Wydawca: Burda Książki Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 662 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dwa groby - Douglas Child Lincoln Preston

Agent Pendergast podąża śladem Przymierza, tajnej organizacji, która uprowadziła jego żonę, tuż po ich ponownym spotkaniu po latach. Kierowany żądzą zemsty agent specjalny FBI nie zawaha się przed niczym, by poznać prawdę o kobiecie, którą kochał - i utracił - oraz zemścić się na ludziach, którzy odebrali mu wszystko.

W tym celu musi wybrać się do Brazylii, w ostępy niebezpiecznej puszczy i odnaleźć tajemnicze miasteczko zamieszkałe przez potomków nazistów - i ofiary sekretnych, mrożących krew w żyłach eksperymentów prowadzonych po II wojnie światowej przez dawnych hitlerowskich oprawców, w tym także doktora Mengele. Od powodzenia samotnej misji Pendergasta zależy nie tylko los jego samego, lecz przyszłego porządku całego świata.

"Nazwiska Preston i Child na okładce są gwarancją niezwykłych przeżyć i pasjonującej lektury. Książka jest fenomenalna. Gotycka atmosfera emanująca z tych stron gwarantuje, że czytelnik nie będzie chciał oderwać się od lektury".

The Washington Post

"Ekscentryczny agent FBI Aloysius Pendergast to jeden z najciekawszych bohaterów powieści sensacyjnych".

Kirkus Reviews

"Świetnie skonstruowana i napisana powieść sensacyjna. Czyta się jednym tchem".

Publishers Weekly

Opinie o ebooku Dwa groby - Douglas Child Lincoln Preston

Fragment ebooka Dwa groby - Douglas Child Lincoln Preston

Tytuł oryginału: Two Graves

Copyright © Splendide Mendax, Inc. and Lincoln Child 2012 This edition published by arrangement with Grand Central Publishing, New York, New York, USA. All rights reserved.

Copyright for the Polish Edition © 2013 G + J Gruner + Jahr Polska Sp. z o.o. & Co. Spółka Komandytowa 02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 41–42 faks 22 360 38 49

Sprzedaż wysyłkowa: Dział Obsługi Klienta, tel. 22 360 37 77

Redakcja: Joanna Zioło Korekta: Bronisława Dziedzic-Wesołowska Projekt okładki: Panna Cotta Zdjęcia na okładce: Fotolia Redakcja techniczna: Mariusz Teler Redaktor prowadząca: Agnieszka Koszałka

ISBN: 978-83-7778-530-0

Skład i łamanie: Katka, Warszawa

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Skład wersji elektronicznej: pan@drewnianyrower.com

Lincoln Child dedykuje tę książkę swojej córce Veronice

PODZIĘKOWANIA

Autorzy pragną wyrazić swoje szczere podziękowania następującym osobom za ich wsparcie przy powstawaniu tej książki: Jamiemu Raabowi, Jaime’owi Levinowi, Mitchowi Hoffmanowi, Nadine Waddell, Jonowi Couchowi, Douglasowi Marginiemu, Ericowi Simonoffowi, Claudii Rülke oraz Julii Douglas i Michaelowi Sharpowi, którzy zasugerowali nam tytuł tej powieści.

Zanim wkroczysz na drogę zemsty, wykop dwa groby.

18.00

Kobieta o fiołkowych oczach szła powoli alejką pod drzewami w Central Parku, z rękami wciśniętymi głęboko w kieszenie długiego płaszcza. Obok szedł jej starszy brat, a jego niespokojny wzrok niepewnie lustrował okolicę.

– Która godzina? – spytała po raz kolejny.

– Punkt szósta.

Był przyjemny listopadowy wieczór, a zachodzące słońce sprawiło, że na rozległych trawnikach płożyły się coraz dłuższe cienie. Minęli East Drive i pomnik Hansa Christiana Andersena, po czym pokonali niewielkie wzniesienie. I nagle, jak na komendę, równocześnie się zatrzymali. Przed nimi, po drugiej stronie spokojnego niewielkiego stawu znanego jako Conservatory Water stał hangar dla łodzi i przystań Kerbs Memorial, nieduża, wręcz miniaturowa, odcinająca się na tle łańcucha budynków wznoszących się wzdłuż Piątej Alei. To była scena jak z pocztówki: na powierzchni niedużego akwenu odbijało się krwistopomarańczowe niebo, modele jachtów rozcinały toń wody przy wtórze radosnych okrzyków dzieci. W prześwicie między dwoma drapaczami chmur pojawił się wschodzący księżyc w pełni.

Kobieta miała ściśnięte gardło, w ustach czuła suchość, a sznur pereł zdawał się coraz silniej oplatać wokół jej szyi.

– Judsonie – powiedziała. – Nie jestem pewna, czy dam radę to zrobić.

Poczuła przybierający na sile uspokajający uścisk dłoni brata, który trzymał ją za ramię.

– Będzie dobrze.

Rozejrzała się wokoło, lustrując roztaczający się przed nią pejzaż. Serce w jej piersi biło coraz szybciej. Przy kamiennym murku otaczającym staw stał skrzypek i przeraźliwie rzępolił. Na jednej z ławeczek koło hangaru para zakochanych wymieniała czułości, najwyraźniej świata poza sobą nie widząc. A na pobliskiej ławeczce krótko ostrzyżony mężczyzna o sylwetce kulturysty pogrążył się w lekturze „Wall Street Journal”. Opodal przebiegli miłośnicy joggingu i przechodzili spacerowicze. W cieniu hangaru jakiś bezdomny bezceremonialnie szykował sobie nocleg.

Natomiast przy brzegu stawu stał on – szczupły, nieruchomy, w długim jasnym płaszczu najlepszego kroju i z jasnymi, nieomal białymi włosami, które w promieniach zachodzącego słońca wydawały się wręcz platynowe.

Kobieta nerwowo zaczerpnęła powietrza.

– Idź – rzekł półgłosem Judson. – Będę w pobliżu.

Puścił jej rękę.

Gdy postąpiła naprzód, świat wokół niej jakby zniknął, całą uwagę skupiła na mężczyźnie, który patrzył, jak ona się zbliża. Tysiące razy wyobrażała sobie tę chwilę, kreowała ją w umyśle na różne sposoby, ale zawsze na koniec triumfowało gorzkie przeświadczenie, że to się nigdy nie wydarzy, że pozostanie jedynie snem. A jednak on był tutaj. Wyglądał na starszego, ale nie za bardzo: jego alabastrowa skóra, wytworne, patrycjuszowskie rysy i błyszczące oczy, które z taką przenikliwością wpatrywały się w jej oczy, obudziły istną burzę doznań i wspomnień, a także, nawet w tej chwili okropnego zagrożenia, pożądania.

Zatrzymała się o kilka kroków od niego.

– To naprawdę ty? – zapytał, a jego głos z charakterystycznym akcentem z Południa zabrzmiał wyjątkowo ochryple.

Spróbowała się uśmiechnąć.

– Tak mi przykro, Aloysiusie. Tak bardzo mi przykro.

Nie odpowiedział. Teraz, po tylu latach stwierdziła, że nie jest w stanie odgadnąć, co się kryło w jego srebrzystych oczach. Co wyrażały? Zdradę? Gniew? Miłość?

Na jego policzku widniała świeża wąska blizna. Uniosła rękę i dotknęła blizny koniuszkiem palca. I nagle odruchowo wskazała ponad jego ramieniem.

– Spójrz – wyszeptała. – Po tych wszystkich latach wciąż mamy nasze wschody księżyca.

Podążył za jej spojrzeniem ponad budynkami ciągnącymi się wzdłuż Piątej Alei. Pomiędzy masywnymi wieżowcami, na tle mieniącego się różem nieba, które stopniowo nabierało coraz ciemniejszego fioletowego odcienia, widać było żółtą tarczę księżyca w pełni. Zauważyła, że ciałem Aloysiusa wstrząsnął silny dreszcz. Kiedy znów na nią spojrzał, na jego twarzy odmalował się nowy wyraz.

– Helen – wyszeptał. – Mój Boże, myślałem, że nie żyjesz.

Bez słowa wsunęła dłoń pod jego ramię, po czym, zdawałoby się instynktownie, oboje zaczęli iść wzdłuż brzegu stawu.

– Judson mówi, że zamierzasz uwolnić mnie od… tego wszystkiego – powiedziała.

– Tak, wrócimy do mojego apartamentu w Dakocie. A stamtąd udamy się do… – Przerwał. – Im mniej o tym powiem, tym lepiej. Niech ci wystarczy, że tam, dokąd się udajemy, już niczego nie będziesz musiała się obawiać.

Mocniej ścisnęła jego ramię.

– Niczego się nie obawiać. Nie masz pojęcia, jak cudownie to brzmi.

– Już czas, abyś odzyskała swoje życie.

Sięgnął do kieszeni marynarki i wyjął złoty pierścionek z osadzonym w nim dużym gwiezdnym szafirem.

– Wobec tego zacznijmy od początku. Poznajesz?

Na jej twarzy pojawiły się rumieńce, gdy ujrzała pierścionek.

– Nie spodziewałam się, że jeszcze go kiedyś zobaczę.

– A ja nigdy nie sądziłem, że będę mógł ponownie włożyć go na twój palec. Dopóki Judson nie powiedział mi, że żyjesz. Wiedziałem, po prostu wiedziałem, że on mówi prawdę, nawet kiedy nikt inny mi nie wierzył.

Sięgnął po jej lewą rękę, a jego dłonie zadrżały delikatnie, gdy przygotowywał się, by włożyć pierścionek na jej serdeczny palec. Kiedy jednak uniósł jej ramię, znieruchomiał. Nie miała lewej dłoni. Został tylko kikut zakończony postrzępioną zygzakowatą blizną.

– Rozumiem – rzekł po prostu. – Oczywiście.

Zupełnie jakby ostrożny, dyplomatyczny taniec, w jaki się zaangażowali, nagle dobiegł końca.

– Helen – powiedział, a w jego głosie pojawiła się nuta napięcia. – Dlaczego zgodziłaś się na ten upiorny plan? Czemu tak wiele przede mną zataiłaś? Dlaczego nie spróbowałaś…

– Proszę, nie rozmawiajmy o tym – przerwała mu. – Wszystko miało swoje przyczyny. To okropna historia, naprawdę straszna. Opowiem ci ją. Opowiem ci wszystko. Ale nie teraz, nie czas na to ani nie miejsce. Proszę, włóż pierścionek na mój palec i chodźmy stąd.

Uniosła prawą rękę, a on wsunął na jej palec pierścionek. Zauważyła, że kiedy to robił, otaksował wzrokiem całą okolicę.

Nagle zesztywniał. Przez chwilę po prostu stał, trzymając rękami jej dłoń. Zaraz jednak, zachowując niezmącony spokój, odwrócił się w stronę miejsca, gdzie był jej brat, i energicznym gestem przywołał go do siebie.

– Judsonie – usłyszała jego szept. – Zabierz stąd Helen. Wyprowadź ją stąd. Zrób to spokojnie, ale jak najszybciej.

Strach, który już zaczął słabnąć, powrócił, a serce znów zakołatało w jej piersi.

– Aloysiusie, co…

Uciszył ją lekkim ruchem głowy.

– Zaprowadź ją do Dakoty – zwrócił się do Judsona. – Tam się spotkamy. Dołączę do was. Idźcie już. Proszę.

Judson ujął ją za rękę i zaczął się oddalać, zupełnie jakby się tego spodziewał.

– Co się dzieje? – zwróciła się do niego.

Nie odpowiedział.

Obejrzała się przez ramię. Ze zgrozą stwierdziła, że Pendergast wyjął pistolet i mierzył teraz do jednego z modelarzy nad brzegiem stawu.

– Wstań – mówił do niego. – Tylko powoli. I trzymaj ręce tak, żebym je widział.

– Judsonie – odezwała się znowu.

W odpowiedzi brat tylko przyspieszył kroku, pociągając ją za sobą. Nagle za nimi huknął strzał.

– Uciekajcie! – zawołał Pendergast.

W mgnieniu oka wokół nich rozpętało się istne pandemonium. Ludzie rozbiegli się z krzykiem we wszystkie strony. Judson pociągnął ją mocniej i zaczęli biec.

Rozległ się terkot broni maszynowej. Silne szarpnięcie rozdzieliło ją i Judsona, który puścił jej rękę i nagle upadł. W pierwszej chwili myślała, że się potknął. A potem ujrzała krew buchającą z jego kurtki.

– Judsonie! – zawołała, zatrzymując się i pochylając nad nim.

Leżał na boku, patrząc na nią i krzywiąc się z bólu, jego usta poruszały się, gdy próbował coś powiedzieć.

– Nie zatrzymuj się – wykrztusił w końcu. – Bieg…

Znów dał się słyszeć oschły terkot broni maszynowej, grad kul wrył się w ziemię, szatkując ze świstem trawę obok niej, i Judson ponownie został trafiony, a impet uderzenia przewrócił go na plecy.

– Nie! – krzyknęła Helen, odskakując instynktownie do tyłu.

Chaos narastał: krzyki, odgłosy strzałów, tupot kroków uciekających ludzi. Helen zdawała się tego wszystkiego nie zauważać. Upadła na kolana, wpatrując się ze zgrozą w otwarte, lecz niewidzące już oczy brata.

– Judsonie! – zawołała. – Judsonie!

Mogło minąć kilka sekund lub więcej, nie wiedziała ile, gdy nagle usłyszała Pendergasta nawołującego ją po imieniu. Uniosła wzrok. Biegł w jej stronę z pistoletem w ręku, strzelając w bok.

– Piąta Aleja! – zawołał. – Kieruj się w stronę Piątej Alei!

Znów huknął strzał i Pendergast także upadł na ziemię. Ten drugi wstrząs sprawił, że Helen ocknęła się z chwilowego odrętwienia. Poderwała się na nogi; jej płaszcz był cały utytłany we krwi brata. Aloysius żył, zdołał się podnieść z ziemi i ukrył za ławeczką. Raz po raz strzelał do dwójki zamachowców, która jeszcze przed chwilą zachowywała się jak para zakochanych.

Osłania moją ucieczkę.

Obróciła się na pięcie i zaczęła biec coraz szybciej. Dotrze do Piątej Alei, w tłumie zgubi ścigających go zamachowców, potem dostanie się do Dakoty, a tam spotka się z nim… Gonitwę myśli w jej głowie przerwała kolejna kanonada strzałów i rozdzierające krzyki ogarniętych paniką ludzi.

Biegła niezmordowanie. Przed sobą miała aleję rozciągającą się tuż za kamienną bramą parku. Jeszcze tylko piętnaście metrów…

– Helen! – usłyszała dobiegające z oddali wołanie Pendergasta. – Uważaj! Po lewej!

Obejrzała się w lewo. W ciemnościach przy bramie dostrzegła dwóch mężczyzn w dresach biegnących w jej kierunku.

Skręciła w bok, w stronę jaworowego zagajnika, opodal głównej ścieżki. Znów obejrzała się przez ramię. Biegacze podążali za nią i bardzo szybko się zbliżali.

Ponownie rozległy się strzały. Przyspieszyła jeszcze bardziej, ale obcasy jej szpilek zagłębiały się w miękkiej glebie, spowalniając bieg. Wtem poczuła potwornie silne uderzenie w plecy i została powalona na ziemię. Ktoś schwycił ją za kołnierz płaszcza i brutalnie podźwignął na nogi. Próbowała się wyrwać, krzyczeć, ale dwaj mężczyźni schwycili ją mocno za ręce i zaczęli wlec w stronę alei. Z przerażeniem rozpoznała ich twarze.

– Aloysiusie! – zawołała na całe gardło, oglądając się przez ramię. – Pomocy! Ja znam tych ludzi! Der Bund – Przymierze! Oni mnie zabiją! Pomóż mi, błagam!

W słabnącym świetle zdołała jeszcze dostrzec Pendergasta. Podźwignął się na nogi, krwawiąc z rany postrzałowej, i kuśtykał w jej stronę na zdrowej nodze. Nieopodal, przy Piątej Alei, u wejścia do parku, stała taksówka. Miała włączony silnik. Czekała na Helen i na jej porywaczy.

– Aloysiusie! – zawołała raz jeszcze z rozpaczą w głosie.

Mężczyźni pociągnęli ją naprzód, otworzyli tylne drzwiczki taksówki i wepchnęli Helen do środka. Kule zrykoszetowały od kuloodpornej przedniej szyby samochodu.

– Los! Verschwinden wir hier! – zawołał jeden z biegaczy, gdy wgramolił się do samochodu. – Gib Gas!

Helen rozpaczliwie walczyła, gdy taksówka ruszyła sprzed bramy, jedyną ręką próbowała sięgnąć w stronę drzwiczek. Przez mgnienie oka dostrzegła w półmroku Pendergasta, który u wejścia do parku osunął się na kolana i wciąż patrzył w jej stronę.

– Nie! – zakrzyknęła, szamocząc się z całych sił. – Nie!

– Halt die Schnauze! – warknął jeden z mężczyzn.

Zamachnął się potężnie i uderzył ją w głowę, a wówczas w jeden chwili wszystko spowiła ciemność.

6 GODZIN PÓŹNIEJ

Doktor w wymiętym kitlu zajrzał do poczekalni oddziału intensywnej opieki medycznej szpitala Lenox Hill.

– Jest przytomny, gdyby chciał pan z nim pomówić.

– Dzięki Bogu.

Porucznik Vincent D’Agosta z policji nowojorskiej włożył notes, który przed chwilą przeglądał, do kieszeni i wstał.

– Co z nim?

– Żadnych komplikacji. – Na twarzy lekarza pojawił się wyraz lekkiego rozdrażnienia. – Choć lekarze zawsze są najgorszymi pacjentami.

– Ale on przecież nie jest… – zaczął D’Agosta, ale zaraz zamilkł.

W ślad za lekarzem wszedł na oddział intensywnej opieki medycznej.

Agent specjalny Pendergast siedział na łóżku podłączony do kilku urządzeń monitorujących. W ramieniu miał igłę kroplówki, a w nozdrzach kaniulę nosową. Na jego pościeli walały się karty medyczne, w ręce trzymał zdjęcie rentgenowskie. Choć agent FBI zawsze był bardzo blady, teraz jego skóra wyglądała jak porcelana. Nad łóżkiem pochylił się lekarz prowadzący ożywioną rozmowę z pacjentem. D’Agosta prawie nie słyszał odpowiedzi Pendergasta, ale nie ulegało wątpliwości, że dwaj mężczyźni nie bardzo się ze sobą zgadzają.

– To absolutnie wykluczone – powiedział lekarz, gdy D’Agosta podszedł do łóżka. – Wciąż jest pan w szoku po postrzale i utracie krwi, a rana, nie mówiąc o dwóch stłuczonych żebrach, wymaga zagojenia i stałego nadzoru lekarskiego.

– Doktorze – odparł Pendergast. Zazwyczaj zachowywał się jak uosobienie południowej szlachetności, ale teraz jego głos zabrzmiał niczym grzechot okruchów lodu bębniących o żelazną płytę. – Kula tylko musnęła mięsień brzuchaty. Ani kość piszczelowa, ani strzałkowa nie zostały uszkodzone. Rana była czysta, operacja nie była konieczna.

– Ale utrata krwi…

– Tak – przerwał Pendergast. – Utrata krwi. Ile jednostek mi podano?

Chwila ciszy.

– Jedną.

– Tylko jedną jednostkę. Z uwagi na niewielkie uszkodzenie odgałęzień żyły Giacominiego. Drobnostka. – Pomachał zdjęciem rentgenowskim jak flagą. – Jeżeli chodzi o żebra, sam pan powiedział, że są stłuczone, a nie złamane. Żebra prawdziwe piąte i szóste, u ich zwieńczenia, około dwóch milimetrów od kręgosłupa. Ponieważ to żebra prawdziwe, ich elastyczność powinna dopomóc w szybkiej rekonwalescencji.

Lekarz się skrzywił.

– Doktorze Pendergast, po prostu nie mogę pozwolić na to, aby w takim stanie opuścił pan szpital. Kto jak kto, ale pan powinien wiedzieć…

– Wręcz przeciwnie, doktorze. Nie może pan temu zapobiec. Moje wyniki są jak najbardziej w normie. Odniosłem jedynie drobne obrażenia i sam mogę się nimi zająć.

– W karcie zapiszę, że opuszcza pan szpital wbrew mojemu wyraźnemu zaleceniu.

– Doskonale. – Pendergast rzucił zdjęcie rentgenowskie jak kartę dań na blat pobliskiego stolika. – A teraz, jeżeli mógłbym przeprosić?

Lekarz jeszcze raz spojrzał z rozdrażnieniem na Pendergasta, po czym odwrócił się na pięcie i wyszedł z pokoju wraz z lekarzem, który wpuścił tutaj D’Agostę.

Pendergast odwrócił się do porucznika, jakby ujrzał go po raz pierwszy.

– Vincencie.

D’Agosta czym prędzej podszedł do jego łóżka.

– Pendergast. Mój Boże. Tak mi przykro…

– Dlaczego nie jesteś z Constance?

– Jest bezpieczna. W Mount Mercy podwojono procedury bezpieczeństwa. Musiałem… – Przerwał na chwilę, aby zapanować nad swoim głosem. – Musiałem sprawdzić, co u ciebie.

– Wiele hałasu o nic, dziękuję.

Agent wyjął kaniulę nosową, wysunął igłę kroplówki z żyły w zgięciu łokcia, po czym pozbył się rękawa ciśnieniomierza i pulsoksymetru. Odgarnął koc i usiadł. Ruchy miał powolne, zachowywał się niemal jak robot. D’Agosta widział wyraźnie, że Pendergast funkcjonuje jedynie dzięki niezłomnej, nadludzkiej sile woli.

– Mam nadzieję, że tak naprawdę wcale nie zamierzasz stąd wyjść.

Pendergast odwrócił się, by znów na niego spojrzeć, a ogień gorejący w jego oczach, choć reszta twarzy wyglądała zupełnie jak martwa, sprawił, że D’Agosta w jednej chwili zamilkł.

– Co z Proctorem? – zapytał Pendergast, zwieszając nogi z łóżka.

– Mówią, że z nim w porządku. Stosunkowo. Ma parę złamanych żeber. To skutek odniesionego postrzału, chociaż miał na sobie kamizelkę kuloodporną.

– A Judson?

D’Agosta pokręcił głową.

– Przynieś mi moje ubranie – rzekł Pendergast, wskazując ruchem głowy w stronę szafy.

D’Agosta zawahał się, ale uznał, że nawet gdyby usiłował zaprotestować, nic by to nie dało, i podał agentowi jego rzeczy. Pendergast skrzywił się i wstał, prawie niedostrzegalnie się zachwiał, jednak odzyskał równowagę. Porucznik podał mu ubranie i zaciągnął parawan.

– Domyślasz się, co, do cholery, wydarzyło się w parku? – rzucił D’Agosta w stronę parawanu. – Trąbią o tym w wiadomościach. Pięć osób nie żyje. Wydział zabójstw szaleje.

– Nie mam czasu na wyjaśnienia.

– Wybacz, ale nie wyjdziesz stąd, dopóki nie powiesz mi, co się tam stało.

D’Agosta wyjął notes.

– Dobrze. Będę rozmawiał z tobą tyle, ile zajmie mi ubranie się. A potem stąd wychodzę.

D’Agosta wzruszył ramionami. Nie zamierzał odpuścić, choćby nawet takiej okazji.

– To było bardzo starannie, naprawdę wyjątkowo starannie zaplanowane uprowadzenie. Zabili Judsona i porwali moją żonę.

– Oni, czyli kto?

– Tajemnicza organizacja nazistów albo grupa potomków nazistów zwana Der Bund.

– Naziści? Jezu, ale dlaczego?

– Motywy ich działania nie są mi znane.

– Potrzebuję szczegółów dotyczących tego, co się dokładnie wydarzyło.

Zza parawanu rozległ się głos Pendergasta:

– Poszedłem, aby spotkać się z Judsonem i Helen przy hangarze dla łodzi. Zamierzałem wywieźć Helen i ukryć ją przed tą grupą. Zjawiła się na miejscu punktualnie o szóstej, jak było ustalone. Szybko jednak zorientowałem się, że to zasadzka. Jeden z modelarzy zachowywał się podejrzanie. Nie znał się na łodziach i był zdenerwowany, pocił się mimo chłodu. Wyjąłem pistolet, wycelowałem w niego i kazałem mu wstać. I wtedy się zaczęło. To tylko przyspieszyło rozwój wypadków.

D’Agosta sporządzał notatki.

– Ile osób brało w tym udział?

Chwila przerwy.

– Co najmniej siedem. Modelarz. Para zakochanych siedząca na ławeczce – to oni zabili Judsona. Fałszywy bezdomny, który postrzelił Proctora. Wasi eksperci od badania miejsc zbrodni na pewno przeprowadzą rekonstrukcję sekwencji wymiany ognia. Było jeszcze ze trzech innych ludzi: dwóch biegaczy, którzy porwali Helen, kiedy próbowała uciec, i kierowca fałszywej taksówki, do której ją wepchnęli.

Pendergast wyłonił się zza parawanu. Jego zazwyczaj nieskazitelny garnitur prezentował się fatalnie: marynarkę pokrywały plamy z trawy, a dolna część jednej z nogawek była rozerwana i oblepiona warstewką zaschniętej krwi. Agent spojrzał na porucznika, poprawiając krawat.

– Do zobaczenia, Vincencie.

– Zaczekaj. Jak, u licha, ten… ten… Bund dowiedział się o waszym spotkaniu?

– Doskonałe pytanie.

Pendergast sięgnął po metalową laskę i odwrócił się, by wyjść. D’Agosta schwycił go za ramię.

– To szaleństwo, abyś wychodził stąd w tym stanie. Czy mógłbym ci w czymś pomóc?

– Tak. – Pendergast wyłuskał z dłoni D’Agosty notes i pióro, otworzył notatnik i pospiesznie coś napisał. – To numer z tablicy rejestracyjnej taksówki, którą wywieziono Helen. Udało mi się zapamiętać cały z wyjątkiem dwóch ostatnich cyfr. Wykorzystaj swoich ludzi, niech postarają się odnaleźć samochód. Zapisałem też numer ewidencyjny taksówki, ale sądzę, że to nic nie da.

D’Agosta odebrał od niego notes.

– Zajmę się tym.

– Dopilnuj, aby wystawiono za Helen list gończy. To może być skomplikowane, jako że ona oficjalnie nie żyje, ale zrób to tak czy inaczej. Dostarczę ci jej zdjęcie, co prawda sprzed piętnastu lat, ale nie wątpię, że wasi technicy komputerowi zdołają je odpowiednio postarzyć.

– Coś jeszcze?

Pendergast pokręcił głową przecząco krótkim zdecydowanym ruchem.

– Po prostu znajdź ten samochód.

Wyszedł z pokoju i pokuśtykał w głąb korytarza, z każdą chwilą coraz bardziej przyspieszając kroku.

22 GODZINY PÓŹNIEJ

Jadąc z Newark na zachód, D’Agosta czuł się, jakby się cofnął w czasie do dni, kiedy był zwykłym mundurowym policjantem z 41. posterunku w starym południowym Bronksie. Podupadające sklepiki, niszczejące budynki, obskurne ulice, wszystko to bez wyjątku składało się na wspomnienie dawnych niechlubnych czasów. Prowadził samochód, podczas gdy widoki za szybą stawały się coraz bardziej ponure. Niebawem dotarł do jądra ciemności: tu, w samym środku najgęściej zaludnionego megalopolis w Stanach, całe ulice były wyludnione, a budynki wyglądały jak opustoszałe rudery, wypalone zgliszcza albo sterty gruzów. Zatrzymał się przy rogu i wysiadł, poprawiając kaburę tak, by w razie potrzeby mógł szybko wyjąć z niej służbowy pistolet. I wtedy ujrzał wśród tych wszystkich ruin budynek wznoszący się niczym samotny kwiat na parkingu – ze śnieżnobiałymi filarami, geranium i jasno pomalowanymi okiennicami: oazę nadziei pośród miejskiego pustkowia. Wziął głęboki oddech. Południowy Bronx jakoś się pozbierał, ta okolica też da sobie radę.

Przeszedł przez chodnik i ruszył szybkim krokiem przez pustą parcelę, odkopując na boki leżące na drodze cegły. Pendergast dotarł tu przed nim; D’Agosta spostrzegł agenta stojącego na drugim końcu parceli, obok spalonych szczątków taksówki, rozmawiającego z mundurowym funkcjonariuszem policji i niewielką grupą ekspertów od badania miejsc przestępstwa. Rolls-royce Pendergasta zaparkowany na rogu w tej ubogiej dzielnicy szczególnie wyraźnie rzucał się w oczy. Agent lekko skinął głową do porucznika, kiedy ten podszedł do niego. Pomijając upiorną bladość, agent FBI wyglądał niemal tak samo jak zwykle. W świetle późnego popołudnia jego nieodłączny czarny garnitur wydawał się czysty i odprasowany, koszula była śnieżnobiała. Niewygodną aluminiową laskę wymienił na hebanową z rzeźbioną srebrną gałką.

– Natknąłem się na nią czterdzieści pięć minut temu – wyjaśnił Pendergastowi policjant. – Ścigałem jakiegoś dwunastolatka, który kradł druty miedziane. – Pokręcił głową – I nagle zobaczyłem tę nowojorską taksówkę. Numery z tablic pasowały do tych z poszukiwanego pojazdu, więc to zgłosiłem.

D’Agosta przeniósł wzrok na taksówkę. Została z niej już tylko sama karoseria: maska zniknęła, silnik rozebrano, siedzenia wyjęto, tablica rozdzielcza była osmalona i częściowo stopiona, kierownicę złamano na pół. Zza zdezelowanego pojazdu wyłonił się szef ekipy techników.

– Zanim jeszcze dobrali się do niego wandale, i tak niewiele dałoby się pozyskać z niej materiałów dowodowych – rzekł, zdejmując lateksowe rękawiczki. – Żadnych papierów ani dokumentów. Pojazd został starannie odkurzony i umyty, wszystkie odciski palców skrzętnie usunięto. Użyto wyjątkowo ostrego przyśpieszacza. Tym, co sprawcy mogli przeoczyć, zajął się ogień.

– A co z numerem identyfikacyjnym pojazdu? – zapytał D’Agosta.

– Mamy go. Samochód został skradziony. Niewiele nam to daje. – Mężczyzna przerwał. – Przewieziemy ten złom do magazynu na bardziej gruntowny przegląd, ale wygląda mi to na robotę zawodowców, którzy wiedzieli, jak po sobie posprzątać. Tak działa zorganizowana przestępczość.

Pendergast przysłuchiwał się temu wszystkiemu bez słowa. Choć agent zastygł w kompletnym bezruchu, D’Agosta czuł emanującą z niego aurę desperacji i niepohamowaną żądzę czynu. Nagle agent wyjął z kieszeni marynarki lateksowe rękawiczki, nałożył je, po czym zbliżył się do pojazdu. Przykucnął obok samochodu i krzywiąc się przez moment z bólu, obszedł wrak raz i drugi, przesuwając długimi smukłymi palcami po spalonej karoserii, a jego błyszczące oczy chłonęły wszystko. Pozostali patrzyli w milczeniu, kiedy zaglądał do silnika, bagażnika i do wnętrza, z przodu i z tyłu. Kiedy rozpoczął trzecie okrążenie, wyjął z kieszeni kilka małych, szczelnie zamykanych torebek i pojemniczków na materiały dowodowe oraz skalpel. Uklęknął przy przednim błotniku, a na jego twarzy przez moment pojawił się grymas bólu, po czym skalpelem zebrał do jednej z torebek kilka próbek zaschniętego błota, zamknął starannie torebkę i schował do kieszeni. Wstał i dokończył trzecie okrążenie, poruszając się o wiele wolniej niż dotychczas. Przystanął przy prawej tylnej oponie, ponownie uklęknął i tym razem niedużą pęsetą wyłuskał z bieżnika kilka małych kamyków, które umieścił w drugiej torebce foliowej. Ta również błyskawicznie zniknęła w jego kieszeni.

– Ale… ee… to materiały dowodowe – zaczął tłumaczyć policjant.

Pendergast podniósł się i odwrócił w stronę funkcjonariusza. Nic nie powiedział, ale pod wpływem siły wzroku agenta FBI policjant cofnął się o krok.

– Jasne. Proszę nas powiadomić o wynikach analizy – powiedział policjant.

Pendergast wciąż świdrował funkcjonariusza wzrokiem. Powiódł spojrzeniem po twarzach członków ekipy techników, aż w końcu zatrzymał wzrok na D’Agoście. Było coś oskarżycielskiego w jego spojrzeniu, jakby uważał ich za winnych bliżej nieokreślonego wykroczenia. Wreszcie odwrócił się i zaczął iść w stronę rolls-royce’a, lekko kuśtykając i wspierając się na lasce. D’Agosta pospieszył za nim.

– Co teraz?

Pendergast nie zatrzymał się.

– Zamierzam odnaleźć Helen.

– Czy będziesz… działał oficjalnie?

– Nie przejmuj się statusem moich działań.

Lodowaty ton agenta wprawił D’Agostę w konsternację.

– Kontynuuj śledztwo w oficjalnej sprawie zabójstwa i uprowadzenia. Jeżeli odkryjesz coś ciekawego, niezwłocznie mnie o tym powiadom. Ale pamiętaj o jednym: to moja walka. Nie twoja.

Kiedy D’Agosta przystanął, Pendergast się odwrócił, położył dłoń na jego ramieniu i łagodniejszym głosem powiedział:

– Twoje miejsce jest tutaj, Vincencie. To, co mam do zrobienia, muszę załatwić w pojedynkę.

D’Agosta pokiwał głową. Pendergast znów się odwrócił i otworzył drzwiczki limuzyny, równocześnie unosząc do ucha telefon komórkowy. Kiedy drzwiczki się zamknęły, D’Agosta usłyszał, jak agent rzucił do telefonu:

– Mimie? I jak? Masz coś dla mnie? Cokolwiek?

26 GODZIN PÓŹNIEJ

Horace Allerton szykował się do swojej ulubionej czynności – przyjemnego wieczoru uświetnionego filiżanką kawy i lekturą dobrego czasopisma naukowego, gdy ni stąd, ni zowąd ktoś zapukał do frontowych drzwi jego eleganckiego bungalowu w Lawrenceville.

Odstawił filiżankę i marszcząc brwi, spojrzał na zegarek. Kwadrans po ósmej – za późno na wizytę przyjaciela. Sięgnął po czasopismo zatytułowane „Stratygrafia dziś” i otworzył je z cichym, pełnym zadowolenia westchnieniem.

Pukanie powtórzyło się, bardziej natarczywie.

Allerton uniósł wzrok znad lektury i popatrzył w stronę drzwi. Może to świadkowie Jehowy albo te denerwujące dzieciaki krążące od domu do domu i sprzedające subskrypcję na czasopisma. Wystarczy je zignorować, to sobie pójdą.

Właśnie zaczął czytać główny artykuł „Mechaniczna analiza stratygraficzna rozkładu warstw osadowych” – co zapowiadało się na ciekawy temat – kiedy nagle doznał największego szoku w swoim życiu. Pośrodku salonu stał mężczyzna w eleganckim czarnym garniturze i z twarzą białą jak u Draculi.

– Co to ma znaczyć, u licha? – zawołał Allerton, podrywając się z miejsca.

– Agent specjalny Pendergast, Federalne Biuro Śledcze.

Odznaka i legitymacja pojawiły się znikąd tuż przed twarzą Allertona.

– Jak pan tu wszedł? Czego pan chce?

– Doktor Horace Allerton, geolog? – zapytał agent.

Głos miał spokojny, ale dało się w nim wyczuć groźną nutę.

Gospodarz domu pokiwał głową i przełknął ślinę.

Pendergast bez słowa podszedł do krzesła, a Allerton zwrócił uwagę, że agent utyka i podpiera się na lasce zwieńczonej srebrną, ozdobną gałką. Geolog usiadł niepewnie w swoim fotelu.

– O co właściwie chodzi?

– Doktorze Allerton – zaczął agent FBI, sadowiąc się na krześle. – Przychodę do pana po pomoc. Słynie pan z ekspertyz w dziedzinie analizy składu gleby. Moją uwagę zwróciła szczególnie pańska wiedza na temat osadów glacjalnych.

– No i?

Agent sięgnął do kieszeni, by wyjąć z niej dwie małe torebki foliowe. Położył je na stoliku do kawy.

Allerton zawahał się, po czym wychylił się do przodu, aby je obejrzeć. W jednej znajdowała się próbka gliny łyszczykowej zmieszanej z glebą, druga zawierała małe pogruchotane kawałki porfirowego granitu.

– Chodzi mi o mapę rozmieszczenia pokładów gliny takiej jak ta z próbki numer jeden.

Allerton wolno pokiwał głową.

– Kamyki z próbki numer dwa są dziełem kruszarki do żwiru, zgadza się?

Geolog otworzył torebkę i wysypał kamyki na dłoń. Były szorstkie, ostre, z krawędziami niewygładzonymi przez czas, warunki pogodowe czy abrazję glacjalną.

– W rzeczy samej – potwierdził.

– Chcę wiedzieć, skąd pochodzą.

Allerton przeniósł wzrok z jednej torebki na drugą.

– Dlaczego zjawia się pan u mnie o tak późnej porze i w dodatku podstępem zakrada się do mojego domu? Powinien pan umówić się na spotkanie w moim gabinecie w Princeton.

Wyglądające jak wykute z kamienia oblicze agenta FBI przeszył nagle lekki dreszcz.

– Gdyby chodziło o zwyczajne służbowe zlecenie, doktorze, nie zawracałbym panu głowy o tak późnej porze. Ale w grę wchodzi życie kobiety.

Allerton odłożył torebki obok filiżanki z kawą.

– Jakie konkretnie ramy czasowe ma pan na myśli?

– Wiem, że ma pan w piwnicy swojego domu niewielkie, ale dobrze wyposażone laboratorium mineralogiczne.

– I chciałby pan, żebym przeprowadził analizę tych próbek już teraz? – zapytał Allerton.

W odpowiedzi Pendergast rozsiadł się wygodniej na krześle.

– Ale to może potrwać wiele godzin! – zaprotestował geolog.

Pendergast tylko przyglądał mu się z niewzruszonym spokojem. Allerton spojrzał na zegarek. Było wpół do dziewiątej. Pomyślał o czasopiśmie i artykule, który tak bardzo chciał przeczytać. A potem znowu popatrzył na agenta FBI siedzącego naprzeciw niego. Pod jasnoszarymi oczami mężczyzny widać było ciemne sińce, jakby agent już od dawna nie sypiał. Jedno spojrzenie w te srebrzyste oczy przepełniło go głębokim niepokojem.

– Może gdyby zechciał pan wyjaśnić mi, po co są panu potrzebne te analizy…

– Wyjaśnię. Zostały pobrane z auta, które najwyraźniej przez pewien czas poruszało się po drodze wysypanej tłuczniem i pokrytej błotnistą, gliniastą glebą. Muszę odnaleźć to miejsce.

Allerton pozbierał próbki i wstał.

– Proszę tu zaczekać – powiedział i jakby po namyśle, zanim zszedł do piwnicy, zabrał filiżankę z kawą.

30 GODZIN PÓŹNIEJ

Północ. Pendergast siedział w swoim rolls-roysie przed domem doktora Allertona. Silnik limuzyny był włączony i pracował na jałowym biegu.

Agentowi się poszczęściło: ten szczególny rodzaj granitu występował tylko w jednym rejonie, gdzie znajdował się również kamieniołom, skąd go wydobywano. Ten kamieniołom był własnością firmy Reliance Sand and Gravel Company z siedzibą pod Ramapo w stanie Nowy Jork. Wydobywała żwir z kamieniołomu na wielką skalę, zaopatrując w tłuczeń sporą część hrabstwa Rockland. Pendergast sprawdził w laptopie stronę internetową Reliance. W przybliżeniu ustalił granice zasięgu działalności klientów firmy i skrzętnie nakreślił je na mapie hrabstwa Rockland.

Następnie skupił się na dokonanej przez Allertona analizie błota. Zawierało dużą ilość zwietrzałych łyszczyków haloizytowych, na szczęście rzadko spotykanych w tym regionie, choć, jak stwierdził geolog, występujących znacznie częściej w prowincji Quebec i północnym Vermoncie. Allerton dał Pendergastowi mapę z wyszczególnionymi obszarami występowania tych gleb, skopiowaną ze strony internetowej branżowego dziennika geologicznego.

Agent porównał to z zaznaczonym obszarem występowania konkretnej odmiany żwiru. Przecinały się tylko w jednym miejscu, mniej więcej na powierzchni niecałych dwóch kilometrów kwadratowych na północny wschód od Ramapo. Pendergast otworzył w laptopie Google Earth i ustalił koordynaty tego obszaru. Wybierając maksymalne zbliżenie w oferowanym przez stronę programie, zlustrował interesujące go terytorium. W większości gęsto zalesione, obejmowało pogranicze parku stanowego Harrimana. Kolejną część zajmowało podmiejskie osiedle, ale powstałe całkiem niedawno i wszystkie tamtejsze ulice oraz podjazdy wyglądały na starannie wyasfaltowane. W okolicy było wiele niewyasfaltowanych dróg i pojedynczych domów, jak również kilka farm, ale nigdzie nie dostrzegł miejsc, które byłyby wyłożone tłuczniem. Wreszcie zauważył budowlę, która wyglądała obiecująco: duży, stojący na uboczu magazyn. Prowadził do niego długi podjazd, niewielki przylegający z boku parking miał cętkowany jasny odcień, na tyle zróżnicowany, że pozwalał przypuszczać, iż teren był wysypany żwirem.

Pendergast wyłączył komputer, schował go i ruszył z piskiem opon, kierując limuzynę w stronę New Jersey Turnpike.

Półtorej godziny później zaparkował rollsa na poboczu drogi, niecały kilometr od spalarni śmieci Rockland, przy skraju leśnego zagajnika, nieopodal magazynu. Przez prześwit pomiędzy pozbawionymi liści drzewami rysujący się blado w świetle księżyca mógł dostrzec budynek, nad którego bramą z masywnej blachy falistej paliła się lampa. Nikt nie wchodził do środka ani stamtąd nie wychodził; magazyn wyglądał na opuszczony.

Sięgnął po leżącą na tylnym siedzeniu ołówkową latarkę, ale jej nie włączył, po czym wyślizgnął się z limuzyny i poruszając się bezszelestnie, klucząc pomiędzy drzewami, zbliżył się do budowli. Okrążył ją ostrożnie. Jedyne okno było zamalowane na czarno.

Pendergast zapalił latarkę i uklęknął, krzywiąc się z bólu. Wyjął z kieszeni próbkę żwiru i przyświecając sobie latarką, porównał ją ze żwirem, którym wysypano podjazd. Identyczny. Pobrał na palec odrobinę błota spod cienkiej warstwy tłucznia i roztarł lepką, wilgotną maź między kciukiem a palcem wskazującym. Tu też zgodność była całkowita.

Agent przemknął przez otwartą przestrzeń wokół magazynu, przylgnął całym ciałem do ściany z blachy falistej, po czym nisko pochylony skierował się w stronę frontowej części budynku. Z zewnątrz magazyn wyglądał na zapuszczony, nieużywany, pozbawiony jakichkolwiek oznakowań. Jednak jak na taką ruderę kłódka na jedynych drzwiach wyglądała na nową i dość drogą.

Pendergast zważył kłódkę w jednej ręce, a drugą przesunął po niej niemal pieszczotliwym gestem. Kłódka nie poddała się od razu, ustąpiła dopiero po potraktowaniu jej niewielkim śrubokrętem i kluczem uderzeniowym. Wyjął ją z uchwytu, trzymając w gotowości broń, i uchylił drzwi na tyle, by zajrzeć do wnętrza. Ciemność i cisza. Uchylił drzwi nieco szerzej, wślizgnął się do środka i zamknął je za sobą.

Przez pięć minut prawie w ogóle się nie poruszył, jedynie omiatał promieniem latarki podłogę, ściany i sufit. Magazyn był niemal całkiem pusty, z podłogą z betonu, metalowymi ścianami i pustymi regałami ciągnącymi się wzdłuż ścian. Wydawało się, że nie znajdzie tu więcej informacji niż po obejrzeniu spalonej taksówki.

Powoli zaczął obchodzić wnętrze magazynu, przystając raz po raz, by zbadać coś, co zwróciło jego uwagę. Tu pobrał próbkę, tam zrobił zdjęcie; zapełnił torebki foliowe prawie niewidocznymi materiałami dowodowymi. Choć magazyn zdawał się kompletnie pusty, pod czujnym okiem agenta z drobnych elementów zaczęła się tworzyć opowieść, niemniej przypomniała upiorny palimpsest.

Po godzinie Pendergast wrócił do zamkniętych drzwi magazynu. Uklęknął i rozłożył przed sobą kilkanaście małych zamkniętych torebek foliowych zawierających szczątkowe materiały dowodowe: opiłki metalu, okruch szkła, próbkę oleju z plamy na betonie, płatek zaschniętego lakieru, ułamany kawałek plastiku. Agent uważnie przyglądał się tym drobnym elementom, pozwalając, by na ich podstawie w jego myślach ukształtował się mentalny obraz.

Magazyn był niegdyś używany jako park maszynowy. Plamy oleju na podłodze świadczyły o tym, kiedyś z tego budynku korzystano znacznie częściej. Ostatnio jednak przechowywano tu tylko dwa pojazdy. Jednym z nich, sądząc po słabych śladach bieżnika na betonowym podłożu opon Goodyear o wymiarach 215/75-16, musiał być ford escape, który posłużył za fałszywą taksówkę. Rozpryski żółtego lakieru na ścianie i jego pozostałości na kawałku drewna porzuconym w rogu pomieszczenia wskazywały, że tutaj ford został przerobiony na charakterystyczną żółtą nowojorską taksówkę, tu go przemalowano i założono lipne tablice oraz nadano fałszywy numer ewidencyjny.

Drugi pojazd był trudniejszy do zidentyfikowania. Ślady bieżnika były szersze niż forda i pochodziły prawdopodobnie z opon Michelin. Równie dobrze mogły należeć do któregoś z potężnych, ekskluzywnych europejskich sedanów, jak audi A8 albo BMW 750. Po wewnętrznej stronie drzwi pozostały prawie niewidoczne ślady zdartego lakieru. Pendergast pieczołowicie przeniósł je do kolejnej torebki foliowej, używając niedużej pęsety. To był lakier samochodowy, metalik, w dość rzadkim ciemnobrązowym odcieniu.

I właśnie wtedy, gdy przyglądał się smugom lakieru, w wąskiej rynnie przesuwanych drzwi dostrzegł maleńką perłę słodkowodną.

Serce nieomal zamarło mu w piersi.

Po chwili, kiedy odzyskał panowanie nad sobą, pęsetą podniósł perłę i przyjrzał się jej. Oczami duszy był w stanie odtworzyć wydarzenia sprzed wielu godzin, kiedy taksówka tu wróciła. Znajdowały się w niej cztery osoby – kierowca, dwóch mężczyzn w dresach i przymuszona do tego ich towarzyszka podróży, Helen. Tu siłą przesadzono ją do zagranicznego brązowego auta. Gdy szykowali się do odjazdu, doszło do szamotaniny: Helen próbowała uciec, udało jej się otworzyć gwałtownie drzwiczki samochodu – stąd ślad lakieru na drzwiach magazynu – i kiedy porywacze ją obezwładnili, rozerwali jej naszyjnik, a drobne perełki rozsypały się w tylnej części pojazdu, a także, co nie ulegało wątpliwości, na podłogę w magazynie. Na pewno nie obyło się bez przekleństw, a może nawet kary, a potem jeszcze trzeba było pospiesznie pozbierać turlające się po betonie perełki.

Pendergast spojrzał na maleńki lśniący paciorek pomiędzy końcówkami pęsety. Ten jeden, jedyny przeoczyli.

Kiedy Helen została wreszcie umieszczona w drugim aucie, pojazdy się rozjechały w różnych kierunkach, fałszywa taksówka trafiła do New Jersey, gdzie ją spalono, a brązowy wóz…?

Pendergast trwał w zamyśleniu jeszcze przez kolejnych dziesięć minut. W końcu podniósł się sztywno z klęczek, wyszedł z magazynu, zamknął drzwi na kłódkę i bezszelestnie wrócił do rolls-royce’a.

37 GODZIN PÓŹNIEJ

Thomas Purview był zawsze tak wymagający, że zjawiał się w kancelarii prawniczej dokładnie o siódmej, jednak tego ranka ktoś okazał się punktualniejszy od niego, bo w biurze kancelarii czekał jakiś mężczyzna. Sprawiał wrażenie osoby, która dopiero co przyszła i właśnie próbuje sforsować drzwi do jego gabinetu, ale prawnik wiedział, że tamtemu się to nie uda. Gdy wszedł, mężczyzna odwrócił się i pokuśtykał w jego stronę, trzymając w jednej ręce laskę, a drugą dłoń wyciągając ku niemu na powitanie.

– Dzień dobry – powiedział Purview, ściskając dłoń mężczyzny.

– To się okaże – odrzekł nieznajomy z silnym akcentem z Południa.

Był szczupły, albo raczej chudy jak tyka, i nie odpowiedział na zawodowy uśmiech prawnika. Purview szczycił się umiejętnością rozszyfrowania powodów trosk malujących się na twarzach jego klientów, ale oblicze tego mężczyzny pozostawało nieodgadnione.

– Przyszedł pan spotkać się ze mną? – zapytał. – Zazwyczaj trzeba się umówić na konkretny dzień i godzinę.

– Nie byłem umówiony, ale to pilna sprawa.

Purview pohamował uśmiech cisnący mu się na usta. Nigdy jeszcze nie spotkał klienta, którego przypadek nie byłby naglący.

– Zapraszam do gabinetu. Napije się pan kawy? Carol jeszcze nie ma, ale zaparzenie kawy zajmie mi minutę.

– Dziękuję, to nie będzie konieczne.

Mężczyzna wszedł do środka, otaksowując uważnym spojrzeniem regały pełne książek i szafki z aktami.

– Proszę spocząć.

Zwykle między siódmą a ósmą rano Purview oddawał się lekturze „Wall Street Journal”, nie zamierzał jednak odprawić z kwitkiem potencjalnego dzianego klienta, zwłaszcza teraz, w czasie recesji.

Mężczyzna zajął miejsce w jednym z kilku wygodnych foteli stojących w przestronnym gabinecie, podczas gdy prawnik usadowił się za biurkiem.

– W czym mogę panu pomóc? – zapytał Purview.

– Poszukuję informacji.

– Jakiego rodzaju informacji?

Mężczyzna jakby nagle coś sobie przypomniał.

– Proszę mi wybaczyć, nie przedstawiłem się. Agent specjalny Aloysius Pendergast, Federalne Biuro Śledcze.

Sięgnął do kieszeni marynarki, wyjął legitymację i położył na biurku prawnika. Purview spojrzał na legitymację, ale nawet jej nie dotknął.

– Czy przychodzi pan tu w oficjalnej sprawie, agencie Pendergast?

– Przychodzę w związku z prowadzonym przeze mnie śledztwem dotyczącym zbrodni, tak, właśnie tak. – Agent przerwał i jeszcze raz zlustrował wzrokiem wnętrze gabinetu. – Czy znana jest panu nieruchomość znajdująca się przy Old County Lane numer dwieście dwadzieścia dziewięć w Ramapo w stanie Nowy Jork?

Purview zawahał się.

– Nic mi to nie mówi. Ale byłem zaangażowany w wiele transakcji dotyczących nieruchomości w Nanuet i okolicach.

– Rzeczona nieruchomość to w istocie stary magazyn, obecnie całkiem pusty i sprawiający wrażenie opuszczonego. Pański adres widnieje na dokumentach poświadczenia aktu jej własności i zgodnie z zapisem w akcie notarialnym to pan był prawnikiem nadzorującym sprzedaż.

– Rozumiem.

– Chcę wiedzieć, kim są prawowici właściciele.

Purview zamyślił się przez chwilę.

– Rozumiem – powtórzył. – I ma pan nakaz sądowy, abym udzielił panu informacji?

– Niestety nie.

Purview pozwolił sobie na delikatny uśmiech świadczący o jego wyższości jako prawnika nad swoim rozmówcą.

– Zatem jako agent federalny z pewnością zdaje pan sobie sprawę, że nie mogę naruszyć klauzuli poufności obowiązującej mnie jako prawnika i mojego klienta, aby przekazać panu te informacje.

Pendergast wychylił się lekko do przodu. Jego oblicze pozostawało niepokojąco beznamiętne, nieodgadnione.

– Panie Purview, może pan wyświadczyć mi naprawdę ogromną przysługę, za którą zostanie pan sowicie wynagrodzony. Ecce signum.

Ponownie sięgnął do kieszeni i wydobył z niej małą kopertę, którą położył na biurku, zabierając z niego równocześnie swoją legitymację.

Purview nie mógł się powstrzymać, kciukiem otworzył kopertę i zobaczył, że wewnątrz znajdował się gruby plik studolarowych banknotów.

– Dziesięć tysięcy dolarów – powiedział agent.

Mnóstwo pieniędzy jak na zwykłe ujawnienie nazwiska i adresu. Purview zastanawiał się, o co naprawdę może chodzić: o narkotyki, przestępczość zorganizowaną… A może to był jakiś przekręt? Pułapka? Cokolwiek to było, ani trochę mu się nie spodobało.

– Wątpię, aby pańscy przełożeni spojrzeli przychylnym okiem na tę próbę przekupstwa – odparł. – Może pan zatrzymać swoje pieniądze.

Pendergast zbył jego słowa machnięciem ręki, jakby odganiał natrętną muchę.

– Oferuję panu marchewkę.

Przerwał znacząco, jakby powstrzymywał się przed dokończeniem zdania i powiedzeniem tego, co musiało ono zawierać.

Purview poczuł dreszcz.

– Wszystko ma odpowiednie procedury, agencie… ee… Pendergast. Chętnie panu pomogę, gdy ujrzę nakaz sądowy polecający mi, abym to uczynił, ale nie wcześniej. Tak czy inaczej nie przyjmę pańskich pieniędzy.

Przez chwilę agent FBI nie odpowiadał. Wreszcie przy wtórze prawie niesłyszalnego westchnienia – trudno powiedzieć, czy oznaczającego żal, czy może irytację – zgarnął kopertę z biurka i ukrył w wewnętrznej kieszeni swojego czarnego garnituru.

– Wobec tego żal mi pana – rzekł cichym głosem. – Proszę słuchać uważnie. Spieszę się i nie mam zamiaru ani tym bardziej cierpliwości, aby postępować zgodnie z regułami prawa. Okazał się pan uczciwym człowiekiem, to dobrze o panu świadczy. Czy mamy się przekonać, jak bardzo jest pan… odważny? Pozwolę sobie zapewnić pana o jednym: wyda mi pan te dane. Pozostaje tylko kwestia, ile bólu i cierpienia będzie pan musiał znieść, zanim to się stanie.

W całym swoim dorosłym życiu Thomas Purview nigdy dotąd nie pozwolił, by ktokolwiek go zastraszył. I nie zamierzał dopuścić do tego również teraz. Wstał od biurka.

– Agencie Pendergast, uprzejmie proszę, aby pan stąd wyszedł, albo wezwę policję.

Nic nie wskazywało na to, aby Pendergast zamierzał się podnieść.

– Dokumenty dotyczące wspomnianego magazynu są względnie stare – powiedział. – Pochodzą co najmniej sprzed dwudziestu czterech lat. Nie są dostępne w formacie cyfrowym, co sprawdziłem. Aczkolwiek wiele innych informacji jest tak dostępnych. Przepływają przez wirtualny eter, panie Purview, i wystarczy jedynie po nie sięgnąć, aby je przechwycić. A ja mam współpracownika, bardzo utalentowanego, który jest naprawdę świetny w wyłuskiwaniu różnych informacji. Podał mi pewien adres, o którym, jak sądzę, powinniśmy porozmawiać. Poza nieruchomością przy Old County Lane dwieście dwadzieścia dziewięć oczywiście. To adres, który powinien pana szczególnie zainteresować.

Purview sięgnął po telefon i zaczął wybierać dziewięćset jedenaście.

– Południowa Park Avenue numer sto dwadzieścia dziewięć.

Dłoń prawnika zastygła w bezruchu.

– Widzi pan, panie Purview – ciągnął Pendergast – w internecie dostępne są nie tylko raporty i zestawienia, ale także obrazy. Na przykład obrazy z kamer monitoringu, jeżeli tylko wiadomo, jak zdobyć do nich dostęp.

Pendergast sięgnął do kieszeni i wyjął z niej notatnik.

– W ostatnich kilku godzinach mój… współpracownik wprowadził do sieci wirus, wykorzystując program do powtarzalnego rozpoznawania obrazów w celu wyszukania obrazu pańskiej twarzy. Odnalazł je między innymi w nagraniach z kamer monitoringu pod tym konkretnym adresem.

Purview wciąż się nie poruszał.

– Na których widać pana w towarzystwie niejakiej Felicii Lourdes zamieszkałej pod czternaście A. Cudowna dziewczyna, na tyle młoda, by mogła być pańską córką. A pan ma ich kilka. Córek, znaczy się. Mam rację?

Purview nie odpowiedział. Powoli odłożył telefon.

– Na nagraniach z tej kamery widać, jak obydwoje obejmujecie się namiętnie w windzie. Jakie to wzruszające. Takich nagrań jest kilka. To musi być prawdziwa miłość, czyż nie?

Znów cisza.

– Co takiego Hart Crane powiedział o miłości? Że jest jak spalona zapałka wrzucona do pisuaru. Po co ludzie narażają się na takie ryzyko? – Pendergast ze smutkiem pokręcił głową. – Południowa Park Avenue numer sto dwadzieścia dziewięć. Niezły adres. Ciekawe, jak pannę Lourdes stać na takie mieszkanie. Zwłaszcza że nie przebywa w Stanach całkiem legalnie. – Przerwał. – Osobą, którą ten adres zainteresuje, jest, ma się rozumieć, pańska żona.

Nadal cisza.

– Jestem człowiekiem zdesperowanym, panie Purview. Nie zawaham się, i to nawet natychmiast, zrobić użytku z tych nagrań, jeżeli nie spełni pan moich żądań. Sytuacja jest na tyle poważna, że będę zmuszony – jak to się niefortunnie mówi w dzisiejszych czasach – wszcząć procedurę eskalacji.

Słowa agenta jeszcze bardziej zagęściły atmosferę w gabinecie. Purview zamyślił się przez chwilę.

– Opuszczę teraz mój gabinet i udam się na piętnastominutowy spacer. Gdyby w tym czasie ktoś się tu włamał i przeszukał moje archiwa… Cóż, nic bym nie wiedział ani o tej osobie, ani o czynie, jakiego mogłaby się dopuścić. Zwłaszcza gdyby dokumenty, o które chodzi tej osobie, pozostały z pozoru nietknięte.

Pendergast nawet nie drgnął, gdy Purview sięgnął po egzemplarz „Wall Street Journal”, wyszedł zza biurka i pomaszerował w stronę drzwi. Gdy prawnik do nich dotarł, przystanął i odwrócił się.

– Nawiasem mówiąc, żeby uniknąć niepotrzebnego bałaganu, sugerowałbym, aby zajrzeć do trzeciej szafki i drugiej szuflady od dołu. Piętnaście minut, agencie Pendergast.

– Życzę miłego spaceru, panie Purview.

40 GODZIN PÓŹNIEJ

Przez ostatnie czterdzieści godzin miała zasłonięte opaską oczy i znajdowała się w ciągłym ruchu. Została wepchnięta do bagażnika samochodu, na pakę ciężarówki i – jak przypuszczała – do ładowni na łodzi. Z powodu tego potajemnego przerzucania jej z miejsca na miejsce była coraz bardziej zdezorientowana i straciła poczucie czasu. Zziębnięta, głodna i spragniona, wciąż jeszcze czuła ból głowy po silnym ciosie, który otrzymała w taksówce. Nie dano jej nic do jedzenia, a do picia tylko, jakiś czas temu, wodę w plastikowej butelce.

Znów trafiła do bagażnika samochodu. Od kilku godzin jechali ze sporą prędkością, najwyraźniej poruszając się po autostradzie. Nagle samochód zwolnił, pokonał kilka zakrętów, a gdy zaczął się trząść i kołysać z boku na bok, domyśliła się, że wjechali na polną drogę albo leśny trakt.

Kiedy przenoszono ją z jednego prowizorycznego więzienia do drugiego, porywacze uparcie milczeli. Teraz jednak, kiedy ucichł hałas na szosie, mogła usłyszeć przytłumione głosy rozlegające się wewnątrz pojazdu. Rozmawiali mieszaniną portugalskiego i niemieckiego; oba języki znała doskonale, gdyż nauczyła się ich, zanim jeszcze poznała angielski czy węgierski, mowę ojczystą swojego ojca. Rozmowa jednak była prowadzona bardzo cicho i Helen wychwytywała niewiele poza samą tonacją słów, brzmiącą gniewnie, nagląco. Doliczyła się czterech różnych głosów. Po kilku minutach nieprzyjemnej, uciążliwej jazdy wóz nagle się zatrzymał. Usłyszała dźwięk otwieranych i zamykanych drzwiczek, chrzęst kroków na żwirze. Zaraz potem klapa bagażnika została uniesiona i Helen poczuła na twarzy podmuch chłodnego powietrza. Czyjaś dłoń schwyciła ją za łokieć i podniosła do pozycji siedzącej, po czym wywlokła ją na zewnątrz. Zachwiała się, kolana ugięły się pod nią, nacisk obcej dłoni się wzmógł, by ją podtrzymać, wreszcie – bez słowa – została popchnięta naprzód.

To dziwne, ale nie czuła kompletnie nic, żadnych emocji, nawet smutku czy strachu. Po tylu latach ukrywania się, lęku i niepewności jej brat pojawił się z nowiną, którą od dawna pragnęła usłyszeć, ale równocześnie przestała się łudzić, że to kiedykolwiek nastąpi. Przez jeden krótki dzień w jej sercu rozpalał się na nowo płomyk nadziei, że znów ujrzy Aloysiusa, że zaczną życie na nowo, że w końcu znów będzie mogła żyć jak normalny człowiek. Zaraz jednak zostało jej to odebrane, brata zamordowano, męża zaś postrzelono i być może także zabito.

Czuła się, jakby była pustym naczyniem, wydrążoną skorupą. Lepiej było w ogóle nie łudzić się nadzieją.

Usłyszała skrzypnięcie otwieranych drzwi i przeprowadzono ją przez próg do wnętrza jakiegoś pokoju. W pomieszczeniu było duszno i cuchnęło stęchlizną. Dłoń przeprowadziła ją przez pokój, kolejne drzwi i do pomieszczenia jeszcze bardziej dusznego niż poprzednie. To mógł być opuszczony stary dom na wsi. Dłoń uwolniła jej ramię i Helen poczuła, że dotyka udami krawędzi siedzenia krzesła. Usiadła, kładąc jedyną dłoń na udzie.

– Zdejmij jej to – rozległ się mówiący po niemiecku głos, który w jednej chwili rozpoznała.

Poczuła czyjeś dłonie przy swojej głowie i opaska została zdjęta z jej oczu. Zamrugała raz i drugi. W pokoju było ciemno, więc jej oczy zasłonięte długo opaską nie potrzebowały czasu na przystosowanie się do półmroku. Usłyszała, że kroki z tyłu za nią cichną, i po chwili rozległ się trzask zamykanych drzwi. Dopiero wtedy oblizała wargi, uniosła wzrok i odnalazła spojrzenie Wulfa Konrada Fischera. Był znacznie starszy, ale wciąż wyglądał na silnego i jak zawsze potężnie umięśnionego. Siedział na krześle naprzeciw niej, z rozstawionymi nieco szerzej nogami i dłońmi złączonymi pomiędzy nimi. Nieznacznie zmienił pozycję, a krzesło zaskrzypiało pod jego pokaźnym ciężarem. Ze swymi przenikliwymi bladymi oczami, ciemną opalenizną i krótko przystrzyżonymi, gęstymi, śnieżnobiałymi włosami wyglądał jak uosobienie teutońskiej doskonałości. Spojrzał na nią, a lodowaty uśmiech wykrzywił jego wargi. Helen aż za dobrze pamiętała ten jego uśmiech. Jej apatię i pustkę zastąpiło uczucie przerażenia.

– Nie spodziewałem się wizyty osoby nieżyjącej – odezwał się Fischer, posługując się prostym, precyzyjnym językiem niemieckim. – A jednak pani tu jest, Fräulein Esterhazy albo raczej, proszę wybaczyć, Frau Pendergast, choć opuściła pani ten ziemski padół ponad dwanaście lat temu.

Cały czas patrzył na nią, a jego zimne oczy rozbłysły osobliwą mieszaniną rozbawienia, gniewu i ciekawości.

Helen nie odezwała się ani słowem.

– Natürlich, teraz z perspektywy czasu rozumiem, jak to zostało przeprowadzone. Pani siostra bliźniaczka, der Schwächling, odegrała rolę kozła ofiarnego. Pomimo tylu protestów z pani strony i świętoszkowatego oburzenia widzę, że jednak czegoś pani się nauczyła! Muszę powiedzieć, że czuję się niemal zaszczycony.

Helen nadal milczała. Apatia powróciła. Lepiej byłoby, gdyby umarła, niż gdyby miała żyć w tym bezmiernym bólu.

Fischer przyglądał się jej z uwagą, oszacowując skutek, jaki wywarły na niej jego słowa. Wyjął z kieszeni paczkę dunhilli, wyłuskał z pudełka jeden papieros i zapalił złotą zapalniczką.

– Zakładam, że nie zechce pani wyznać, gdzie przebywała przez te wszystkie lata? A może miała pani jeszcze innych wspólników, którzy brali udział w tym drobnym oszustwie, poza bratem, ma się rozumieć? Powie nam pani, czy rozmawiała z kimkolwiek o naszej organizacji?

Ponieważ Fischer nie doczekał się odpowiedzi, zaciągnął się mocno dymem z papierosa. Uśmiech na jego twarzy się poszerzył.

– Nieważne. Będzie na to mnóstwo czasu, kiedy przewieziemy panią z powrotem do domu. Jestem pewien, że z dziką rozkoszą opowie pani lekarzom wszystko… to znaczy, zanim rozpoczną się eksperymenty.

Helen znieruchomiała. Fischer użył słowa Versuchsreihe – ale znaczyło ono więcej niż tylko zwyczajne „eksperymenty”. Na samą myśl o tym, na samo wspomnienie ogarnęła ją gwałtowna panika. Zerwała się i pobiegła co sił w nogach w stronę drzwi. To była bezmyślna, instynktowna reakcja zrodzona z atawistycznej potrzeby ratowania własnego życia. Kiedy jednak dobiegła do drzwi, te otworzyły się i stanęli w nich porywacze. Helen nie zatrzymała się, nawet nie zwolniła i siłą rozpędu odrzuciła dwóch z nich do tyłu, ale pozostali schwycili ją mocno i unieruchomili. Dopiero we czterech zdołali ją obezwładnić i zawlec z powrotem do pokoju.

Fischer wstał. Ponownie zaciągnął się dymem z papierosa i popatrzył na Helen, która bezgłośnie szamotała się, próbując wyrwać się z rąk oprawców. Następnie spojrzał na zegarek

– Pora ruszać – powiedział. Znów skierował wzrok na Helen. – Myślę, że lepiej będzie, jeżeli przygotujemy strzykawkę.

44 GODZINY PÓŹNIEJ

O wpół do trzeciej po południu rozległo się pukanie. Kurt Weber odstawił butelkę słodkiej herbaty, którą pił, otarł kąciki ust jedwabną chustką, wyłączył monitor komputera i podszedł po wyłożonej płytkami podłodze, aby zobaczyć, kto go odwiedził. Spojrzał przez judasza i zobaczył szacownie wyglądającego dżentelmena.

– Kto tam?

– Szukam firmy transportowej Freiheit.

Weber schował chustkę do kieszonki na piersi i otworzył drzwi.

– Słucham?

W korytarzu stał mężczyzna: szczupły, o przenikliwych srebrnych oczach i włosach blond tak jasnych, że wydawały się nieomal białe.

– Czy mogę zabrać panu chwilkę? – zapytał dżentelmen.

– Oczywiście.

Weber otworzył drzwi szerzej i zaprosił gościa, aby usiadł. Choć mężczyzna nosił prosty, czarny garnitur, nie ulegało wątpliwości, że wykonano go z najlepszego, wyśmienicie skrojonego materiału. Weber zawsze miał słabość do eleganckiego ubioru i wracając za biurko, odruchowo poprawił mankiety koszuli.

– To ciekawe – rzekł mężczyzna, rozglądając się dokoła – że prowadzi pan swoją firmę w hotelu.

– Nie zawsze był tu hotel – odparł Weber. – Kiedy zbudowano ten budynek w tysiąc dziewięćset dwudziestym dziewiątym roku, nazwano go Rhodes-Haverty Building. Gdy zamieniono go na hotel, uznałem, że nie ma potrzeby przenosić firmy. Ta panorama historycznej dzielnicy Atlanty nie ma sobie równych.

Zajął miejsce za biurkiem.

– Czym mogę służyć?

To musiała być jakaś pomyłka, „usługi importowe” Weber świadczył wyłącznie pewnemu prywatnemu klientowi, ale nie po raz pierwszy odwiedzali go różni ludzie. Zawsze starał się być wobec nich uprzejmy, aby odnosili wrażenie, że mają do czynienia z biznesmenem prowadzącym legalne interesy.

Mężczyzna usiadł.

– Mam tylko jedno pytanie. Proszę na nie odpowiedzieć i zaraz sobie pójdę.

Coś w tonie głosu mężczyzny sprawiło, że Weber zawahał się, zanim zapytał:

– A jak ono brzmi?

– Gdzie jest Helen Pendergast?

To niemożliwe, pomyślał Weber. A na głos powiedział:

– Nie wiem, o czym pan mówi.

– Jest pan właścicielem magazynu w południowej części stanu Nowy Jork. To z tego magazynu podjęte zostały działania mające na celu uprowadzenie Helen Pendergast.

– To jakieś brednie. A skoro nie przyszedł pan w interesach, niestety obawiam się, że muszę poprosić, aby pan stąd wyszedł, panie…? – Mówiąc to, Weber bardzo ostrożnie otworzył środkową szufladę biurka i wsunął rękę do środka.

– Pendergast – odrzekł nieznajomy. – Aloysius Pendergast.

Weber wyciągnął z szuflady berettę, ale zanim zdążył wycelować, mężczyzna, zupełnie jakby czytając w jego myślach, zamachnął się i wytrącił mu z dłoni pistolet. Broń potoczyła się po podłodze. Pendergast skierował na Webera lufę swojego les baera, który pojawił się jakby znikąd. Po chwili schował go do kieszeni i ponownie usiadł na krześle.

– Spróbujemy ponownie? – zapytał spokojnym, zrównoważonym tonem.

– Nie mam panu nic do powiedzenia – odparł Weber.

Pendergast zważył pistolet w dłoni.

– Naprawdę życie panu niemiłe?

Weber był doskonale wyszkolony w technikach przesłuchań – zarówno jeżeli chodziło o ich prowadzenie, jak i wytrzymywanie. Uczono go również tego, jak osoba szlachetniejszej krwi i urodzenia powinna zachowywać się wobec innych.

– Nie boję się umrzeć za to, w co wierzę.

– To już jest nas dwóch. – Pendergast przerwał, zastanawiając się przez chwilę. – A w co konkretnie pan wierzy?

Weber tylko się uśmiechnął.

Pendergast ponownie otaksował spojrzeniem wnętrze biura, aż w końcu zatrzymał wzrok na Weberze.

– Ma pan na sobie elegancki garnitur.

Pomimo wycelowanej w niego broni Weber zachowywał absolutny spokój i opanowanie.

– Dziękuję.

– Czy jest to może garnitur od Hardy’ego Amiesa, który nawiasem mówiąc, jest moim krawcem?

– Z przykrością muszę stwierdzić, że nie. Od Taylora i Mertona, zaledwie o kilka salonów od Amiesa, ale też przy Savile Row.

– Widzę, że łączy nas zamiłowanie do eleganckich ubrań. Wyobrażam sobie, że nasze wspólne zainteresowania wykraczają poza garnitury. Dajmy na to, krawaty. – Pendergast dotknął swojego koniuszkami palców. – Choć w przeszłości gustowałem w ręcznie robionych krawatach z Paryża, na przykład od Charveta, obecnie preferuję te od Jaya Kosa. Jeden z nich mam dziś na sobie. Dwieście dolarów sztuka, nie są tanie, ale moim zdaniem są warte każdego centa. – Uśmiechnął się do Webera. – A jakie krawaty pan nosi?

Jeżeli to miała być jakaś nowatorska technika przesłuchania, pomyślał Weber, to nie zda egzaminu.

– Od Brioniego – odparł.

– Od Brioniego – powtórzył Pendergast. – To świetnie. Dobra robota.

Nagle – znów z niezwykłą szybkością, która wskazywałaby raczej na eksplozję niż zwyczajny ruch – Pendergast zerwał się z krzesła, przeskoczył ponad biurkiem i schwycił Webera za gardło. Odciągnął go z zatrważającą siłą do tyłu, uniósł jedno skrzydło najbliższego okna i popchnął Webera w jego stronę. Weber w śmiertelnej panice schwycił się dłońmi framugi okna po dwóch stronach. Słyszał dochodzące z dołu, dwadzieścia pięter niżej, odgłosy ruchu ulicznego na Peachtree i poczuł podmuch chłodnego powietrza.

– Uwielbiam okna w starych drapaczach chmur – oznajmił Pendergast. – Naprawdę się otwierają. I miał pan rację co do panoramy.

Weber wczepił się kurczowo palcami dłoni w ramę okna i dyszał ciężko ogarnięty dojmującą zgrozą. Pendergast kolbą les baera uderzył go w palce lewej dłoni, gruchocząc kości, następnie zrobił to samo z prawą ręką mężczyzny. Weber wrzasnął, po czym został pchnięty do tyłu, w pustkę; machał rozpaczliwie rękami, a jego nogi wciąż były zaczepione o framugę okna. Pendergast uchronił go przed runięciem w dół, chwytając za krawat, i przytrzymał na odległość wyprostowanego ramienia od otwartego okna. Weber mocno wczepił łydki we framugę, dławiąc się, krztusząc, szamocząc jak szalony i próbując czegokolwiek się uchwycić.

– Mężczyzna zawsze powinien znać swoją garderobę, a zwłaszcza jej słabe punkty – ciągnął Pendergast, wciąż zachowując swobodny, gawędziarski ton. – Na przykład moje krawaty od Jaya Kosa są tkane z siedmiowarstwowego włoskiego jedwabiu. I są równie piękne jak wytrzymałe.

Szarpnął mocniej krawat Webera, który sapnął głośno, gdy jego jedna noga zaczęła się zsuwać z framugi. Spróbował odzyskać oparcie dla stopy. Chciał coś powiedzieć, ale głos uwiązł mu w gardle ściśniętym przez mocno zadzierzgnięty krawat.

– Inne przędzalnie niekiedy tną koszty – ciągnął Pendergast. – No wie pan, tylko jeden ścieg i dwie warstwy jedwabnej przędzy. – Raz jeszcze szarpnął za krawat. – Dlatego lepiej, aby był pan pewien jakości swojego krawata, zanim powtórzę pytanie.

Szarpnięcie.

Przy wtórze głośnego trzasku krawat Webera zaczął pękać. Mężczyzna spojrzał na niego i wrzasnął mimowolnie.

– A niech to – mruknął z rozczarowaniem w głosie Pendergast. – Brioni? Nie sądzę. Może dał się pan nabrać na podróbkę. Albo oszczędza pan i próbował mnie pan oszukać co do tego, gdzie zaopatruje się pan w garderobę.

Szarpnięcie.

Krawat był już rozdarty do połowy w najszerszej części, prawie przy samym końcu. Kątem oka Weber widział zbierający się poniżej tłum, ludzie wskazywali rękami w górę, słychać było odległe okrzyki. Poczuł, że zaczyna mu się kręcić w głowie. Ogarnęła go panika.

Trzask. Trzask.

– Dobrze, już dobrze! – wrzasnął, próbując pochwycić dłoń Pendergasta powykręcanymi, pogruchotanymi palcami. – Będę mówił!

– Tylko szybko. Ten tani krawat długo nie wytrzyma.

– Ona… ona dziś wyjeżdża z kraju.

– Gdzie? Jak?

– Prywatnym samolotem. Z Fort Lauderdale. Lotnisko Pettermars. O dziewiątej.

Ostatnim brutalnym szarpnięciem Pendergast wciągnął Webera do gabinetu.

– Scheiße! – zawył Weber rozciągnięty bezwładnie na podłodze. Skulony do pozycji płodowej bezradnie przyciskał do piersi okaleczone dłonie. – A gdyby mój krawat pękł do końca?

Uśmiech na twarzy Pendergasta tylko się poszerzył. I nagle Weber zrozumiał – ten człowiek balansował niebezpiecznie na granicy szaleństwa i był zdolny do wszystkiego. Pendergast cofnął się o krok.

– Jeżeli powiedział pan prawdę i zdołam uwolnić ją bez przeszkód, nie zobaczymy się więcej, może pan być o to spokojny. Jeśli jednak oszukał mnie pan, złożę jeszcze jedną wizytę.

Odwrócił się w stronę drzwi i nagle znieruchomiał. Poluzował węzeł swojego krawata, a potem zupełnie go rozplątał i rzucił w stronę Webera.

– Ten jest prawdziwy. Żadna podróbka. I proszę pamiętać, co mówiłem o cięciu kosztów.

Posłał tamtemu ostatni już lodowaty uśmiech, po czym wyszedł z gabinetu.

45 GODZIN PÓŹNIEJ

Lotnisko Pettermars. Pendergast miał niespełna sześć godzin na pokonanie ponad dziewięciuset kilometrów.

Z lokalnych lotnisk w tak krótkim czasie nie było żadnych lotów komercyjnych ani dostępnych czarterów. Musiał dotrzeć na miejsce samochodem.

Poleciał do Atlanty, a na lotnisku wziął taksówkę. Musiał wynająć samochód. W wypożyczalni znajdującej się kilka przecznic od Peachtree wybrał nowiutkiego czerwonego mercedesa benza SLS AMG. Wypożyczył go na podróż w jedną stronę do Miami, z pełnym pakietem ubezpieczeniowym, po paskarskiej cenie.

Choć jeszcze nie zaczęły się godziny szczytu, ruch na drogach w Atlancie był mocno utrudniony. Zjeżdżając na I-75, autostradę międzystanową prowadzącą na południe, Pendergast przyspieszył, prawie nie zdejmując stopy z pedału gazu i omijając pędem strefę robót drogowych prawym poboczem. Tak jak na to liczył, rozdzierający ryk pięćsetsześćdziesiątrzykonnego silnika mercedesa robił wrażenie i oczyścił przed nim szosę. Pruł poboczem z prędkością niemal stu pięćdziesięciu kilometrów na godzinę, aż minął patrol policji drogowej czyhający na piratów drogowych.

Wyśmienicie.

Zza wału wyłonił się radiowóz policji stanu Georgia z migającym kogutem i włączoną syreną. Pendergast zatrzymał tak gwałtownie, że funkcjonariusz omal nie wjechał mu w kufer. Zanim jeszcze policjant zdążył spisać numery z tablicy rejestracyjnej, Pendergast wysiadł z samochodu, trzymając w dłoni swoją legitymację, podszedł do radiowozu i ruchem ręki nakazał gliniarzowi, aby opuścił szybę. Podsunął zdziwionemu mundurowemu swoją legitymację i odznakę pod nos.

– Federalne Biuro Śledcze, filia nowojorska. Prowadzę misję specjalną o najwyższym priorytecie.

Gliniarz przeniósł wzrok z Pendergasta na odznakę, na mercedesa i z powrotem na agenta.

– Ee, tak jest.

– Musiałem szybko postarać się o pojazd. Proszę słuchać uważnie. Udaję się na lotnisko w Pettermars, pod Fort Lauderdale, kolejno autostradami międzystanowymi numer siedemdziesiąt pięć, dziesięć i dziewięćdziesiąt pięć.

Policjant z drogówki tylko na niego patrzył, próbując nie pogubić się w tym wszystkim.

– Chcę, żeby skorzystał pan z radia i zapewnił mi niezakłócony przejazd tą trasą. Żadnych postojów. I żadnej eskorty, bo będę jechał zbyt szybko. Mój samochód jest dość dobrze rozpoznawalny, więc to nie powinno stanowić problemu. Zrozumiano?

– Tak jest. Ale nasza jurysdykcja się kończy za granicą stanu Georgia.

– Niech pański przełożony skontaktuje się ze swoim odpowiednikiem z Florydy.

– Ale może filia nowojorska FBI…

– Już mówiłem, że to misja specjalna. Nie ma czasu na procedury służbowe. Wykonać.

– Tak jest.

Pendergast pędem wrócił do auta i zostawiając na asfalcie długi na sto metrów ślad spalonej gumy, ruszył z piskiem opon, a policjant z drogówki jeszcze przez chwilę patrzył w otępieniu na rozwiewający się w powietrzu kłąb siwawych spalin.

Przed czwartą Pendergast minął Macon, kierując się na południe. Samochody, znaki drogowe czy krajobraz rozmywały się dokoła w widoczne przez ułamek sekundy barwne smugi. Nagle za zakrętem ujrzał czerwone światła stopu: dwie półciężarówki jechały jedna przy drugiej, wspinając się na wzgórze; ta z lewej próbowała minąć tę po prawej, centymetr po centymetrze pokonując wzniesienie i spowalniając wszystkich jadących za nimi, co było niedopuszczalnym zachowaniem na dwupasmowej autostradzie.

Zjeżdżając raz jeszcze na pobocze i migając światłami, Pendergast minął sznur aut, dopóki nie znalazł się tuż za półciężarówką po lewej. Kierowca pojazdu ignorował trąbienie klaksonu i migające światła, mogło się wręcz wydawać, że zwolnił jeszcze bardziej, ot tak, z czystej złośliwości.

Szosa skręcała szerokim łukiem w prawo i jak to często bywało, półciężarówka jadąca wolniejszym pasem zaczęła zjeżdżać w stronę pobocza. Pendergast wykorzystał tę okazję, aby zjechać na pobocze po lewej. Tak jak przewidział, kierowca jadący przed nim również zjechał w lewo, aby zablokować mu przejazd. To była szansa, na którą czekał. Nieznacznie zwolnił, po czym, przełączając na tryb ręcznej zmiany biegów, gwałtownie wjechał w lukę pomiędzy dwiema półciężarówkami i zwiększając prędkość z osiemdziesięciu do stu trzydziestu kilometrów na godzinę w trzy sekundy, przemknął obok ślimaczących się pojazdów, by wystrzelić na pustą autostradę przed nimi. W nagrodę usłyszał dwa gniewne sygnały klaksonu.

Gnał bez zatrzymywania się, od czasu do czasu prawym albo lewym poboczem wymijał kolejne auta, trąbiąc i migając światłami na co bardziej ślamazarnych kierowców, a niekiedy nawet zastraszając ich i zmuszając do zjechania na sąsiedni pas w najprostszy możliwy sposób – zbliżał się z tyłu z ogromną prędkością i hamował dosłownie w ostatniej chwili. O wpół do szóstej minął Valdostę i granicę stanu Floryda.