Wydawca: Czwarta Strona Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 458 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Duchy rebelii - Alwyn Hamilton

AUTORKA NAGRODZONA GOODREADS CHOICE AWARDS 2016

 

Piasek pustyni wypełnia jej duszę!

 

Trzecia część bestsellerowej serii pozbawi cię tchu i będzie trzymać w napięciu, dopóki nie opadnie kurz po ostatecznej bitwie!

 

Kiedy Amani Al-Hiza uciekała z zabitego deskami miasteczka, nie sądziła, że dołączy do rewolucjonistów, a co dopiero, że stanie na czele rebelii. Ale nie ma innego wyjścia, gdy żądny krwi Sułtan Miraji więzi Księcia Buntownika w mitycznym mieście Eremot.

 

Amani uzbrojona jedynie w rewolwer, zimną krew i potężną moc Półdżina musi przeprowadzić grupę rebeliantów przez bezlitosną pustynię. Jednak ma wrażenie, że jedyne, co jej się naprawdę udaje, to prowadzenie ich na pewną śmierć.

Opinie o ebooku Duchy rebelii - Alwyn Hamilton

Fragment ebooka Duchy rebelii - Alwyn Hamilton

Tytuł ‌oryginału: Hero at ‌the Fall

Copyright © 2018 ‌by Blue-Eyed Books

Copyright © ‌for ‌the Polish translation

by Wydawnictwo ‌Poznańskie sp.z o.o., 2018

Copyright © ‌Wydawnictwo ‌Poznańskie ‌sp.z o.o., ‌2018

Redaktor ‌prowadząca: Milena ‌Buszkiewicz

Redakcja: ‌Dawid ‌Wiktorski

Korekta: Joanna ‌Pawłowska

Projekt ‌typograficzny, składi łamanie: Stanisław Tuchołka ‌/ panbook.pl

Projekt graficzny okładkii stron ‌tytułowych: FecitStudio

Fotografia na ‌okładce: ‌© Foto-Biene/Adobe.Stock

Konwersja ‌publikacji do ‌wersji elektronicznej: ‌Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie ‌okładki książkiw internecie. ‌

Wydanie elektroniczne 2018

eISBN ‌978-83-7976-917-9

CZWARTA ‌STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego ‌sp.z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 ‌Poznań

tel.: 61 ‌853-99-10

fax: ‌61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

Dla ‌Molly Ker ‌Hawn,

która ‌jako pierwsza zakochała się ‌

w historii Amani

i ‌była siłą sprawczą.

WYSTĘPUJĄ

POSTRONIEREBELII:

AMANI

wyśmienity strzelec, ‌Półdżinka, której ‌cechą ‌charakterystyczną są niebieskie oczy, ‌potrafi kontrolować pustynny piasek, ‌znana także ‌jako ‌Niebieskooka ‌Bandytka. Obecnie, podczas nieobecności ‌księcia Ahmeda, ‌przywódczyni rebelii.

KSIĄŻĘAHMEDAL-OMANBINIZMAN

Książę ‌Buntownik, przywódca rebelii.W tej ‌chwiliw więzieniu. Dziewiętnastolatek.

JIN

książę ‌Miraji, ‌brat ‌Ahmeda, ‌naprawdę nazywa się Ajinahd ‌Al-Oman Bin ‌Izman. Dziewiętnastolatek.

KSIĄŻĘRAHIM

książę Miraji. ‌Przyrodni brat ‌Ahmedai Jina. Brat Leyli. Dawniej ‌dowódca wojskaw mieście Iliaz. Obecniew więzieniu. ‌Dziewiętnastolatek.

SHAZADAL-HAMAD

córka mirajińskiego generała, od ‌początkuw grupie ‌rebeliantów, świetna wojowniczka, strateg. ‌Obecniew więzieniu. ‌Osiemnastolatka.

SAM

dezerterz albiskiej ‌armii, złodziej. Potrafi przenikać ‌przez kamień. Osiemnastolatek.

TAMID

dawniej ‌najlepszy przyjaciel ‌Amani, ‌uczy się na Ojca ‌Świętego, kuleje ze względu ‌na wrodzoną wadę ‌nogi. Siedemnastolatek.

DELILA

Półdżinka, której ‌znakiem charakterystycznym są ‌fioletowe włosy, potrafi tworzyć ‌iluzje. Rodzona siostra ‌Ahmeda, adoptowana siostra ‌Jina. ‌Obecniew więzieniu. Piętnastolatka.

HALA

Półdżinkaz charakterystyczną ‌złotą skórą, potrafi mieszać ludziom w głowach za sprawą halucynacji. Dziewiętnastolatka.

IZZ I MAZZ

bliźniacy, Półdżiny, mają niebieską skórę i włosy, potrafią zmieniać się w dowolne zwierzę. Siedemnastolatkowie.

Navid– mąż Imin. Pojmany. Jego los jest nieznany.

Sara– strażniczka Tajnego Domu w Izmanie.

FADI

syn Shiry i Dżina Fereshteha. Ma imię po dziadku. Wyniesiony z pałacu i ukryty w Tajnym Domu.

PÓŁNOCNE MIRAJI:

SUŁTAN OMAN

władca Miraji, ojciec Ahmeda i Jina.

LEYLA

córka Sułtana i rodzona siostra księcia Rahima. Uzdolniona wynalazczyni. Zdradziła rebelię. Piętnastolatka.

LORD BILAL

Emir Iliaz. Umiera na przewlekłą chorobę. Dziewiętnastolatek.

GENERAŁ HAMAD

generał udający lojalnego wobec Sułtana. Ojciec Shazad.

SAMIRA

córka zmarłego Emira Saramotai. Nowo wybrana przywódczyni Saramotai w imieniu rebelii. Siedemnastolatka.

DŻINY:

BAHADUR

nieśmiertelny Dżin. Ojciec Amani.

FERESHTEH

nieśmiertelny Dżin. Ojciec Fadiego. Zabity po to, by jego energią zasilać machinę Sułtana. Pierwszy Dżin, który umarł od czasów Pierwszej Wojny.

OSTATNIOKRĘG:

FARRAH

ciotka Amani, najstarsza siostra jej matki.

ASID

mąż Farrah, handlarz końmi w Dustwalk.

NASIMA

jedna z młodszych kuzynek Amani.

OLIA

jedna z młodszych kuzynek Amani.

FAZIM

mieszkaniec Dustwalk. Dawniej kochanek Shiry. Wróg Amani.

NOORSHAM

Półdżin z niebieskimi oczami, który potrafi władać ogniem i spalić całe miasto. Urodzony w górniczym mieście Sazi. Miejsce jego pobytu jest nieznane od bitwy o Fahali.

UMARLI:

ZAHIA

matka Amani, powieszona za zamordowanie męża.

HIZA

mąż matki Amani. Nie był biologicznym ojcem Amani. Zabity przez żonę.

NADIRA

rodzona matka Ahmeda i Delili. Zabita przez Sułtana za urodzenie dziecka Dżinowi.

LIEN

żona Sułtana pochodząca z Xichanu. Rodzona matka Jina, przybrana matka Ahmeda i Delili. Umarła na skutek choroby.

BAHI

przyjaciel z dzieciństwa Shazad, zhańbiony Ojciec Święty, zabity przez Noorshama.

KSIĄŻĘ NAGUIB

jeden z synów Sułtana, dowódca wojska, zabity przez buntowników w bitwie o Fahali.

MALIK AL-KIZZAM

uzurpator w Saramotai. Zabity przez Shazad.

RANAA

młoda Półdżinka, która potrafiła wyczarować światło w swoich dłoniach. Zabita podczas walk.

SAYIDDA

szpieg pracujący w pałacu dla rebelii. Torturowana w machinie Sułtana do utraty zmysłów. Zabita podczas walki w obozie rebeliantów.

MAHDI

kochanek Sayiddy. Zdradził rebelię, żeby ocalić Sayiddę. Zabity w walce z obozem rebeliantów.

AYET, UZMA I MOUHNA

żony księcia Kadira. Torturowane w machinie Sułtana, aż postradały zmysły.

SHIRA

kuzynka Amani. Żona księcia Kadira. Sultrima. Ścięta na rozkaz męża za urodzenie dziecka Dżinowi.

KSIĄŻĘ KADIR

najstarszy syn Sułtana, Sultrim, następca tronu Miraji. Zabity przez Sułtana.

IMIN

Półdżinka o złotych oczach, potrafiąca przybrać wygląd dowolnego człowieka. Siostra Hali. Ścięta zamiast Ahmeda, ponieważ zmieniła swój wygląd, by udawać księcia.

MITY I LEGENDY:

PIERWSZE STWORZENIA

nieśmiertelne istoty stworzone przez boga, na przykład Dżiny, Buraqi, Roki.

POGROMCZYNI ŚWIATÓW

istota z centrum ziemi, która wyszła na powierzchnię, żeby nieść śmierć i ciemność. Pokonana przez ludzkość.

ZŁEDUCHY

służący Pogromczyni Światów, w tym Koszmary, Skórozmienni i inni.

PIERWSZY BOHATER

pierwszy śmiertelny stworzony przez Dżiny, by stanął naprzeciw Pogromczyni Światów. Powstał z piasku, wody oraz powietrza i został ożywiony ogniem Dżina. Znany również jako Pierwszy Śmiertelnik.

KSIĘŻNICZKA HAWA

legendarna księżniczka, która swoim śpiewem trzymała słońce na niebie.

Bohater Attallah– kochanek Księżniczki Hawy.

JEDEN

Słysząc swoje imię, obudziłam się ze snu wypełnionego koszmarami.

Już sięgałam po broń, kiedy rozpoznałam nad sobą twarz Sary, ale, ponieważ byłam wyczerpana, co chwilę traciłam ostrość widzenia.

Zabrałam palec ze spustu. To nie był wróg, tylko Sara, strażniczka Tajnego Domu. Trzymała małą lampę, która rzucała światło tylko na jej twarz. Przez chwilę wyglądała jak pozbawiona ciała głowa unosząca się w ciemności, podobna do tych, które właśnie odpływały w niepamięć po przebudzeniu.

Imin z twarzą Ahmeda, z własnej woli wchodząca na szafot.

Moja zbuntowana kuzynka Shira wrzeszcząca prowokacyjnie, gdy rzucono ją na kolana przed pieńkiem kata.

Ayet, z oczami szaleńca, czekająca na śmierć po tym, jak odebrano jej duszę.

Ranaa, Półdżinka, jeszcze dziecko, niosące słońce w złączonych dłoniach i zabite przez zbłąkaną kulę w bitwie, w której nie powinno walczyć.

Bahi, który spłonął na moich oczach, zabity przez mojego brata.

Moja matka, która zawisła na stryczku w Dustwalk za zabicie swojego męża, człowieka, który i tak nie był moim ojcem.

Ludzie, których śmierć widziałam na własne oczy. Ludzie, którym pozwoliłam umrzeć. Na ich twarzach malowało się oskarżenie.

Ale Sara była prawdziwa. Sara nadal żyła. Podobnie jak pozostali.

Kiedy Sułtan zastawił zasadzkę na obóz rebelii w mieście, pojmano wielu z nas. Ale była tylko jedna egzekucja.

Imin. Nasza Półdżinka potrafiąca zmieniać swój wygląd.

Imin umarła, przyjmując postać Ahmeda, żeby oszukać Sułtana i cały Izman, który był przekonany, że Książę Buntownik nie żyje, podczas gdy Delila stworzyła iluzję, by ukryć brata siedzącego z nimi w więzieniu.

Zatem Ahmed nadal żył. Podobnie jak Shazad, nasza generał, chociaż nie lubiła, gdy tak na nią mówiliśmy. Potrzebowaliśmy jej tutaj, żeby poprowadziła nas do walki przeciw Sułtanowi. I Rahima, jednego z synów Sułtana, żywiącego urazę do naszego władcy, który przyczynił się do śmierci jego matki. Był kluczem do pozyskania całej armii w górach, zawsze lojalnej swojemu dowódcy, nie Sułtanowi.

Teraz musiałam ich uratować. Razem z garstką innych, którym tamtej nocy udało się uniknąć pojmania. Wśród nas był niezachwycony swoją rolą książę Jin, trudna we współżyciu złotoskóra Półdżinka Hala, bliźniacy Izz i Maz potrafiący zmieniać wygląd i obcokrajowiec Sam, złodziej, któremu nie ufaliśmy w stu procentach. Nie była to armia, ale tylko tylu nas zostało.

Zasnęłam na krześle w kącie Tajnego Domu, naszego ostatniego azylu w Izmanie, gdzie ukryła się cała grupa rebeliantów. Po twarzy Sary tańczył nikły blask światła zza okna, dzięki któremu widziałam, że jest zmartwiona. Po nieprzespanej nocy miała potargane włosy, na koszulę nocną zarzuciła ciemnoczerwoną szatę, jakby ubierała się w pośpiechu.

Musiało świtać. Nadal czułam się ociężała ze zmęczenia, niczym po zbyt krótkim śnie. Domyśliłam się, że mogłabym spać cały rok i mimo to nie odzyskałabym energii. Wynikało to z bólu i smutku. Bolało mnie w boku od wysiłku związanego z używaniem mocy kilka godzin temu, zachwiałam się, jakbym miała upaść.

– Co się dzieje?– zachrypiałam, przeciągając obolałe ciało, nadal cierpiące po tym, co wczoraj zrobiła mi własna ciotka. Konieczne zło, żeby wydostać żelazo ukryte przez Sułtana pod moją skórą, po to, bym nie mogła sięgać po moją moc Półdżina.– Już świta?

– Nie, jest późno. Wstałam, bo dziecko marudziło.

Moje oczy powoli przyzwyczajały się do mroku, zauważyłam śpiące niemowlę w jej ramionach. To był mały Półdżin Fadi, dziecko mojej kuzynki Shiry. Jeśli istniała jakaś sprawiedliwość na tym świecie, powinien być teraz ze swoją matką. Ta została jednak skrócona o głowę. Przypomniałam sobie oskarżenie w spojrzeniu Shiry z mojego nocnego koszmaru. Przeze mnie jej syn będzie dorastał bez rodziny.

– Kiedy się obudziłam, był…– Sara się zawahała.– Myślę, że lepiej, żebyś sama zobaczyła.

To nie brzmiało najlepiej. Przetarłam zaspane oczy. Co jeszcze mogło się nie udać w ciągu ostatnich kilku godzin? Pod powiekami ponownie ujrzałam głowę Imin spadającą na szafot. Opuściłam ręce. Lepiej mierzyć się z rzeczywistością niż z koszmarami.

– Dobrze– powiedziałam, powoli dźwigając się z łóżka.– Prowadź.

Trzymając na ręku niebieskowłosego Półdżina, Sara prowadziła mnie ciemnymi, krętymi schodami na dach, od którego wzięła się nazwa Tajnego Domu. Ogród, który pokrywał płaski dach budynku, był ze wszystkich stron otoczony treliażami, po których wiły się bujne rośliny ukrywające budynek przed spojrzeniami ciekawskich, jednocześnie dając bezpieczeństwo Sarze i pozostałym kobietom, którymi się zajmowała.

Wiedziałam, że coś nie gra, zanim jeszcze wyszłam na dach. Była późna noc. Ale ciemność rozpraszał jakiś blask, jakby wstawał czerwony, rozgniewany świt. To nie miało sensu nawet latem, bo dopiero zbliżała się północ.

Sara weszła na dach przede mną i szybko odsunęła się na bok, żeby nie zasłaniać mi widoku. Od razu zobaczyłam to, o czym mówiła.

Izman płonęło.

Falujące płomienie sięgały mi nad głowę, były z każdej strony, jak niezmierzone sklepienie umieszczone nad miastem. Z jednej strony dostrzegałam gwiazdy, ale były zamazane i niewyraźne, jakbym patrzyła na nie przez brudną szybę. Na zachodzie widziałam ogień sięgający bram, na północy rozciągający się aż do morza. Nie wiadomo skąd przyszło mi do głowy wspomnienie: byłam mała i znajdowałam się w kuchni z mamą, która uwięziła żuczka pod szklanką na stole. Przyglądałam się z zainteresowaniem, jak zdezorientowany owad gramolił się po ściance szklanki. W pułapce. Dobrze rozumiałam tego małego żuka z Dustwalk, gdy patrzyłam na kopułę ognia nad nami.

– To magia– powiedziała Sara ponuro, wypatrując gwiazd przez zasłonę płomieni.

– Nie.– Kiedyś, dawno temu, też sądziłabym tak samo. Teraz go rozpoznawałam, ten migoczący, zbyt jasny, nie całkiem naturalny ogień. Był identyczny jak ten, który płonął w podziemiach pałacu, kiedy Dżin Fereshteh został zabity w machinie Sułtana. To był ten sam skradziony ogień, który ożywiał Abdalsy, mechanicznych żołnierzy Sułtana, którzy nawet teraz patrolowali ulice pod nami.– To sztuczka wynalazcy.– Jakiś nowy wynalazek Leyli, córki Sułtana, mający na celu uwięzienie nas w tym miejscu. Ale chociaż był nowy, wydawał się dziwnie znajomy.

AIo stworzył wielką ścianę płomieni otaczającą górę, więżąc ją na całą wieczność.

Wmojej głowie pojawiły się te słowa ze Świętych Ksiąg. Przez pierwsze szesnaście lat życia w Dustwalk wbijano mi je do głowy. Znałam opowieść o Ścianie Ashry: ogromnej barierze z ognia, która uwięziła Pogromczynię Światów pod koniec Pierwszej Wojny.

Zabijanie nieśmiertelnych istot. Czerpanie pomysłów ze Świętych Ksiąg. Sułtan naprawdę bawił się teraz w boga.

Tym razem jednak nie chodziło o chronienie nas przed złem. To nie miało nic wspólnego ze świętymi czynami.

Zostaliśmy tu uwięzieni przez wielkie zło.

Nie zbudziłam reszty mieszkańców domu, oprócz Jina. Chociaż trwało to dłużej, niż chciałam, w końcu znalazłam go w jednym z wielu pokoi. Zasnął w ubraniu na nieposłanym łóżku, rękami osłaniał twarz przed blaskiem. Nawet nie musiałam nim potrząsać, żeby się obudził. Gdy moja dłoń dotknęła jego ramienia, otworzył oczy, zaciskając palce na moim nadgarstku. Prawie go złamał, zanim mnie rozpoznał.

Przeklął po xichańsku, szybko puścił moją rękę i usiadł. Mimo wyczerpania, nadal był czujny.

– Przestraszyłaś mnie, Bandytko.

– Nie próbuj mi wmawiać, że po raz pierwszy zostałeś obudzony przez dziewczynę w środku nocy.

Ten lekki ton był wymuszony. Wolną ręką odgarnęłam mu z twarzy kosmyk ciemnych włosów, żeby lepiej go widzieć. Powinien je obciąć. Ale od dawna nie mieliśmy luksusu zajmowania się tak przyziemnymi sprawami. Zwłaszcza po tym, jak musieliśmy opuścić obóz na pustyni.

Jin ponownie chwycił mnie za rękę, tym razem delikatnie, i przez chwilę widziałam jego stary uśmiech, oznaczający, że mamy kłopoty, chociaż nie tak wielkie jak te, z jakimi mierzyliśmy się obecnie. Zanim wypowiedział na głos myśl, która towarzyszyła uśmiechowi, dotarły do niego moje słowa.

– Na pewno nie jest to środek nocy.– Spojrzał na światło wsączające się przez okno.

Itak właśnie minęła ta krótka chwila, kiedy mogłam zapomnieć o otaczającym mnie świecie.

Powiedziałam mu o tym, co pokazała mi Sara, i razem czekaliśmy niecierpliwie na prawdziwy świt. Wokół nas dom powoli budził się do życia, każdy, kto ujrzał kopułę, dźwigał na swoich barkach ten sam ciężar niewypowiedzianego strachu. Każdy patrzył na mnie, szukając odpowiedzi, których nie umiałam udzielić.

Jak to stworzono? Czy możemy przez to przejść? Czyto ma nas zatrzymać wmieście?

Wkońcu pierwsza iskra świtu przedarła się przez zasłonę ognia, sygnalizując koniec godziny policyjnej. Teraz mogliśmy się ruszyć.

Ulice były pełne ludzi, mężczyzn i kobiet wychodzących z domów i wpatrujących się w ogniste niebo. Zadawali te same pytania co członkowie rebelii. Jin i ja szybko ich omijaliśmy, starając się nie budzić żadnych podejrzeń. Oboje patrzyliśmy na kompas, który Jin trzymał w ręce. Ten sam, który był połączony z kompasem Ahmeda. Nasz Książę Buntownik miał go ze sobą, kiedy został uwięziony.

– Nadal go ma– powiedziałam na głos, żeby mieć pewność, że tak jest, gdy przemierzaliśmy wąskie ulice miasta. Czułam, jak mój oddech staje się tym płytszy, im bardziej zbliżaliśmy się do pałacu. To tam wczoraj zaprowadzono więźniów przed egzekucją Imin. Ale gdy zbliżaliśmy się do szerszych, bogatszych ulic otaczających pałac, igła kompasu odwracała się od murów posiadłości Sułtana. Wskazywała gdzieś na południe.

Minęliśmy pałac, moje obawy rosły z każdym krokiem. Sądziliśmy, że nasi buntownicy nadal trzymani są za murami pałacu. Do licha, naprawdę na to liczyliśmy. Teraz pozostało nam jedynie trzymać się nadziei, że wciąż znajdują się gdzieś w mieście, a kompas Jina doprowadzi nas do nich, zanim dotrzemy do murów obronnych.

Niestety.

Gdy dotarliśmy do bramy południowej, niebo poza murami zmieniło kolor z różowego na złoty. Brama Zamana, nazwana imieniem pierwszego Sułtana Miraji. Zanią wznosiła się ściana ognia.

Wyglądała bardziej okazale z daleka. Ogień trzaskał i strzelał. Od czasu do czasu pryskały z niego iskry, jakby żywioł pragnął coś zniszczyć. Jakby chciał ogarnąć wszystko, co ośmieliło się go dotknąć.

Kompas w ręce Jina wskazywał, że mamy iść wprost na niego.

Znajdowali się gdzieś poza miastem. Sułtan kazał zabrać więźniów za mury miasta i otoczył nas ścianą ognia. Byliśmy w pułapce, nie mogliśmy im pomóc. Zabrano ich gdzieś, żeby więzić do końca życia bez sądu– tak wyglądała łaska naszego Sułtana.

Czuliśmy żar wydobywający się ze ściany ognia. Jin podniósł jakiś kamień. Kilka razy podrzucił go w górę; to sprawiło, że znowu wyglądał młodo, jak dzieciak, który chce spłatać figla. A potem rzucił kamieniem w ogień. Gdyby to był normalny mur, kamień by się odbił, gdyby to był normalny ogień, przeleciałby przez niego. Stało się coś innego– w ułamku sekundy kamień zmienił się w popiół.

My spalilibyśmy się jeszcze szybciej, gdybyśmy spróbowali przejść na drugą stronę.

Najpierw pomyślałam, że Sułtan próbuje nas oddzielić od swoich więźniów. Żebym nie uciekła, aby mógł zatopić we mnie swoje szpony i zaciągnąć z powrotem do pałacu. Ale ogarnęły mnie wątpliwości. Jina również.

– To nie ma sensu– powiedział. Przeczesał palcami włosy i przesunął szimę. Szybko rozejrzałam się wokół, żeby sprawdzić, czy nikt nas nie obserwuje.– Nie, jeśli sądzi, że Ahmed nie żyje. To wszystko… raczej nie zrobił tego przeciw nam.

Miał rację. Według Sułtana zostaliśmy pokonani. Wszczynanie wojny przeciwko naszej garstce było stratą czasu i wysiłku.

– Jeśli tak, to przeciw komu?

Dostaliśmy odpowiedź przed zachodem słońca, kiedy nerwowo czekaliśmy na wieści z pałacu. Na coś, co Sułtan mógł powiedzieć swoim ludziom o ścianie ognia, która pojawiła się po przebudzeniu.

Izz i Maz krążyli nad pałacem, przybrawszy wygląd skowronków. Na zmianę przylatywali do domu, żeby zdać raport. Ale nie mieli niczego ciekawego do powiedzenia. Przynajmniej do zachodu słońca.

Izz i Maz wrócili razem, dwa ptaszki w piaskowym kolorze, szaleńczo ganiające się po niebie, zanim wylądowały na dachu i znowu zmieniły w chłopców.

– Najeźdźcy.– Pierwszy odezwał się Izz, próbując złapać oddech.– Nadchodzą z zachodu.

– Niebiesko-złote chorągwie– dodał Maz, ciężko oddychając. Zadrżałam. Gallanowie. Gallanowie maszerowali w stronę miasta. To oni okupowali pustynię. Nadchodzili, żeby raz na zawsze przejąć nasz kraj.

To dlatego pojawiła się ściana ognia. Nie po to, byśmy nie mogli się wydostać. Tylko żeby oni nie mogli się dostać.

Miasto było chronione. My zostaliśmy uwięzieni.

DWANIEŚMIERTELNA SULTRIMA

Pewnego razu stało się tak, że pustynia została oblężona, a Sułtan nie miał następcy, który mógłby jej bronić.

Pustynia liczyła sobie wielu wrogów. Przychodzili ze wschodu, z zachodu i z północy, żeby zajmować pustynne miasta, zamieszkujących w nich ludzi zmieniać w niewolników i kraść ich broń, żeby toczyć walki w odległych krainach.

Sułtan wiedział, że jego pustynia jest oblegana z każdej strony i że jego wojska są wmniejszości. Wobec tego wezwał do swojego pałacu królów, królowe i książęta swoich wrogów.

Wzywał do rozejmu.

Jego wrogowie uznali to za akt kapitulacji.

Nie było ani jednym, ani drugim. Tak naprawdę było zasadzką.

Sułtan zwrócił się przeciwko swoim wrogom i wystawił armię złożoną z żołnierzy z metalu i magii, która rozgromiła przywódców.

Wielu wrogów Sułtana zdołało uciec, ale wielkie imperium leżące na północy dowiedziało się o tym, że Sułtan wypowiedział wojnę, i postanowiło odpowiedzieć na wyzwanie. Śmierć ich króla i żołnierzy doprowadziła tamtejszy lud do wściekłości. Ich młody, porywczy książę, który wkrótce miał zająć miejsce ojca, rozkazał ruszyć na wielkie pustynne miasto i doszczętnie je zniszczyć.

Sułtan dowiedział się ozbliżającym się zagrożeniu, ale miał niewielu synów, których mógł posłać do bitwy ze zbliżającymi się armiami. Nie miał też następcy. Jego pierworodny zginął z ręki Księcia Buntownika, którym kierowała zazdrość i chęć objęcia tronu.

Aprzynajmniej tak mówiono.

Byli też inni, którzy mówili, że Książę Buntownik nie był zdrajcą, lecz bohaterem. Ci ludzie twierdzili, że to Książę Buntownik, prawdziwy marnotrawny następca, powinien bronić pustyni zamiast synów Sułtana wychowanych w pałacu.

Gdy wrogie armie się zbliżały, Książę Buntownik był w więzieniu. Mimo że ludzie chcieli jego wolności, nie mogli nic zrobić, gdy stanął na szafocie. Ludzie z pustyni wiedzieli, że nie ma znaczenia to, czy był buntownikiem, zdrajcą czy bohaterem, bo na każdego na końcu czeka śmierć.

Ajednak, kiedy spadł topór, niektórzy świadkowie przysięgali, że był czymś więcej niż zwykłym śmiertelnikiem, bowiem widzieli, jak jego dusza opuszcza ciało w oślepiającym blasku i przekształca się wtarczę ognia otaczającą miasto. Szeptali, że Książę Buntownik nawet po śmierci odpowiedział na ich prośbę o wsparcie. Podobnie jak Błogosławiona Ashra odpowiedziała na wezwanie pustyni wiele tysięcy lat temu.

Wobec tego najeźdźcy natknęli się na ogromną barierę ognia chroniącą miasto. Nie mogli zaatakować, a lud pustyni dziękował Księciu Buntownikowi za ochronę. Najeźdźcy otoczyli więc miasto i czekali, aż ściana ognia opadnie lub Sułtan wyśle posłańca– księcia i następcę– by poprowadził na nich swą armię.

Pierwszego dnia oblężenia najstarszy żyjący syn Sułtana, doskonale władający mieczem, przyszedł do ojca i zapytał, czy mógłby dostąpić honoru poprowadzenia armii w bitwie przeciw najeźdźcom stojącym u bram. Sułtan odmówił. Nie wiedział, czy ten syn jest tego godzien.

Drugiego dnia do Sułtana przyszedł drugi pod względem wieku syn, doskonały łucznik, izapytał, czy mógłby dostąpić honoru przeprowadzenia ataku łuczników na otaczające ich armie. Tym razem Sułtan również odmówił, nie mając pewności, czy syn jest tego godzien.

Trzeciego dnia do Sułtana przyszedł trzeci syn. On także nie uzyskał zgody.

Mijały dni, potem tygodnie, żaden z następców nie został wybrany do walki z najeźdźcami. Niepokoje w mieście się nasilały.

Wkońcu Sułtan, odprawiwszy wszystkich synów, którzy mogli walczyć, oświadczył, że nowy następca zostanie wybrany w próbie walki, podobnie jak to miało miejsce na pustyni od czasów pierwszego Sułtana.

Ludzie przybyli tłumnie do pałacu, żeby oglądać próbę, tłoczyli się na schodach, żeby zobaczyć mężczyzn, którzy stoczą bój o to, by zostać ich władcą. Przed zgromadzonymi stanął Sułtan i powiedział, że chociaż nadal jest w żałobie po swoim pierworodnym synu, uznał, że dla dobra kraju i poddanych należy wybrać kolejnego następcę.

Kiedy tylko zaczął swoją przemowę, zgromadzeni ludzie usłyszeli inny głos:

– Kłamie.

To był głos kobiety. Nie krzyczała, szeptała. Ale itak dobrze ją słyszeli, jakby mówiła wprost do ich uszu. Lub też odzywała się w ich głowach.

Zgromadzeni rozglądali się dookoła zdumieni, szukając kobiety, która była na tyle odważna, żeby tak wyrażać się o ich czcigodnym władcy. W tym czasie zauważyli coś, w co trudno im było uwierzyć. Kobieta, która przemawiała, nie stała obok nich, lecz przed nimi, w rękach trzymała odciętą głowę, tuląc ją do swego serca.

Tam, gdzie powinna być jej głowa, szyja kończyła się zakrwawionym kikutem.

Ci, którzy ją rozpoznali, szepnęli słówko tym, którzy nie wiedzieli, kim jest, i wkrótce wszyscy gapie wiedzieli, że stoi przed nimi Błogosławiona Sultrima. Zdradziecka żona nieżyjącego już Sultrima, ścięta na rozkaz męża.

Powróciła z martwych.

Chociaż jej usta się nie ruszały, wszyscy słyszeli jej słowa.

– Kłamie– powiedziała ponownie, jej włosy łopotały między palcami, gdy oskarżycielsko patrzyła na tłum.– Akłamstwo to grzech.

Gdy wypowiedziała te słowa, niebo pociemniało. Lud Izmanu spojrzał w górę, ponieważ tymczasem nad miastem rozpętała się potężna burza piaskowa, za którą zniknęło słońce. Pałac pogrążył się w cieniu, nawet Błogosławiona Sultrima nie lśniła już tak intensywnie. Ludzie kulili się ze strachu przed szalejącą burzą, którą zesłała na ich głowy martwa dziewczyna. Sztorm wisiał nad nimi jak topór, który może spaść i zabić ich na jej oczach, podobnie jak ona została zabita na oczach tłumu. Padli na kolana i modlili się o zmiłowanie, chociaż nie wiedzieli, czy zwracają się do boga, czy do martwej dziewczyny.

Martwej Sultrimy nie interesowała łaska. Interesowała ją prawda.

– Sultrima nie zabił Książę Buntownik.– Jej głos był dobrze słyszalny mimo wiatru niosącego piasek nad ich głowami.– Zabił go jego ojciec.– Sultrima podniosła zakrwawioną rękę i wskazała Sułtana stojącego na balkonie wysoko ponad ludźmi. Głowa wypadła zjej rąk i spadła na ziemię, jej czy patrzyły na niego wyzywająco.– Zabił syna z zimną krwią, podobnie jak swoich braci i ojca. Teraz znowu staje przed wami i udaje żal, podczas gdy już planuje wysłanie swoich synów na śmierć w walce przeciw najeźdźcom, których sam sprowadził.

Mieszkańcy Izmanu, klęczący przed tą cudowną zjawą, uwierzyli jej słowom. Z jakiego powodu zmarli mieliby kłamać?

Następnie Sultrima podniosła swoją głowę z ziemi i odwróciła ją tak, by spojrzała na książęta stojących za nią. Jeden padł na kolana. Inny wyjął łuk iwystrzelił strzałę w stronę zalanej krwią klatki piersiowej. Przeszła przez nieżyjącą Sultrimę jak przez wodę i wbiła się w ziemię za jej plecami.

Sultrima beznamiętnie spojrzała na strzałę, po czym znowu odwróciła się w stronę książąt, bezradnych wobec jej słów.

– Żaden Sultrim nie zostanie wybrany spośród tej zgrai nic niewartych książąt. Prawdziwy Sultrim już został wybrany i nadejdzie tutaj z ostrzeżeniem.

Później ludzie będą mówić, że trzymała głowę jak dziecko, które jej odebrano, dziecko, którego nie urodziła mężowi, lecz, jak niektórzy twierdzili, Dżinowi. Oczywiście Dżiny mogły wybrać matkę jednego z ich dzieci jako posłańca z zaświatów.

– Książę Buntownik jest prawowitym następcą tronu. Musi rządzić w Miraji, bo jeśli nie zasiądzie na tronie, żaden inny Sułtan tego nie uczyni. Nasz kraj upadnie, zostanie zniszczony przez wojnę inajazdy tych samych armii, które czekają u bram. Zostanie podzielony i wykrwawi się przez naszych wrogów. Ten Sułtan może przynieść tylko ciemność i śmierć. Jedynie prawdziwy następca może dać Miraji pokój i dostatek.

Wtym momencie ludzie zaczęli krzyczeć, ale mimo to słyszeli, co powiedziała potem.

– Książę Buntownik znowu powstanie. Przyniesie nowy świt. Nową pustynię.

TRZY

Zgóry Izman wyglądał inaczej.

Stałam na parapecie wielkiego domu modlitw i widziałam tłum, który zgromadził się, żeby oglądać próby Sultrima daleko pod nami. Wybraliśmy to miejsce po to, by mieć dobry widok na to, co się dzieje. Na pewno nie dla komfortowych warunków.

Przesunęłam się kawałek dalej, na ile starczyło mi odwagi, żeby mieć lepszy widok na to, co się działo. Zachwiałam się trochę, gdy upomniało się o mnie ziemskie przyciąganie, ale siedzący z prawej strony Jin instynktownie wyciągnął rękę i przytrzymał mnie, żebym nie spadła kilkadziesiąt metrów w dół.

– Nie zniósłbym tego, gdybym stracił także ciebie, Bandytko– powiedział, pomagając mi odzyskać równowagę.

Maz i Izz siedzieli po bokach. O świcie, gdy ludzie zaczęli się gromadzić na placu, przybrali kształt dwóch wielkich Roków i przetransportowali nas na górę. Słońce padające na złocistą kopułę domu modlitw niemal mnie oślepiło, chociaż siedziałam do niego tyłem. Co oznaczało, że oślepi każdego, kto spojrzy w naszą stronę, dzięki czemu ujrzy jedynie iluzje w świetle zamiast naszych sylwetek.

Kiedy chodziłam po ulicach, miasto przypominało kratkę. Ostre rogi, ukryte nisze, niespodziewane ślepe uliczki. Długie ulice gdzieniegdzie poprzekłuwane oknami, z których na zakurzone chodniki wysączały się całe światy. Wąskie przejścia, które były jeszcze ciaśniejsze, ponieważ wzdłuż nich ustawiono stragany, a przez środek sączył się strumień ludzi. Wszystko to zwieńczone kolorowymi baldachimami. Nadal nie udało mi się zrozumieć miasta, chociaż już od prawie miesiąca byłam uwięziona pod kopułą ognia.

Wchwili gdy to zobaczyłam, domyśliłam się, że jest to jeden z niezwykłych wynalazków Leyli. Ludzie jednak wyciągnęli podobne wnioski co niegdyś Sara. Sądzili, że to jakaś starodawna magia, taka, której nie było na ziemi od końca Pierwszej Wojny.

Wielu nazywało ją Ścianą Ahmeda. Niektórzy nawet zaczęli się do niej modlić. Tak zwani Akolici Ahmeda, którzy przypalali sobie ubrania, twarze smarowali popiołem i całymi dniami próbowali podejść jak najbliżej bariery ognia, by modlić się do niej, żeby pomogła utrzymać najeźdźców z dala od miasta. Nieważne, ile razy żołnierze Sułtana ich rozpędzali, codziennie wielu wracało. Kilku nawet zmarło, bo podeszli za blisko. Spopielili się jak kamień rzucony przez Jina. Głosili, że Ahmed nas ocali.

Niechętnie musiałam przyznać, ale rzeczywiście bariera mogła nas ocalić. Wiedziałam natomiast, że nie miała nic wspólnego z Ahmedem.

Zmiejsca na górze widziałam rzędy niebieskich namiotów z wojskową precyzją otaczających miasto. Czekali. Od tygodni. Niedługo po tym, jak bliźniacy dojrzeli ich na horyzoncie, dotarli na obrzeża miasta. Tam ich inwazja została powstrzymana. Podobnie jak my, Gallanowie też nie mogli się przedostać przez barierę. Ich kule rozpadały się w ogniu. Wkrótce ucichli, ale się nie wycofali. Wszyscy wiedzieliśmy, że nie zrezygnują tak łatwo.

Gallanowie okupowali naszą pustynię przez prawie dwie dekady. Pomogli Sułtanowi zasiąść na tronie i podstępnie odebrać władzę ojcu i bratu. W zamian on pozwolił im narzucić swoje prawa na naszych ziemiach. Pozwolił, by zgodnie ze swoimi pokręconymi wierzeniami zabijali Półdżiny i Pierwsze Stworzenia. Zmuszali najuboższych do niebezpiecznej pracy, produkowali ogromne ilości broni, żeby wspomóc swoje wojny. Byli wobec nas nieludzcy, stali ponad prawem. Sułtan pozwalał im na to i czekał do chwili, gdy Gallanowie przestali mu być potrzebni. Wówczas próbował ich zgładzić, wykorzystując do tego Noorshama, mojego brata, Półdżina, który mógł zmieść całe miasto z powierzchni ziemi. Mieli przeciwko sobie to, czego najbardziej nienawidzili, czyli magię.

Jednak stanęliśmy Noorshamowi na drodze, zanim ich wykończył. Podobnie jak inni chciałam pozbyć się Gallanów, ale nie pozabijałabym przy tym Mirajańczyków. W końcu jedynym osiągnięciem Sułtana było zmienienie naszych okupantów w swoich wrogów. I oto byliśmy oblężeni przez największe imperium na świecie.

Wydawało się, że chcą nas przeczekać po drugiej stronie ognistej ściany. Wiedziałam co nieco o Sułtanie. Nie grał w żadną grę, jeśli nie był przekonany, że może ją wygrać.

Zastanawiałam się, na ile mirajińskich wsi i miast napadli Gallanowie w drodze na Izman. Ilu ludzi umarło, bo skrzyżowały się ich ścieżki, gdy podążali na wezwanie Sułtana.

Pewnego razu Sułtan powiedział mi, że jego celem jest ochrona kraju. Pragnął uczynić z Miraji potęgę, z którą inni będą musieli się liczyć i której żadna obca armia nigdy nie zdoła sobie podporządkować. Może i tak będzie. Ale każdy krok w tę stronę wyglądał tak, jakby Sułtan zdobywał coraz więcej władzy, idąc po trupach ludzi. Lud Miraji nie godził się na to, by być pionkami w tej grze, którą Sułtan rozgrywał z obcymi najeźdźcami.

Rebelia miała zakończyć tę rozgrywkę. Gdy tylko wykombinujemy, jak, do cholery, wydostać się z miasta.

Sprowadzimy z powrotem Ahmeda. I Rahima. I Shazad. I Delilę. I wszystkich innych, którzy zostali pojmani. I wtedy to zakończymy.

Kropla potu potoczyła się spod mojej szimy, spłynęła po szyi aż pod kurtę.

– Dobrze się czujesz, Bandytko?– zapytał Jin, szepcząc mi wprost do ucha.

Chciałabym umieć skłamać i powiedzieć, że czuję się wyśmienicie, ale skoro nie mogłam tak zrobić, w ogóle nie odpowiedziałam.

– Już czas– rzuciłam. Podniosłam ręce i trzymałam je nad miastem, rozczapierzając palce tak szeroko, jak tylko umiałam.– Przygotujcie się.

Co prawda nie byłam w stanie sięgnąć do wydm rozciągających się za sztuczną barykadą wzniesioną przez Sułtana, ale w mieście było mnóstwo pustynnego piasku. Zalegał w jego kościach. Wypełniał jego duszę.

Pociągnęłam. Od razu poczułam ranę w boku, jakbym naciągała mięsień. Działo się to za każdym razem od chwili, gdy spod mojej skóry wyjęto metal. Blizna na boku bolała tak, jakby pamiętała żelazo i walczyła z moją mocą Półdżina. Z początku tylko lekko kłuła, ale z każdą chwilą robiło się gorzej. Raz czy dwa poczułam, że piasek zaraz mi się wymknie.

Ignorowałam ból, a piach wznosił się nad ulicami w złocistej mgle, niczym strumień wypływający z wanny. Wydobywał się ze szczelin w bruku, załamań tkanin i z liści roślin rosnących w ogrodach na dachach. Wypełniał powietrze, wirował, zbierał się w chmury. Tysiące maleńkich ziarenek, nie ze swojej woli, uniosły się nad miastem i zmieniły w szalejącą burzę.

Gdzieś pod nami w tłumie, który zebrał się, żeby oglądać próby Sultrima, była Hala, owinięta po sam czubek głowy, żeby ciekawskie spojrzenia nie zauważyły jej złotej skóry. Towarzyszyło jej dwóch buntowników, którzy uciekli z nami, Riad i Karam. Ufałam, że zapewnią jej bezpieczeństwo lub ewakuują, kiedy iluzja stanie się dla niej zbyt wielkim obciążeniem.

Hala jeszcze nigdy nie robiła iluzji na tak wielką skalę: Błogosławiona Sultrima ożyła. Moja kuzynka Shira wyglądała identycznie jak w moich koszmarach, miała odciętą głowę, jej oczy wyrażały oskarżenie i ukazała się jednocześnie w głowach tysięcy ludzi, by siać zwątpienie, podważać słowa Sułtana i powstrzymać próby Sultrima.

To było desperackie, ryzykowne posunięcie– wykorzystać moc Hali do granic możliwości. Musieliśmy jednak coś zrobić. Nie mogliśmy pozwolić, by kraj stanął murem za nowym księciem, podczas gdy my próbowaliśmy uratować starego. Jednak przeszkodzenie w próbach Sultrima było drugorzędnym celem.

Hala miała odwrócić uwagę. Ja zapewniałam ochronę.

Tak naprawdę chcieliśmy dostać się do pałacu.

To, co odwraca uwagę, może równocześnie służyć jakiemuś celowi.

Tak powiedziała Shazad, kiedy po raz pierwszy próbowałam się wydostać z haremu, a z nieba spadały ulotki. Dzięki niej wszystko wtedy wydawało się proste.

Dwa cele. Jedna kula. To rozumiałam. Dwa cele. Jeden plan.

Usłyszałam krzyk dochodzący z dołu, gdy iluzja Hali pojawiła się w umysłach osób wokół niej, na ułamek sekundy zostałam wybita z rytmu, moja moc zaczęła się wymykać. A jednocześnie ból w boku zelżał. Cóż to była za ulga– przez chwilę zastanawiałam się, czy sobie nie odpuścić, porzucić burzę i powstrzymać ból. Dać sobie spokój i odpocząć.

Pospiesznie przyciągnęłam do siebie piasek, wraz z nim wrócił ból, więc trudno mi było się skupić. Nie ustawałam, dopóki burza piaskowa nie przykryła placu pod nami i ukryła nas przed spojrzeniami. Wciąż mnie bolało. Poruszyłam się, próbując znaleźć wygodniejszą pozycję, burza niespodziewanie również zmieniła położenie. Już dłużej nie mogłam zwlekać z wydaniem polecenia. Ledwie się trzymałam. Odwróciłam się do Jina i bliźniaków, żeby usłyszeli mnie mimo szalejącego wiatru.

– Teraz– powiedziałam.

Nie trzeba im było powtarzać. Maz od kilku godzin przebierał nogami, co chwilę zmieniał się w inne zwierzę. Nie mógł się doczekać rozkazu.

Teraz uśmiechnął się od ucha do ucha, zrzucił pelerynę, która spadła w dół, wprost w burzę piaskową, i niewiele myśląc, zeskoczył z krawędzi dachu. Przez chwilę był tylko chłopcem lecącym w stronę ziemi, ale zanim się o nią roztrzaskał, jego ciało się zmieniło. Ręce przekształciły się w skrzydła, stopy zmieniły w szpony, na skórze wyrosły pióra. Izz poszedł w jego ślady– zanim skoczył, tobołek z pleców wsadził do ust, gdy te zmieniały się w dziób. Gdyby tłum z dołu mógł to zobaczyć, wyglądałoby to tak, jakby dwa Roki wysiedziane z jakiegoś magicznego jajka właśnie wyleciały wprost ze złotej kopuły domu modlitw. Z gracją unosiły się nad burzą piaskową, która zapewniała im osłonę, i były przeszczęśliwe, że znowu mogą się poruszać.

Jin, w przeciwieństwie do bliźniaków, prawie w ogóle się nie ruszał, odkąd się tu znaleźliśmy. Był w tym dobry– siedział nieruchomo, kiedy wszyscy inni byli niespokojni. Mimo to widziałam, że w środku aż kipi z niecierpliwości i pragnienia włączenia się do akcji. To uczucie dojrzewało w nim od tygodni. Od dnia, gdy zobaczyliśmy Imin ściętą zamiast Ahmeda. Od nocy, gdy okazało się, że jesteśmy tu uwięzieni i nie możemy uwolnić naszych ludzi. Że nie możemy ocalić rodziny, którą chronił od wielu lat. Czasami przyłapywałam go na tym, że otwierał i zaciskał dłoń na mosiężnym kompasie, lecz była to jedyna oznaka tego, że martwi się tak samo jak pozostali.

Teraz posłał mi spojrzenie– nie trwało dłużej niż jedno uderzenie serca, jednak było na tyle długie, żebym skinęła głową, dając znak, że wszystko w porządku. Że dam radę. Nie chciałam mu mówić o bólu promieniującym ze starej rany, który obejmował cały bok i sprawiał, że nie miałam pewności, jak długo podołam.

Jin posłał mi uśmiech, kpiący uśmieszek, zalewie wspomnienie tego uśmiechu, jakim obdarowywał mnie, kiedy życie było prostsze i ktoś inny stał na czele rebelii. Uśmiech, który mówił, że zaraz zaczną się kłopoty. Że już mamy kłopoty.

Apotem zrobił krok w przepaść.

Pojawił się Maz i Jin z łatwością opadł na jego grzbiet. Rok jednym machnięciem skrzydeł zmienił kierunek lotu i poleciał w stronę pałacu, gdzie czekał już Izz w swojej niebieskopiórzej chwale.

Westchnęłam, próbując wyrzucić z głowy chęć opuszczenia jednej ręki i złapania się za obolały bok. Musieliśmy przejść przez tę beznadziejną ścianę i wydostać się z Izmanu. Sprawdziliśmy całą, szukając czegokolwiek, jakiejś luki, bramy, szczeliny, przez którą udałoby się nam przecisnąć. Miasto było zamknięte ciasno jak bęben. Co oznaczało, że musieliśmy znaleźć inny sposób. Na przykład dostać się do zarzuconego papierami biurka Sułtana, na którym leżało wszystko: od dokumentów opisujących trasy dostaw dla armii po listy adresowane do zagranicznych władców z zaproszeniem na Auranzeb, obchody rocznicy objęcia władzy przez Sułtana. Kiedy mieszkałam w pałacu, sama zaglądałam w te papiery.

Teraz jednak nie mieliśmy szpiega w pałacu. Musieliśmy więc dostać się do środka, skoro potrzebowaliśmy informacji.

Tym razem wszystko odbywało się zupełnie inaczej niż za pierwszym razem. Najpierw, kilka tygodni temu, Sam próbował przedostać się przez pałacowe ściany. Jego niezwykła albiska magia pozwalała mu przechodzić przez kamień jak przez wodę. Nikt w Miraji nie widział takiego talentu, więc nikt nie wiedział, jak się przed nim chronić.

Jednak zdradziliśmy się, kiedy Sułtan zastawił na nas zasadzkę. Po naszej ryzykownej ucieczce wiedział już, jakie niesamowite moce mamy na podorędziu. Ściany pałacu były teraz wzmocnione od środka drewnianymi panelami, które były nie do przebycia dla Sama.

Co więcej, spodziewali się, że tego wieczoru będziemy próbować.

Gdyby Sam nie przesunął się w ostatniej sekundzie, kula przeszyłaby jego serce. Niestety nie mógł się powstrzymać, musiał rzucić jakiś sarkastyczny komentarz, zajrzał więc przez ścianę w miejsce, gdzie czekaliśmy ukryci za iluzją Hali. Kula trafiła go w ramię. Polało się dużo krwi. Wszędzie. Rozmazała się na kamiennym murze, gdy szarpnęło jego ciałem i spadł na naszą stronę. Na moich rękach, gdy go łapałam, kiedy tracił przytomność. Na koszuli Jina, kiedy pospiesznie go podnosił i zarzucał sobie na ramię. Pobrudziła czystą pościel, gdy w końcu położyliśmy go do łóżka w Tajnym Domu. Nadal oddychał. Ledwie żył.

Uratowanie mu życia niewiele nam dało w szerszej perspektywie.

Wtedy jednak dostaliśmy nauczkę. Musieliśmy czekać na czystszy strzał. Pomimo tego, że każda minuta czekania oznaczała, że więźniowie coraz bardziej się od nas oddalają. Może nawet są torturowani. Może zabijani. A my musieliśmy czekać.

Próby Sultrima były okazją, na którą czekaliśmy. Trzeba ją było wykorzystać. Chociaż było to desperackie posunięcie.

Pod nami Izz rozłożył swoje ogromne, niebieskie skrzydła i leciał wraz z prądem wstępującym burzy piaskowej, za którą odpowiadałam, wzniósł się nad pałacem, jego wielki cień przemknął nad murami i ogrodami haremu, a potem nad szklaną kopułą, która wieńczyła komnaty Sułtana.

Nie mogliśmy przeniknąć przez ściany. Dobrze. Wobec tego spróbujemy czegoś mniej subtelnego.

Izz miał ładunki wybuchowe, które zrzucił na szklany dach. Kopuła eksplodowała, rozpadając się na tysiące kawałków odbijających promienie słoneczne. Jin i Maz wlecieli do pałacu przez nowe wejście, wpadli wprost do komnat Sułtana, a Izz zawrócił po mnie.

Pojawił się pode mną, wzięłam głęboki oddech, starając się nie tracić kontroli nad burzą, chociaż teraz rozdzielałam uwagę. Rozpraszał mnie ból, ale musiałam zaufać, że Izz mnie złapie, kiedy skoczę. Ugięłam więc kolana, odbiłam się i rzuciłam w nicość. Wylądowałam na grzbiecie Izza, upadek pozbawił mnie tchu i sprawił, że zrobiło mi się ciemno przed oczami. Nie poddałam się jednak. Wysiliłam się jeszcze bardziej, żeby utrzymać się na jego grzbiecie i jednocześnie sterować pustynią. Nie mieliśmy zbyt dużo czasu.

Iluzje Hali powinny zadziałać na lud Izmanu, sprawić, żeby uwierzył w to, że Shira naprawdę powróciła z martwych. Natomiast Sułtan szybko przejrzy nas na wylot. Nie będzie potrzebował zbyt wiele czasu, by domyślić się, że nie chodzi nam tylko o nastawienie ludzi przeciwko niemu i jego synom. Zacznie nas szukać. Moim zadaniem było zapewnienie Jinowi czasu na działanie.

Izz krążył w powietrzu, dopóki nie wznieśliśmy się ponad roztrzaskaną kopułę. Jin i Maz zniknęli nam z oczu, gdy udali się do gabinetu Sułtana. Widziałam jedynie zarys stołu, przy którym niegdyś siedziałam z Sułtanem i jadłam kaczkę, którą zabiłam w jego ogrodzie, podczas gdy on mieszał mi w głowie, próbując skłonić mnie do zwątpienia w Ahmeda.

Teraz leżały na nim odłamki szkła.

Ignorując przeszywający ból w boku, odepchnęłam się od grzbietu Izza, żeby widzieć piasek. Z trudem utrzymywałam równowagę, wiatr łopotał moimi włosami, które smagały mnie po twarzy, i szarpał moje ubrania. Przyciągnęłam do nas piasek, by móc lepiej nim sterować. Podniosłam ręce, jakbym chciała zakończyć burzę, ale zamiast pozwolić piaskowi opaść na ulice Izmanu, utworzyłam trąbę powietrzną i przyciągnęłam ją w naszą stronę.

Piasek przeleciał obok mnie, ledwie mijając skrzydło Izza, jego siła poderwała nas w górę. Nie straciłam koncentracji, gdy Izz machał skrzydłami, desperacko próbując odzyskać kontrolę. Zrzuciłam wszystkie ziarna piasku, które zdołałam zebrać na ulicach Izmanu, przez rozbitą szklaną kopułę w ściśle kontrolowanej kaskadzie, cały czas walcząc z bólem. Skierowałam piasek na korytarz prowadzący do komnat Sułtana, zasypując go, blokując dojście, tak jakbym korkowała butelkę, odcinając żołnierzom dostęp do Jina.

Mogłam teraz odpocząć. Ból trochę zelżał, silne kłucie zmieniło się w tępy ucisk. Położyłam się na grzbiecie Izza i przyglądałam swojej robocie. To nie potrwa zbyt długo. To tylko piasek, w końcu się przez niego przekopią. Ale Jin powinien mieć dość czasu na znalezienie tego, czego potrzebowaliśmy. Jeśli to w ogóle się tam znajdowało.

Izz kilka razy pomachał swoimi potężnymi skrzydłami i wzniósł się ponad zasięg kul. Pałac rozciągał się pod nami jak mały zabawkowy model. Żołnierze już biegli w stronę komnat Sułtana. Kobiety i mężczyźni zgromadzeni na placu padli na kolana, gdy tylko wizja Shiry zniknęła z ich umysłów. Dwunastu książąt nie kryło szoku, jeden stał z wyciągniętym mieczem, ale nie miał z kim walczyć. Inni uciekli przed burzą piaskową, na dźwięk pobliskiej eksplozji oraz widząc nad sobą gigantycznego Roka.

Po chwili zobaczyłam samotną postać w ogrodach haremu, która nie odrywała od nas wzroku. Moją uwagę zwróciło to, że stała bez ruchu. Chociaż była daleko, od razu ją poznałam, ze sposobu, w jaki wiązała włosy, oraz po kształcie ramion. Przypominała posąg, nieruchoma jak jej Abdalsy, zanim ruszyły do zabijania.

Leyla.

Nasza zdradziecka księżniczka.

CZTERY

Zgóry wyglądała na malutką. Niczym mysz zerkająca na sokoła, zbyt głupiutka, żeby przed nim uciekać.

Pochyliłam się nad głową Izza i wskazałam na nią. Co prawda był teraz w ciele zwierzęcia, ale doskonale mnie rozumiał. Chciałam znaleźć się koło niej.

Czułam, że waha się przez kilka uderzeń ogromnymi skrzydłami. Nie chciał lecieć do haremu. To nie była część naszego planu. Niemal słyszałam głos Shazad w swojej głowie. Nie, pod żadnym pozorem, Amani, dopiero co przez wiele miesięcy próbowaliśmy wyciągnąć cię z haremu. Ale tak, wracaj tam, jak chcesz, skoro i tak nie ma mnie w pobliżu, żeby cię ratować. Gdyby to był Ahmed, jak zawsze posłuchałby jej dobrej rady. Byłby ostrożny.

Shazad i Ahmed byli uwięzieni. Przez Leylę. I dlatego ja stałam teraz na czele rebelii i nie miałam doradców, których mogłabym słuchać.

– Izz, zabierz mnie na ziemię– rozkazałam.

Tym razem posłuchał. Mocniej się złapałam, gdy zniżał lot, nurkując w stronę ogrodów haremu.

Leyla o wiele za późno uświadomiła sobie, że jest naszym celem. Byliśmy tuż nad nią, gdy zaczęła szukać kryjówki, ale podmuch powietrza spowodowany przez Izza obalił ją na ziemię. Nieporadnie się cofała, gdy zsunęłam się z pierzastego grzbietu, a moje stopy po raz pierwszy od czasu ucieczki zetknęły się z ziemią haremu. Izz zmienił się w niebieskiego lwa, po czym rzucił się na Leylę, zanim ta odzyskała równowagę, i przygwoździł ją do ziemi przednimi łapami. Nie krzyczała, gdy ją przygniatał, a jego ostre jak brzytwa zęby znalazły się tuż przy jej twarzy, tylko zamknęła oczy. Jakby sądziła, że nie ma już dla niej ratunku i zaraz umrze.

Próbowała być dzielna. Miała w tym wprawę. Spędziła z nami kilka dni, byliśmy jej wrogami, ale cały czas udawała, że była po naszej stronie, i niczym się nie zdradziła. Mogłabym ją nawet podziwiać, gdyby nie była naszym przeciwnikiem.

– Izz– rozkazałam– pozwól jej wstać.– Zrobił, co kazałam, najpierw odsunął od niej pysk, potem zdjął z jej piersi swoje ciężkie łapy. Leyla od razu się odsunęła, ale plecami uderzyła w stojący za nią mur.

Przez chwilę obie milczałyśmy, Leyla ciężko oddychała i mierzyła mnie wzrokiem. Wyjęłam broń, ponieważ już wiedziałam, co z nią zrobię. Gdy kazałam Izzowi tu wylądować, nie wybiegałam tak daleko myślami.

– No więc– zaczęłam– domyślam się, że powinniśmy dziękować twojemu genialnemu umysłowi– zerknęłam na kopułę ognia, szukając właściwego słowa– za ten cały bałagan.– Otworzyłam komorę pistoletu i sprawdziłam, ile miałam kul. Sześć. Świetnie.

– Straże mojego ojca…– zaczęła Leyla drżącym głosem.

– Wydaje mi się, że straże twojego ojca zostały wysłane, by strzec dokumentów, a nie jego córki.– Cały harem był dziwnie cichy. Słychać było tylko spanikowany oddech Leyli oraz głośny trzask bębenka.

Skrzywiła się na ten dźwięk. A może tak podziałała na nią prawda, którą właśnie usłyszała?

– Nie zabijesz mnie– powiedziała, ale cały czas zerkała na broń, jakby mimo wszystko nie była pewna. Byłam od niej starsza o rok czy dwa, ale wydawała mi się dużo młodsza. Na pustyni człowiek szybko dorasta. A ona była dzieckiem pałacu. Szukałam w sobie współczucia, ale nie miałam go dla dziewczyny, która mnie zdradziła. Za dużo kosztowało nas moje naiwne przekonanie, że była tak niewinna, jak wskazywał na to jej wygląd.

– Chcesz się założyć o swoje życie?– Wycelowałam w jej głowę, skuliła się, jakby mogła przez to stać się zbyt małym celem. Nie doceniała moich umiejętności rewolwerowca. Nie strzeliłam jednak.– Powiem ci, co się stanie.– Próbowałam mówić pewnym tonem, jakby to był prawdziwy plan, a nie jakiś głupi pomysł, który wpadł mi przed chwilą do głowy. Jakbym nie była zwykłą dziewczyną z bronią z Dustwalk, udającą, że jest w stanie wydobyć informacje z genialnej główki osoby stojącej tak wysoko nade mną w hierarchii państwowej, że nawet nie byłaby w stanie mnie zobaczyć, gdyby łaskawie spojrzała w dół.– Zadam ci pytanie i nacisnę spust. Jeśli odpowiesz szczerze, kula uderzy w mur za tobą. Jeśli skłamiesz, poleje się twoja krew. Jasne?

Zpewnością było jasne– domyśliłam się tego, widząc nagły strach na jej twarzy. Byłam Półdżinką. Mogłam mówić tylko prawdę, więc teraz już nie ja, lecz ona sama decydowała, w co trafi kula. Wydawało mi się, że Izz, nadal w ciele lwa, poruszył się niespokojnie. Wiedziałam, co sobie myślał. Wskakiwałam do naprawdę głębokiej wody. Ale było już za późno, żeby się wycofać.

– Dobrze.– Wycelowałam.– Jak możemy się jej pozbyć? Tej ściany ognia, która rozciąga się wokół miasta?

– Nie możecie tego zrobić.