Wydawca: WAB Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2013

Duchy przeszłości ebook

Peter Temple

4.38888888888889 (18)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Duchy przeszłości - Peter Temple

Co łączy morderstwo, miłość do futbolu, stolarstwo, wyścigi konne, dużo długów i złe doświadczenia z alkoholem?

Protagonista powieści Petera Temple, John Irish, to facet po przejściach, prowadzący dość zadziwiające życie, aczkolwiek niekoniecznie do niego przywiązany. Po stracie żony Irish topi smutki w alkoholu. Kiedy udaje mu się wyjść na prostą, na automatyczną sekretarkę nagrywa mu się dziwny człowiek, wyraźnie potrzebujący jego pomocy. To Danny McKillop, dawny klient Jacka, skazany za potrącenie dziewczyny ze skutkiem śmiertelnym. Irish oddzwania do mężczyzny następnego dnia, jednakże ten już nie żyje. O Dannym krążą dwie sprzeczne opinie: z jednej strony, to alkoholik, awanturnik i kapuś, z drugiej – przykładny mąż i ojciec. Jak się okazuje, są osoby, które nie wierzą w jego winę, mimo że istniały niepodważalne dowody. Kto zatem mówi prawdę? Wszystko wskazuje na to, że Danny się czegoś obawiał...

Czy komuś zależało na tym, by się go pozbyć?

 

Jeden z najlepszych twórców kryminałów na świecie.

„The Times”

Po przeczytaniu nowych powieści Michaela Connelly’ego czy Martina Cruza Smitha, muszę stwierdzić, że Temple to ta sama liga. Australia jest jeszcze daleko w tyle, ale ten facet to światowa klasa.

„Washington Post”

Opinie o ebooku Duchy przeszłości - Peter Temple

Fragment ebooka Duchy przeszłości - Peter Temple

PE­TER

TEM­PLE

DU­CHY PRZE­SZŁO­ŚCI

prze­ło­ży­ła Alek­san­dra Giet­ka-Ostrow­ska

Ty­tuł ory­gi­na­łu Bad debts

Prze­kład Alek­san­dra Giet­ka-Ostrow­ska

Re­dak­cja Ew­do­kia Cy­dej­ko

Ko­rek­ta Bo­gu­sła­wa Ję­dra­sik, Na­ta­lia Kra­szew­ska

Pro­jekt okład­ki Krzysz­tof Kieł­ba­siń­ski

Fo­to­gra­fia wy­ko­rzy­sta­na na I stro­nie okład­ki: © Ri­car­do De Mat­tos/istock­pho­to.com

Skład i ła­ma­nie TYPO

Co­py­ri­ght © by Pe­ter Tem­ple, 1996

All ri­ghts re­se­rved

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

ISBN 978-83-7881-051-3

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.

00-372 War­sza­wa, ul. Fok­sal 17

tel. 22 828 98 08, 22 894 60 54

biu­ro@gwfok­sal.pl

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej Mi­chał Olew­nik / Wy­daw­nic­two W.A.B.

i Mi­chał Na­ko­necz­ny / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

Ani­cie i Ni­cho­la­so­wi, wier­nym wy­znaw­com

Zna­la­złem Edwar­da Dol­le­ry’ego, lat czter­dzie­ści sie­dem, księ­go­we­go z za­ka­zem wy­ko­ny­wa­nia za­wo­du, roz­rzut­ni­ka i nie­go­dziw­ca, w domu wy­na­ję­tym na na­zwi­sko Ca­rol Pick. Był to je­den z tych no­wych, po­kry­tych klin­kie­rem bu­dyn­ków, wy­bu­do­wa­nych na pa­stwi­sku po wschod­niej stro­nie mia­sta. Bu­dyn­ków dziw­nie ci­chych, ma­ją­cych nie wię­cej niż dwa­na­ście lat, ku­pio­nych z wy­sił­kiem na kre­dyt.

Twarz Ed­die­go nie wy­glą­da­ła do­brze. Kil­ka­krot­nie ska­le­czył się przy go­le­niu, a drob­ne, krwa­wią­ce ran­ki za­le­pił strzęp­ka­mi pa­pie­ru to­a­le­to­we­go, na któ­rych te­raz lśni­ły pur­pu­ro­we ro­ze­tki. Resz­ta też nie pre­zen­to­wa­ła się naj­le­piej. Krót­ki, pę­ka­ty kor­pus opi­na­ła wy­mię­ta, wczo­raj­sza ko­szu­la w prąż­ki, ze­sta­wio­na z wi­śnio­wy­mi spodnia­mi od pi­ża­my. Ca­łość, o ja­kiej le­piej szyb­ko za­po­mnieć.

– Tak? – spy­tał po­iry­to­wa­nym to­nem ko­goś, komu prze­rwa­no lek­tu­rę w sa­mo­lo­cie le­cą­cym do To­kio, Zu­ry­chu albo Me­dio­la­nu. Ręce trzy­mał za ple­ca­mi, pod­trzy­mu­jąc opa­da­ją­ce spodnie.

– Ma­ri­na­ra, tak? – Wska­za­łem pal­cem kie­szon­kę ko­szu­li, na któ­rej zdą­żył już za­schnąć wspo­mnia­ny sos.

Po­pa­trzył na mój pa­lec, a po­tem spoj­rzał mi w oczy. Już wie­dział. W ką­ci­ku jego ust po­ja­wił się czu­bek ję­zy­ka. Wi­dać Ed za­mie­rzał ob­li­zać gór­ną war­gę, ale się za­wsty­dził i roz­my­ślił.

– Pro­szę wejść – rzekł dużo ła­god­niej­szym to­nem. Cof­nął się w głąb hal­lu. Wy­cią­gnął zza ple­ców pra­wą rękę i wy­ce­lo­wał pi­sto­let w mój roz­po­rek. – Właź albo od­strze­lę ci jaja.

Za­sko­czo­ny, zer­k­ną­łem na broń. Wy­glą­da­ła na al­bań­ską. Gru­chot, któ­ry w każ­dej chwi­li mógł wy­strze­lić, ot tak.

– Pan Sab­ba­ti­ni? Pan Mi­cha­el Sab­bat­ni? – spy­ta­łem. – Przy­sze­dłem w spra­wie de­be­tu na pań­skiej kar­cie.

– Właź. – I znów mach­nął pi­sto­le­tem.

Prze­su­nął się, ro­biąc mi miej­sce, a po­tem ru­szył za mną w głąb domu. Przez ni­ja­ki ko­ry­tarz prze­szli­śmy do sa­lo­ni­ku za­pcha­ne­go skó­rza­ny­mi me­bla­mi w pa­ste­lo­wych ko­lo­rach.

Ed­die za­trzy­mał się na środ­ku po­ko­ju. Ja też sta­ną­łem i od­wró­ci­łem się twa­rzą do nie­go. Przez chwi­lę pa­trzy­li­śmy na sie­bie w mil­cze­niu.

– Cho­dzi wy­łącz­nie o pie­nią­dze. Ce­lu­je pan w przed­sta­wi­cie­la fir­my win­dy­ka­cyj­nej. Gro­zi za to kara wię­zie­nia. Je­śli nie ży­czy pan so­bie oma­wiać wa­run­ków spła­ty, z przy­jem­no­ścią po­in­for­mu­ję o tym mo­ich pra­co­daw­ców.

Ed­die po­trzą­snął lek­ko gło­wą.

– Jak mnie zna­la­złeś?

Za­mru­ga­łem, uda­jąc zdzi­wie­nie.

– Nie szu­ka­łem pana, pa­nie Sab­ba­ti­ni. Mamy pań­ski ad­res. Przy­sy­ła­my panu wy­cią­gi z kon­ta.

Ed­die prze­su­nął tu­pe­cik i po­dra­pał się w ły­si­nę. Za­uwa­ży­łem na niej kil­ka prze­rze­dzo­nych kę­pek wsz­cze­pio­nych wło­sów.

– Mu­szę cię za­mknąć – uznał po chwi­li. – Ręce na gło­wę.

Po­słusz­nie wy­ko­na­łem po­le­ce­nie.

– Idź przed sie­bie. Już.

Trzy­mał się w bez­piecz­nej od­le­gło­ści. Kie­dy do­tar­łem do drzwi ku­chen­nych, był do­bre pół­to­ra me­tra za mną. Wo­kół wa­la­ły się pu­ste bu­tel­ki po szam­pa­nie – Per­rier Jo­uët, Moët et Chan­don, Pol Ro­ger, Krug… Żad­ne­go przy­wią­za­nia do mar­ki ani sza­cun­ku dla bu­dże­tu oj­czy­zny. Na bla­cie po mo­jej pra­wej za­uwa­ży­łem bu­tel­kę Pi­pe­ra.

– Ob­róć się w pra­wo – za­ko­men­de­ro­wał Ed­die.

Wy­peł­ni­łem po­le­ce­nie, ko­rzy­sta­jąc z oka­zji. Le­d­wie Ed­die prze­stą­pił próg kuch­ni, wzią­łem sze­ro­ki za­mach i rąb­ną­łem go flasz­ką Pi­pe­ra pro­sto w szczę­kę. Al­bań­ski gru­chot wy­pa­lił Panu Bogu w okno, czy­niąc przy tym nie wię­cej ha­ła­su niż za­mknię­te z trza­skiem drzwi. Ed­die wy­pu­ścił go z dło­ni, żeby zła­pać się za twarz. Chwy­ci­łem go za ko­szu­lę, ob­ró­ci­łem i wbi­łem mu pra­we ko­la­no w krę­go­słup, chwy­ta­jąc za reszt­ki wło­sów i od­gi­na­jąc do tyłu. Zwa­lił się cięż­ko na pod­ło­gę. Już mia­łem go kop­nąć dla przy­kła­du, kie­dy na­gle spły­nę­ła na mnie fala spo­ko­ju i po­sta­no­wi­łem mu tego oszczę­dzić.

Ed­die stę­kał i ję­czał, ale prze­cież od bu­tel­ki po szam­pa­nie nikt jesz­cze nie umarł. Zła­pa­łem go za nogi, wy­cią­gną­łem z kuch­ni i za­mkną­łem w ła­zien­ce po dru­giej stro­nie ko­ry­ta­rza.

– Hej, ko­leś! – Do­biegł po ja­kimś cza­sie zza drzwi jego sła­by głos. – Po­wiesz mi, jak się na­zy­wasz?

– Po­peł­ni­łeś błąd, Dol­le­ry. Gdzie for­sa?

– Za­cze­kaj. Daj mi chwi­lę.

W lo­dów­ce zna­la­złem je­dze­nie na ja­kieś dwa, trzy ty­go­dnie. Głów­nie mro­żon­ki i go­to­we da­nia. De­se­ry z Ko­lum­bii. Na pod­ło­dze sy­pial­ni i przy­le­ga­ją­cej do niej ła­zien­ki mnó­stwo brud­nych ko­szul i gaci. W sza­fie z prze­suw­ny­mi lu­strza­ny­mi drzwia­mi – trzy gar­ni­tu­ry, dwie twe­edo­we ma­ry­nar­ki oraz kil­ka par spodni w jed­nym roz­mia­rze. Na ko­lej­nych wie­sza­kach far­tu­szek pie­lę­gniar­ki, uni­form Sal­ly z Ar­mii Zba­wie­nia, ko­stium po­ko­jów­ki i coś, co wy­glą­da­ło na mun­dur ga­lo­wy ko­bie­ty ofi­ce­ra Waf­fen SS. Obok czar­na bie­li­zna, w tym kil­ka sztuk skó­rza­nej, oraz czer­wo­ny pas do poń­czoch. Mój sza­cu­nek do pani Pick, kwia­ciar­ki i sy­gna­ta­riusz­ki aktu wy­naj­mu domu, rósł z każ­dą chwi­lą. Wi­dać było wy­raź­nie, że ko­bie­ta ma do­brą rękę. Pew­nie do ro­ślin też.

Kie­dy mi­ja­łem ła­zien­kę, wra­ca­jąc z pral­ni, w któ­rej przej­rza­łem sto­sy brud­nej bie­li­zny, zza drzwi znów do­biegł mnie głos Ed­die­go.

– Słu­chaj, ko­leś. Nie chciał­byś być bo­ga­ty?

Słuch mia­łem świet­ny. Przy­sta­ną­łem.

– Kon­takt z ludź­mi ta­ki­mi jak ty, Dol­le­ry, do­sta­tecz­nie wzbo­ga­ca moje wnę­trze.

– Nie pi­cuj. Na­praw­dę to zro­bisz?

– Co?

– Wy­koń­czysz mnie?

Jak na by­łe­go księ­go­we­go, nie grze­szył zbyt bo­ga­tym słow­nic­twem.

– Nie tra­gi­zuj. Za dużo śnie­gu ostat­nio wcią­gną­łeś.

– Jezu! Dasz mi jesz­cze szan­sę?

Usia­dłem w sa­lo­nie i za­dzwo­ni­łem do Be­lve­de­re In­ve­st­ments, mo­je­go tym­cza­so­we­go pra­co­daw­cy. Pani Da­ven­port obie­ca­ła, że Wo­ot­ton wkrót­ce do mnie od­dzwo­ni. Za­nim zo­sta­ła jego se­kre­tar­ką, spę­dzi­ła dwa­dzie­ścia lat w re­cep­cji przy­chod­ni we­ne­ro­lo­gicz­nej. John Ed­gar Ho­over1 wie­dział znacz­nie mniej niż ona.

Cze­ka­jąc na obie­ca­ny te­le­fon, ro­zej­rza­łem się tro­chę po domu. Po­tem usia­dłem przy te­le­fo­nie i za­pa­trzy­łem się w okno z wi­do­kiem na Mab­ber­ley Co­urt. Pust­ka. Ani śla­du ru­chu. Ką­tem oka za­uwa­ży­łem tyl­ko drgnię­cie za­słon w domu na­prze­ciw­ko, tak ste­ryl­nie czy­stym i oto­czo­nym tak za­dba­nym traw­ni­kiem, że rów­nie do­brze mógł być Gro­bem Nie­zna­ne­go Miesz­kań­ca Przed­mieść.

Roz­legł się dzwo­nek te­le­fo­nu.

– Jack, chłop­cze, obyś miał do­bre wie­ści. Mów śmia­ło. – Wo­ot­ton sie­dział chy­ba w pu­bie.

– Dol­le­ry my­śli, że przy­sze­dłem go za­bić.

– Zna­la­złeś go? To świet­nie.

– Mo­głeś mnie ostrzec, że ma broń, Cy­ri­lu. I że czu­je się osa­czo­ny. Do­li­czę do staw­ki pięć pro­cent eks­tra za wstrząs, ja­kie­go do­zna­łem, gdy wy­ce­lo­wał we mnie lufę pi­sto­le­tu.

Wo­ot­ton za­śmiał się chra­pli­wie.

– Ed­die to ośli­zgły mały krę­tacz, ale nie skrzyw­dził­by mu­chy. Tacy jak on za­wsze spo­dzie­wa­ją się naj­gor­sze­go, bez prze­rwy mają wy­rzu­ty su­mie­nia i po kry­jo­mu wcią­ga­ją cu­kier pu­der za­miast koki. Zna­la­złeś coś cie­ka­we­go?

– Dam­skie fa­ta­łasz­ki.

Wo­ot­ton znów się ro­ze­śmiał.

– To jed­na z jego sła­bo­ści. Pew­nie miał je też na so­bie.

Mab­ber­ley Co­urt zwil­got­nia­ła od desz­czu. Na gan­ku ide­al­ne­go domu na­prze­ciw­ko po­ja­wił się wiel­ki bia­ły kot.

Wy­cho­dząc, za­trzy­ma­łem się przy drzwiach ła­zien­ki, by po­ga­dać z Ed­diem. Mimo wszyst­ko czu­łem nie­chęt­ny sza­cu­nek do fa­ce­ta, któ­ry za­kła­da kwia­ciar­nię po to tyl­ko, żeby prze­bie­rać się w sta­re mun­du­ry Ilse Koch i za­kła­dać pod nie skó­rza­ne figi z dziu­rą w kro­ku.

– Dol­le­ry! – za­wo­ła­łem. – Ra­dzę ci chęt­niej współ­pra­co­wać z ludź­mi, któ­rym krad­niesz for­sę. Nie strasz wię­cej pu­kaw­ką ich wy­słan­ni­ków.

– Za­cze­kaj! Nie od­chodź! – od­krzyk­nął. – Od­daj mi splu­wę, to po­wiem ci, gdzie leży dzie­sięć ka­wał­ków. Przejdź od tyłu i po­daj mi ją przez okno. Dzie­sięć ka­wał­ków, sta­ry. Go­tów­ką. W uży­wa­nych bank­no­tach.

– I tak wiem, gdzie zna­leźć te dzie­sięć ka­wał­ków. Tacy jak ty trzy­ma­ją je w zmy­war­kach. A sie­dem­dzie­siąt ty­się­cy upy­cha­ją w otwo­rach wen­ty­la­cyj­nych. Wo­ot­ton wy­li­czył, że je­steś mu wi­nien dwa­dzie­ścia ka­wał­ków. Wsu­nę pod drzwi kwit na osiem­dzie­siąt i dłu­go­pis. Pod­pisz.

Przez chwi­lę w ła­zien­ce pa­no­wa­ła ci­sza.

– Po­wiedz mu, że od­dam co do cen­ta – za­skom­lił wresz­cie Ed­die.

– Sam mu to po­wiedz. Pod­pisz.

Po­słu­chał i prze­pchnął pa­pier na ko­ry­tarz.

– Jesz­cze dłu­go­pis.

Ko­lej­ny ruch pod drzwia­mi.

– Dzię­ku­ję i do wi­dze­nia, pa­nie Dol­le­ry.

Krzy­czał coś, gdy za­my­ka­łem fron­to­we drzwi, ale nim do­sze­dłem do auta, wrza­ski uci­chły. Bia­ły kot przy­glą­dał mi się z dru­gie­go koń­ca uli­cy. Ru­szy­łem Mab­ber­ley Co­urt. Dwie go­dzi­ny póź­niej sie­dzia­łem już na try­bu­nach toru wy­ści­go­we­go w Pa­ken­ham, ob­ser­wu­jąc ko­nia o imie­niu New Ni­ne­vah, któ­ry w swo­jej pierw­szej go­ni­twie był siód­my.

Na­stęp­ne­go dnia po­le­cia­łem do Syd­ney, żeby po­ga­dać z kimś, kto praw­do­po­dob­nie wi­dział tra­gicz­ną w skut­kach awan­tu­rę na par­kin­gu przed cen­trum han­dlo­wym w Mel­ton. Li­czy­łem, że uwi­nę się w góra sześć go­dzin. Za­ję­ło mi to dwa dni. I obe­rwa­łem, bo fa­cet omal nie roz­wa­lił mi le­we­go ra­mie­nia ki­jem bejs­bo­lo­wym. Alu­mi­nio­wym, na ja­poń­skiej li­cen­cji. Kie­dyś nig­dy by mi się to nie przy­tra­fi­ło. Do­stał­bym naj­wy­żej drew­nia­nym ki­jem do kry­kie­ta, owi­nię­tym czar­ną ta­śmą izo­la­cyj­ną. Albo i to nie, bo po pro­stu daw­niej nie wziął­bym ta­kiej ro­bo­ty.

* * *

Wró­ci­łem do Mel­bo­ur­ne w so­bo­tę o 17.30. Po dro­dze z lot­ni­ska wy­słu­cha­łem pod­su­mo­wa­nia wy­ni­ków roz­gry­wek fut­bo­lo­wych. Dru­ży­na Fit­zroy roz­po­czę­ła se­zon spek­ta­ku­lar­ną po­raż­ką, oznaj­mił ko­men­ta­tor. Mia­łem ocho­tę go wy­łą­czyć. In­te­re­so­wał mnie wy­łącz­nie wy­nik dzi­siej­sze­go me­czu! Od­po­wiedź na­de­szła znacz­nie póź­niej: Fit­zroy prze­gra­ło sie­dem­dzie­siąt osiem do stu czter­na­stu.

Skrę­ci­łem w Roy­al Park, ob­je­cha­łem uni­we­rek i Carl­ton Stre­et i do­je­cha­łem do pubu Ksią­żę Pru­ski. Był to je­den z nie­wie­lu pu­bów w Fit­zroy, któ­ry nadal utrzy­my­wał się wy­łącz­nie ze sprze­da­ży piwa. Więk­szość po­zo­sta­łych daw­no już zmie­nio­no w knajp­ki taj­skie lub wło­skie z ko­lo­ro­wy­mi na­dru­ka­mi z menu na szy­bach.

Za­par­ko­wa­łem auto prze­czni­cę wcze­śniej, sta­jąc dwo­ma ko­ła­mi na chod­ni­ku, po czym pie­szo do­sze­dłem do pubu. Pro­wa­dzi­ła mnie do nie­go smuż­ka nie­da­ją­ce­go się z ni­czym po­my­lić za­pa­chu: kwa­śny odór roz­le­wa­ne­go przez set­ki lat piwa. Pi­ja­li tu mój dzia­dek i oj­ciec. Śnia­da twarz tego ostat­nie­go, za­sty­gła w wy­ra­zie sku­pie­nia, pa­trzy­ła na mnie z wy­bla­kłych fo­to­gra­fii dru­ży­ny fut­bo­lo­wej Fit­zroy z lat czter­dzie­stych, wi­szą­cych obok drzwi z na­pi­sem „Dla pa­nów”.

Dziś już nie­wie­lu ki­bi­ców Fit­zroy pa­mię­ta­ło mo­je­go ojca, a je­śli go pa­mię­ta­li, od­no­si­li się do mnie z po­gar­dą, uwa­ża­jąc, że do pięt mu nie do­ra­stam. Przy ba­rze sie­dzia­ło trzech ta­kich we­te­ra­nów, po­grą­żo­nych we wspo­mnie­niach nad szkla­necz­ką zło­ci­ste­go pły­nu. Kie­dy sta­ną­łem w drzwiach, strze­pu­jąc z rę­ka­wów kro­ple desz­czu, pa­trzy­li na mnie tak, jak­bym oso­bi­ście od­po­wia­dał za trzy­dzie­sto­sze­ścio­punk­to­wą po­raż­kę Fit­zroy w me­czu z Carl­ton.

– Trzy prze­ję­cia z rzę­du – mruk­nął Eric Tan­ner, któ­ry sie­dział naj­bli­żej drzwi. – Gra­li jak ostat­nie cio­ty. Gdzieś ty się, u dia­bła, po­dzie­wał?

– Przy­kro mi. Mia­łem ro­bo­tę.

Wszy­scy pa­no­wie, któ­rych łącz­ny wiek prze­kra­czał pew­nie ze dwie­ście dwa­dzie­ścia lat, spoj­rze­li na mnie jak na ko­men­dę z tym sa­mym wy­ra­zem oczu. Tak pa­trzą kum­ple na chło­pa­ka, któ­ry stoi i gada z dziew­czy­ną, pod­czas gdy inni mę­czą się na bo­isku.

– Po­le­cia­łem do Syd­ney za­ła­twić pil­ną spra­wę. – Rów­nie do­brze mo­głem po­wie­dzieć, że wy­sze­dłem ze świ­nią szu­kać tru­fli, bo i tak nie za­szczy­ci­li mnie uwa­gą.

– Szko­da, że nie wzią­łeś ze sobą chło­pa­ków z dru­ży­ny – oznaj­mił Wil­bur Ong.

– Czy ja­ka­kol­wiek ro­bo­ta jest pil­niej­sza od roz­gry­wek? – spy­tał z nie­do­wie­rza­niem Norm O’Ne­ill. Dla sie­dzą­cych przy ba­rze we­te­ra­nów fut­bo­lu wy­jazd z Mel­bo­ur­ne pod­czas so­bot­nich me­czów był mniej wię­cej tak samo ku­szą­cy jak kur­sy sa­mo­do­sko­na­le­nia się w pra­cy.

Zer­k­ną­łem na bar­ma­na Sta­na. Stał w przej­ściu pro­wa­dzą­cym do kuch­ni i pod­nie­sio­nym to­nem roz­ma­wiał z żoną, Liz. Ze swo­je­go miej­sca wi­dzia­łem tyl­ko po­ło­wę jej twa­rzy i iro­nicz­ny gry­mas skrzy­wio­nych z nie­sma­kiem ust. Stan rzu­cił jesz­cze jed­no sło­wo, po czym po­że­glo­wał ma­je­sta­tycz­nie za bar. Był wiel­kim fa­ce­tem o rzed­ną­cych wło­sach i ma­łym, okrą­głym no­sku, do­kle­jo­nym do mię­si­stej twa­rzy jak­by przy­pad­kiem. Pub na­le­żał do jego ojca, Mor­ri­sa, któ­ry miał już osiem­dzie­siąt sześć lat, ale nie chciał sprze­dać sy­no­wi lo­ka­lu, a co gor­sza, ku wiecz­ne­mu obu­rze­niu Liz, nie miał naj­mniej­szej ocho­ty umrzeć w porę.

– Chłop­cy za tobą tę­sk­ni­li – za­gad­nął.

– Po­wie­dzie­li mi na­wet, jak bar­dzo – od­par­łem. – Wy­czy­ści­łeś już rury? – do­da­łem, bo jego piwo od kil­ku ty­go­dni mia­ło dziw­ny smak.

Spoj­rzał na mnie z po­li­to­wa­niem.

– Przez te rury moż­na by kar­mić nie­mow­lę. Ka­za­łem je prze­czy­ścić parą pod ci­śnie­niem. Fa­cet, któ­ry to zro­bił, mó­wił, że nic z nich nie wy­cie­kło, co nie prze­szko­dzi­ło mu ze­drzeć ze mnie za usłu­gę. – Po­sta­wił na ba­rze pierw­szą peł­ną szklan­kę. – Dzwo­nił ten twój An­gol, Wo­ot­ton. Pro­sił, że­byś się ode­zwał, gdy wró­cisz.

– Taki z nie­go An­gol, jak i z cie­bie. Jego sta­ry uczył ob­rób­ki me­ta­lu w Pre­ston Tech.

– Szko­da że mój też nie uczył w Pre­ston Tech – burk­nął Stan z iro­nią. – Nie mu­siał­bym tu ster­czeć i go­dzi­na­mi wy­słu­chi­wać glę­dze­nia sta­ru­chów o ja­kichś pie­kiel­nych me­czach sprzed sześć­dzie­się­ciu lat.

Za­dzwo­ni­łem do Wo­ot­to­na z klit­ki za­pcha­nej sta­ry­mi ra­chun­ka­mi, ulot­ka­mi i pocz­tą, któ­rą Stan na­zy­wał szum­nie swo­im biu­rem. Pod te­le­fo­nem zna­la­złem biu­le­tyn pi­wo­wa­rów z 1954 roku.

– Pan Wo­ot­ton wie­lo­krot­nie pró­bo­wał się dziś z pa­nem skon­tak­to­wać – oznaj­mi­ła pani Da­ven­port. – Spraw­dzę, czy jest wol­ny. Pro­szę za­cze­kać.

– Wol­ny ni­czym ptak po­śród chmur – rzu­ci­łem, nie wie­dzieć po co.

– Słu­cham? – spy­ta­ła pani Da­ven­port, nie oka­zu­jąc zdzi­wie­nia.

– To cy­tat z wier­sza pew­ne­go ame­ry­kań­skie­go po­ety, E.A. Pre­sleya.

Po dru­giej stro­nie słu­chaw­ki za­pa­dła sta­ran­nie od­mie­rzo­na chwi­la ci­szy, do­wo­dzą­ca, że moja lek­ce­wa­żą­ca po­sta­wa zo­sta­ła od­no­to­wa­na. Po­tem na­gle ode­zwał się Wo­ot­ton:

– Po co ci au­to­ma­tycz­na se­kre­tar­ka, sko­ro i tak nie od­dzwa­niasz? By­łem tak zde­spe­ro­wa­ny, że za­dzwo­ni­łem do spe­lu­ny, w któ­rej pi­jesz.

– Wła­śnie z tej spe­lu­ny dzwo­nię.

– Wy­peł­zniesz z niej do po­nie­dział­ku, żeby za­ła­twić małe zle­ce­nie?

– Czyż­bym wy­czu­wał w two­im to­nie iry­ta­cję sze­fa na le­ni­we­go pra­cow­ni­ka? Może naj­pierw po­dzię­kuj mi za pacz­kę, któ­rą po­de­sła­łem ci w czwar­tek. Po­tem do­pie­ro po­mó­wi­my o ko­lej­nym za­da­niu.

– Dzię­ku­ję – od­parł to­nem po­zba­wio­nym bo­daj odro­bi­ny wdzięcz­no­ści. – Są­dzę, że hoj­na za­pła­ta wy­na­gro­dzi ci wszel­kie nie­do­god­no­ści.

– Usta­lo­na staw­ka nie do­ty­czy­ła star­cia z mi­ło­śni­kiem la­tek­su uzbro­jo­nym w wiel­ki re­wol­wer. Wy­ja­śni­łem ci to przez te­le­fon.

– Nie­szko­dli­wy z nie­go gru­bas.

– Nie­szko­dli­we gru­ba­sy nie no­szą w ga­ciach bro­ni.

Prze­ko­ma­rza­li­śmy się tak jesz­cze przez ja­kiś czas. Po­tem wró­ci­łem do baru, wy­pi­łem piwo i zja­dłem za­pie­ka­ną ka­nap­kę z se­rem, wy­cza­ro­wa­ną przez zręcz­ne ręce Liz z tro­cin i pla­sti­ku. By­łem już przy drzwiach, gdy Stan na­gle o czymś so­bie przy­po­mniał.

– W czwar­tek szu­kał cię tu jesz­cze je­den gość. Po­wie­dział, że zaj­rzy do biu­ra.

– Jak się na­zy­wał?

– Nie mó­wił, a ja nie py­ta­łem. Są­dzi­łem, że jesz­cze wró­ci.

– Jak wy­glą­dał?

Stan za­my­ślił się na chwi­lę, marsz­cząc czo­ło.

– Mały. I nie­bez­piecz­ny.

– Jak po­ło­wa lu­dzi, któ­rych znam.

Wró­ci­łem do domu pach­ną­ce­go sta­ry­mi książ­ka­mi. Ich za­pach prze­niósł mnie w prze­szłość do cza­sów, gdy za­czy­na­łem ka­rie­rę i mu­sia­łem czę­sto grze­bać w ak­tach upchnię­tych w kar­to­nach usta­wio­nych je­den przy dru­gim jak trum­ny w kryp­cie. Zo­sta­wi­łem tor­bę w sy­pial­ni i otwo­rzy­łem okna w sa­lo­nie. Ziąb wpadł do środ­ka jak żywa isto­ta. Przy koń­cu uli­cy z szu­mem prze­my­ka­ły sa­mo­cho­dy. W świe­tle ulicz­nych la­tar­ni stru­gi desz­czu wy­glą­da­ły tak, jak­by wy­ra­sta­ły z chod­ni­ka w ko­lo­rze re­ki­nie­go grzbie­tu.

Zro­bi­łem so­bie drin­ka z whi­sky, lodu i wody z kra­nu. Opa­dłem na sofę przy te­le­fo­nie. Ma­leń­ka czer­wo­na lamp­ka au­to­ma­tycz­nej se­kre­tar­ki mi­go­ta­ła nie­spo­koj­nie w mro­ku. Wy­cią­gną­łem rękę, by od­two­rzyć wia­do­mo­ści, ale zmie­ni­łem zda­nie. Co mi tam! Za­cze­kam z tym do ju­tra.

Do­pi­łem whi­sky, zro­bi­łem so­bie ka­kao i po­sze­dłem z nim do łóż­ka. Czu­łem się zmę­czo­ny i sa­mot­ny. Po­trze­bo­wa­łem aż sze­ściu stron bo­li­wij­skiej po­wie­ści psy­cho­lo­gicz­nej, by wresz­cie od­pły­nąć w sen.

* * *

Nie­dzie­lę spę­dzi­łem na słod­kim nie­rób­stwie. Wa­łę­sa­łem się po domu i co ja­kiś czas bez prze­ko­na­nia uża­la­łem się nad sobą. Przez go­dzi­nę pi­sa­łem list do cór­ki miesz­ka­ją­cej w Qu­een­sland. Cla­ire była ku­cha­rzem na ku­trze pły­wa­ją­cym w oko­li­cach Port Do­uglas. Wy­obra­ża­łem ją so­bie jako smu­kłą pięk­ność o kru­chych nad­garst­kach sze­ro­ko­ści mę­skich knyk­ci, oto­czo­ną blon­d­wło­sy­mi, ogo­rza­ły­mi ol­brzy­ma­mi, z ocza­mi zim­ny­mi jak u re­ki­na. Przy­po­mnia­łem so­bie, jak po raz pierw­szy spo­tka­łem jej mat­kę na pla­ży w Bells Be­ach. Wo­kół niej le­że­li na brzu­chach na­pa­ko­wa­ni te­sto­ste­ro­nem sur­fe­rzy, kry­ją­cy w pia­sku po­tęż­ne erek­cje.

Za­nim za­sia­dłem do pi­sa­nia, po raz ko­lej­ny prze­czy­ta­łem ostat­ni list od Cla­ire. Zbyt czę­sto wspo­mi­na­ła w nim o ka­pi­ta­nie ku­tra, Eri­cu. Dla­te­go też pod ko­niec wła­snej epi­sto­ły de­li­kat­nie nad­mie­ni­łem, że nad­mier­na bli­skość za­kłó­ca cza­sem trzeź­wość są­dów. Choć pew­nie nie mia­łem po­wo­dów do na­rze­kań – ten jej Eric za­ła­twił so­bie przy­najm­niej ja­kąś ro­bo­tę.

Po­tem po­sze­dłem do naj­bliż­szej skrzyn­ki wy­słać list. Po­nu­re nie­bo wi­sia­ło cięż­ko nad zie­mią, wiatr szar­pał na­gie drze­wa. W par­ku nie było ży­wej du­szy. Przy sto­le nie­opo­dal pla­cu za­baw sie­dzie­li tyl­ko męż­czy­zna z ja­kimś chłop­cem. Mały jadł coś z pian­ko­we­go pu­deł­ka, wbi­ja­jąc spoj­rze­nie w blat sto­łu. Męż­czy­zna pa­lił pa­pie­ro­sa. W pew­nej chwi­li pod­niósł dłoń i po­gła­dził dziec­ko po wło­sach.

Wró­ci­łem do domu. Czer­wo­ne świa­teł­ko au­to­ma­tycz­nej se­kre­tar­ki przy­cią­gnę­ło mój wzrok już od pro­gu. Wci­sną­łem gu­zik i cięż­ko opa­dłem na ka­na­pę.

Jack, mówi An­drew. Mam na­dzie­ję, że już wró­ci­łeś. Po­de­sła­łem ci klien­ta. Gość na­zy­wa się An­dro­po­lo­us. Parę razy przy­mknę­li mu ku­zy­na za wy­łu­dze­nie. Andy nie ma nic prze­ciw­ko. Go­tów­ka do ręki. – Pau­za. – A przy oka­zji: He­len zwi­nę­ła ża­gle. Za­dzwoń, gdy do­trzesz do domu. Trzy­maj się. Aha, moja se­kre­tar­ka mó­wi­ła, że szu­kał cię tu ja­kiś fa­cet, McKil­lop. Pew­nie były klient. Na ra­zie.

Głę­bo­ki głos au­to­ma­tycz­nej se­kre­tar­ki do­rzu­cił: czwar­tek, 23 lip­ca, go­dzi­na osiem­na­sta dwa­dzie­ścia. An­drew Gre­er, były wspól­nik z kan­ce­la­rii.

Jack, sta­ry, mówi Dan­ny McKil­lop. – Pau­za. – Dan­ny. Uciecz­ka z miej­sca wy­pad­ku w 1984. Wy­sze­dłem. Mó­wi­łeś, że jak­by co, mogę wa­lić do cie­bie jak w dym. Mam tro­chę kło­po­tów. Za­dzwoń, pro­szę. Mój nu­mer to: 9419 8432. Ode­zwij się. Naj­le­piej dzi­siaj. Trzy­maj się.

A ma­szy­na do­da­ła: czwar­tek, 23 lip­ca, go­dzi­na dzie­więt­na­sta czter­dzie­ści sie­dem.

Wy­łą­czy­łem se­kre­tar­kę. Dan­ny McKil­lop. Uciecz­ka z miej­sca wy­pad­ku. Nic mi to nie mó­wi­ło. Był moim klien­tem. I po­szedł sie­dzieć. Peł­no ta­kich krę­ci­ło się po mie­ście. Po­now­nie wci­sną­łem gu­zik se­kre­tar­ki.

Jack, mówi Lau­rie Ba­ra­nek. Go­ścia trze­ba tro­chę przy­ci­snąć z ugo­dą, ro­zu­miesz? Po­upie­raj­my się przy paru za­rzu­tach. Musi wie­dzieć, że je­śli się nie do­ga­da­my, wpad­nie po uszy w gów­no. Za­dzwoń do mnie, ale nie do pra­cy. Na ko­mór­kę.

Pią­tek, 24 lip­ca, czter­na­sta dwa­dzie­ścia osiem. Lau­rie Ba­ra­nek, han­del wa­rzy­wa­mi i spe­ku­la­cje na ryn­ku nie­ru­cho­mo­ści.

Jack, tu zno­wu Dan­ny. Dan­ny McKil­lop. Za­dzwoń ko­niecz­nie, o każ­dej po­rze. – Pau­za. – Mam po­waż­ne kło­po­ty. Spo­tkaj­my się w Brun­swick, na par­kin­gu przed ba­rem ho­te­lu Pod Bo­ha­te­rem Tra­fal­ga­ru. To przy dro­dze do Syd­ney. Może być dziś o siód­mej? Nie wcią­gał­bym cię w to, ale se­rio, nie wiem już, co ro­bić. Na ra­zie.

Głos z se­kre­tar­ki do­rzu­cił, że wia­do­mość na­gra­no w so­bo­tę, dwu­dzie­ste­go pią­te­go lip­ca, o pięt­na­stej czter­dzie­ści sześć.

Wię­cej wia­do­mo­ści nie było, na­gra­ła się tyl­ko ci­sza i kil­ka po­my­łek. Dan­ny McKil­lop… Jego na­zwi­sko nadal z ni­czym mi się nie ko­ja­rzy­ło. Wy­krę­ci­łem jego nu­mer. Nikt nie ode­brał. Włą­czy­łem Mah­le­ra, zro­bi­łem so­bie gu­lasz, otwo­rzy­łem bu­tel­kę wina, za­dzwo­ni­łem do sio­stry, a po­tem de­lek­to­wa­łem się mu­zy­ką przez ja­kieś pół go­dzi­ny. Dzień do­biegł koń­ca.

W po­nie­dzia­łek Ca­me­ron Del­ray, przy­bocz­ny zna­jo­me­go dżo­ke­ja, ode­brał mnie z za­kła­du sto­lar­skie­go Tau­ba w Fit­zroy. Za­kład ten mie­ścił się przy Car­ri­gan’s Lane, nie­chluj­nej, jed­no­kie­run­ko­wej ulicz­ce pro­wa­dzą­cej do Smith Stre­et w Col­lin­gwo­od. Pod­jeż­dża­jąc, Cam za­blo­ko­wał ją swo­im king­swo­odem. By­łem na za­ple­czu; pró­bo­wa­łem do­wieść swo­jej przy­dat­no­ści, szli­fu­jąc blat biur­ka. Wy­łą­czy­łem ko­la­nem szli­fier­kę i zdją­łem oku­la­ry ochron­ne.

Cam ski­nął mi gło­wą na po­wi­ta­nie, po czym po­szedł da­lej, do Char­lie­go Tau­ba, któ­ry z ze­gar­mi­strzow­ską pre­cy­zją mo­co­wał za­ci­ski na se­kre­ta­rzy­ku w sty­lu Je­rze­go III.

– Czo­łem, sze­fie – za­ga­ił. – Jak so­bie ra­dzi prak­ty­kant?

– Nie­źle – bąk­nął Char­lie, wyj­mu­jąc z ust dłu­gie cy­ga­ro i pa­trząc na nie z na­my­słem. – Za pięć, sześć lat na­uczy się spa­so­wy­wać me­ble. Wte­dy sprze­dam mu in­te­res i przej­dę na eme­ry­tu­rę.

Zdją­łem swój skó­rza­ny far­tuch i pod­sze­dłem bli­żej w stro­nę Char­lie­go.

– W wie­ku dzie­więć­dzie­się­ciu lat? – spy­ta­łem. – To zde­cy­do­wa­nie za wcze­śnie. Wte­dy do­pie­ro świat sta­nie przed tobą otwo­rem.

– Obej­dziesz się bez nie­go przez ja­kiś czas? – Cam nadal roz­ma­wiał wy­łącz­nie z Char­liem.

– Spró­bu­ję. Pięć­dzie­siąt lat pra­co­wa­łem sam, więc i te­raz dam radę. – Taub rzu­cił mi tak­su­ją­ce spoj­rze­nie spod si­wych, krza­cza­stych brwi. – Nadal nie mogę so­bie da­ro­wać, że po­zna­łem cię z Har­rym Stran­giem.

– Nie za­drę­czaj się tym. Znam go­ści trzy ty­sią­ce razy gor­szych od Stran­ga – od­par­łem.

– Wy­ści­gi zruj­nu­ją każ­de­go.

– Chęt­nie dał­bym się tak zruj­no­wać jak on – za­śmia­łem się kpią­co. – Ale boję się, że Strang umrze, nim tego do­ko­na.

– Ma mnó­stwo kasy. – Char­lie za­pa­lił cy­ga­ro, za­cią­gnął się i gło­śno za­kasz­lał, roz­pra­sza­jąc dym dło­nią wiel­ką jak ra­kie­ta te­ni­so­wa. – In­a­czej daw­no już po­szedł­by z tor­ba­mi.

W king­swo­odzie Cama uno­sił się lek­ki aro­mat per­fum. Ra­dio było włą­czo­ne. Ktoś pew­nym gło­sem mó­wił:

Pani pre­mier, Mar­cia Saun­ders, pod­trzy­ma­ła dziś de­cy­zję o prze­ka­za­niu sze­ściu­set mi­lio­nów do­la­rów na in­we­sty­cje w za­to­ce Yar­ra.

Przy­ję­cie pro­gra­mu zmie­rza­ją­ce­go do prze­bu­do­wy du­żej czę­ści za­chod­nie­go nad­brze­ża za­to­ki było jed­nym z pierw­szych po­su­nięć no­we­go ga­bi­ne­tu.

We­dług pani Saun­ders za­rów­no ona, jak i inni przed­sta­wi­cie­le jej par­tii jako opo­zy­cjo­ni­ści przez wie­le lat ape­lo­wa­li o wspar­cie dla pro­jek­tów roz­bu­do­wy znacz­nej czę­ści Mel­bo­ur­ne.

Chwi­lę póź­niej w gło­śni­kach za­brzmiał szorst­ki, nie­co pod­nie­sio­ny głos pani pre­mier – głos ko­goś, komu prze­ry­wa się wy­łącz­nie na wła­sne ry­zy­ko.

Po­przed­ni rząd tak bar­dzo nie­na­wi­dził lu­dzi, któ­rzy osią­ga­ją zy­ski i two­rzą nowe miej­sca pra­cy, że do­pro­wa­dził do sta­gna­cji sta­nu.

Ale miesz­kań­cy Vic­to­rii dość już mają ma­ni­pu­la­cji. Obec­ny ga­bi­net pró­bu­je na nowo oży­wić tu­tej­szą go­spo­dar­kę. Szcze­rze po­pie­ra­my plan roz­bu­do­wy na­brze­ża, po­dob­nie jak nasi wy­bor­cy, któ­rzy po­wo­ła­li nas do rzą­dze­nia.

Przy­wód­ca opo­zy­cji Da­vid Kerr utrzy­mu­je jed­nak – wtrą­cił się dzien­ni­karz – że pro­jekt in­we­sty­cji w za­to­ce Yar­ra nie ma żad­nych za­let.

Na do­wód z gło­śni­ków za­brzmiał zgrzy­tli­wy głos Ker­ra:

Rząd naj­chęt­niej od­dał­by cały stan w ręce swo­ich ko­le­si bu­dow­lań­ców. Za­to­ka Yar­ra to za­le­d­wie po­czą­tek.

– Gdzie, u dia­bła, leży ta za­to­ka Yar­ra? – burk­nął Cam.

– Nie wiem, ale na­zwa brzmi eg­zo­tycz­nie – od­par­łem. – Przy­wo­dzi na myśl dziew­czy­ny bez sta­ni­ków tań­czą­ce w spód­nicz­kach z tra­wy.

– Za­czy­na­ją bez sta­ni­ków, a koń­czą bez cyc­ków.

By­li­śmy na John­son Stre­et. Za­mkną­łem oczy, gdy Cam wśli­zgnął się mię­dzy dwa sa­mo­cho­dy, o gru­bość la­kie­ru mi­ja­jąc przód dru­gie­go z nich, by szyb­ciej skrę­cić w King­swo­od. Na szczę­ście się zmie­ścił. Wy­łą­czył wy­wiad z pa­nią pre­mier, na­sta­wia­jąc ra­dio na sta­cję mu­zycz­ną. Po raz pią­ty od śnia­da­nia usły­sza­łem The Way We Were. Cam krzyk­nął, po­iry­to­wa­ny, i znów zmie­nił sta­cję. Tym ra­zem ja­kiś fa­cet glę­dził o trans­por­cie pu­blicz­nym.

Har­ry Strang miesz­kał w Par­kvil­le, w ol­brzy­mim wik­to­riań­skim domu cał­ko­wi­cie ukry­tym za ce­gla­nym mu­rem. Cam wy­chy­lił się z okna, po­wie­dział coś do do­mo­fo­nu i chwi­lę póź­niej bra­ma roz­su­nę­ła się bez­sze­lest­nie przed ma­ską na­sze­go auta. Ru­szy­li­śmy wy­sy­pa­ną żwi­rem alej­ką przez roz­le­gły ogród, któ­rym opie­ko­wa­ło się dwóch ogrod­ni­ków.

Dom stał pięć­dzie­siąt me­trów od bra­my. Do środ­ka wpu­ści­ła nas Lyn Strang, żona Har­ry’ego. Prze­kro­czy­ła już naj­wy­raź­niej czter­dziest­kę. Przy­po­mi­na­ła pie­lę­gniar­kę ze szpi­ta­la w bu­szu. Mia­ła krót­kie wło­sy, za­dar­ty nos, sze­ro­kie sto­py. Ob­raz do­peł­nia­ły duże usta, wiel­kie ręce i umię­śnio­ne łydy. Wcze­śniej była żoną ma­ło­mia­stecz­ko­we­go tre­ne­ra o na­zwi­sku Ron­nie Brau­del. Ron­nie­mu do­pi­sa­ło szczę­ście, bo zna­lazł ko­nia o imie­niu Fie­ry Con­ti­nent, mi­zer­ną szka­pi­nę, któ­ra mia­ła w so­bie tyle szla­chet­nej krwi, co pusz­ka psie­go żar­cia mię­sa. Oka­za­ło się jed­nak, że tra­fił w dzie­siąt­kę, bo koń prze­rósł swo­ich ro­dzi­ców – ta­lent, jaki rzad­ko się tra­fia.

Ron­nie Brau­del miał wy­star­cza­ją­co dużo ole­ju w gło­wie, by trzy­mać dziób na kłód­kę i po­szu­kać ko­goś do po­mo­cy. Jego oj­ciec znał Har­ry’ego Stran­ga, a Har­ry do­sko­na­le wie­dział, co ro­bić z wierz­chow­cem, ta­kim jak Fie­ry Con­ti­nent.

Wspól­nie pra­co­wa­li nie­mal rok, po­tem za­czę­ły się dla Ron­nie­go zło­te dni. Prze­niósł biz­nes do Qu­een­sland, za­bie­ra­jąc ze sobą nową przy­ja­ciół­kę, osiem­na­sto­let­nią Val­mę, wy­so­ko wy­kwa­li­fi­ko­wa­ną ma­ni­cu­rzyst­kę z Wan­ga­rat­ta. Har­ry na­to­miast za­in­te­re­so­wał się po­rzu­co­ną mał­żon­ką wspól­ni­ka, i tak Lyn Brau­del zo­sta­ła czwar­tą pa­nią Strang. Była trzy­dzie­ści lat młod­sza od nie­go i prze­wyż­sza­ła go o gło­wę, ale coś mię­dzy nimi iskrzy­ło.

Har­ry cze­kał na nas w bi­blio­te­ce – po­miesz­cze­niu ide­al­nie pa­su­ją­cym do kla­sycz­nych opi­sów bi­blio­tek w re­zy­den­cjach. Na wprost okna cią­gnę­ły się ma­ho­nio­we re­ga­ły peł­ne ksią­żek, wy­so­kie na ja­kieś pięć i sze­ro­kie na dzie­sięć me­trów. Do­stęp do gór­nych pół­ek gwa­ran­to­wa­ły ma­syw­ne dra­bi­ny wy­ko­na­ne z teku i mo­sią­dzu, po­ru­sza­ją­ce się po szy­nach. Wśród ksią­żek zna­la­zło się chy­ba wszyst­ko, co kie­dy­kol­wiek na­pi­sa­no o ko­niach i wy­ści­gach kon­nych. Po­zo­sta­łe ścia­ny ob­wie­szo­no ry­sun­ka­mi i ob­ra­za­mi przed­sta­wia­ją­cy­mi słyn­ne go­ni­twy i czem­pio­nów. Po­mię­dzy du­ży­mi okna­mi wi­sia­ły w orze­cho­wych ra­mach zdję­cia Har­ry’ego z cza­sów, gdy wy­gry­wał wy­ści­gi w An­glii i we Fran­cji, czy­li z prze­ło­mu lat czter­dzie­stych i pięć­dzie­sią­tych dwu­dzie­ste­go wie­ku. Do­wo­dzi­ły, że trium­fo­wał w der­by An­glii i Ir­lan­dii, go­ni­twach kró­la Edwar­da VII i kró­lo­wej Alek­san­dry. Zdo­był też Prix de l’Arc Triom­phe, Grand Prix de De­au­vil­le, Prix de Dia­ne i Grand Prix de Sa­int Clo­ud.

Nadal mógł­by star­to­wać w tej sa­mej ka­te­go­rii wa­go­wej co wów­czas. Był dość wy­so­ki jak na dżo­ke­ja, a wy­da­wał się jesz­cze wyż­szy dzię­ki wy­pro­sto­wa­nej po­sta­wie i wiecz­nie unie­sio­ne­mu pod­bród­ko­wi. Wciąż miał gę­ste, ciem­ne wło­sy, tyl­ko gdzie­nieg­dzie po­prze­ty­ka­ne srebr­ny­mi nit­ka­mi, i nie­mal ide­al­nie gład­ką twarz. Dziś wło­żył twe­edo­wy gar­ni­tur, kre­mo­wą ko­szu­lę i ciem­no­zie­lo­ny je­dwab­ny kra­wat, a do tego rdza­we pół­bu­ty. Nie mo­głem ode­rwać od nich wzro­ku. Po­nie­waż w skle­pach nie ma ręcz­nie ro­bio­nych pół­bu­tów dla dzie­się­cio­lat­ków, zro­bił je na za­mó­wie­nie Lobb’s z Lon­dy­nu – kosz­to­wa­ły czte­ry stó­wy każ­dy.

– Jack, Cam… Usiądź­cie – za­pro­sił dwor­nie Har­ry. Lu­bił roz­da­wać kar­ty.

Sko­rzy­sta­li­śmy z za­pro­sze­nia, sia­da­jąc w skó­rza­nych fo­te­lach. Har­ry za­jął miej­sce za biur­kiem, kla­sycz­nym me­blem w sty­lu Eu­ge­ne’a Ha­rvil­la, po­cho­dzą­cym z warsz­ta­tu Char­lie­go Tau­ba. Wła­ści­wie wszyst­kie me­ble w tym po­ko­ju wy­ko­nał albo od­no­wił Char­lie.

Har­ry po­ło­żył ręce pła­sko na biur­ku. Wy­glą­da­ły na dło­nie ko­goś o po­ło­wę od nie­go młod­sze­go i przy­najm­niej dwa razy więk­sze­go: kwa­dra­to­we, opa­lo­ne, moc­ne. Wi­dać było, że jest z nich dum­ny.

– Nadal do­skwie­ra ci ra­mię, Jack? – spy­tał.

– Tyl­ko gdy je nad­we­rę­żę – od­par­łem, nie­świa­do­mie do­ty­ka­jąc kon­tu­zjo­wa­nej ręki.

– Na­cie­raj je trzy razy dzien­nie. – Har­ry po­ki­wał mą­drze gło­wą. – A te­raz do rze­czy. Ko­leś, z któ­rym od lat krę­cę in­te­re­sy, ma dla nas coś eks­tra. – Lata spę­dzo­ne w Eu­ro­pie nie wy­mio­tły nie­ste­ty z ję­zy­ka Har­ry’ego ma­ło­mia­stecz­ko­wych zwro­tów i in­to­na­cji.

Roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi. We­szła sta­ra pani Al­drid­ge, któ­ra pro­wa­dzi­ła Har­ry’emu dom od po­nad trzy­dzie­stu lat, a za nią Lyn Strang z tacą peł­ną fi­li­ża­nek i srebr­nym dzban­kiem do kawy. Przy sto­le ko­men­dę ob­ję­ła pani Al­drid­ge, fuk­nię­ciem wy­pra­sza­jąc Lyn z po­ko­ju. Każ­de­mu z nas wrę­czy­ła po fi­li­żan­ce czar­nej, dia­bel­nie moc­nej kawy oraz po jed­nym cze­ko­la­do­wym bisz­kop­cie, po czym wy­szła ener­gicz­nie z bi­blio­te­ki.

– Ko­leś na­zy­wa się Tie. Rex Tie – pod­jął Har­ry. – Ho­du­je w bu­szu kro­wy.

– Rex Czas Na­gli? – mruk­nął Cam.

– Zga­dza się.

– Nadal się z nim ba­wisz?

– Było, mi­nę­ło. Chcę spraw­dzić, czy Rex nadal zna się na rze­czy. W przy­szłym ty­go­dniu po­je­dzie­my do nie­go na wieś. Pa­su­je ci, Jack?

Ski­ną­łem gło­wą.

– To do­brze. – Har­ry uśmiech­nął się sze­ro­ko. – Wo­bec tego za­pra­szam na film.

Po­szli­śmy wszy­scy do wy­ło­żo­ne­go drew­nia­ny­mi pa­ne­la­mi kina Har­ry’ego i za­pa­dli­śmy w ob­szer­ne fo­te­le. Cam wsu­nął do od­twa­rza­cza ka­se­tę, któ­rą mu da­łem, wci­snął parę przy­ci­sków na pi­lo­cie i na roz­wi­ja­nym ekra­nie po­ja­wi­ło się mo­kre od desz­czu Pa­kenhm. Był tam też Har­ry. Stał z tyłu, tuż przy ba­rier­ce. Wy­glą­dał jak zwy­kle. Miał zie­lo­ny fil­co­wy ka­pe­lusz, pro­sty płaszcz prze­ciw­desz­czo­wy i lor­net­kę. Pod­sta­wo­wa za­sa­da brzmia­ła: na wy­ści­gach nie zbli­żać się do Har­ry’ego ani nie roz­ma­wiać z Ca­mem. Moje za­da­nie było pro­ste. Mia­łem sfil­mo­wać go­ni­twę w New Ni­ne­vah war­tą dwa­dzie­ścia pa­ty­ków małą ka­me­rą. Za­pła­co­no mi za to i kil­ka po­rad praw­nych.

– Puść start w zwol­nio­nym tem­pie, Cam – za­ko­men­de­ro­wał Har­ry.

Oglą­da­li­śmy w mil­cze­niu.

– Jesz­cze raz.

Go­ni­twę trwa­ją­cą mi­nu­tę, dwa­dzie­ścia czte­ry se­kun­dy i dwa­dzie­ścia set­nych oglą­da­li­śmy po­nad dzie­sięć mi­nut. Kie­dy Cam za­pa­lił wresz­cie świa­tło, Har­ry spoj­rzał na mnie i spy­tał:

– Uda­ło się, czy nie?

Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi.

– Jak dla mnie, to pró­bo­wał. Tym ra­zem nie opóź­nił star­tu.

– Fakt. Przy­najm­niej pod­jął wal­kę. Cam?

– Dla mnie spra­wa jest pro­sta. – Cam na­kle­ił na ka­se­tę kart­kę z opi­sem. – Nie lubi mok­nąć.

– Chy­ba że znów źle tra­fi­li­śmy – burk­nął Har­ry, pod­no­sząc się cięż­ko z fo­te­la. We­pchnął ręce do kie­sze­ni, sta­nął przy oknie i wyj­rzał na ze­wnątrz. – Mam wąt­pli­wo­ści – wes­tchnął. – To wszyst­ko na dziś. Spo­tka­my się w śro­dę w Bal­lard. Znów zmro­zi nam tył­ki. Wpad­nij­cie koło dzie­wią­tej na śnia­da­nie, zgo­da? Jack, Cam cię od­wie­zie. Ma do za­ła­twie­nia kil­ka spraw. Po­tem musi też oczy­ścić ryn­ny i po­przy­ci­nać róże.

– A na ko­niec wło­żę wa­to­wa­ny gar­ni­tur i po­ka­żę psom, jak się szczu­je ban­dzio­rów – do­rzu­cił Cam.

– Ra­cja. Za­po­mnia­łem o nich. Wy­szły tro­chę z wpra­wy.

* * *

Cam za­wiózł mnie do biu­ra miesz­czą­ce­go się przy tej sa­mej uli­cy co warsz­tat Char­lie­go. Wi­szą­cy nad drzwia­mi szyld gło­sił: John Irish,ad­wo­kat i rad­ca praw­ny. To ostat­nie tro­chę na wy­rost. Nie li­cząc dziw­nych fuch u Har­ry’ego, za­ra­bia­łem głów­nie na ścią­ga­niu dłu­gów i wy­szu­ki­wa­niu świad­ków. Tak to bywa, gdy czło­wiek rzu­ca cie­płą po­sad­kę ad­wo­ka­ta od spraw kry­mi­nal­nych i za­czy­na wszyst­ko od nowa.

Biu­ro skła­da­ło się z du­że­go po­miesz­cze­nia, któ­re­go okna wy­cho­dzi­ły na uli­cę, oraz nie­wiel­kie­go po­ko­iku i ła­zien­ki na za­ple­czu. Kie­dyś zaj­mo­wał je kra­wiec – po­zo­sta­wio­ny przez nie­go stół do kro­je­nia słu­żył mi za biur­ko. Fa­cet ze skle­pu na rogu mó­wił, że kra­wiec lu­bił sia­dać na tym sto­le, za­kła­dać nogę na nogę i zszy­wać ręcz­nie czę­ści ubrań. Usia­dłem, włą­czy­łem kom­pu­ter, wy­cią­gną­łem no­tes i za­czą­łem ob­ra­biać ze­zna­nie świad­ka z Syd­ney.

Kie­dy skoń­czy­łem, po­sze­dłem po ka­nap­kę z sa­ła­tą do po­bli­skie­go skle­pi­ku na rogu, po czym zja­dłem ją ze sma­kiem przy moim sto­le-biur­ku. Na­stęp­nie po­je­cha­łem do biu­ra An­drew Gre­era przy koń­cu Drum­mond Stre­et w Carl­ton – biu­ra, któ­re sam kie­dyś zaj­mo­wa­łem. Do sądu moż­na było stąd dojść na pie­cho­tę, dla­te­go ku­pi­li­śmy ten sta­ry bu­dy­nek i re­mon­to­wa­li­śmy go sami przez wie­le mie­się­cy.

Sa­mo­chód – sta­ry, po­obi­ja­ny saab – An­drew par­ko­wał przed wej­ściem.

Nig­dzie nie do­strze­głem se­kre­tar­ki. Sze­dłem so­bie spo­koj­nie ko­ry­ta­rzem, gdy An­drew nie­po­strze­że­nie po­ja­wił się na pro­gu.

– Nie­zły ga­jer – po­wie­dzia­łem, wska­zu­jąc na jego ciem­no­gra­na­to­wy gar­ni­tur.

Drew spoj­rzał w dół.

– Do­ra­dzi­ła mi go pani De Lil­lo. Od Buc­ka. Wart dzie­więć stów. – A tu­taj – wska­zał na kla­pę – jest plam­ka po rzy­gach. Ale nie wi­dać.

– Z tej od­le­gło­ści i w ciem­nym ko­ry­ta­rzu nie rzu­ca się w oczy – od­par­łem. – Zna­la­złem pa­nię Brier­ley.

– Bra­wo. Co po­wie­dzia­ła?

– W kry­tycz­nym mo­men­cie wi­dzia­ła go­ścia pięć me­trów od nie­bosz­czy­ka. Zna­ła go z wi­dze­nia. Ku­po­wał u niej rybę z fryt­ka­mi.

Pro­mien­ny uśmiech roz­ja­śnił po­cią­głą twarz Drew.

– Bóg oka­zu­je mi­ło­sier­dzie na­wet naj­bar­dziej za­twar­dzia­łym grzesz­ni­kom. Wy­pij­my za to.

– Jest do­pie­ro trze­cia, An­drew.

– Drink przed obia­dem za­ostrza ape­tyt. A poza tym, praw­ni­cy ja­da­ją wcze­śnie.

– Jej ko­chaś obił mnie ki­jem do bejs­bo­la.

– Co? Ale chy­ba nic ci nie zła­mał?

Po­trzą­sną­łem gło­wą.

– Nie.

– To do­brze, bo za cier­pie­nie nie do­pła­cę eks­tra. Na­pij­my się, to ci ulży. Klient sta­wia. Ob­ło­wił się dzię­ki ubez­pie­cze­niu.

Po­sze­dłem za nim w głąb ko­ry­ta­rza do kuch­ni miesz­czą­cej się na ty­łach bu­dyn­ku. Usie­dli­śmy przy kry­tym ce­ra­tą sto­le. An­drew otwo­rzył dwie bu­tel­ki piwa. Po­cią­gną­łem łyk, od­sta­wi­łem bu­tel­kę i wci­sną­łem ręce do kie­sze­ni. Na­wró­ce­ni opo­je wie­dzą, od cze­go się za­czy­na.

– Co z He­len?

An­drew wy­pił jed­ną trze­cią piwa, spoj­rzał na bu­tel­kę pod świa­tło i za­re­cho­tał iro­nicz­nie.

– Zwia­ła. Zwia­ła do El­tham z ja­kimś ma­la­rzy­ną. Zo­sta­wi­ła mi dzie­ci.

– A dom?

– Nie do­sta­nie domu. Chy­ba że po moim tru­pie.

– Py­tam, czy ma­larz zdą­żył go po­ma­lo­wać.

– A skąd. Miał w gło­wie tyl­ko mi­łość. Poza tym to ar­ty­sta. Tyle że nikt o nim nie sły­szał. Na­zy­wa się Bru­ce Seal. Znasz?

– Przy­kro mi to mó­wić, ale owszem.

– Trze­ba było ugryźć się w ję­zyk i po­wie­dzieć, że w ży­ciu o skur­wie­lu nie sły­sza­łeś. – An­drew po­cią­gnął ko­lej­ny łyk piwa i otarł wąsy. – Co o nim wiesz?

– Ko­leś jest z El­tham. Ma wiel­ki ta­lent. Zna pięć ję­zy­ków. Gra na for­te­pia­nie i w gol­fa. Upra­wia ka­ra­te, ma czter­na­sty dan. I pra­wie dwu­dzie­sto­pię­cio­cen­ty­me­tro­we­go wac­ka. Dla­cze­go py­tasz?

– Mniej­sza z tym. I tak nie do­cze­kam się od cie­bie współ­czu­cia. – Do­pił piwo i się­gnął po ko­lej­ne.

– A jak Lor­na?

Zer­k­nął na mnie po­dejrz­li­wie. Lor­na była pro­ku­ra­to­rem. Ro­man­so­wa­li ze sobą od lat.

– W po­rząd­ku. Nie ma z tym nic wspól­ne­go. He­len o niej nie wie­dzia­ła.

– Co my­ślą o tym dzie­ci?

Drew uniósł zło­żo­ne dło­nie na wy­so­kość twa­rzy.

– Nie mam po­ję­cia, co my­śli Mi­cha­el, bo zwie­rza się wy­łącz­nie pię­ciu mi­lio­nom użyt­kow­ni­ków In­ter­ne­tu. A Vic­ky się cie­szy, bo była w kla­sie je­dy­ną dziew­czy­ną, któ­rej ro­dzi­ce ze sobą miesz­ka­li.

Po­cią­gną­łem ły­czek piwa.

– Co po­wie­dzia­ła He­len?

Drew zer­k­nął na su­fit.

– Po­wie­dzia­ła, że za­ko­cha­ła się w cu­dow­nym męż­czyź­nie i że to by się nig­dy nie sta­ło, gdy­bym w cią­gu ostat­nich dwu­dzie­stu lat zna­lazł dla niej choć tro­chę cza­su. Jak­bym lu­bił ura­biać so­bie ręce po łok­cie.

– Pew­nie tak wła­śnie my­śla­ła. Jak zresz­tą wszy­scy.

– Nie bądź ku­ta­sem. Po­trze­bu­ję po­cie­chy.

– Jak wi­dać, He­len też jej po­trze­bo­wa­ła. I zna­la­zła, choć za­ło­żę się, że nie na dłu­go. Mó­wią, że Bru­ce jest ra­czej łow­cą niż zbie­ra­czem.

– Wiesz to od swo­ich kum­pli ar­ty­stów?

– To­bie też przy­da­ło­by się bar­dziej zróż­ni­co­wa­ne to­wa­rzy­stwo – mruk­ną­łem. – Na świe­cie są nie tyl­ko praw­ni­cy, gli­nia­rze i prze­stęp­cy. A przy oka­zji, co zro­bi­łeś z mo­imi sta­ry­mi ak­ta­mi? – Po­cią­gną­łem ostat­ni łyk, wsta­łem i wy­la­łem resz­tę piwa do zle­wu.

Dwa­dzie­ścia mi­nut póź­niej zna­la­złem w kar­to­te­ce akta Da­nie­la Pa­tric­ka McKil­lo­pa. Dwu­dzie­ste­go dru­gie­go li­sto­pa­da 1984 roku sta­nął przed są­dem pod za­rzu­tem spo­wo­do­wa­nia wy­pad­ku ze skut­kiem śmier­tel­nym. Zo­stał uzna­ny win­nym. Ofia­ra mia­ła dwa­dzie­ścia sie­dem lat. Na­zy­wa­ła się Anne El­speth Jep­pe­son. Po­trą­cił ją przy Ar­den­ne Stre­et w Rich­mond, osiem­na­ste­go czerw­ca 1984 roku o dwu­dzie­stej trze­ciej czter­dzie­ści. Zgi­nę­ła na miej­scu. Świad­ko­wie wi­dzie­li McKil­lo­pa za kół­kiem w kil­ka mi­nut po wy­pad­ku. Zna­le­zio­no go go­dzi­nę póź­niej, śpią­ce­go z gło­wą na kie­row­ni­cy. We krwi miał 0,1 pro­mi­la al­ko­ho­lu. Krew i włók­na na sa­mo­cho­dzie pa­so­wa­ły do pró­bek po­bra­nych z cia­ła Anne.

W tecz­ce zna­la­złem też wy­ci­nek z ga­ze­ty da­to­wa­nej na dwu­dzie­ste­go trze­cie­go li­sto­pa­da 1984 roku. Na­głó­wek gło­sił: Świa­dek po­twier­dza, że Jep­pe­son zgi­nę­ła pod ko­ła­mi auta. Ni­żej moż­na było prze­czy­tać:

Świa­dek we­zwa­ny wczo­raj przed ob­li­cze sądu ze­znał, że trzy prze­czni­ce od miej­sca wy­pad­ku wi­dział pę­dzą­cy z za­wrot­ną szyb­ko­ścią sa­mo­chód, któ­ry kil­ka mi­nut wcze­śniej po­trą­cił śmier­tel­nie Anne Jep­pe­son, dzia­łacz­kę spo­łecz­ną i pra­cow­ni­cę de­par­ta­men­tu bu­dow­nic­twa ko­mu­nal­ne­go. Kie­row­ca, Da­niel Pa­trick McKil­lop, miał we krwi 0,1 pro­mi­la al­ko­ho­lu, co po­twier­dzi­ło ba­da­nie wy­ko­na­ne dwie go­dzi­ny po wy­pad­ku.

Dwu­dzie­stocz­te­ro­let­ni Da­niel McKil­lop, za­miesz­ka­ły w Rich­mond, przy uli­cy Zins­ser Stre­et zo­stał uzna­ny za win­ne­go spo­wo­do­wa­nia wy­pad­ku ze skut­kiem śmier­tel­nym.

Ofia­ra, dwu­dzie­sto­sied­mio­let­nia Anne El­speth Jep­pe­son, za­miesz­ka­ła w Rich­mond, przy Ar­den­ne Stre­et, zgi­nę­ła na miej­scu, po­trą­co­na przed swo­im do­mem osiem­na­ste­go czerw­ca 1984 roku.

Osiem­na­ste­go czerw­ca 1984 roku o go­dzi­nie dwu­dzie­stej trze­ciej czter­dzie­ści świa­dek, Ro­land Bi­shop, je­chał wzdłuż Fre­eman Stre­et w Rich­mond, gdy zo­ba­czył nad­jeż­dża­ją­cy zyg­za­kiem z na­prze­ciw­ka żół­ty sa­mo­chód.

Oto jego ze­zna­nie: „Omal nie sta­ra­no­wał sa­mo­cho­dów sto­ją­cych na po­bo­czu jezd­ni wzdłuż pasa, któ­rym je­cha­łem, po czym tuż przede mną skrę­cił na­gle na dru­gi pas, znów cu­dem uni­ka­jąc zde­rze­nia ze sto­ją­cy­mi na po­bo­czu au­ta­mi. Kie­row­ca za­ha­mo­wał z ca­łej siły. Wy­glą­da­ło, jak­by stra­cił pa­no­wa­nie nad sa­mo­cho­dem”.

Pan Bi­shop wy­raź­nie wi­dział twarz kie­row­cy. Za­pa­mię­tał rów­nież część re­je­stra­cji. Na­tych­miast po po­wro­cie do domu za­wia­do­mił o zaj­ściu po­li­cję.

Star­szy po­ste­run­ko­wy Ivor Wil­kins zna­lazł pana McKil­lo­pa w ga­ra­żu jego domu, śpią­ce­go za kie­row­ni­cą żół­te­go for­da fal­co­na. Auto sta­no­wi­ło wła­sność oskar­żo­ne­go. Pan Bi­shop zi­den­ty­fi­ko­wał go jako kie­row­cę po­jaz­du, któ­ry wi­dział przy Fre­eman Stre­et.

Star­szy po­ste­run­ko­wy Lau­ro Mar­ti­nes z wy­dzia­łu ru­chu dro­go­we­go prze­pro­wa­dził u oskar­żo­ne­go ba­da­nie na za­war­tość al­ko­ho­lu we krwi. W dwie go­dzi­ny po wy­pad­ku wy­no­si­ła ona 0,1 pro­mi­la.

Dok­tor Al­bert Hone z po­li­cyj­ne­go la­bo­ra­to­rium kry­mi­na­li­stycz­ne­go do­ko­nał po­rów­na­nia krwi, tka­nek i włó­kien zna­le­zio­nych na zde­rza­ku auta pana McKil­lo­pa z prób­ka­mi po­bra­ny­mi z cia­ła i ubrań pan­ny Jep­pe­son. Wy­nik ba­da­nia był po­zy­tyw­ny.

Wy­rok w spra­wie pana McKil­lo­pa zo­sta­nie ogło­szo­ny czwar­te­go grud­nia.

Tecz­ka za­wie­ra­ła rów­nież dru­gi wy­ci­nek, da­to­wa­ny na pią­te­go grud­nia 1984 roku. Du­ży­mi li­te­ra­mi gło­sił on: Wy­rok w spra­wie Jep­pe­son: kie­row­ca ska­za­ny na 10 lat.

Z tek­stu wy­ni­ka­ło, że Da­niel McKil­lop od­po­wia­dał już wcze­śniej za jaz­dę pod wpły­wem al­ko­ho­lu i na krót­ko przed wy­pad­kiem od­zy­skał ode­bra­ne mu pra­wo jaz­dy. Wie­czo­rem pił w dwóch ho­te­lo­wych ba­rach i nie pa­mię­tał chwi­li wy­pad­ku. Sę­dzia po­wie­dział spo­ro ostrych słów na te­mat pi­ja­nych kie­row­ców, wy­ra­ził ubo­le­wa­nie z po­wo­du śmier­ci mło­dej ko­bie­ty, któ­ra mia­ła przed sobą całe ży­cie, i po­chwa­lił oby­wa­tel­ską po­sta­wę świad­ka Ro­lan­da Bi­sho­pa. McKil­lop zo­stał ska­za­ny na dzie­sięć lat wię­zie­nia, mimo że jego obroń­ca do­wo­dził, iż jest w tej spra­wie ofia­rą na rów­ni z Anne Jep­pe­son: „Bied­ny chło­pak uwi­kła­ny w roz­licz­ne uza­leż­nie­nia”.

Przej­rza­łem hi­sto­rię wąt­pli­wych do­ko­nań Dan­ny’ego. Ich opis zaj­mo­wał mniej wię­cej pół stro­ny, a do­ty­czył głów­nie prze­wi­nień, któ­re McKil­lop po­peł­nił jako nie­let­ni. Dwa razy aresz­to­wa­no go za jaz­dę po pi­ja­ne­mu. Za dru­gim ra­zem ode­bra­no mu pra­wo jaz­dy na dwa lata. Od­zy­skał je na krót­ko przed wy­pad­kiem. Dziw­ne, ale nig­dy nie tra­fił do pu­dła. Sę­dzia wy­na­gro­dził mu to z na­wiąz­ką, wsa­dza­jąc go na dzie­sięć lat, z za­strze­że­niem że o zwol­nie­nie wa­run­ko­we może się ubie­gać do­pie­ro po ośmiu.

Czy­ta­łem te in­for­ma­cje tak, jak­bym ro­bił to po raz pierw­szy. Spoj­rza­łem na datę: li­sto­pad 1984 roku. Po­czą­tek stre­fy za­po­mnie­nia, w któ­rej więk­szość cza­su spę­dzi­łem za­la­ny lub moc­no wsta­wio­ny po śmier­ci żony.

Przej­rza­łem po­zo­sta­łe akta z roku 1984 i po­cząt­ku 1985. Po McKil­lo­pie wzią­łem jesz­cze pięć, sześć spraw. Nie pa­mię­ta­łem żad­nej z nich.

Wró­ci­łem do ga­bi­ne­tu Drew. Czy­tał coś, roz­par­ty za biur­kiem.

– Czy kie­dy za­ła­ma­łem się po śmier­ci Isa­bel, trzy­ma­łeś mnie z dala od sali są­do­wej? – spy­ta­łem.

Zdjął oku­la­ry i prze­tarł oczy.

– Moż­na tak po­wie­dzieć. Pod­pro­wa­dzi­łem ci wszyst­kie spra­wy zwią­za­ne z re­pre­zen­to­wa­niem klien­tów od dnia jej śmier­ci po dzień, w któ­rym od­sze­dłeś. Nie wąt­pi­łem w two­je umie­jęt­no­ści. Ba­łem się jed­nak, że zro­bisz so­bie krzyw­dę.

– I za­szko­dzę fir­mie. – Po­czu­łem, że ogar­nia mnie cie­pła fala wdzięcz­no­ści wo­bec tego wiel­kie­go, po­krę­co­ne­go i zda­wa­ło­by się, wy­zu­te­go z uczuć fa­ce­ta.

Znów wło­żył oku­la­ry i się­gnął po piwo.

– Tym się nie mar­twi­łem. I tak da­li­by­śmy radę.

– McKil­lop mnie szu­ka. Pa­mię­tasz go? – spy­ta­łem, po­da­jąc Drew wy­cią­gnię­te z pu­dła akta.

Przez chwi­lę prze­glą­dał je w mil­cze­niu.

– Nie. Jego nie. Pa­mię­tam za to tę bab­kę. Czę­sto wpa­da­ła na drin­ka do baru w Stan­dar­dzie. – Od­dał mi tecz­kę. – Dan­ny do­stał to, na co za­słu­żył. Szu­ka cię, bo pew­nie znów wpa­ko­wał się w ja­kieś gów­no.

Wy­cho­dzi­łem już, kie­dy na­gle oznaj­mił:

– Chy­ba zaj­mę się Lor­ną na po­waż­nie.

– Naj­pierw sprawdź w słow­ni­ku, co zna­czy sło­wo „urlop”. – Po­ło­ży­łem mu rękę na ra­mie­niu. – Mam pro­po­zy­cję. Jedź ze mną w so­bo­tę na mecz.

Skrzy­wił się prze­raź­li­wie.

– Daw­no tego nie ro­bi­li­śmy.

– To praw­da – przy­tak­ną­łem. – Na­zwi­ska za­wod­ni­ków nadal brzmią zna­jo­mo. Choć to już sy­no­wie tych, któ­rym ki­bi­co­wa­li­śmy.

– Mam to gdzieś. Ale zgo­da. Po­tem pój­dzie­my na ste­ki. Do Vla­da. – Uśmiech­nął się. – Albo do jego syna.

* * *

Dla­cze­go Dan­ny McKil­lop tak roz­pacz­li­wie mnie szu­kał? Po­now­nie wy­krę­ci­łem nu­mer, któ­ry zo­sta­wił na mo­jej au­to­ma­tycz­nej se­kre­tar­ce. Te­le­fon dzwo­nił i dzwo­nił, nim ja­kaś ko­bie­ta pod­nio­sła słu­chaw­kę. Po­pro­si­łem o roz­mo­wę z Dan­nym. Za­pa­dło dłu­gie, krę­pu­ją­ce mil­cze­nia. W tle sły­sza­łem od­głos ja­dą­cych sa­mo­cho­dów.

– Nie ma go – rzu­ci­ła wresz­cie i odło­ży­ła słu­chaw­kę. Po­now­nie wy­bra­łem ten sam nu­mer. Tym ra­zem ode­bra­ła na­tych­miast.

– Dan­ny do mnie dzwo­nił. – Po­wie­dzia­łem szyb­ko, żeby się nie roz­my­śli­ła. – Zo­sta­wił ten nu­mer. Czy ze­chce mu pani prze­ka­zać wia­do­mość?

Przez ja­kiś czas znów sły­sza­łem tyl­ko war­kot sa­mo­cho­dów.

– Dan­ny nie żyje. Pro­szę wię­cej nie dzwo­nić. – Stuk od­kła­da­nej słu­chaw­ki.

Pod­sze­dłem do okna i za­pa­trzy­łem się na ko­bie­ty z pra­so­wal­ni miesz­czą­cej się po dru­giej stro­nie uli­cy. Zro­bi­ły so­bie prze­rwę na pa­pie­ro­sa. Sta­ły pod ścia­ną, roz­ma­wia­ły, śmia­ły się gło­śno i głę­bo­ko za­cią­ga­ły dy­mem. Się­gną­łem po książ­kę te­le­fo­nicz­ną i od­szu­ka­łem na­zwi­sko McKil­lop. D.P. McKil­lop miesz­kał w Nor­th­co­te, przy Win­der­me­re Stre­et. Kil­ka razy wy­cią­ga­łem rękę, żeby wy­krę­cić jego nu­mer, ale za każ­dym ra­zem re­zy­gno­wa­łem. Dan­ny McKil­lop wy­chy­nął z mro­ków prze­szło­ści, szu­kał mnie wszę­dzie, a kil­ka dni póź­niej już nie żył. Znów otwo­rzy­łem tecz­kę, któ­rą za­bra­łem od Drew. Dan­ny do­bie­gał­by te­raz czter­dziest­ki. Cie­ka­we, na co zmarł.

Kie­dy w koń­cu wy­bra­łem nu­mer, słu­chaw­kę pod­nio­sło dziec­ko, czte­ro-, może pię­cio­let­nia dziew­czyn­ka.

– Mówi Kir­sty McKil­lop – oznaj­mi­ła wy­raź­nie. – Mama nie może po­dejść, bo zmy­wa ta­le­rze.

– Mimo to chciał­bym z nią po­roz­ma­wiać. Po­proś ją.

– Pro­szę za­cze­kać. Za­wo­łam ją. – Odło­ży­ła chy­ba słu­chaw­kę na sto­lik, po czym za­wo­ła­ła gło­śno: – Ma­mu­siu, ja­kiś pan do cie­bie.

Ko­bie­ta, któ­ra po­de­szła do te­le­fo­nu, dy­sza­ła cięż­ko, jak­by bie­gła.

– Halo, mówi Sue McKil­lop.

– Prze­pra­szam, że pa­nią nie­po­ko­ję, ale czy do­dzwo­ni­łem się do domu Da­nie­la Pa­tric­ka McKil­lo­pa?

Przez dłuż­szą chwi­lę w słu­chaw­ce sły­sza­łem tyl­ko jej cięż­ki od­dech.

– Dan­ny nie żyje – ode­zwa­ła się wresz­cie szorst­kim, wy­zu­tym z emo­cji gło­sem. – Zgi­nął w pią­tek wie­czo­rem.

– Bar­dzo mi przy­kro. Je­stem Jack Irish. By­łem kie­dyś jego ad­wo­ka­tem. Pró­bo­wał się ze mną skon­tak­to­wać, ale wy­je­cha­łem, więc…

– Cóż… Wo­bec tego dzię­ku­ję, że pan za­dzwo­nił.

– Pro­szę wy­ba­czyć, że py­tam, ale jak…

Nie po­zwo­li­ła mi do­koń­czyć.

– Za­strze­lił go po­li­cjant. Za­mor­do­wał go – do­da­ła po chwi­li, jak­by chcia­ła roz­wiać wszyst­kie moje wąt­pli­wo­ści.

– Gdzie to się sta­ło? – spy­ta­łem me­cha­nicz­nie, czu­jąc, że prze­cho­dzi mnie zim­ny dreszcz.

– Na par­kin­gu przed pu­bem w Brun­swick.

– Jak się ten pub nazy…?

– Pod Bo­ha­te­rem Tra­fal­ga­ru.

* * *

Nig­dy nie czu­łem się win­ny śmier­ci żony. Ani wte­dy, ani te­raz. Zgi­nę­ła na pod­ziem­nym par­kin­gu przy La Tro­be Stre­et, za­strze­lo­na przez jed­ne­go z mo­ich by­łych klien­tów, Way­ne’a Way­lo­na Mi­lo­vi­cha. Kie­dy sko­na­ła, drań przy­kle­ił jej do czo­ła ko­per­tę z li­stem do mnie, po czym wsiadł do swo­je­go for­da fal­co­na z 1974 roku ob­cią­żo­ne­go stu trzy­na­sto­ma man­da­ta­mi za złe par­ko­wa­nie i zde­to­no­wał dwie czy trzy la­ski dy­na­mi­tu, któ­re trzy­mał na ko­la­nach. List brzmiał tak: Pa­nie ad­wo­ka­cie Ju­da­szu, czy wiesz co zro­bi­łeś? Żona ode mnie ucie­kła. Za­bra­ła dzie­ci, bo gni­łem w pu­dle. Tra­fi­łem tam przes cie­bie, bo nie słu­cha­łeś, ćwo­ku, co do cie­bie mu­wię.

Nie­zrów­no­wa­że­ni psy­chicz­nie klien­ci. Ry­zy­ko za­wo­do­we. Isa­bel o tym wie­dzia­ła. Sama była praw­ni­kiem, spe­cem od pra­wa ro­dzin­ne­go. Więk­szość jej klien­tów zdra­dza­ła ob­ja­wy obłę­du.

Nie czu­łem się win­ny jej śmier­ci. By­łem wście­kły na los, ale nie umia­łem tego ni­ko­mu wy­ja­śnić. Ze­wsząd sły­sza­łem, że mu­szę prze­stać się tor­tu­ro­wać. Wszy­scy chcie­li, że­bym miał wy­rzu­ty su­mie­nia. A ja upi­ja­łem się, pła­ka­łem w ba­rach i cią­gle wda­wa­łem się w bój­ki z nie­zna­jo­my­mi nie dla­te­go, że ob­wi­nia­łem się o śmierć Isa­bel, lecz dla­te­go że go­to­wa­łem się z wście­kło­ści. Stra­ci­łem ko­goś, kto roz­ja­śniał mi ży­cie. Mia­łem pra­wo do po­czu­cia stra­ty. Nie­na­wi­ści. Bra­ku na­dziei i sen­su. Z tego sta­nu wy­cią­gnąć mnie mo­gło je­dy­nie zmar­twych­wsta­nie żony.

Isa­bel i ja bar­dzo się od sie­bie róż­ni­li­śmy. Jej dzie­ciń­stwo wy­glą­da­ło zu­peł­nie in­a­czej niż moje. Do­ra­sta­ła w gro­nie roz­wrzesz­cza­nych dzie­cia­ków, do sza­leń­stwa ko­cha­nych przez ro­dzi­ców, mu­zy­ka i ma­lar­kę. Jej świat pe­łen był twór­cze­go cha­osu, ra­do­ści, go­rącz­ko­we­go po­śpie­chu, ma­rzeń i ogrom­nej wraż­li­wo­ści. Ko­cha­ła lu­dzi i ob­da­rza­ła ich tro­ską jak nie­bo zie­mię cie­płym, let­nim desz­czem. Wtar­gnę­ła w sza­rzy­znę mo­je­go ży­cia i prze­pę­dzi­ła ją swo­im za­raź­li­wym śmie­chem.