Duża solidarność, mała solidarność. Biografia Henryki Krzywonos - Agnieszka Wiśniewska - ebook

Duża solidarność, mała solidarność. Biografia Henryki Krzywonos ebook

Agnieszka Wiśniewska.

4,3

Opis

Najpierw zatrzymała tramwaj, a kilka dni później Lecha Wałęsę z tłumem stoczniowców kończących „swój” zwycięski strajk – wszystko to w odruchu solidarności z tymi, którzy latem 1980 roku rzucili wyzwanie całemu systemowi. Henryka Krzywonos, nikomu nieznana motornicza z gdańskiego WPK, tymi gestami sprzeciwu – pod gdańską operą i pod stoczniową bramą – sprawiła, że sierpniowy protest mógł się przerodzić w wielki ruch na rzecz społecznej zmiany.

Timothy Snyder, wybitny amerykański historyk Europy Środkowej, pisał, że „miękkim, żywotnym jądrem ruchu, ową jego częścią, którą najtrudniej uchwycić i opisać, był ludzki impuls solidarności: gotowość do wzajemnego uznania i wola, by sobie pomóc. W tym sensie życie Henryki Krzywonos polega na solidarności, tak dziś, jak i kiedyś”. Kiedyś dlatego, że bez żadnego zaplecza, inteligenckich lektur, sieci kontaktów i znanego nazwiska jako pierwsza przełamała bierność koleżanek i kolegów, angażując się najpierw w sierpniowy strajk, a potem pracę – dzień i noc – w nowym Związku. Dziś - bo w dobie społecznej apatii i prywatyzacji życiowych strategii, przełamując bezwład biurokracji i obojętność rynku, wybrała pomaganie najsłabszym, zakładając rodzinny dom dziecka.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 219

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




AgnieszkaWiśniewska

Duża Solidarność, mała solidarność

Biografia Henryki Krzywonos

Ze wstępem Kazimiery Szczuki
Wydawnictwo Krytyki Politycznej

Dla M., dla B. i dla Klubów Krytyki Politycznej

WSTĘP IDEOLOGICZNY I TROCHĘ SENTYMENTALNY

Kazimiera Szczuka

Książka, którą trzymasz w  ręku, napisana jest stylem reportażowo-scenariuszowym; lekkim, zwartym i  nowoczesnym. Nie pretenduje do rangi diagnozy historyczno-społecznej. Jest bezpretensjonalna. Po prostu przedstawia życie jednej z  trzech najbardziej znanych kobiet Solidarności ’80 roku. Alina Pienkowska, pielęgniarka ze Stoczni, później senatorka, posłanka i  radna, zmarła w  2002 roku na raka. Jej mężem był Bogdan Borusewicz. Była bliską, nieodżałowaną przyjaciółką Henryki Krzywonos. Anna Walentynowicz, legendarna suwnicowa ze stoczni, bohaterka filmu Volkera Schlöndorffa Strajk, zginęła 10 kwietnia 2010 roku w katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem. Kobiet Solidarności było więcej, ale Henryka Krzywonos jest dzisiaj ostatnią z  tych trzech, które podpisywały Porozumienia Sierpniowe.

Agnieszka Wiśniewska twierdzi, że w  swojej biografii Heni Krzywonos zbiera po prostu znane wątki i  głosy, opowiada rzeczy już wcześniej opowiadane. Jest to oczywista nieprawda. W jej książce objawiają się rzeczy zupełnie nowe. Pewnie zabrzmi to patetycznie, ale pisaniu biografii Henryki Krzywonos przyświecała, jak sądzę, troska o  podupadły, blaknący etos pierwszej Solidarności. Czy można go jeszcze wydobyć z  odmętu za późnych żalów i  potępieńczych swarów? Czy da się go jakimś sposobem odczytać na nowo? Ponownie zaczarować? Jeśli nie, można przynajmniej opowiedzieć go własnym rówieśnikom jako coś więcej niż bogoojczyźniany stereotyp lub wiązkę słusznych frazesów. To dużo.

Historia dużej Solidarności na pewno domaga się odnowienia znaczeń. Nie tylko dlatego, że jej bohaterowie są tak skłóceni, że nie mogą zgromadzić się na jednej uroczystości i należycie uczcić swoich historycznych dokonań. To bardzo przykre, owszem, ale stanowi jedynie symptom głębszych problemów. Wymowny jest tytuł książki Davida Osta Klęska Solidarności opowiadającej o losach związku zawodowego w latach 90. Klęska organizacji związkowej – twierdzi lewicowy amerykański socjolog – polegała na tym, że Solidarność organizacją związkową w jakimś sensie być przestała. Oparła swoją tożsamość na narodowo-religijnych symbolach, rozliczeniach z komunistyczną przeszłością czy – wbrew kobietom działającym w organizacji – na wspieraniu delegalizacji aborcji. Solidarność związała się z Kościołem i polityczną prawicą, nie obroniła polskiego świata pracy przed kosztami transformacji. Nawet ich nie negocjowała. Diagnozy ekonomistów, socjologów czy politologów – Tadeusza Kowalika, Elizabeth Dunn, Naomi Klein, Thomasa Franka czy Davida Osta – są dość podobne. Frustracje mające swoje korzenie w problemach ekonomicznych zdumiewająco łatwo potrafią dziś sublimować w prawicowy populizm – nacjonalizm, rasizm, homofobię czy krucjaty antyaborcyjne. Ale nie tylko. Obok narracji prawicowej powstała narracja liberalna, w której pierwsza Solidarność w ogóle nigdy nie była związkiem zawodowym, a jedynie ruchem niepodległościowo-wolnościowym. Architektem całego przedsięwzięcia był Jan Paweł II, a deregulacja rynku i prywatyzacja zakładów pracy stały się – w takim ujęciu – zwieńczeniem walki i jej happy endem.

Brak jakiejkolwiek symbolicznej więzi pomiędzy strajkującymi robotnikami epoki socjalizmu a dzisiejszą walką pracowników Tesco, Biedronki, Frito Lay czy komercjalizowanych placówek ochrony zdrowia to bolesna ironia dziejów, a zarazem wyrazisty przejaw spustoszenia pozostawionego przez terapię szokową początku lat 90. Jeśli istnieje jakaś terapia po terapii szokowej, na pewno jest nią odbudowywanie ciągłości, rekonstrukcja pamięci. Odzyskiwanie własnej historii. W filmowym reportażu Roberta Kowalskiego z wizyty Naomi Klein w Polsce autorka Doktryny szoku odpowiada na pytanie, co najbardziej rzuciło jej się w oczy w naszym kraju. Otóż była to powszechna ignorancja dotycząca Sierpnia ’80. Ludzie nie mają pojęcia, o co w tym wszystkim chodziło – mówi Klein. Albo w ogóle nic nie wiedzą. Jakby tego fascynującego dla lewicy na całym świecie, wielomilionowego pracowniczego ruchu tutaj nigdy nie było.

Solidarność była Wydarzeniem w sensie, jaki nadał temu pojęciu Alain Badiou. Wydarzenie miało wymiar sakralny, zawieszało klasowe odrębności i konflikty, przeorało życiorysy ludzkie, niektórych doprowadziło do szaleństwa. Nie ma wątpliwości, że było to Wydarzenie męskie, a w każdym razie tak zostało opowiedziane i utrwalone. Agnieszka Graff nawet nazwała Solidarność „męskim rytuałem przejścia”. Rola kobiet została w stoczniowym micie zmarginalizowana to tego stopnia, że o uratowaniu przez nie strajku 16 sierpnia wiedzą dziś tylko specjaliści i wtajemniczeni. Postulaty roku ’80 dotyczące zapewnienia dzieciom miejsc w przedszkolach i żłobkach do dziś nie doczekały się realizacji. Zapewne dlatego, że są zbyt przyziemne.

Krystyna Kłosińska, analizując teorię i  strategie krytycznych praktyk feminizmu, podkreśla niezwykłą rolę marginesu zwanego również poboczem albo szczeliną. Właśnie tam często znajduje początek kobiece czytanie i  pisanie. To w  kuchni zaczyna się ustrój społeczny – mówią feministki. Zwłaszcza kuchnia rodziny wielodzietnej jest uprzywilejowanym punktem obserwacyjnym. Zwłaszcza kuchnia domu dziecka. Stamtąd najlepiej widać, jak potoczyła się historia. W  ten właśnie sposób Agnieszka Wiśniewska znalazła nową drogę do dużej Solidarności. Po pierwsze – u czyniła protagonistką mitu kobietę. Po drugie – położyła nacisk na „małość”, codzienność, zwyczajność. Żeńskość. Transformacja symboliczna, postulowana przez profesor Marię Janion jako konieczne dopełnienie zmiany ustroju gospodarczego, wymaga bowiem między innymi przedefiniowania tradycyjnie męskich, wspólnotowych wzorów kultury. Wymaga umocnienia kobiecej solidarności jako odpowiedzi na wykluczający, konserwatywny model życia publicznego w  Polsce. Książka Agnieszki Wiśniewskiej dowodzi, że jest to możliwe. Że już się staje.

„Henia tramwajarka”, jak na nią mówiono na Stoczni, w żaden sposób nie przypomina „sentymentalnej panny S.”, o której śpiewał bard Jan Krzysztof Kelus. W jego piosence panna S., czyli po prostu Solidarność, zostaje zgwałcona (pewnie przez siepaczy generała) na oczach tłumu bezradnych wielbicieli i znika, schodzi ze sceny. Chłopcy piszą więc teraz do niej na powielaczu sekretne listy, malują jej zakazane imię farbą na płotach, śpiewają i tęsknią. Miła jest ta zapomniana już dzisiaj piosenka, choć też i troszkę niemiła. Kiedy szukamy kobiecych emblematów Solidarności, widać, jak bardzo Henia Krzywonos jest do sentymentalnej panny S. niepodobna. Henia ma naturę dobrej rozbójniczki, lwicy, gotowej walczyć do upadłego o pokrzywdzonych. Jest kobietą – rycerką, nie tylko ze względu na posturę i sienkiewiczowskie nazwisko. Nie ma w sobie nic z ofiary. Nazywa siebie „zwykłą przyziemną babą”, ale w tej „babie” jest sto procent waleczności. To jej przypadł teraz w udziale obowiązek przeprowadzenia etosu pierwszej Solidarności przez nowy wiek. Pogodzenia go z nowoczesnymi ruchami pracowniczymi. Z nową lewicą. Z walką na rzecz równouprawnienia kobiet. To ona, ostatnia, niesie w sobie solidarnościowe zaczarowanie. Na pewno go nie zgubi. Jest przecież kobietą.

I. DUŻA SOLIDARNOŚĆ

OSTATNI ROZDZIAŁ

– Henia, twoja komórka dzwoni.

– Ciekawe, kto tym razem ma problem?

Henia podchodzi do stołu w pokoju, sięga po telefon. Numer nieznany.

– Halo.

– Dzień dobry, Agnieszka Wiśniewska z Krytyki Politycznej z tej strony. Pani Henryko, chcę napisać o pani, czy możemy się spotkać i porozmawiać?

– O mnie? Ale już wszystko o mnie napisano. No dobrze, niech pani przyjedzie.

Wsiadam w pociąg Warszawa – Gdańsk. Przypomina mi się, co pisał o tym pociągu Timothy Garton Ash w książce Jesień wasza, wiosna nasza. A ściślej przypominam sobie, że pisał, bo za nic nie mogę odtworzyć, jak brzmiał ten fragment. Jakoś tak, że pociąg jedzie długo. Sprawdzę w domu, jak to z tym pociągiem było.

Na dworcu czeka na mnie Krzysztof, mąż Henryki.

– To o czym będzie pani artykuł dokładnie?

– To nie będzie artykuł. Tym razem to będzie książka.

BAZA NA KAROLA MARKSA

Sierpień 1980 roku był wyjątkowo słoneczny. Dziewczęta w letnich sukienkach wydawały się jakieś piękniejsze, a chłopcy w przepoconych podkoszulkach przystojniejsi. Psy ciszej ujadały, dzieciaki mniej hałasowały na podwórkach i boiskach. Nawet pasażerowie tramwaju, w którym jak zwykle coś się zacięło i utknął na dłużej na przystanku, nie krzyczeli zbyt głośno. Cieszyło to Henrykę ogromnie, bo to do niej, jako do prowadzącej tramwaj, należało zlokalizowanie usterki, naprawienie jej, najlepiej tak szybko, żeby żaden z podróżnych nie zdążył wszcząć awantury. Cisza była niepokojąca. Może przez słońce. Gdyby nie słońce, pasażerowie zareagowaliby na awarię inaczej.

Henryka była motorniczą tramwaju. Kilkanaście miesięcy wcześniej jechała „trójką” koło Stoczni im. Lenina. Była to jedna z najgorszych linii w mieście. Tramwaj podwoził do pracy stoczniowców i po zmianie zabierał ich do domu. Rano był nabity po brzegi – zaspani jeszcze mężczyźni ściskali w rękach teczki z drugim śniadaniem, kobiety miały umazane smarem pantofle i kwieciste chustki na głowach. Po południu był już nie tylko nabity, ale wręcz oblepiony robotnikami. Stoczniowcy wisieli na poręczach i schodach niczym kiście winogron. Żeby ruszyć z przystanku, trzeba było zamknąć drzwi tramwaju. Henryka musiała robić to ręcznie. Tylko jak zamknąć drzwi, za które wystaje kilku panów? Tym razem drzwi się zepsuły. W tramwaju zaczęła rozlegać się pieśń zmęczonych i zniecierpliwionych pasażerów: „Szybciej”, „Czemu jeszcze stoimy?”, „Obiad mi w domu stygnie”. Henryka puszcza mimo uszu te słowa, bo wie, że to dopiero pierwsze takty narzekania i krzyków.

Tramwaj rusza. Drzwi niezamknięte, więc jedzie powoli. Na każdym zakręcie można zgubić któregoś z uczepionych poręczy pasażerów. Pan w kufajce i zadziornie przekrzywionej czapce zaczyna intonować drugą zwrotkę pieśni zniecierpliwionych: „Co tak wolno, do cholery?”.

Henryka siedziała na okrągłym stołeczku motorniczej. Od tłumu rozżalonych pasażerów oddzielała ją mała barierka. Czasem zdarzało się, że któryś z  pasażerów w  złości forsował to symboliczne ogrodzenie i  groził motorniczej przed nosem zaciśniętą pięścią. Czasem motorniczy dostał od pasażera po głowie. I  nie miało znaczenia to, czy będzie zły, bo tramwaj jedzie za wolno czy za szybko.

Tym razem pan w czapce miał pecha. Trafił na motorniczą, która nie pozostała dłużna. Gdy tylko tramwaj zatrzymał się na przystanku, obróciła się na swoim okrągłym stołeczku i na jedno „cholera” odpowiedziała zgrabną, ale ostrą wiązanką inwektyw i upomnień. Ludzie zamilkli. Pan poprawił czapkę i w jednej sekundzie zmienił się z zadziornego cwaniaka w spokojnego mężczyznę z teczką.

Henryka jeździła tramwajami od lat. Nie takich krzykaczy uciszała, nie z  takimi problemami musiała sobie radzić. Niedomykające się drzwi, urywające się pantografy. Oczywiście pasażera nie interesowało, czyja to wina, że tramwaj utknął na przystanku i  dalej nie pojedzie. Natychmiast wylewał żale wprost na motorniczą. Henryki natomiast nie interesowało, że motorniczej z  pasażerem rozmawiać nie wolno, i  zawsze reagowała na aroganckie pyskówki.

Po powrocie do bazy Henryka wysiada z tramwaju i idzie prosto do kierownika zgłosić awarię. Kierownik wychodzi akurat z budynku i podąża w jej stronę.

– Panie kierowniku, drzwi w „trójce” znowu szlag trafił.

– I co ja ci na to poradzę? – odpowiada kierownik. Nie zwalniając kroku, przechodzi obok Henryki i idzie w stronę bramy. Spieszy się do domu, jak wszyscy.

– Jak to: co pan poradzi? To pan jest tu kierownikiem.

Kierownik nawet nie odwraca głowy. Jest już tuż przed bramą, kiedy podbiega do niego kobieta i  rozdygotanym głosem mówi:

– Panie kierowniku, ja muszę jechać do domu, na Rumię, żeby zabrać dziecko z  przedszkola, a  nie mam zmiany. Ja bardzo przepraszam. Zjechałam na zajezdnię, bo nie ma mnie kto zastąpić.

Kierownik zatrzymał się, odwrócił i jak nie wrzaśnie:

– Wpieprzaj mi się na ten tramwaj natychmiast i jedź!

Kobieta zbladła. W oczach stanęły jej łzy. Nagle z drugiej strony placu dobiegł głos Henryki:

– Sam się wpieprzaj na ten tramwaj.

Tym razem to kierownik pobladł.

– Ja nie umiem – odpowiedział.

– Jak to nie umiesz? Drzwi naprawić nie umiesz, tramwaju prowadzić nie umiesz. To jaki z ciebie kierownik?

– Nie jestem od tego, żeby drzwi naprawiać. Krzywonos, wy pojedziecie tym tramwajem, skoro koleżanka nie może – zarządził.

***

W czasie kiedy Henryka Krzywonos zaczyna pracę w tramwajach, nie nazywa się Krzywonos, ale dla tej historii nie ma to znaczenia.

***

– Nigdzie nie pojadę, ani ja, ani ona – powiedziała Henryka i zabrała zapłakaną kobietę do hali zajezdni.

Kiedy tak szła przez pusty plac w  stronę hali, pomyślała, że znowu nie ma szans na zamianę felernej „trójki” na jakąś lepszą linię.

„Trójkę” Henryka dostała za pyskowanie. W  zajezdni zawsze coś się psuło, w  tramwajach wiecznie nie działało to czy tamto. Koledzy nieraz się odgrażali, że kiedy tylko będzie zebranie związkowej rady zakładowej, wygarną kierownictwu wszystko, powiedzą, co myślą o  tych usterkach, o  skandalicznych warunkach pracy. Kiedy jednak przychodziło do rady, sala milczała jak zaklęta. I  wtedy – nieważne, czy chodziło o  sprawę znaną Henryce, bliską, o  jej znajomego, o  obcą osobę – wstawała i  mówiła. Kończyło się zawsze tak samo: a  to premię obcięli, a  to na gorszą linię wysłali.

Henia weszła do hali.

– Dziękuję, Henia – powiedziała przez łzy kobieta. – Znowu ci premię zabiorą.

– Trudno. Widać taki mój los. No, nie rycz już i jedź po dziecko.

W budynku siedziało kilka osób. Wieść o zakończonej przed chwilą rozmowie pod bramą szybko rozeszła się wśród zgromadzonych. Zaczęły się nerwowe dyskusje.

– Nie możemy tak tego zostawić.

Wszyscy motorniczy, którzy byli w tym czasie w zajezdni, odmówili, podobnie jak Henryka, wyjechania na miasto za koleżankę. Nie dlatego, że nie chcieli jej pomóc. Bardzo chcieli. Pracownicy Wojewódzkiego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego WPK, znali się dobrze, lubili i wspierali w trudnych momentach. To był taki moment. Solidarnie postanowili nie jechać. Dyskusje trwały jeszcze przez dłuższy czas. Zastanawiano się, co zrobić, jak zareagować. Po wielu rozmowach padła decyzja: „Stajemy”.

Ustalono, że następnego dnia kolega, który przychodzi do pracy jako pierwszy, nie wyjedzie. Na znak protestu przeciwko warunkom pracy.

Wszyscy rozeszli się do domów i czekali na nadchodzący poranek.

Następnego dnia kolega jednak wyjechał. – Mam rodzinę, mam dzieci, nie będę się narażał – wytłumaczył wszystkim. – Przedyskutowałem to z żoną i ona powiedziała, że absolutnie się nie zgadza.

Henia rozumiała. Ona też miała rodzinę. Nie dzieci, nie męża, ale młodszą siostrę, którą musiała się opiekować.

Tramwaje nie stanęły tamtego dnia i nie stanęły jeszcze wielokrotnie, choć zdarzało się, że załoga postanawiała rozpocząć strajk. Nie rozpoczynała, choć maszyny bywały zepsute, brakowało części, motorniczy skarżyli się na usterki. Trzeba było czekać do tego słonecznego sierpnia, żeby znalazł się odważny, który powie: „Ten tramwaj dalej nie pojedzie”.

Latem 1980 roku młodsza o  osiem lat siostra Henryki wyszła za mąż. Henryka zajmowała się nią od zawsze. Ojciec zmarł w  1966 roku. Henia miała wtedy trzynaście lat. Siostra nie chodziła jeszcze do szkoły. W  domu było coraz ciężej, matka piła. Henryka trafiła do domu dziecka (siostra została z  matką). Spędziła w  nim cztery lata. Kiedy wróciła do domu, była już prawie pełnoletnią panienką.

Otworzyła kluczem drzwi do mieszkania, weszła cichutko, na palcach, żeby nie obudzić matki. Lekkim ruchem zamknęła za sobą drzwi i położyła na ziemi tobołek. Rozejrzała się, sprawdzając, czy coś się przez te lata zmieniło. Zajrzała do pokoju. Matki i siostry nie było w domu. Mała najpewniej nie wróciła jeszcze ze szkoły. Henryka usiadła na skraju łóżka. Kiedy pół godziny później siostra weszła do domu, rzuciła się Heni na szyję. Ta przytuliła ją mocno.

Henryka była dobrze zbudowaną, silną dziewczyną. Gdy zaczynała mówić, niski głos hipnotyzował rozmówcę. Potrafiła wzrokiem przeszywać ludzi – umiała spojrzeć na kogoś tak, że natychmiast milkł i robił się potulny jak cielę. Jednocześnie kiedy ktoś był jej bliski, mogła go wzrokiem zagłaskać. Takim właśnie tulącym i kochającym wzrokiem patrzyła teraz na siostrę, układając w głowie scenariusz następnego dnia. Trzeba będzie zacząć szukać pracy.

Szybko dostała posadę w zarządzie Portu Gdańsk. Zajmowała się początkowo sprzątaniem, a później wszystkim, czym było trzeba. Pewnego dnia ktoś odkrył, że Henryka ukończyła szkołę zawodową dla maszynistek biurowych.

– Może byś coś przestukała? – ktoś zapytał.

– Chętnie – odpowiedziała Henryka i już tego samego dnia dostała pierwsze zlecenie. Kilka stron tekstu do przepisania na maszynie.

Po zakończeniu pracy Henia usiadła do biurka, zapaliła lampkę i  zaczęła stukać w  klawisze. W  sali było już pusto, wszyscy poszli do domów. Tylko rytmiczne uderzenia klawiszy zakłócały ciszę.

Dni i noce były do siebie podobne. Rano pobudka, trzeba się szybko ubrać, wyszykować siostrę do szkoły, zrobić jej kanapkę, bo mama na pewno nie będzie o tym pamiętać. Henryka szybkim krokiem zbiegała po schodach. Wypadała na ulicę. Mieszkała w robotniczej portowej dzielnicy. Niezbyt ciekawej. Mijała sąsiada:

– Dzień dobry, panie Janku – rzucała w przelocie.

– Dzień dobry, dziecko – odpowiadał mężczyzna, kłaniając się i powolnym ruchem zdejmując czapkę z głowy.

W zarządzie dzień mijał szybko. Po całym dniu pracy Henia bywała zmęczona. Nie odmawiała jednak, gdy dawano jej coś do przepisania. Dodatkowe zajęcie przynosiło dodatkowe dochody, a pieniądze zawsze były w domu potrzebne.

– Pani Henryko, a może jak pani taka prędka i obrotna, to by pani na motorniczą poszła? – zagadnął któregoś dnia pan Janek.

Henia jak co dzień biegła do pracy. Rzuciła więc tylko z przyzwyczajenia:

– Dzień dobry, dzień dobry.

Za chwilę przystanęła jednak, odwróciła głowę i z niedowierzaniem zapytała:

– Motorniczą?

– Kurs robią u nas. Pani by sobie poradziła.

– Panie Szulc, pan to ma pomysły.

Wieczorem stukając w klawisze maszyny, Henryka zaczęła się poważnie zastanawiać nad propozycją sąsiada. Jako motornicza tramwaju zarabiałaby więcej niż w zarządzie, do tego mogłaby się nauczyć nowego zawodu. Zaciekawiona następnego dnia rano sama zaczepiła pana Janka:

– A kiedy ten kurs się zaczyna?

Motorniczą Henryka została w 1973 roku. Dostała „Pozwolenie na prowadzenie tramwaju kategorii drugiej”. Rozpoczęła pracę w Wojewódzkim Przedsiębiorstwie Komunikacyjnym. Pan Janek pomagał jej jak mógł. Znali się zresztą od dawna i nie był to przypadek, że tamtego dnia zaproponował jej właśnie pójście na kurs. Jan Szulc znał dobrze matkę Henryki i jej siostrę. Niejeden raz wspierał je wszystkie, często jego pomoc okazywała się nieoceniona.

Kiedy matka przestawała pić i znajdowała więcej czasu dla rodziny, Henryka potrafiła oddać jej wszystko, co dorobiła na tramwajach. Wtedy to matka stawała się głową rodziny, i to ona trzymała w portfelu wszystkie rodzinne oszczędności.

Dzięki temu, że pan Jan znał dom rodzinny Henryki i  jej dobre serce, wiedział, że gdy tylko bierze więcej kursów na mieście, nie znaczy to wcale, że będzie miała nagle codziennie kanapkę. Nie miała, bo pieniądze na chleb trzymała matka. Kanapkę podrzucał jej więc ukradkiem do kieszeni pan Janek. Czuwał nad młodą, przepracowaną motorniczą. A  przepracowywała się zawsze.

Tak jak kiedyś brała dodatkowe roboty na noce i stukała na maszynie, tak teraz brała dodatkowe kursy. Potrafiła przepracować 400 godzin w miesiącu – przeciętnie jakieś trzynaście godzin dziennie. A gdzie czas na kino, na spotkanie z przyjaciółmi?

– Byłaś na imieninach u Marysi? – pytał pan Jan zaniepokojony tym, że Henia nigdzie nie wychodzi.

– Jakich imieninach? Przecież kurs miałam.

– A do Stacha się wybierasz? Córka mu się urodziła. Zapraszał na wódeczkę.

– Ja nie mam czasu na imieniny, wódeczki. Mam dom na głowie, pracować muszę.

– Zmarnujesz się, jak będziesz tyle pracować.

– Pan już nie przesadza, panie Janku. Przecież byłam na grzybach z ZMS-em. Dwa razy nawet.

– Tak. Trzy lata temu.

W tramwajach każdy dzień przypominał poprzedni i kolejny. W zajezdni trzeba było stawić się o świcie. Wsiadała w swoją „trójkę”, a teraz w „piętnastkę”, i jechała w trasę. Od przystanku do przystanku, od pętli do pętli. Ludzie wsiadali, przepychali się, krzyczeli, narzekali: „Wolniej”, „Szybciej”, „Ostrożnie, kurwa, kartofle wozisz czy ludzi?”. A Henia otwierała drzwi, wpuszczała ludzi, zamykała, czasem ryknęła na co bardziej aroganckiego i niecierpliwego pasażera, obracała się na swoim okrągłym stołeczku i jechała przed siebie. Po iluś tam kursach zjeżdżała do zajezdni, składała skargę na zepsuty tramwaj, słyszała, że może sobie swoją skargę wsadzić, i szła na obiad do domu. Po obiedzie wracała do zajezdni. Czasem nie zdążyła pobiec do domu zjeść i musiała zadowolić się kanapką albo czekać do wieczora na kolację.

Popołudniowe kursy były chyba gorsze niż poranne. Ludzie wracali z  pracy, spieszyli się do domów. Zajeżdżała na plac przy Stoczni im. Lenina i  zabierała tłum ubranych w  niebieskie drelichy robotników. Niekiedy słyszała rozmowy pasażerów. Podobne do tych, jakie toczyła z  kolegami w  zajezdni. O  tym, że części brakuje, że wczoraj zmianowy poparzył dłonie, bo znów zabrakło rękawic, a  trzeba było przenieść gorącą rurę z  jednej hali do drugiej. Zasady awansu w  pracy są niesprawiedliwie. Znowu ktoś dostał lepsze stanowisko tylko dlatego, że zapisał się do partii, znowu wydłużono czas pracy, znowu podkręcono normy. Kobiety martwiły się, że dzieciaki z  ubrań wyrastają, a  na nowe nie ma. A  jak się nawet odłoży, to i  tak nic w  sklepie dostać nie można. Tylko dzieci milicjantów i  żołnierzy jakimś cudem mają nowe rajstopki. Znała dobrze tę tramwajową mantrę:

– Butów nie ma.

– Mleka nie ma.

– Moja siostra ze wsi kurę przywiozła. Pół mi dała. Rosół na niedzielę zrobię.

– Szkoda, że u nas kur nie ma.

– Mięsa nie ma.

– Podwyżki.

– Zwolnienia.

Któregoś razu młody mężczyzna w  wąskich spodniach i  flanelowej koszuli parodiował przemówienie Edwarda Gierka, I  sekretarza KC PZPR. Wyprostował się, co w  wypełnionym po brzegi tramwaju było nie lada wyczynem, chrząknął i  zaczął mówić:

– Towarzysze, nowy rok przyniesie nam nowe sukcesy, ale też nowe zmartwienia. Jeśli zabraknie papieru toaletowego, to zrozumcie, że powodem jest susza, która czeka nas tego lata. Jeśli zabraknie lodu, to dlatego, że czeka nas ostra zima.

Pasażerowie zanosili się śmiechem, niektórzy pamiętali prawdziwe noworoczne przemówienie I sekretarza zapowiadające susze i mrozy. Wielkiej suszy jakoś nie było, zaczęły się za to powodzie. Sucho czy mokro, mydła w sklepie tak czy siak zabrakło. W sumie to logiczne. Skoro zapowiadali, że będą braki wody, zapewne profilaktycznie zmniejszono też produkcję mydła.

Podobno młodzieniec przedrzeźniający Gierka miał potem problemy w pracy.

Druga Polska Edwarda Gierka

„Aby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej” – to hasło propagandowe z lat 70. Polacy potraktowali serio. Po tragedii grudnia ’70 na Wybrzeżu wraz z władzą zmienił się nie tylko styl rządzenia. Zrzędliwego „gnoma” Gomułkę, który inteligentami gardził, a rodakom oferował siermiężny socjalizm ślepych kuchni, kaszanki i śledzia, zastąpił „światowiec” – mówiący nieźle po francusku, a słabo po rosyjsku, „dobry gospodarz” prosto z katowickiego Komitetu Wojewódzkiego PZPR, Edward Gierek. Zamiast gromić z trybuny syjonistów i ogłaszać kolejny wzrost spożycia wołowiny bez kości o 0,12 kg na głowę obywatela, pytał robotników, czy mu pomogą zbudować w Polsce prawdziwy socjalistyczny dobrobyt, a kraj uczynić światową potęgą gospodarczą. To był nie tylko lepszy PR, mówiąc dzisiejszym językiem, I sekretarz faktycznie przestawił gospodarkę na nowe tory.

W latach 1971–1975 nastąpił wzrost płac realnych o kilkadziesiąt procent, w sklepach pojawiły się rzadko wcześniej spotykane dobra (w tym produkowana na licencji coca-cola), uchylono szerzej furtkę do wyjazdów na Zachód. W oczach rosły wielkie inwestycje – osiedla bloków z wielkiej płyty (nawet do kilkuset tysięcy mieszkań rocznie), Trasa Katowicka, Port Północny w Gdańsku, warszawska Trasa Łazienkowska, a zwłaszcza gigantyczny kombinat Huta Katowice w Dąbrowie Górniczej.

Jednak