Duchy u franciszknów i inne niezwykłe opowieści z Trójmiasta - Bolesław Dobrowolski - ebook
lub
Opis

Książka jest debiutem literackim autora. Znalazły się w niej znane historie i legendy Trójmiasta, takie jak opowieść o UFO w basenie portowym w Gdyni, historia o grobie tzw. „Jasia Pierdółka”, czy opowieść o piwie w kranach domów położonych w pobliżu browaru gdańskiego. Opowieści zawarte w tym tomie przedstawiają bogactwo życia codziennego, mentalność mieszkańców, a przede wszystkim, żywą, nową kulturę Trójmiasta, powstającą od zakończenia drugiej wojny światowej aż do dziś.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 97


Wstęp

Był piękny, upalny, letni dzień. Jechałem tramwajem z pracy do domu. Przy Akademii Medycznej wsiadły dwie panie i stanęły obok mnie. Głośno rozmawiały o różnych sprawach, ale w pewnym momencie jedna głośno powiedziała do drugiej

– A wiesz? Słyszałam, ze ten wieżowiec, co się zawalił, wiesz, ten koło nas, to była klątwa i że ten pożar w hali stoczni i ten autobus, który się rozbił, to też były przepowiednie.

– Naprawdę?

– Tak! Był taki czarnoksiężnik, który dawno temu przeklął Gdańsk, i teraz to się spełniło.

W ten sposób, po raz pierwszy poznałem opowieść o „klątwie czarnoksiężnika” i to właśnie zainspirowało mnie do zbierania współczesnych niezwykłych historii trójmiejskich; tych wszystkich, które nigdy nie znalazły się w oficjalnych przewodnikach po Gdańsku, Sopocie i Gdyni; tych, które do dziś, w różnych wersjach, krążą wśród ludzi, opowiadane w tramwajach, autobusach, przy kuflu piwa, nawet w windzie. Stało się to jedną z moich pasji, której poświęciłem kilka następnych lat, skrupulatnie zapisując kolejne świadectwa żywych i oryginalnych opowieści, jakie krążyły i krążą w Trójmieście.

Niektóre z tych historii są dobrze znane, nawet poza granicami Trójmiasta. Do nich należą opowieści o sopockich oryginałach czy o UFO w basenie portowym. Inne są znane jedynie w kręgu dzielnicy, w której się wydarzyły, jak choćby historia o domu na Kamiennej Górze czy o lustrzanej sali. Są też takie, które są opowiadane jedynie w wąskim gronie osób i nigdy poza ten krąg nie wyszły – opowieść o leśnej kapliczce czy o zemście upieczonego żołnierza. Wszystkie jednak mają jedną wspólną cechę – powstały w Trójmieście po 1945 roku.

Zdaję sobie sprawę z tego, że nie udało mi się dotrzeć do wszystkich niezwykłych opowieści. Do dziś wielką niewiadomą jest dla mnie obszar północnej Gdyni – Oksywia, Obłuża i Pogórza, na którym z pewnością powstało wiele ciekawych opowieści. Miałem pokusę, by przedstawić również takie historie, których akcja rozgrywała się w okolicach Trójmiasta. Na przykład makabryczna opowieść z gatunku urban legends o pannie młodej, którą na weselu tak wysoko podrzucano w górę, że w pewnym momencie wiatrak wentylatora umieszczonego pod sufitem domu weselnego literalnie ściął jej głowę. Historię tę zazwyczaj umieszcza się w Rumi. Inną, umiejscowioną tym razem w Bojanie, jest opowieść o dziwnym, siwym małpoludzie, którego ponoć widziano w okolicznych lasach. Pokusie tej oparłem się jednak, skupiając się jedynie na historiach trójmiejskich.

Wiem, że wiele z tych przekazów może zabrzmieć niedorzecznie i zapewne brzmi nieprawdopodobnie. Wiele osób słysząc je z pewnością popuka się w głowę, myśląc przy tym: „czego to ludzie jeszcze nie wymyślą”! Skądinąd jednak, bez baśni, legend, bez tajemnic, nie możemy żyć. Zawsze musi być jakieś NIEZNANE, które będzie kusić, podniecać i inspirować do działania. Być może tajemnica, będąca fundamentem tych wszystkich opowieści, zainspiruje czytelników niniejszej książki do żywszego zainteresowania się najnowszą historią Gdańska, Sopotu i Gdyni. Być może dzięki tym opowieściom odkryjemy tę jedyną w swoim rodzaju więź łączącą człowieka z jego miejscem zamieszkania. Genius loci istniejący tak naprawdę w naszych sercach.

Banknot szczęścia

Dzień był bardzo wietrzny. Zacinało drobnym deszczem, ale było dość ciepło, jak na tę porę roku. Świętojańską ciągnął tłum ludzi, bo przypłynęły aż trzy statki i do butików rzucili nowy towar. Matki z córkami i synami, zakochani, mężowie, samotnicy i rozwodnicy, całe rodziny ciągnęły, żeby kupić coś wystrzałowego; coś, czego nigdzie indziej nie można było dostać; czego będą zazdrościć inni. Cisnęli się w kolejkach, przepychali, a nierzadko bili, żeby kupić upragniony towar. Pomiędzy tymi ludźmi, niczym postać z innej bajki, chodził młody człowiek. Był zwyczajnie ubrany – znoszona kurtka, wytarte dżinsy i trampki na nogach. Zamiast jednak wypatrywać wystaw zachęcających do zakupów wszystkimi barwami Zachodu, patrzył w niebo, jakby się nad czymś zastanawiał. W pewnym momencie zatrzymał się, schylił i podniósł coś z ziemi. Gdy otworzył dłoń, zobaczył prawie nowy banknot tysiączłotowy. Rozejrzał się, czy ktoś nie szuka zguby, ale przechodnie nie zwracali na niego uwagi, więc włożył banknot do kieszeni i poszedł dalej. Nazywał się Wojtek i był artystą – malarzem.

Następnego dnia poszedł z samego rana na pocztę zapłacić za mieszkanie. Przy okienku okazało się, że brakuje mu pięciuset sześćdziesięciu złotych, więc w panice przejrzał wszystkie kieszenie i znalazł tysiąc złotych. Ulżyło mu, zapłacił i wyszedł. Gdy był już na zewnątrz, kichnął tak potężnie, że mu prawie nos urwało. Sięgnął więc do kieszeni po chusteczkę i znalazł w niej... tysiąc złotych. Zdziwił się, bo raczej nie trzymał pieniędzy w kieszeni, pamiętał też, że wydał je na poczcie.

„Może zapomniałem dać je w okienku?” – pomyślał, ale na pocztę nie wrócił – „Jeszcze mi się przyda ten tysiąc złotych”.

W apogeum epoki Gierka, mimo deklarowanego powszechnego dobrobytu, wieczorami Gdynia była jak wymarła. Świętojańską czy 10 Lutego rzadko przejeżdżał samochód, jednak w „Cyganerii” zawsze był ruch. Miejscowe środowisko artystyczne zbierało się w ciasnej knajpce, by choć trochę odpocząć od nudy szarego życia przy lampce wytrawnego wina lub mocniejszego trunku przemycanego statkami. Przy stoliku we wnęce po lewej siedziało dość głośno zachowujące się towarzystwo młodych ludzi, wśród których był też nasz znajomy – Wojtek. Wszyscy już wyraźnie zmęczeni alkoholem trwali jednak nadal przy stoliku, zamawiając kolejne setki. Widać jednak było, że zasoby pieniężne kurczą się w szybkim tempie i jeśli nie zdarzy się cud, to lokal trzeba będzie opuścić. Przeszukiwanie portfeli i kieszeni niewiele dało i już bufetowa spoglądając groźnym okiem zaczęła podchodzić do ich stolika, gdy nagle Wojtek tryumfalnie zawołał:

– Mam! – i wyciągnął z kieszeni spodni tysiąc złotych. – Kolejka dla wszystkich! – wykrzyknął na całą salę. – Ja stawiam!

Tłum rzucił się do baru zamawiać kolejne szklaneczki.

Do trzeciej nad ranem jeszcze trzykrotnie Wojtek sięgał do kieszeni i za każdym razem znajdował w niej banknot tysiączłotowy. Gdy następnego dnia obudził się z potwornym kacem, nic nie pamiętał. Pamięć wróciła mu, gdy zwyczajowo włożył rękę do kieszeni i... znalazł w niej tysiąc złotych.

Od tej pory Wojtek bardzo się zmienił. Zrzucił wytarte łachy biednego studencika Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych i zaczął się stroić na malarza z Montmartre’u. Szastał pieniędzmi na lewo i prawo. Nie uszło to oczywiście uwadze funkcjonariuszy SB. Dwaj smutni panowie pojawili się pewnego jesiennego dnia w jego ciasnym wynajętym pokoiku i bez pardonu zapytali:

– Skąd masz pieniądze?

– Z kieszeni.

– No, no, no! Bez takich mi tu. Skąd masz pieniądze?

– Mówiłem wam – z kieszeni. Mam czarodziejską kieszeń, która produkuje pieniądze.

Esbecy oczywiście nie uwierzyli i zabrali go na komisariat. Jednak po dwóch dniach wypuścili go, bo w żaden sposób nie mogli wykryć źródła jego nieoczekiwanej fortuny. Delikatnie tylko obstawili go swoimi agentami, licząc na to, że kiedyś w końcu „pęknie” i wyjawi źródło swoich dochodów.

Wojtek rzucił się w wir życia. Stał się częstym bywalcem „Maxa” i „Bodegi”; zaczął się rozbijać drogimi samochodami; widywano go z najdroższymi prostytutkami Trójmiasta. Stoczył się na dno – każdy ranek witał go zapitego do nieprzytomności, a każda noc wysłuchiwała jego pijackich pokrzykiwań. Zmienił stancję na mieszkanie na Starowiejskiej, które umeblował z artystowskim przepychem. Żył jak król.

Jedyne czego się nie pozbył, to swoich spodni. Wytarte, poplamione i lepiące się od brudu, trzymał zawsze pod ręką, żeby wyciągać z nich coraz to nowe banknoty. Nie uszło to uwagi śledzących go esbeków. To, co początkowo potraktowali jako głupi żart, okazało się prawdą. Pewnej nocy, tuż nad ranem, gdy Wojtek spał w ramionach kolejnej panienki lekkich obyczajów, agenci wykradli mu spodnie i zniknęli.

Do niedawna jeszcze można było zobaczyć snującego się po Świętojańskiej obdartego żebraka z wzrokiem wbitym w ziemię, jakby czegoś z uporem szukał. To był Wojtek wypatrujący swego szczęśliwego banknotu, który zawsze wracał do swego znalazcy.

Beczka prawdy

Wojskowa Komenda Uzupełnień obrosła tyloma legendami, że nie sposób ich wszystkich spisać. Każdy rocznik, każde pokolenie dokładało do tej puli swoje trzy grosze. Dzięki temu mamy dziś opowieści śmieszne lub mrożące krew w żyłach, choćby takie jak ta o poborowym wbiegającym do pokoju lekarskiego z rozłożonymi rękoma, udającym lecący samolot, na co przewodniczący komisji miał powiedzieć:

– Trzy miesiące kompanii karnej za świrowanie i... do lotnictwa.

Były anegdoty o próbach przechytrzenia komisji, na przykład o człowieku udającym daltonistę, którego, niby mimochodem, poproszono, by podał „ten czerwony ołówek”. Była też osobna legenda, związana z Gdańskiem, o głuchym poborowym.

Rzecz działa się w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Siedziba WKU w Gdańsku znajdowała się wtedy w budynku, do którego prowadziły długie i dość strome schody. Po nich właśnie wszedł do środka młody człowiek niewielkiego wzrostu. Stanął przed tablicą informacyjną i chwilę czytał w skupieniu ogłoszenia, widocznie jednak niewiele z nich zrozumiał, skoro podszedł do jednego z oczekujących i metalicznym, nienaturalnym głosem zapytał:

– Gdzie to się wchodzi?

– O, tamte drzwi. Widzisz? – Młody człowiek powędrował wzrokiem za palcem wskazującym drzwi w głębi korytarza.

– Dziękuję – odpowiedział i poszedł w tym kierunku.

Godzinę później został poproszony do pokoju komisji lekarskiej. Wszedł i stanął pośrodku sali. Wykonywał tylko te polecenia, które zostały potwierdzone gestami. Gdy zażądano od niego papierów, podał je, ale nie odpowiadał na żadne pytanie.

– Poborowy, co wy, głuchy jesteście? Przecież pytam się was – w pewnym momencie zniecierpliwił się przewodniczący komisji.

– W papierach ma napisane, że głuchy – odpowiedział za niego jeden z lekarzy.

– Nie was pytam, poruczniku – ofuknął go przewodniczący i znów zwrócił się do poborowego – czy jesteście głusi?

– Nie rozumiem, co pan mówi. Czy mógłby pan mówić wolniej?

– Nie, nie mógłbym! Zaraz was skieruję do kompanii karnej za symulację.

– Panie majorze, on chyba naprawdę nie słyszy. Papiery ma w porządku...

– Pokażcie.

Lekarz podał plik papierów i przez chwilę major wertował je uważnie.

– A jednak ja wam nie wierzę, poborowy. Wy nie jesteście głusi. Wy tylko symulujecie, żeby wywinąć się od wojska. Ale to wam się nie uda. Na razie dostaniecie kategorię B6 i zgłosicie się do nas za pół roku. Zobaczymy, co wtedy nam powiecie.

Oddał poborowemu papiery i pokazał drzwi. Ten wyszedł, ale widocznie majorowi myśl o tym, że głupi poborowy mógłby przechytrzyć starego trepa była zbyt trudna do zniesienia. Wyszedł za nim i krzyknął:

– Poborowy, proszę wrócić.

Jednak poborowy ani drgnął.

– Poborowy, wróć! – wrzasnął z całych sił, ale również to nie zrobiło na młodym człowieku wrażenia – dalej schodził schodami, jakby nieświadom tego, co działo się za jego plecami. Major chwycił ogromną stojącą obok wejścia beczkę, która służyła do zbierania deszczówki. Przewrócił ją i zepchnął ze schodów.

– Ciekawe, czy się obejrzysz – mruknął do siebie.

Chłopak jednak ani drgnął. Nie wiadomo czy miał tak silne nerwy, czy rzeczywiście był głuchy. Z wielkim hukiem i łoskotem beczka odbiła się od ostatniego stopnia i uderzyła samym kantem w głowę nieszczęśnika. Poborowy osunął się na ziemię i więcej nie wstał.

Historia nie mówi o tym, czy major poniósł jakiekolwiek konsekwencje swojego postępowania. Dziś już nikogo ta opowieść nie straszy, bo wojsko jest w pełni zawodowe i pobór należy do przeszłości. Została tylko legenda.

Biała zjawa

Co byś zrobił, drogi Czytelniku, gdybyś wchodząc na strych swojego domu, w którym mieszkasz od wielu lat, zobaczył nagle przed sobą białą, niemal przezroczystą zjawę? W dodatku taką, która cały czas zmienia swój kształt i nawet nieznacznie przybliża się do ciebie? Być może wzruszyłbyś ramionami, może zaatakowałbyś ją, ale mieszkańcy kamienicy na Głównym Mieście, gdzie wydarzyła się ta historia, zazwyczaj uciekali w popłochu. Duch ukazywał się dość często, nawet w biały dzień, choć wtedy był jakby mniej widoczny. Nie pomagały modlitwy, odczynianie uroków czy buńczuczne wyzwiska odważniejszych mieszkańców tego domu. Duch ukazywał się ludziom, niezależnie od ich światopoglądu.

Stan