Wydawca: Amber Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 248 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dwa serca - Sandi Lynn

Jest miłość, która boli. I jest miłość, która koi ból.
Liam Wyatt , brat Olivera z powieści Dwie miłości, współwłaściciel światowego koncernu, milioner i playboy. Może mieć każdą kobietę, ale pragnie tylko jednej...
Avery Lewis skończyła studia prawnicze i przeniosła się do Nowego Jorku, do pracy w renomowanej kancelarii. Chce zacząć wszystko od nowa. Skupić się wyłącznie na karierze. Zapomnieć o dzieciństwie, o ojcu, który ją porzucił, o złamanym sercu. I wtedy w jej życie wkracza Liam i wywraca je do góry nogami. Nigdy jeszcze nie żaden mężczyzna nie działał na nią tak jak Liam. Czy Avery zdoła pokonać paniczny strach przed kolejnym zranieniem? Czy miłość Liama zdoła zburzyć mur, jaki Avery wzniosła wokół siebie?

Opinie o ebooku Dwa serca - Sandi Lynn

Fragment ebooka Dwa serca - Sandi Lynn

Korekta

Halina Lisińska

Hanna Lachowska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

©vgstudio/Shutterstock

Tytuł oryginału

Love, Lust & Liam

Love, Lust & Liam

Copyright © 2015 by Sandi Lynn.

Published by arrangement with Browne & Miller Literary Associates, LLC.

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2016 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-5801-0

Warszawa 2016. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

Prolog

11 lat:

– Mówiłeś, że ci się podobam, Scott.

– No, bo tak było, Avery. Ale teraz podoba mi się ktoś inny. Przykro mi.

14 lat:

– Pocałowałeś mnie.

– Przepraszam, Avery. Jesteś świetną dziewczyną, ale nie dla mnie.

16 lat:

– Straciłam z tobą dziewictwo! Mówiłeś, że mnie kochasz.

– Myślę, że powinniśmy zacząć spotykać się z innymi i zobaczymy, jak to będzie.

18 lat:

– Myślałam, że między nami jest coś wyjątkowego.

– Nie chodzi o ciebie, Avery. To przeze mnie.

19 lat:

– Ale mówiłeś…

– Po prostu nie jestem teraz gotowy na związek. Ale gdyby to był odpowiedni moment, to na pewno to byłoby z tobą.

20 lat:

– Nie rozumiem.

– Nie mam teraz czasu na związek. I ty też nie. Tu studia, tu praca… Po prostu nie mogę poświęcić ci tyle czasu, ile powinienem.

21 lat:

– Ale ja cię kocham. Mówiłeś, że też mnie kochasz.

– Zasługujesz na kogoś lepszego niż ja. Zobaczysz, niedługo o mnie zapomnisz.

22 lata:

– Chcesz to skończyć, tak?

– Nie mogę być w stałym związku. Nie chodzi o ciebie, kotku. Chodzi o mnie. Po prostu nie potrafię się podporządkować. Naprawdę, nie zrobiłaś nic złego.

23 lata:

– Jak mogłeś iść z nią do łóżka? Myślałam, że jesteśmy ze sobą.

– Naprawdę tak uzgodniliśmy? Lepiej, żebyśmy przestali się spotykać, Avery. Nie wiedziałem, jak ci to powiedzieć, i nie chciałbym, żeby to popsuło nasze stosunki w biurze.

Rozdział 1

AVERY

Wysiadłam z taksówki na Wschodniej Siedemdziesiątej Pierwszej i stanęłam z walizką na chodniku, obejmując wzrokiem dwudziestotrzypiętrowy apartamentowiec.

– Dzień dobry – powiedział mężczyzna, który wyszedł z budynku.

– Dzień dobry – odparłam pośpiesznie i podeszłam do niego.

– Mogę w czymś pomóc?

Uśmiechnęłam się grzecznie.

– Będę mieszkać pod numerem 20B. Jestem Avery Lewis. – Postawiłam walizkę na ziemi i wyciągnęłam rękę.

– Witam, witam. Nazywam się Davis. Jestem portierem. – Uścisnął moją dłoń z uśmiechem. – Czy to wszystkie pani rzeczy? – Wskazał na moją walizkę.

– Tak. Meble i pudła przyjechały dziś rano.

– Obawiam się, że nie. – Powoli pokręcił głową. – Nie mieliśmy tu dzisiaj żadnej dostawy.

– Ludzie od przeprowadzki mieli tu być o dziewiątej – powiedziałam spokojnie.

– Niestety, panno Lewis… Panno, tak?

Jego słowa ugodziły mnie prosto w serce. Oczywiście, że „panno”. Pewnie do końca życia będę „panną Lewis”.

– Tak – uśmiechnęłam się nieznacznie.

– Przykro mi, ale, tak jak mówiłem, nic nie przyjechało.

Westchnęłam i schyliłam się po walizkę.

– Dziękuję, Davis. I proszę, mów mi Avery. Przepraszam, pójdę na górę rozejrzeć się po mieszkaniu.

– Przykro mi, Avery.

– To nie twoja wina. – Machnęłam bezradnie ręką i ruszyłam do windy, którą wjechałam na dwudzieste piętro.

Otworzyłam drzwi do mieszkania 20B, wciągnęłam walizkę do środka i stanęłam w pustym pomieszczeniu, w którym spodziewałam się zastać moje nowe meble i pudła z rzeczami. Obeszłam niewielką otwartą kuchnię z wiśniowymi szafkami, białymi blatami i wyłożoną czarnymi płytkami podłogą. To, że wszystkie urządzenia, łącznie z kuchenką mikrofalową i zmywarką, były z nierdzewnej stali, było jednym z powodów, dla których zdecydowałam się na to mieszkanie. Ciągnąc za sobą po dębowej podłodze walizkę, skierowałam się do sypialni. Trudno uznać dwie wąziutkie szafy stojące pod ścianą za komfortową przestrzeń do przechowywania, jak opisywał to pośrednik nieruchomości, ale, biorąc pod uwagę ceny w Upper East Side, i tak uważałam, że trafiła mi się okazja. A sama sypialnia była faktycznie królewskich rozmiarów. Otworzyłam drzwi do łazienki i pstryknęłam światło. Była mała i cała na biało. Białe ściany, białe kafelki, białe blaty, biała wanna obudowana szklanym parawanem i, rzecz jasna, biała toaleta. Trzeba będzie wprowadzić tu trochę kolorów, żeby nie wyglądała tak bardzo sterylnie.

Wyjęłam telefon z torebki i zadzwoniłam do firmy, która miała dostarczyć mi meble dzisiaj o dziewiątej.

– Dzień dobry, mówi Avery Lewis. Dzisiaj o dziewiątej rano mieli mi państwo przywieźć meble, a teraz jest szesnasta, wchodzę do siebie do mieszkania, a mebli ani śladu.

– Proszę poczekać. Już sprawdzam.

W słuchawce rozległa się senna muzyka z windy.

– Dziękuję za cierpliwość. Niestety ciężarówka z pani zamówieniem miała awarię w drodze z magazynu i musiała zostać zholowana. W tej chwili wysyłamy tam inny samochód, więc pani zamówienie powinno dotrzeć jutro. Czy numer telefonu, który podała pani jako kontaktowy przy składaniu zamówienia jest aktualny?

Westchnęłam. Oczywiście, że moja ciężarówka musiała się zepsuć. Takie już moje pokręcone szczęście.

– Tak, jestem dostępna pod tym numerem. Dziękuję. – Klik.

Następny telefon.

– Dzień dobry, mówi Avery Lewis. Czekam na dostawę paczek, które mieli państwo przewieźć do mojego mieszkania w Nowym Jorku dziś rano. Właśnie przyjechałam, a moich rzeczy nie ma!

– Przepraszam bardzo, ale w naszym systemie pani dostawa jest przewidziana na jutro, nie na dzisiaj.

Powoli zaczynałam mieć tego dość.

– Nie, nie, nie. Powiedziałam państwu wyraźnie, że przeprowadzam się dzisiaj i nawet dostałam od was e-mail z potwierdzeniem, że moje rzeczy zostaną dostarczone dzisiaj – rzuciłam z irytacją.

– Ojej, faktycznie, ma pani rację. Tak mi przykro, ktoś najwyraźniej zapisał niewłaściwą datę na liście przewozowym.

Chodząc po salonie z telefonem przy uchu, zatupałam gwałtownie ze złości jak małe dziecko. Dlaczego nic nigdy nie może pójść po mojej myśli?

– Proszę posłuchać. Podpisałam z państwa firmą umowę na dostawę rzeczy w dniu dzisiejszym. Ponieważ nie wywiązali się państwo z warunków tej umowy, żądam zwolnienia mnie z opłaty za przewóz.

– Obawiam, się, że to niemożliwe, ale mogę pani zaproponować dziesięć procent zniżki w ramach rekompensaty.

Nabrałam głęboko powietrza.

– Przepraszam, czy mogę wiedzieć, z kim rozmawiam?

– Mam na imię Babbie.

– Dobrze, proszę posłuchać, Babbie. Pani firma naruszyła warunki pisemnej umowy. Jestem prawniczką, i to całkiem niezłą, i zapowiadam pani, że jeżeli każecie mi zapłacić cokolwiek za przewóz, to was pozwę. I wie pani co? Nic mnie to nie będzie kosztować, ponieważ mogę zająć się tym sama. Więc nie wydam na tę sprawę ani centa, za to, gdy z wami skończę, pani firma ugrzęźnie na amen w kosztach procesowych. Rozumie pani?

– Eee… A, tak, pani Lewis. Pani rzeczy zostaną dostarczone jutro bez żadnych opłat. Bardzo przepraszam za tę pomyłkę. Sprawdzimy, kto popełnił błąd i dopilnujemy, żeby ta osoba została upomniana.

– Dziękuję. – Klik.

Usiadłam na podłodze pod ścianą z wyciągniętymi nogami i telefonem w ręku i wybrałam numer mojej przyjaciółki Willow.

– Avery! Jesteś już w Nowym Jorku? – odebrała uradowana.

– Tak. Jestem u siebie w mieszkaniu, bez ani jednego mebla i bez moich rzeczy.

– Nie mów. Problemy z dostawą?

– Delikatnie mówiąc.

– No to, skoro nie możesz się zabrać do urządzania, to wpadnij do nas. Właśnie robię kolację, a Cam zaraz będzie w domu.

Usłyszałam okrzyki Kinsley w tle i Hensley płaczącą jej w ramionach.

– W sumie, mogłabym… – rzekłam z wahaniem.

– Świetnie. Masz adres, prawda?

– Tak. Mam go w telefonie. To zawołam taksówkę i jadę.

– Tak się za tobą stęskniłam!

Wstałam i poszłam do sypialni, gdzie zostawiłam walizkę. Wyjęłam szczotkę do włosów i przybory do makijażu i poszłam do łazienki się odświeżyć. Z lustra spojrzały na mnie zmęczone i pozbawione swego zwykłego blasku niebieskie oczy. Poprawiłam cień na powiekach i przejechałam szczotką po długich, jasnych, falistych włosach. Dużo lepiej. Dobrze się zastanowiłam, zanim podjęłam decyzję o przeprowadzce do Nowego Jorku. Strasznie chciałam wyjechać z Danbury w Connecticut, ale kiedy Finn, Muir, & Abernathy, jedna z największych i najbardziej prestiżowych kancelarii adwokackich w kraju zaproponowała mi pracę, musiałam to bardzo dokładnie przemyśleć. Miałam tylko nadzieję, że to był dobry wybór.

Zjechałam windą na dół i przez dłuższą chwilę bezskutecznie usiłowałam złapać taksówkę, ale żadna nie chciała się zatrzymać. W końcu Davis wyszedł z budynku i przywołał mi jedną.

– Dzięki wielkie – powiedziałam z uśmiechem. – U mnie w mieście wszędzie jeździłam samochodem, więc jeszcze tego nie opanowałam.

– Nie ma problemu. Niedługo się przyzwyczaisz.

Wsiadłam i zatrzasnęłam drzwi.

– Poproszę na Broadway 473.

Rozdział 2

LIAM

Sie ma, Wyatty – zawołałem wesoło. Pocałowałem Sophie i Delilah w policzek i usiadłem obok Olivera.

– Cześć, wujku.

– No więc, brachu, podpisałem dziś ostatecznie umowę kupna. Dom jest już oficjalnie mój za jedyne sześć dziewięćset.

– To ten przejęty za długi na Wschodniej Siedemdziesiątej Pierwszej? – zapytał Oliver.

– Aha. Kupiłem go za pół ceny i już się przymierzam do remontu.

– Zostawisz sobie mieszkanie? – zaciekawiła się Delilah.

– Nie. Wystawiłem je na sprzedaż. Mam już nawet zainteresowanego nabywcę.

Oliver pokręcił głową.

– Wierzyć mi się nie chce, że zamierzasz wszystko zrobić sam. Wiesz, że od tego są ludzie.

– A ty wiesz, że lubię się czasem upaprać po łokcie – odparłem pogodnie.

– Zajmie ci to wieki – prychnął Oliver.

– Nieprawda. Trzeba tam tylko pomalować ściany w kilku pokojach, wymienić tę koszmarną podłogę w holu i zrobić łazienki. Właśnie cała radocha polega na tym, żeby wszystko zrobić samemu, a potem czerpać z tego wielką satysfakcję.

– Masz rację, Liam. Podoba mi się twoje podejście. Daj mi znać, gdybyś potrzebował pomocy. Oliver się pewnie nie skusi, ale ja chętnie.

– Co to ma znaczyć, skarbie? – zapytał Oliver.

– Nic, nic, kochanie. Jedz kolację. – Delilah mrugnęła do mnie porozumiewawczo, a Sophie zachichotała.

Po znakomitej kolacji poszliśmy na górę do salonu na drinka. Delilah najpierw położyła Sophie spać, a potem wróciła do nas.

– A jak poszła wczorajsza randka? – zapytał Oliver, podając mi szklaneczkę burbona.

– W porządku. Nic szczególnego. Chciałaby się jeszcze kiedyś umówić, ale ja nie jestem pewny. – Pociągnąłem łyk ze szklanki.

– Dlaczego? Coś z nią nie tak? – spytała Delilah.

– Sam nie wiem. Chyba nie. Po prostu jakoś nie czuję chemii.

– Ona najwyraźniej poczuła, skoro chce się z tobą znowu spotkać – rzekł Oliver. – Przeleciałeś ją?

– Oliver! – wykrzyknęła Delilah.

– Co? To zupełnie normalne pytanie.

Westchnąłem.

– Tak, ale też bez fajerwerków z mojej strony.

– A kiedy powiedziała, że chciałaby się znowu z tobą umówić, to było przed czy po tym, jak ją przeleciałeś?

– Oliver!

– O co ci chodzi?

– Po – odpowiedziałem.

– Dobra robota. Zawojowałeś ją fiutem. Nie ma takiej kobiety, która, jak raz spróbuje Wyatta, nie chciałaby więcej. – Oliver puścił do mnie oko.

– Oliver! – zawołała Delilah ponownie.

Nie mogłem powstrzymać śmiechu.

– Spokojnie, skarbie. Żartuję przecież.

– Zresztą, i tak mniejsza z tym. Postanowiłem dać sobie spokój z poszukiwaniem dziewczyny. Mam teraz na głowie dom i mnóstwo innych spraw, więc nie mam czasu na związek. Od tej pory skupiam się wyłącznie na remoncie domu i pracy.

Wstałem i odstawiłem szklankę na bar.

– Dzięki za kolację i drinka. Będę leciał. Muszę się zabrać do pakowania rzeczy w mieszkaniu.

Usłyszałem westchnienie Olivera.

– Od tego też są ludzie.

– Wiem, wiem. – Zamachałem ręką i wyszedłem z pokoju.

Kiedy kładłem się spać, dostałem esemesa od Dani, dziewczyny, z którą spotkałem się poprzedniego wieczoru.

„Cześć, playboyu. Świetnie się wczoraj bawiłam. Może umówimy się na kolację jutro wieczorem?”

Usiadłem na łóżku, opierając się o poduszki, żeby jej odpowiedzieć.

„Cześć, Dani. Umówiłem się już na jutro z bratem. Może innym razem”.

Nie znoszę kłamać, ale nie chciałem sprawić jej przykrości. To była fajna dziewczyna, po co miałem ją ranić.

„Okej. To zaproponuj dzień i godzinę”.

Cholera. Nie odpuszczała.

„Sprawdzę w kalendarzu i dam ci znać. Właśnie kupiłem dom i niedługo będę się przeprowadzał, więc mam kupę zachodu z pakowaniem i całą resztą”.

„Dupek!”

Przewróciłem oczami. Zdaje się, że zrozumiała. Postanowiłem nie odpowiadać. Mogłem mieć każdą laskę, jakiej bym sobie zażyczył. Problem w tym, że właśnie nie chciałem każdej. Chciałem Tej Jedynej. Takiej, przy której serce by mi zamierało za każdym razem, gdy byłaby w pobliżu. Takiej, której nie obchodziłby mój majątek ani styl życia, jaki mogłem jej dać. Takiej, która rozjaśniałaby mi cały dzień zwykłym „Dzień dobry” rano. Nie fałszywej i sztucznej, ale naturalnej i takiej, która nie obawia się być w pełni sobą. Wreszcie takiej, która nie byłaby doskonała, ale dla mnie tak. Przez wiele lat szalałem sobie z kobietami i nie chciałem dać się uwiązać. Ale teraz miałem dwadzieścia dziewięć lat i czułem potrzebę jakiejś stabilności w życiu. Chociaż w tej chwili, z powodu domu i nowego planu na życie, ta sfera akurat będzie musiała poczekać.

Rozdział 3

AVERY

Matko, ale macie piękne mieszkanie! – wykrzyknęłam, gdy weszłam do Willow.

– Witaj w Nowym Jorku! – Uściskała mnie mocno. – Kinsley, chodź, przywitaj się z ciocią Avery.

Kinsley zbliżyła się do mnie nieśmiało, a ja kucnęłam przy niej.

– No, no. Ależ ty urosłaś! – powiedziałam miękko i przytuliłam ją. – Ostatni raz widziałam cię rok temu i prawie w ogóle nie miałaś włosków. A teraz, proszę, jakie piękne loki! – dziwowałam się z uśmiechem.

– A to Hensley – powiedział Cam, podchodząc, i cmoknął mnie w policzek.

– Cześć Cam – uśmiechnęłam się i wzięłam od niego Hensley. – O Jezu, jest przesłodka, całkiem jak Kinsley.

Cam i Willow pochodzili z mojego rodzinnego Danbury, w Connecticut. Byli ode mnie o dwa lata starsi i z obojgiem od dawna się przyjaźniłam. Byli ze sobą, odkąd mieli piętnaście lat. Zaraz po tym, jak skończyli studia, Cam dostał propozycję pracy w największej agencji nieruchomości w Nowym Jorku, która obracała najbardziej ekskluzywnymi budynkami w mieście. Pobrali się, przenieśli tutaj i wkrótce potem Willow zaszła w ciążę. Była teraz pełnoetatową mamuśką i bardzo jej to odpowiadało.

– Macie wspaniałe mieszkanie – powiedziałam, rozglądając się po wnętrzu ponad dwa razy większym od mojego.

– Dzięki. Sama tu wszystko zrobiłam – pochwaliła się Willow.

– I wydałam przy tym majątek – zauważył Cam.

– Nie słuchaj go. Powiedział mi, że mogę robić to, co chcę.

Cam roześmiał się i poszedł położyć dziewczynki spać. Pomogłam Willow zanieść jedzenie na stół i wszyscy troje usiedliśmy do kolacji.

– No, to jak, zadowolona jesteś, że przeniosłaś się do Nowego Jorku? – zapytała Willow.

Od razu zrozumiałam, o co jej chodzi.

– Tak. Trzeba się już było wyrwać z Danbury i zacząć wszystko od nowa.

– Rozumiem, ale czy myślisz, że będzie ci dobrze tutaj, w Nowym Jorku?

– No, chyba nie mam wyjścia. Jak niby miałam odrzucić ofertę Finn, Muir, & Abernathy?

Cam machnął w moją stronę widelcem.

– Dokładnie tak, Avery. Nie możesz pozwolić, żeby twoja przeszłość decydowała o całym twoim życiu. Dobrze wybrałaś i ta kancelaria też powinna się cieszyć, że zgodziłaś się dla nich pracować. Jesteś rewelacyjną prawniczką. Kto może coś takiego powiedzieć w twoim wieku? Większość, co ja gadam, praktycznie wszyscy ludzie, którzy mają dwadzieścia jeden lat, dopiero zaczynają studia, a nie robią dyplom i zdają egzamin adwokacki.

Uśmiechnęłam się lekko i popatrzyłam w talerz, nawijając spaghetti na widelec.

– A on wie, że tu jesteś? – zapytała Willow.

– Nie. Skąd miałby wiedzieć?

Wzruszyła ramionami i podniosła widelec do ust.

– To kiedy zaczynasz swoją błyskotliwą karierę? To znaczy, nie to, żebyś jej już nie zaczęła, ale trudno uznać tę twoją firmę w Danbury za ważną.

– Zaczynam w poniedziałek. Chciałam mieć kilka dni, żeby się spokojnie urządzić, ale teraz cały plan wziął w łeb, bo moje meble i rzeczy nie dojechały.

– Nie przejmuj się. Mają je przywieźć jutro, więc masz jeszcze sobotę i niedzielę. Mogę przyjść i ci pomóc – powiedziała Willow z uśmiechem, po czym podniosła kieliszek.

– Za Avery. Żeby jej nowe życie i nowy początek w Nowym Jorku były pełne sukcesów i miłości.

– Zdrówko. – Cam podniósł swój kieliszek z uśmiechem.

– Sukcesów to i owszem, ale na pewno nie miłości. Skończyłam z facetami.

– A co, jesteś teraz lesbijką, tak jak Claudia? – zapytał Cam.

Roześmiałam się.

– Nie. Ale skupiam się teraz wyłącznie na pracy. Nie zamierzam po raz kolejny popełniać tych samych błędów. Mam beznadziejne wyczucie do mężczyzn i to zawsze ja obrywam, a oni odchodzą sobie jakby nigdy nic. Widzicie to? – Przesunęłam rękę przed sobą z góry na dół. – To jest mój mur ochronny. Jest solidny i żadnemu palantowi na świecie nie uda się go zburzyć.

– Nie możesz żyć bez miłości – zachmurzyła się Willow.

– I bez seksu – dołączył się Cam.

– Miłości nie potrzebuję, a co do seksu, to mogę go uprawiać bez zobowiązań, tak jak każdy facet. – Znów przesunęłam ręką przed sobą w powietrzu. – Tak mówi mur.

Cam zachichotał, a Willow westchnęła.

– Mam swoją pracę i was. – Podniosłam się z krzesła. – Będę się zbierać. Robi się późno i jestem wykończona.

– Zostań u nas na noc. Nie masz żadnych mebli, gdzie będziesz spać?

– Dzięki, Willow, ale poradzę sobie.

– Czekaj, to dam ci chociaż jakieś koce, przecież na pewno nie masz nic takiego w walizce.

Wróciła parę chwil później i wręczyła mi dwa koce.

– Zadzwoń jutro.

– Dobrze. I dzięki za wszystko. – Uśmiechnęłam się i pocałowałam ją i Cama w policzek. Już w drzwiach przystanęłam i odwróciłam się.

– Ej, Cam, nie mógłbyś zawołać mi taksówki?

– Jasna sprawa, chodźmy.

Obudziło mnie walenie do drzwi mieszkania. Cholera! Spróbowałam wstać z twardej, drewnianej podłogi, ale ledwo mogłam się ruszać. Zerknęłam na telefon. Siódma rano.

– Chwileczkę, już idę! – krzyknęłam, potykając się w drodze do drzwi.

Otworzyłam. W progu stało czterech napakowanych mężczyzn.

– Meble? – zapytałam, wstrzymując oddech.

– Tak jest.

– Nareszcie. A nie za wcześnie to? Kto robi dostawy o tej godzinie?

– Przepraszam, ale wyjechaliśmy, jak tylko załadowaliśmy samochód, a pani jest pierwsza na liście.

– Nie szkodzi. Proszę wnosić.

Zgarnęłam koce z podłogi i poleciałam do łazienki umyć zęby. Potężni panowie wnieśli moje meble i ustawili je tam, gdzie pokazałam. Nareszcie moje mieszkanie zaczynało przypominać dom. Niedługo po ich wyjściu dojechała ciężarówka firmy przeprowadzkowej z Danbury z moimi rzeczami.

Stanęłam pośrodku niewielkiego pomieszczenia, które miało być moim salonem i ogarnęłam wzrokiem górę pudeł na podłodze. Musiałam napić się kawy i znaleźć jakąś siłownię, zanim w ogóle pomyślę o rozpakowywaniu. Przebrałam się w dres i wyszłam z mieszkania.

– Dzień dobry, Davis.

– Dzień dobry, Avery. Widzę, że twoje rzeczy przyjechały.

– Tak. Dlatego postanowiłam poszukać siłowni i trochę potrenować, zanim zabiorę się do rozpakowywania. Nie ma tu jakiejś w okolicy?

– Jest jedna naprawdę fajna siłownia dwie ulice dalej. Należy do Blacków.

– Do kogo? – Spojrzałam na niego niepewnie.

– Do Connora Blacka. To jedna z najbardziej wpływowych rodzin w Nowym Jorku.

– A, okej. Nie słyszałam.

– Niedługo usłyszysz, jak trochę tu pomieszkasz. – Wytłumaczył mi, jak mam iść i życzył powodzenia.

Rozdział 4

LIAM

Włożyłem słuchawki do uszu i ustawiłem bieżnię na dziesięć kilometrów na godzinę. Był piątek i wziąłem sobie dzisiaj wolne w pracy, żeby pojechać do mojego nowego domu i rozplanować, do czego się wziąć w pierwszej kolejności, ale wcześniej potrzebowałem solidnego treningu. Jak na piątek na siłowni było sporo ludzi. Chyba wszyscy mieli ten sam pomysł, żeby się urwać z roboty. Zacząłem biec, a wtedy zadzwonił mi telefon. Oliver.

– Cześć, co tam? Jestem na siłowni – odebrałem, nie przerywając biegu.

– Nie wiesz, gdzie są dokumenty budynku Lloyda? Nie mogę ich nigdzie znaleźć.

– O ile sobie dobrze przypominam, to ostatnio brałeś je ze sobą do domu.

– A niech to. Masz rację. Delilah narobiła mi zamieszania w głowie dziś rano i zapomniałem je przynieść. – Usłyszałem, jak wzdycha. – Dzięki, stary. Miłego treningu.

– Dzięki, Oliver. – Klik.

Przypadkiem zauważyłem, że na bieżni obok mnie pojawiła się piękna kobieta. Ufff. Ale laska. Miała około metr siedemdziesiąt wzrostu i jasne włosy związane wysoko z tyłu. A niech mnie, co za sylwetka. No i te długie, smukłe nogi… To przez nie była taka wysoka. Nigdy wcześniej jej tu nie widziałem. Musiałem szybko odwrócić wzrok, bo spostrzegła, że się na nią gapię. Kątem oka zauważyłem, że ktoś położył rękę na uchwycie po mojej drugiej stronie i wyjąłem słuchawki z uszu.

– O, cześć, Lucy.

– Cześć, Liam. Dawno się nie widzieliśmy. Myślałam, że się odezwiesz.

Kilka razy umówiłem się z Lucy na wieczór, przespaliśmy się ze sobą i od tamtej pory do niej nie zadzwoniłem. Nie, żeby coś było z nią nie tak. Była świetną dziewczyną. Po prostu nic do niej nie czułem i nie chciałem jej zwodzić.

– Tak, przepraszam cię. Miałem mnóstwo roboty i w ogóle życie mi się pokomplikowało. Jestem w trakcie przeprowadzki i mam z tym masę zachodu.

– Aha – rzekła cierpko. – Może poszlibyśmy dziś na kolację? Miło byłoby się znowu spotkać.

Niech to szlag.

– Przykro mi, ale nie mogę. Tak jak mówiłem, mam przeprowadzkę na głowie i pełno spraw do załatwienia. Może innym razem.

– Tak, jasne. W porządku – powiedziała ze smutkiem, zeszła z bieżni i oddaliła się.

Kiedy ponownie wkładałem słuchawki, usłyszałem głos kobiety po drugiej stronie.

– Dlaczego po prostu nie powiesz jej, że nie jesteś zainteresowany, zamiast mydlić jej oczy i obiecywać, że zadzwonisz?

– Proszę?

– Przepraszam. To nie moja sprawa. Ale kobiety potrzebują usłyszeć takie rzeczy prosto z mostu, żeby potem nie siedzieć i nie czekać całymi miesiącami na telefon, który i tak nigdy nie zadzwoni, jak totalne idiotki.

O rany. Ależ ona ma oczy. Takie piękne i takie niebieskie. Ale jej uwaga trochę mnie zraziła.

– Okej. Zapamiętam sobie.

Włożyła słuchawki i zwiększyła prędkość na bieżni. Nie mieściło mi się w głowie, że to powiedziała. W miarę jak biegłem, rzucałem jej ukradkowe spojrzenia. Była niesamowicie seksowna i chciałem jakoś do niej zagadać, ale miałem wrażenie, że ma mnie za kompletnego palanta.

AVERY

Co za palant. Typowy lowelas, co to wciska kobietom kit, bo nie ma jaj, żeby powiedzieć im, że nic z tego nie będzie. Pierwszą rzeczą, jaką u niego zauważyłam, poza szlachetnymi rysami twarzy, była jego muskularna sylwetka. Musiał trenować codziennie. Może nie powinnam była mówić tego, co powiedziałam, ale ktoś musiał go trochę osadzić. Przez całe życie dawałam się mamić facetom, którzy, jak sądziłam, byli mną zainteresowani, tylko po to, żeby potem boleśnie przekonać się, że to nieprawda. To, że nie chcą ranić naszych uczuć wcale nie pomaga. Cieszyłabym się, gdybym mogła jakiejś dziewczynie oszczędzić zachodu z kolesiem, któremu na niej nie zależy. Jakiś czas potem zszedł z bieżni i zniknął. Dokończyłam swój półgodzinny trening na bieżni i przeniosłam się do sali z ciężarami, żeby popracować nad mięśniami ramion i pleców. I kogóż tam odnalazłam? Przewróciłam oczami, bo jedyna wolna ławka znajdowała się akurat koło niego.

LIAM

Zauważyłem ją kątem oka. Próbowałem się na nią nie gapić, ale nie mogłem się powstrzymać. Zrobiłem jedną serię ćwiczeń, a kiedy usiadłem, obok przeszła Lucy, spoglądając ze smutkiem w moją stronę.

– Hej, Lucy, masz chwilę?

Zatrzymała się, a ja wstałem z ławki.

– O co chodzi? – zapytała.

– Słuchaj, bardzo mi przykro, jesteś świetną dziewczyną, ale… – Cholera. To wcale nie było łatwe. Zwykle załatwiałem takie sprawy przez esemesa. Nigdy twarzą w twarz.

– Ale co? – odchyliła głowę.

– Nie zadzwonię już do ciebie. Mam teraz spory mętlik w życiu i nie chciałbym cię oszukiwać.

Powoli skinęła głową, nie odrywając ode mnie oczu.

– Okej. Dzięki. Doceniam twoją szczerość. Dupek! – odchodząc, pokazała mi środkowy palec.

Podniosłem ręce do góry, odwróciłem się i spojrzałem na dziewczynę z bieżni.

– Nie mówiłam, że łatwo to przyjmie. – Położyła się na plecach i zaczęła wyciskać sztangę.

Wykonałem jeszcze kilka serii powtórzeń i poszedłem do szatni po swoje rzeczy. Gdy wychodziłem, zobaczyłem, że idzie w moją stronę i omal nie wpadliśmy na siebie, tak była zapatrzona w swój telefon.

– Przepraszam, nie zauważyłam cię – powiedziała.

– Nie powinnaś chodzić przy pisaniu esemesów.

– A ty nie powinieneś łamać kobietom serc na lewo i prawo – prychnęła.

Roześmiałem się i otworzyłem drzwi, puszczając ją przodem.

– Dziękuję.

– Proszę. Dobrze, dzisiaj postaram się już nie złamać żadnego serca – powiedziałem z ironią.

– Nie wiem, czy dasz radę się powstrzymać – odparła.

Stałem z rękami na biodrach i patrzyłem za nią, gdy odchodziła ulicą. Co za kobieta. Siłaczka. Od tej chwili tak będę o niej myślał. Przywołałem taksówkę i pojechałem do mojego nowego domu.