe dziewczyny! – oburzyła się nieznajoma kobieta. – Wszystkie jak patyki. Wiatr cię przewróci, dziecko, jak nie będziesz więcej jadła.

– A pytał cię ktoś, Remkowa? – rzuciła w jej stronę Szara i jednocześnie przytaknęła na moją prośbę.

Spytałam, czy ktoś jeszcze będzie dziś na obiedzie.

– Teraz nie – odparła Szara, wyciągając kluski z wrzątku. – Będzie miała jeszcze towarzystwo trzech gości od Soliwody, ale oni dziś cały dzień czają się po lesie. Szukają wilków. Może będą na kolacji. Zawsze to jakieś towarzystwo.

– Nie sądzę, żeby pani odpowiadało towarzystwo tych facetów – rzuciła Laura, która właśnie zbiegła ze schodów.

– Nie zbiegaj jak koń – rzuciła w jej stronę Remkowa tonem kogoś, kto zawsze ma prawo zwracać uwagę, czy to u siebie w domu, czy w gościach.

– A niby czemu pani miałoby się nie podobać towarzystwo tamtych trzech? – zapytała Szara wnuczkę. – Panowie dobrej budowy. – Mówiąc to, zaśmiała się jak chochlik. – A dwóch to nawet w dobrym wieku…

– Ta, jeden bardziej wąsaty od drugiego! – rzuciła oburzona Laura.

– Dziecko! Nie pozwalaj sobie! – zdenerwowała się Remkowa. – A poza tym ta pani ma obrączkę, zgadza się? Może i jestem ślepa na stare lata, ale co trzeba – widzę.

– To prawda, mam męża – odparłam, trzymając w dłoniach talerz, na który Szara nakładała mi kluski.

– To co on tak panią puszcza samą? – dopytywała się Remkowa.

– Co ty panią tak gnębisz, ty stara, wścibska babo! – zaśmiała się Szara, po czym rzuciła do Laury: – Zawołaj prababcię na obiad.

– Prababcia powiedziała, że nie wychodzi z pokoju. Mówi, że umiera.

Szara cmoknęła zniecierpliwiona.

– Chryste, ratuj mnie! – westchnęła, po czym dodała w moją stronę: – Matka umiera chyba od dziesięciu lat, a jest zdrowsza niż ja.

Wytarła dłonie w fartuch i poszła na górę, machając jednocześnie na Laurę, by poszła za nią.

– Niech już je, bo stygnie – rzuciła ze schodów w moją stronę.

Remkowa przyglądała mi się z zaciekawieniem, bez żadnego skrępowania. Głupio mi było ją tak po prostu zostawić, więc rzuciłam uprzejmie:

– Ja sobie pozwolę zjeść na zewnątrz, jeśli nie ma pani nic przeciwko.

Remkowa rozciągnęła się:

– A, ja też sobie wyjdę.

Ruszyła za mną – krok w krok. Usiadłam z talerzem klusek i surówką z kiszonej kapusty przy długim drewnianym stole ustawionym na tyłach domu, gdzie Szara urządziła jadalnię na świeżym powietrzu.

Remkowa siadła tuż przy mnie. Wolałabym już, żeby też jadła. Głupio tak pałaszować obiad, gdy ktoś obserwuje każdy twój ruch.

Milczałyśmy przez chwilę. Chyba tylko ja czułam się niezręcznie.

– Co, pewnie jest pani w tej całej separacji, co? Teraz to wymyślają wynalazki…

– Nie, nie jestem w separacji. Po prostu przyjechałam bez męża.

– Tragedia, co za czasy! Mówię pani… Za moich czasów to było prosto i porządnie. Dajmy na to – mój mąż świętej pamięci… Raz mnie zobaczył, oświadczył się i tyle było afery. Najpierw jego matka przyszła jeszcze do mojej matki nieoficjalnie i powiedziała: „Remek się będzie oświadczał; przyjmiecie go?”. A moja matka na to: „Przyjmiemy”. Na następny dzień było, jak mówiła. I tyle.

– Wspaniała historia – mruknęłam kwaśno znad klusek.

– Potem się żyło, a na koniec umarł i ot, cała filozofia. Czasem tylko żałuję, że dzieci więcej nie miałam. Ale innymi razy z kolei nie żałuję. Te dzieci dziś – same kłopoty. Tylko jednego syna mam, a ile z nim było utrapienia, o Jezusie! Taki mniej więcej w pani wieku mój syn – ile pani ma? Remek – po ojcu go Remigiusz też nazwaliśmy – trzydzieści cztery. Jedyny syn – przez tyle lat to było dziecko do rany przyłóż. Dopóki nie wydoroślał. To znaczy – tak mu się wydawało, że wydoroślał. Ledwo zarost na nim było widać. Dla mnie to było jeszcze dziecko. Zresztą – dla matki to zawsze dziecko pozostanie dzieckiem. Ma pani dzieci?

Pokręciłam przecząco głową. Jadłam, słuchałam. Kluska, surówka, słowotok Remkowej. Trzydaniowy obiad.

– Błąd. Błąd. Wy teraz za późno dzieci rodzicie, a potem wznosicie ręce do nieba. No ale wracając… Miał wtedy z osiemnaście lat. Świeżo jakoś skończył. Mieszkał ze mną – a mieszkam tam. – Wskazała ręką za las. – Ze dwadzieścia kilometrów od Tego Nowego. W Tym Starym. Wszyscy się zawsze ciekawią – co to za dziwne nazwy tych wsi. To Nowe i To Stare… No ale wracając… Ja Remkowi planowałam już ładnie przyszłość. Mąż mój umarł dawno – jak syn miał trzynaście lat, a dom był duży. Więc myślałam sobie – znajdzie żonę i wprowadzą się do mnie. Będziemy sobie razem mieszkać. Oni pomogą mnie, ja im, i dobrze będzie. Ale nie – syn widać wiedział lepiej. Przyszedł do mnie i powiedział, że wyjeżdża. „Jak wyjeżdżasz?” – ja na to. On, że na studia, że świat chce zobaczyć, że ma dosyć życia w zamknięciu, że ma dosyć tej wsi, tego wszystkiego. A już wcześniej jeździł do miasta, bo miał muchy w nosie i nie chciał się tu uczyć nigdzie w zawodówce czy coś, tylko do szkoły ogólnej miastowej chciał chodzić. Codziennie – najpierw rowerem, potem pekaesem, na koniec na piechotę. Jeździł aż do Eskultor – tak sobie wymyślił, że jak ma się uczyć w mieście, to niech to będzie wielkie miasto. Uczyć się, uczyć! Już ja wiedziałam doskonale, co go z domu wygnało! Chuć! On się za dziewuchami już zaczął dawno oglądać, ale widać teraz samo oglądanie mu nie wystarczyło. Co miałam zrobić? Był tak uparty jak jego ojciec – nie dało się nic urobić. Powiedziałam – tylko wróć do mnie, jak już sobie użyjesz. Wróć, bo inaczej co ja – stara, samotna tutaj pocznę.

– I co, wrócił? – spytałam, bolejąc nad losem nieszczęsnego Remigiusza juniora.

– Wrócił, wrócił, ale kiedy i jak! Myślałam, że zawału…

– Dasz już pani spokój czy nie? – przerwała jej Szara, wychodząc przed dom z naręczem suszonych ziół i dając je Remkowej.

– Ile za to chcesz? – spytała, przejmując sporą wiązkę suszek.

Szara machnęła ręką.

– Śliwek mi za to trochę nawieziesz, jak będziesz następnym razem. Z tej twojej śliwy dobre powidła wychodzą.

Remkowa przytaknęła.

W tym samym momencie – jak na zawołanie – rozbrzmiał dźwięk silnika jakiegoś dużego samochodu i ktoś trzy razy zatrąbił klaksonem.

– Przyjechał już twój transport – rzuciła Szara, wskazując ręką na front domu, dokąd docierała główna droga we wsi.

Remkowa podniosła się ślamazarnie. Widać było wyraźnie, że wcale jej się jeszcze nie chce iść. Wzięła się pod boki i zwróciła się znowu do mnie:

– Tak, tak, proszę pani. Tak to jest z tą chucią… Ale mężczyźni wcale nie są najgorsi. Chłopy to chłopy – proste. Gorzej kobiety. Tak, to najgorzej – takie ladacznice. Jak tamta! – Mówiąc to, pokazała ręką dość wysokie wzgórze, które piętrzyło się samotnie nieopodal wsi. Widać je było wyraźnie już z drogi, na co zwróciłam uwagę, gdy tutaj dojeżdżałam. Dopiero teraz jednak zauważyłam, że na szczycie wzniesienia stoi samotny domek. A dookoła majaczy jakaś niewielka zagroda…

– Kto to jest „tamta”? – spytałam, po raz pierwszy zaciekawiona tym, co mówi Remkowa.

Stara uśmiechnęła się, czerpiąc przez chwilę energię z mojego zainteresowania jak stara jaszczurka ze słońca.

– Tam mieszka ta wiedźma! – rzuciła w końcu. – Ladacznica! To ona sprowadza na złą drogę wszystkich dobrych chłopaków. To przez takie jak ona grzech rozplenia się po świecie, nie przez tych prostych mężczyzn przecież…

Za dom wyszła Laura, trzymając w rękach talerz z kluskami. Siadła obok mnie i zaczęła je jeść dłońmi.

– Dziecko, zachowujesz się jak dzikie zwierzę! – rzuciła w jej stronę Remkowa. – Czy nie ma widelca albo łyżki w tym domu?!

Do naszych uszu ponownie dotarł dźwięk klaksonu. Tym razem jakby bardziej zniecierpliwionego.

Laura nic nie odpowiedziała, ale podniosła kluskę z talerza, wycelowała i wrzuciła ją do ust. Mlasnęła, uśmiechając się do Remkowej, przegryzła parę razy, po czym otworzyła usta i pokazała starej ich zawartość.

– Ty pomiocie! – wrzasnęła Remkowa i zamachnęła się laską.

– Wystarczy! – zawołała Szara.

Usłyszałyśmy ciężkie kroki. Ktoś wszedł frontowym wejściem, przeszedł przez cały dom i wyszedł do nas tylnymi drzwiami.

– Pani Remkowa – rzucił zniecierpliwiony młody mężczyzna w służbowej koszulce i czapeczce z logo Ruchu – jedzie pani czy nie jedzie? Ja mam swoje terminy, swoje sprawy. To jest praca, pani Remkowa!

Kobieta opuściła laskę, ściszonym głosem ciskając w stronę Laury przekleństwa. Pokiwała głową z niedowierzaniem, rzuciła Szarej spojrzenie pełne nagany, po czym odwróciła się na pięcie i poszła za kierowcą.

– Jasna cholera, po co ty ją prowokujesz?! – syknęła Szara w stronę Laury.

– Bo jej nie lubię!

– A ona ciebie!

– I dobrze!

– No i dobrze!

Szara złapała się za głowę.

– Przepraszam – powiedziała do mnie. – To była Remkowa. Przyjeżdża tu do nas co jakiś czas, zabiera się z transportem prasy, a potem wraca, jak kierowca skończy rundę.

– Przyjeżdża po zioła? – spytałam.

Szara machnęła ręką.

– Tak naprawdę to przyjeżdża, żeby pogadać. Ale tak – oficjalnie – po zioła. Zbieram i suszę czasem zioła.

– Na co?

Szara spojrzała na Laurę. Obie się zaśmiały.

– Na wszystko. Kamienie nerkowe, nadmierne poty, bolesność stawów.

– Koszmary senne, łomotanie serca, parchy – dodała Laura.

– I zioła na to wszystko działają? – Zaśmiałam się.

– Moje zioła działają na wszystko – odparła, tym razem poważnie i z dumą, Szara. – Nie tylko Remkowa się u mnie leczy.

Przytaknęłam, po czym wróciłam do tematu, który bardziej mnie interesował.

– Pani Szara… Kto mieszka tam na wzgórzu?

Babka i wnuczka wymieniły się spojrzeniami.

– Na wzgórzu…? A czemu pani pyta? – odpowiedziała, siląc się na obojętny ton.

Ja również się siliłam.

– Już jak do was jechałam, widziałam z drogi to samotne wzniesienie. Wygląda bardzo… inspirująco. Jest tam tylko jeden dom, prawda?

– Prawda – odparła, zbierając mój talerz i widelec. – Mieszka tam Milena.

– Mieszka tam tylko jedna kobieta?

– Zgadza się.

– Pani rówieśniczka? – podpytywałam, bo zaczynałam już wierzyć w to, że poza Laurą w tej wsi żyją same stare kobiety.

Laura zaśmiała się.

– Babci rówieśniczka? O nie, raczej pani.

– Czy… zjawia się tutaj czasem? We wsi? – dopytywałam dalej, czując, że poruszam się po grząskim gruncie.

– Milena we wsi? – prychnęła Szara. – Nie. Ona nie opuszcza wzgórza.

– To raczej inni ją odwiedzają – rzuciła Laura, pastwiąc się nad ostatnią kluską.

– Laura! – warknęła Szara. – Proszę pozmywać gary i obrać ziemniaki!

Laura poderwała się z miejsca, ale nigdzie nie zamierzała się jeszcze wybierać. Obie ścierały się przez chwilę wzrokiem. Dziewczyna chwyciła zmasakrowaną kluskę i cisnęła ją ze złością w stronę małego kundelka, który pałętał się pod nogami. Kluska uległa natychmiastowej anihilacji w jego paszczy.

– Już! – wycedziła przez zęby Szara.

Laura przełożyła majestatycznie nogi nad ławą i powolnym krokiem skierowała się do kuchni, cały czas patrząc swojej babce w oczy. Szara rzuciła mi spłoszone spojrzenie, po czym również zniknęła w domu.

Pogładziłam się po brzuchu wypchanym mączną masą. Spojrzałam w stronę wzgórza. Oto mój cel. Czas zacząć drążyć.

*

Na co dzień jadam zupełnie inaczej niż tutaj, więc tradycyjny posiłek na bazie mąki i kapusty pokonał mój nieprzyzwyczajony organizm i przyprawił go o nieprzejednaną senność. Mój żołądek przerabiał pracowicie kluski na glukozę, a ja wspięłam się po obiedzie do swojego pokoju na mały odpoczynek. Pomyślałam, że wybiorę się na przechadzkę na wzgórze jutro, dziś natomiast jeszcze nieco odpocznę, uporządkuję sobie w głowie to, co mam do zrobienia, i zapuszczę w tym miejscu drobne korzonki.

Otworzyłam drzwi do swojego pokoju. Przed wyjściem z całą pewnością zamykałam okno. Teraz było otwarte na oścież. Firanka wydymała swój jasny brzuch w moją stronę. Podeszłam do okna i wychyliłam się. Dopiero teraz przyjrzałam się dokładnie widokowi, jaki się stąd rozpościerał. Okno wychodziło na tyły domu, więc dokładnie pod sobą mogłam ujrzeć jadalnię za domem. Dalej widać było pola i las. Kiedy jednak wystawiłam głowę przez okno, dostrzegłam, że na prawo widać intrygujące mnie wzgórze. Przyglądałam mu się z zaciekawieniem przez chwilę, próbując wypatrzyć jakiś ruch przy domku, ale wzniesienie było zbyt daleko, bym mogła dostrzec takie szczegóły. Może gdybym miała lornetkę…

Wyciągnęłam ze swojej przepastnej torby mały notatnik, który zawsze noszę ze sobą, i pióro. Mój podręczny niezbędnik – moja apteczka z lekarstwem na nadmiar pomysłów. Zarówno notatnik, jak i pióro dostałam od mojego M. i bardzo je lubiłam. Zwykle nie przywiązuję się do przedmiotów – nie lubię się nimi otaczać i nie ma dla mnie znaczenia ich wartość. Co więcej – świetnie się czuję, pozbywając się ich, czy raczej – pozostawiając je za sobą. To chyba dlatego nigdy w życiu nie kupiłam w sklepie takich przedmiotów jak sofa, dywan czy karnisz. Tego typu rzeczy w moim otoczeniu zawsze należały wcześniej do kogoś, kto – widząc nasze lokalowe ubóstwo – ofiarowywał nam je, choć w zasadzie nigdy o to nie prosiliśmy. Razem z M. zawsze oscylujemy wokół jakiegoś rodzaju niezrozumienia ze strony naszych bliskich. Jesteśmy wiecznie zawieszeni pomiędzy ich współczuciem a podziwem. Nie mamy swojego mieszkania – wiecznie przemieszkujemy w czymś wynajętym. Nasz samochód woła o pomstę do nieba. Ani myślę go wymieniać, mimo że lata jego świetności minęły dawno temu – zdaje się, że nastąpiło to niedługo po tym, jak opuścił linię produkcyjną gdzieś w Korei.

Mimo tego nieprzywiązywania wagi do posiadania przedmiotów mam wśród otaczających mnie rzeczy swoich ulubieńców, którzy po pewnym czasie dotykania ich, korzystania z nich i przebywania w ich cichym towarzystwie zaczynają mieć coś w rodzaju miniaturowej duszyczki. Zyskują dla mnie osobowość, stają się odrębnym bytem – wcale nie takim samym jak setki czy tysiące ich braci bliźniaków.

Jednym z takich przedmiotów jest właśnie pióro, które dostałam od M. Lubię je, ponieważ jest leciutkie, zgrabne i ma śliczną, srebrną stalówkę. Poza czerwonym kolorem korpusu nie ma w nim niczego fikuśnego. Klasyczny parker ze stalową nakładką.

Chwyciłam notatnik z pomarańczową okładką i pióro. Wychyliłam się przez okno i naszkicowałam schematycznie wzgórze Mileny wraz z majaczącym na jego szczycie zarysem domku i niewielkiej zagrody.

Położyłam się na łóżku i spoglądałam na wykonany przed chwilą szkic. Czułam znajomy smak inspiracji. Tej nieodgadnionej i zarazem nieprzejednanej siły, która czasem nie daje człowiekowi spać, nie pozwala mu skupić się na czymkolwiek czy zająć się innymi obowiązkami.

Naprawdę wierzę w powołanie. Być może nie każdy odkryje swoje, a może i nie każdy by chciał. Bo powołanie to ogromna odpowiedzialność. Uważam, że może ono objawiać się w różny sposób i nie zawsze musi dotyczyć wzniosłych rzeczy. Wierzę, że niektórzy kapłani odczuwają autentyczne powołanie do pełnienia swojej służby Bogu czy też Kościołowi. Wierzę, że zwrot „nauczyciel z powołania” nie jest tylko pustym frazesem – że oznacza kogoś, kto przedkłada pragnienie prowadzenia innych i nawiązywania z nimi kontaktu nad własne zmęczenie czy też nad wymierność włożonej pracy i otrzymywanej zapłaty.

Wierzę też, że pisarzem człowiek staje się z powołania. Ta chęć pisania towarzyszy ci, jeszcze zanim jesteś w stanie to zrozumieć. Zanim jeszcze nauczysz się pisać – już chcesz opowiadać historie. W moim przypadku tak właśnie było. Często słyszę to pytanie: Jaki jest udział talentu, jaki szczęścia, a jaki ciężkiej pracy w byciu pisarzem? Trudno na to odpowiedzieć. Szczerze mówiąc, uważam, że na sukces składa się osiemdziesiąt procent ciężkiej pracy. A pisząc „ciężka praca”, mam na myśli zarówno warsztat pisarski, który bez przerwy trzeba ćwiczyć i szlifować, jak i wszystkie działania, które trzeba wykonać poza samym procesem tworzenia. Wszystko to ogromnie ciężka praca, przez którą z wytrwałością, potem na czole oraz uśmiechem na twarzy należy przebrnąć.

Pozostaje jeszcze dwadzieścia procent. Tutaj dałabym talentowi piętnaście, a szczęściu pięć. Ale nie jestem wcale zadowolona z tego podziału, bo on nic nie mówi o rzeczywistej sytuacji. Należę do tych konserwatystów, którzy wciąż upierają się, że do tworzenia sztuki (a za taką uważam pisanie) potrzebne jest „to coś”, talent, a może po prostu jakaś iskra. Słyszę sporo o tym, że podążając za pewnym schematem i pisząc poprawnie, da się urodzić niejedną książkę – niejednokrotnie lepszą od tych, które powstają spod piór tak zwanych „prawdziwych pisarzy”. Podobno komputery też piszą książki, które zainteresowałyby niejednego czytelnika. Nie mam nic przeciwko. Bo być może różnica tkwi nie tylko w odbiorcy, ale też w samym nadawcy. Czy komputer odczuwa ekscytację, pisząc o losach swoich bohaterów? Czy drżą mu ręce, gdy poddaje ich próbom, czy serce bije mu jak oszalałe, gdy zmierza ku zakończeniu historii? Czy nie może spać po nocach, dopóki nie wymyśli zgrabnego zwrotu akcji?

Wydaje mi się, że dobrą analogią jest tutaj praca psychologa. Jestem głęboko przekonana, że każdy inteligentny człowiek, jeśli był pilnym studentem, czytał sporo i poznał schematy, zgodnie z którymi powinna przebiegać psychoanaliza, jest w stanie poprawnie ją przeprowadzić. A jednak do tego zawodu potrzebna jest pewna intuicja, pewien szczególny rodzaj inteligencji społecznej, szczególna forma empatii, która pozwala nadać całemu procesowi rumieńców. Czy pacjent poddawany terapii odczuje tę różnicę? To chyba zależy od pacjenta, prawda?

Innymi słowy – żeby odpowiedzieć na to męczące i poprzecierane od zbyt częstego zadawania pytanie: Jaki jest udział talentu, jaki szczęścia, a jaki ciężkiej pracy – należałoby wyprowadzić jakiś skomplikowany wzór matematyczno-logiczny. Pełno byłoby w nim zwrotów w rodzaju „wtedy i tylko wtedy”, „jeżeli tak, to”, „jeżeli nie, to” i tak dalej. Wyobrażam sobie ten wzór jako gigantyczną zbitkę koniunkcji i alternatyw, w której sformułowania „talent” i „szczęście” przewijałyby się co chwilę, mimo iż sprawny matematyk udowodniłby w ułamku sekundy, że da się to zadanie poprawnie rozwiązać, nawet jeśli tak „talent”, jak i „szczęście” równają się zero.

Pogrążona w tych przemyśleniach przyglądałam się swojemu szkicowi i zaczęły w mojej głowie kiełkować pierwsze pomysły. Spędziłam w ten sposób jedno z tych popołudni, w czasie których czas płynie dla mnie inaczej niż dla postronnego obserwatora. Dla mnie pędzi jak oszalały, dla niego – wlecze się w nieskończoność. Ja czuję, że czaszka za moment eksploduje mi od intensywnego myślenia; obserwator sądzi, że spędziłam całe popołudnie, zalegając na łóżku z notatnikiem i piórem w garści. À propos tej względności czasu, przypomniała mi się niezwykle dramatyczna sytuacja z dzieciństwa, która powtarzała się niemal za każdym razem, gdy bawiłam się z moimi siostrami ciotecznymi…

Jako dziecko bardzo często odwiedzałam moje kuzynki (i na odwrót). Wydaje mi się, że byłyśmy dość dziwnymi dziećmi, bo nasze zabawy nie należały do typowych… Na przykład – jedna z naszych ulubionych zabaw „w statek” polegała na tym, żeby napełnić wannę wodą i sukcesywnie zalewać nią podłogę łazienki. Bawiłyśmy się w rejs, ale przecież od czasu do czasu trzeba było przybić gdzieś do portu lub z niego wypłynąć; ewentualnie – zmierzyć się z tornadem czy innymi przeszkodami. We wszystkich wymienionych sytuacjach najstarsza z nas reagowała w taki sam sposób, czyli spuszczała wodę w toalecie, która (wydawało nam się to absolutnie oczywiste!) była sterem naszego statku. Wyobraźcie sobie teraz trzy dziewczynki, które spędzają dłuuugie godziny w łazience i wychlapują wodę z wanny, i naciskają spłuczkę w toalecie. A wszystko to przy akompaniamencie powtarzających się zawołań: „Cumy w górę, odpływamy!”, „Kotwica w dół, przybijamy do brzegu!”, „Burza, wiry wodne!”.

Ale wracając do dramatycznej sytuacji towarzyszącej naszym zabawom… Poza tymi nietypowymi, angażującymi spłuczkę od toalety i hektolitry wody, często również organizowałyśmy sobie czas bardziej tradycyjnie. Sztandarowym przykładem jest oczywiście zabawa w dom. Ponieważ moje siostry cioteczne miały sporo akcesoriów domowych, kuchennych i łazienkowych przeznaczonych dla lalek, zazwyczaj budowałyśmy na dywanie gigantyczną willę dla rodziny lalek, w której następnie – po nakreśleniu tła fabularnego – zamierzałyśmy się bawić. Pamiętam dokładnie to uczucie, że absolutnie NIEDOPUSZCZALNE byłoby zwyczajne wyciągnięcie lalek, ustawienie im trzech mebli na krzyż i po prostu – bawienie się nimi. Trzeba było nie tylko zbudować lalkom dom, ale też wymyślić rolę dla każdej z nich w rodzinie, ich relacje, to, dlaczego jedna lalka pracuje, a inna wciąż się uczy. Czemu pracuje akurat tutaj? Czy mają sąsiadów? Kto jest czyim mężem i dlaczego? Jak to się stało, że zamieszkali akurat tutaj?

Burzliwe dyskusje, które towarzyszyły tym ustaleniom, przeplatane były kłótniami o to, kto pokieruje którą z lalek. Oczywiście każda z nas chciała kierować lalką mamą. Lalka tata była nieco gorszym kąskiem, ale również miała powodzenie. Najmniej atrakcyjna była oczywiście rola dzieci. Nie dość, że ciągle musiały chodzić do szkoły (podczas gdy rodzice „rewelacyjnie bawili się” w pracy), gdzie notorycznie dostawały jedynki, to jeszcze trzeba było kłaść je wcześnie spać. To już lepiej było kierować zabawką psem, który przynajmniej mógł być niesforny, skakać na wszystkich i wydawać odgłosy, od których rodzicom (naszym prawdziwym nie zabawkom) świdrowało w głowach.

Teraz czas na dramat, do którego zmierzam... Za każdym razem, podkreślam, absolutnie za każdym – gdy zakończyłyśmy żmudny, długotrwały i męczący proces tworzenia domu i ustalania relacji poszczególnych postaci – nadchodzili rodzice i mówili, że czas zbierać się do domu (względnie – czas kończyć zabawę i kłaść się spać). To było nasze przekleństwo! Nigdy nie mogłyśmy pojąć – jak to jest możliwe, że ten czas tworzenia i ustalania ról (społecznych, rodzinnych, zawodowych i tak dalej) w życiu lalek trwał tak długo. Jak to możliwe, że my dopiero co zaczęłyśmy zabawę po pracochłonnym procesie przygotowywania się do niej, a rodzice zdążyli już omówić wszystkie tematy świata, wypić, wytrzeźwieć i zapomnieć.

Uczucie to towarzyszy mi do dziś. Całe szczęście nikt nie staje już nade mną i nie każe mi się kłaść spać! Dzięki Bogu nikt nie skłania mnie do złożenia do pudełka z zabawkami całej misternej konstrukcji fabularnej, którą układałam przez minione popołudnie. Jednak ta względność czasu, który podczas tworzenia pędzi jak oszalały, choć innym wydaje się wlec w nieskończoność – towarzyszy mi nadal.

Moje przemyślenia zdawały się potwierdzać również i teraz. Ledwo wspięłam się do pokoju, ledwo zabrałam się do trawienia klusek i kapusty, a już usłyszałam odgłosy rozkładanych na stole talerzy. Kolacja? Czy to możliwe? Spojrzałam na zegarek. Osiemnasta. Zerknęłam do notesu. Sądziłam, że zdążę w nim nakreślić przynajmniej najważniejsze myśli związane z fabułą, która już pączkowała w mojej głowie, a tymczasem tkwił tam jedynie samotny szkic wzgórza Mileny.

Wychyliłam się przez okno i spojrzałam w dół na ogrodową jadalnię Szarej. Przy długim stole siedziało teraz trzech mężczyzn. Od razu – w okamgnieniu nazwałam ich w myślach Ekspertem, Specjalistą i Znawcą. Wystarczyło mi jedno spojrzenie, by utwierdzić się w przekonaniu, że to najlepsze dla nich pseudonimy. Ba! Według mnie powinni – dla własnego dobra i przyjemności – wybrać się do urzędu stanu cywilnego i złożyć wniosek o oficjalne nadanie im takich właśnie imion.

Próbowali właśnie opowiedzieć Laurze o swoich leśnych przygodach, ale dziewczyna nie wydawała się szczególnie zainteresowana i czmychnęła, zanim wgłębili się w fabułę. Zaśmiałam się pod nosem i zeszłam na dół, gdzie zastałam Szarą – jak zwykle nad garnkami.

– O! – ucieszyła się, widząc mnie. – Zje twarogu?

– Zjem.

– No – przytaknęła z aprobatą. – I pomidory. Trzeba jeść. Teraz sezon. Herbaty chce?

– Poproszę kawę.

– Kawę na noc? – zdziwiła się, ale nie była napastliwa.

– Tak – odparłam. – Trochę zmarnowałam popołudnie, chciałabym popracować w nocy.

Laura zaśmiała się za moimi plecami. Zerknęłam na nią.

– W tym pokoju nie popracuje pani nocą.

– Tak sądzisz? Dlaczego? – Zainteresowało mnie to.

– Mówiłam już pani. Tam straszy, a w nocy przychodzi ktoś szeptać do ucha. Nawet jak pani siądzie do biurka i zacznie coś tam skrobać, i tak przyjdzie szeptać i zaśnie pani – tu pstryknęła palcami – ot tak! Testowałam na sobie, serio.

Szara mruknęła coś w jej stronę, ale najwyraźniej była już dziś zbyt zmęczona wiecznym zwracaniem jej uwagi.

– Testowałaś na sobie? – spytałam z uśmiechem. – A co – ty też coś piszesz?

– Może. – Uśmiechnęła się tajemniczo i wzięła pomidora z talerza, który prawdopodobnie był właśnie przygotowywany dla mnie.

– Laura! – wrzasnęła Szara i uderzyła fartuchem w powietrze.

– A co piszesz? Opowiadania? Wiersze? – próbowałam ją ośmielić.

Przez chwilę wyglądała jak mała, przekorna dziewczynka.

– Może po prostu wypracowania szkolne…

– Jasne – zaśmiałam się, odbierając talerz z nowym pomidorem. – Wypracowań szkolnych nie pisze się po nocach w pokoju, w którym straszy.

Uśmiechnęła się zadziornie, skinęła głową i wielkimi susami – po dwa, trzy stopnie naraz – wbiegła po schodach.

Podziękowałam Szarej i odebrałam talerz oraz kubek. Wyszłam przed dom, gdzie już czekała na mnie trójka mężczyzn spragnionych słuchaczy. Lada moment mieliśmy odbyć naszą pierwszą rozmowę na temat odstrzału zwierząt, literatury pisanej przez kobiety oraz zasadności tworzenia coraz to nowych książek. Miałam się także dowiedzieć, że moi współbiesiadnicy: doktor habilitowany Specjalista, profesor Ekspert oraz magister inżynier Znawca przyjechali tutaj na „ekspedycję naukową”, podczas której monitorowali stan zwierzyny w tutejszych lasach. Pokoje wynajmowali u sołtysa Soliwody, u którego było „lepiej, bo telewizor i Internet”, posiłki zaś jadali u Szarej, bo gotowała „jak u mamy”.

Po zakończeniu tej męczącej pogawędki zebrałam swoje naczynia i wstałam od stołu.

– Panowie pozwolą. – Skinęłam w ich stronę.

Już miałam odnieść naczynia do kuchni, gdy nagle coś mnie tknęło… Skoro moi towarzysze byli tak chętni do gawędzenia, może wiedzą coś na temat, który mnie ciekawił.

– A, w zasadzie… – Odwróciłam się w ich stronę.

Twarze trzech mężczyzn rozpromieniły się.

Podeszłam ponownie do stołu i przysiadłam na ławie bokiem.

– Skoro jesteście, panowie, tak dobrze zorientowani – zaczęłam od małej manipulacji – może wiecie coś o tym wzniesieniu. – Wskazałam ręką wzgórze Mileny.

Spojrzeli po sobie jakby z lekkim rozbawieniem. Przez ich twarze przewijał się jakiś rodzaj poufałości, której na razie nie mogłam zinterpretować.

Profesor Ekspert wyciągnął fajkę, podpalił ją, popykał chwilę i próbował rozeprzeć się na swoim siedzeniu, lecz niestety – brakowało mu oparcia.

– To chyba nie jest historia dla takich jak pani. – Uśmiechnął się protekcjonalnie.

– Dla takich jak ja? To znaczy dla jakich? – spytałam.

Zmierzył mnie wzrokiem.

– No dla takich… porządnych kobiet.

Niespecjalnie odpowiada mi podział świata na elementy „porządne” i „nieporządne” – to raz. A dwa – co ty, stary capie, możesz wiedzieć o mojej porządności? – pomyślałam. Nie wiedzieć czemu, zdenerwowałam się – tak jakbym przeczuwała już, co zamierzają powiedzieć. Tak jakbym chciała bronić nie siebie (bo i też mnie osobiście nic przykrego z ich strony jeszcze nie spotkało), lecz osoby, którą – jak czułam – zamierzają obrazić.

Przełknęłam te wszystkie gorzkie myśli i niezrażona drążyłam dalej:

– Mimo to nalegam.

Specjalista napchał usta chlebem z twarogiem i prawił poprzez wilgotną zasłonę wąsów:

– Na tym wzgórzu mieszka kobieta. Sama. Żadnego chłopa, żadnego dziecka.

– Sama baba – objaśnił mi Znawca, tak jakbym nie rozumiała wypowiedzi jego przedmówcy.

– Wiecie coś więcej na jej temat?

Ekspert pyknął fajkę i spojrzał porozumiewawczo na kolegów – tak jakby wahał się, czy ujawnić to, co wie.

– Gadaliśmy to tu, to tam – głównie z jakimiś chłopakami spod sklepu. Zdaje się, że mieszka tam taka lokalna kurewka.

– Kto tak twierdzi? – spytałam.

– Miejscowi – odparł.

Momentalnie przypomniał mi się tekst pewnej piosenki Nosowskiej. Skojarzenie to było tak oczywiste, że dziwię się, iż dopiero teraz pojawiło się w mojej głowie:

Milena to dziwka:

tak zwykli mawiać ci,

co jej nie mieli,

a bardzo chcieliby mieć…

– Wierzycie w to? – spytałam.

Spojrzeli po sobie.

– Bez powodu jej tak nie nazywają, no nie? – odezwał się Specjalista.

– Aha, a więc tak to działa. – Uniosłam brwi. – Pozostaje jeszcze pytanie – jaki ktoś miał powód, aby ją tak nazwać… Czy powodem przypadkiem nie jest to, że sam ma jakieś problemy ze sobą i zwykłą przyjemność sprawia mu oczernianie innych?

– Niech się pani tak nie unosi – odezwał się pojednawczo Ekspert. – Ja znam taki typ jak pani.

– Tak? Pewnie ma mnie pan za wojującą feministkę czy coś w tym rodzaju?

– Nie. – Uśmiechnął się. – To na pewno nie. Żadna z pani feministka. Pani chce wszystkich usprawiedliwiać. Wszystkich by pani chciała wytłumaczyć. Gdyby pani miała przeprowadzić Sąd Ostateczny, ani jedna duszyczka nie trafiłaby do piekła, zgadza się?

– A pan? – Uśmiechnęłam się złośliwie.

– Ja też nie. Może i panią trochę drażnię, może złości się pani na to, co mówię, ale gdyby przyszło co do czego, i tak stanęłaby pani w mojej obronie i powiedziała, że to nie moja wina, że taki jestem. Zwróciłaby pani uwagę na to, że wychowywał mnie i czterech starszych braci ojciec wojskowy, który nauczył mnie myśleć zero-jedynkowo, nie było miejsca na subtelności.

– A to prawda?

– Tak, prawda. – Uśmiechnął się i pyknął fajkę.

Stary grzyb miał rację. Kiedy tylko mi to powiedział, poczułam do niego nieco większą sympatię. Nie ze względu na jego pewnie trudne warunki dorastania, ale dlatego, że był ich świadom. Nie spodziewałam się z jego strony tak rozbudowanej analizy…

– Może i ma pan rację, ale wciąż…

Przerwał mi:

– Tak, znam taki typ jak pani. To bardzo piękna cecha, ale trudno się z nią żyje. Musi pani zrozumieć: czasami, jak kogoś nazywają kurwą, to ten ktoś po prostu jest kurwą. I tak jest właśnie w tym przypadku.

– Przekonał się pan na… własnej skórze?

Znowu spojrzeli po sobie. Znawca i Specjalista wciąż jakby niepewni, czy wolno się takimi informacjami dzielić z kobietą, ale Ekspert już odpuścił etykietę.

– Byliśmy u niej, owszem – powiedział w końcu z wahaniem.

Poczułam, jak serce mi przyspiesza.

– I co?

– Chodzi pani o to, czy zaoferowała nam swoje… usługi?

– Tak.

Pyknął fajkę.

– Otóż nie. Co więcej, kazała nam spier… bo nas poszczuje psami.

Odetchnęłam.

– A mimo to nadal nazywa ją pan w taki sposób?

Uśmiechnął się pod wąsem.

– Wystarczy mi, że widziałem, jak wygląda ta kobieta. Pomijam, że jest ewidentnie obłąkana. To się zdarza. Takie wariatki głodne seksu, które hipnotyzują wszystkich swoim niekwestionowanym seksapilem. Cóż, ona z pewnością ma go sporo – mogłaby sprzedawać.

– I pewnie sprzedaje – rzucił Specjalista.

– Wam nie sprzedała – odparłam.

Wzruszył ramionami.

– Ale komuś na pewno sprzedaje. Niekoniecznie za pieniądze.

– Jak nie za pieniądze, to chyba nie jest kurwą, zgadza się czy coś mi się pomyliło? – zakpiłam.

– A pani znowu swoje. – Ekspert pyknął fajkę. – Za różne rzeczy można sprzedawać tyłek.

Poczułam falę gorąca. Zamaszystym ruchem zebrałam swoje naczynia i podniosłam się z siedzenia.

– Dobranoc panom – warknęłam.

– I tak panią lubimy. – Ekspert uśmiechnął się.

– To zbytek łaski – mruknęłam i wyszłam.

Słyszałam jeszcze, jak któryś z nich mówi do reszty:

– I tak ją lubię. To jest w porządku babka, tylko trochę nerwowa.

Zmyłam po sobie naczynia (jakoś szybko mi to szło – prawie zbiłam kubek po kawie) i potupałam na górę do nawiedzonego pokoju. Miałam ochotę napisać jakiś paszkwil albo narysować coś głupiego – jak za czasów szkolnych na ławce.

Jednak kiedy tylko przestąpiłam próg pokoju… cała złość nagle mi przeszła. Okno znowu było otwarte, mimo że z pewnością zamykałam je, wychodząc na kolację. Biała firana delikatnie powiewała, wpuszczając do środka zapach macierzanki, której wcale nie czułam, siedząc na zewnątrz. Wychyliłam głowę przez okno i zerknęłam na dół. Moi współbiesiadnicy podnieśli się z siedzeń i opuścili podwórko Szarej.

Usiadłam przy biurku, chcąc coś napisać. Oparłam czoło o notes.

*

Było ciemno. Zerknęłam na zegarek. Druga w nocy. Ludzie, jak to jest możliwe, że zasnęłam po kolacji zaserwowanej o godzinie szóstej po południu i odłączono mi świadomość na prawie osiem godzin?!

Bolała mnie szyja, na policzku odbiły mi się atramentowe zapiski z dzisiejszego popołudnia. W zasadzie nie zapiski, lecz mój nieszczęsny szkic. Podeszłam do lustra, które wisiało dokładnie naprzeciwko okna, i zobaczyłam na swojej twarzy rysunek wzgórza Mileny. Próbowałam go zetrzeć, jednak bez skutku. Atrament parkera dobrze trzyma.

Było cichuteńko. Z oddali wołał tylko tęsknie jakiś nocny ptak lub duch. Wyjrzałam przez okno. W domku Mileny paliło się światło. Zaintrygowało mnie, że ona jeszcze nie śpi. Bardzo pragnęłam zobaczyć ją oraz jej zagrodę, ale zarazem wiedziałam, że nie powinnam się spieszyć. Muszę sączyć to odkrycie powoli – jak drinka. Nie mogę się na nie rzucić dwoma haustami, bo wszystko popsuję. Dopóki Milena pozostawała dla mnie kimś, kogo trzeba dopiero odkryć – dopóty otaczała ją mgiełka pobudzającej twórczo tajemnicy. Gdybym nagle poszła tam i zobaczyła jakikolwiek szczegół, który nie pasowałby do mojego wyobrażenia, byłby zbyt banalny, a może zbyt prawdziwy – cała konstrukcja mogłaby się zawalić. Chciałam najpierw stworzyć sobie mit Mileny, a dopiero potem skonfrontować go z prawdą.

Raz jeszcze spojrzałam w stronę wzgórza – światło już się nie paliło. Czy właśnie poszła spać, czy tylko mi się wydawało, że przed chwilą ze wzgórza docierał do mnie jasny ognik?

Usiadłam na łóżku z notatnikiem i piórem w garści.

I zasnęłam.

Sen 1

Od brzucha Mi wychodzą w dół korzenie świata

Matka Re wiedziała znacznie więcej, niż mu się wydawało. Matka Re pamiętała wszystko to, o czym on być może chciałby zapomnieć.

Każda matka wie, kiedy przychodzi ten dzień, gdy syn od niej odejdzie. Ale też każda matka wie, że zawsze może nadejść czas, kiedy syn do niej powróci.

Re przyszedł do matki tamtego dnia, gdy poranek był tak upalny, że ptaki mdlały w południe.

Matka czuła, że razem z Re kroczy w jej stronę ciemność i mroczny upał, który obezwładnia wszystko, czego dotknie. Młody Re stanął naprzeciwko niej i wykrzyczał wszystko, czego nienawidził, wszystko, czym go zniewoliła, to, czego robić nie chciał, a robić musiał, tamto, co czynić chciał, a nie mógł.

– Więc idź – westchnęła matka Re.

Zawahał się.

– Idź. Pożyj, użyj. I wróć do mnie. Idź po skarby, których pragniesz i które jesteś winien swojej naturze. Tylko wróć, bo sama tu uschnę i przepadnę.

I Re wyruszył.

Matka Re pogrążyła się w głębokim śnie. Widziała w nim syna, który przemierza całe połacie nowych światów. Widziała Re stąpającego po lądach, na których dotychczas nie stała ludzka stopa. Jej syn podjął karkołomną podróż – duchy lasu niosą go na swoich grzbietach, a Re zagląda pod każdy krzew, pod kępę mchu, do każdej dziupli – szuka w nich tego, co budzi w nim pragnienie. Szuka tego, co uczyni go mężczyzną. Chce znaleźć to, co da mu tożsamość.

A ona – jego matka – zostanie tu i będzie na niego czekać. Jej twarz poorają nowe zmarszczki, siwe włosy sięgną jej kostek, ale się doczeka.

*

Re szedł przed siebie, a im bardziej oddalał się od domu, tym bardziej czuł, że to nie jest ta tożsamość, której poszukiwał. Widział cuda, które go przerażały, spotykał ludzi, których nie obchodził. Błąkał się po obrzeżach ludzkich osad. Po lasach, które znał, pomiędzy roślinami, które dawały mu ukojenie, wśród zapachu zwierząt leśnych, który czynił go spokojnym.

Re przemierzał drogi, czując, że szuka czegoś, kogoś. Czuł, że przeszuka dno oceanów i przeczesze cały muł leśnych strumieni, odkryje wszystkie kamienie i policzy ukryte pod nimi owady. Zrobi to wszystko, by odnaleźć to, czego szuka. By znaleźć siebie w kimś innym. Re odnajdzie zwierzę, które w nim mieszka, i człowieka, którego potrzebuje. Na swojej drodze Re spotkał wiele kobiet. Wielu mężczyzn, którzy ich strzegli. Widział starców, którzy oczekiwali od niego deklaracji i obietnic. Lecz Re nie chciał nikomu niczego obiecywać. Patrzył na młode kobiety, jakby były przezroczyste. Smakował je bez przekonania i jakby od niechcenia. Przepływały przez jego usta nudnym strumieniem – jak woda przepływa przez gardło kogoś, komu nie chce się pić.

Kobiety są nudne i zbyt proste – myślał Re. Boją się. Wszystkiego się boją i dlatego każdej rzeczy chcą być pewne. Nie ma miejsca na może, nie wiem, zobaczymy. Ma być na pewno, na zawsze i choćby nie wiem co.

Kobiety oddają to, co mają, bez zaangażowania i pasji, ale w zamian za swoje oddanie chcą cyrografów i deklaracji na całe życie.

Jak Re miałby komuś przysięgać coś na zawsze, skoro sam nie wie, czego będzie chciał jutro? Jak Re ma obiecywać, kim będzie jutro, skoro wczoraj był innym człowiekiem…?

Ale młode kobiety, ich matki, a już zwłaszcza ich ojcowie nie rozumieli tego, co mówił im Re. Młode kobiety, które przed chwilą wystawiały bijące w dwóch piersiach serca na wierzch, nagle zwijały się do skorup jak ślimak dotknięty patykiem. Ich matki wrzeszczały i złorzeczyły. A ojcowie bili.

Szedł więc Re przed siebie i dostawał na przemian widoki pięknych wdzięków i razy od ojców za brak deklaracji.

Przemierzył sto światów. Spał gdzie popadło – na mchu kłującym sierścią poprzednich lokatorów, drzewach i w wielkich dziuplach czy szopach na drewno.

I dopiero u kresu swej drogi… Dopiero kiedy chciał się już cofnąć… Zobaczył diablicę.

Setnej nocy Re usłyszał szept tak wdzięczny, że wyrwał go z głębokiego snu, choć był tak daleki, że żaden człowiek nie miał prawa go słyszeć. Lecz do Re dźwięk ten dotarł z pobliskiej polany – oddalonej o pół nocy drogi od jego legowiska. Słyszał go w sobie. Jakby już kiedyś go poznał i teraz tylko przypominał sobie jego sens.

Re słyszał bębny, choć bębnów nie było. Czuł miękkość, choć stąpał po twardych kamieniach. Czuł tęsknotę, choć nie znał jeszcze tego, za czym tęskni.

Węszył przed sobą, nasłuchiwał, gnał do przodu i czuł, że jakieś wrzenie rośnie w nim tak głęboko, że porusza mu trzewia. Re musiał. Pragnął. Chciał. Wołał.

Daj-mi. Daj-mi. Potrzebuję! Daj-mi!

W gorączkowym szale odkrywcy Re szarpał krzewy i walczył z młodymi drzewami. Siekł przed sobą las, który stał się jego wrogiem, bo stał mu na drodze. Zbliżał się. Wiedział to na pewno – zbliżał się do szeptu, którego tak pragnął.

Szarzało brzaskiem, gdy Re doszedł do przerzedzenia lasu i zobaczył, że przed nim rozciąga się polana. Przestał biec. Serce waliło mu w piersi, jakby miało zaraz wypaść i zawisnąć na wielkich pniach naczyń.

Re pragnął tak, że chciało mu się płakać.

Schylił się jak łowca. Tropił. Zajrzał przez liście krzewu i zobaczył ją.

To była diablica. Długie włosy spływały po niej jak lawa, a wszystko inne było tak blade, że Re wydawało się, jakby jej ciało wykonano z najdelikatniejszego na świecie, najbardziej kruchego materiału, którego jeszcze nikt nie odkrył.

Diablica leżała na samym środku polany i szeptała. Jej ciało było właśnie porzucane przez poddający się blask księżyca i przejmowane przez nieśmiały świt. Jej ciało! Re czuł, że połknie własny język, że zadławi się własną pięścią i odgryzie sobie całą męskość, jeśli nie posmakuje tego ciała.

Diablica była całkiem naga, jedynie długie włosy okrywały jej ciało.

Re mrugnął. Powstrzymał się. Skupił zmysły. Szept. Nie przestawała szeptać.

– Daj mi spróbować – mówiła. – Gardzę tamtymi. Nie chcę tamtych. Daj mi spróbować, ale tak, żeby nikt nie wiedział, nikt nie pytał. Daj mi posmakować, ale tak, by nikt nie sprzedawał jednej rzeczy za drugą. Daj mi, ale nie zabieraj nic w zamian. Zabierz, ale nie każ mi dawać. Nie wymieniaj. Nie targuj się. Nie obiecuj i nie żądaj obietnic.

Re poczuł, że podbrzusze zaraz mu pęknie.

Z bólu opadł na kolana. Z bólu zwinął się w kłębek. Podparł się rękoma na wilgotnej, zimnej ziemi. I zorientował się, że szept ustał.

W ciszy, która zapadła, usłyszał, jak jego własna ślina przecieka do gardła. Zaszumiał trawą pod brzuchem, który pękał z pragnienia. I wtedy poczuł zapach, od którego zakręciło mu się w głowie. Zapach, za który byłby skłonny umrzeć. Jej zapach.

Podniósł wzrok i zobaczył dwoje oczu – tak ciemnych i jarzących się, że Re chciałby w nie wskoczyć przez źrenice i pozostać na ich dnie już na zawsze. Diablica zawisła na odległość wysuniętego języka nad jego twarzą. Zapach jej skóry przypominał Re całe dobro, którego zaznał w życiu, i był obietnicą dobra, którego jeszcze doświadczy.

Diablica przypatrywała mu się bardzo uważnie, z rodzajem leniwej ciekawości. Pochylała się nad jego twarzą i przyglądała się zarysowi nosa Re, jego zarostowi, jego twardym i niedużym ustom. Wysunęła delikatnie swój różowy języczek, który przyprawił Re o skurcz trzewi tak silny, jakby ktoś umieścił w nich rój pszczół.

Diablica polizała jego usta – jakby chcąc posmakować i upewnić się, z czym ma do czynienia.

Schyliła się ku klatce piersiowej Re tak, że dokładnie nad swoją twarzą zobaczył obie jej piersi. Re nie mógł zrozumieć, dlaczego są tak boleśnie piękne, co jest w nich tak niezwykłego. Nie rozumiał, nie rozumował, zrozumieć nie chciał. Dotknąć, zrobić coś im – sam nie wiedział co – wszystko, nagle, naraz – oto co chciał z nimi zrobić.

Diablica – pomyślał Re. Diablica. Tu i teraz.

– Mi – mruknęła diablica, oglądając z bliska brzuch Re, z którego szybko odgarnęła okrycie, żeby zobaczyć, co Re nosi w środku.

Mi – pomyślał Re. Mi. Mi. Mi!

Mi dotknęła nosem jego podbrzusza – węsząc i skupiając się na tym, co widziała. Spojrzała niżej z jeszcze większym zaciekawieniem. Nie czuła wstydu ani nie była zdenerwowana. Pochyliła się i nie dotknęła go nawet ustami. Ale gdy Re poczuł jej ciepły oddech, coś nagle w nim umarło i urodziło się na nowo. Coś dla Re się skończyło, coś w nim pękło – trzasnęło tak, że Re wydał z siebie okrzyk.

Mi przyglądała się z zainteresowaniem, jak Re umiera albo rodzi się. Krew uderzyła mu do głowy, twarz wykrzywił grymas bólu – zupełnie jakby się rodził. Ale jego oddech – urywany, wstrzymywany, powtarzany… To był oddech umierającego.

Re opadł na moment z sił i czuł pustkę w głowie. Nie pamiętał, kim był, kim chciał być i kim nigdy nie zostanie. Poczuł tęsknotę, ból i szczęście. Lecz w chwili, gdy Mi powstała z klęczek i spojrzała mu w oczy, Re zrozumiał, że nie osiągnął wcale tego, czego pragnął, biegnąc na polanę. Nie uwolnił się od bólu, śmierci i rozpaczy, poznał jedynie lekarstwo.

Re wziął pierwszy spokojny oddech, odkąd zawitał w te strony, i przyjrzał się Mi z uwagą. Może i nie była diablicą, ale z pewnością w każdej chwili mogła się nią stać.

Mi spojrzała na jego twarz – wymęczoną, lecz wciąż z wyrazem pragnienia, i uśmiechnęła się. Zachichotała, a w chwilę potem wybuchła prawdziwie radosnym śmiechem.

Odwróciła się plecami do Re i ruszyła przed siebie – w stronę polany. Re mógł zobaczyć jej pośladki, gdy robiła krok, a długie włosy odsłaniały na moment jej krągłości. Szedł za Mi. Pierwszy raz rozejrzał się po polanie i dotarło do niego, że trafił do serca lasu, w którym – tak zawsze mówiono – nic nie jest takie jak gdzie indziej. Tylko dlaczego go przed tym ostrzegano?

Nic nie jest takie jak gdzie indziej – przypomniał sobie i prawie zaczął się zastanawiać, czy istnieje miejsce, gdzie wszystko jest takie jak gdzie indziej, ale wtedy Mi odwróciła się w jego stronę, znowu zobaczył jej ciało i przestał rozmyślać.

Był w łonie lasu. Między konarami drzew, między ich liśćmi dostrzegał kule światła – tak świat widzi rodzące się dziecko.

Prześwity dalekiego świata słońca, poranków i południ docierały cienkimi snopami pod ich stopy i Re zrozumiał, że do serca lasu docierają tylko promienie tego, co zna. Praw, które bronią. Przestróg, które każą. Norm, które objaśniają. Tu – w łonie lasu nic nie jest zabronione ani nakazane. Nic nie jest jasne ani zrozumiałe.

Mi spojrzała na niego tak, że Re znowu przestał myśleć. Usiadła na trawie – na kuli światła, która zaczynała parzyć w przyjemny sposób letnim porankiem.

Zbliżył się do niej. Dotknął jej wszystkim naraz i jego zmysły oszalały.

Mi zapadła się w nim, a Re zrobił coś, czego nikt mu nie tłumaczył, a co doskonale rozumiał.

I wtedy Re zrozumiał, że nie jest wcale w sercu lasu. Był na wiecznym drzewie życia, pośrodku axis mundi, która przechodziła dokładnie pomiędzy jego lędźwiami i podbrzuszem Mi. To stąd wyrastało wszystko, co żyło. To tu przestawało istnieć wszystko, co żyć już nie mogło. Stąd wychodzi pień wiecznego drzewa, w którego koronie mieszkają bogowie. Z tego miejsca wzrasta porządek świata, który konarami podtrzymuje nieboskłon. Od brzucha Mi wychodzą w dół korzenie świata, które drążą ziemię i docierają do zaświatów, gdzie odpoczywa wszystko, czego akurat nie ma, i czeka, czy kiedyś się stanie, czy nigdy nie będzie.