Wydawca: Zielona Sowa Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2009

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 561 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Duma i uprzedzenie - Jane Austen

Duma i uprzedzenie była przebojem literackim wiosny 1813 r. Historia Elizabeth Bennet i pana Darcy'ego to historia przezwyciężania dumy i uprzedzeń obojga bohaterów, ich dojrzewania do porozumienia i szczerej miłości. Pisarka podważa w powieści wiarę w miłość od pierwszego wejrzenia i ostrzega tych, którzy w takową uwierzą. Ostrzega też przed konsekwencjami przyjęcia "prawdy od pierwszego wejrzenia", uznania czegoś od razu, bez poznania uczuć i motywów osądzanego. W Dumie i uprzedzeniu niemal każdy z bohaterów pochopnie ocenia innych, by stopniowo zmieniać o nich zdanie, gdyż dopiero z czasem ujawniają się prawdziwe intencje i zarówno dobre, jak i złe cechy charakteru. Elizabeth była ulubioną bohaterką Jane Austen, która pisała do siostry, że nie zniosłaby, gdyby ktoś nie polubił tej postaci. Wolno przypuszczać, że obdarzyła ją wieloma własnymi rysami.

Opinie o ebooku Duma i uprzedzenie - Jane Austen

Fragment ebooka Duma i uprzedzenie - Jane Austen

Tytuł oryginału:

Pride and Prejudice

Projekt graficzny serii:

Piotr Iwaszko

Opracowanie graficzne okładki:

Jolanta Szczurek

Redakcja:

Elżbieta Zarych

© Copyright by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Kraków 2009

ISBN 978-83-7895-174-2

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.

30-404 Kraków, ul. Cegielniana 4A

tel./fax (012) 266-62-94, tel. (012) 266-62-92

www.zielonasowa.pl

wydawnictwo@zielonasowa.pl

ROZDZIAŁ I 

Powszechnie uważa się, że samotny a zamożny mężczyzna potrzebuje do pełni szczęścia jedynie żony.

Mimo że tuż po przeprowadzeniu się kawalera do nowej miejscowości nikt z mieszkańców nie zna jego poglądów i uczuć, to jednak prawda ta jest tak silnie zakorzeniona w umysłach okolicznych rodzin, że nowy lokator zostaje natychmiast uznany za prawowitą własność tej czy innej córki.

– Mój drogi mężu – odezwała się pewnego dnia pani Bennet – czy słyszałeś, że Netherfield Park znalazł nareszcie nowego gospodarza? Mężczyzna zaprzeczył.

– Ale to prawda – odparła pani Bennet. – Pani Long była u mnie przed chwilą i opowiedziała mi wszystko.

Pan Bennet milczał.

– Nie chcesz wiedzieć, kto wydzierżawił posiadłość? – niecierpliwiła się kobieta.

– Wiem, że chcesz mi powiedzieć, a ja nie widzę żadnych przeszkód, aby tego nie wysłuchać.

Dama nie czekała na dalszą zachętę.

– Mój drogi, pani Long twierdzi, że Netherfield Park został wydzierżawiony przez młodego, zamożnego dżentelmena z Północnej Anglii; podobno przybył tutaj w poniedziałek, aby zobaczyć posiadłość, i był tak zachwycony, że natychmiast dopełnił wszelkich formalności z panem Morrisem. Ma się do nas sprowadzić jeszcze przed świętym Michałem, a część służby przyjedzie do domu już pod koniec przyszłego tygodnia.

– Jak się nazywa?

– Bingley.

– Ma żonę, czy jest kawalerem?

– Och! Jest kawalerem, mój drogi, jest kawalerem! Młody dżentelmen z ogromną fortuną, cztery lub pięć tysięcy funtów rocznie. Cóż za szczęście dla naszych dziewcząt!

– Jak to? Jaki to ma z nimi związek?

– Mój drogi mężu – odparła – ależ jesteś rozkojarzony! Chciałabym, aby poślubił jedną z nich.

– A czy taki ma zamiar, sprowadzając się do naszej okolicy?

– Zamiar! Nonsens, co ty mówisz! Ale istnieje duże prawdopodobieństwo, że zakocha się w którejś z nich, dlatego musisz złożyć mu wizytę niezwłocznie po przyjeździe.

– Nie widzę po temu żadnych powodów. Możesz odwiedzić go z dziewczętami lub wysłać je same, co prawdopodobnie będzie lepszym rozwiązaniem, gdyż przyćmiewasz urodą swoje córki i pan Bingley jeszcze gotów zakochać się w tobie.

– Mój drogi, pochlebiasz mi. Rzeczywiście, kiedyś mogłam się poszczycić nieprzeciętną urodą, ale te czasy już dawno minęły. Gdy kobieta ma pięć dorosłych córek, powinna przestać zajmować się własną aparycją.

– W takich przypadkach, kobieta często nie ma już żadnej aparycji.

– Ale, mój drogi, wracając do tematu, musisz koniecznie odwiedzić pana Bingleya, gdy zagości w naszej okolicy.

– Zapewniam cię, że nie mam na to najmniejszej ochoty.

– Pomyśl o swoich córkach. Zastanów się, ile korzyści jedna z nich zyskałaby dzięki temu. Sir William i lady Lucas planują złożyć mu wizytę głównie z tej właśnie przyczyny. Wiesz przecież, że nie mają w zwyczaju odwiedzać nowych sąsiadów. Musisz się z nim przywitać, gdyż w innym wypadku nie będziemy miały pretekstu, aby go poznać.

– Stanowczo przesadzasz. Ośmielę się nawet stwierdzić, że pan Bingley będzie niezwykle uradowany waszą wizytą, a ja za twoim pośrednictwem prześlę mu krótki, a serdeczny list zapewniający o mojej bezgranicznej zgodzie na małżeństwo z którąkolwiek z dziewcząt. Nie odmówię sobie jednak przyjemności skreślenia kilku ciepłych słów o mojej małej Lizzy.

– Proszę cię, nie rób tego. Lizzy wcale nie jest lepsza od swoich sióstr, a co więcej, jestem szczerze przekonana, że nie dorównuje urodą Jane, ani nie jest tak pogodnie usposobiona jak Lydia. Ale ty zawsze obdarzasz ją specjalnymi względami.

– Dziewczęta nie mają zbyt wiele do zaoferowania – odparł – są nierozważne i zuchwałe, podobnie jak inne panienki w ich wieku, a Lizzy odznacza się niezwykłą mądrością i powagą.

– Drogi mężu, jak możesz mówić w ten sposób o swoich dzieciach? Czerpiesz przyjemność z dręczenia mnie. Nie masz za grosz litości dla moich zszarganych nerwów.

– Mylisz się, kochana. Mam dla nich najwyższy szacunek. Twoje nerwy są moimi starymi przyjaciółmi. Rozprawiasz o nich już od co najmniej dwudziestu lat.

Pan Bennet łączył w sobie tak wiele osobliwych cech, jak błyskotliwa inteligencja, cięty dowcip, dystans i spontaniczność, że dwadzieścia cztery lata wspólnego życia nie wystarczyły jego żonie, aby poznać i zrozumieć jego charakter. Za to pani Bennet była kobietą prostolinijną, o jasnym i nieskomplikowanym umyśle oraz niepohamowanym temperamencie. Kiedy była zła, wyobrażała sobie, że choruje na nerwy. Najważniejszym celem jej życia było wydanie córek za mąż, a największą radością – wizyty u znajomych i nowinki.

ROZDZIAŁ II

Pan Bennet był jednym z pierwszych gości pana Bingleya. Od samego początku zamierzał złożyć mu wizytę, chociaż do ostatniej chwili zapewniał żonę, że nie uwzględnia tego w swoich planach. Lady Bennet żyła w stanie nieświadomości aż do wieczora tego dnia, kiedy owa wizyta została złożona. Sprawa ujrzała światło dzienne w następujący sposób. Pan Bennet, obserwując, jak jego druga z rzędu córka dekoruje kapelusz, zabrał nagle głos:

– Mam nadzieję, że ten kapelusz spodoba się panu Bingleyowi, Lizzy.

– Przecież nie dowiemy się, co lubi pan Bingley – odparła jego żona z urazą – bo nie zamierzamy złożyć mu wizyty.

– Zapominasz, mamo – wtrąciła się Elizabeth – że spotkamy go na naszych asamblach **(Asambl (z fr.) – dawn. spotkanie towarzyskie, raut, bal.)**, i że pani Long obiecała nam go przedstawić.

– Nie sądzę, aby pani Long zdecydowała się to uczynić. Ma dwie własne siostrzenice. To samolubna hipokrytka i nie darzę jej sympatią.

– Ja mam podobne zdanie – rzekł pan Bennet – i cieszę się, że nie liczysz na jej pomoc.

Lady Bennet nie odezwała się, ale nie mogąc powstrzymać gniewu, zaczęła łajać jedną ze swych córek.

– Na litość boską, Kitty, przestań kaszleć! Miej choć odrobinę litości dla moich nerwów. Targasz je na strzępy.

– Kitty nie ma wyczucia chwili – dorzucił jej ojciec – zawsze kaszle w najmniej odpowiednim momencie.

– Nie kaszlę dla własnej przyjemności – odgryzła się Kitty. – Kiedy ma się odbyć twój następny bal, Lizzy?

– Od jutra za dwa tygodnie.

– Ach, co za szkoda – zawołała starsza dama. – Pani Long wróci dopiero dzień przed balem. Nie będzie w stanie przedstawić nam pana Bingleya, gdyż sama nie będzie go znać.

– W takim razie, moja droga, możesz zdobyć przewagę nad swoją przyjaciółką i przedstawić jej pana Bingleya.

– Wykluczone, panie Bennet, absolutnie niemożliwe. Przecież go nie znam. Jak możesz się tak ze mną droczyć?

– Szanuję twoją ostrożność. Po dwóch tygodniach znajomości nie można poznać natury i charakteru człowieka. Jeśli jednak nie przedstawimy jej pana Bingleya, zrobi to ktoś inny, a przecież ona i jej siostrzenice muszą również stanąć do rywalizacji. Wyświadczysz im ogromną przysługę, nie angażując się w tę sprawę. Pozwól, że tym razem to ja się wszystkim zajmę.

Dziewczęta spojrzały ze zdumieniem na ojca. Pani Bennet zawołała tylko:

– Nonsens, nonsens!

– Co mają znaczyć te patetyczne okrzyki? – spytał mężczyzna. – Czy, twoim zdaniem, formy grzecznościowe obowiązujące przy zawieraniu znajomości oraz waga, jaką się do nich przywiązuje, są nonsensem? Nie mogę się z tobą zgodzić. A co ty na to, Mary? Jesteś młodą, błyskotliwą kobietą, czytasz wiele mądrych książek i opracowań.

Dziewczyna chciała powiedzieć coś stosownego do sytuacji, ale nie wiedziała co.

– Podczas gdy Mary zbiera myśli – kontynuował – wróćmy do pana Bingleya.

– Mam już dość pana Bingleya! – zawołała pani Bennet.

– Przykro mi to słyszeć, ale dlaczego nie powiedziałaś mi o tym wcześniej? Gdybym dzisiaj rano znał twoją opinię na ten temat, na pewno nie złożyłbym mu wizyty. Co za pech... Ale skoro już zawarłem znajomość z naszym nowym sąsiadem, nie wypada się teraz z niej wycofać.

Zaskoczenie na twarzach dziewcząt było zgodne z jego oczekiwaniami, ale zdziwienie na twarzy lady Bennet przeszło jego najśmielsze wyobrażenia. Mimo to, gdy minął pierwszy wybuch radości, starsza dama zaczęła stanowczo deklarować, że spodziewała się tego od samego początku.

– Jak to miło z twojej strony, mój drogi mężu! Wiedziałam, że w końcu uda mi się ciebie przekonać. Byłam pewna, że za bardzo kochasz swoje córki, aby zrezygnować z takiej znajomości. Ależ jestem szczęśliwa! I co za wyśmienity pomysł, aby pojechać do niego dzisiaj rano i nie wspomnieć o tym ani słowem.

– Teraz, Kitty, możesz kaszleć, ile ci się tylko podoba – zakończył pan Bennet i wyszedł z pokoju, zmęczony wynurzeniami żony.

– Macie wspaniałego ojca, dziewczęta! – zawołała lady Bennet, jak tylko drzwi pokoju zamknęły się za nim. Nie wiem, czy kiedykolwiek uda się wam odwdzięczyć jemu czy mnie za okazaną dobroć i serdeczność. Zapewniam was, że w naszym wieku takie codzienne zawieranie nowych znajomości nie należy do przyjemności, ale dla waszego dobra jesteśmy gotowi do największych poświęceń. Lydia, kochanie, mimo że jesteś najmłodsza, ośmielę się stwierdzić, że pan Bingley zatańczy z tobą na najbliższym balu.

– Och! – ucieszyła się dziewczyna – wcale się nie boję, mimo że jestem najmłodsza, jestem z was najwyższa.

Reszta wieczoru upłynęła damom na domysłach, kiedy pan Bingley przyjedzie z rewizytą i kiedy powinny zaprosić go na obiad.

ROZDZIAŁ III

Wszystkie pytania, jakie pani Bennet oraz jej pięć córek zadało seniorowi rodu, nie wystarczyły, aby uzyskać od niego kompletny i satysfakcjonujący opis pana Bingleya. Damy stosowały przeróżne metody – pytały go wprost, snuły domysły, podsuwały odpowiedzi, ale Pan Bennet był nieugięty i zręcznie omijał wszelkie pułapki i zasadzki. W końcu dziewczęta poddały się i skupiły uwagę na wiadomościach z drugiej ręki, a mianowicie na sprawozdaniu lady Lucas. Jej relacja była bardzo korzystna dla samego zainteresowanego. Sir William był oczarowany nowym sąsiadem. Pan Bingley był młodym, nadzwyczaj przystojnym mężczyzną o serdecznej i łagodnej naturze. Liczbę jego zalet powiększał fakt, że na zbliżającym się balu miał się pojawić w licznym i dystyngowanym towarzystwie. Wszystko zapowiadało się znakomicie! Skoro pan Bingley lubił tańczyć, musiał być wrażliwym i uczuciowym człowiekiem, a co za tym idzie na pewno łatwo ulegał urokowi prawdziwych dam. W sercu pani Bennet na nowo zagościła radość i nadzieja.

– Nie będę mieć już żadnych życzeń – rzekła do męża – jeśli pewnego dnia jedna z moich córek zostanie panią Netherfield Park, a pozostałe znajdą równie dobrych mężów.

W kilka dni po wizycie pana Benneta w Netherfield Park, pan Bingley przybył z rewizytą i spędził w bibliotece gospodarza domu około dziesięciu minut. Miał nadzieję dostąpić zaszczytu poznania młodych dam, o których urodzie tak wiele słyszał, ale ostatecznie rozmawiał tylko z ojcem. Dziewczęta były w dogodniejszej sytuacji, gdyż udało im się dostrzec z okna na piętrze, że gość miał na sobie niebieski surdut i przyjechał na czarnym koniu.

Niedługo potem wysłano mu zaproszenie na obiad, ale gdy pani Bennet przygotowywała spis potraw będący popisem jej kulinarnych umiejętności, nadeszła odpowiedź odmowna. Pan Bingley był zmuszony udać się następnego dnia do Londynu i tym samym nie mógł przyjąć zaproszenia. Lady Bennet była zdruzgotana. Nie rozumiała, co mogło być aż tak ważne, aby skłonić go do opuszczenia Hertfordshire wkrótce po przyjeździe. Zaczęła się obawiać, że nowy sąsiad będzie nieustannie w podróży i nigdy nie osiądzie na stałe w Netherfield. Lady Lucas uspokoiła nieco jej obawy, sugerując, że pan Bingley wyjechał do Londynu jedynie po to, aby zaprosić swoich znajomych na bal. Niedługo po tym w okolicy rozeszła się wieść, że pan Bingley ma przywieźć dwanaście dam i siedmiu dżentelmenów. Dziewczęta były zasmucone wiadomością o tak licznym gronie damskim, ale w przeddzień balu otrzymały radosną nowinę, że pan Bingley przyjechał z Londynu jedynie z pięcioma siostrami i kuzynką. Towarzystwo, które pojawiło się na sali balowej, składało się już tylko z pięciu osób: gospodarza Netherfield Park, jego dwóch sióstr, męża starszej z nich i jeszcze jednego młodego człowieka.

Pan Bingley okazał się w istocie przystojnym i eleganckim mężczyzną o przyjaznym usposobieniu i nienagannych manierach. Jego siostry również prezentowały się niezwykle dostojnie i wytwornie. Szwagier, pan Hurst, jedynie sprawiał pozory wykwintnego dżentelmena, za to przyjaciel nowego mieszkańca Netherfield Park, pan Darcy, szybko przykuł uwagę zebranych wysoką, smukłą sylwetką i szlachetnymi rysami twarzy. Nie bez znaczenia był również fakt – o którym dyskutowano już w pięć minut po wejściu towarzystwa na salę – że tajemniczy nieznajomy posiada dziesięć tysięcy funtów rocznego dochodu. Panowie stwierdzili, że to wspaniały mężczyzna, a panie doszły do wniosku, że jest o wiele przystojniejszy od pana Bingleya. Obserwowano go z podziwem przez pół wieczoru, dopóki jego niestosowne zachowanie nie zapoczątkowało fali krytyki. Pan Darcy okazał się dumnym, zapatrzonym w siebie gburem, który patrzył na wszystkich z pogardą i wyraźnie nudził się w towarzystwie bawiących się. Nawet jego rozległe włości w hrabstwie Derby nie uchroniły go przed opinią, że ma nieprzyjemną i odpychającą twarz, i że w ogóle nie można go porównywać z panem Bingleyem.

Nowy gospodarz Netherfield Park szybko zapoznał się z wszystkimi ważnymi osobistościami; był uśmiechnięty i otwarty, nie opuścił ani jednego tańca i ubolewał niezmiernie nad faktem, że bal dobiegł końca tak szybko i niespodziewanie. Zapowiedział, że wyda podobny w swojej posiadłości. Tak serdeczne zachowanie mówiło samo za siebie. Cóż za kontrast z jego przyjacielem! Pan Darcy zatańczył tylko raz z panią Hurst i raz z panną Bingley, uchylał się od zawarcia znajomości z jakąkolwiek inną damą i przez resztę wieczoru spacerował po sali, odzywając się sporadycznie do kogoś ze swojego towarzystwa. Opinia o nim została ostatecznie ustalona. Był najbardziej niemiłym i antypatycznym człowiekiem na świecie i wszyscy żywili nadzieję, że już nigdy więcej nie zobaczą go w swoim towarzystwie. Wśród jego największych przeciwników znalazła się pani Bennet, której niechęć do niego przerodziła się w szczerą odrazę po tym, jak zlekceważył jedną z jej córek.

Elizabeth Bennet była zmuszona, z powodu zbyt małej liczby partnerów, usiąść i przeczekać dwa tańce, a ponieważ pan Darcy stał w tym czasie niedaleko niej, mogła usłyszeć jego rozmowę z panem Bingleyem, który przerwał zabawę i podszedł do niego, aby zachęcić przyjaciela do przyłączenia się do nich.

– Chodź, Darcy – zaczął – zatańcz wreszcie. Nie stój tak sam, tylko przyłącz się do nas.

– Nie mam najmniejszego zamiaru. Wiesz przecież, że tego nie cierpię, chyba że znam dobrze partnerkę. Na takim balu jak ten, to wręcz wykluczone. Twoje siostry są zaręczone, a na tej sali nie ma ani jednej kobiety, której towarzystwo nie byłoby dla mnie okrutną karą.

– Na Boga, nie bądź taki wybredny! – zawołał pan Bingley. – Słowo honoru, nigdy wcześniej nie poznałem tylu uroczych dam, co dzisiaj wieczorem, a kilka z nich wyróżnia się wyjątkową urodą.

– Ty tańczysz z jedyną ładną panną na sali – skomentował pan Darcy, spoglądając na najstarszą pannę Bennet.

– Och! To najpiękniejsza istota, jaką spotkałem z życiu! Ale jedna z jej sióstr siedzi tuż za tobą, a to niezwykle urocza i sympatyczna dama. Poproszę moją partnerkę, aby ci ją przedstawiła.

– Kogo masz na myśli? – spytał Darcy i odwróciwszy się, popatrzył przez chwilę na Elizabeth, lecz gdy napotkał jej spojrzenie, odwrócił wzrok i rzekł chłodno do przyjaciela: – Jest znośna, ale niewystarczająco ładna, aby mnie zainteresować. Poza tym, nie jestem teraz w nastroju, aby pocieszać panny wzgardzone przez innych mężczyzn. Wróć lepiej do swej partnerki i ciesz się jej uśmiechami, gdyż ze mną tracisz jedynie czas.

Pan Bingley posłuchał jego rady i wrócił na parkiet. Pan Darcy odszedł, pozostawiając Elizabeth z niezbyt miłymi uczuciami względem niego. Dziewczyna opowiedziała jednak o wszystkim swoim przyjaciółkom, gdyż miała niezwykle łagodne i wesołe usposobienie i śmiała się z każdej niedorzecznej sytuacji.

Wieczór upłynął mile i radośnie całej rodzinie. Pani Bennet widziała, jak towarzystwo z Nertherfield podziwia jej najstarszą córkę. Pan Bingley zatańczył z nią dwa razy, a jego siostry wyraźnie ją wyróżniały. Jane była równie szczęśliwa jak jej matka, chociaż nie okazywała tego jawnie. Elizabeth cieszyła się jej szczęściem. Mary słyszała, jak ktoś mówił o niej pannie Bingley jako o najlepiej wykształconej pannie w okolicy. Catherine i Lydia szczęśliwie nie przesiedziały ani jednego tańca, co było dla nich ogromnym powodem do dumy. Wszyscy wrócili więc w wyśmienitych nastrojach do Longbourn, wioski, której byli najważniejszymi mieszkańcami. Pan Bennet nie spał jeszcze. Zawsze gdy czytał książkę, zatracał się w niej całkowicie i nie zwracał uwagi na mijający czas, a teraz dodatkowo trawiła go ciekawość co do wydarzeń owego wieczoru, który wzbudził tak wiele oczekiwań. Miał nadzieję, że jego żona pozbędzie się wszelkich złudzeń co do owego młodego człowieka, ale szybko zorientował się, że czeka go zupełnie inna opowieść.

– Och, mój drogi mężu! – zawołała po wejściu do pokoju – cóż za wspaniały wieczór, cóż za udany bal! Szkoda, że nie przyłączyłeś się do nas. Wszyscy podziwiali Jane, wszyscy bez wyjątku! Każdy rozwodził się nad jej urodą, a pan Bingley zatańczył z nią dwa razy! Pomyśl tylko, mój mężu, poprosił ją dwa razy! Żadna inna panna nie dostąpiła tego zaszczytu. Na początku balu zatańczył z panną Lucas. Ależ byłam zła, widząc ich razem na parkiecie, ale nie spodobała mu się wcale; zresztą, komu ona mogłaby się spodobać, wiesz przecież. Nasz nowy sąsiad wyglądał na kompletnie zauroczonego, gdy zobaczył Jane pląsającą na sali i zaczął o nią wypytywać. Zostali sobie przedstawieni i poprosił ją o dwa następne tańce. Trzeci raz tańczył dwa tańce z panną King, dwa czwarte z Mary Lucas, a dwa piąte znów z Jane, a dwa szóste z Lizzy, a boulangera...

– Gdyby miał choć odrobinę współczucia dla mnie – przerwał jej pan Bennet ze zniecierpliwieniem – nie tańczyłby i połowy tego! Na Boga, nie mów mi już więcej o jego partnerkach. Że też nie skręcił sobie nogi na początku balu!

– Och, drogi mężu, jestem oczarowana jego osobą. To niesłychanie przystojny mężczyzna! A jego siostry są nadzwyczaj urocze i eleganckie. Nigdy w życiu nie widziałam piękniejszych sukni. Co więcej, odważę się stwierdzić, że koronka u spódnicy pani Hurst...

Pan Bennet ponownie przerwał jej w pół zdania. Nie miał ochoty słuchać opowieści o strojach balowych i frakach. Dama zmuszona była znaleźć inny temat do rozmowy, opowiedziała więc z nieukrywanym rozżaleniem o niekulturalnym i aroganckim zachowaniu pana Darcy’ego. Nie omieszkała oczywiście wyolbrzymić pewnych jego cech i słów.

– Mogę cię jednak zapewnić – dodała na koniec – że Lizzy nic nie traci, nie mieszcząc się w jego kanonach piękna. Pan Darcy to niezwykle antypatyczny i odpychający człowiek i nie warto zajmować się jego osobą. Był tak zarozumiały i zapatrzony w siebie, że nikt nie chciał zawrzeć z nim znajomości. Spacerował tam i z powrotem i wyobrażał sobie, że jest najważniejszą personą na balu! Niewystarczająco ładna, aby z nią zatańczyć! Szkoda, mój drogi, że cię tam nie było, bo odpowiedziałbyś mu ostro, tak jak tylko ty potrafisz. Nie znoszę tego człowieka!

ROZDZIAŁ IV

Gdy Jane i Elizabeth zostały same, starsza siostra, do tej pory bardzo powściągliwa w chwaleniu pana Bingleya, zaczęła się rozwodzić nad jego zaletami i swoją sympatią do niego.

– Jest taki, jaki powinien być każdy młody człowiek – rzekła – rozsądny, serdeczny i otwarty. A poza tym, nigdy w życiu nie spotkałam się z tak nienagannymi manierami! Od niego aż bije dostojeństwo i elegancja!

– Jest też przystojny – odparła Elizabeth – a młody dżentelmen powinien być urodziwy... jeśli oczywiście ma ku temu warunki. Pan Bingley to chodząca doskonałość.

– Byłam zaszczycona, gdy poprosił mnie do tańca po raz drugi. Nie spodziewałam się takiego wyróżnienia.

– Nie spodziewałaś się? A ja tak. I na tym polega różnica między nami. Komplementy są dla ciebie całkowitym zaskoczeniem, dla mnie natomiast czymś zupełnie naturalnym. Czy mogło być coś bardziej oczywistego, niż jego prośba o kolejny taniec z tobą? Nie mógł nie dostrzec, że jesteś pięć razy ładniejsza od wszystkich panien na balu. Nie zawdzięczasz tego jego galanterii. No cóż, pan Bingley jest niewątpliwie wartościowym człowiekiem i nie mam nic przeciwko twojej sympatii do niego. Podobało ci się już wielu głupszych ludzi.

– Kochana Lizzy!

– Och, wiesz przecież, że jesteś zbyt naiwna i masz zwyczaj obdarzania sympatią wszystkich, bez wyjątku. Nigdy nie dostrzegasz wad u innych ludzi. W twoich oczach każdy jest dobry i uczciwy. Ani razu nie słyszałam z twych ust złego słowa o kimkolwiek.

– Nie chciałabym zbyt pochopnie osądzać nikogo, ale zawsze mówię to, co myślę.

– Tak, wiem, i to właśnie tak bardzo mnie zdumiewa. Jesteś inteligentną i rozsądną osobą, a mimo to nie potrafisz dostrzec wyrachowania i nieuczciwości u innych ludzi. Udana bezstronność jest teraz często spotykana, ale neutralność cicha i naturalna jest wyłącznie twoją cechą. Mniemam zatem, że polubiłaś również siostry pana Bingleya? Ich maniery i sposób bycia nie dorównują kurtuazji i serdeczności ich brata.

– Rzeczywiście, na początku sprawiają takie wrażenie, ale gdy się z nimi rozmawia, są bardzo miłe i przyjacielskie. Panna Bingley ma zamieszkać z bratem i prowadzić mu dom. Jestem przekonana, że znajdziemy w niej serdeczną przyjaciółkę i sąsiadkę.

Elizabeth słuchała w milczeniu, ale nie mogła przyznać siostrze racji. Zachowanie obu dam na balu dalekie było od szczerej serdeczności. Dziewczyna była bardziej spostrzegawcza i mniej łatwowierna niż Jane, a ponieważ odczuła na własnej skórze chłodny i obojętny stosunek owych pań do jej osoby, nie potrafiła obdarzyć ich sympatią i zaufaniem. Panie Bingley były doprawdy wytwornymi damami; uśmiechały się, gdy były zadowolone, i okazywały uprzejmość, gdy miały na to ochotę – grzeszyły jednak nadmierną wyniosłością i dumą. Były ładne, zdobyły wykształcenie w jednej z najlepszych prywatnych szkół w Londynie, dysponowały majątkiem w wysokości dwudziestu tysięcy funtów, miały w zwyczaju wydawać więcej, niż powinny, i otaczać się ludźmi z wyższych sfer. Nic więc dziwnego, że miały o sobie bardzo wysokie mniemanie, a na innych patrzyły z góry. Pochodziły z szanowanej rodziny w północnej Anglii, a okoliczność ta była dla nich trwalszym wspomnieniem niż fakt, że fortunę brata i swoją własną zdobyły dzięki handlowi.

Pan Bingley odziedziczył blisko sto tysięcy funtów po ojcu, który pragnął kupić jakiś majątek, ale nie zdążył zrealizować swych marzeń przed śmiercią. Młody dziedzic przejął inicjatywę po ojcu i wielokrotnie był już bliski zakupu jakiejś posiadłości w swoim hrabstwie, lecz że teraz znalazł się w posiadaniu komfortowego domu, zapewniającemu mu wszystkie wygody ziemiańskiego dworu, jego znajomi, doskonale znający jego beztroską naturę, zaczęli utwierdzać się w przekonaniu, że ich przyjaciel osiedli się na stałe w Netherfield, a kupno majątku pozostawi następnemu pokoleniu.

Jego siostrom niezmiernie zależało na owym zakupie. Chociaż brat przebywał w Netherfield tylko jako dzierżawca, panna Bingley za wszelką cenę dążyła do pełnienia funkcji gospodyni w jego domu, a pani Hurst, która wyszła za mąż za człowieka bardziej światowego niż majętnego, również pragnęła uważać Nerherfield za swój dom zawsze wtedy, gdy zaistnieje taka konieczność. Zaledwie w dwa lata po osiągnięciu pełnoletności pan Bingley zupełnie przypadkowo otrzymał ofertę obejrzenia posiadłości w Nertherfield. Pojechał tam, zwiedzał dom przez pół godziny, był usatysfakcjonowany zarówno jego położeniem, jak i wystrojem wnętrz, a po zapoznaniu się z korzystną ofertą właściciela, niezwłocznie podpisał umowę dzierżawy.

Pomimo dużej rozbieżności charakterów, łączyła go z Darcy’em szczera i zażyła przyjaźń. Darcy’ego fascynowała w przyjacielu szczerość, otwartość i łagodność, mimo że sam miał krańcowo różny charakter. Nie stanowiło to jednak dla niego powodu do niezadowolenia. Bingley ufał bezgranicznie Darcy’emu, a jego opinie i zdanie były dla niego najważniejszymi wskazówkami. Darcy przewyższał przyjaciela inteligencją. Bingley z pewnością nie był ograniczony, ale nie dorównywał znajomemu bystrością i spostrzegawczością. Darcy’ego cechowała jednak nadmierna wyniosłość i powściągliwość, a maniery – chociaż teoretycznie bez zarzutu – nie zachęcały do zawarcia bliższej znajomości. W tej dziedzinie przyjaciel zdecydowanie go przewyższał. Bingley wzbudzał sympatię i serdeczność w każdym towarzystwie, natomiast Darcy był wyłącznie obiektem niechęci i antypatii.

Sposób, w jaki wyrażali się o balu w Meryton, był charakterystyczny tylko dla nich dwóch. Bingley twierdził, że nigdy wcześniej nie spotkał życzliwszych rozmówców i piękniejszych dam, wszyscy wkoło byli przyjaźnie i otwarcie nastawieni i nikt nie okazywał dumy czy napuszenia. Co więcej, szybko znalazł wspólny język z nowymi znajomymi, a panna Bingley – no cóż, nawet anioł nie mógł dorównać jej urodą. Z kolei Darcy miał zupełnie odmienne zdanie; widział w towarzystwie z balu jedynie zbiorowisko niczym niewyróżniających się ludzi, którzy nie wzbudzali w nim najmniejszego nawet zainteresowania, i których obecność nie sprawiła mu żadnej przyjemności. Panna Bennet, według niego, była ładną dziewczyną, ale zbyt często się uśmiechała.

Pani Hurst i jej siostra przyznały mu całkowitą rację, ale mimo to podziwiały i lubiły Jane. Co więcej, doszły do wniosku, że jest uroczym dziewczęciem, i że należy poznać ją bliżej. Panna Bennet została zatem zaakceptowana przez obie damy, co pozwoliło ich bratu myśleć o niej w takich kategoriach, na jakie tylko miał ochotę.

ROZDZIAŁ V

Niedaleko Longbourn mieszkała rodzina, z którą państwo Bennet utrzymywali bliskie kontakty. Sir William Lucas trudnił się kiedyś handlem w Meryton, a dorobiwszy się w miarę pokaźnej fortuny, został nobilitowany przez króla za mowę skierowaną do niego w czasie swego burmistrzowania. Wyróżnienie to było dla niego chyba zbyt wielkim przeżyciem, gdyż zaczął odczuwać wstręt do pracy oraz do małomiasteczkowego stylu życia i w końcu porzucił jedno i drugie i przeprowadził się z rodziną do posiadłości znajdującej się o milę od Meryton. Dom swój nazwał „Rezydencją Państwa Lucas” i poświęcił się całkowicie rozmyślaniom nad swoją wielkością i indywidualizmem. Nieskrępowany obowiązkami zawodowymi, mógł spokojnie okazywać szacunek i zainteresowanie całemu światu. Należy bowiem nadmienić, że nobilitacja nie wpłynęła ujemnie na jego charakter, a wręcz przeciwnie, sprawiła, że był bardziej wrażliwy na potrzeby bliźnich. Z natury łagodny, przyjacielski i bezinteresowny, po przedstawieniu w pałacu St. James stał się jeszcze bardziej kulturalny i życzliwy.

Lady Lucas była kobietą poczciwą, ale niewystarczająco błyskotliwą i mądrą, aby stanowić cenne sąsiedztwo dla pani Bennet. Państwo Lucas mieli kilkoro dzieci. Najstarsza z nich, dwudziestosiedmioletnia Charlotte, była dziewczyną mądrą i rozsądną i dlatego zaskarbiła sobie dozgonną przyjaźń Elizabeth.

Nie ulegało wątpliwości, że panny Lucas i panny Bennet muszą się spotkać, aby omówić i skomentować bal, toteż następnego ranka po zabawie Longbourn stało się miejscem niekończących się dyskusji i opowieści obu rodzin.

– Spotkał cię miły zaszczyt na początku wieczoru, Charlotte – rzekła pani Bennet z powściągliwą uprzejmością. – Pan Bingley poprosił cię do tańca jako pierwszą.

– Tak, ale wydaje mi się, że o wiele bardziej spodobała mu się jego druga partnerka.

– Och, myślisz pewnie o Jane, bo zatańczył z nią dwa razy. Rzeczywiście, zdawał się być pod dużym wrażeniem jej osoby. Hm, jestem prawie pewna, że był nią oczarowany. Słyszałam nawet coś na ten temat, ale nie wiem co... chyba w powiązaniu z panem Robinsonem.

– Być może myśli pani o rozmowie między panem Robinsonem a panem Bingleyem, której byłam świadkiem. Czyż to nie ja mówiłam pani o tym? Pan Robinson pytał go, jak się bawi na balu, czy zgadza się z opinią, że na sali znajduje się wiele pięknych dam i w końcu, która z panien jest jego zdaniem najładniejsza? Na ostatnie pytanie pan Bingley odpowiedział bez namysłu – stwierdził, że nikt nie dorówna najstarszej pannie Bennet, i że jest bezsprzecznie najpiękniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek spotkał.

– Wielkie nieba! To bardzo zdecydowana i znacząca wypowiedź. Wszystko wskazuje na to, że... ale nie uprzedzajmy faktów, bo jeszcze zapeszymy i nic z tego nie wyjdzie.

– To, co słyszałam, jest z pewnością o wiele przyjemniejsze od słów, których ty, Elizo, musiałaś wczoraj wysłuchać – rzekła Charlotte. – Pan Darcy nie jest tak miłym kompanem do rozmowy, jak jego przyjaciel, prawda? Biedna Eliza! Żeby być tylko „znośną”!

– Proszę cię, nie wmawiaj jej, że powinna się przejąć jego uszczypliwą uwagą, gdyż pan Darcy jest tak antypatycznym mężczyzną, że znajomość z nim byłaby prawdziwą torturą. Pani Long opowiadała mi wczoraj na balu, że ów dżentelmen siedział obok niej przez pół godziny i nie odezwał się ani słowem.

– Czy mama jest tego całkowicie pewna? Być może zaszła jakaś pomyłka? – odezwała się Jane. – Mogłabym przysiąc, że widziałam, jak rozmawiali ze sobą.

– Ach... pani Long spytała go w końcu, czy podoba mu się w Netherfield i nie mógł uchylić się od odpowiedzi. Ale nawet wtedy zdawał się być bardzo niezadowolony z faktu, że ktoś śmiał się do niego odezwać.

– Panna Bingley mówiła mi – kontynuowała Jane – że pan Darcy z natury jest małomówny, chyba że znajdzie się w gronie bliskich znajomych. Wtedy bawi wszystkich dowcipem i jest niezwykle szarmancki.

– Nie wierzę w ani jedno słowo, droga córeczko. Gdyby był szarmancki, porozmawiałby z panią Long. Domyślam się, o co chodziło. Wszyscy mówią, że pana Darcy’ego rozpiera duma i pewnie dowiedział się, że pani Long nie jest majętną damą, a na bal przyjechała wynajętym powozem.

– Nie mam mu za złe, że nie rozmawiał z panią Long – rzekła panna Lucas – ale żałuję, że nie zatańczył z Elizą.

– Następnym razem, Lizzy – zabrała głos pani Bennet – gdybym była na twoim miejscu, nie zatańczyłabym z nim.

– Mogę ci spokojnie obiecać, mamo, że nigdy w życiu nie zobaczysz mnie tańczącą z tym mężczyzną.

– Duma pana Darcy’ego – odezwała się panna Lucas – nie jest dla mnie tak obraźliwa, jak duma wielu innych osób, gdyż można ją łatwo usprawiedliwić i zrozumieć. Nie dziwi mnie fakt, że dostojny, młody dżentelmen dysponujący ogromnym majątkiem i licznymi koneksjami rodzinnymi, ma o sobie wysokie mniemanie. Jeśli mogę coś powiedzieć, to sądzę, że pan Darcy ma pełne prawo, aby być dumnym.

– Zgadzam się z tobą – odparła Elizabeth – i z łatwością wybaczyłabym mu jego dumę, gdyby przy okazji nie uraził mojej.

– Duma – zauważyła Mary, która zawsze szczyciła się mądrymi i trafnymi przemyśleniami – jest dość powszechnym grzechem, jak sądzę. Przeczytałam wiele książek na ten temat i jestem przekonana, że natura ludzka jest szczególnie podatna na jej wpływ, i że tylko nieliczni z nas nie popadają w samozachwyt ze względu na taką czy inną, prawdziwą lub wyimaginowaną zaletę. Próżność i duma to dwa różne pojęcia, chociaż często używamy ich wymiennie. Człowiek może być dumny, ale nie próżny. Duma odnosi się raczej do naszego zdania o sobie samym, próżność natomiast wiąże się z tym, co chcielibyśmy, aby inni o nas myśleli.

– Gdybym był tak bogaty, jak pan Darcy – zawołał młody Lucas, który przybył do Longbourn wraz z siostrami – nie przywiązywałbym żadnej wagi do tego, czy jestem dumny czy nie. Hodowałbym sforę ogarów i piłbym butelkę wina dziennie.

– W takim wypadku piłbyś o wiele więcej, niż powinieneś – odparła pani Bennet – a gdybym złapała cię na gorącym uczynku, natychmiast odebrałabym ci butelkę.

Młodzieniec upierał się, że pani Bennet na pewno nie posunęłaby się do czegoś takiego, ona natomiast utrzymywała, że nie miałaby żadnych skrupułów. Owa wymiana zdań trwała aż do końca wizyty.

ROZDZIAŁ VI

Niedługo po balu w Meryton, panie z Longbourn złożyły wizytę paniom z Netherfield i zostały uprzejmie rewizytowane. Nienaganne maniery najstarszej panny Bennet nabrały jeszcze więcej wdzięku dzięki życzliwości pani Hurst i panny Bingley i chociaż pani Bennet oraz jej młodsze córki nie zyskały w ich oczach pozytywnej opinii, to względem dwóch starszych panien wyrażono chęć zawarcia bliższej znajomości. Jane przyjęła tę uprzejmość z niewysłowioną radością, Elizabeth natomiast nie mogła pozbyć się uczucia, że sąsiadki traktują wszystkich z pogardą i wyższością, nie wyłączając również jej siostry, i dlatego nie potrafiła obdarzyć ich sympatią. Dostrzegała jednak fakt, że serdeczność, jaką okazywały Jane, wynikała w dużym stopniu z zainteresowania i atencji ich brata. Obserwując bowiem zachowanie pana Bingleya przy każdym spotkaniu, nie można było nie zauważyć, że jest oczarowany najstarszą panną Bennet, i że żywi względem niej bardzo ciepłe uczucia. Elizabeth zaobserwowała, że i Jane zaczyna go wyróżniać, a może nawet powoli zakochuje się w nim. Stwierdziła jednak z zadowoleniem, że nie grożą jej żadne uwagi ze strony wścibskich znajomych, gdyż mimo romantycznego usposobienia, zawsze trzymała uczucia na wodzy i była tak samo pogodna i wesoła. Elizabeth opowiedziała o wszystkim swojej przyjaciółce, pannie Lucas.

– Być może umiejętność skrywania uczuć i emocji jest przydatną cechą – odparła Charlotte – ale czasami obraca się przeciwko nam. Jeśli kobieta nie okazuje nawet cienia sympatii mężczyźnie, którego kocha, może go szybko stracić, a wówczas marną pociechą jest fakt, że nikt z otoczenia nie dowiedział się o jej uczuciu. Każda miłość ma w sobie coś z wdzięczności lub próżności i niebezpiecznie jest pozostawić ją samą sobie. Każdy z nas potrafi uczynić pierwszy krok – okazać niezobowiązujące zainteresowanie – ale tylko nieliczni są zdolni pokochać kogoś szczerze i mocno, bez zachęty z drugiej strony. W dziewięciu wypadkach na dziesięć kobieta powinna okazać więcej uczucia, niż tak naprawdę żywi. Bingley z pewnością lubi twoją siostrę, ale to zauroczenie może nigdy nie rozwinąć skrzydeł, jeśli Jane go nie zachęci.

– Ale ona zachęca go na tyle, na ile jej natura pozwala. Skoro nawet ja dostrzegam, że jest w nim zadurzona, to Bingley musiałby być ślepcem, gdyby tego nie zauważył.

– Pamiętaj, Elizo, że on nie zna charakteru Jane tak dobrze, jak ty.

– Jeśli kobieta jest zakochana i nie stara się tego ukryć, wybranek prędzej czy później musi to dostrzec.

– Może i tak, ale tylko jeśli ma z nią stały kontakt. A chociaż Bingley i Jane spotykają się dosyć często, to jednak na krótki okres czasu, a ponieważ widują się tylko w licznym, mieszanym towarzystwie, nie mogą poświęcić sobie każdej minuty. Dlatego też Jane powinna wykorzystać każdą nadarzającą się okazję, każde pół godziny, aby z nim porozmawiać i przykuć jego uwagę. Kiedy już będzie pewna jego uczuć, zostanie jej dużo czasu, aby utrwalić swoją miłość w takim stopniu, w jakim będzie chciała.

– Twój plan byłby bardzo dobry – odparła Elizabeth – gdyby kobieta dążyła jedynie do dobrego zamążpójścia. Gdybym szukała zamożnego męża lub męża w ogóle, byłabym skłonna posłuchać twoich rad. Ale to nie jest sfera marzeń Jane, ona nie działa według żadnego planu. Na razie nie jest nawet pewna, co tak naprawdę czuje do Bingleya i czy jej sympatia ma jakąkolwiek przyszłość. Zna go zaledwie od dwóch tygodni. Tańczyła z nim czterokrotnie na balu w Meryton, była w jego posiadłości przez jeden poranek i obiadowała z nim może cztery razy. To zdecydowanie za mało, aby poznać naturę drugiej osoby.

– Miałabyś całkowitą rację, gdyby ich spotkania rzeczywiście ograniczały się do tak płytkich sytuacji. Wspólne obiadowanie pokazałoby jej jedynie, co Bingley lubi jeść i czy ma apetyt. Musisz jednak pamiętać, że spędzili ze sobą cztery wieczory, a przez cztery wieczory może się wiele wydarzyć.

– Tak, w czasie owych czterech wieczorów oboje doszli do wniosku, że wolą pikietę od Marysza. Co się zaś tyczy ważnych cech charakteru, obawiam się, że niewiele się o sobie dowiedzieli.

– No cóż – rzekła Charlotte – z całego serca życzę Jane powodzenia, a gdyby już jutro miała wyjść za niego za mąż, podtrzymałabym zdanie, że ma tyle samo szans na szczęście, co po roku poznawania jego charakteru. Szczęście w małżeństwie jest wyłącznie kwestią przypadku. Nawet jeśli ludzie poznają swoje wady i zalety lub połączą się ze względu na zbieżność upodobań, nie oznacza to, że ich wspólne życie będzie usłane różami. Człowiek na ogół zmienia się po ślubie i może przysporzyć wiele problemów małżonkowi. Lepiej również nie doszukiwać się słabych stron u mężczyzny, skoro ma się z nim spędzić całe życie.

– Rozśmieszasz mnie, Charlotto. Wiesz doskonale, że to niedorzeczność, i że nigdy nie postąpiłabyś w ten sposób.

Pochłonięta obserwacją atencji pana Bingleya wobec jej siostry, Elizabeth nie zorientowała się nawet, że sama stała się obiektem zainteresowania jego przyjaciela. Przy pierwszym spotkaniu pan Darcy uznał ją tylko za „znośną”, na balu nie zwracał na nią uwagi, a podczas kolejnego spotkania patrzył na nią krytycznym wzrokiem. Kiedy jednak usilnie przekonywał znajomych i samego siebie, że młodsza panna Bennet wyróżnia się zaledwie jedną zaletą sylwetki, zaczął dostrzegać w jej twarzy szlachetne i inteligentne rysy, które nabierały ostrości dzięki pięknym, ciemnym oczom. Po tym odkryciu nastąpiły inne, równie niepokojące. Chociaż zauważył niejedną wadę doskonałości jej figury, musiał przyznać, że jest zgrabną i powabną kobietą. Mimo iż widział, że jej maniery dalekie są od ideału, to jednak ujmowała go ich naturalność i wdzięk. Elizabeth nie miała o niczym pojęcia. W jej oczach pan Darcy był jedynie aroganckim snobem, który uznał ją za niegodną zatańczenia z nim.

Darcy zapragnął dowiedzieć się czegoś więcej o nowej znajomej. Pierwszym krokiem w kierunku bezpośredniej rozmowy z Elizabeth, było włączenie się do ogólnej konwersacji z jej udziałem. Panna Bennet nie omieszkała nie zwrócić na to uwagi. Działo się to u sir Williama, podczas spotkania towarzyskiego.

– O co mu chodzi? – spytała Charlotte. – Dlaczego przysłuchuje się mojej rozmowie z pułkownikiem Forsterem?

– Odpowiedzi na to pytanie może ci udzielić jedynie pan Darcy.

– Jeśli jeszcze raz to zrobi, dam mu do zrozumienia, że wiem, o co chodzi. Pewnie szuka jakiegoś pretekstu, żeby ze mnie zadrwić. Muszę być zuchwała, bo inaczej wkrótce zacznę się go bać.

Niedługo potem Darcy dołączył ponownie do towarzystwa, chociaż najwyraźniej nie miał zamiaru zabierać głosu. Panna Lucas spojrzała porozumiewawczo na przyjaciółkę. Dziewczyna postanowiła spełnić swoją obietnicę i odezwała się nagle do przybysza :

– Czy nie sądzi pan, panie Darcy, że użyłam nadzwyczaj trafnych argumentów, próbując przekonać pułkownika Forstera, aby wydał kolejny bal w Meryton?

– Była pani niezwykle ekspresywna, lecz kobiety na ogół wkładają wiele serca w takie rozmowy.

– Jest pan dla nas nadzwyczaj surowy.

– Teraz moja kolej, aby się z tobą podrażnić, Elizo – włączyła się do rozmowy panna Lucas. – Zaraz otworzę pianino i wiesz, co później nastąpi.

– Dziwna z ciebie przyjaciółka. Chcesz, żebym grała i śpiewała zawsze i wszędzie! Gdyby próżność związała mój los z muzyką, byłabyś niezastąpioną towarzyszką, ale jako że rzeczywistość przedstawia się zupełnie inaczej, wolałabym nie występować przed publicznością, która przywykła do słuchania tylko najlepszych artystów.

Panna Lucas była jednak nieugięta i w końcu Elizabeth dała za wygraną:

– No dobrze. Skoro muszę, niech tak będzie. – I spojrzawszy chłodno na pana Darcy’ego dodała: – Jest pewne stare, ale wciąż aktualne powiedzenie: „Błogosławieni, którzy nie mając nic do powiedzenia, nie ubierają tego w słowa”. Dlatego też zamilknę, aby zebrać siły przed śpiewaniem.

Występ jej został bardzo mile przyjęty, chociaż nie grała idealnie. Po paru utworach, nim zdążyła spełnić życzenia kilku osób i zaśpiewać coś jeszcze, została ochoczo zastąpiona przez swoją młodszą siostrę, Mary. Dziewczyna, niestety, jako jedyna w rodzinie nie wyróżniała się urodą, dlatego cały swój czas i energię poświęcała na naukę. Lubiła chwalić się zdobytymi umiejętnościami.

Mary nie miała ani talentu, ani gustu, mimo to pielęgnowała w sobie poczucie wyższości i nadmiernego pedantyzmu, co odbierało jej kompozycjom cały wdzięk i lekkość. Naturalnej i prostolinijnej Elizabeth słuchano z większą przyjemnością, chociaż nie grała tak dobrze jak Mary. Młodsza panna Bennet wykonała długi i melancholijny utwór, ale pochwały zdobyła dopiero dzięki szkockim i irlandzkim melodiom, odegranym na prośbę młodszych sióstr, które wraz z kilkoma osobami z rodziny Lucasów oraz paroma oficerami zaczęły tańczyć w kącie pokoju.

Pan Darcy stał w milczeniu niedaleko nich, niezadowolony z takiego obrotu spraw. Liczył bowiem na rozmowę, a nie na tańce. Był tak bardzo pogrążony w rozmyślaniach, że nie zauważył sir Williama Lucasa, który od pewnego czasu stał obok niego. Otrząsnął się dopiero, gdy ten odezwał się do niego:

– Cóż za wspaniała rozrywka dla młodych ludzi, panie Darcy! Nic nie sprawia tak dużej przyjemności, jak taniec. Moim zdaniem to najlepsza forma spędzania czasu w wytwornym towarzystwie.

– Zgadzam się, sir. Taniec ma też tę zaletę, że jest popularny również wśród niższych warstw społecznych. Każdy dzikus potrafi tańczyć.

Sir William uśmiechnął się tylko.

– Pana przyjaciel radzi sobie wyśmienicie – odezwał się znów po chwili, zobaczywszy, że pan Bingley dołączył do osób tańczących na parkiecie. – Założę się, że i pan nie jest laikiem w tej dziedzinie.

– Chyba widział pan, jak tańczę, podczas balu w Meryton, nieprawdaż?

– Tak, w istocie, i przyznaję, że był to niezwykle przyjemny widok. Czy często pan tańczy w pałacu St. James?

– Nigdy, sir.

– A czy nie sądzi pan, że dzięki temu okazałby pan należyty temu miejscu szacunek?

– Jest to ten wyraz szacunku, którego staram się unikać, jeśli tylko mam ku temu sposobność.

– Mniemam, że posiada pan dom w Londynie?

Pan Darcy skinął głową.

– Kiedyś nosiłem się z zamiarem osiedlenia w stolicy, ponieważ lubię towarzystwo wyższych sfer społecznych, ale żywiłem pewne obawy co do tamtejszego powietrza i jego wpływu na zdrowie lady Lucas.

Mężczyzna przerwał w nadziei, że otrzyma jakąś odpowiedź, ale jego towarzysz nie wykazywał żadnych chęci do dalszej rozmowy. Widząc, że Elizabeth przechodzi koło nich, pomyślał, że oto nadarzyła się idealna okazja, aby wykazać się szarmanckim zachowaniem. Niezwłocznie rzekł do niej:

– Droga panno Elizo, dlaczego pani nie tańczy? Panie Darcy, proszę mi pozwolić przedstawić sobie tę młodą damę jako niezwykle urzekającą partnerkę. Jestem przekonany, że nie odmówi pan tak uroczej kobiecie. – I ująwszy jej dłoń, próbował położyć ją na ramieniu pana Darcy’ego, który mimo zaskoczenia nie miał nic przeciwko temu, jednak Elizabeth natychmiast cofnęła rękę i z lekkim oburzeniem odezwała się do sir Williama:

– Doprawdy, sir, nie miałam najmniejszego zamiaru tańczyć. Proszę nie sądzić, że przechodziłam obok, aby skłonić któregoś z panów do towarzyszenia mi w tańcu.

Z grobową wręcz powagą pan Darcy poprosił Elizabeth, aby mimo to zaszczyciła go tańcem, ale na próżno. Dziewczyna była nieugięta. Nawet perswazje sir Williama nie przyniosły żadnego rezultatu.

– Tańczy pani tak pięknie, Elizo, że okrucieństwem jest pozbawiać mnie szczęścia wypływającego z możliwości patrzenia na panią i chociaż pan Darcy nie przepada za tą formą rozrywki, to jestem święcie przekonany, że nie będzie miał nic przeciwko poświęceniu temu celowi pół godzinki.

– Pan Darcy jest uosobieniem uprzejmości i kurtuazji – odparła Elizabeth z wymuszonym uśmiechem.

– Istotnie, istotnie, jeśli jeszcze weźmiemy pod uwagę okoliczności, jakie go do tego skłaniają. Któż bowiem mógłby odmówić tak pięknej partnerce jak pani?

Elizabeth spojrzała wymownie na Darcy’ego i odeszła. Jej upór nie zraził młodego dżentelmena, a wręcz przeciwnie, sprawił, że patrzył na nią z jeszcze większym zainteresowaniem i sympatią. Z zamyślenia wyrwał go głos panny Bingley:

– Domyślam się, o czym pan teraz myśli.

– Przypuszczam, że nie.

– Zastanawia się pan, jakże wielkim nieszczęściem byłaby konieczność obcowania z tymi ludźmi na co dzień i spędzania wieczorów na takich rozrywkach! Podzielam pana zdanie. Nigdy w życiu nie byłam tak zdegustowana! Bezbarwność, pospolitość, zgiełk, a na dodatek zarozumialstwo tego towarzystwa! Ileż bym dała, aby usłyszeć, jak pan z nich szydzi!

– Zapewniam panią, że jest pani w błędzie. Byłem pochłonięty zupełnie innymi rozmyślaniami. Zastanawiałem się, jak wiele przyjemności może sprawić para ciemnych oczu u pięknej kobiety.

Panna Bingley spojrzała na niego z zaskoczeniem i poprosiła, aby wyjawił jej, która z dam zrobiła na nim tak duże wrażenie. Pan Darcy odparł bez zawahania:

– Panna Elizabeth Bennet.

– Panna Elizabeth Bennet! – powtórzyła panna Bingley. – Nie mogę w to uwierzyć! Od jak dawna jest pan jej wielbicielem? I kiedy mam panu życzyć szczęścia?

– Spodziewałem się usłyszeć to pytanie. Kobieca wyobraźnia jest niezwykle szybka i w niespełna sekundę łączy podziw z miłością, a miłość z małżeństwem. Wiedziałem, że będzie pani życzyć mi szczęścia.

– Hm, jeśli jest pan poważny, to uważam sprawę za przesądzoną. Będzie miał pan doprawdy czarującą teściową i, rzecz jasna, zamieszka z wami na stałe w Pemberley.

Mężczyzna słuchał jej z całkowitą obojętnością, podczas gdy ona drwiła uporczywie z nowych sąsiadów. Kiedy jednak jego spokój i opanowanie upewniły ją, że nie ma się czego obawiać ze strony najstarszej panny Bennet, zaniechała dalszych komentarzy.

ROZDZIAŁ VII

Majątek pana Benneta składał się z około dwóch tysięcy funtów rocznego dochodu, które to, na nieszczęście dla jego córek, miały z powodu braku potomka męskiego przejść po śmierci właściciela w posiadanie pewnego dalekiego krewnego. Dobytek lady Bennet, chociaż wystarczająco duży, aby zaspokoić jej potrzeby, był marną podporą dla rodziny. Ojciec damy był adwokatem w Meryton i zostawił jej cztery tysiące funtów.

Pani Bennet miała siostrę, która wyszła za mąż za pana Phillipsa, urzędnika w kancelarii ich ojca, a z czasem jego następcę, oraz brata, który przeniósł się do Londynu i otworzył biuro handlowe.

Wioska Longbourn znajdowała się zaledwie o milę od Meryton. Dla młodych dam była to odległość niezwykle dogodna, gdyż lubiły kilka razy w tygodniu odwiedzać ciotkę i przy okazji zajrzeć do sklepu modniarskiego, który znajdował się po drodze. Catherine i Lydia, dwie najmłodsze z rodzeństwa Bennet, były szczególnie pilne w okazywaniu uczuć krewnej. W przeciwieństwie do starszych sióstr nie grzeszyły roztropnością i inteligencją i gdy w domu nie działo się nic ciekawego, wybierały się przed południem na spacer do Meryton. Wracały z niego z nowinami, które wypełniały im czas aż do wieczora. Bez względu bowiem na to, jak niewiele można się na ogół dowiedzieć na wsi, ciotka zawsze dysponowała nowymi ploteczkami. Teraz na przykład Catherine i Lydia nie posiadały się ze szczęścia, gdyż krewna poinformowała je, że regiment wojska przybył niedawno do sąsiedztwa, miał pozostać w okolicy przez całą zimę, a na kwaterę główną wybrano Meryton.

Dziewczęta wracały teraz od pani Phillips z wieloma interesującymi wiadomościami. Z każdym dniem poszerzały swoją wiedzę na temat nazwisk i koneksji oficerów. Miejsce ich zakwaterowania szybko przestało być dla nich tajemnicą, a po pewnym czasem zaczęły nawet zawierać z nimi bliskie znajomości. Pan Phillips odwiedził wszystkich wojskowych, otwierając w ten sposób nieznane dotąd wrota szczęścia dla młodych panien Bennet. Catherine i Lydia nie potrafiły już rozmawiać o niczym innym, a fortuna pana Bingleya, o której ciągle przypominała im lady Bennet, nie miała w ich oczach żadnej wartości w porównaniu z oficerskim mundurem.

Przysłuchując się pewnego ranka ich wylewnym opowieściom na temat oficerów, pan Bennet zauważył chłodno:

– Wnioskując z waszej bezskładnej paplaniny, muszę przyznać, że jesteście dwiema najgłupszymi istotkami w okolicy. Od pewnego czasu miałem takie podejrzenia, ale teraz jestem tego całkowicie pewien.

Catherine zmieszała się i zamilkła, Lydia natomiast, nie przywiązując żadnej wagi do słów ojca, kontynuowała swe wywody. Zachwycała się osobą kapitana Cartera i żywiła nadzieję, że spotka go jeszcze w ciągu dnia, gdyż następnego ranka miał jechać do Londynu.

– Jestem zaskoczona twoja postawą, mój drogi – odezwała się pani Bennet. – Nie przypuszczałam, że będziesz miał tak niskie zdanie o swoich córkach. Gdybym chciała wypowiedzieć się o kimś z lekceważeniem, na pewno nie wybrałabym na to własnych dzieci.

– Jeśli moje dzieci są głupie, powinienem chyba zdawać sobie z tego sprawę.

– Owszem, ale przecież wszystkie nasze córki są nadzwyczaj mądre.

– Pochlebiam sobie, że tylko w tej jednej jedynej kwestii nie zgadzamy się ze sobą. Miałem nadzieję, że nasze opinie pokrywają się w każdej dziedzinie, ale teraz muszę to zweryfikować i przyznać wbrew tobie, że nasze dwie najmłodsze córki są wyjątkowo bezmyślne.

– Drogi mężu, nie możesz oczekiwać, że tak młode dziewczęta będą miały rozum i doświadczenie ich rodziców. Jestem przekonana, że gdy będą w naszym wieku, nie będą myślały o oficerach w innych kategoriach, niż my teraz. Pamiętam czasy, gdy sama wzdychałam na widok munduru, a i obecnie mam do nich duży sentyment. Gdyby młody, inteligentny pułkownik z pięcioma czy sześcioma tysiącami funtów rocznego dochodu zapragnął poślubić jedną z moich córek, nie miałabym nic przeciwko temu. Tak przy okazji, uważam, że pułkownik Forster wyglądał niezwykle dostojnie w swoim mundurze podczas wizyty u sir Williama wczoraj wieczorem.

– Mamo – zawołała Lydia – ciocia mówi, że pułkownik Forster i pułkownik Carter nie chodzą już tak często do czytelni panny Watson, jak to czynili tuż po przyjeździe. Ciocia widuje ich teraz w czytelni Clarke’a.

Pani Bennet nie zdążyła odpowiedzieć, gdyż do salonu wszedł posłaniec z bilecikiem dla najstarszej panny Bennet. Wiadomość nadeszła z Netherfield i lokaj czekał na odpowiedź. W oczach lady Bennet pojawił się błysk zadowolenia i zaczęła gorliwie wypytywać córkę, czytającą list:

– I co, Jane, od kogo to? O co chodzi? Co on tam pisze? Jane, kochanie, powiedz nam wreszcie.

– List jest od panny Bingley – odparła Jane i przeczytała go głośno:

Droga Przyjaciółko,

Jeśli nie będziesz na tyle litościwa, aby zjeść dzisiaj obiad ze mną i z Luizą, to obawiam się, że znienawidzimy się do końca życia, gdyż takie całodzienne tête-à-tête dwóch kobiet musi skończyć się kłótnią. Odwiedź nas niezwłocznie. Mój brat i panowie będą dziś obiadować z oficerami.

Twoja oddana,

Caroline Bingley

– Z oficerami! – zawołała Lydia. – Ciocia nie wspomniała nam o tym ani słowem!

– Będzie obiadować z oficerami – powtórzyła pani Bennet. – Co za pech.

– Czy mogę wziąć powóz? – spytała Jane.

– Nie, moja droga, lepiej jedź konno. Wygląda na to, że będzie padać, a wtedy będziesz musiała u nich przenocować.

– To byłby dobry plan – wtrąciła Elizabeth – gdyby mama miała pewność, że nie zaoferują jej własnego powozu z powrotem.

– Przecież panowie pojadą wolantem pana Bingleya do Meryton, a państwo Hurst nie mają własnego ekwipażu.

– Wolałabym jechać powozem.

– Ale, dziecko drogie, ojciec na pewno nie ma wolnych koni. Wszystkie są w polu, prawda, mężu?

– Są potrzebne w polu o wiele częściej, niż mogę je tam wysłać.

– Ale jeśli akurat dzisiaj wyślesz je do pracy – rzekła Elizabeth – mama osiągnie swój cel.

Dziewczyna otrzymała w końcu od ojca zapewnienie, że konie są zajęte i w związku z tym Jane zmuszona była jechać do Netherfield wierzchem. Matka odprowadziła ją do samych drzwi, żegnając radosną przepowiednią deszczowej i pochmurnej pogody. Jej nadzieje się spełniły. Wkrótce po wyjeździe córki, spadł gęsty i obfity deszcz. Panny Bennet martwiły się o siostrę, ale matka była zachwycona. Deszcz padał nieprzerwanie przez cały wieczór, tak więc o powrocie Jane do domu nie mogło być mowy.

– Ależ miałam wyśmienity pomysł! – powtarzała nieustannie lady Bennet, jakby deszcz spadł tylko i wyłącznie z jej inicjatywy. Do następnego ranka jednak nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo jej plan się powiódł. Tuż po śniadaniu posłaniec z Netherfield przyniósł taki oto list do Elizabeth:

Kochana Lizzy,

Nie czuję się dziś najlepiej, co, jak przypuszczam, jest skutkiem mojej wczorajszej przejażdżki konno i zmoknięcia w czasie ulewy. Moi drodzy przyjaciele nie chcą słyszeć o moim powrocie do domu, dopóki nie wyzdrowieję. Nalegają również, aby zbadał mnie pan Jones, dlatego nie martwcie się, jeśli usłyszycie, że był u mnie z wizytą. Zapewniam was, że oprócz bólu gardła i bólu głowy nic więcej mi nie dolega.

Twoja, itd.

– Cóż, moja droga żono – odezwał się pan Bennet, gdy Elizabeth skończyła czytać list na głos – jeśli twoja córka się rozchoruje i umrze, będziesz miała pocieszenie w tym, że czyniła to wszystko, aby oczarować pana Bingleya, i aby spełnić twoje oczekiwania.

– Och, nie obawiam się jej śmierci. Ludzie nie umierają od lekkich przeziębień. Poza tym, jest pod dobrą opieką. Jak długo pozostanie w Netherfield, tak długo wszystko będzie dobrze. Odwiedziłabym ją, gdybym miała powóz.

Elizabeth, poważnie zaniepokojona stanem siostry, postanowiła złożyć jej wizytę, chociaż nie mogła skorzystać z powozu. Nie miała w zwyczaju jeździć konno, dlatego też spacer pieszo był jedynym wyjściem z sytuacji. Oznajmiła to rodzinie.

– Skąd ci takie głupstwa przychodzą do głowy! – zawołała pani Bennet. – Chcesz iść pieszo po tak grząskim błocie! Zbrudzisz się cała, zanim dotrzesz na miejsce! Jak ty się pokażesz w Netherfield!

– Chcę się pokazać Jane i tylko na tym mi zależy.

– Lizzy, czy to jest aluzja do mnie, abym posłał po konie? – spytał pan Bennet.

– Nie, ależ skąd, chętnie się przespaceruję. Odległość nie ma znaczenia, jeśli mojej podróży przyświeca ważny cel. Przecież to tylko trzy mile. Wrócę przed kolacją.

– Podziwiam twoją dobroć i wytrwałość – zauważyła Mary – ale każdy odruch serca musi iść w parze z głosem rozsądku. Według mnie, wysiłek powinien zawsze odpowiadać temu, co chce się osiągnąć.

– Odprowadzimy cię do Meryton – zaproponowały Catherine i Lydia.

Elizabeth z chęcią przystała na ich towarzystwo i wkrótce cała trójka opuściła Longbourn.

– Jeśli się pośpieszymy – rzekła Lydia – może uda nam się spotkać kapitana Cartera, zanim wyjedzie.

W Meryton dziewczęta rozdzieliły się – dwie najmłodsze skierowały się w stronę domu żony jednego z oficerów, a Elizabeth kontynuowała swoją wędrówkę, przemierzając szybkim krokiem pola i łąki, przeskakując niskie płoty i kałuże, i rozmyślając z niepokojem o chorej siostrze. W końcu znalazła się przed domem w Netherfield. Miała obolałe od marszu kostki, brudne pończochy, a na jej twarzy gościł płomienny z wysiłku rumieniec.

Wprowadzono ją do jadalni, gdzie siedzieli wszyscy prócz Jane. Jej obecność wzbudziła powszechne zaskoczenie. To, że o tak wczesnej porze przemierzyła pieszo trzy mile, nie bacząc na błoto i brak towarzystwa, było wręcz nie do pomyślenia dla pani Hurst i panny Bingley. Elizabeth wyczuła, że damy były niezadowolone z powodu jej nagłej wizyty, ale mimo to przyjęły ją ciepło i uprzejmie. Pan Bingley wykazał się nienagannymi manierami, a w jego zachowaniu dało się wyczuć coś więcej niż zwykłą uprzejmość – biła od niego dobroć i serdeczność. Pan Darcy nie mówił zbyt wiele, a pan Hurst nie odzywał się w ogóle. Ten pierwszy podziwiał w duchu piękno jej zaróżowionej od wysiłku cery, ale jednocześnie zastanawiał się, czy rzeczywiście powinna była przemierzać sama tak długą trasę tylko po to, aby odwiedzić chorą siostrę. Drugi myślał jedynie o śniadaniu.

Elizabeth zaczęła wypytywać o zdrowie Jane, ale niestety nie uzyskała optymistycznych odpowiedzi. Panna Bennet nie spała dobrze i chociaż rano wstała i ubrała się, to jednak gorączka i osłabienie nie pozwoliły jej opuścić pokoju. Elizabeth była wdzięczna, że zaprowadzono ją niezwłocznie do siostry. Jane, nie chcąc narażać rodziny na zmartwienia i niewygody, nie napisała w liście, jak bardzo tęskni za obecnością Elizabeth, dlatego też jej pojawienie się w drzwiach pokoju było dla niej ogromną niespodzianką, ale jednocześnie sprawiło jej dużo radości. Nie miała jednak siły, aby porozmawiać z młodszą siostrą i gdy panna Bingley zostawiła je same, zdołała jedynie wyrazić swą wdzięczność za niezwykle troskliwą opiekę i dobroć, jakiej doświadczyła w Netherfield. Elizabeth czuwała w milczeniu przy siostrze.

Po śniadaniu dołączyły do nich siostry Bingley i Elizabeth nawet zaczęła darzyć je sympatią po tym, jak zobaczyła, z jakim przywiązaniem i serdecznością odnosiły się do Jane. Niedługo nadszedł lekarz i zbadawszy pacjentkę, stwierdził – czego można się było spodziewać – że jest mocno przeziębiona, i że należy podać jej odpowiednie lekarstwa. Poradził również, aby natychmiast wróciła do łóżka i obiecał, że przygotuje stosowne specyfiki. Jane nie zwlekała z wypełnieniem poleceń lekarza, gdyż gorączka przybrała na sile i powrócił silny ból głowy. Elizabeth nie opuściła siostry ani na chwilę, a i damy rzadko wychodziły z pokoju. Prawdę mówiąc, jako że panów nie było w domu, nie miały nic innego do roboty.

Gdy zegar wybił godzinę trzecią po południu, Elizabeth doszła do wniosku, że musi wracać i z wielką niechęcią poinformowała o tym pannę Bingley. Gospodyni Netherfield zaoferowała jej powóz, który pewnie po początkowych wahaniach zostałby przez nią chętnie przyjęty, ale w tej właśnie chwili Jane tak bardzo zasmuciła się na myśl o rozstaniu z siostrą, że panna Bingley zmuszona była zmienić poprzednią ofertę i zaproponować Elizabeth pozostanie przez pewien czas w Netherfield. Panna Bennet przyjęła zaproszenie z ogromną radością i wkrótce wysłano do Longbourn posłańca, który zawiadomił rodzinę i przywiózł potrzebne rzeczy.

ROZDZIAŁ VIII

O godzinie piątej damy poszły się przebrać, a o wpół do siódmej poproszono Elizabeth na obiad. Na uprzejme pytania o zdrowie Jane, jakie padły z ust wszystkich zebranych, a ku zadowoleniu gościa z największą troską z ust pana Bingleya, panna Bennet nie mogła udzielić pokrzepiających odpowiedzi. Jane nie czuła się lepiej. Usłyszawszy to, siostry kilkakrotnie wyraziły swój smutek z powodu takiego stanu rzeczy i podkreśliły, że one same również nie lubią chorować. Podzieliwszy się swoją opinią z zebranymi, zmieniły całkowicie temat rozmowy. Ich obojętność względem Jane, gdy nie przebywały w jej towarzystwie, przywołała w sercu Elizabeth dawną niechęć i antypatię.

Pan Bingley był jedyną osobą w ich gronie, która wzbudzała ciepłe uczucia w sercu Elizabeth. Jego troska o Jane była niewątpliwie szczera i bezinteresowna, a uwaga okazywana samej pannie Bennet wypływała z czystej i naturalnej serdeczności. Dzięki niemu, dziewczyna nie czuła się tak wielkim intruzem, za jakiego w jej mniemaniu uważała ją reszta towarzystwa. Tylko pan Bingley zabawiał ją rozmową i traktował jak prawdziwego gościa. Panna Bingley oraz jej siostra pochłonięte były konwersacją z panem Darcym, a pan Hurst, zajmujący miejsce obok niej, był człowiekiem zgnuśniałym i leniwym, żyjącym jedynie po to, aby pić, jeść i grać w karty, dlatego też, dowiedziawszy się, że Elizabeth woli proste potrawy od ragout **(Ragout (z fr.) – ostra potrawka z kawałkami mięsa i warzywami.)**, nie miał jej nic więcej do powiedzenia.

Gdy obiad dobiegł końca, panna Bennet udała się niezwłocznie do siostry. Tuż po jej wyjściu z jadalni panna Bingley zaczęła ją krytykować. Orzekła, że jej maniery są wręcz odpychające – stanowią mieszaninę dumy i zuchwalstwa – że nie potrafi prowadzić rozmowy, i że nie wyróżnia się ani urodą ani elegancją. Pani Hurst była tego samego zdania, dodała jedynie:

– Krótko mówiąc, panna Bennet nie ma do zaoferowania nic więcej prócz umiejętności pokonywania pieszo długich dystansów. Nigdy nie zapomnę jej widoku dzisiaj rano. Doprawdy, wyglądała jak dzikus.

– Rzeczywiście, Luizo, rzeczywiście! Z trudem powstrzymałam śmiech. Poza tym, cóż to za absurdalny pomysł, żeby przychodzić do Netherfield! Czy ona naprawdę musiała włóczyć się po okolicy, aby odwiedzić przeziębioną siostrę! Jej włosy wyglądały okropnie. Były w takim nieładzie!

– Tak, a jej spódnica! Mam nadzieję, że ją widzieliście. Była pokryta grubą warstwą błota! Nawet płaszczyk, który zwisał nisko do ziemi, nie był w stanie zakryć tych wszystkich plam.

– Twoja relacja, Luizo, jest niewątpliwie bardzo szczegółowa i dokładna – rzekł Bingley – ale ja zupełnie nie zwróciłem na to uwagi. Co więcej, uważam, że panna Elizabeth Bennet wyglądała niezwykle powabnie, wchodząc dziś rano do salonu. Jej brudna spódnica zupełnie uszła mojej uwadze.

– Jestem przekonana, że pan, panie Darcy, na pewno zauważył ten szpecący mankament – rzekła panna Bingley. – Skłaniam się też do przypuszczeń, że nie życzyłby pan sobie, aby pańska siostra robiła z siebie podobne widowisko.

– Oczywiście, że nie.

– Przejść piechotą trzy, cztery, pięć czy ile tam mil, brnąc po kostki w błocie i w dodatku w zupełnym osamotnieniu! Co chciała przez to osiągnąć? Mam wrażenie, że próbowała okazać nam jakąś wstrętną, płynącą z zarozumialstwa niezależność, typową małomieszczańską obojętność wobec norm i przyzwoitości.

– Jej zachowanie jest jedynie dowodem miłości i troski o siostrę. Powinniśmy ją naśladować – bronił jej Bingley.

– Obawiam się, panie Darcy – wyszeptała panna Bingley – że cała ta historia zmniejszyła pana uznanie dla jej pięknych oczu.

– Bynajmniej nie – odparł mężczyzna. – Dzięki wysiłkowi jej oczy lśniły jeszcze większym blaskiem.

W pokoju nastała cisza, którą przerwała pani Hurst:

– Bardzo lubię pannę Jane Bennet – to niezwykle urocza młoda dama – i życzę jej z całego serca, aby znalazła odpowiedniego męża. Obawiam się jednak, że z takim ojcem i z taką matką oraz z tak niskimi koneksjami nie ma na to najmniejszych szans.

– Wydaje mi się, że mówiłyście, iż ich wuj jest adwokatem w Meryton.

– Tak, i mają jeszcze jednego, który mieszka w okolicach Cheapside.

– Cóż za zbieżność nazw! – zawołała jej siostra i obie parsknęły gromkim śmiechem.

– Nawet gdyby całe Cheapside było zamieszkane tylko i wyłącznie przez ich wujków – rzekł stanowczo Bingley – i tak nie miałoby to żadnego wpływu na ich wdzięk i powab.

– Fakt ten jednak znacząco zmniejsza ich szanse na znalezienie majętnego męża – zabrał głos Darcy.

Bingley nic nie odpowiedział, za to jego siostry przytaknęły ochoczo i przez pewien czas drwiły z pospolitej rodziny ich drogiej przyjaciółki.

W nowym przypływie czułości udały się jednak do pokoju chorej i dotrzymywały jej towarzystwa, dopóki nie poproszono je na kawę. Stan Jane nadal nie ulegał poprawie, dlatego Elizabeth nie chciała jej opuszczać. Dopiero późnym wieczorem zauważyła z zadowoleniem, że Jane zasnęła i raczej z przymusu niż z dobrej woli postanowiła zejść na dół. Wchodząc do salonu, zastała całe towarzystwo zajęte grą w karty i została natychmiast do nich zaproszona. Podejrzewając jednak, że grają o wysokie stawki, grzecznie odmówiła, i używając choroby siostry jako wymówki, stwierdziła, że ten krótki czas, jaki może zabawić na dole, wykorzysta na czytanie książki. Pan Hurst spojrzał na nią ze zdziwieniem.

– Pani woli książkę od kart? – spytał. – To dosyć dziwne.

– Panna Eliza Bennet – odezwała się panna Bingley – nie znosi kart. Jest wielbicielką książek i w niczym innym nie znajduje przyjemności.

– Nie zasługuję ani na taką pochwałę, ani na taką krytykę – odparła Elizabeth. – Nie jestem wielbicielką książek, a przyjemność znajduję w wielu rzeczach.

– Jestem pewien, że opieka nad siostrą sprawia pani dużo przyjemności – odezwał się Bingley – i mam nadzieję, że owa radość będzie spotęgowana przez jej rychły powrót do zdrowia.

Elizabeth podziękowała mu z całego serca, a następnie podeszła do stolika, na którym leżało kilka książek. Pan Bingley zaproponował natychmiast, że przyniesie jej jeszcze inne dzieła – wszystkie, jakie znajdzie w swojej bibliotece.

– Chciałbym, aby moje zbiory były większe i przyniosły pani radość, a mnie uznanie. Nie należę jednak do miłośników czytania i chociaż posiadam niewiele książek i tak do większości z nich nigdy nawet nie zajrzałem.

Panna Bennet zapewniła go, że zadowolą ją te dzieła, które leżą na stole.

– Dziwi mnie fakt – włączyła się do rozmowy panna Bingley – że nasz ojciec zostawił tak skromny księgozbiór. Nie można go nawet porównać z pańskim, panie Darcy, w Pemberley!

– Jestem z niego zadowolony – odparł Darcy. – Powstał dzięki pracy i zaangażowaniu wielu pokoleń.

– Pan również przyczynił się do jego powiększenia. Ciągle kupuje pan nowe książki.

– Nie mogę zrozumieć, jak można zaniedbywać bibliotekę rodzinną w takich czasach jak teraz.

– Zaniedbywać! Jestem pewna, że nie zaniedbuje pan niczego, co mogłoby dodać uroku tej zacnej siedzibie. Charlesie, gdy będziesz miał własny dom, życzę ci, aby był choć w połowie tak olśniewający jak Pemberley.

– Mam nadzieję, że tak będzie.

– Radziłabym ci, abyś nabył jakiś dom w sąsiedztwie i wziął Pemberley za wzór do naśladowania. Nie ma piękniejszego hrabstwa w Anglii niż Derby.

– Zapewniam cię z głębi serca, że kupiłbym samo Pemberley, gdyby tylko Darcy chciał je sprzedać.

– Ja mówię o rzeczach realnych, Charlesie.

– Daję słowo, Caroline, że bardziej prawdopodobne byłoby zakupienie Pemberley, niż próba naśladowania jego stylu i piękna.

Elizabeth była tak przejęta toczącą się rozmową, że straciła i tak niewielkie zainteresowanie książką. Odłożywszy ją na bok, podeszła do stolika i usiadła pomiędzy panem Bingleyem a jego najstarszą siostrą, aby przyjrzeć się grze.

– Czy panna Darcy bardzo urosła od ostatniej wiosny? – spytała panna Bingley. – Czy jest tak wysoka jak ja?

– Sądzę, że tak. Jest wzrostu panny Elizabeth Bennet lub nawet wyższa.

– Jakże bym chciała ujrzeć ją ponownie! Nigdy nie spotkałam osoby, która zrobiłaby na mnie tak duże wrażenie. Ta prezencja, te maniery! I tak wszechstronne wykształcenie w tak młodym wieku! A jak wspaniale gra na pianinie!

– Zastanawiam się – odezwał się Bingley – skąd wszystkie młode damy znajdują cierpliwość na zdobywanie tylu umiejętności.

– Wszystkie młode damy zdobywają tyle umiejętności? Mój drogi Charlesie, co masz na myśli?

– Tak, wszystkie są utalentowane i wykształcone. Każda z was potrafi malować na drewnie, haftować i szydełkować sakiewki. Nie znam chyba kobiety, która nie opanowałaby tej sztuki. Co więcej, jestem przeświadczony, że nikt, mówiąc mi po raz pierwszy o jakiejś młodej damie, nie omieszkał nigdy dodać, że jest wykształcona.

– Twoja lista umiejętności, która obecnie kształtuje pojęcie wykształcenia u kobiet – wtrącił Darcy – jest niestety aż nazbyt bliska prawdy. Wiele młodych dam zostaje określonych mianem wykształconych, jeśli tylko potrafią zrobić sakiewkę na szydełku i wyhaftować serwetę. Nie mogę jednak zgodzić się z twoją opinią co do oceny kobiet w ogólnym pojęciu. Mogę pochwalić się znajomością zaledwie sześciu dam, które są istotnie wykształcone.

– Ja również, doprawdy – zawtórowała panna Bingley.

– A zatem – Elizabeth przyłączyła się do rozmowy – w pańskim mniemaniu kobieta wykształcona musi posiadać bardzo wiele zalet.

– Tak, musi być wyjątkowa.