Opis

Romans jak z bajki

Michalina nie ma łatwego życia. Wychowana przez babcię, po jej śmierci boryka się z problemami finansowymi i własnym darem ściągania na siebie kłopotów. Impulsywna, a zarazem pozbawiona pewności siebie, wciąż zadręcza się pytaniem, czy u przyczyn jej wiecznego pecha leżą geny odziedziczone po rodzicach, o których babcia nigdy nie chciała z nią rozmawiać. Na szczęście przynajmniej jej studia przebiegają bez zakłóceń. Od upragnionego dyplomu dzieli dziewczynę już tylko praktyka w ekologicznym gospodarstwie rolnym. Nawet nie podejrzewa, że wyjazd na wieś przewróci cały jej świat do góry nogami.

– Dlaczego uciekłaś? – zapytał, wciąż przytrzymując moje ramię i patrząc mi prosto w oczy, a spojrzenie jego granatowych źrenic nadal mnie onieśmielało, prowokując jednocześnie.
Żartuje sobie ze mnie? A może jest po prostu skończonym idiotą, że w ogóle o to pyta?
– Możesz mnie puścić i dać mi wreszcie spokój? – wycedziłam przez zęby.
Chyba nie zrozumiał, bo patrzył na mnie, próbując wyczytać cokolwiek z mojej twarzy. Po chwili jednak rozluźnił uścisk na mojej ręce, a potem, potrząsając z niedowierzaniem głową, puścił ją, ja zaś ominęłam go zwyczajnie i znalazłam się tuż przy schodach prowadzących do drzwi kamienicy, w której mieszkałam.
– Uważam, że to może być nieodpowiednia chwila, żebyś tam wchodziła – usłyszałam ponownie jego głos. Odwróciłam się niechętnie w jego kierunku.


Dwadzieścia minut do szczęścia to powieść z pieprzykiem, którą powinna przeczytać każda kobieta. Miłość często pojawia się w naszym życiu zupełnie przypadkiem, ale tylko dzięki niej uświadamiamy sobie, co jest dla nas najważniejsze. Szczęście zależy w dużej mierze tylko od nas i wystarczy wyciągnąć po nie rękę. Michalina i Mikołaj skradną Wasze serducha. Serdecznie polecam!

K.N.Haner


To piękna, zabawna, otulająca niczym ciepły koc powieść o miłości, odnajdywaniu właściwych dróg oraz o tym, że zawsze warto dążyć do spełniania swoich marzeń. Czuję się usatysfakcjonowana i uskrzydlona.

Krystyna Meszka, cyrysia.blogspot.com


Piękna, magiczna, krusząca serce. Opowieść o poszukiwaniu samej siebie i ukojeniu jakie dają miłość i łzy.

Marta Daft, martawsrodksiazek.pl

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 191

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

 

 

 

 

 

– Babciu, dlaczego ten ‌karzełek tak ‌mi się przygląda? ‌– zapytałam ‌babci, ‌stojącej nieopodal ‌padoku i przyglądającej się ‌w skupieniu ‌każdej ‌mojej kosztownej ‌lekcji ‌jazdy na ‌przepięknym, ‌czarnym, sportowym koniu wierzchowym.

– ‌Nie przejmuj ‌się nim, skarbie, i skup ‌się na tym, ‌co robisz ‌– ‌odpowiedziała ‌ze szczerym, choć zmęczonym ‌uśmiechem na twarzy.

Wtedy ‌nie zastanawiałam ‌się, ‌skąd ‌moja babcia bierze na ‌to ‌wszystko ‌siły, ale dzisiaj ‌nachodziły ‌mnie coraz ‌częściej pytania dotyczące mojej ‌przeszłości i wszystkiego, co ‌z nią powiązane. Moja ‌babcia oprócz ‌pracy, ‌dzięki której mogła mnie ‌wychować, znajdowała jeszcze czas ‌na ‌takie rzeczy, jak chociażby ‌lekcje jazdy konnej, ‌które, o ile dobrze pamiętam, ‌dostała w prezencie od ‌jakiegoś ‌znajomego. ‌Chyba ‌normalnie nie ‌byłoby jej ‌na ‌to ‌stać, bo żyłyśmy bardzo ‌skromnie, ale ‌doskonale pamiętam, że babcia ‌była zaradną kobietą i robiła ‌wszystko, by wypełnić pustkę ‌w moim życiu i nie dopuścić ‌do tego, ‌abym poczuła się jak ‌sierota, którą ‌siłą ‌rzeczy ‌byłam.

– ‌Ale, babciu, on się ‌chyba do ‌mnie ‌uśmiecha ‌– ‌zagadałam ‌znów, ‌gdy przejeżdżałam ‌ponownie koło niej, a ona ‌tylko ‌pomachała ‌mi ręką.

Mój koń, ‌który ‌był zdecydowanie większy od tego wścibskiego kucyka, nadal spokojnie dawał mi się prowadzić. Bardzo go lubiłam. Był olbrzymi albo może ja byłam taka mała, trudno ocenić, kiedy jest się pięcioletnim dzieckiem. Pomimo pokaźnych rozmiarów był niezwykle spokojnym i zrównoważonym zwierzęciem.

Nagle za plecami usłyszałam jakby parsknięcie i chciałam spojrzeć przez ramię, co to takiego, gdy raptem poczułam potwornie bolący zacisk na jednym z pośladków.

Co to było?!

– Auu, babciu! – krzyknęłam z całych sił i omal nie spadłam z konia, który zdenerwował się bardzo moim spontanicznym i nieoczekiwanym dla niego krzykiem.

W kilka sekund trener znalazł się obok, choć wcześniej, widząc, jak dobrze sobie radzę, chodził z boku i przyglądał się innym, starszym dzieciom, które już zajmowały tor przeznaczony do zawodów. Ściągnął mnie natychmiast z konia i przegonił wrednego kuca, który najwyraźniej miał ochotę na większą zabawę moim kosztem, a po chwili znalazłam się w bezpiecznych ramionach ukochanej babci.

– Och, skarbie, mocno cię boli? – zapytała z dobrze znaną mi troską.

Pokiwałam tylko głową i przytuliłam się do niej mocno.

Dlaczego nie płaczę, choć tak bardzo mnie boli? Przecież inne dzieci wciąż płaczą z byle powodu. Dlaczego jestem inna niż reszta dzieci?

 

Wróciłam do teraźniejszości, zostawiając gdzieś daleko nieprzyjemne dziecięce wspomnienie. Na komputerze Mateusza, przed którym właśnie siedziałam, pojawiło się kolejne pytanie w kwestionariuszu:

CZY POSIADA PAN/I UMIEJĘTNOŚCI JAZDY KONNEJ?

– Tak – odpowiedziałam i wpisałam krzyżyk w kolejną rubrykę.

Mateusz, jak to często miał w zwyczaju, zajrzał mi przez ramię.

– Żartujesz sobie? – zapytał z uśmiechem i lekkim niedowierzaniem na twarzy.

– Nie – odparłam. – Przecież ukończyłam ten kurs, co prawda wiele lat temu, ale jednak. Jeśli ma mi to pomóc się zakwalifikować, to dlaczego miałbym z tego nie skorzystać i nie zaznaczyć. Przecież to nawet prawda – broniłam się, ale widziałam też, że Mateusz uśmiecha się coraz szerzej.

– OK, jak uważasz – wzruszył obojętnie ramionami. – Nie boisz się, że otrzymasz jakieś zadanie związane z końmi, a ty przecież nie lubisz koni?

– Nie lubię tylko jednego, a może raczej wspomnienia o nim – odparłam. – Ale nie zmienia to faktu, że na pewno boję się wszystkich.

Nie wiem, na kogo lub może raczej na co byłam bardziej zła, gdy jechałam tym starym, skrzypiącym rowerem, który zapewne pamiętał czasy młodości mojej nieżyjącej już babci. Na Mateusza, choć doskonale zdawałam sobie sprawę, że to nie jego wina, czy może na ten cholerny samochód, który psuł się co chwila a Mateusz nie dał powiedzieć na niego złego słowa. Trzeba przyznać, że mój chłopak jest inny, wyjątkowy, i kocha w dosłownym znaczeniu tego słowa wszystkie swoje sprzęty, od wypasionego smartfona, którego dostał od rodziców na gwiazdkę, po mocno nadszarpnięty zębem czasu samochód. Dlatego, kiedy okazało się, że ta ważąca niemal tonę kupka złomu znów dała ciała i nie odpaliła pomimo licznych starań i prób reanimacji, które miały ją przywrócić do życia, wsiadłam na swój stary, ale jakże niezawodny rower, bo nawet nie miałam śmiałości prosić Mateusza o jego kolarzówkę, gdyż po pierwsze nie chciałam go pozbawiać jedynego środka lokomocji, jaki mu pozostał, a po drugie gdybym zrobiła na nim choćby małą ryskę…

Włożyłam na głowę różowy kask w biedronki, który otrzymałam „w spadku” po młodszej siostrze Mateusza. Jej nie przypadł do gustu, a mnie to zupełnie nie przeszkadzało, szczególnie że bardzo lubiłam różowy kolor. No może te biedronki były zbyt dziecinne, ale co szkodzi pozostać odrobinę dłużej dzieckiem. Dlatego legginsy włożyłam w tym samym kolorze, ale już bluzę wzięłam czarną, choć z różowym zamkiem i podszewką kaptura. Do tego białe trampki i byłam gotowa do drogi. Spakowałam do podręcznego plecaka tylko to, co było niezbędne, ponieważ już sama droga mogła stać się dla mnie maratonem życia i nie chciałam sobie jeszcze bardziej tego utrudniać. I tak miałam przeczucie, że będę żałować, gdy wreszcie dotrę do celu, ale czy miałam jakieś inne sensowne wyjście, skoro nawet nie było już czasu, by się nad tym zastanowić.

Wyjechałam z domu dość wcześnie, z kilkugodzinnym wyprzedzeniem, bo nie chciałam się spóźnić, choć przy moim szczęściu i tak może się okazać, że nie dotrę na czas. Miałam nadzieję, że jeśli nawet tak się stanie, to jakoś się wytłumaczę właścicielowi, niejakiemu Mikołajowi Korneckiemu. Zastanawiałam się, ile lat ma ten facet, bo nie mogłam znaleźć w necie żadnej informacji na jego temat, ale już samo jego imię kojarzyło mi się z grubawym starszym panem z brodą, chyba jak większości osób. Kto z młodych ludzi nie ma dzisiaj konta na Facebooku bądź jakimś innym portalu społecznościowym. Musi być stary i gruby.

Gdy wjechałam wreszcie do lasu, według instrukcji, którą Mateusz wydrukował mi z map Google’a, pozostało jeszcze kilka kilometrów do celu, a ja już nie miałam siły. Chyba przeliczyłam się z własnymi możliwościami, bo przecież do takiego wyzwania trzeba było się najpierw jakoś przygotować, a ja ostatnio prawie w ogóle nie jeździłam na rowerze. Ale czy miałam jakieś inne wyjście? Toteż gdy zobaczyłam pierwszy zarys budynku wyłaniający się spośród gęstych drzew, ucieszyłam się jak dziecko, że ta podróż, albo raczej ten koszmar, wreszcie dobiega końca. Podziwiałam z zapartym tchem mijaną właśnie budowlę, która niewątpliwie była jakimś małym zamkiem albo w najgorszym przypadku sporych rozmiarów pałacykiem. Omal nie spadłam z roweru, bo zamiast skupić się na drodze, jaka mi jeszcze została, zachwycałam się tym okazałym budynkiem, zastanawiając się nad historią kryjącą się za jego murami, a tymczasem moje przednie koło zahaczyło o wystający z ziemi korzeń drzewa. Na szczęście udało mi się zachować równowagę, co nie zdarzało mi się zbyt często, i wciąż jechałam do celu.

Znalazłam się na samym szczycie wzgórza i przystanęłam na moment, by odpocząć. W dole rozciągał się widok licznych budynków, porozrzucanych w sporych odległościach od siebie i musiałam przyznać, że bardziej przypominało to zarys wioski, którą mijałam po drodze, zanim jeszcze wjechałam do lasu, niż gospodarstwo rolne. Włączyłam jeszcze telefon, który zaraz po wyjeździe musiałam wyłączyć z powodu słabej baterii, a przecież obiecałam Mateuszowi, że zadzwonię, jak tylko dojadę na miejsce, i dopiero teraz zauważyłam, że jestem już spóźniona.

Cholera.

Wskoczyłam znów na rower i puściłam się żwawo z górki. Dzięki Bogu, że pomimo tragicznego wyglądu mój rower miał sprawne hamulce, bo inaczej chyba wjechałabym prosto do stawu czy też jeziora, czymkolwiek był ten dość pokaźnych rozmiarów zbiornik wodny. Zatrzymałam rower i od razu z niego zsiadłam, czując niemalże w każdym kawałku swego ciała, jak bardzo jestem zmęczona. Jednak nie mogłam dłużej użalać się nad sobą, bo musiałam czym prędzej pędzić do biura, by podpisać tę umowę, o której pisali do mnie w e-mailu. Nie było to takie proste, gdyż stało tu mnóstwo budynków łudząco do siebie podobnych, choć kilka z nich wyraźnie miało charakter mieszkalny i mogłam je do razu wykluczyć. Miałam szczęście, że akurat ktoś, chyba któryś z pracowników, przechodził w pobliżu i wskazał mi właściwy budynek. Poszłam tam niezwłocznie, choć chyba bardziej niezdarnie, niż mogłoby mi się wydawać, bo nogi wchodziły mi… Nieważne. Postawiłam rower pod ścianą i szybko ruszyłam do środka, próbując jeszcze ściągnąć z głowy kask. Korytarz był długi, ale na szczęście na jego końcu widniał napis BIURO, więc nie wahając się ani chwili dłużej, zapukałam do drzwi. Gdyby jeszcze ten cholerny kask, a konkretnie zapięcie pod brodą chciało puścić… Usłyszałam „proszę”, więc pchnęłam stopą lekko uchylone drzwi, zrobiłam pierwszy krok i omal nie upadłam na podłogę. Zahaczyłam o jakiś gigantyczny próg, który według mnie nie powinien się tam znaleźć. Ktoś mnie złapał, powstrzymując przed upadkiem, a zapinka wreszcie puściła, uwalniając moje długie blond włosy, które w tym momencie zakryły mi twarz, tak że przez moment nic nie widziałam.

– Cholera! – zaklęłam cicho i natychmiast odgarnęłam włosy.

Patrzyły na mnie dwie pary oczu. Jedne, należące do kobiety za biurkiem, były rozbawione, chyba aż zanadto wesołe, ale z tych drugich, należących do cholernie przystojnego mężczyzny o niemal kruczoczarnych włosach, który właśnie mnie puścił, leciały błyski, jakby małe pioruny.

– Witam – powiedziałam wreszcie. – Nazywam się Michalina Zawadzka i przyjechałam tutaj na praktyki.

– Trochę się pani spóźniła – zauważyła słusznie młoda kobieta.

– Przepraszam, to długa historia – powiedziałam krótko, a mój telefon zawibrował w kieszeni.

Mateusz. Odrzuciłam połączenie, nie chcąc jeszcze powiększać spóźnienia, ale on nie dawał za wygraną, więc odebrałam i powiedziałam mu tylko, że zadzwonię później. Schowałam telefon do kieszeni, a gdy podniosłam wzrok, dostrzegłam zniecierpliwienie i namacalną złość w oczach mężczyzny.

– Długo jeszcze będzie pani przeciągała? – zapytał niezbyt uprzejmie.

– Przepraszam, ja tylko musiałam powiedzieć chłopakowi, żeby…

– Nie mam na to czasu – przerwał mi nagle i zwrócił się już tylko do kobiety, która wymownie milczała: – Zakwateruj panią, bo ja już jestem spóźniony.

Skierował się do wyjścia.

– Co za gbur – powiedziałam cicho, ale chyba usłyszał, bo spojrzał na mnie z ukosa, z niedowierzaniem potrząsając głową, i zaraz potem wyszedł, zostawiając mnie z kobietą zza biurka.

– Może mnie pani zaprowadzić do szefa? – zapytałam. – Jest mi strasznie przykro, że się spóźniłam… – spojrzałam na zegar wiszący na ścianie. – Chryste! Całe dwadzieścia minut, ale… ja…

– Szef właśnie wyszedł – wskazała głową na domykające się drzwi.

– Cholera – zaklęłam znów pod nosem.

Ależ się wygłupiłam. Jeśli nie wyrzuci mnie stąd przed końcem praktyk, to będę miała wielkie szczęście.

Potem kobieta, jak się okazało sekretarka mężczyzny, którego widziałam przez krótką chwilę, zaprowadziła mnie do małego drewnianego domku dla gości i kazała się rozgościć. Zapytałam ją jeszcze o umowę, którą miałam podpisać zaraz po przyjeździe, ale ona poinformowała mnie tylko, że kiedy wcześniej zdarzały się takie przypadki, to umowa przesuwała się na kolejny dzień, a co za tym idzie, szkolenie skończy się dzień później, takie są procedury. Jednak na odchodne dodała jeszcze, że i tak mam szczęście, bo szef nie kazał mi wrócić jutro na wyznaczoną godzinę, tylko w niezrozumiałej dla niej drodze wyjątku pozwolił zostać.

Co chciała przez to powiedzieć? Że będę jego niewolnicą do końca życia, bo okazał mi swą łaskę?

Przypomniała mi jeszcze, żebym jutro punktualnie stawiła się w biurze, bo pan Mikołaj daje tylko jedną drugą szansę.

Już go nie lubię. Gbur. I zarozumiały dupek.

 

Zadzwoniłam do Mateusza. Jak miło było usłyszeć jego głos, choć moja złość na cały świat dotyczyła po części jego, bo gdyby nie ten jego przeklęty samochód, który już dawno powinien zostać przerobiony na żyletki, zapewne nie doszłoby do takiej nieprzyjemnej sytuacji. Niemniej bardzo mi zależało na ukończeniu studiów na kierunku agrobiznes, a tylko zaliczona praktyka i dobrze zdany egzamin dzieliły mnie od zdobycia upragnionego zawodu i wymarzonej, dobrze płatnej pracy. Nie chciałam tego zaprzepaścić przez głupie zrządzenie losu, dlatego jutro już nic nie stanie mi na przeszkodzie, by spotkać się na czas z zarozumiałym właścicielem tego gospodarstwa i podpisać tę cholerną umowę.

Potem, nie mając nic innego do roboty, obejrzałam dokładnie mały domek, w którym tymczasowo się osiedliłam. Był urządzony ze smakiem, bardzo nowocześnie, choć z zewnątrz nic na to nie wskazywało. Co prawda był malutki – na parterze oprócz maleńkiego salonu z aneksem kuchennym była jeszcze niewiele większa łazienka, a na poddaszu urocza sypialnia, no i jeszcze weranda, licząca jakieś półtora metra kwadratowego – ale naprawdę przytulny. Stwierdziłam, że jednej osobie wystarczyłby w zupełności. Ucieszyło mnie także, że ten domek był samowystarczalny i niczego w nim nie brakowało; oprócz czystej, pachnącej wiatrem pościeli i ręczników w łazience, miał także zaopatrzoną lodówkę, dzięki czemu nie będę dziś głodna, a tym bardziej narażona na spotkanie gburowatego właściciela.

Po południu, gdy trochę odpoczęłam i ochłonęłam z wrażeń, miałam nawet ochotę wyjść i zapoznać się z okolicą, ale zakwasy dały o sobie znać, więc stwierdziłam, że pozostanę w łóżku. Ostatnio nie sypiałam zbyt dobrze, bo nauka zajmowała mi sporą część cennego czasu przeznaczonego na sen.

Rano obudziłam się bardzo wcześnie, jeszcze było szaro za oknem. Strasznie bolał mnie brzuch. Przez ten wczorajszy wysiłek związany z przebyciem na rowerze tak długiej drogi pewnie dostanę przed czasem miesiączkę i prawdopodobnie będzie wyjątkowo bolesna.

Tylko nie to. Nie dzisiaj…

Wstałam z łóżka i zaciskając zęby, poszłam do łazienki. Z przykrością stwierdziłam, że zaczynam krwawić. Całe szczęście, że w tym szaleństwie z rowerem nie zapomniałam o podpaskach i tabletkach przeciwbólowych. Szybko zażyłam dwie, tak jak robię na początku długiej drogi bólu, nim przybierze na sile, po czym wróciłam do łóżka. Było jeszcze wcześnie i miałam nadzieję, że do spotkania z Korneckim mi przejdzie. Jednak ból z upływem czasu zamiast maleć, przybierał na sile. W normalnych warunkach, w domu, wzięłabym kolejne dwie tabletki, które działały wówczas jak porządny kopniak, wywołując przy tym lekkie odrętwienie i drżenie rąk, ale tutaj nie mogłam sobie na to pozwolić. Jeszcze ten cały Mikołaj weźmie mnie za pijaczkę albo co gorsza za ćpunkę, więc musiałam to jakoś przecierpieć. Nakryłam się szczelniej, bo bóle powodowały naprzemiennie zimne i gorące dreszcze. Czułam się paskudnie, byłam cała spocona i chyba brała mnie gorączka.

Już po moich praktykach, już po moich studiach.

Wtuliłam twarz w poduszkę i starałam się opanować. Chyba zrobiło mi się słabo, bo na moment przestałam kontaktować.

Doszło mnie nagle jakby wołanie mojego imienia. Potem usłyszałam wyraźniej i chyba ze złością: MICHALINA.

– Michalina, gdzie się pani, do jasnej cholery, podziewa? – Kornecki szalał na dole, podczas gdy ja chwilowo nie miałam siły podnieść się z łóżka.

Usłyszałam głośne kroki na drewnianych schodach, a potem zobaczyłam jego wielką sylwetkę pochyloną nad łóżkiem, w którym się ukryłam.

– Żartuje pani ze mnie? – zapytał z niedowierzaniem i nieludzką wściekłością w granatowych oczach.

Nagle uświadomiłam sobie, że znów spieprzyłam sprawę. Musiałam przysnąć z bólu…

– Przepraszam – powiedziałam schrypniętym głosem i natychmiast wygramoliłam się z łóżka, jednak od razu poczułam, jak świat wiruje mi przed oczami, i nagle zrobiło się ciemno.

Kiedy ponownie otworzyłam oczy, on siedział koło mnie albo nade mną, sama nie wiem. Wciąż kręciło mi się w głowie i nadal bardzo bolał mnie brzuch.

– Dlaczego nie powiedziała pani, że jest pani chora? – zapytał łagodniej niż do tej pory.

– Bo ja… ja nie jestem chora – powiedziałam szeptem.

Miałam zaschnięte usta, a on, widząc to, podał mi wodę. Bardzo mnie tym zaskoczył, ale nie protestowałam, choć miałam ochotę wysłać go do diabła, tylko od razu wypiłam całą zawartość szklanki. Woda jeszcze nigdy nie smakowała mi tak dobrze.

– Wobec tego, co to było? – zapytał.

Było mi głupio mówić z nim o tak intymnej przypadłości, ale chyba nie miałam wyjścia. Wtedy niespodziewanie zadzwonił telefon. Mateusz. Musiałam odebrać, bo wiedziałam, że nie odpuści i będzie próbował do skutku.

– Nie mogę teraz rozmawiać – powiedziałam i spojrzałam na mężczyznę siedzącego obok, który choć wyraźnie zniesmaczony moim zachowaniem, powstrzymał się jednak i milczał. – Nie martw się o mnie. To co zwykle, co miesiąc, ale nie obawiaj się, zaraz mi przejdzie – rozłączyłam się najszybciej, jak to było możliwe. – Przepraszam – spojrzałam na Korneckiego, a jego wzrok jakby nieco złagodniał.

– Więc nadal upiera się pani, że nic jej nie dolega? – zapytał.

Poczułam, że się czerwienię. Chyba mnie przejrzał, a ja nie doceniałam jego bystrości i inteligencji.

– To nic poważnego – wyjaśniłam. – Mam bolesne miesiączki, a przez ten rower…

– Przyjechała pani taki szmat drogi rowerem? – przerwał mi.

– Gdyby pozwolił mi pan wczoraj wytłumaczyć…

Mężczyzna wstał. Chyba się wkurzył, co raczej było u niego chlebem powszednim.

– Proszę się stąd nie ruszać. Zaraz się panią zajmę – powiedział i sobie poszedł.

Słyszałam charakterystyczny dźwięk nalewanej do czajnika wody, a zaraz potem lekkie trzaśnięcie drzwiami.

Dokąd poszedł i dlaczego tak bardzo się mną przejął? Nie rozumiem tego typu facetów…

 

Wrócił po kilku minutach, ale jeszcze chwilę został na dole. Potem zjawił się znowu przy tymczasowo moim łóżku z termoforem w rękach i usiadł na jego skraju.

– Proszę podnieść kołdrę – powiedział spokojnie, ale wyraźnie rozkazującym tonem.

Patrzyłam na niego z pewną obawą.

– I proszę się mnie nie bać. Nie jestem zboczeńcem i pani nie zgwałcę – powiedział bez najmniejszych emocji.

Znów poczułam wypieki na twarzy, ale od razu posłusznie podniosłam kołdrę. On zadarł mi jeszcze trochę podkoszulek i zsunął spodenki do linii majtek, ale nie protestowałam, by jeszcze bardziej nie wystawić się na śmieszność. Widziałam, jak przyglądał się bliźnie przy pępku, ale na szczęście nie spytał, skąd się wzięła, bo sama nie miałam pojęcia. Mam ją, odkąd pamiętam, i tyle. Babcia powiedziała mi tylko, że miałam mały wypadek, a ja zbyt mocno ją szanowałam, by pytać o więcej.

Przyłożył gorący termofor do bolącego miejsca, a ja aż się skurczyłam pod wpływem nagłego ciepła.

– Zaraz poczuje się pani lepiej – powiedział i patrzył mi w oczy. Potem dotknął jeszcze mojego czoła. – Ma pani gorączkę. Zaraz przyniosę coś na obniżenie temperatury.

– Ale ja już brałam leki – wyrwało mi się, a skoro już to powiedziałam, wskazałam głową na mały nocny stoliczek. Mikołaj podniósł blister i przyjrzał się uważniej temu, co trzymał w swych silnych dłoniach.

– Ile pani tego wzięła? To bardzo mocne leki.

– Dwie tabletki – wyjaśniłam cicho, i tak jak się spodziewałam, wyraźnie nie spodobała mu się ta odpowiedź.

– Czy mówił już pani ktoś, że nie powinna się leczyć na własną rękę? – zapytał niby bez emocji, ale jednak z wyraźnym naciskiem na dwa słowa: WŁASNĄ i RĘKĘ.

Nie chciałam się z nim spierać, szczególnie teraz, gdy siedział tak blisko. Po chwili z ulgą stwierdziłam, że ból ustępuje.

– Moja babcia miała zwyczaj mawiać, że najlepsze są proste rozwiązania. Tylko nie mam pojęcia, dlaczego nie wpadła na coś takiego? – uśmiechnęłam się do niego słabo, a on odwzajemnił uśmiech.

To była nowość…

 

Zaskoczył mnie tą nagłą zmianą zachowania, ale kiedy zaglądał do mnie do późnego wieczora, mogłabym nawet zaryzykować stwierdzenie, że się mną opiekował, bo gotował dla mnie i przynosił mi posiłki do łóżka, nie pozwalając z niego wychodzić przez niemal cały dzień, mówiąc, że jeszcze nie wyglądam najlepiej. Nie kryłam zdziwienia tą jego opiekuńczą postawą, ale zapewnił mnie, że to w drodze wyjątku, bo w tej chwili znalazłam się w jego posiadłości, pod jego opieką. I gdyby nie moja nagła przypadłość, to policzyłby się ze mną za tego gbura. Znów się przez niego zaczerwieniłam i zapewniłam go, że odwdzięczę się niebawem za jego wyrozumiałość, ale potem on szybko zmienił temat i umówił się ze mną na rozpoczęcie mojego szkolenia od jutra o naprawdę wczesnej porze, o ile oczywiście będę całkiem zdrowa. Zapewniłam, że tak będzie, i wreszcie z nastaniem nocy zostawił mnie samą.

Zaniepokoiło mnie uczucie, że tak bardzo podobała mi się jego troska…

 

Zadzwoniłam jeszcze do Mateusza i opowiedziałam mu o wszystkim, co się wydarzyło. Ustaliliśmy, że ma do mnie nie dzwonić. Sama będę się z nim kontaktowała, kiedy nie będę zajęta. Lepiej nie drażnić już i tak mocno poszarpanych nerwów pana Mikołaja. Powiedziałam także, że prawdopodobnie mój pobyt tutaj się przedłuży o te parę dni mojej niedyspozycji, ale i tak dam mu wcześniej znać, kiedy przyjadę, by mógł się przygotować na mój wielki powrót. Śmiał się ze mnie, że chyba trzeba mi było uciec na wieś, by zrobiła się ze mnie wielka osobistość. Nie miałam mu tego za złe, bo nie denerwował mnie fakt, że mój chłopak żartuje sobie ze mnie, nazywając mnie wielką osobistością, ani tym bardziej nie zrażała mnie wieś, co dla niektórych moich koleżanek było barierą nie do pokonania.

 

Rano, tak jak przypuszczałam, czułam się znacznie lepiej i mogłam już normalnie funkcjonować. Wziąwszy szybki prysznic, ubrałam się w szary dres i białe trampki. Nie chciałam wkładać niczego w moim ulubionym kolorze, bo i tak już na samym początku zrobiłam z siebie idiotkę. Ten różowy kolor pomagał mi zapewne tylko w zwracaniu na siebie uwagi, ale nie czynił mnie w oczach innych dorosłą i odpowiedzialną.

Może właśnie pan Kornecki uważa mnie teraz za jedną z tych rozkapryszonych gówniar, które mają wszystko, a różowym kolorem manifestują swą głupotę? Ale ja przecież niczego nie manifestowałam, nigdy. Ten kolor zawsze był dla mnie ukojeniem albo ucieczką w różowy, lepszy świat, gdy było mi źle. Babcia starała się, bym nie czuła się osamotniona, ale towarzystwo sąsiadów z kamienicy to nie to samo, co posiadanie rodzeństwa, nie wspominając już o matce. Dzięki różowym barwom wydawało mi się, że jestem księżniczką, ale to było wtedy, gdy miałam jakieś powiedzmy pięć lat, a teraz? Teraz róż stał się po prostu nieodłącznym elementem mojego życia, bo uwielbiałam nie tylko ubrania w tym kolorze, ale jeszcze wiele innych rzeczy, jak na przykład pluszowy, milutki w dotyku kocyk.

Może jednak uda mi się jakoś przekonać tego mężczyznę, że nie jestem taka, jak sobie już zapewne o mnie myśli?

Wyszłam przed dom i zobaczyłam go wychodzącego z pobliskiego murowanego domu. Dom był stary, pokaźnych rozmiarów.

Ciekawe, czy równie dobrze urządzony jak domek dla gości?

Co cię to obchodzi? Przecież i tak nigdy tam nie zajrzysz nawet na moment.

Od razu mnie zauważył i ruszył w moim kierunku.

– Dzień dobry – powiedział, gdy pokonał niewielki odcinek drogi, która dzieliła nasze domy. – Dobrze się pani czuje? – zapytał od razu, nie dając mi możliwości, abym odpowiedziała na jego powitanie.

– Tak. Czuję się znacznie lepiej, dziękuję – odparłam. – To może najpierw podpiszemy tę nieszczęsną umowę? – zapytałam, myśląc, że właśnie od formalności będzie chciał zacząć. W ogóle jakoś się niepokoiłam, że skoro jeszcze tego nie zrobiliśmy, to może on czeka na to, by odesłać mnie stąd przy pierwszej nadarzającej się okazji.

– Nie. To tylko formalność – powiedział. – Pospieszmy się, bo musimy dotrzeć w pewne miejsce, zanim wstanie słońce. Ale najpierw proszę zmienić obuwie. Jest rosa i szkoda tej bieli – spojrzał na moje stopy, a konkretnie na białe trampki, które rzeczywiście jeszcze świeciły nowością.

– Nie mam z sobą innych. – Znów poczułam się jak idiotka, ale dźwiganie kolejnej pary butów na rowerze powiększyłoby jeszcze moją katorgę. Ten mężczyzna już chyba przywykł do mojej głupoty, bo wskazał głową w stronę czerwonych kaloszy, które zapewne sam tutaj przyniósł i postawił na werandzie. Zawstydzona zmieniłam buty. Te drugie okazały się o jakieś dwa numery za duże, ale nie wspomniałam mu o tym ani słowa. Natychmiast zajęłam się domysłami, dokąd się wybieramy.

Więc od razu jakieś wielkie wyzwanie? Cieszyłam się, choć nie tak to sobie wyobrażałam.

Mężczyzna ruszył przed siebie, a ja posłusznie za nim. Najpierw myślałam, że to, co zaplanował na dziś, wymaga co najmniej spaceru. Potem przyszła mi do głowy myśl, że zapewne pojedziemy gdzieś samochodem, sama nie wiedziałam gdzie ani po co, ale kiedy zobaczyłam dwa osiodłane konie pod jego domem, na moment zamarłam. Od razu zauważył moje wahanie.

– Coś się stało? Nie umie pani jeździć konno? – zapytał, a ja od razu pokręciłam głową.

– Oczywiście, że umiem – powiedziałam szybko. – Myśli pan, że skłamałabym we wniosku o przyjęcie? – zapytałam na pozór odważnie.

Doskonale pamiętałam pytania we wniosku, czy posiadam umiejętność prowadzenia samochodu oraz jazdy konnej, i na obu polach zaznaczyłam „tak”. O ile kierowcą nie byłam może najlepszym, bo jak w ogóle miałam się o tym przekonać, skoro Mateusz nie wpuszczał mnie za kierownicę, to w jeździe konnej byłam zapewne jeszcze gorsza, nie wiedziałam dokładnie, bo miałam kilka lat, a babcia dostała bezpłatny karnet na lekcje jazdy konnej. W zasadzie chyba radziłam sobie dobrze, ale ten mały podły zwierzak ugryzł mnie podczas przedostatniej lekcji i od tej pory zwyczajnie bałam się koni.

Kornecki patrzył na mnie jakby uważniej.

– No to chodźmy do samochodu, chociaż będzie pani żałowała, bo przez okna auta nie zobaczy pani tego, co z grzbietu konia – powiedział i od razu wyjął z kieszeni kluczyki, po czym otworzył pilotem duży czarny samochód terenowy i otworzył przede mną drzwi.

Przecież nie powiedziałam nie. Dlaczego więc zmienił dla mnie swoje plany?