Dunaj. Opowieści o ludziach znad wielkiej rzeki - Nick Thorpe - ebook

Dunaj. Opowieści o ludziach znad wielkiej rzeki ebook

Nick Thorpe

0,0
39,44 zł

lub
Opis

Wspaniały Dunaj przecina w poprzek środkową Europę i spaja ją zarazem, płynąc przez obszary dziesięciu krajów bądź wzdłuż ich granic – przez Rumunię, Ukrainę, Mołdawię, Bułgarię, Serbię, Chorwację, Węgry, Słowację, Austrię i Niemcy. Nick Thorpe podążył jego brzegami ze wschodu na zachód, pod prąd rzeki, i odbył inspirującą roczną podróż, która odkrywa nową perspektywę dzisiejszej Europy.

Zanurzając się codziennie rano w Dunaju, by popływać w jego wodach, Nick Thorpe zanurza się jednocześnie w dzieje krain połączonych przez tę rzekę. Obserwuje sytuację ekologiczną, która czasem niepokoi, a czasem krzepi, natrafia na pozostałości archeologiczne, szeptem opowiadające o społecznościach ludzkich, które w ciągu ośmiu tysiącleci żyły dzięki Dunajowi. Najbardziej fascynują zwyczajni i nadzwyczajni ludzie spotykani po drodze – przewoźnicy i rybacy, rolnicy, sklepikarze, pszczelarze, kelnerki, przemytnicy i celnicy, legalni i nielegalni imigranci oraz wielu innych. Dla czytelników, którzy myślą o własnej wyprawie wzdłuż Dunaju, a także dla tych, dla których ujrzenie tej wielkiej rzeki pozostaje tylko marzeniem, będzie to jedyny w swoim rodzaju cenny przewodnik.

 

W górę Dunaju? Wielu ludzi spotykanych podczas tej długiej podróży sądziło, że postradałem zmysły, jeśli usiłuję mierzyć się z rzeką pod prąd. Rzeki podążają nieuniknionym kursem od gór do morza. Lecz czy można zapomnieć o nieustającym pochodzie emigrantów i handlarzy, żołnierzy i poszukiwaczy przygód, którzy szli jak ja w górę Dunaju w poszukiwaniu lepszego życia? Co mieli w głowach i w trzosach? Co za sobą pozostawiali? Skoro spędziłem pół życia we wschodniej Europie, nadszedł już chyba najwyższy czas na podróż na zachód, w górę rzeki, aby rzucić nowe światło na kontynent zgodnie z tym, jak widzą go ludzie przybywający ze Wschodu. Fragment

Nick Thorpe jest korespondentem BBC w Europie wschodniej i Środkowej, dziennikarzem i autorem filmów dokumentalnych. Opublikował m.in. książkę 89: The Unfinished Revolution - Power and Powerlessness in Eastern Europe (2009). Od ponad ćwierć wieku mieszka i pracuje w Budapeszcie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 583




Spis ilustracji i map

Ilustracje

1. Posąg Glykona, Konstanca 17

2. Posąg Pontosa, Konstanca 17

3. Kilometr zero, latarnia morska w Sulinie 44

4. Simion przed swoim domem w Sulinie 46

5. Sulinai Adrian Oprisan 47

6. W sercu delty Dunaju 48

7. Klęczący dąb, Karaorman 52

8. Babcia Aleksandra, Karaorman 53

9. Morze Czarne przy ujściu Dunaju niedaleko Sfântu Gheorghe 56

10. Teściowa i żona Recepa Lupu, Babadag 67

11. Młoda Cyganka, Babadag 68

12. Mitia Aleksy, Ghindărești 83

13. Nikita Iwan, Ghindărești 83

14. Momi Kolew i wielbłąd 110

15. Ciemne niebo nad Nikopolem 122

16. Dunaj – świt w Jeselnicy 137

17. Widok Żelaznej Bramy Dunaju z powierzchni rzeki 147

18. Wieża ciśnień w Vukovarze 181

19. Armia Czerwona przeprawia się przez Dunaj w 1944 roku 185

20. Moczaryw Kopačkim Ricie 186

21. Ślimaki po opadnięciu wód powodzi, Kopački Rit 188

22. Dunaj wylewa w Budapeszcie, 2013 217

23. U steru „Tatabányi” 221

24. Łuk Dunaju na Węgrzech, widok z „Tatabányi” 222

25. Josef Fischer, Rossatz w Austrii 254

26. Rodzina Acajewów, Grein w Austrii 258

27. Prom linowy w Ottensheim 259

28. Hermann Spannraft za kołem swego promu linowego 261

29. Inni Dunaj łączą swe wody w Pasawie 267

30. Krawiecz Ulm 282

31. Młodzież z Ulm 284

32. Rzeźba przedstawiająca Matkę Baar pokazującą młodej rzece Dunaj drogę do Morza Czarnego 287

Mapy

1. Delta Dunaju 24

2. Dolnyi środkowy Dunaj 116

3. Górny i środkowy Dunaj 174

4. Górny Dunaj 236

Podziękowania

Dunaj towarzyszył mi przez wiele lat, które spędziłem na Węgrzech i we wschodniej Europie – płynął przez moje życie czasem prosto jak strzała, czasem zaś nieoczekiwanymi meandrami. Gdy zabrałem się do pisania tej książki, nasze stosunki zacieśniły się. Miałem wrażenie, jakby rzeka obejrzała się za siebie i po raz pierwszy mi się przyglądała. A gdy pod koniec podróży przybyłem do Donaueschingen, zrozumiałem, że noszę tę rzekę w sobie.

Wiele osób, przyjaciół i nieznajomych, przyczyniło się do tego, że podróż i książka okazały się możliwe. Poniższa lista jest zatem mocno niekompletna.

Moja żona Andrea jako pierwsza zaprowadziła mnie nad rzekę i dała mi nad nią dom. Zimą 1991 roku, jeszcze przed odwróceniem biegu Dunaju, spacerowaliśmy do późna w nocy pod bielusieńkimi wierzbami w śniegu i szronie Ásványráro.

W Rumunii niezmordowanym researcherem, tłumaczem i kierowcą był Mihai Radu. W delcie Dunaju Radu Suciu zaznajomił mnie z jesiotrem, a Daniel i Eugen Petrescu, Grigore Baboianu i Adrian Oprisan byli moimi przewodnikami. Todor Awramow uratował mnie z opresji, gdy znalazłem się na łasce losu u ujścia rzeki, a jego żona Maria opowiadała mi historie z własnego dzieciństwa.

Pracownicy Narodowego Muzeum Historii i Archeologii w Konstancy oraz Marian Neagu z Muzeum Dolnego Dunaju w Călăraşi nie szczędzili mi swego czasu. Na specjalną wzmiankę zasługują Aurel Bajanaru w Sulinie oraz ojciec Atal w monastyrze Dervent. Podczas moich pobytów w Żelaznej Bramie wspaniałym gospodarzem był Doru Oniga.

W Bułgarii pragnę podziękować zwłaszcza Nikołajowi Nenowowi, Eskrenowi Welikowowi, Milanowi Nikołowowi, Momcile Kolewowi i Teodorze Kopczewej z Ruse, Todorowi Canewowi z Czerwenej Wody, Nikołajowi Kiriłowowi i jego zespołowi oraz ojcu Ilii z Łomu, a także Mitkowi Natowemu i całej jego rodzinie w Widyniu.

W Serbii w letnie noce do późna towarzyszyli mi Lacka Lakatos i Milorad Batinić. Po tylu wojnach mogłem razem z nimi z ulgą opowiadać historię rzeki w czasach pokoju. Andrej Starovic wyjaśnił mi zawiłości i kontrowersje dotyczące kultury Vinča.

Na Węgrzech Adam LeBor jako pierwszy zasugerował Dunaj jako temat, załoga „Tatabányi” zabrała mnie aż do Ostrzyhomia, a Szilárd Sasváry i Gábor Karátson hojnie dzielili się swą wiedzą na temat rzeki. Viktor Filipenko przetłumaczył teksty z rosyjskiego, a Andrea Iván – historię Teddy’ego Brauna oraz mój wywiad po bułgarsku z Todorem Canewem. Onur Yumurtaci z Uniwersytetu Eskişehir przełożył pieśni tureckie z delty Dunaju.

Gdy chodzi o Austrię, chciałbym podziękować zwłaszcza Bethany Bell, Lanie Šehić, Omarowi Al-Rawiemu, Sedzie Acajewej i całej jej rodzinie, Hermannowi Spannraftowi oraz Refikowi.

Wielu obrońców środowiska naturalnego na całej długości rzeki poświęcało mi swój czas i dzieliło się ze mną swoją wiedzą. Poza osobami już wymienionymi moje podziękowania niech zechcą przyjąć Orieta Hulea, Stela Bozhinova, Tibor Mikuska, Claudia i Arno Mohl, Jaromír Šibl, Philip Weller, Georg Frank, Hannes Seehof oraz Siegfried Geissler.

W drodze posługiwałem się przede wszystkim mapami w znakomitym czterotomowym wydaniu Bikeline oficyny Esterbauer, opracowanymi specjalnie dla rowerzystów długodystansowych. Udając rowerzystę nawet wtedy, gdy jechałem samochodem, mogłem przez prawie całą drogę pozostawać w takiej odległości od rzeki, by mieć ją w zasięgu wzroku i węchu.

Żaden angielski pisarz czy podróżnik przemierzający wschodnią Europę nie obejdzie się bez prześwietnej spuścizny Patricka Leigh Fermoura, zmarłego w czerwcu 2011 roku, akurat w trakcie mojej wyprawy. Książka Morze Czarne Neala Aschersona była wielką inspiracją – bez niego cenny ślimak rozdepka dunajska zapewne nigdy nie znalazłby miejsca na stronicach mojej książki. Praca The Ottoman Empire Patricka Kinrossa stanowiła bezcenne źródło informacji o epoce tureckiej i często ją cytowałem. Dunaj Claudia Mag-risa przeczytałem, gdy tylko po raz pierwszy wydano go po angielsku w 1989 roku. Choć moja książka jest zupełnie inna, to jednak przez całą drogę cieszyło mnie literackie towarzystwo Magrisa. Moją wiedzę o archeologii Dunaju wzbogacała nieustannie praca zbiorowa The Lost World of Old Europe – The Danube Valley 5000–3500 BC pod redakcją Davida W. Anthony’ego, a także publikacja, którą krytykuje wielu autorów tamtej – The Goddesses and Gods of Old Europe Marii Gimbutas. Archeolog John Chapman był na tyle uprzejmy, by korespondować ze mną w sprawie pochodzenia muszli małża zawiaśnika Spondylus gaederopus. Donald Wesling z San Diego zapoznał mnie z niesamowitym opowiadaniem Wierzby (The Willows) Algernona Black­wooda, którego miejscem akcji jest Dunaj między Węgrami a Słowacją. Książki Gary’ego Snydera z dalekich gór Sierra Nevada w północnej Kalifornii już od moich młodych lat były cennym przypomnieniem o sile i znaczeniu pustyni.

Gdy chodzi o Wielką Brytanię, chciałbym podziękować szczególnie Robertowi Baldockowi z wydawnictwa Yale University Press za jego niezachwiane wsparcie, a także Steve’owi Kentowi, Tami Halliday, Samancie Cross i Candidzie Brazil. Moja agentka Sara Menguc od samego początku entuzjastycznie popierała całe przedsięwzięcie. Loulou Brown dokonała pieczołowitej adiustacji tekstu.

Przez lata wielu moich przyjaciół słuchało, o czym szumią wierzby, i zachęcało mnie do pisania: Gerard Casey i Louise de Bruin, Roger Norman, Simon Pilpel, Jim Oppé, Bill Brockway, Nicola Balfour, Steve Johnstone, Frances Land, Stephen Batty, Frances Hatch, Art Hewitt, Charlie Foster-Hall, Nikola Leudolph oraz Mark Frankland. W BBC, obok innych przyjaciół i kolegów, ostoją siły i entuzjazmu był Tony Grant, redaktor programu „From Our Own Correspondent”.

Na koniec pragnę podziękować mojej mamie Janet, siostrze Mish, bratu Domowi oraz mojej przyjaciółce i wiernej orędowniczce Xandrze Bingley.

Wstęp

Usta Dunaju

Niewiele wiem o bogach, lecz w moim pojęciu rzeka

To ciemny potężny bóg...

T.S. Eliot, The Dry Salvages1

Ale ten zdaje się

Nieomal płynąć wstecz, i

Myślę, że jego droga prowadzi

Ze Wschodu.

Friedrich Hölderlin, Der Ister2

Historia płynie teraz wstecz

Wzbierając na stronach szerokich.

Rzeka ta straszna:

Woda chlusta z trojga ust Dunaju,

A z czwartych krew.

Andrei Ciurunga, Canalul3

Histria. Wąska kolumna dymu nachyla się w stronę lądu od swych korzeni w szuwarach. Od ostrego północno-wschodniego wiatru łzy napływają mi do oczu. Błyska ogień, nad trzcinami widzę tylko głowy dwóch ludzi przy ognisku. Dwie małe łodzie płyną na północ wzdłuż wybrzeża jak konie wyścigowe, bok w bok, ich dzioby tną szorstkie szare fale. Dwie bliźniacze sylwetki u steru, jedna na dziobie. Czy ludzie przy ognisku to rybacy, którzy wyszli na brzeg, żeby przyrządzić posiłek? A może to ścinający trzcinę, którzy dotarli na koniec świata? Czy żeglarz rozpalił na tym brzegu swe ostatnie czy też pierwsze samotne ognisko?

Tu, na postrzępionych krawędziach Europy, pomiędzy greckimi i rzymskimi ruinami Histrii a wzbierającymi wodami Morza Czarnego, rozpoczynam swą podróż w górę Dunaju. Nagle wybuch rozdziera tkankę poranka. Kulimy się, szukając schronienia, ale nie znajdziemy go w ruinach. Huk przetacza się powoli po obrzeżach widnokręgu. Persowie pod Dariuszem Wielkim? Irańczycy pod Mahmudem Ahmadinedżadem? Rumuńskie wybrzeże dzielą od Bagdadu czy Teheranu zaledwie dwie godziny lotu. To jednak tylko flota rumuńska albo jej bliscy sojusznicy Amerykanie testują siłę ognia swoich fregat hen na morzu. Ruinom jest to obojętne. Ich mury od czternastu stuleci porasta trawa. Histrię założyli greccy koloniści z Miletu w czasie igrzysk olimpijskich w połowie VII wieku przed Chr., a opuszczona została w roku 700 po Chr., gdy szlam z wysuniętego najbardziej na południe ujścia Dunaju zmienił jej zaciszną zatokę w zamknięte jezioro.

Chcąc podróżować w górę Dunaju, od Morza Czarnego do Czarnego Lasu, muszę wpierw przemierzyć nadmorski obszar Dobrudży – „dobrej ziemi”, jak chce jedna z etymologii tej nazwy4 – rozciągającej się między Dunajem a wybrzeżem czarnomorskim. W Narodowym Muzeum Historii i Archeologii w Konstancy, 45 kilometrów wzdłuż wybrzeża od Istrii, można oglądać poskręcanego węża o wzniesionej głowie, wykonanego z różowawego marmuru. To Glykon, czyli „słodki”, rzymski bóg uzdrawiania, wąż o twarzy jagnięcia, ludzkich uszach i lwim ogonie, co ma symbolizować łagodność, troskliwość i odwagę. Znaleziono go podczas wykopalisk pod starym dworcem kolejowym w 1962 roku razem z trzynastoma innymi bóstwami, ukrytymi przed chrześcijanami i ich pasją niszczenia pogańskich idoli. Czyżby jego właściciele sądzili, że chrześcijanie przeminą jak przelotny szkwał i wąż będzie mógł wyłonić się na powrót nienaruszony? Na początku tej wyprawy w górę rzeki Dunaj jawi mi się jak ten wąż – długie cielsko w barwach zieleni, brązu, bieli, żółci, szarości, błękitu, srebra i czerni, nieustannie zmieniające nastroje i barwę swej powierzchni.

W górę Dunaju? Wielu ludzi spotykanych podczas tej długiej podróży sądziło, że postradałem zmysły, skoro usiłuję mierzyć się z rzeką pod prąd. Drżałem o życie na rufie należącej do Adriana Oprisana łodzi z włókna szklanego, pędząc po wodach Suliny w delcie Dunaju; zmagałem się z moim rowerem podczas jazdy po grobli pod silny północno-zachodni wiatr niedaleko Mohacza na południu Węgier, gdy tymczasem nienagannie odziani rowerzyści szwajcarscy i angielscy mijali mnie gładko, jadąc w przeciwną stronę i otwierając usta ze zdumienia, tak że aż wpadały im do nich muszki owocówki ostatnich dni lata; w końcu polowałem na ogon Dunaju, jadąc moim autem i przemykając niczym wąż pomiędzy wzgórzami niemieckich przedmieść.

1. Glykon w Narodowym Muzeum Historii i Archeologii w Konstancy. Głowa owcy, uszy człowieka, ciało węża i ogon lwa. Jak Dunaj

2. Pontos, bóg Morza Czarnego, wynurzający się z wodorostów, dzierżący w dłoniach ster. Muzeum w Konstancy

Rzeki podążają nieuniknionym kursem od gór do morza. Nieustraszeni autorzy przewodników wyłaniają się z kafejek w Furtwangen czy Donaueschingen objedzeni tortem Czarny Las i wyruszają zawsze tym samym szklakiem, zgodnie z nurtem rzeki, czując narastający niepokój, gdy docierają do coraz mniej znanych sobie miejsc. Co jednak myślą sobie mieszkańcy wschodniej Europy w swych zamkach i chatach nad rzeką, ludzie z Braiły, Călăraşi, Smedereva czy Bai, miast, których nazwę potrafi wymówić mało który nauczyciel geografii w Bonn, Brighton, Bazylei i Barcelonie? I czy można zapomnieć o nieustającym pochodzie emigrantów i handlarzy, żołnierzy i poszukiwaczy przygód, którzy wędrowali jak ja w górę Dunaju, w poszukiwaniu lepszego życia? Co mieli w głowach i w trzosach? Co za sobą pozostawiali?

Jedynie przez krótki okres, w latach 1740–1790, Szwabowie z Ulm wsiadali na swe Kuppe – proste drewniane łodzie o długich sterach, poruszane wiosłami – i płynęli w dół rzeki, by ponownie zasiedlać ziemie na Węgrzech, spustoszone przez wojny i epidemie. Zapewne i oni nie ruszyliby się z domu, gdyby nie nieodparty urok habsburskiej cesarzowej Marii Teresy.

Z całym szacunkiem dla szlachetnych wysiłków poprzednich autorów jestem przekonany, że mam do zaoferowania coś innego. Skoro spędziłem pół życia we wschodniej Europie, już chyba najwyższy czas na podróż na zachód, w górę rzeki, aby rzucić nowe światło na kontynent zgodnie z tym, jak widzą go ludzie przybywający ze wschodu, wstający wcześnie rano i podążający za własnym cieniem. Jeden człowiek z pewnością zrozumiał sens mojej podróży. Ilie Sidurenko, emerytowany rybak z miejscowości Sfântu Gheorghe nad najdalej wysuniętym na południe odcinkiem Dunaju, ryknął śmiechem z ukontentowania, gdy przedstawiłem mu swoje zamiary.

– Będziesz jak jesiotr! – ucieszył się.

Jesiotr, który płynie w górę rzeki na tarło.

W trakcie wędrówki uprzytomniłem sobie rolę Dunaju w Europie – przetarł on szlak czy też wskazał kierunek na zachód. Europa zaludniała się i „cywilizowała” od wschodu. Około 6200 roku przed Chr. rolnicy z Anatolii osiedlili się w południowo-wschodniej Europie, przyprowadzając ze sobą krowy, owce i kozy, przynosząc nasiona. Analiza struktury genetycznej mleka znajdowanego na skorupach ceramiki z okresu neolitu wskazuje, że ich krowy parzyły się z turami, dzikimi bykami z terenów Europy5. Osadnicy nieśli ze sobą także wiedzę metalurgiczną. Budowali piece, w których osiągano temperaturę 1100°C, co pozwalało wytapiać miedź z zielonkawo-brunatnych skał północnych Bałkanów w Rudnej Glavie w Serbii i Ai Bunar w Bułgarii. Z tego nowego, nadzwyczaj pięknego materiału wyrabiano wytworną biżuterię, narzędzia oraz broń6. Sprzedawano je gdzie tylko się dało, a im dłuższa rzeka, tym większy zasięg handlu. Niedługo potem zaczęto wydobywać złoto z bogatych pokładów bądź wypłukiwać je z wód dopływów Dunaju.

W latach 5000–3500 przed Chr. w całej południowo-wschodniej Europie, zwłaszcza między Dunajem a Dnieprem, powstawały wielkie osady, może nawet miasta. Największe z nich – Majdaneckoje i Talianki – liczyły sobie 2700 domostw i około 10 tys. mieszkańców; było to na 500 lat przed powstaniem sumeryjskich miast-państw między Tygrysem a Eufratem7. W tym okresie większość innych mieszkańców kontynentu europejskiego żyła w małych klanach, obgryzając kości w wilgotnych jaskiniach. Tego typu osady czy wielkie wsie wyrastały ponad okolicę w postaci telli czy wyniesionych wyżej dużych miast, budowanych przez kolejne pokolenia na ruinach wcześniejszych. Owemu zlepkowi niezależnych kultur, znanych archeologom jako Cucuteni-Trypole, Hamangia, Gumelniţa, Karanovo i Vinča, zawdzięczamy pierwszą na kontynencie europejskim wymianę handlową z odległymi ośrodkami, którym sprzedawano piękne różowawo-białe muszle małża zawiaśnika Spondylus gaederopus8. Półprzezroczyste muszle nie tylko odbijały światło, ale wręcz zdawały się kryć je w sobie, jakby schwytały i przechowały blask księżyca nad Morzem Egejskim, gdzie je zbierano. Wyraziście kontrastowały z ciemnymi zgrabnymi naczyniami o wymyślnych formach, przykrywkach w kształcie zwierzęcych głów i uchwytach, które były wytworami tych samych kultur. Muszle małż Spondylus grzebano razem z ich właścicielami – obojga płci – jako święte przedmioty, by ułatwić trudną drogę w zaświaty. Dla ludów owego regionu równie ważna jak ozdoby i narzędzia była sól. Białe złoto z kopalń w Tuzli w Bośni, w Warnie w Bułgarii, w Turdzie w Siedmiogrodzie i w Hallstatt w Austrii pozwalało konserwować upolowane mięso i ryby oraz handlować nimi na dużym terenie9.

Amerykańska archeolog litewskiego pochodzenia Marija Gimbutas nazwała te cywilizacje „Starą Europą” – i określenie to wciąż wydaje się bardziej adekwatne niż etykietka „Nowa Europa”, przypięta wschodniej Europie przez amerykańskich polityków i brytyjskich komików. Wiele tysięcy maleńkich glinianych figurek, przedstawiających głównie kobiety o ciałach pokrytych liniami i spiralami, znajdowano na całym obszarze nad dolnym i środkowym Dunajem. Marija Gimbutas sformułowała tezę, że są one dowodem duchowej i społecznej siły kobiet, a nazywała ich grupy „radami bogiń”, uznając je za przejaw społeczeństwa matriarchalnego10. Dopiero niedawno archeolodzy uznali, że przedmioty te służyły do zabawy, były bibelotami, które mówią nam więcej o guście estetycznym swoich właścicieli niż o ich wierzeniach11.

Trwa wciąż ożywiony spór dotyczący znaków na pięknej ceramice tych cywilizacji. Według części badaczy reprezentują one „pismo dunajskie”, wcześniejsze nawet od sumeryjskiego i wciąż nieodczytane12. Znaki na ceramice w grobach wyraźnie różnią się od tych znajdowanych w domach, co mogłoby świadczyć o zróżnicowaniu informacji przydatnych w tym życiu oraz w życiu przyszłym. Cywilizacja naddunajskiej epoki miedzi legła w gruzach pod naporem ludów epoki brązu, dysponujących skuteczniejszą bronią, dosiadających świeżo udomowionych koni, lecz posiadających mniejszą wiedzę na temat uprawy ziemi. Choć jakość ceramiki pogorszyła się, to polepszyła się obróbka ostrych metali i ich wykorzystanie. Według jednej z teorii w tym momencie nastąpił wyraźny rozłam między światem matriarchalnym, miłującym pokój, a patriarchalnym, miłującym wojnę.

Kolonie greckie powstały, legły w gruzach, po czym zostały ponownie wzmocnione przez kolonie rzymskie – był to rzadki w tym regionie przykład cywilizacji nadchodzącej z zachodu. Chrześcijaństwo włożyło włócznię w dłoń trackiego jeźdźca, który mając smoka pod kopytami swego konia został nazwany św. Jerzym. Rzymianie pobudowali drogi i narzucili krajobrazowi pewien porządek, później jednak ulegli „barbarzyńcom” we własnych szeregach. Scytowie i Sarmaci, Alanowie, Hunowie i Słowianie jechali konno tym samym szlakiem co najeźdźcy epoki brązu, ze stepów na północ od Morza Czarnego, wzdłuż wąskiego pasa lądu między łukiem Karpat a morzem, by potem, natrafiwszy na Dunaj, skręcić na zachód.

Turcy osmańscy przynieśli z sobą kolejną falę cywilizacji ze wschodu i odbudowali termy zaniedbane od czasów rzymskich. Ich tolerancja wobec chrześcijaństwa i judaizmu zachęcała prawosławnych Rosjan do chronienia się u nich przed prześladowaniami carów i dawała azyl Żydom uciekającym przed okrucieństwami hiszpańskich władców. Małe gliniane lampki oliwne znajdowane w obozie wojskowym Viminacium pod Belgradem świadczą o tym, że namiętnością Rzymian było zażywanie kąpieli przy sztucznym świetle, nim wyruszyli na wschód wzdłuż Dunaju, by walczyć z Dakami13.

Ocalałe termy w Budzie, o wspaniałych komnatach i miedzianych dachach, dowodzą podobnego zamiłowania do czystości wśród Turków. W średniowieczu do Europy przybyli ze wschodu Romowie, wprawiając wszystkich w zdumienie swym talentem do obróbki metalu, muzyką i ujarzmianiem zwierząt. Ich podróż na zachód wciąż trwa, pomimo wysiłków kolejnych francuskich rządów, aby odesłać ich „do domu”.

Niniejsza książka ma kilka źródeł. W lutym 1995 roku, w kryształowo czysty poranek, znalazłem się nad Afryką, w drodze z Nairobi w Kenii do domu, do Budapesztu. Samolot niczym ptak wędrowny leciał wzdłuż Nilu Białego, płynącego 9 tys. metrów niżej. Godzina za godziną obserwowałem błękitną linię w dole, raz szerszą, raz węższą, pęczniejącą, by objąć wyspy i mokradła, zmieniającą się ze srebra w błękit i z powrotem w srebro. Widziałem, jak Nil Błękitny przyłącza się do Białego, patrzyłem, gdy niczym topór rozciął Kair na dwoje, po czym wlał się w wielki akwen Morza Śródziemnego. Przelecieliśmy nad Cyprem, na poły oderwanym, unoszącym się jak obłok ponad morzem, nad Anatolią i nad krańcem basenu Morza Czarnego. Niebawem Nil jakby się odrodził, tym razem jako niebieska linia wijąca się przez zielone równiny, wrzynająca się między góry, wciąż białe od śniegu. Uderzyła mnie myśl, że Nil i Dunaj to jedna i ta sama rzeka, Dunaj to Nil Górny, a Nil to Dunaj Dolny. Skoro zaś podróżnicy doby wiktoriańskiej Richard Burton i John Hanning Speke wyruszyli na poszukiwanie źródeł Nilu, czemu ja nie miałbym spróbować ponownie odkryć źródła Dunaju? Egipt był „darem rzeki” [tj. Nilu – przyp. tłum.], jak pisał Herodot14. Czy Europa nie jest przypadkiem „darem Dunaju”?

Inna przyczyna podróży w górę rzeki miała charakter polityczny. Żyjąc przez wiele lat w Budapeszcie, o rzut kamieniem od Dunaju, oglądałem na własne oczy demontaż najohydniejszego wrzodu szpecącego mentalny i fizyczny krajobraz kontynentu europejskiego – masy z betonu i stali, wieżyczek strażniczych i umocnień, zwanej Żelazną Kurtyną. Gdy po raz pierwszy zamieszkałem we wschodniej Europie, spotykałem ludzi, którzy nigdy nie widzieli na oczy holenderskiego tulipana ani idealnego lazuru wód Adriatyku, odległych ledwie o parę godzin jazdy. Po zachodniej znów stronie Żelaznej Kurtyny spotykałem ludzi, którzy nie rozróżniali – i nadal nie rozróżniają – Budapesztu i Bukaresztu, Słowenii i Słowacji15.

Obserwując jednoczącą się ponownie Europę, przez którą Dunaj toczy swe wody, dostrzegałem arogancję Zachodu względem Wschodu. Z mojego punktu widzenia rewolucje 1989 roku były triumfem ludzkiego ducha, zwycięstwem pragnienia wolności we wszystkich jej formach, w tym – lecz nie tylko – ekonomicznej. Nie patrzyłem w kategoriach „triumfu kapitalizmu” ani „zwycięstwa w zimnej wojnie”. Za likwidacją Żelaznej Kurtyny stało pragnienie myślenia, pisania, podróżowania, pracy i zabawy bez mrożącego oddechu totalitarnego państwa na karku, państwa które słucha twoich rozmów telefonicznych, otwiera twoje listy i szantażuje twoich znajomych.

Podążając wzdłuż Dunaju ze wschodu na zachód, chciałem reprezentować życie i poglądy ludzi, którzy żyją z rzeki – i żyją nad rzeką. Nie miałem zamiaru uromantyczniać Wschodu. Istnieją tu głębokie problemy ekonomiczne i strukturalne, w dużej mierze rozwiązane już na szczęśliwszym zachodzie kontynentu. Przede wszystkim jednak trwa problem opowieści. Ogromne kęsy świeżej jeszcze przeszłości pozostają nieprzetrawione. Straszne dzieje Holokaustu wschodnioeuropejskich Żydów zostały opowiedziane, i to opowiedziane dobrze16. Innych tragedii nie udokumentowano jednak tak starannie, a jeśli nawet o nich napisano, to rzadko zostały przetłumaczone. Oto Romowie, obrabowani ze swej muzyki i mobilności przez komunistów w zamian za materac w hotelu robotniczym i pracę w fabryce, potem znów ogołoceni z dobytku przez agresywny kapitalizm. Oto topniejące chłopstwo wschodniej Europy, które w latach dziewięćdziesiątych XX wieku odzyskało wprawdzie ziemię, lecz w kolejnej dekadzie traciło ją na korzyść spekulantów na rynku gruntów albo po prostu oddawało chwastom, bo synowie, córki i wnuki nie mieli ochoty brudzić sobie rąk. Oto rumuńskie i bułgarskie dzieci, pozostawione same sobie, bo rodzice wyjechali do Hiszpanii czy Włoch w poszukiwaniu pracy. Dunaj płynie przez region pełen różnorodnych tożsamości, lecz sama rzeka, nieustannie zmienna, jest jedna.

Wyruszyłem z delty Dunaju w Rumunii w marcu 2011 roku, a do źródeł Dunaju w Niemczech dotarłem w marcu 2012 roku, przy czym podróżowałem etapami. Pomiędzy nimi wracałem do Budapesztu, żeby zarobić na życie pracą dziennikarską i pobyć z rodziną. Przemieszczałem się głównie samochodem, ale również szedłem pieszo, pedałowałem na rowerze, płynąłem statkiem, jechałem pociągiem, leciałem samolotem, a raz nawet – na ścieżce w Kladovie w Serbii – skorzystałem z deskorolki mojego syna Matthew17. Przy każdej też okazji pływałem w rzece i w spokojnych jeziorach nad zaporami bądź prawie tkwiłem w miejscu próbując walczyć z prądem o wartkiej prędkości sześciu kilometrów na godzinę.

Kręgosłupem tej książki jest moja ostatnia podróż w górę Dunaju, lecz do narracji wplatałem niekiedy wątki z innych moich wypraw. W połowie lat osiemdziesiątych XX wieku naraziłem się na deportację z Węgier, gdy jako korespondent donosiłem o protestach przeciwko budowie elektrowni wodnej Gabčíkovo-Nagymaros na Dunaju, pomiędzy Węgrami a Czechosłowacją. Moje tajne akta w archiwach węgierskiej policji zawierają szczegółowe sprawozdania z rozmów przeprowadzanych podczas owych marszów protestacyjnych. „Ten tak zwany dziennikarz nie kryje się ze swoimi sympatiami dla protestujących” – czytam w jednym z moich ulubionych raportów, przygotowanym przez informatora, który stał tuż obok mnie na promie płynącym do Ostrzyhomia. W prima aprilis 1986 roku szedłem z przyjaciółmi przez naddunajskie moczary w Szigetköz w zachodnich Węgrzech, gdy nagle zaczęło padać. Nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że te łagodne opady to pierwszy radioaktywny deszcz, skutek katastrofy nuklearnej w Czarnobylu, tysiące kilometrów na wschód od tamtego miejsca. W 1991 roku Węgry jednostronnie wycofały się z planu budowy hydroelektrowni, Słowacy jednak kontynuowali prace nad inwestycją, którą traktowali w kategoriach dumy narodowej, nie zważając na szkody w środowisku naturalnym. W październiku 1992 roku cztery piąte rzeki na odcinku 30 kilometrów skierowano do nowego kanału. Stare koryto Dunaju wyschło w ciągu kilku godzin, a rybacy brodzili po kostki w wodzie na świeżo powstałych moczarach, usiłując ratować te same ryby, które dopiero co próbowali złowić. Ludzie po obydwu stronach rzeki wciąż jeszcze liczą koszty tego przedsięwzięcia.

W marcu 1999 roku obserwowałem z hotelu Hyatt w Nowym Belgradzie pociski NATO spadające na północy na Batajnicę, serbską wojskową bazę lotniczą, i na Pančevo, rafinerię ropy naftowej nad Dunajem.

W roku 2000 filmowałem pelikany w delcie Dunaju, ich największym w tej chwili naturalnym habitacie w Europie. W 2005 roku wróciłem nad deltę z mniej przyjemnym zadaniem – aby dokumentować wpływ ptasiej grypy na wiejskie społeczności, żyjące w równej mierze ze swych kur i gęsi, co z ryb.

Pod koniec marca 2010 roku w mleku owiec wypasanych nad Dunajem w Rumunii wykryto pierwsze ślady radioaktywnego jodu z katastrofy nuklearnej w Fukuszimie w Japonii, 10 tys. kilometrów stamtąd18.

W rozmowach z ludźmi nad rzeką i na rzece dążyłem również do tego, aby pisać o ich marzeniach i pieśniach, wizjach i koszmarach. W obozie dla więźniów na Belene, wyspie położonej na Dunaju w Bułgarii, Todor Canew przez dziesięć długich lat patrzył, jak komary zjadają jego ciało, a pluskwy wysysają jego krew. W Orszowie niedaleko zapory Żelazna Brama Ahmedowi Engurowi, wcześniej mieszkańcowi wyspy Ada Kale, do dzisiaj śni się, że spaceruje uliczkami starego tureckiego miasta, którego domy, wysadzone dynamitem, na zawsze zalała woda. Nie byłoby nic aż tak dziwnego w tym, że komuś śni się jego stary dom, lecz inni opowiadają tę samą historię. Z tego snu wysnuwa się alternatywna historia ostatniego półwiecza. Być może w jakimś świecie nie tak znów bardzo niepodobnym do naszego hydroelektrownia Żelazna Brama nigdy nie powstała. Być może w Gabčíkovie nigdy nie wybudowano zapory i turbin. Może Ferenc Zsemlovics nadal przesiewa złoto w Dunaju w Zlatnej na Ostrove i nie musiał przerzucać się na hodowlę strusi.

Colin Thubron napisał, że głos podróżnika jest odgłosem jednej cywilizacji składającej raport o drugiej. Mam nadzieję, że mój głos da efekt stereo­foniczny. Podaję się jednocześnie za podróżnika z Zachodu ponownie odkrywającego Wschód i za przybysza ze Wschodu na nowo odkrywającego Zachód. Przed wyruszeniem w drogę sądziłem, że jako tako znam tę rzekę, często jednak czułem zdumienie i zachwyt, rzadziej rozczarowanie. W książce tej jest więcej archeologii, niż się spodziewałem, więcej śladów Rzymian i ich poprzedników, więcej jedzenia i wina, a nawet więcej ciekawych postaci, niż mogłem zamarzyć.

Oto historie ludzi znad Dunaju oraz ich ciemnej rzeki jak ze snów.

1

Początek świata

Wedle opowiadania Traków lewy brzeg Istru zajęty jest przez pszczoły i z powodu nich nie można dalej się zagłębiać. Mnie jednak to opowiadanie nie wydaje się prawdopodobne; bo te stworzonka, jak wiadomo, są bardzo czułe na zimno...

Herodot1

Ślimaka rozdepkę dunajską (Theodoxus danubialis) można poznać po jego muszli o poprzecznych ciemnych zygzakowatych paskach na jaśniejszym, zwykle żółtawym tle. Na wschodzie może on być również całkiem czarny [...] woli czystą wodę strumieni, bogatą w tlen, o kamienistym korycie. Tam, gdzie na tego rodzaju wodach stawia się tamy, jego populacja zwykle znika2.

Jesiotr – mówi mi Radu Suciu – to ryba zbrojna. W moich myślach kłębią się obrazy długonosych, wąsatych krzyżowców, podwodnych rycerzy w pełnej zbroi, o wielkich oczach skrytych za przyłbicą, napędzanych żelaznymi płetwami. Radu jednak ma na myśli to, że w odróżnieniu od większości innych ryb łosoć nie ma skóry i długiego, cienkiego kręgosłupa – ta ryba to jedna wielka chrząstka, kłębowisko mięśni, arcydzieło projektowania.

Siedzimy w biurze Radu w Ośrodku Badań nad Deltą Dunaju w Tulczy, najważniejszym rumuńskim mieście w delcie, poobstawiani słoikami mieszczącymi zakonserwowane ryby, górami papierów, monitorami komputerów oraz regałami pękającymi od książek. Radu podaje mi rumuński przekład książki węgierskiego pisarza Móra Jókaia Złoty człowiek3, opowiadającej o zatopionej wyspie Ada Kale, która znajdowała daleko stąd w górę rzeki, w pobliżu Żelaznej Bramy. Kto zakochuje się w Dunaju, zakochuje się w całości rzeki, od źródeł do ujścia, nawet w tych jej odcinkach, których nigdy nie widział na oczy.

Na ścianach przed jego biurem wygięte haki o złowrogim wyglądzie przytwierdzono do ściany jak wieszaki – rybacy łowili niegdyś na nie jesiotra. Nie jest to ryba, która nerwowo podskubywałaby przynętę na końcu wędki – to ryba, która może żyć sto lat, osiągnąć kilkaset kilo wagi i pomieścić w swych trzewiach kawior o wadze dorosłego człowieka.

W Dunaju żyje pięć gatunków jesiotrowatych: bieługa, szyp, jesiotr rosyjski, siewruga oraz czeczuga (starlet). Szyp, o wygiętym pysku i zaokrąglonych wąsach, jest bliski wymarcia, jednak i pozostałym nie żyje się dobrze na wolności. To najstarsza ryba na ziemi, niegdyś duma tej rzeki i występująca najobficiej. Starożytni Dakowie łapali ją za pomocą płotu wykonanego z pali wbitych w dno rzeki, z hakami wystającymi spomiędzy drewnianych szczebli. Dackie słowo oznaczające to urządzenie – garda – nadal występuje w języku serbskim. Gdy Rzymianie pokonali Daków – podczas dwóch krwawych kampanii w latach 100–113 po Chr. – przed uśmierceniem jeńców bądź odesłaniem ich na targ niewolników przymusili ich, aby nauczyli ich łapać jesiotry. Na trzonie kolumny Trajana w Rzymie widać brodatych ludzi w spodniach, jak kulą się pod mieczami triumfujących legionistów, odróżniających się od nich gładko ogolonymi twarzami i krótkimi tunikami. To raczej przykład wojennej propagandy niż realistyczny reportaż, dlatego nie pokazano tu, jak brodaci mężczyźni uczą Rzymian łowić ryby.

Rzymscy inżynierowie przystosowali dacki model do sieci na homary, montowanej w dnie rzeki. Technologia nie zmieniła się zbytnio. W muzeum w Bai na Węgrzech widziałem drewniane kraty, z wyglądu przypominające ściankę dziecięcego łóżeczka, ze sterczącymi spomiędzy nich hakami. Haki wbijają się między łuski ryby, a im bardziej ryba się miota, tym głębiej wchodzą w jej boki. Takie „rybie płoty” wciąga się potem na łodzie i wyjmuje się z nich ryby.

Radu potrząsa swą skrzynką dla gości, czyli zwykłym pudełkiem po butach wypełnionym ośćmi i szkieletami ryb. Jesiotr – tłumaczy – to „znakomity wspinacz, lecz kiepski pływak”. Za pomocą ramion pokazuje, jak ryba usztywnia swe płetwy grzbietowe i wkopuje się nimi w dno rzeki, by wyruszyć w długą wędrówkę w górę Dunaju. Wyjmuje z pudełka dwie płetwy, długie, żółtawe i ostre, przypominające raczej druty do dziergania niż szpilki. Gdy ryby docierały do katarakt, które niegdyś przedzielały pewne odcinki koryta, zaczepiały się w dnie rzeki za pomocą tych płetw, podpływały kawałek, potem znów zaczepiały się, aby odpocząć przy jakimś odpowiednim kamieniu. W ten sposób mogły wspinać się pod wartki prąd po stromym dnie w górę rzeki.

Najstarsze skamieliny jesiotra pochodzą sprzed 2,5 mln lat. Ryby te bytują w wodach ziemi dziesięć razy dłużej, niż człowiek pływa po ich powierzchni. Przez ten czas praktycznie się nie zmieniły. Na skamielinach widać długopyskie bieługi dokładnie takie jak te, które dziś polują na półkach skalnych w Morzu Czarnym i Kaspijskim, jak niegdyś polowały w Morzu Panońskim. Bieługa jest największa, może osiągać długość sześciu metrów i wagę nawet tony. Filmowana pod wodą, przypomina gigantyczny statek kosmiczny, obracający się i przekręcający pomiędzy galaktykami.

– Są ludzie, którzy całe życie mieszkali nad rzeką, a jesiotra na oczy nie widzieli – mówi Radu.

Ryba uparcie trzyma się blisko dna rzeki. W Morzu Czarnym, gdzie trzy spośród pięciu gatunków dunajskich spędzają większość swego dorosłego życia, jesiotr również rzadko kiedy podpływa pod powierzchnię. O jego życiu w morzu było wiadomo niewiele do czasu wspólnego rumuńsko-norweskiego projektu badawczego, którego realizację rozpoczęto w 2009 roku4. Malutkie nadajniki satelitarne, każdy wart tyle co laptop, zamocowano na pięciu nastoletnich rybach, które następnie wrzucono do Dunaju w Hârşovie, daleko w górze rzeki.

Tego wieczora w restauracji „Neptun” w Tulczy, pod malowidłami ukazującymi bożków uzbrojonych w trójzęby, nad talerzami ze smażonym okoniem, którego popijamy białym winem z regionu Niculiţel, Radu mówi mi więcej o tym przedsięwzięciu. Najlepiej jak dotąd poszło Haraldowi, dwunastoletniemu samcowi, nazwanemu tak na cześć króla Norwegii. Zdrowy, 60 kilo żywej wagi, pomknął do morza od razu, gdy tylko wypuszczono go do Dunaju. Zimę spędził na podwodnej półce skalnej, na głębokości zaledwie 60 metrów w północno zachodnim zakątku Morza Czarnego, niedaleko Odessy. Był to pierwszy naukowy dowód, że tam właśnie gromadzą się jesiotry zimą, akurat na obszarze, gdzie najbardziej zagrażają im trawlery – to niesłychanie istotna informacja dla obrońców środowiska naturalnego. Miniaturowe urządzenie przyczepione do grzbietu ryby zaprogramowano tak, aby nie przekazywało informacji bez przerwy, lecz przechowywało je, przesyłając je na satelitę dopiero z chwilą wypłynięcia na powierzchnię wody. Dokładnie 164 dni po wypuszczeniu Harald wynurzył się 11 kilometrów od wybrzeży Krymu. Tej pierwszej nocy – według informacji z satelity Argos – płynął ze stałą prędkością 15 kilometrów na godzinę, prawdopodobnie na pokładzie kutra rybackiego. Harald został złowiony. Zapewne jeszcze żył, nie było to jednak pewne.

Inną niezwykłą cechą jesiotra jest zdolność przeżycia długich dni bez wody. Wielka bieługa złowiona przez serbskich rybaków w Apatinie w 2003 roku najpierw leżała na brzegu przez kilka godzin owinięta w koc jednego z rybaków, po czym zdołała wyzwolić się z niego i potoczyć z powrotem do wody. Zanim na dobre im uciekła, rybacy zdążyli zauważyć w jej boku resztki kilku zardzewiałych haczyków. Zdarzyło się to ponad dwadzieścia lat od momentu, gdy zapora Żelazna Brama na granicy rumuńsko-serbskiej odcięła jesiotra od jego naturalnych terenów rozrodczych na płyciznach Dunaju pomiędzy Węgrami a Słowacją. Po zbudowaniu zapory ryby musiały więc albo pozostać w górze rzeki, albo prześliznąć się przez śluzy obok jakiejś przeciążonej barki i podążyć szlakiem migracyjnym, który zamknięto przed resztą ich krewniaków.

Po tym, jak złowiono Haralda i jak trafił on na brzeg, satelita śledził go jeszcze przez dwa dni. Ostatni sygnał pochodził z pobliskiej stacji kolejowej w miejscowości Saki. Harald miał rozpocząć podróż w głąb lądu. Można się tylko zastanawiać, co zrobili z nadajnikiem ci, którzy złapali bądź kupili rybę. Ten projekt badawczy pozwolił dowiedzieć się bardzo wiele na temat szlaków migracyjnych jesiotra, niewiele jednak ryb przekazało aż tyle informacji co Harald. Niektóre do tej pory się nie wynurzyły. Inne wprawdzie wypłynęły na powierzchnię, jednak dane przesyłane przez nie do satelity były zniekształcone. Niebo nad Morzem Czarnym szumi od sygnałów satelitarnych wymienianych pomiędzy okrętami rosyjskiej floty a bazą wojskową w Sewastopolu. Morze Czarne jest oknem Rosji na wojny i rewolucje na Bliskim Wschodzie5.

Dumą kolekcji skarbów Radu jest mały idealny jesiotr, niewiele dłuższy od jego dłoni, prezent od jego profesora Nicolae Bacalbaşy. Na początku lat siedemdziesiątych XX wieku profesor Bacalbaşa zorientował się, że jesiotr w Dunaju jest bliski wyginięcia. Nadmierne odłowy, zanieczyszczenie wód i budowa hydroelektrowni Żelazna Brama zniszczyły populację tej ryby, podobnie jak dekadę wcześniej budowa zapory w Wołgogradzie w Rosji wyniszczyła populację jesiotra w Wołdze. W 1980 roku połów bieługi wyniósł zaledwie jedną dziesiątą wielkości z roku 1930. Bacalbaşa poświęcił resztę swego długiego życia na próbę ocalenia jesiotrów6.

Pierwszą przeszkodę stanowili mrukliwi rumuńscy rybacy – nie chcieli mu zdradzić, gdzie można złapać jesiotra. To ściśle strzeżony rodzinny sekret, jak tłumaczyli, przekazywany z ojca na syna. Niezrażony tym Nicolae Bacalbaşa zaparkował swego trabanta koło mostu w Hârşovie, gdzie mężczyźni wciąż stoją przy drodze i rozkładają szeroko ramiona dla unaocznienia rozmiarów ogromnego suma w swym wiadrze bądź w swej wyobraźni, i wyruszył w górę rzeki. Nie śpieszył się. Co wieczór rozbijał namiot, a za dnia gawędził z każdym, kogo spotkał po drodze. Po trzech dniach trafił na żyłę złota. Niewinny rzut oka do drewnianej beczki przy samotnym wędkarzu pozwolił mu dostrzec pierwszego jesiotra. Wędkarz przyjeżdżał co roku z dalekiej Mołdawii i łowił, aż beczka była pełna. Wtedy solił ryby i wiózł zdobycz z powrotem do domu, aby zimą karmić rodzinę, a nadwyżkę sprzedać. Zażenowany faktem, iż uczony profesor mówi mu, że złowił bardzo rzadki okaz, ubłagał gościa, aby go sobie wziął. Był to właśnie ów idealny jesiotr, którego teraz wręczył mi Radu. Na podstawie rozmiaru ryby i pory roku Bacalbaşa ustalił, że jesiotr raczej zimował w Dunaju, niż wracał do cieplejszych i bardziej słonych wód Morza Czarnego.

Bacalbaşa i jego zespół nauczyli się łapać jesiotry na podstawie takich strzępów informacji, zbieranych od rybaków i na podstawie własnych obserwacji. Młode dojrzałe osobniki wpływają do Dunaju raz na trzy do pięciu lat, aby odbyć tarło, natomiast starsze ryby wybierają się w taką podróż raz na dziesięć, piętnaście lat. Odmiany hybrydowe – krzyżówki rozmaitych gatunków jesiotra – bardziej niż inne przywiązują się do rzeki, jak gdyby nie miały ochoty wracać do morza. Badacze zwrócili uwagę na niezwykły fakt: jesiotry występują najobficiej w tych dokładnie miejscach, gdzie ongiś Rzymianie budowali swe forty. Dowódcy rzymskich garnizonów nadgranicznych, w których trzeba było nakarmić oddziały złożone ze stu i więcej żołnierzy, nie byli w ciemię bici. Jesiotr żył i rozmnażał się wówczas w Dunaju w takiej obfitości, że jego soczyste różowe mięso i czarny kawior znajdowały się w codziennym jadłospisie żołnierzy stacjonujących daleko od domu. Cywilizacje rodzą się i upadają, lecz zwyczaje jesiotrów niełatwo ulegają zmianie.

Jadąc ku delcie od strony zachodu, widzę pierwsze turbiny wiatrowe, rozmieszczone na wzgórzach jak dmuchawce albo przednia straż rzymskiej armii. W Dobrudży zawsze wieje wiatr, przez co wzgórza są nagie, a trawy niskie i stepowe. Jest to najdalej wysunięty na południowy zachód zakątek wielkich porośniętych trawą obszarów stepowych południa Rosji, które ongiś przemierzali konno nomadzi. W plecy dmuchał im zwykle północny wiatr, zwany po rumuńsku crivăţ. Wśród tych niskich starych wzgórz musieli się czuć jak u siebie w domu. Ich kurhany (kopce grzebalne) wciąż pozostają elementem krajobrazu, słabo znane nawet Rumunom. Jedyna książka, jaką znalazłem na temat tego regionu w najlepszych bukareszteńskich księgarniach, to potężny tom zdjęć Razvana Voiculescu, człowieka na motorze, docierającego na nim nawet tam, gdzie najlepiej dostać się drogą morską albo konno7. Są tam granitowe skały sterczące niczym zęby olbrzyma, a samotna morwa u ich stóp wygląda jak dar jakiejś bogini. „Późno w nocy [...] wciąż słyszę skrzypienie łodzi przycumowanych u stóp wzgórza z Cytadelą. Są tu drogi wiodące do nikąd, którymi jednak tutejsi ludzie uparli się wałęsać. [...] Most o zardzewiałych barierkach pomiędzy dwoma suchymi wzgórzami, nieskończoność słoneczników, kościoły wrzucone niezdarnie między pola dzikiego piołunu i kamieni” – pisze Voiculescu w przedmowie. To początek świata – podkreśla – a nie jego koniec. Odpowiednie miejsce, by rozpocząć mą podróż w górę Dunaju.

Miejscowości, przez które jadę, mają turecko brzmiące nazwy, jak Saraiu czy Topalu, są w nich małe meczety, niewiele większe niż sale modlitewne, i wąziutkie, strzeliste minarety. Większość spośród 80 tys. rumuńskich Turków i Tatarów mieszka w Dobrudży. Jak wielu najeźdźców na przestrzeni dziejów, zakochali się w tej krainie i zostali. Ich praprawnuczki, nieśmiałe dziewczęta o ciemnobrązowych oczach i uśmiechach zdolnych ujarzmić dziką bestię, sprzedają bukieciki fioletowych kwiatków. Gdy je mijamy, w ogorzałych dłoniach widać plamy fioletu.

Poboczem, w smudze dymu snującej się z wiatrem od strony pochylonego mężczyzny palącego ubiegłoroczną trawę, wędrują stadka owiec. Powycierane dywany wiszą na sznurach do prania, kury szukają jedzenia na podwórzu przy drewnianej szopie wypełnionej po dach kolbami kukurydzy, policjant w białej czapce przechadza się znużonym krokiem wzdłuż drogi, która według Razvana Voiculescu wiedzie do nikąd.

Skojarzenie turbin wiatrowych z dmuchawcami okazuje się trafniejsze niż porównanie do żołnierzy. W ciągu zaledwie dwóch lat wyrosło ich tutaj czterysta pięćdziesiąt. Planuje się budowę 4 tys. w całym regionie Dobrudży, w tym wielu na drodze ptaków wędrownych, które przylatują nad deltę i które z niej odlatują.

W wietrzny marcowy poranek Daniel Petrescu wiezie mnie do Beştepe, co po turecku oznacza „pięć wzgórz”, skąd rozciąga się widok na Mahmudię i na odnogę Sfântu Gheorghe. Daniel jest wysoki, często się uśmiecha, a na jego szyi wisi potężna lornetka. Jezioro Razim poniżej Beştepe jest największym jeziorem Rumunii, a sięga nieomal do południowego horyzontu. Po drugiej stronie wzniesień najbardziej wysunięty na południe odcinek Dunaju wije się przez swoje ostatnie 100 kilometrów do morza. Od północy mocno dmucha, niebo się zaciągnęło. Samotna wrona w czarnej „czapce” nurkuje w wietrze, potem małe grupki zięb i jerów przelatują nad górą na północ, plotkując podczas lotu.

– Niepozorne ptaszki, ale potrafią przemieszczać się nawet przy takiej pogodzie. Te wzgórza są jak Mekka, magnes dla ptaków wędrownych. Nadlatują z tych płaskich, wodnistych obszarów i wykorzystują wnoszące się ciepłe prądy powietrzne nad górą, aby wzbić się wysoko. Potem, z tej wysokości ześlizgują się na drugą stronę gór, jesienią na południe, wiosną na północ.

Wzgórza stanowią rezerwat przyrody raczej z powodu występujących tu cennych gatunków mchów i innych roślin niż ptaków. Jest macierzanka, kępy traw turzyc, krzaki dzikiej róży, w jarze kryje się nawet mała karłowata morwa. W czasach komunizmu uczniowie w szkołach mieli obowiązek przynosić określoną ilość jedwabników z morw dla odrodzenia rumuńskiego przemysłu jedwabniczego.

– Dobre drzewo dla ptaków ze względu na długi okres owocowania – mówi Daniel. – Te szpaki różowe bardzo je lubią.

Jedwabniki żywią się liśćmi morwy białej. Jedwab trafił z Chin do Europy w I wieku po Chr. W 552 roku za panowania bizantyjskiego cesarza Justyniana Wielkiego dwóm mnichom udało się przemycić do Konstantynopola jajeczka jedwabników w bambusowych laskach8. W Grecji i na Bałkanach powstawały pierwsze plantacje morw, w wielu regionach zaczynała się produkcja jedwabiu.

W Tulczy Dunaj rozdziela się na trzy odnogi. Północna Kilia opływa łukiem ukraińskie wybrzeże i wpada do Morza Czarnego. Wejścia do niej strzeże miasto Izmaił, a w jego herbie widnieje chrześcijański krzyż na czerwonym tle oddzielony szablą od islamskiego półksiężyca.

Bystrych nurtów już Dunaju

Nie wypuścim odtąd z rąk.

Śmiałość Rusów dziś uznając,

Krym i Kaukaz nasze są.

Już nie ruszą hordy z Krymu,

By zakłócić spokój nasz.

Blednie duma dziś Selima

I półksiężyc traci blask9.

Strofy te, pióra Gawriły Dierżawina, były pierwszym hymnem Rosji. Selim to turecki sułtan. Wiersz miał upamiętniać zajęcie niezdobytej rzekomo tureckiej twierdzy Izmaił przez rosyjskiego generała Aleksandra Suworowa w 1790 roku. Pokłosie tego wyczynu nie było już tak chlubne. Po oblężeniu czterdzieści tysięcy tureckich mężczyzn, kobiet i dzieci zginęło w rzezi z rąk rosyjskiego wojska. Żołnierze chodzili od domu do domu, stąd być może czerwone tło w części herbu. Kiedy było już po wszystkim, Suworow poszedł do swego namiotu i płakał10. Dziś miasto liczy blisko 90 tys. mieszkańców, wśród nich jest pokaźna społeczność chińska.

Środkowa odnoga, Sulina jest najbardziej ruchliwym szlakiem, uregulowanym przez Anglika Charlesa Hartleya w drodze powrotnej z wojny krymskiej. Później Hartley ruszył poszerzać Kanał Sueski, uczestniczył też w pracach nad prostowaniem szlaku wodnego przez meandry delty Mississippi11. Pierwsze szlify zdobywał jednak na Dunaju i to od niego rozpoczęła się trwająca do dziś bitwa między inżynierami transportu, pragnącymi jak najszybciej dostarczyć towar na rynki, a obrońcami naturalnego środowiska, którzy kochają tę wijącą się, pełną zakoli, zmienną rzekę.

Południowa odnoga Sfântu Gheorghe – czyli „Święty Jerzy” – ciągnąca się u naszych stóp pod górą Beştepe aż po horyzont, jest najstarsza. Patrzymy ponad wzgórzami wygładzonymi przez wiatry. Niewiele tu drzew, te zaś, które zdołały się zakorzenić na owym wietrznym obszarze, są nieduże i powyginane jak źdźbła traw. Mało tu opadów, zaledwie 40 centymetrów rocznie.

Miejsca, gdzie ptaki szukają pożywienia, zależą od poziomu wody w delcie. Późną wiosną, gdy deszcz i topniejący śnieg w górze rzeki zmieniają ją w pełną wirów brunatną powódź, pelikany i ptaki brodzące muszą iść dalej w głąb lądu, żeby łapać ryby. Żaden z dwóch gatunków pelikanów w delcie Dunaju nie umie nurkować, do zdobywania pokarmu potrzebują więc płytkich wód. Ludzka ingerencja w krajobraz – jak choćby budowanie farm wiatrowych – zmusza pelikany do wędrówek coraz dalej od rzeki. Im dłużej zaś pozostają z dala od gniazda, tym mniejsza szansa młodych na przeżycie. Opowieść Daniela przypomniała mi o pewnym rybaku, którego poznałem wiele lat temu na Lofotach u brzegów Norwegii. Jako młody żonkoś rzadko wypływał łodzią na dłużej niż tydzień. Z biegiem lat jednak zdarzało się, że nie było go i pół roku, gdy trałował po bladych wodach Morza Barentsa w poszukiwaniu coraz mniej licznych ryb.

W czasach komunizmu władze próbowały zmienić Lacul Razim z jeziora słonego, zasilanego przez morze, w jezioro słodkie, zasilane przez Dunaj. Pobudowano wały, aby odgrodzić je od morza, i połączono akwen z rzeką sztucznymi kanałami. Eksperyment okazał się katastrofą12. Od tamtego czasu co rusz podejmowano nieśmiałe próby przywrócenia tego obszaru do jego naturalnego stanu. Starano się pozyskać ziemię pod uprawy kukurydzy i ryżu poprzez rozbudowany system grobli. Początkowo osiągnięto pewne sukcesy, lecz rosnący poziom zasolenia gleby niszczył rośliny. Marzenie rumuńskiego dyktatora Nicolae Ceauşescu, syna wiejskiego szewca, aby przezwyciężyć „zacofanie wsi”, zostało zastąpione marzeniem obrońców naturalnego środowiska o przywróceniu wiejskich pustkowi do ich pierwotnego stanu13.

Pędzimy po szczytach wzgórz. Widoczność pomimo wiatru się pogarsza i pośród kłębiącej się mgły dostrzegamy w oddali wysokie turbiny wiatrowe, które zdają się kroczyć w naszą stronę. Podejmowane przez firmy budowlane próby wznoszenia ich na terenie samej delty spaliły na panewce ze względu na sprzeciw Zielonych, jednak na wszystkich innych obszarach Dobrudży budowa postępuje z zawrotną prędkością. Lokalne samorządy spragnione inwestycji, dotacje z Brukseli, a przede wszystkim potężne dobrudżańskie wiatry sprawiają, że wciąż zjawiają się kolejni budowniczowie. Daniel obawia się o los ptaków wędrownych oraz tych, które gniazdują tu przez okrągły rok, martwi się też wpływem dróg, linii energetycznych, betonu i stali na kruchy ekosystem.

– To jest jeden z cudów Europy i nie powinien być niszczony przez tego typu inwestycje. W Rumunii wciąż jednak zwyciężają wielkie pieniądze. Deweloperzy zagarniają ziemię i najpierw budują, a dopiero potem się zastanawiają. W drodze z Mahmudii do Tulczy jedziemy za ciągiem paskowanych betoniarek, przypominających osy spowite w kłęby kurzu. O ziemię i wiatr rywalizują firmy hiszpańskie, niemieckie, rumńskie, francuskie i amerykańskie.

– Nie jesteśmy przeciwni rozwojowi i nie mamy nic przeciwko energii wiatrowej, jednak gdy coś osiąga taką przemysłową skalę, musi powodować szkody. Nie możesz postawić tysięcy wirników, każdy o średnicy boiska piłkarskiego, które będą się kręcić, nie wywołując poważniejszych zmian w otoczeniu. Większość gatunków ptaków migruje nocą. Ptaki nie są w ciemię bite, potrafią ominąć kilka wiatraków, ale co będzie, gdy natkną się na setki? Jeszcze gorzej mają nietoperze. Nie chodzi już nawet o to, że mogą oberwać skrzydłem wiatraka, ale o to, że różnica ciśnień wywołana przez wirniki powoduje, że płuca im implodują, gdy przelatują w sąsiedztwie.

Z badań wpływu na środowisko naturalne, finansowanych przez samych inwestorów, nie wynika nic, co mogłoby dawać powody do troski. Gdy jednak ornitolodzy usiłują zbadać obszar pod turbinami, by sprawdzić, czy leżą tam zabite ptaki, są przeganiani przez prywatne firmy ochroniarskie.

Jedziemy szeroką pętlą do Murighiol – co po turecku znaczy „purpurowe jezioro”, nazwa ta pochodzi od osobliwego odcienia wody – aby zobaczyć śledzie i mewy śmieszki oraz stado gęsi gęgaw. Na gałęziach topoli niczym pierścienie na palcach widnieją ciemne gniazda gawronów. Wiele z nich zajęły kobczyki. Na obszarze Rezerwatu Biosfery nie wolno polować, ptaki mogą więc znaleźć tu schronienie.

Przejeżdżamy przez miejscowość Plopu, niegdyś słynącą ze strzecharzy. Większość przeniosła się w górę Dunaju, do Wielkiej Brytanii albo Holandii w poszukiwaniu lepiej płatnej pracy. Klucz gęsi białoczelnych leci wysoko nad dachami, na których tradycyjne pokrycie zastąpiły czerwone dachówki. Tysiące rycyków wzbijają się chmarą z dawnego stawu rybnego.

– Odpoczywają tylko, nabierają ciała przed lotem do Rosji – mówi Daniel.

Rycyki podobnie jak kuliki mają dzioby z giętką końcówką, pozwalające wyłapywać robaki i skorupiaki z dziur, które wykopują w błocie. Brzegi jeziora porasta piękna miniaturowa trzcina, najlepsza na strzechy, czysto złota na tle szarego nieba.

Tulcza wita mnie deszczem walącym w przednią szybę, drogę tarasują betoniarki.

– Czy kompromis z budowniczymi turbin jest niemożliwy? – pytam. – Nie da się opracować mapy pozwalającej omijać obszary najważniejsze dla ptaków wędrownych?

– Podjęto taką próbę, jednak nowi inwestorzy twierdzą, że dyskryminuje ich ona na korzyść tych, którzy wcześniej rozpoczęli prace. Budują wszędzie, gdzie lokalizacja im odpowiada. Obawiam się, że będzie tak dopóty, aż zaczną spadać zyski albo znikną dotacje.

Grigore Baboianu jest dyrektorem Rezerwatu Biosfery Delty Dunaju. Na ścianie jego nowoczesnego przeszklonego biura z widokiem na port w Tulczy widnieje jego zdjęcie z Jakiem Cousteau. W latach 1990–1992 słynny francuski obrońca środowiska naturalnego przepłynął cały Dunaj, zbierając informacje o zdrowiu i chorobach tej rzeki wynikających z zanieczyszczeń, jakie znajdował w muszlach14. „Macie szczęście – powiedział Cousteau do Baboianu podczas wizyty w Tulczy – Dunaj to wciąż rzeka żywa, w odróżnieniu od Renu, wymaga jednak wielkiej pomocy”.

W latach pięćdziesiątych XX wieku komunizm wdrożył gwałtowną, brutalną industrializację w połowie Europy pogrążonej jeszcze w na poły feudalnej drzemce. Miejscowość Pentele na Węgrzech otrzymała wpierw nazwę Sztálinváros (Stalinogród), a potem Dunaújváros (Nowy Dunajogród). Na brzegach rzeki rozpychały się miasta, zwiększał się przyrost naturalny, ludzie przenosili się ze wsi do osiedli mieszkaniowych przypominających średniowieczne wały obronne. Wszystkie nieczystości – pochodzenia ludzkiego i zwierzęcego oraz produkty chemiczne – spływały z powrotem do rzeki, która przerabiała je i oczyszczała, jak tylko mogła, za pomocą koryt porośniętych trzciną i systemów korzeniowych na ocalałych jeszcze podmokłych terenach zalewowych, to zaś, czego nie zdołała przerobić, wypluwała do Morza Czarnego. Na początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku setki naddunajskich gigantów przemysłowych doby komunizmu zbankrutowało i zamknęło podwoje. Gdy skończyły się dotacje państwowe i biurokratyczna energia państwa totalitarnego, nie miały większych szans na przetrwanie.

Losy gospodarstw rolnych potoczyły się nieco inaczej. Wielkie gospodarstwa państwowe i spółdzielnie na obszarze od granicy austriacko-węgierskiej aż pod deltę przemieniły pola znad środkowego i dolnego Dunaju w fabryki żywności. Zbiory zbóż rosły z roku na rok, w glebę pompowano nawozy chemiczne. Wzdłuż rzeki wyrastały zakłady chemiczne produkujące nawozy i materiały wybuchowe. Ścieki z fabryk trafiały do rzeki, a barki wiozły ich produkty na rynek. Zboże transportowano do Konstancy, a stamtąd na oceany całego świata, bądź też w górę rzeki do Austrii i Niemiec, aby karmić kapitalistyczne masy. Po upadku komunizmu Dunaj odetchnął z wielką ulgą15. Zanieczyszczenia spływające rowami ze świńskich ferm zmieniły się z powodzi w strużkę. Cyganie pozabierali metal z zamkniętych fabryk nad rzeką i sprzedawali go na złom, wieziony potem przez morza i przetapiany na żelazne dźwigary wzmacniające betonowe mury w ramach boomu budowlanego w Chinach czy w Indiach. Gospodarstwa państwowe rozczłonkowano i chłopi odzyskali ziemię odebraną im podczas wielkiej fali nacjonalizacji pod koniec lat czterdziestych bądź dostali za nią rekompensatę. Przez dekadę brakowało traktorów dostatecznie małych, by orać niewielkie pola, gdy tymczasem monstra produkcji sowieckiej bądź wschodnioniemieckiej rdzewiały zarośnięte chwastami. W XXI wieku niedostatek kapitału na wsi jest wciąż odczuwalny. Wskrzeszono niektóre przedsiębiorstwa rolne, nieraz z udziałem zagranicznego kapitału. Następuje stopniowa koncentracja ziemi w rękach coraz węższej grupy posiadaczy, ponieważ chłopskie dzieci po przejęciu ojcowizny uznają, że nie chcą na niej pracować, i spieniężają ją. Przemysł spożywczy i browary w Rumunii i Bułgarii, na Węgrzech i Słowacji przejęły zagraniczne spółki podczas pierwszej fali prywatyzacji w latach dziewięćdziesiątych. Wielkie supermarkety i hipermarkety w jakiejś mierze wyparły tradycyjne targowiska pod gołym niebem, gdzie kupowano wcześniej owoce, warzywa i świeżo ubite kury prosto od producentów. Jednak wiele bazarów wciąż istnieje, bo jedzenie smakuje lepiej, gdy widzimy, kto je wyhodował, a pomidor może jedynie zyskać dzięki temu, że nie jechał 2 tys. kilometrów z plantacji, gdzie go wyprodukowano.

Niektóre zakłady przemysłowe wznowiły produkcję, dostosowując się do ostrzejszych norm w zakresie zanieczyszczania rzek. Wielkie programy budowy najnowocześniejszych systemów ściekowych przy wsparciu środków z Unii Europejskiej w takich miastach jak Wiedeń czy Budapeszt pomogły oczyścić wody. Dziś jednym z najtrudniejszych problemów są plastikowe butelki, płynące z nurtem i nie niosące żadnych wiadomości prócz tej jednej, że ktoś w górnym biegu rzeki okazał się na tyle lekkomyślny, by zostawić je na brzegu. Docierają do Morza Czarnego, gdzie w końcu ulegają rozkładowi, dając trujący osad na dnie, który pozostanie tam na zawsze.

Zadaniem Urzędu ds. Biosfery jest ochrona delty po zniszczeniach z epoki Ceauşescu oraz pomaganie lokalnym społecznościom w zarabianiu na życie. Niestety, obydwa te zadania nie zawsze łatwo pogodzić. Tutejsi rolnicy i rybacy nie cierpią tego, co uważają za wtykanie nosa w cudze sprawy przez „ekologów”, jak zwą pracowników urzędu. Wysokie bezrobocie z lat dziewięćdziesiątych XX wieku nie pozostawiło mężczyznom w delcie innego wyboru niż ryby. Niektórzy używają sieci o oczkach zbyt małych w świetle tego, co dopuszcza prawo. Inni przymocowują elektrody do akumulatora samochodowego i wrzucają go do wody, wskutek czego ginie wszystko, co żywe w sporym promieniu. Bardziej w górę rzeki, w Serbii, używa się granatów ręcznych, pozostałych w obfitości po wojnach lat dziewięćdziesiątych, którymi to granatami dosłownie wyrzuca się ryby z wody. W 2006 roku Rumunia zakazała połowów jesiotra. Było to słuszne posunięcie z punktu widzenia ochrony tej ryby przed wyginięciem, lecz zarazem zadało ono dotkliwy cios grupie zdeklarowanych rybaków – szczególnie w delcie – dla których jesiotr był niewątpliwie najcenniejszą zdobyczą. Obmyśla się pomysłowe sposoby ułatwienia rybakom zarobkowania. Grigore Baboianu popiera między innymi koncepcję, aby dać rybakom jeden tydzień w roku na połowy jesiotra. Trudno jednak byłoby to wdrożyć w sytuacji, gdy dopiero co Bułgaria, Serbia i Ukraina, po latach rumuńskich nacisków, też wprowadziły ogólny zakaz połowów jesiotra na swoich odcinkach rzeki. Innym pomysłem jest akwakultura, czyli sztuczne rozmnażanie jesiotra i wypuszczanie go do rzeki. W Rumunii są już dwie jesiotrze farmy, w Isaccei nad Dunajem i pod Bukaresztem. Norwesko-rumuński projekt przewiduje rozpoczęcie „wycieczek jesiotrowych” po Dunaju16.

Grigore poznałem w 2000 roku, gdy przyjechałem filmować pelikany w delcie. Dał nam łódź z przewodnikiem, a zapłaciliśmy tylko za paliwo do zewnętrznego silnika. Urząd cierpiał na taki brak funduszów, że pracownicy nie byli w stanie patrolować rozległego, praktycznie odludnego obszaru delty, by walczyć z kłusownictwem. Z pelikanami cała sztuka w tym – wyjaśnił nam przewodnik – aby zachowywać się tak jak one. Te ogromne ptaki nie dają się łatwo przestraszyć nawet dużym innym gatunkom, takim jak ludzie, i spokojnie dryfują w naszą stronę na wodach rzeki. Znaleźliśmy się już nieomal pośród nich, gdy wtem co bardziej nerwowe osobniki zidentyfikowały w nas krótkodziobych obcych. Lecz mądrzejsze, starsze ptaki, a być może takie, które już wcześniej wiele razy filmowano, zachowały spokój na tych cichych wodach wśród szuwarów. Od tamtego czasu sytuacja finansowa niespecjalnie się poprawiła – wyznaje Grigore – choć straż graniczna jest lepiej wyposażona, ma więcej funduszy oraz lepsze możliwości ochrony delty. Sieci się konfiskuje, a łowiący w okresie tarła, gdy obowiązuje zakaz, muszą liczyć się z karą. W kwietniu i maju wolno odłowić tylko skromnego szczupaka.

W niedzielny poranek w Tulczy idę szukać imama w meczecie kawałek pod górkę, w stronę muzeum. Śpieszy się na pogrzeb, ale będzie później i możemy wtedy porozmawiać, jak Bóg da. Bóg jednak ma względem niego inne plany i o umówionej godzinie nie ma nikogo w zasięgu wzroku. Po krótkim oczekiwaniu w chłodzie marcowego wieczoru dzwonię do drzwi Towarzystwa Przyjaźni Turecko-Rumuńskiej naprzeciwko, w niskiej, zaledwie jednokondygnacyjnej kamienicy. Turcja zarządzała Dobrudżą przez blisko pięćset lat i utraciła ten obszar dopiero w latach siedemdziesiątych XIX wieku. Turcy, którzy tu pozostali, z władców stali się etnograficzną osobliwością, zdołali jednak ocalić część swych skarbów. Do drzwi podchodzi kobieta i wita mnie niczym powracającego syna marnotrawnego. Zebrała się tu właśnie grupa Turczynek na cotygodniowe zajęcia ze śpiewu – prowadzą je Vezza Sadula, Sabis Mahmet i Sabiha Ali. Niektórych pieśni nauczyły się podczas corocznych wypraw w głąb Turcji i wykonują je na festiwalach muzyki ludowej. Najlepsze są jednak stare tureckie ballady z Dobrudży, opowiadające o Dunaju.

Rumuńskie dziewczę ujrzałem nad Dunajem.

Bez matki, bez ojca, ręce jej związali.

„Rumuńska dziewczyno, powiedzże mi prawdę:

Gdzież twoja matka?”

„Ni matki, ni ojca nie mam ja na świecie,

Sierotam i sama, opuszczone dziecię”.

„Sierotaś, jam biedak, razem się pobierzmy!”

„Jakże tak?” – odrzeknie.

„Jak nam żyć w tej ziemi, kiedy serce tęskni?”17

Dlaczego rumuńskie dziewczę ogarnia nad Dunajem nostalgia i skąd się tam wziął turecki młodzieniec – odpowiedź na to pytanie zatarł czas. Tulcza zawsze była miastem ludzi, którzy podążali gdzie indziej. Spogląda przed siebie na morze i za siebie na Dunaj.

Po czterech czy pięciu pieśniach panie zaczynają być zmęczone, któraś zgubiła komórkę. Już wkrótce cała grupa angażuje się w poszukiwania, tak że ostatni refren padnie ofiarą tego zniknięcia zdobyczy nowej technologii. W hoteliku przy porcie zjadam kolejnego okonia i wcześnie kładę się do łóżka, usypiany odgłosem fal uderzających w nabrzeże i pokrzykiwaniem mew.

2

Klęczącydąb

Załoga, towarzysze nasi, dobrzy byli chłopcy

niezmieniający się w dniach zmiennych

nie utyskiwali na mozół

pragnienie, mróz nocny

jak drzewa, jak fale

przyjmowali wiatr, deszcz

chłód nocy, żar słońca...

Jorgos Seferis, Argonauci1

Po Sulinie, jednej z odnóg Dunaju tworzących deltę, płynie statek z Tulczy pękający w szwach od ludzi i dóbr. Worki owsa dla koni z Suliny, pieluchy dla tamtejszych niemowlaków, greckie pomarańcze, hiszpańskie pomidory, boliwijskie banany, lecz przede wszystkim ludzie. Panie w kwiecistych chustach na głowach, unieruchomione siatami pełnymi zakupów, dwie wąskobiodre nastolatki jadące w odwiedziny do babci, para zakochanych w średnim wieku, rozpoczynających wszystko od nowa, wpatrzonych w ślad pozostawiany przez statek na wodzie. I armia mężczyzn w niebieskich bluzach roboczych, o rzeźbionych rysach twarzy, wychylających się za rufę, kurzących papierosy w milczących grupkach na pokładzie.

Brzegi rzeki porastają wierzby, starcy o guzowatych, poskręcanych korzeniach, sięgających do wody po jeden ostatni haust. Za nimi szybko rosnące kanadyjskie topole, niczym małolaty usiłujące dostać się na imprezę. W jednym miejscu cały ich las został zniszczony, zrównany z ziemią. Dunaj pachnie jak morze w południowej Anglii, gdzie dorastałem, lecz bardziej zielono, ostro, niesłono. Są tu jednak mewy i kormorany. Czarne, o szyjach zakrzywionych, to znów wyprostowanych jak żołnierze, o żółtych dziobach, poruszają się powoli i godnie niczym chirurdzy, przysiadają na drewnie wyrzuconym przez wodę na brzeg, nurkują wdzięcznie jak strzały. Tu i tam samotne czaple, żurawie, bociany. Tylko kaczki i gęsi szybują grupami. Reszta łowi samopas, mając oko na inne ptaki i na ludzi wtrącających się w życie nad rzeką.

Rejs promem z Tulczy do Suliny, położonej 60 kilometrów na wschód nad Morzem Czarnym, trwa cztery i pół godziny. Nie ma tu dróg, lecz jest labirynt potoków i moczarów. W delcie Dunaju występuje największe na ziemi skupisko trzcin. Morze Czarne, do którego wlewa się żółtobrązowy Dunaj, jest jeziorem śródlądowym, odgrodzonym od Atlantyku przez długie, rozlazłe cielsko Morza Śródziemnego. Śmiałkowie, którzy żeglowali przez Cieśninę Gibraltarską, a potem przez Dardanele i Bosfor, musieli się z pewnością zastanawiać, czy ujrzą jeszcze kiedyś Zatokę Biskajską. Miejscami piaszczyste wydmy i gleba tak się ustały, że możliwe było utworzenie na nich wioski. Milea 23 nosi swoją nazwę od „23 mili”, licząc od ujścia Dunaju. C.A. Rosetti, nad odnogą Kilią, to grupka wiosek nazwanych tak na cześć XIX-wiecznego rumuńskiego powieściopisarza, choć naprawdę osadę tę stworzyli pasterze, których owce znalazły tam dość suchego lądu, by pójść ku kuszącej murawie. Constantin Rosetti był też działaczem politycznym, a przez poparcie dla rewolucji w 1848 o mały włos trafiłby na stryczek. Uratowany przez swą żonę Mary, Angielkę, siostrę brytyjskiego konsula w Bukareszcie, piastował później urząd ministra policji2.

W pochmurne popołudnie wychodzę na pokład. Dunaj jest szary, niebo jest szare, nawet lasy po obu brzegach są w odcieniach szarości. Scenerię rozświetla tylko z rzadka plama koloru w postaci wiejskiego domu czy poplamionego przez morze kadłuba przepływającego statku. W górę rzeki statki wiozą rudę boksytu z Rosji bądź Brazylii do huty aluminium w Tulczy. Inne statki są puste, unoszą się wysoko na wodzie, płynąc po laminowane blachy ze stalowni w Gałaczu – „Belfin” i „Burhan Dizman” z rejestracją stambulską i „Ayane” zValletty3. Samotni żeglarze niczym rzadkie ptaki stoją i patrzą z trapów na nasz zatłoczony rzeczny prom, na świat, w którym rodziny i przyjaciele wciąż jeszcze podróżują razem. Gdyby były ze mną moje dzieci, machalibyśmy im. Tymczasem jednak lustruję ich pokłady przez lornetkę, usiłując dojrzeć człowieka za kołem sterowym, zwróconego twarzą ku zmierzchającemu dniowi.

Nad rzeką jest trochę miejscowości rozłożonych po obydwu brzegach, jakby Dunaj był główną arterią w miasteczku. Równiutkie sterty pociętej trzciny leżą w wysokich stosach obok domów krytych strzechą bądź blachą. Łodzie wiosłowe o pokrytych smołą kadłubach cumują przy drewnianych pomostach bądź leżą do góry dnem jak muszle przy drodze. Domy są drewniane, framugi okien pomalowano na niebiesko, biało lub zielono. Z brzegu dobiega pianie kogutów. Gęsi białoczelne człapią dumnie, kołysząc biodrami, niczym ordynatorzy na obchodzie podlegającego im oddziału. Rybacy w swoich czarnych łodziach, zawsze dwójkami, zarzucają sieci. Jeden wiosłuje, drugi pieczołowicie przesuwa pływaki na lince sieci.

W rzecznej krainie nie uświadczysz choćby jednej odkrytej głowy, Mężczyźni noszą papachy, kaszkiety albo bejsbolówki, starsze panie chusty bądź dziergane wełniane czapki. Nawet ptaki zdają się nosić nakrycia głowy w postaci czubatych pióropuszów. Rzeka jest tu szeroka, głęboka na 10–14 metrów i zapewnia mnóstwo miejsca dla wszelkiego typu jednostek pływających. Niebiesko-żółto-czerwone bandery rumuńskie, niebiesko-żółte ukraińskie i trójkolorowe holenderskie wyprostowały się na popołudniowym wietrze.

Nasz prom przypływa do Suliny zgodnie z planem, o piątej trzydzieści. Na nabrzeżu czeka tłum ludzi oraz furmanka. Trap rozwija się z gruchotem, grube liny z poskręcanego drutu obwiązuje się wokół słupków. Słychać śmiech – to krewni padają sobie w ramiona, starsze małżeństwa cmokają się w policzki, potem biorą bagaże. Prawie całe miasto zeszło na nabrzeże popatrzeć na nowo przybyłych, nawet jeśli nie ma wśród nich nikogo znajomego. Dla odciętych od reszty świata przez wodę i porośnięte trzciną brzegi codzienny statek z Tulczy jest wydarzeniem.

Zamawiam pokój w hotelu Jean Bart, niedaleko od miejsca, gdzie przycumował prom. Panuje tu duch Dzikiego Zachodu, w jadalni są ciężkie drewniane boazerie, a w moim pokoju z wysokim sufitem geranium na parapetach, pachnące czarnym pieprzem. Elewację hotelu pomalowano w ciemnoczerwono-białe pasy jak lody waniliowo-malinowe. Śpieszę się, żeby zdążyć nad Morze Czarne przed zmrokiem.

Przy nieutwardzonej drodze na wschód do morza znajduje się miejski cmentarz. Gdy staję przy bramie, wychodzi akurat jakaś młoda para. Nie mają oczu zapuchniętych od płaczu nad grobem, za to usta świeżo po pocałunkach. Jest tu nieduża kaplica z drewnianą wieżyczką i wiatrowskazem, a tuż za nią brytyjska część cmentarza. Angielskie nazwiska wydają się tu, nad Dunajem szczególnie opuszczone – tak daleko od rzek Tyne i Tamizy, Mersey i Medway.

„Świętej pamięci Thomasa Rutherforda z Houdon Pans w Anglii, Głównego Inżyniera na parowcu «Kepler»z North Shields, który odszedł z tego świata dnia 26 lipca 1875 roku w Sulinie w wieku lat 36”. Potem cytat z Psalmu 39: „Oto wymierzyłeś moje dni tylko na kilka piędzi, i życie moje jak nicość przed Tobą”**. James Mason z gazety „Phoenician” z Sunderland zmarł w Sulinie 3 października 1852 roku w wieku 23 lat. William Simpson zmarł w Sulinie 28 lipca 1870 w wieku 46 lat. Nagrobek postawiła mu Europejska Komisja Dunaju, „która zatrudniała Mr. Simpsona przez 13 lat jako kierownika robót”. Zastanawiam się, czy na pogrzeb przyszedł stary Charles Hartley, czy odkrył swą pochyloną głowę, wydając ją na żar sierpniowego słońca, gdy spuszczano Billa Simpsona do ziemi. Na następnej tablicy nagrobnej cztery nazwiska – marynarze z HBMS „Recruit”, którzy utonęli w Dunaju w latach 1859–1861. Jak statek mógł być na tyle nieostrożny, by stracić czterech marynarzy zaledwie w dwa lata? „Oraz Peter Gregor, palacz, który zmarł od ciężkiego klimatu”.

Katastrofy zaznaczone w tabelach transportowych na obydwu brzegach Dunaju wskazują, że nie zawsze jest to rzeka spokojna.

Dochodzę do nagrobka z pięknie wyrzeźbioną gałązką oliwną na szczycie. „Pamięci ukochanej Isabelli Jane Robinson, najstarszej i umiłowanej córki E.A. i E.D.S. Robinsonów z South Shields, 28 lat, która utonęła u brzegów Suliny 27 września 1896 roku wskutek katastrofy S/S «Kylemoor»”.

Przy wejściu na cmentarz spostrzegam najświeższy grób. Niski utwardzony kopczyk i bukiet kwiatów. Ion Valentin – napisano na prostym drewnianym krzyżu. Urodzony 2011, zmarł 2011.

Sulina miasto założone przez piratów, które zyskało sławę dzięki konsulom, żyje z niepewnej diety rybnej i przybyszów z zagranicy. Pierwszą wzmiankę o nim zawiera długi list bizantyjskiego cesarza Konstantyna VII do jego czternastoletniego syna, napisany około 950 roku, poświęcony ludom, z którymi będzie musiał sobie jakoś poradzić, gdy obejmie tron. Rusowie przypływają Dnieprem nad Morze Czarne w wydrążonych łodziach – pisze Konstantyn – mijając ujście Dunaju aż do rzeki Selinas [Sulina], a nieustannie nęka ich plemię Pieczyngów, ci uderzą na każdą łódź, która odstaje od reszty, i tak aż do samego wybrzeża Konstantynopola4.

Bramę z drugiej strony cmentarza zamknięto już na noc, wdrapuję się więc na ogrodzenie, prąc wytrwale ku morzu, którego wprawdzie już nie widzę, lecz które słyszę coraz wyraźniej, jak odbija się echem od nowych domów za cmentarzem, tkwiących w piasku niczym kraby. Opodal odzywają się ptaki morskie wołając spomiędzy szumiących trzcin, gdy zakłócam im przygotowania do snu. Piasek pod moimi bosymi stopami staje się nagle miękki, zaraz potem rozlega się bolesny chrzęst muszli, wreszcie dostrzegam białe linie fal na ciemnym tle. Przynajmniej raz Morze Czarne jest naprawdę czarne. Latarnia morska na końcu długiego falochronu pulsuje białym światłem. Idę i idę, zupełnie sam na tym brzegu.

Nazajutrz słońce wschodzi ponad morzem. Wychylam się z mojego balkonu z kutego żelaza w hotelu Jean Bart, pragnąc poczuć na twarzy pierwsze promienie. Na każdej lampie ulicznej przysiadła mewa, najwyraźniej z podobnym do mojego zamiarem, a czubki wierzb na brzegu barwią się złotem. Gwarny tłum ludzi śpieszy na prom do Tulczy o szóstej trzydzieści, chłopcy przepychają się z rowerami, kobiety z trzema, czterema torbami na zakupy w każdej dłoni.

Nad poranną kawą przy pokrytym boazerią barze właściciel hotelu Aurel Bajenaru opowiada mi swoją historię. Przyjechał tu jako dwudziestolatek, teraz liczy sobie 52 lata. Kiedy się tu zjawił, 15 tys. mieszkańców znajdowało pracę w rybołówstwie, w fabryce konserw rybnych, w dużej stoczni remontowej i w koszarach marynarki. Teraz zostało tylko 4 tys. mieszkańców, a zakłady pracy zniknęły.

– Kiedyś mi się tutaj podobało, lecz demokracja to zmieniła, zepsuła – mówi.

Jego trzy córki dorosły i wyjechały. On też by wyjechał, gdyby miał dwadzieścia lat mniej. Uważa, że jedyną szansą dla miasta jest turystyka, jednak wszystkie jego starania utrudnia biurokracja oraz nieumiejętność współpracy wśród mieszkańców. W telewizorze za jego głową, umieszczonym wysoko pośród drewnianych paneli, widzę na czarno-białym filmie parę w namiętnym uścisku. Podali wiadomość, że zmarła Elizabeth Taylor5. Jeszcze do minionego grudnia, niezależnie od wzlotów i upadków gwiazd ekranu, każda rodzina miała prawo do odłowu trzech kilogramów ryb tygodniowo na użytek własny. Prawo to zniesiono, ponieważ zdaniem władz ludzie przekraczali ów limit i nie sposób było tego dopilnować. Aby kupić ryby na potrzeby hotelowej restauracji, Aurel musi teraz wyprawiać się łodzią raz w tygodniu do Tulczy i zaopatrywać się w największej firmie rybnej, której miejscowi rybacy mają obowiązek sprzedawać swoje połowy. Trzeba płacić trzy oddzielne podatki: władzom miejskim, Urzędowi ds. Biosfery oraz państwu. Pomijając wyremontowany hotel Aurela, trudno jest ocenić, które części miasta się restauruje, a które popadają w ruinę. Buldożery przekopują się przez boczne uliczki, zmieniając w błoto glebę pod porozdzieranym asfaltem. W nowszych czteropiętrowych blokach, które powyrastały na brzegu w czasach komunistycznych, nie ma centralnego ogrzewania. Taka anarchia panuje w kapitalistycznej Rumunii – jeden ogrzewa drewnem, drugi gazem, jeszcze inny prądem. Miejski szpital cierpi na brak środków i grozi mu zamknięcie.

Aurel woli rozmawiać o minionej świetności Suliny. Na koniec wojny krymskiej w 1856 roku tu właśnie narodziła się idea zjednoczonej Europy. Mocarstwa – Wielka Brytania, Rosja, Austro-Węgry, Turcja, Prusy, Francja i Włochy – powołały Europejską Komisję Dunaju. Miasto stało się prężnym ośrodkiem kosmopolitycznym, w którym wspólnym językiem był grecki. W 1900 roku żyli tu ludzie 23 narodowości, zdecydowanie najwięcej Greków – 2,5 tys., następnie 803 Rumunów, 444 Ormian, 268 Turków i 173 Żydów6. Skład narodowościowy dołu listy jest równie interesujący jak jej szczytu – co mogło wówczas robić w Sulinie 5 Etiopczyków, 10 Senegalczyków oraz 24 Anglików? Jak spędzali gorące letnie dnie i długie zimowe wieczory? Aurel opowiada istną historię Romea i Julii – o Angliku oraz pięknej tancerce kabaretowej pochodzenia grecko-afrykańskiego. Rodzice chłopaka zaciekle przeciwstawiali się ich małżeństwu, a gdy w samym środku dramatu ona wypadła za burtę do rzeki, on skoczył za nią i oboje utonęli. Podobno znaleziono ich ciała w objęciach, jednak podczas odwiedzin na cmentarzu poprzedniego dnia nie zauważyłem jakoś ich grobu.

Budownictwo w Sulinie jest przedziwną mieszaniną stylów architektonicznych. Hotel Jean Bart miał przed wojną maltańskich właścicieli, którzy po rewolucji 1989 roku wrócili tu i ostatecznie go sprzedali. Jean Bart to pseudonim literacki pisarza Eugeniu Boteza, akcja jego powieści Europolis (1958) rozgrywa się w Sulinie7. Lipiec i sierpień to obecnie jedyne ruchliwe miesiące w Sulinie. Hotel odwiedzają najczęściej Francuzi i Niemcy, czasem Włosi przyjeżdżający na polowania. Przez długi czas poważnym problemem w mieście była kwestia wody, lecz została ona w końcu rozwiązana dzięki pewnemu hojnemu gościowi. Gdy w 1897 roku jej wysokość królowa Holandii Emma zeszła na brzeg ze swego statku, otarła czoło i poprosiła o szklankę wody, na nabrzeżu zapanowała konsternacja. Dopiero po kilku minutach zdołano spełnić jej prośbę. Zażenowana zamieszaniem, jakie spowodowało jej skromne życzenie, wyłożyła pieniądze na wzniesienie wieży ciśnień8. Wieża stoi po dziś dzień, potężna budowla po zachodniej stronie miasta. Najsłynniejszym obiektem w Sulinie jest jednak latarnia morska. To tutaj musi rozpocząć się każda wyprawa w górę Dunaju, to kilometr zero. Dunaj mierzy się w górę rzeki właśnie od tej latarni morskiej, inaczej niż inne rzeki, mierzone w dół od swych źródeł. Moja własna droga w górę rzeki nie powinna być trudna do zmierzenia. Pięć kilometrów między latarnią morską a morzem, których nie wlicza się do oficjalnej długości rzeki, to swoista ziemia niczyja, miękkie obrzeże ujścia. Przyczynia się to do zagmatwania i tak już dostatecznie zawiłej kwestii długości Dunaju. Niektórzy autorzy w jednym i tym samym artykule potrafią podawać dwie różne liczby. Ponieważ jednak startuję od latarni morskiej, a mam zamiar skończyć przy sadzawce w