Duża kieszeń na kłopoty - Agata Mańczyk - ebook + audiobook + książka

Duża kieszeń na kłopoty ebook i audiobook

Agata Mańczyk

4,7

Opis

Greta, Pola, Gutek i Nikodem – czwórka zbuntowanych nastolatków – spędzają wakacje nad polskim morzem. Oczywiście już od kilkunastu dni nieprzerwanie pada deszcz… Nuda sprawi, że wszyscy razem wplączą się w niezwykłą przygodę. Przy okazji zadrą z gangsterami, miejscowymi i kim się da, nawiążą też przyjaźnie i przeżyją pierwsze zauroczenia… Przede wszystkim jednak każde z nich lepiej pozna samego siebie i zrozumie, co tak naprawdę się w życiu liczy.

Książka, która trzyma w napięciu, zaskakuje niespodziewanymi zwrotami akcji i nie pozostawi żadnego czytelnika obojętnym.

Agata Mańczyk – skończyła studia na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego, współpracowała z czasopismem „Filipinka”, była nauczycielem języka polskiego w szkole dla trudnej młodzieży, prowadzi warsztaty pisarskie dla dzieci. Jest mamą trójki szalonych dzieciaków, o wyczynach których planuje napisać książkę, a także właścicielem, ale przede wszystkim przyjaciółką, niezwykłego psa – Polskiego Owczarka Nizinnego. Swój czas dzieli między opiekę nad dziećmi, pisanie książek, spacery z psem a czytanie, rysowanie i piątkowe spotkania z przyjaciółmi. Praca i zabawa z dziećmi dają jej ogromną satysfakcję. Lubi organizować zabawy w terenie na urodzinowe przyjęcia, czytać o smokach i elfach, pić kawę, jeść czekoladę, jeździć na rowerze i na wrotkach, oglądać bajki ze swoimi dziećmi.

Fascynują ją wampiry, stara Warszawa i filmy Giuseppe Tornatore. Ogromnym sentymentem darzy Mazury, gdzie spędziła wiele magicznych chwil, i Śląsk, skąd pochodzi jej mąż i gdzie poznała wielu niezwykłych ludzi. Z chandrą i zmęczeniem walczy, słuchając piosenek Wojciecha Młynarskiego, Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory. Kolekcjonuje pocztówki ze staruszkami z różnych stron świata. Na początku szkoły podstawowej postanowiła, że będzie pisarką, a teraz już wie, że nie ma przed tym ucieczki – niewiele jest rzeczy w życiu, które sprawiają jej taką frajdę, jak pisanie książek.

Agata Mańczyk jest autorką książek dla młodzieży (m.in. „Jajecznica na deszczówce”, „Pierwsza noc pod gołym niebem”, „Facet z prostą instrukcją obsługi”, „Duża kieszeń na kłopoty”, „Rupieciarnia na końcu świata”) i dla dorosłych (seria „Huczmiranki”).

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 403

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 25 min

Lektor: Joanna Domańska

Popularność




Zajrzyj na strony:

www.nk.com.pl

Znajdź nas na Facebooku

www.facebook.com/WydawnictwoNaszaKsiegarnia

W serii

Agata Mańczyk Jajecznica na deszczówce

Agata Mańczyk Pierwsza noc pod gołym niebem

Agata Mańczyk Facet z prostą instrukcją obsługi

Agata Mańczyk Duża kieszeń na kłopoty

Przede wszystkim dla moich

magicznych stworów: Gabrysi i Gawła.

Dla Julii – wyjątkowej czytelniczki

i nieprzeciętnej dziewczyny.

I dla Was, którzy od początku trzymacie

kciuki za Szprychę, Bazyla i Czejena.

I jeszcze dla Andrzeja – już on wie dlaczego.

Acetonowa lalunia

Deszcz bezczelnie bębnił o parapety już dwunasty dzień. Miejscowi mruczeli niezadowoleni, że kiedy w lipcu pada, jesień będzie blada. Cokolwiek miało to znaczyć, nie wróżyło nic dobrego. Turyści skracali urlopy i wyjeżdżali, twierdząc, że wolą marznąć we własnym domu. Jarosławiec[1] pustoszał z każdym dniem, a sprzedawcy pamiątek, waty cukrowej, lodów i parasoli przeciwsłonecznych mieli coraz bardziej ponure miny.

Smażalnia jak zwykle była prawie pusta. Za barem cicho grało radio, a pod sufitem w starym telewizorze Włodzimierz Szaranowicz komentował wyjątkowo nudne spotkanie Kuba-Azerbejdżan. Kilka niedbale ustawionych stolików nakrytych ceratowymi obrusami, gdzieniegdzie przewrócona pieprzniczka i rozsypana sól na blacie, tworząca fantazyjny wzór. Podłoga usłana serwetkami, które pracujący nie wiadomo po co wiatrak co chwila podrywał do dziwnego tańca w powietrzu. Nie pachniało rybami, frytkami ani nawet coca-colą. Pan Waldek, sympatyczny czterdziestopięcioletni mężczyzna, drzemał za barem w nadziei, że kiedy się obudzi, zza chmur wyjdzie słońce, a do jego smażalni ściągną tłumy wygłodniałych turystów.

Greta malowała sobie paznokcie na czerwono. Siedziała wygodnie przy stoliku w kącie pod wiszącą na ścianie paprotką i lekko drżącą dłonią nierówno pokrywała każdy paznokieć mazią, którą potwornie czuć było acetonem. Nie wyglądało jednak na to, żeby komukolwiek z obecnych to przeszkadzało. Greta co chwila dmuchała w ciemną, prostą jak drut grzywkę, bo tak robiły te wszystkie dziewczyny w szkole w najmodniejszych ciuchach i precyzyjnych makijażach. Tylko że one miały zawsze długie, błyszczące loki, brzoskwiniową cerę i idealnie pełne usta. Greta rzadko patrzyła w lustro, ale i tak wiedziała, że z jej szorstkimi jak papier ścierny włosami i trupio bladą cerą nie może się z nimi równać. Do diabła jednak, w końcu jest na wakacjach! Tu nikt jej nie zna i przez te upiorne dwa tygodnie z rodzicami, pilnującymi tylko tego, żeby łykała zwiększoną dawkę witamin i jodu, może być, kim chce! Właśnie po to tu przyjechała.

Zamierzała chodzić na dyskoteki, siedzieć do północy na plaży w jakimś bardzo nieodpowiednim towarzystwie i robić to wszystko, czego takie chorowite, wymizerowane i ciągle osłabione istoty jak ona w żadnym wypadku i pod żadnym pozorem robić nie powinny. Taki mniej więcej miała plan. Chociaż raz trochę się zabawić i zobaczyć, jak żyją normalni ludzie w jej wieku. A rodzice? Było tylko jedno wyjście. Kłamać. Łgać do upadłego, a potem zacząć od początku. Z tym akurat Greta radziła sobie naprawdę dobrze. Nigdy nie brakowało jej pomysłów. Opracowała drobiazgowy plan, ale niestety nie przewidziała w nim... deszczu. Przeklęta pogoda wszystko skomplikowała. Rodzice stali się bardziej czujni i przewrażliwieni. Greta musiała porządnie kombinować, żeby ich zmylić. A poza tym, jaki sens ma siedzenie na plaży w taką ulewę? Pech, przeklęty, złośliwy i ponury jak całe jej życie. Z obmyślonego szaleństwa zostało jej tylko malowanie paznokci. Siedziała po turecku na drewnianym krześle, chociaż mama na pewno by jej na to nie pozwoliła, bo ma za słabe kości. „Mogłabyś spaść, złamać nogę albo kręgosłup i spędzić resztę życia na wózku inwalidzkim. Czy to nie zbyt wygórowana cena za wątpliwą przyjemność takiego dziwacznego siedzenia, moja droga?”. Greta uśmiechnęła się zjadliwie i odepchnęła od stolika, bujając się przez chwilę na tylnych nogach krzesła. Podziwiała cztery wyjątkowo nieudolnie pomalowane paznokcie. Wspaniała czerwień. Mama będzie zdruzgotana.

Gustaw z rozdrażnieniem wytarł okulary o sweter i potargał sobie i tak już mocno splątane włosy. Po raz setny w ciągu ostatnich pięciu minut rozejrzał się po sali, z kwaśną miną wciągnął w nozdrza zapach lakieru i poszukał winowajcy. Kiedy jednak odnalazł go w przeciwległym końcu lokalu w postaci ładnej, uśmiechniętej brunetki, tylko zmarszczył brwi, westchnął wymownie i zerknął na jej ręce, próbując określić, ile jeszcze zostało jej paznokci do pomalowania. Dziewczyny! Nie miał pojęcia, po co takie dziwadła istnieją na świecie. Potrafią zmarnować połowę życia na papranie się w tym świństwie, wmawiając jeszcze sobie i wszystkim wokół, że robią to dla urody. Ta na przykład na pewno nie przeczytała ani jednej książki. Poznał od razu po bezmyślnym uśmiechu, z jakim gapiła się na buteleczkę tego czerwonego paskudztwa.

Gustaw siedział w kącie przy drzwiach wejściowych i z prawdziwą przyjemnością czytał Przygody fryzjera damskiego Eduarda Mendozy. Głośno chrupał paluszki i co chwilę wybuchał głośnym śmiechem. Czego więcej potrzeba człowiekowi do szczęścia? Dobra książka, słone paluszki i święty spokój. Właśnie po to tu przyjechał. Szczerze mówiąc, miał gdzieś plaże, szumiące morze i kiwające się na horyzoncie statki. Nie ruszała go też możliwość wakacyjnego romansu z jakąś wytapirowaną warszawianką. Szukał tu tego, czego tak bardzo brakowało mu w domu. Spokoju. Dla Gutka był on najcenniejszy na świecie. Dlatego co roku jeden miesiąc wakacji spędzał u babci w Jarosławcu. Uciekał od ciągle kłócących się rodziców, od wyrzutów o zmarnowanym życiu, niespełnionych marzeniach i braku pieniędzy na nowe meble. Nie żeby się skarżył. Do osiemnastki jakoś wytrzyma, a potem się wyprowadzi. Na razie potrzebował po prostu czasami odpocząć od nieszczęśliwych, znudzonych sobą rodziców i od domu, w którym wszyscy kiszą się we własnym, mocno sfermentowanym sosie. I właśnie odpoczywał. A to, że akurat padało, nie miało dla niego najmniejszego znaczenia.

Pola siedziała tyłem do sali, zwrócona w stronę okna z widokiem na ulicę, po której od kilkunastu dni nikt już nie spacerował. Na stole przed nią leżała duża biała kartka i mnóstwo ołówków. Mało rzeczy na świecie sprawiało jej większą frajdę niż rysowanie. Związała niedbale grube, jasne włosy w węzeł na karku, cierpliwie chowając za uszy wymykające się kosmyki. Co chwila przyglądała się pustej ulicy, jakby próbowała tam wypatrzyć coś, czego nie dojrzy przeciętny obserwator. Wybierała odpowiedni ołówek i szybkimi ruchami kreśliła na kartce cieńsze i grubsze linie. Zanim jednak zdążyła narysować zaplanowany fragment, brunet siedzący koło drzwi po raz kolejny wybuchał śmiechem, wytrącając ją z rytmu. Odwracała się zirytowana w jego stronę, a kilka nowych złocistych kosmyków uciekało spod gumki. Posyłała mu swoje słynne spojrzenie, które mrozi szpik w kościach, ale chłopak nawet nie drgnął. Przewracał tylko stronę i z wypiekami na twarzy czytał dalej z lekkim uśmiechem.

Wracała ze złością do rysunku, próbując ponownie skupić się na przerwanej pracy. Trudno, nie może przecież oczekiwać, że na świecie będą żyli sami artyści. Obok leżała prawie pusta paczka gumy owocowej. Dziewczyna co jakiś czas wyjmowała nowy listek, przymykała oczy przy pierwszym przegryzaniu, żuła przez chwilę, głośno strzelając balonami, a kiedy guma traciła smak, po prostu wyrzucała ją do popielniczki na stoliku obok i sięgała po następną. To ją uspokajało i pozwalało się skupić.

Dziadek zawsze powtarzał, że w spodniach najważniejsze są duże kieszenie, bo można w nich upchnąć wszystkie kłopoty. Przy każdym praniu zawsze tracą trochę koloru, aż w końcu wystrzępią się i z czystym sumieniem będzie je można wyrzucić do kosza. Kłopoty, nie spodnie. Pola nie miała specjalnie skomplikowanego życia. To znaczy, miała młodszego brata Marka, którego mama nazwała tak na cześć Hłaski. Miała tatę, który pracował od rana do nocy przez siedem dni w tygodniu i nigdy nie znajdował czasu, żeby z nią pogadać. I miała dziadka, który był na emeryturze i którego przede wszystkim zajmowały niekończące się rozmowy z wnukami. Mieszkała z tymi trzema facetami, z których, zaczynając od najmłodszego, jeden strasznie ją wkurzał, drugi był jej prawie zupełnie obcy, a bez trzeciego jej życie straciłoby sens. Oczywiście gdzieś na horyzoncie majaczył jeszcze ten czwarty. Piękny jak Archanioł Gabriel i jak każdy anioł niezwracający uwagi na zwykłe śmiertelniczki. W każdym razie jej życie nie wydawało się złe. Dziadek gotował, ona sprzątała, Marek bałaganił, a ojciec pracował. Podział obowiązków został określony jasno, więc radzili sobie bez wielkich awantur. No tak... Była jeszcze jedna sprawa. Pola nie miała mamy. Choć od jej śmierci minęło już trochę czasu – dokładnie dwa lata, trzy miesiące i dwadzieścia trzy dni – z każdym miesiącem Pola coraz bardziej za nią tęskniła i czuła, że jej potrzebuje. Ten problem porządnie wystrzępił się w kieszeniach dziadkowych spodni, a mimo to Pola wiedziała, że jeszcze długo nie zdoła wyrzucić go na śmietnik i zapomnieć. Pomagało jej rysowanie. Śnieżnobiały karton, zapach grafitu i chwila, kiedy delikatnie robiła pierwszą kreskę miękkim ołówkiem B6. Wtedy zapominała o wszystkim. Nawet o tym, że ma sześć kilo nadwagi i żadne wałki nie działają na jej upiornie wręcz proste włosy. Tak. Rysowanie i dziadek to był jej sposób na całe zło tego świata. Nawet na deszczowe wakacje nad zimnym morzem.

Nikodem zajmował czwarty kąt sali. Wysoki rudzielec z krótko ostrzyżoną głową i milionem piegów na obu policzkach. Siedział z łokciami opartymi na stole, z pasją naciskając niezmiennie te same trzy guziki w telefonie komórkowym. Za każdym razem, kiedy blondynce przyszło do głowy strzelić owocowym, gigantycznym balonem, on tracił jedno życie. Gra to precyzja, stres i wielkie napięcie, ale jeśli jakaś damulka co chwila przyprawia człowieka o stan przedzawałowy, strzelając głośniej niż kałasznikow, nic dziwnego, że ta cholerna, złośliwa maszyna co rusz oznajmiała: „Game over”. Wtedy chłopak ze złością chował komórkę do kieszeni, patrzył przez moment zmrużonymi oczami na plecy blondynki, pewny, że nawet jeśli byłaby ładna jak Angelina Jolie, bez wahania udusiłby ją tymi jej długimi i błyszczącymi jak wąż włosami. Po chwili jednak oddychał głęboko i z nowym błyskiem w oku sięgał po telefon, mrucząc pod nosem coś niezrozumiałego i co jakiś czas zerkając na dziewczynę, która powodowała kolejne eksplozje.

Czy nie miał ciekawszych zajęć? Może powinien rozejrzeć się za pożyteczną pracą, do czego bezskutecznie namawiała go mama. Mógłby zaoszczędzić pieniądze i wyjechać stąd na zawsze. Uwolniłby się w końcu od ciągle pijanego ojca, który nigdy nie był z niego zadowolony. Mógłby znaleźć robotę na przykład w Warszawie, wynająć pokój i umawiać się na randki z pięknymi miastowymi dziewczynami. Mógłby zarobić kupę kasy, bo w stolicy podobno dobrze płacą, i kupić sobie motor. Prawo jazdy też by zrobił, czemu nie? Może nawet skończyłby szkołę, żeby mieć papier, bo mówią, że bez tego w dużym mieście jesteś, bracie, nikim. To wszystko bzdury! Nigdy nie wyjedzie z tego grajdołu. Nie ma nawet pieniędzy na bilet do Słupska. W szkole przepchnęli go do następnej klasy tylko ze względu na matkę, która była tam sprzątaczką. Dziewczyna, praca i motor w Warszawie! Marzenia lepiej od gorzały robią człowiekowi kisiel z mózgu. Prawda jest taka, że będzie siedział w tej nadmorskiej pipidówie do śmierci i skończy jak ojciec... Po co się szarpać, próbować i za każdym razem dostawać po łbie? A bo mu tu źle? Sucho, ciepło i nabił już cztery tysiące punktów.

Deszcz nasilił się i Pola zamarła na moment z ołówkiem w ręku, zastanawiając się, jak narysować taką ulewę. Po chwili wpadła na jakiś pomysł, bo strzeliła głośno różowym balonem i pochyliła się nad prawie skończonym rysunkiem.

Wszystko potoczyło się swoim torem, jak to miało miejsce od dwóch godzin. Nikodem, który podskoczył od wystrzału, spiorunował Polę wzrokiem bazyliszka, po czym westchnął głośno i usłyszał kolejne „Game over”. Greta zakręciła buteleczkę z lakierem, mocno nią potrząsnęła, otworzyła i z lekko wysuniętym językiem rozpoczęła malowanie prawej ręki. Gustaw spojrzał na nią zdegustowany znad okularów, po czym pokręcił z dezaprobatą głową i wrócił do lektury. Po chwili roześmiał się głośno i blondynka znowu przerwała rysowanie, odwracając się ze złością, czego on oczywiście nie zauważył. W tej przytulnej atmosferze cała czwórka miała dużą szansę doczekać kolacji, gdyby nagle drzwi smażalni nie otworzyły się ze skrzypnięciem.

***

Było ich dwóch. Obaj w całkowicie przemoczonych dresach i z mokrymi od deszczu głowami, na których włosy miały długość maksymalnie dwu milimetrów. Różniło ich tylko to, że jeden był ładnie opalony i nieco grubszy, co niewątpliwie wskazywało na wakacje nad Morzem Śródziemnym, a drugi, najwidoczniej skazany na Bałtyk, był blady jak obrus świąteczny i do tego jeszcze chudy jak patyk. Zaszurali głośno krzesłami przy środkowym rzędzie stolików, zajmując ten najbliżej baru. Pan Waldek ocknął się i automatycznie nalał piwo do dwóch plastikowych kubków, a następnie leniwym krokiem poszedł na zaplecze, żeby dokończyć drzemkę. Chudzielec złapał kufle i z przyjemnością od razu opróżnił swój do połowy. Grubas postawił napój na stole i z niedowierzaniem kręcił głową.

– Co za pacan! Skończony głupek, dureń i jełop! – Uderzył pięścią w stół. – No, powiedz mi, Wentyl, jak można zgubić walizkę pełną kasy! Ja wszystko rozumiem, facet spanikował, gliny deptały mu po piętach. Do tego jeszcze goniły go te wyszkolone policyjne wilczury. Było ciemno i mokro. Właśnie skasował mojego merca i swoją prawą rękę. To cholernie trudna sytuacja, dlatego jestem wyrozumiały, ale jak, do stu diabłów, można zgubić taką walizkę?!

– Mambo... – Chudzielec zwany Wentylem poklepał go po ramieniu. – Daj spokój. Ostatecznie to twój brat.

– No widzisz. I to jest w tym wszystkim najgorsze. – Grubas pokiwał głową całkowicie zrezygnowany. – Jak taki inteligentny i obrotny facet jak ja może mieć za brata takiego kretyna?

Pola przerwała rysowanie i ostrożnie podniosła głowę, wyraźnie zainteresowana przebiegiem rozmowy.

– Słuchaj, stary, jeszcze nic straconego. Twój brat rzeczywiście spaprał sprawę, ale to się da łatwo naprawić. Walizka nie igła, łatwo będzie ją znaleźć. – Wentyl poklepał kolegę po pulchnym ramieniu.

– Tego właśnie się obawiam – mruknął Mambo i odwrócił się w stronę baru.

– Waldek, podkręć radio, bo nic nie słychać.

Właściciel nie pojawił się jednak za kontuarem, więc Mambo podniósł się ciężko, sapnął i podszedł do stojącej na zakurzonym blacie wieży. Zajrzał na zaplecze i pokręcił z niedowierzaniem głową na widok chrapiącego Waldka.

– A ty co? Ciekawy jesteś prognozy pogody czy jak?! – Zarechotał chudzielec, ale wściekłe spojrzenie kumpla szybko zgasiło głupkowaty uśmiech.

Mambo nacisnął jakiś guzik i przekręcił gałkę radioodbiornika. Po smażalni niósł się zamszowy głos spikera:

– Uwaga, proszę państwa, nadajemy komunikat specjalny – zaczął poważnie. – Wczoraj około południa w Jarosławcu skradziono z samochodu marki Mercedes czarną, skórzaną walizkę, w której znajdowały się niebezpieczne dla zdrowia i życia środki ochrony roślin, a także próbki skażonej wody pochodzącej z terenów zakażonych ptasią grypą. Znalazcę czarnej walizki przestrzega się przed jej otwieraniem i przechowywaniem w nieodpowiednich warunkach. Próbki powinny jak najszybciej znaleźć się w laboratorium, bo mogą emitować do środowiska trujące substancje. Walizkę należy niezwłocznie oddać właścicielowi, który czeka pod numerem telefonu 602 454 78 70, lub na posterunek policji w Jarosławcu.

Mambo pokiwał głową i ściszył radio, z którego popłynęła teraz smętna muzyka. Wrócił do stolika, pociągnął łyk piwa i kiwał powoli głową, jakby powtarzał w myślach każde wypowiedziane przez spikera słowo.

– Co za frajer wozi takie świństwa na tylnym siedzeniu?! – zaśmiał się znowu Wentyl i natychmiast zrozumiał, że dał plamę.

Grubas czekał cierpliwie, aż odpowiednie kabelki połączą się w głowie kolegi, przynosząc oczekiwaną reakcję.

– Sprytne – mruknął w końcu chudzielec, z uznaniem kiwając głową. – Cholernie przebiegły z ciebie sukinkot. Kazałeś ją oddać na nasz komisariat.

– Liczę, że będziesz wtedy na służbie.

Zaśmiali się i stuknęli kubkami, aż piwo prysnęło na stolik.

Greta przestała malować paznokcie i ukradkiem obserwowała mężczyzn, nie tracąc ani słowa z ich coraz ciekawszej rozmowy.

– To ile tam tego jest? – zapytał chudzielec. – Pytam z czystej ciekawości.

Mambo pokiwał ostrzegawczo pulchnym palcem.

– Ciekawość to pierwszy stopień do... sukcesu! – Roześmiał się głośno i uderzył pięścią w stół. Pociągnął potężny łyk piwa. Rozejrzał się po sali. Chudzielec zrobił to samo i wzruszył ramionami.

– Chyba nie boisz się tych dzieciaków – rzucił rozbawiony.

– Boję się każdego, kto tak jak ty ma mózg wielkości pestki słonecznika i chce w knajpie pełnej ludzi gadać o pieniądzach.

Patrzyli na siebie przez chwilę w napięciu. W końcu Mambo wziął ze stołu solniczkę i wysypał jej zawartość na stół. Zmierzył uważnie wzrokiem siedzące przy stołach dzieciaki, a kiedy żadne z nich nawet nie drgnęło pod jego ciężkim, podejrzliwym spojrzeniem, nachylił się nad stołem i przebiegle się uśmiechając, napisał coś małym palcem na białej plamie rozsypanej soli.

– Pięćset tysięcy! – krzyknął Wentyl, łapiąc się za głowę, a Mambo z wściekłością uderzył pięścią w stół, aż serwetki wyskoczyły z pojemnika, zatańczyły zgrabnie w powietrzu i z gracją upadły.

– Zamknij jadaczkę, kretynie! – wysyczał.

– Daj spokój, Mambo – zaśmiał się Wentyl. – Tu nikogo nie ma. Waldek chrapie. Kto cię tu podsłucha? Te dzieciaki? Przecież one nie potrafią zliczyć do trzech.

Gutek z trzaskiem zamknął książkę, tępo wpatrując się w pomarańczową okładkę pełną tłustych plam.

– Jak tak się boisz, to po co umawiałeś się ze mną w knajpie? Mogliśmy się spotkać u ciebie w domu.

– W domu? – Mambo uśmiechnął się ironicznie. – Żeby ojciec zrobił z nas kilimy do salonu?

– Kili... co?

– Nieważne. Czasami zapominam, że jesteś tylko policjantem. – Mambo machnął zrezygnowany ręką. – W domu to ja nie mogę gadać nawet o pogodzie. Gliny siedzą nam na karku. Raz w tygodniu robią kocioł. Diabli wiedzą, czego szukają. Pewnie dostali cynk od chłopaków z Gdańska i węszą. I w końcu coś wywęszą. Muszę uważać. U mnie się nie da nawet kichnąć, żeby tego nie usłyszała cała nadmorska policja. U ciebie na komisariacie wolę się nie pokazywać. A Waldek to swój człowiek. Przecież chodził z nami do podstawówki. Prędzej ty mnie wykapujesz niż on. Zawsze załatwiam tu interesy i jeszcze nigdy tego nie żałowałem, więc się nie mądrz, tylko słuchaj, bo będę miał dla ciebie robotę.

Wentyl westchnął.

– Wróćmy do tematu. Znasz się na cyferkach. To rzeczywiście pięćset tysięcy, tylko że eurasów, bracie – dokończył Mambo z satysfakcją, obserwując coraz niżej opadającą szczękę kolegi.

Nikodem stracił właśnie ostatnie życie, ale tym razem wcale się tym nie przejął. Chudzielec jęknął i opadł bezwładnie na oparcie krzesła.

– Pół miliona euro... – kontynuował Mambo – które pomożesz mi odzyskać i dostaniesz za to...

– Trzydzieści procent – zaproponował Wentyl, a grubas machnął ręką, jakby nieznośna mucha bzyczała mu koło ucha.

– Targujesz się? – Zaśmiał się nieprzyjemnie. – Ze mną? Właśnie dlatego cię lubię. Nigdy nie tracisz dobrego humoru.

– Dziesięć – nie ustępował chudzielec.

– Przypominam ci, że wisisz mi dużą kasę. Podejrzewam, że zabraknie ci życia, żeby mi ją oddać z tej twojej głodowej policyjnej pensji. Moja propozycja jest prosta: ty mi pomożesz, a ja umorzę ci dług. Jeśli ci nie pasuje, to masz czas do jutra do południa na oddanie pieniędzy. Jasne?

– W porządku – mruknął ponuro Wentyl. – Co trzeba zrobić?

– Pójdziesz w nocy na cmentarz i odkopiesz ciało Zawiślaka, którego pochowali w tę sobotę.

Chudy zbladł.

– Co?

– To, co słyszałeś. Temu palantowi, mojemu bratu, tak strach tyłek ścisnął, że pobiegł na cmentarz i wrzucił torbę do świeżo wykopanego grobu. Nie pomyślał tylko, jełop jeden, że rano wprowadzi się tam nowy lokator.

Wentyl głośno przełknął ślinę.

– Torbę? Mówiłeś, że kasa była w walizce.

– Jak cię Pan Bóg stworzył, to zapłakał. – Mambo pokiwał głową z politowaniem. – Myślisz, że schowałem taką kasę w jednym miejscu? Przy jakiejkolwiek wpadce, straciłbym wszystko.

Chudzielec spojrzał na niego wymownie.

– No dobra – burknął gruby. – Dosyć gadania.

– A co z walizką? – dopytywał się Wentyl.

– Diabli wiedzą. Mój brat jest, co prawda, półgłówkiem, ale za to z wyobraźnią. Kiedy policja już prawie go miała, jedyne, co przyszło mu do głowy, to podpalić mojego nowego merca, a walizkę wrzucić w krzaki podobno koło jakiejś wierzby płaczącej... Debil. Ty jesteś miejscowy chłopak, to powiedz mi, czy widziałeś kiedyś w lesie wierzbę?

Nikodem drgnął. Zerknął na grubasa, żeby być pewnym, czy nie blefuje. Nie. Taki facet żartuje tylko na pogrzebach. To wszystko prawda. Chłopak odetchnął głośno, jakby nagle zabrakło mu powietrza, a kiedy Wentyl spojrzał na niego podejrzliwie, szybko nachylił się nad komórką.

– A może ten twój braciszek zwinął wszystko dla siebie i wciska ci kit o tej wierzbie?

Mambo pokręcił zdecydowanie głową.

– To niemożliwe. Ma pełne portki ze strachu. Nie odważyłby się. Dobrze wie, że i tak go dorwę, a wtedy nasza biedna, schorowana matka będzie musiała rozpoznawać go po uzębieniu.

Pola szybko schowała rysunki i ołówki, gotowa wyjść w każdej chwili. Siedziała w napięciu, bojąc się uronić choćby słowo.

– Ale jak to się stało? Po co w ogóle dałeś mu tę kasę?

– A ty nie za ciekawy jesteś, co?

Wentyl wzruszył obojętnie ramionami, a grubas mlasnął, łyknął piwa i rozejrzał się leniwie po sali.

– Dałem mu robotę i ją schrzanił. Miał odebrać kasę od klienta za skradzioną brykę. Łatwizna. Dziecko by sobie poradziło, ale ten pacan oczywiście musiał się zgubić, nie zatrzymał się na żądanie drogówki, uciekał przez centrum miasta, rysując lakier mojego wozu, a na końcu po prostu spalił mi furę i zgubił kasę. Potrafiłbyś to wszystko zrobić w jeden dzień? A widzisz, jaki on zdolny. Mówiłem ojcu, żeby go nie wciągać do interesu, ale uparł się, że jesteśmy rodziną i musimy działać razem. I na co mi taka rodzina?

– To co z tą walizką? – dopytywał się Wentyl, a Nikodem szybko wyprostował się na krześle.

– Załatw Zawiślaka, wtedy pogadamy o reszcie. Trzeba będzie przeszukać las metr po metrze. Zwołam chłopaków. O północy spotkamy się na Białej Szosie. Do tego czasu masz mi oddać torbę z kasą.

Mambo podniósł się i zamierzał wyjść, nie płacąc rachunku. Nagle odwrócił się od drzwi.

– Tylko niczego nie kombinuj, bo inaczej lekarze będą mieli przy tobie więcej roboty niż przy moim bracholu.

Rzucił mu ostatnie groźne spojrzenie i trzasnął drzwiami. Wentyl siedział przez chwilę przy pustym stoliku, nie wiedząc, czy powinien się śmiać, czy płakać. W końcu zdecydował się na to pierwsze, ale uśmiech, jak wszystko inne w to deszczowe lato, wyszedł mu blado i niewyraźnie, więc tylko zaszurał nogami, mlasnął, zostawił na ladzie pieniądze za dwa piwa i wyszedł wolno, nie domykając drzwi.

Nikodem wyłączył komórkę i zdecydowanym ruchem schował ją do kieszeni. Rzucił okiem na salę. Nie miał się czego obawiać. Kilkoro zmarzniętych dzieciaków na wakacjach. Żadna konkurencja. I dobrze. Nie zamierzał dłużej użerać się z turystami. Wierzba płacząca w lesie? No proszę, pomyśleć, że to jego własny ojciec posadził ją na Czerwonej Polanie w dniu, kiedy urodził mu się syn. Nikodem cmoknął zadowolony, szybko ruszył do drzwi i mocno je za sobą zatrzasnął.

Greta zdążyła już wysuszyć wszystkie paznokcie. Zakręciła lakier i schowała go do kieszeni sztruksowych spodni. Wstała leniwie, przeciągnęła się, obserwując pozostałą dwójkę, ale nikt nawet na nią nie spojrzał. Zasunęła suwak niebieskiej bluzy i precyzyjnie zapięła wszystkie guziki dżinsowej kurtki, sztormiak przerzuciła przez ramię. Ostrożnie odstawiła krzesło na miejsce i wolno wyszła ze smażalni.

Kiedy znowu skrzypnęły drzwi, Gutek zamknął książkę. Nie mógł pozbyć się przeczucia, że nie tylko jemu zakiełkował w głowie pewien pomysł. Nie podejrzewał acetonowej laluni, ale ten rudy typ nie przypadł mu do gustu. Za szybko się zmył. Pewnie tubylec. Szlag by ich trafił. Nie dość, że zdzierają kasę na każdym kroku, to do tego myślą, że wszyscy turyści są idiotami. No, jeszcze zobaczymy, kto się będzie śmiał ostatni. Ostatecznie, nie po to spędza tu od dziesięciu lat każde wakacje, żeby nie wiedzieć, gdzie jest cmentarz i Biała Szosa. Wsunął książkę pod pachę, postawił kołnierz grubego, granatowego swetra i wyszedł, trzaskając drzwiami.

Pola siedziała jeszcze chwilę, zastanawiając się nad tym, co usłyszała. Uśmiechnęła się lekko, nie wiadomo, czy do siebie, czy do deszczu za oknem. Okularnik, rudzielec i ta blada czarownica zmyli się zbyt szybko, żeby nie wzbudzało to jej podejrzeń. Biedny Zawiślak, nawet w grobie nie dadzą mu spokoju. Pola miała przeczucie, że dzisiaj odwiedzi go nie tylko chudy Wentyl. Czas ruszać. Powiesiła spakowaną wcześniej szmacianą torbę na oparciu krzesła. Nie będzie jej potrzebna, a karton z rozpoczętym rysunkiem mógłby się tylko pognieść. Wróci po nią później, kiedy załatwi kilka naprawdę ważnych spraw. Wyszła ze smażalni, cicho zamykając drzwi, żeby nie obudzić pana Waldka.

***

Od razu zauważył, że ktoś go śledzi. Zdziwił się, że nie zdążył go zgubić obok pizzerii, gdzie tłum kolonistów schronił się pod wiatą warzywniaka, jakby to miały być tylko przelotne opady. Deszcz lał równo, nie pozwalając odpocząć od swojego uciążliwego towarzystwa. Oczywiście turyści wyglądali na wściekłych, ale kto by się przejmował ich humorami. Przyjeżdżają, śmiecą, narzekają i wyjeżdżają niezadowoleni, zarzekając się, że ich noga więcej nie postanie w tej dziurze. No i niech leje, przynajmniej im wypłucze głupoty z głowy.

Nikodem postawił kołnierz wiatrówki, włożył ręce do kieszeni spodni i obejrzał się mimochodem. Okularnik nadal tam był – kiepski z niego tajniak, ale uparty skurczybyk. Ściskał pod pachą tę swoją książkę i udawał, że na niego nie patrzy. Szedł pospiesznie drugą stroną ulicy, jakby znał tutaj każdy kąt. Tacy są najgorsi. Turyści udający miejscowych. Wyszczekani i przemądrzali, tylko szukają okazji, żeby porządzić. Dobra. Facet sam tego chciał. Nikodem nie zamierzał ciągnąć za sobą ogonów, a już na pewno nie turyściaków z Warszawki czy innych szpanerów.

Szybko skręcił w wąską uliczkę między małymi domkami, a kiedy zobaczył, że chłopak idzie za nim, przeskoczył najbliższą furtkę, przebiegł podwórko, przecisnął się przez dziurę w płocie, która prowadziła do tajnej obluzowanej deski w stodole sąsiadów. Potem jeszcze tylko sprint przez podwórko i porządny skok przez stary, lekko pochylony płot. Był już na cmentarzu, a frajer z książką może sobie dalej spacerować po ulicach pięknego miasteczka. Nikodem uśmiechnął się lekko, wcisnął ręce do kieszeni i ruszył w stronę nowszej części nekropolii.

Znalazł od razu. Nie było zbyt dużo świeżych grobów. Poznał go po niedawno skopanej ziemi i paru kolorowych mieczykach wstawionych do wazonu. Zawiślak nie miał przyjaciół. Kilku kumpli od kielicha, paru dłużników i pies, którego nie karmił. Nikodem rozejrzał się szybko. Pusto. To nie pora na spacery po cmentarzach.

– No i co?

Usłyszał czyjś głos. Drgnął. Obrócił się, ale nikogo nie zobaczył.

– Będziesz kopał rękami, frajerze?

Gutek wyszedł zza sąsiedniego pomnika i patrzył na niego z politowaniem.

– A co ty tu robisz? – Nikodem z całych sił próbował zachować spokój.

– To samo co ty. – Uśmiechnął się kpiąco. – Żegnam zmarłego.

– Jak mnie tu znalazłeś? – Nikodem pytał bardziej samego siebie, ale chłopak odpowiedział z prawdziwą przyjemnością.

– To nie było zbyt trudne.

Przez długą chwilę mierzyli się wrogo spojrzeniami.

– No i jak? – Gustaw odezwał się pierwszy. – Masz łopatę czy przyszedłeś tylko klepać zdrowaśki?

Wyjął zza najbliższego pomnika dwa brudne, zardzewiałe szpadle i dwa czarne sztormiaki, w których pracowali grabarze.

– Skąd to masz?

– Ukradłem. – Gutek wzruszył ramionami.

– Niezłe z ciebie ziółko.

– Przynajmniej nie rozkopuję grobów.

Nikodem przyglądał mu się z trudnym do odgadnięcia uśmiechem.

– Naprawdę chcesz to zrobić? – zapytał z niedowierzaniem.

– To będzie mój pierwszy raz. – Gutek się krzywo uśmiechnął.

– I do tego ze mną. Jestem wzruszony.

Patrzyli przez chwilę na pospiesznie usypany grób, jakby próbowali odwlec decydujący moment.

– Ostatecznie... – zaczął niepewnie Gutek – co lepszego mamy do roboty?

Niki kiwnął głową i uśmiechnął się uspokojony.

– Pół na pół? – zaproponował.

Gustaw przytaknął i rzucił mu jeden płaszcz. Włożyli je i rozejrzeli się szybko. Deszcz lał jak z cebra. W taką pogodę nawet najbardziej pogrążeni w smutku żałobnicy siedzą w domu. Cmentarz był pusty. Przynajmniej tak im się wydawało. Nikodem zamknął oczy, zacisnął zęby i szybko wbił łopatę w miękką ziemię.

[1] Miejsca, o których mówi książka, są prawdziwe, jednak niektóre fakty zostały zmienione na potrzeby akcji.

Czerwona torba

Gustaw zaczął z drugiej strony. Szpadel Nikodema szybciej, niż się spodziewał, uderzył w coś twardego. Spojrzał zdziwiony na kolegę, który pracował obok.

– Zawiślak – powiedział Gutek i nagle zbladł. – To co robimy?

– Trzeba chyba zapukać i się przywitać – zażartował Nikodem.

Gutek uśmiechnął się niewyraźnie. Nagle zobaczył jakąś czarną postać po prawej stronie.

– Ksiądz! – szepnął i szturchnął Nikodema, żeby się pochylił.

Naciągnęli na głowy szerokie kaptury, zgarbili się lekko i pracowali w milczeniu.

– A co wy tu robicie? Mieliście kopać pod płotem! – Proboszcz ze złości na przemian czerwienił się i bladł. – Jutro chowamy samobójcę.

– Wie, ksiądz, jak to jest – mruknął Gustaw. – Wczoraj się robiło po piwku, dziś trzeba poprawiać, bo nam się grób zawali i dopiero będzie awantura, jak pomnik popęka.

– Po piwku?! U mnie na pogrzebie! Jak jeszcze raz się to powtórzy, wyrzucę na zbity pysk!

– Jak zawsze, proszę księdza.

Ksiądz machnął lekceważąco i już miał odejść, kiedy nagle spojrzał na nogi grabarzy.

– A co to za buty? W tenisówkach na pogrzebie?! Kazałem wam kupić mokasyny! Pieniądze parafian już przepite, tak? Patrzeć na mnie, jak do was mówię!

– Proszę księdza! Proszę księdza!

Krzyczała, jakby ją żywy trup próbował wciągnąć do grobu.

– Szybko, proszę księdza! Nie ma czasu!

– Co się stało, drogie dziecko?

– Zniszczyli trzy groby! Pomniki pomazali farbą, połamali kwiaty, krzyże potłuczone!

– Gdzie?! – Ksiądz patrzył na nią przerażony.

– Uciekają w stronę kościoła!

Ksiądz proboszcz, mimo swoich sześćdziesięciu pięciu lat, ruszył kłusem za wandalami. Kiedy zniknął za niedużą kapliczką, Pola spojrzała na chłopców triumfująco.

– Nie mogę uwierzyć, że nie mieliście żadnego planu awaryjnego.

– Nie mieliśmy planu, bo i awarii żadnej nie było – burknął Gutek.

Nikodem tylko mlasnął niezadowolony. Coraz więcej chętnych, psiamać.

– Tak? A kradzież i bezczeszczenie zwłok to nie jest awaria?

– Jeszcze nic nie zbezcześciłem, ale możesz być pierwsza.

– Ja tylko pytam, co byś zrobił, gdybym nie odwróciła uwagi proboszcza?

– Zapytałbym, czy Bóg istnieje, a jeśli tak, to dlaczego nie poprzestał na stworzeniu Adama!

– Bardzo śmieszne. Gdyby nie ja, mielibyście już poważne kłopoty.

– Jest! – krzyknął nagle Nikodem i rzucił się na mokrą ziemię.

Rzeczywiście była. Czerwona, ortalionowa torba. Leżała pod trumną. Nikodem zauważył tylko wystający kawałek paska. Próbował go wyciągnąć, ale trumna była zbyt ciężka.

– Lalunia, chodź no tu! – krzyknął do Poli. – Podniesiesz trumnę, a my wysuniemy torbę.

– Słucham? – zdziwiła się dziewczyna. – Chyba coś ci się pomyliło, kolego. Nie będę dźwigać żadnych zwłok.

– Daj spokój. Z naszej trójki jesteś najbardziej... masywna. – Gutek uśmiechnął się krzywo.

– Sugerujesz, że jestem gruba?

– Nic takiego nie powiedziałem. – Gutek wzruszył bezradnie ramionami.

– Dobra – wtrącił się Niki. – Pięć procent. Wchodzisz w to?

Dziewczyna zaśmiała się drwiąco.

– Jedna trzecia dla mnie, przystojniaczku.

Chłopcy spojrzeli po sobie z niesmakiem.

– I to ja wyciągnę torbę, jeśli tylko dacie radę z trumną, bo wyglądacie mi chuderlawo.

– Idą! – wrzasnął ktoś za ich plecami. – Skończycie się kłócić później. Teraz do roboty, bo zaraz tu będą.

– Kto? – spytali wszyscy równocześnie.

Greta zniecierpliwiona przewróciła oczami.

– Siedmiu jeźdźców Apokalipsy!

Spojrzeli na siebie ogłupiali.

– Grabarze! – krzyknęła i złapała się za głowę.

Wydarzenia ruszyły lawinowo, zanim Niki zdążył się zorientować. Ktoś, chyba ten zakręcony okularnik, szarpnął torbę i jakimś cudem wyślizgnęła się spod trumny. Niestety grabarze byli już przy nich. Najpierw złapali Nikiego, który miał nadzieję jeszcze się wyrwać i pobiec przed siebie najszybciej, jak potrafił, nawet jeśli musiałby przy tym zdemolować pół cmentarza. Następnie unieruchomili pulchną blondynę, która pojawiła się nie wiadomo skąd, i wreszcie czarną lalunię z pomalowanymi paznokciami. Wszystko by się zgadzało, tylko gdzie podział się ten sprytny zaskroniec z torbą pełną kasy?

Gutek nie wierzył, że to zrobił. Nigdy nie lubił cmentarzy. Pierwszego listopada zawsze udawał, że boli go brzuch, żeby nie włóczyć się po tym przygnębiającym miejscu. A teraz z własnej nieprzymuszonej woli nie tylko znalazł się w samym jego środku, ale do tego od jakichś trzech minut leżał w świeżo wykopanym grobie, do którego, o zgrozo, sam wskoczył. Wolał nie myśleć, co zrobi, jeśli za chwilę zostanie tu opuszczona świeża trumna z jeszcze świeższym nieboszczykiem. Poczuł dreszcz na plecach i mocniej przytulił się do czerwonej torby. Kiedy nadbiegli grabarze, a on wyciągnął torbę, nie miał wielkiego wyboru. Mógł dać się złapać od razu albo po krótkiej ucieczce. Mógł też, i to wydało mu się najrozsądniejsze, ukryć się w dole i czekać na rozwój sytuacji. Nie było to mądre, ale przez krótką chwilę liczył, że ktoś wykopał ten dół na śmieci albo do wypalenia w nim suchych gałęzi i resztek z wiązanek. Dopiero kiedy leżał z wyciągniętymi nogami w miękkim błocie, zrozumiał, że na cmentarzu doły kopie się tylko w jednym, przerażającym celu. Jeśli nie chciał doprowadzić się do stanu skrajnej histerii, powinien jak najszybciej wydostać się z tej makabrycznej kryjówki i pędzić przed siebie, mając gdzieś takie dyrdymały jak lojalność i pomoc kumplom w potrzebie.

Jakby się dobrze zastanowić, to ten rudy typ wcale nie był jego kumplem, nie wspominając już o dziewczynach, które Gutek z zasady omijał z daleka. Spotkali się przypadkiem, odkopali razem grób i tyle. Gutek nawet nie był pewny, czy lubi tego miejscowego chojraka. Prawdę mówiąc, nigdy nie szczęściło mu się w takich sprawach. Jego jedyny kumpel zdechł w zeszłym roku ze starości. Miał dwanaście lat, pełno pcheł i mieszkał w piwnicy ich bloku. Ludzie jakoś się nie sprawdzali w tej roli. Dał sobie z nimi spokój już kilka lat temu, kiedy kolega z klasy, który nazywał go przyjacielem, ukradł dziennik z pokoju nauczycielskiego, a potem podrzucił mu do plecaka i pokazał wychowawczyni, gdzie powinna szukać. Gutek wyleciał wtedy ze szkoły. Zresztą, szkoda gadać. Grunt, że nauczył się, żeby wszelkich kumpli omijać z daleka. Pozostawała mu babcia, z którą można pogadać o samochodach, książkach i filmach, a co najważniejsze, nie wtrącała się w jego sprawy.

Gutek nie tęsknił za przyjacielem. To bardzo zobowiązujący i na dłuższą metę niewygodny układ. Każde uzależnienie jest niebezpieczne. Przyjaźń wydawała się bardzo ryzykowna, bo w razie rozpadu traci się zazwyczaj więcej, niż się w nią włożyło. Całkowicie nieopłacalna sprawa. Nie szukał przyjaciół. Więcej, wszystkich potencjalnych kandydatów zamierzał od razu odprawić z kwitkiem. Jego życie było i tak wystarczająco skomplikowane. Zdecydowanie lepsze są książki. Tylko że w żadnej z nich nie napisali, co zrobić, leżąc z kupą kasy w grobie, który lada chwila może być zasypany. Z tych dwóch prostych powodów powinien teraz odwrócić się na pięcie i zostawić rudzielca i te pyskate panny.

Nic ich ze sobą nie łączyło. Nie powinien tego robić. To najgłupsze z możliwych rozwiązań i będzie go drogo kosztowało. Z całą pewnością przypłaci to zdrowiem i, co gorsza, nie swoim, tylko babci. Nie mówiąc o pieniądzach, które na pewno przepadną. Nie miał wyjścia. Po prostu nie miał innego wyjścia. To było najbardziej przerażające. Musiał pomóc tym frajerom, bo inaczej przy goleniu, co niebawem zamierzał robić każdego ranka, nie będzie mógł spojrzeć w lustro. To byli dla niego obcy ludzie, żadnych sentymentów, zero współczucia czy sympatii. Nie lubił ludzi jako takich i nie zamierzał im pomagać. Taką miał zasadę. Chciał być w życiu sam i nie widział w tym nic złego. Dobrze wiedział, czym kończy się życie we dwoje. Żadnych związków, więzi, nici plączących się pod nogami. Żadnych uczuć i emocji. Miłość, sympatia, nawet nienawiść czy złość niepotrzebnie wszystko komplikowały. Postanowił trzymać się od ludzi z daleka i na razie mu się to udawało. Aż do dzisiejszego pechowego dnia, kiedy napatoczyła się ta zgraja pomyleńców.

Westchnął ciężko. Wstał i wyjrzał ostrożnie na powierzchnię. Sprawa wyglądała kiepsko. Wygadany rudzielec wyglądał na takiego, który położy dwóch zawianych staruszków jednym palcem, a tymczasem cała trójka dreptała potulnie na plebanię, gdzie proboszcz już szykował święconą wodę i klęcznik. Gutek znowu westchnął. Tym razem głośniej i z większym żalem. „Gustawie, możesz być łajdakiem, jeśli ci to odpowiada, ale pamiętaj, że nawet najgorszy łajdak ma swoje zasady” – powiedziała mu niedawno babcia, kiedy odmówił zrobienia chorej sąsiadce zakupów. Myślał nad tym przez całą noc i doszedł do wniosku, że jest w tym odrobina sensu. Babcia miała rację. Zostanie ostatnim łajdakiem, zimnym, wyrachowanym draniem, bezdusznym cyborgiem bez serca, który kpi z ludzkich słabości i uczuć. Będzie łobuzem, ale łobuzem z zasadami, a jedna z jego zasad mówiła, że nie można uciec przed umową przypieczętowaną uściskiem dłoni. Dlatego właśnie musiał im pomóc. Umówili się co do podziału pieniędzy. Podali sobie ręce i gdyby teraz zwiał, byłby czymś gorszym od glisty ludzkiej siedzącej w jelicie cienkim. A tego nie chciał.

Pola od początku wiedziała, że tych dwóch to straszne ofermy. Jak można było zepsuć taką piękną akcję. Co prawda dokopali się do trumny, czego się po nich nie spodziewała, ale potem po prostu dali się złapać. W ostatniej chwili uratowała im tyłki przed tym wścibskim księdzem, jednak grabarzom nie udało się wywinąć... Rudy pyskacz, złapany, stał się grzeczny jak ministrant. Okularnik oczywiście zwiał z torbą. No i po zabawie. Może to i lepiej. Robiło się już trochę niebezpiecznie. Dziadek mówił, że trzeba się w życiu porządnie wypłakać, pośmiać i przestraszyć, żeby poczuć, że naprawdę się żyje. I że kłopoty lepiej smakują, kiedy przyprawi się je niebezpieczną przygodą. Pewnie miał rację, ale w tym wypadku sprawa zapowiadała się zbyt poważnie. Jak by na to zareagowała mama? Pola cmoknęła niezadowolona. Nie powinna się nad tym zastanawiać. Mama nie żyła i z tego prostego powodu nic nie mogła zrobić. Czasami, prawdę mówiąc, bardzo często, Pola rozmyślała nad tym, jak zachowałaby się mama. Co powiedziałaby na to, że mają taki sam kolor włosów i oczu i że Pola dorobiła się tych przeklętych sześciu kilo nadwagi? Może kazałaby się zapisać na aerobic albo zabroniła odchudzać? Pewnie złościłaby się na ojca, że tyle pracuje, i nie pozwoliła Markowi przesiadywać wieczorem przed telewizorem. Pola mogłaby z nią pogadać o tym chłopaku ze szkoły, który nawet na nią nie spojrzy. Zresztą, lepiej nie. Dziewczyny mówią, że matki nie rozumieją takich rzeczy. Wzruszają tylko ramionami i pouczają, że na randki jest jeszcze czas, a teraz należy zająć się nauką. Może i tak, ale jej mama byłaby inna. Mogłyby usiąść w kuchni przy herbacie i plotkować godzinami o szkole, facetach, o problemach z nauczycielami, o ciuchach i fryzurach. Tylko o tym rozkopywaniu grobu Pola by jej nie powiedziała. Po co ją martwić? Dziewczyna znowu mlasnęła niezadowolona.

– Mama nie żyje – mruknęła pod nosem tak, żeby nikt jej nie słyszał.

W każdym razie mama na pewno by tego wszystkiego nie pochwaliła, ale jak mówi dziadek, nieobecni nie mają racji... Tylko dlaczego teraz Pola brodzi po kostki w błocie, prowadzona jak najgorsza cmentarna hiena, a mama, jeśli patrzy na nią z góry, dołu czy gdziekolwiek ludzie czekają po śmierci na najbliższych, kręci z niezadowoleniem głową? A może jednak jest tak, jak powiedział dziadek, że czasami trzeba zrobić coś złego, żeby powstało z tego coś dobrego? Pola mu wierzyła, chociaż w tej chwili nie miała pewności, czy ten jeden jedyny raz dziadek się nie pomylił...

Greta była niemal pewna, że za moment pęknie jej serce. Wszystko zapowiadało się lepiej, niż się spodziewała. Musiała przyznać uczciwie, że sama by tego lepiej nie wymyśliła. Cmentarz, wykopany grób, torba pełna pieniędzy. Ich dwóch w czarnych płaszczach z kapturami naciągniętymi na oczy i deszcz, który dodawał grozy całej sytuacji. Piękna scena. Tylko finał zmarnowany. Powinni zabrać pieniądze, wsiąść na błyszczące motory i odjechać w tumanach kurzu w siną dal. Co prawda, przy takiej ulewie z kurzem mógłby być problem, ale to jedynie szczegół... Niestety, wszystko poszło nie tak, jak sobie wymarzyła. Zamiast pruć teraz na motorze przytulona do męskich, szerokich pleców, dreptała potulnie w mokrym sztormiaku na plebanię, gdzie pewnie czekają już jej zapobiegliwi rodzice z garścią proszków wzmacniających umysł i ciało i przykazaniem leżakowania w łóżku przez co najmniej tydzień. Nie mieściło jej się w głowie, że to koniec. Miała szansę na prawdziwą, mrożącą krew w żyłach przygodę. Kradzież brudnych, mafijnych pieniędzy, rozkopanie świeżego grobu, potem może nawet i ucieczka przed zawodowymi mordercami wynajętymi przez szefa gangsterów. To była naprawdę ostra jazda. Poprawka. Byłaby, gdyby tego nie spartolili. Tak bardzo by chciała chociaż jeden jedyny raz pokazać rodzicom, że mają normalne dziecko, które może gonić i uciekać, wpakować się w kłopoty, narozrabiać, przeżyć przygodę i potem opowiadać o niej z wypiekami na twarzy. Naprawdę, w rzeczywistości, w realnym życiu, a nie w wyobraźni. Greta niczego tak nie pragnęła, jak tego, żeby wreszcie coś poczuć. Wszystkie przygody, uniesienia, chwile szczęścia i smutku przeżywała w wyobraźni. Zakochiwała się i była porzucana, pędziła samochodem i spadała z roweru, kąpała się nago w morzu o północy i tańczyła na stole. Całowała się i tęskniła, ale było to zupełnie bez smaku, bo nie działo się naprawdę. Zazwyczaj siedziała wtedy pod jabłonią w ogrodzie w wygodnym leżaku, przykryta kocem. Otwarta lektura szkolna leżała na kolanach, a ona patrzyła przed siebie i prowadziła równoległe, ekscytujące życie. Niestety przestało jej to wystarczać. Musiała wreszcie poznać prawdziwy strach, śmiech, który rozsadza gardło, i płacz, od którego naprawdę pęka serce. Chciała czuć zmęczenie bliskie omdleniu, kłucie w boku od długiego biegu i ból, przed którym tak skutecznie chronili ją rodzice. Wszystko wydawało się tak blisko, prawie na wyciągnięcie ręki. Aż trudno uwierzyć, że się nie udało. Drugiej szansy nie będzie. Teraz rodzice zaostrzą nadzór i zwiększą dawkę leków. Nie pozwolą jej samej iść do łazienki, a co dopiero chodzić w czasie deszczu po lesie. Znowu usiądzie w leżaku, zmuszona udawać, że wszystko jest w porządku. Westchnęła żałośnie. Życie to pasmo niespełnionych marzeń, które dręczą człowieka aż do przedwczesnej śmierci. Jęknęła cicho i z premedytacją brodziła po najgłębszych kałużach.

Nikodem czuł się jak ostatni frajer, a bardzo tego nie lubił. Zazwyczaj to on obserwował z zadowoleniem, jak inni muszą radzić sobie z upokorzeniem – przeżuwają przekleństwa jak stare salami, nerwowo zaciskają i prostują palce, na policzkach pojawiają się im ogniste plamy wstydu, zdruzgotani spuszczają wzrok. Kiedy teraz zorientował się, że piecze go twarz, pięści ma aż do białości zaciśnięte i uparcie wpatruje się w czubki butów, zrozumiał, że jest z nim gorzej, niż przypuszczał. Przegrał. Więcej. Został wyeliminowany, zanim naprawdę zaczął grać. Przemądrzały okularnik zwiał z kasą, a on dał się złapać. Jak ojciec się dowie, że rozkopał grób jego kumpla od kielicha, obedrze go żywcem ze skóry i pewnie ze szkoły go wyrzucą. Nie żeby mu specjalnie na niej zależało, ale mama bardzo się zdenerwuje. Tak naprawdę ze wszystkich ludzi i spraw tego świata tylko mama była dla niego ważna. Ona i morze. Kiedyś miała długie kasztanowe włosy, którymi lubił się bawić w dzieciństwie. Zielone, zawsze uśmiechnięte oczy i ciepły, lekko zachrypnięty głos. Śmiała się dużo i głośno. Wieczorami często tańczyła z nim, trzymając go na rękach i kręcąc się w kółko, aż oboje ze śmiechem padali na kanapę. Robiła genialne naleśniki z czekoladą i znała mnóstwo bajek o smokach, rycerzach i krasnoludach. Czuli się szczęśliwi. Był wtedy mały, ale dobrze to pamiętał. Ojciec po pracy zabierał ich na lody, a mama jak zwykle zamawiała trzy kulki waniliowych. Sprzeczali się potem, jakie smaki są najlepsze, i marzyli, jak to by było cudownie otworzyć własną lodziarnię.

Niki nawet nie pamiętał, od kiedy wszystko się zmieniło. Jakim sposobem znaleźli się w tym bagnie, z którego już się nie wydostaną? Najpierw zamknęli fabrykę i ojciec stracił pracę. Żeby się czymś zająć, zaczął pić... Reszta potoczyła się błyskawicznie. Mamę zwolnili z banku, więc sprzątała u ludzi i w szkole. Syn sprzątaczki nie miał łatwego życia. Po kolejnej bójce, w której rozkwasił nos cwaniakowi śmiejącemu się z jego matki, postanowił, że to ostatni raz. Od piętnastego stycznia dwa tysiące szóstego roku od godziny czternastej piętnaście już nigdy nie będzie frajerem, który da się wyrolować. Od tej chwili każdy, kto na niego spojrzy, dwa razy się zastanowi, zanim odważy się powiedzieć coś o jego matce. Udało się. Największe łobuzy w szkole omijali go szerokim łukiem, bo wiedzieli, że nie ma nic do stracenia, że będzie się bił do upadłego, że nie odpuści, aż uzębienie przeciwnika rozsypie się po podłodze jak zerwany sznur pereł. Dali mu spokój. Poza tym Niki postanowił sobie jeszcze jedno. Musi zdobyć pieniądze, żeby mama mogła rzucić sprzątanie, trochę odpocząć, a potem znaleźć sobie mniej męczącą pracę. Jej płuca ciężko znosiły taką harówkę. Potrzebował zorganizować kasę. Nieważne w jaki sposób... I właśnie teraz, kiedy już miał ją w zasięgu ręki, wszystko przepadło, a na dodatek znowu był frajerem, z którego inni mogli się śmiać. Cały plan legł w gruzach przez tego przemądrzałego okularnika i dwie cwane dziewczyny. Niki splunął i ze złością kopnął leżący na ziemi kamień. Idący przed nim grabarz krzyknął i złapał się za udo. Odwrócił się ze złością do chłopaka, wstrzymując cały pochód.

Wtedy padł drugi strzał. To była jedna z niewielu rzeczy, z którą Gutek radził sobie naprawdę dobrze. No, może oprócz jedzenia spaghetti na czas i szybkiego czytania. Prawda. Otworzył czerwoną torbę. Sam nie wiedział dlaczego. Po prostu musiał zobaczyć, co w niej jest. Chyba chciał się przekonać, jak wygląda taka kupa kasy, czy też zwyczajnie przemknęło mu przez myśl, żeby napchać sobie kieszenie, zanim dojdzie do podziału. Jednak jej zawartość zmroziła go na jeden straszliwy moment. Zacisnął oczy i szybko je otworzył, a kiedy to niczego nie zmieniło, zamknął torbę i ponownie ją otworzył. Nadal nic. Wszystko pozostawało bez zmian. Torbę wypełniały rupiecie. Żadnej kasy, sztabek złota, papierów wartościowych, klejnotów. Czegokolwiek, co miałoby jakąś wartość. Oprócz NIEJ, rzecz jasna. Zobaczył ją dopiero po chwili i nagle zrozumiał, że znalazł coś lepszego niż pieniądze. Była piękna. Z grubego kawałka drewna, najprawdopodobniej dębu. Idealnie wyważona, genialnie leżała w dłoni. Gruba, sprężysta gumka ze skórzaną nasadką na kamień. Marzył o takiej przez całe życie. Okazałby się skończonym idiotą, gdyby jej nie wypróbował, tym bardziej że właśnie nadarzyła się wspaniała okazja.

Nikodem najpierw pomyślał, że grabarze wpadli w stan jakiegoś pijackiego delirium. Łapali się za nogi, szyję i kręgosłup, jakby ich gryzły białe myszki. Dopiero po chwili zobaczył małą, brązową kulkę, która świsnęła mu koło ucha i wylądowała na karku niższego grabarza. Byli już prawie na miejscu. Nie mogli dłużej czekać. Nikodem odwrócił się błyskawicznie i kiedy wyższy i grubszy grabarz złapał się z wrzaskiem za oko, skoczył w pobliskie krzaki, ciągnąc za sobą blondynkę i chuderlawą brunetkę.

– Jasny gwint, ale tu mokro! – krzyknęła blondynka, otrzepując kurtkę.

– Przykro mi, księżniczko. Musisz jakoś z tym żyć. – Uśmiechnął się złośliwie i popchnął ją w stronę cmentarnego muru. – Wchodź.

– Słucham? – zdziwiła się dziewczyna.

– Uszy ci zamokły? Wchodź na mur.

– A po co? – dopytywała się Pola.

– Na tym polega ucieczka. Biegniesz, przeskakujesz mur i znowu biegniesz. Najczęściej się udaje, chyba że jakaś panna zaczyna marudzić, ale takie zazwyczaj zostawia się psom gończym na pożarcie.

– Umieram ze strachu – prychnęła pogardliwie blondynka.

– To może ja? – spytała nieśmiało Greta.

Nikodem spojrzał na nią zaskoczony, jakby dopiero przypomniał sobie o jej istnieniu. Stała cicho pod drzewem, obserwując ich z ciekawością i co chwila zerkając na wysoki mur. Zanim Niki zdążył cokolwiek powiedzieć, wdrapała się na ogrodzenie i zeskoczyła po drugiej stronie. Pola, niewiele myśląc, zrobiła to samo. A kiedy Nikodem do nich dołączył, gwizdnął z uznaniem.

– Piękny skok – pochwalił i wyciągnął rękę do brunetki. – Nikodem. Po Dyzmie.

Uśmiechnęła się znacząco.

– Greta. Po Garbo.

– Poważnie?! – Zaśmiał się krótko. – A ty, laluniu? – Spojrzał na drugą dziewczynę, która głośno westchnęła i przewróciła oczami.

– Pola. Po Negri.

Gutek, który się do nich zbliżał, ściskając mocno czerwoną torbę, zarechotał.

– A tobie co tak wesoło? – zdziwił się Niki.

– Pierwszy raz w życiu spotykam kogoś, kto, tak jak ja, ma rodziców z kiepskim poczuciem humoru. To chyba jest powód do radości, nie?

– Właśnie – zainteresował się Niki – jak ty, skubańcu, właściwie się nazywasz, co?

– Gustaw. Po Holoubku.

I wszyscy zgodnie gruchnęli śmiechem, z ulgą przyjmując fakt, że nie tylko ich spotkał w życiu pech.

***

Idealne miejsce. Głośne, ciepłe i niemiłosiernie zatłoczone. Pachniało pizzą, colą i gumą do żucia. Stłoczeni przy stolikach koloniści nawijali na palce roztopiony ser i rzucali w siebie kulkami z serwetek. Ryczało radio, a kucharz cierpliwie krzyczał na całe gardło, jaką pizzę należy odebrać w okienku numer dwa.

– Świetnie – mruknął zadowolony Niki. – Tu nie będą nas szukać.

– Nawet jeśli będą, to i tak nie znajdą. – Gutek się uśmiechnął.

Niki rozejrzał się za wolnym stolikiem, ale wyglądało na to, że znalezienie go byłoby większym cudem niż rozstąpienie się morza przed Izraelitami. Chłopak westchnął.

– W dzisiejszych czasach trudno być porządnym człowiekiem.

Nachylił się do siedzącego najbliżej kolonisty zajadającego małą margaritę.

– Wiesz może, która godzina? – spytał uprzejmie.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Kawałek zgniłej podeszwy

Dostępne w wersji pełnej

Jedna wiarygodna osoba

Dostępne w wersji pełnej

Smok na policzku

Dostępne w wersji pełnej

Spotkanie z wściekłym psychopatą

Dostępne w wersji pełnej

Wszyscy przyszli nieboszczycy

Dostępne w wersji pełnej

Genialna sprawa

Dostępne w wersji pełnej

Popisowy numer

Dostępne w wersji pełnej

Świstek papieru

Dostępne w wersji pełnej

Idealne miejsce na kryjówkę

Dostępne w wersji pełnej

Zwykły przypadek

Dostępne w wersji pełnej

Codzienna dawka histerii

Dostępne w wersji pełnej

Wspaniałe miejsce na wieczny spoczynek

Dostępne w wersji pełnej

Słodki zapach podstępu

Dostępne w wersji pełnej

Jeden fałszywy ruch

Dostępne w wersji pełnej

Dule netor usba kede

Dostępne w wersji pełnej

Trochę brzydsze motyle

Dostępne w wersji pełnej

Ostatni fragment

Dostępne w wersji pełnej

This edition © copyright by Wydawnictwo „Nasza Księgarnia”, Warszawa 2010

Text © copyright by Agata Mańczyk, 2010

Projekt okładki Marta Weronika Żurawska-Zaręba

Redaktor prowadzący Katarzyna Piętka

Opieka merytoryczna Magdalena Korobkiewicz

Korekta Magdalena Szroeder, Joanna Egert-Romanowska, Jolanta Sztuczyńska

Korekta plików po konwersji Irmina Garlej

ISBN 978-83-10-13099-0

Plik wyprodukowany na podstawie Duża kieszeń na kłopoty, Warszawa 2016

www.naszaksiegarnia.pl

Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA Sp. z o.o.

02-868 Warszawa, ul. Sarabandy 24c

tel. 22 643 93 89, 22 331 91 49,

faks 22 643 70 28

e-mail: [email protected]

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: [email protected]

www.eLib.pl