Wydawca: Wielka Litera Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 243 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Duchy Jeremiego - Robert Rient

Tego głosu dziecka, mówiącego o Zagładzie, nie da się już zapomnieć. Przejmująca powieść o odkrywaniu własnej tożsamości i mierzeniu się ze stratą.

Robert Rient – autor głośnego „Świadka” – powraca z niezwykłą powieścią.

Duchy Jeremiego” to przejmująca narracja dwunastolatka, konfrontującego się z chorobą mamy i własnymi demonami. Nie było w polskiej prozie powieści, która mierząc się z tematem rodzinnych upiorów, wybrzmiewa głosem tak świeżym i przejmującym. „Duchy Jeremiego” to portret rodziny uwikłanej w historię Zagłady, ale przede wszystkim kameralna, intymna opowieść o nadwrażliwym chłopcu, doświadczającym jednego z najtrudniejszych momentów w życiu każdego człowieka – odchodzenia mamy. Literatura dowodząca pisarskiej dojrzałości i wrażliwości. Napisana niepokojącą, naiwną frazą, nad którą autor ma pełną kontrolę.

Powieść o duchach, które nie pozwalają zasnąć. O tym, że przeszłość jest zamieszkana i ma moc przywoływania zmarłych. O spotkaniu z przodkami i życiu, z którego znika pamięć oraz przyszłość. Pozbawiona fałszywych tonów, bolesna i zatrzymująca na długo historia, którą Robert Rient dowodzi, że jest jednym z najodważniejszych i najciekawszych pisarzy młodego pokolenia.

Opinie o ebooku Duchy Jeremiego - Robert Rient

Fragment ebooka Duchy Jeremiego - Robert Rient

Rodzicom

1

Mama znowu spała w łazience, na podłodze.

Po południu miała kroplówki, a po nich zazwyczaj łapała ją niestrawność – lekka albo gorsza. A jak wracała ze szpitala do domu, to biegała co chwila do łazienki albo zamykała się tam na długie godziny i słuchała radia, bywało, że całą noc. I nigdy nie mogła do niej normalnie pójść, tylko biegła, zawsze biegła i budziła mnie tym. Nawet jej raz powiedziałem, żeby ciszej biegała.

No i dzisiaj rano, jak poszedłem zrobić siku, to się dowiedziałem, że spała na podłodze. Leżała na kafelkach, przykryta tym starym niebieskim ręcznikiem. Blade paznokcie, które na specjalne okazje malowała czerwonym kolorem – góra siedem razy w życiu – miała poobgryzane. No nieładnie. Zobaczyła mnie, podniosła się, zaczęła płakać i przytulać. Znowu miała niestrawność, co dało się wywąchać, ale udałem, że nic nie czuję, żeby się jeszcze bardziej nie rozryczała. Nie lubię takich spraw, całego tego dotykania, ale od kiedy chodzi na kroplówki, czasami potrzebuje się przytulić. No to się przytulamy, ale długo nikt by tego nie wytrzymał. Plus był taki, że pozwoliła mi iść do kina.

To był dobry film, powyżej piętnastu lat, ale u nas w kinie nigdy tego nie sprawdzają. Facet zakochał się w kobiecie, ale ona nic, tylko się złościła, on nie odpuszczał, normalnie, jak to facet, nawet się przeprowadził za nią, kiedy wyjechała do innego miasta. Potem dopiero się okazało, że wcześniej siedział w więzieniu, akurat wtedy, gdy ona była gotowa dobrowolnie go pocałować. Bo mu się zebrało na wyznania. Wszystko tym zepsuł, ale na koniec i tak poszli do łóżka.

Z kinem problem jest taki, że ludzie wstają na napisach, śpieszą się gdzieś, muzyka jeszcze gra, a ci już wstają i zaczynają gadać, no strasznie mnie to wkurza. I światło zapalili za wcześnie, nie płaczę – nigdy, kiedy jest jasno, taka zasada.

Po powrocie do domu wziąłem ją na rozmowę, nie mogłem pozwolić się zbyć, bo mama coś knuła, własne dziecko zawsze to wie.

– Dlaczego, skoro tylko na jakiś czas, zabieramy wszystkie rzeczy, w takim razie? – Jak się przemyśli pytanie i użyje mądrych słów, to człowieka poważniej traktują.

– Bo jeśli tam będzie dobrze, to zostaniemy może trochę dłużej, co ty na to?

– Nie.

– Ale przecież lubisz się bawić na wsi, lubisz pole obok strumyka, ciastka, które robi dziadek, też lubisz.

– Ale ty dziadka nie lubisz.

Mama na mnie spojrzała, zrobiło się nagle jakoś uroczyście, chciała mnie wziąć na kolana, ale tylko pokręciłem głową, no bez przesady, te czasy minęły. To mi oczami pokazała, żebym usiadł, a że już ją znam, to wiem, które spojrzenie oznacza którą rozmowę. Poza tym ona myśli, że jak mnie przytuli i będzie miła, to wszystko łyknę, tyle że, jak mówię, te czasy minęły. Mam swoje życie, normalnie. Gdy poszedłem do szkoły, to się zaczęło i jestem tam kimś.

Żeby się teraz nie okazało, że jestem jakiś nieczuły. Wiem, co to znaczy: mój tato był nieczuły, kiedy znalazł lepszą rodzinę od nas, ale to było tak dawno, że w ogóle nie pamiętam. Mama zawsze powtarzała, że był nieczuły, taki strasznie nieczuły i żebyś ty, Jeremi, był czuły. Siedzę i myślę o tym, żebym nie był nieczuły, ale i żebym nie dał się przekupić przytulaniem. Trochę mnie ciśnie w żołądku, jak mamie robią się takie oczy, a od kiedy ma niestrawności, to się dzieje coraz częściej.

– Kochanie, musisz wiedzieć, że jestem chora – zaczęła i chciała coś jeszcze powiedzieć, ale wiedziałem, że należy jej przerwać, wkroczyć po męsku, bo gdyby dalej tak mówiła, to zaczęłaby płakać.

– Wiem, chodzisz na kroplówki, które czyszczą organizm, i masz od nich niestrawności.

– Właśnie. I może niedługo będę musiała obciąć włosy.

– Proszę cię bardzo.

– Zupełnie obciąć, znaczy ogolić.

– Ale że na pałę?

– Tak się nie mówi, Jeri, na łyso, całkiem.

– Dlaczego?

– Bo przez kroplówki włosy robią się coraz słabsze i będą mi wypadały, więc wolę to wyprzedzić i sama obciąć.

I niby dlatego musimy się wyprowadzić na wieś, gdzie nawet kina nie ma, a do mojej szkoły jest daleko strasznie, bo godzinę pociągiem. W jedną stronę! Nie lubię szkoły, jestem normalny, ale lubię przerwy i po szkole zawsze idziemy do miasta, mamie mówię, że to dodatkowe zajęcia, a tak naprawdę mam trochę czasu na swoje interesy.

Tak siedzę, myślę i nagle do mnie dotarło, spojrzałem na nią uważnie, odwróciła wzrok, czyli że mam rację. To musi być rak. Nie inaczej, głupi nie jestem, ale skoro w szpitalu jej nie powiedzieli, to też się nie wygadam.

– Wyzdrowiejesz – stwierdziłem, a ona zaczęła płakać.

Całe to płakanie było czymś nowym w naszej znajomości, zaczęło się razem z kroplówkami i nocnym bieganiem do łazienki, wcześniej nic. No może na filmach wieczornych, z natury raczej romantycznych. Pod koniec, jak już było wiadomo, że się pokochają, mama wysmarkiwała łzy, ja tylko czasami, ukradkiem i raczej w rękaw. Jeszcze gdy się spotykała z Esterą, czyli swoją siostrą, i zaczynały hałasować rozmową o tylko sobie znanych sprawach. Machały rękami, uderzały nimi w kolana, nie zawsze swoje, zakrywały usta i otwierały szeroko oczy, nachylały się do siebie coraz bardziej, prawie dotykały czołami, niemal spadały z krzeseł – wtedy też zdarzało jej się płakać, ale głównie ze śmiechu. A w codzienności to nic.

Budziła się w lepszym nastroju, niż zasypiała. Wiązała włosy gumką i urządzała w kuchni zamieszanie, zapach kawy, ciepłego mleka, krojenie chleba, wydawanie mi rozkazów w stylu podaj to, posmaruj tamto, radio z muzyką, które wyłączała o pełnej godzinie, żeby uniknąć wiadomości, co wykorzystywała na odpytywanie mnie z zadań domowych i życia. Potem wychodziliśmy, ja do szkoły, ona do pracy w szpitalu. Już za progiem mieszkania mnie porzucała, nic nie mówiła, chociaż szliśmy razem jeszcze kilkadziesiąt metrów. Wyciągała z torby goździki, które zawsze nosiła w pudełeczku po tic tacach, i brała jednego do buzi. Raz dałem się namówić, ale piekło w język i strasznie śmierdziało, więc zostałem, jak normalni ludzie, przy gumach do żucia. Czasami, po dobrym poranku, podglądałem jej twarz, marszczyła czoło, patrzyła na drogę, ale jakby bardziej do środka patrzyła, coś knuła, lubiłem ją taką. Ale bywało, że mnie wkurzała, zwłaszcza jak się nie wyspałem, kroki stawiała tak wielkie, że musiałem za nią pędzić – na jej jeden przypadało półtora mojego, wiem, sprawdziłem. Była dla mnie świetnym ojcem, którego nie miałem, ale to tak, że praktycznie w ogóle za nim nie tęskniłem – poza tym był to człowiek nieczuły. A kilka tygodni temu, kiedy poszła na zwolnienie, to zupełnie rozmiękła. Musieli ją tymi kroplówkami strasznie wypłukać.

Tak patrzę na nią, trochę mnie złości, że ryczy od dobrej minuty, z drugiej strony wiem, że z rakiem to nie są przelewki, pan od matematyki, jak raz dostał, to nigdy już do szkoły nie wrócił. Nie, nie umarł, chodzi czasami po mieście, widziałem, tylko mu cała radość odeszła.

– Wyzdrowiejesz – powtórzyłem, ale tym razem ostro, co chyba ją trochę ucieszyło.

– Właśnie żeby wyzdrowieć, chcę, żebyśmy pomieszkali chwilę u dziadka, bo od kiedy przestałam chodzić do pracy, mamy coraz mniej pieniędzy i...

– Mogę coś skołować.

– Co to znaczy?

– Ile ci potrzeba?

– O czym ty mówisz, kochanie? Masz dwanaście lat, jesteś za młody, żeby iść do pracy.

– Ile ci trzeba?

– Gdy zamieszkamy u dziadka, nie będziemy musieli płacić za wynajem mieszkania, a to pożera nam większość wydatków. Poza tym to nie jest twoje zmartwienie, kochanie.

I tak nadaje, że nie mamy pieniędzy na mieszkanie, a potem że to nie jest moje zmartwienie, co chwila – swoim zwyczajem – wyjeżdżając z tym kochanie. Taka gadka, całe życie taka gadka.

A z dziadkiem chodzi o to, że dziwaczeje, tak twierdzi mama, ale moim zdaniem zawsze był trochę psychiczny, całe moje życie. Tyle że teraz mu się nasila, zapomina coraz więcej, co się okazało, jak poszedł do miasta i nie potrafił z niego wrócić, tylko policja go przywiozła do domu. Raz chciałem zabić mojego dziadka, miałem nawet plan z alibi. A jak chcesz kogoś zabić, ale naprawdę zabić, to musi być miłość. Teraz to wiem, bo wcześniej myślałem, że to właśnie wszystko jest, tylko nie miłość, ale to później opowiem.

– Idę na podwórko do Augusta.

– Dobrze. Kocham cię, Jeri, wiesz o tym?

– O Boże.

2

Przeprowadzamy się.

Od początku wiedziałem, że i tak postawi na swoim, matki to lubią.

Sprawa jest taka, że teraz faktycznie będę do szkoły dojeżdżał pociągiem, ponad godzinę w jedną stronę i z powrotem tak samo. Wszystko to już miałem obczajone, bo czasami nocowaliśmy u dziadka na wsi. Ze mną, w drodze do pracy – sami dorośli w koszulach, rano pozapinani tacy cali pod szyję i niezadowoleni, a kiedy wracają, to już bardziej zadowoleni, trochę wygnieceni, trochę rozpięci, chociaż głównie śpiący, generalnie niedobrze to wygląda. Znaczy prawie sami dorośli, bo oprócz mnie jeszcze jeździ głupia Baśka i Dawid laluś, z którymi mówimy sobie cześć, poza tym nie rozmawiamy, bo oni są z tych z pierwszej ławki i raczej nie jest dobrze ich lubić. Mamy z Augustem zasadę, że trzymamy ze swoimi. On jest o rok starszy, bo raz nauczycielka z biologii – straszne babsko z kurzajką na brodzie – się na nim zemściła i zostawiła go na drugi rok. Dla mnie dobrze, bo znaliśmy się już wcześniej z podwórka, gdzie od zawsze graliśmy w piłkę albo siedzieliśmy na trzepaku. Przyszedł do klasy i od razu zaczął rządzić, a ja razem z nim.

W całej tej przeprowadzce najbardziej mnie wkurza, że muszę wstawać o szóstej, żeby zdążyć na pociąg, który odjeżdża o szóstej czterdzieści, a jeszcze bardziej mnie wkurza, że nie będziemy już mieli z Augustem swojego podwórka – znaczy on będzie miał, bo dalej tam mieszka, tyle że beze mnie.

– Na pewno musicie się przeprowadzać? – zapytał, kiedy już się spotkaliśmy.

– No. Tak se wymyśliła, przestała chodzić do pracy i sam wiesz, u dziadka będzie za darmo.

– Dlaczego nie pracuje?

– Bo ma raka.

– O stary, umrze?

– No co ty, to moja mama.

– Od tego się umiera.

– Jest pielęgniarką, ma wtyki w szpitalu, zresztą już jej dają kroplówki, nie no, co ty. Poza tym Borys, ten od matematyki, nie umarł, nie?

– No nie.

– No widzisz. Jakby się udało trochę kasy skołować, tobyśmy zostali albo szybko wrócili, pogadaj z brachem.

– Co ty, on ze mną nie gada.

– A ze mną?

– No co ty.

Siedzieliśmy na boisku i nic nie ustaliliśmy.

Piłka przed nami, jakoś nie chciało się nikomu kopać.

Z bratem Augusta jest tak, że robi w biznesie, nigdy nas nie poważał, jak się mówi, bo już skończył zawodówkę i daje radę bez chodzenia do pracy. Jest kimś. Wiem, że robi w dragach, od Augusta, bo ten potrafi rozpracowywać zamki i kiedyś wszedł do pokoju brata, wszystko sprawdził, znalazł pod biurkiem szufladę, a pod nią jeszcze jedną, ale mniejszą, i w niej było ziele, tabletki, proszki i pieniądze. Nic nie wziął, bo brat pewnie by go zabił, ale tak się tylko mówi, najwyżej by go porządnie obił, chociaż z dilerami nigdy nic nie wiadomo. Tyle że pieniądze z tego są solidne i gdyby jakoś się wkręcić, to nie byłoby najgorzej. A czasu coraz mniej, za tydzień mamy się przenieść.

W końcu namówiłem Augusta, bo i jemu trochę hajsu by się przydało. Postanowiliśmy, że poczekamy na brata i jednak zaryzykujemy. Kupiliśmy dla niego paczkę papierosów, bo to wcale nie jest prawda, że młodym nie sprzedają, po prostu nie wszyscy.

Ale od tego czekania robiło się coraz gorzej, bo głupio, że wyjeżdżam i nie będzie Augusta, głupio, że mama ma raka, głupio, że nie mamy pieniędzy, i akurat ciężko o gorszego człowieka od mojego dziadka, więc stwierdziłem, że zapalimy. Najwyżej dostanie prezent trochę rozpakowany. Smakowały parszywie, jak zawsze, ale z papierosem się zawsze lepiej wygląda niż bez. Spaliliśmy i nie bardzo było wiadomo, co dalej robić. August zaczął się wygłupiać i chciał, żebyśmy zagrali w piłkę, ale nie miałem wcale ochoty. Coraz bardziej mnie wszystko bolało, tam, w środku, więc wyciągnąłem jeszcze jednego papierosa.

– Stary! Miało być po jednym, niczym go nie kupimy, jak wszystko zjarasz. – August chciał mi wyrwać papierosy z ręki.

– Przestań cały czas pieprzyć, że ona umrze! – wydarłem się na tyle głośno, że cofnął rękę.

– Przecież nic nie mówiłem, debilu.

Tego było za dużo. Czasami moje ciało rzuca się na kogoś, chociaż wcale tego nie chcę, i teraz rzuciło się na Augusta, co z samego założenia nie miało sensu, bo jest większy i prawie zawsze silniejszy. Nie wiem, jakim cudem udało mi się go położyć na ziemi, co długo nie trwało, już miał mnie zrzucić, ale wtedy pojawił się jego brat.

– Co jest, gówniarze? – Cały był roześmiany, musiał się nam przyglądać od dłuższego czasu. Normalnie byśmy się stawiali, że ma tak nie mówić, ale jeśli od kogoś zależy twoja przyszłość, to lepiej uśpić licho, jak się mówi.

– Mamy coś dla ciebie – powiedział August, wyjął mi z kieszeni pomiętą paczkę papierosów i dał bratu.

– Czego chcecie? – Od razu się poznał, ale papierosy i tak wziął.

– Potrzebujemy pieniędzy – powiedziałem. Na co brat się uśmiechnął, a potem zaczął się coraz bardziej śmiać, machnął ręką i już miał odchodzić, gdy dodałem: – No proszę.

– Kredki wam się skończyły?

– Jak nie zdobędę pieniędzy, to będziemy musieli się wyprowadzić.

– Ale młody, co mnie to obchodzi?

– No weź.

– Możecie iść na stację benzynową i myć szyby, August wie gdzie. Od pieniędzy na mieszkanie jest twoja stara, nie ty.

– Jego stara ma raka – wtrącił się August.

– Zamknij się – wysyczałem, bo wygadał tajemnicę, poza tym strasznie źle to brzmiało na głos.

– Z tego się wychodzi, przecież nie dam wam pieniędzy. Sorry, młody, będzie dobrze. No nic, spadam.

– Wkręć nas w biznes. – Złapałem go za rękaw, który pośpiesznie wyrwał. Chwycił Augusta za szyję, przycisnął do muru, zaczął dusić i uderzył z otwartej dłoni po twarzy, tak ze cztery razy. W końcu go puścił, znaczy rzucił na ziemię, i powiedział, że jeśli komukolwiek piśnie słówko, to go zabije, a wcześniej wygada ojcu, że August pali papierosy.

– A ja powiem, że dilujesz – krzyknął August, co było jednak o jeden most na rzece za daleko, jak się mówi, i wyprowadziło brata z równowagi. Skopał go solidnie, mnie tylko popchnął, kazał się wynosić i trzymać mordę na kłódkę, bo inaczej zabije.

Poszedłem, oczywiście.

Schowałem się za kamienicami, bo wiedziałem, że August tam przyjdzie. Jak było po wszystkim, usiedliśmy na murku. August miał czerwoną twarz, rozciętą wargę i trzymał się za brzuch. Wyciągnąłem z kieszeni ostatniego papierosa, co udało mi się go ukryć, i spaliliśmy na pół, ale paliłem tak, żeby jemu zostało więcej, bo jednak solidnie oberwał.

Kompletnie nie wiedzieliśmy, co zrobić z życiem, a coś przecież można było.

Nie chciało mi się wracać do domu, bo musiałbym pomagać mamie w pakowaniu i sprzątaniu. August mógł w sumie wracać, kiedy chciał, bo miał fajnych rodziców, na wszystko mu pozwalali, poza tym miał jeszcze młodszego brata, któremu to przypadała większość uwagi rodziców i z którym żył w jednym pokoju.

Poszliśmy na stację benzynową, gdzie akurat pracował Jarek, którego zbytnio nie poważaliśmy w szkole. Wzięliśmy go na bok, zapytaliśmy, jak interes. Mówił, że dzisiaj dobrze, bo zarobił trzynaście złotych. Tyle za całe popołudnie pracy, co jest jakąś kpiną, ale tego mu nie powiedziałem. Najwięcej wyciągnął prawie siedemdziesiąt złotych, ale generalnie do dwudziestu złotych dziennie, chociaż zazwyczaj mniej. Jak się zorientował, że potrzebne są pieniądze, to się przestraszył, że chcemy go wygryźć z interesu, i zaczął obniżać stawki. Sobie obliczyłem, że miesięcznie za taką harówę wyszłoby może sześćset złotych, czyli połowa kasy za wynajem mieszkania, i mi się żyć odechciało, więc wróciłem do domu.

3

Pani od polskiego kazała nam napisać o swoich dziadkach.

Takie duże wypracowanie, którym można podnieść ocenę na koniec roku. Nic gorszego nie mogłem sobie wyobrazić. Po pierwsze dlatego, że to oznacza rozmowę z dziadkiem, po drugie dlatego, że to duże wypracowanie.

Tato, gdy od nas odszedł, to razem z nim odeszli jego rodzice, moi dziadkowie. Znaczy żyją, tylko gdzieś bardzo daleko. Na każde święta wysyłają kartkę z życzeniami, zawsze piszą to samo, że zdrowia, pomyślności i że Bóg się rodzi. Właśnie dlatego nie miałem czterech wyborów jak większość w klasie, tylko jeden, co w sumie nie jest żadnym wyborem – mieć jednego szurniętego dziadka. Mama nic mi nie chciała o nim powiedzieć, bo uznała to za świetny sposób, żebyśmy się w końcu lepiej poznali, kilka razy to powtórzyła. A gówno! Musiałem do niego pojechać i rozmawiać. Jeszcze mi trzy razy przypominała, żebym nie pytał o babcię Elzę, co dobrze wiem, że nie wolno z nim o niej rozmawiać, chociaż już jej dawno nie było, jak się pojawiłem.

Stanisław Prochowicz, bo tak się nazywa, zgodził się i nawet zrobił ciastka, a lepszych faktycznie nie jada się nigdy. Z dziadka pamięcią jest coraz gorzej, przez starość podobno, ale moim zdaniem to dlatego, że za dużo zrobił złych rzeczy i jego głowa jest teraz przeciążona. Dlatego bałem się, że nic z tego nie wyjdzie, bo co też może mi ciekawego powiedzieć taki stary człowiek.

– Co chce wiedzieć?

– Muszę napisać o twoim życiu – powiedziałem speszony.

– Co?

– Może opowiesz o Syberii, mama mówiła, że to jest ciekawe.

– A co ona tam wie! – prawie krzyknął i już mnie zdążył zezłościć, bo ona akurat wie więcej od niego, ale nic nie powiedziałem. Nabił sobie fajkę i po chwili jednak zaczął opowiadać.

Został aportowany pierwszym transportem w nocy z 9 na 10 lutego 1940 roku. Była pierwsza w nocy, w całej wsi szczekały psy i dziadek nie mógł spać, ze strachu, ale głównie przez te psy, co szczekały kilka godzin. Nad ranem, jak ludzi we wsi Kulawa w rejonie żółkiewskim już nie było, psy poszły spać, chociaż może te wierne szukały właścicieli. Dziadek uważa, że Merdus – tak miał na imię jego pies – na pewno szukał.

Temperatura wynosiła minus czterdzieści stopni, mówi dziadek, a ja myślę, że przesadza, starzy ludzie przesadzają przecież ze swoją historią, tym bardziej że z jego pamięcią było coraz gorzej. Wsiadł na ogromne sanie, chociaż to pewnie on był taki mały, że wydawały mu się takie duże. Generalnie nieważne, wsiadł tam z rodzicami i dwójką rodzeństwa. Z sań przesiadł się w pociąg, którym jechał aż do kwietnia. To ja się zastanawiam, co to jest, jeśli nie jedna wielka wycieczka, ale nic już nie mówię, bo dziadek przecież wie wszystko najlepiej.

– Można było zabrać pięćset kilogramów na rodzinę.

– Pół tony – zauważyłem, bo nie jestem głupi. – Bardzo dużo.

– Bardzo mało, dzieciaku! Dorodna krowa waży pięćset kilogramów. Nic nie rozumie – dodał dziadek i poszedł do toalety.

Jak wrócił, to go zapytałem, czy zabrali tę krowę. Pokręcił tylko głową, że nie. Ciuchy wzięli, bieliznę, buty i pościel, i jedzenie, i zdjęcia. Takie pierdoły. Wszystkie je dziadek wyliczał, ale nie będę powtarzał, bo to potwornie nudne.

Myślę, że to właśnie wtedy został kolekcjonerem. Bo jak już wrócili z wycieczki, to zaczął gromadzić, co tylko mógł. W domu, pokojach, oborze, piwnicy, na podwórku – stosy śmieci. Jak mu mama mówiła (a gdy u niego byliśmy, to zawsze mówiła), żeby zawołał złomiarzy albo że sama wyrzuci, to się wściekał i mówił, że to się jeszcze przyda. To, czyli wszystko. Nie było takiej rzeczy, którą by dziadek wyrzucił. Zawsze coś sobie znalazłem na podwórku albo w piwnicy, stare ramki, dziurawe czajniki, małe drewniane skrzynie, nawet zniszczone zabawki. Kiedyś z Augustem to nawet znaleźliśmy na strychu pistolet, tylko że zardzewiały i bez magazynku, ale i tak zabraliśmy. Jak się ma za dużo, to nic nie jest ważne. Znaczy dla dziadka wszystko jest ważne, ale to chyba o to samo chodzi.

Na Syberii urodziło się jeszcze jedno dziecko, dziewczynka, najmłodsza siostra dziadka, ale w sumie nikt jej nie zdążył zobaczyć, tak szybko umarła.

– Jak miała na imię?

– Nie dostała imienia – wyjaśnił i zaczął się wpatrywać w podłogę.

– To może jej wcale nie było – wyrwało mi się, zanim pomyślałem, ale dziadek nie był zły.

– Może jej wcale nie było – powtórzył i popatrzył na mnie znowu tym dziwnym wzrokiem, którego nigdy u niego nie widziałem, takim jak mama po kroplówkach. Zdaje mi się w ogóle, że mają takie same oczy, co zobaczyłem po raz pierwszy i nieźle mnie to zdziwiło.

Kiedy sięgnąłem po siódme ciastko, dziadek przestał mówić i spojrzał na mnie tak, że wiedziałem, że to musi być już niestety przedostatnie. Chciałem odwrócić od siebie uwagę i zapytałem, jak mu minęła podróż pociągiem, okazało się, że to była przygoda, chociaż dziadek inaczej to widział.

W wagonie było ich około pięćdziesięciu, czyli dwa razy moja klasa. W takim tłumie zawsze może się znaleźć ktoś do lubienia. W rogu stał mały piecyk, w którym topili śnieg, najwięcej ci z długimi rękami, bo im łatwiej było ściągać go z dachu. W przeciwległym rogu była toaleta, niestety publiczna, ale dziadek mówił, że chociaż na początku wszyscy próbowali załatwiać się po zmroku, to w końcu poczuli się na tyle swobodnie, że robili, kiedy musieli. To się obecnie nazywa surwiwal, wiem, bo brat Augusta pokazał mu kiedyś film, który potem August pokazał mnie. Ludzie płacą bardzo dużo pieniędzy i wywozi się ich do Afryki głodować albo na Syberię właśnie przecierać szlaki, którymi wcześniej szli wywiezieni do obozów pracy, albo wsadza się wszystkich do ciemnego namiotu w lesie, a później muszą przeżyć bez pomocy i jeść, co znajdą w lesie, no, chyba że ktoś już nie może, to w górze jest helikopter. A dziadek miał to wszystko za darmo.

Wyszło nam z obliczeń, że był prawie w moim wieku, gdy go aportowali z powrotem. W wagonie na początku śmierdziało, potem już mniej, najgorzej, jak ktoś umarł, wtedy smród wracał, ale nie zdarzało się to często.

– Mogłeś umrzeć? – zapytałem, bo naprawdę mnie tym zaskoczył.

– No. – Zaśmiał się po raz pierwszy. – Było nas pięciu, rodzice i trójka dzieci, trzymali się razem, spali razem.

– I śmierdziało w tym wagonie bez wanny?

– Śmierdziało.

I ten smród nigdy dziadkowi nie przeszkadzał, zawsze mieszkał razem ze zwierzętami. Nie przeszkadzało mu też zimno: dom miał zawsze bez ogrzewania, ze studnią na podwórku, z której można by brać wodę. I zawsze miał na sobie kufajkę, zimą to nawet dwie, pod nią kilka koszul i dwie pary kalesonów. Dziadek za ładnie nie pachniał, nie że zawsze, czasami po prostu w ogóle nie pachniał, a czasami pachniał źle. Mówił dalej, a mnie się przypomniało, jak na którychś wakacjach – byłem wtedy jeszcze dzieckiem – wszedłem do łazienki, gdy dziadek się kąpał, obok leżała cała sterta ubrań. I pomyślałem sobie, że wystarczyłoby ich na każdą porę roku, a dziadek okazał się dużo chudszy, niż to sobie wyobrażałem, widując go codziennie. Przestraszył mnie widok tych wszystkich ciuchów na podłodze, bo jak komuś może być tak zimno.

– I z pociągu wysiedliście na Syberię?

– W Krasnojarsku, a dalej w głąb tajgi płynęli barką.

– Znaczy statkiem?

– Barką! Trzy miesiące po Jeniseju.

– I co robiliście?

– Maj był, początek wiosny, a co można robić na barce, niewiele robili, oglądali widoki.

I dziadek zaczął je opisywać, strasznie długo, oszczędzę szczegółów, bo jak sam muszę czytać książkę, to nic mnie bardziej nie nudzi niż brak akcji i opis na trzy strony tego, jak wyglądają pola, łąki czy lasy. Można się pociąć, co to kogo obchodzi, gdzie kto był na wakacjach i co widział, nie da się o tym w nieskończoność. Tyle że było ładnie, tajga z barki się dziadkowi podobała.

– No i jak wysiedliście, to gdzie? – Chciałem trochę przyśpieszyć jednak.

– Na zadupiu – powiedział dziadek i się zaśmiał, ja też się trochę śmiałem, bo on rzadko tak mówił, więc razem się śmialiśmy.

– Gdzie było to zadupie? – zapytałem i śmialiśmy się jeszcze bardziej, co się nam nigdy w życiu nie zdarzyło, więc po chwili przestaliśmy, bo chyba dla każdego zrobiło się to jednak trochę dziwne, tak się śmiać, dokąd niby miałoby to nas zaprowadzić.

Wszystkich zatrzymano w specjalnych osiedlach, specposiołkach. Rządzili tam komendanci i decydowali, czy można wyjść z osiedla, nadzorowali pracę, wymierzali kary. Tato dziadka, czyli mój pradziad, był kowalem, to ich uratowało. Miał wzięcie i zatrudnienie, pracował w sowchozie, w kuźni. Łatał garnki. Nowych nie było, więc zaklepywał dziury w tych starych.

Starszy brat dziadka trafił do wojska i już nie wrócił, starsza siostra bawiła dzieci, a on z mamą albo w domu siedzieli, albo biegali do lasu na jagody i grzyby.

– A gdzie oni teraz są, ta twoja rodzina?

– Wszyscy są razem – powiedział, co się domyśliłem, co znaczy.

Pradziadek dobudował wiatę, prosto z lasu się wchodziło, wiata zakryta z trzech stron, otwarta właśnie od strony lasu. Trzeba było znaleźć przewrócone albo stare drzewo, pociąć je, wybrać próchno ze środka i były beczki. Do środka wrzucało się agrest, czarne borówki, jagody, zamarzało wszystko, a zimą beczkę stawiało się obok pieca i było jedzenie. Bardzo pomysłowe. Grzyby i owoce rosły przez niecałe trzy miesiące, więc trzeba było się śpieszyć. Tych beczek musiało starczyć na pozostałe dziewięć miesięcy.

– I kiedy wróciliście do domu?

– Nie wrócili do domu, znaleźli nowy.

– A ile na tym zesłaniu byliście?

– Sześć lat, jeden miesiąc i jeden dzień.

Skubany wcześniej sobie wszystko wyliczył. 10 marca 1946 roku dziadek z rodziną został zapakowany do wagonu towarowego, który zawiózł ich na Ukrainę, w rejon zaporoski. A potem to już kursował po Polsce.

– A do szkoły nie musiałeś chodzić?

– Skończył siedem klas szkoły podstawowej – powiedział z dumą, a ja postanowiłem nie komentować, że jest trochę nieukiem.

Przeprowadzał się kilkanaście razy, prowadził sklep, magazyn, był listonoszem, chociaż głównie rolnikiem, później hodowcą. Ale myślę, że mój dziadek jednak wciąż jest sybirakiem, takim stałym przesiedleńcem. To trochę dziwne, że wszystko z wtedy pamięta, ale już gdzie odłożył okulary albo jaki jest dzień tygodnia, to nie zawsze.

– Dziadku, a po co ci te wszystkie rzeczy?

– Jakie rzeczy?! – Teraz już prawie krzyczał.

– Te przedmioty, te blachy, stare rowery, to wszystko, co masz w pokojach, piwnicy, na dworze.

– Nigdy nie wie, co ci się może przydać, nigdy nie wie.

– Ale tam są zepsute...

– Może się przydać!

Powiedział, że musi się położyć i żebym poszedł, chociaż do pociągu miałem jeszcze dwie godziny, ale co zrobić. Wychodziłem i słyszałem, że śpiewa po rusku, zrozumiałem tylko „Wołga, Wołga” i nic więcej.

Kiedy siedziałem na stacji, okazało się, że mam w plecaku reklamówkę pełną ciastek.

4

Dzisiaj się przeprowadzamy, co wszystkich irytuje, i nie mogę się bawić z Augustem, nic zresztą nie mogę, tylko pomagać.

Przyszła Estera, siostra mamy, którą czasami ciężko lubić, bo Bóg ją opętał. Nigdy nie wyszła za mąż i ma na mnie więcej pomysłów niż wszyscy, których znam. Przez prawie dwadzieścia lat żyła ze swoją przyjaciółką, nazywaną partnerką Magdą, z którą się jednak rozstała mniej więcej w połowie mojego życia, bo uczucia wygasły – tak mi kiedyś powiedziała. Stara miłość, a zardzewiała. Estera jest z tych uduchowionych, do kościoła nie chodzi, znaczy kiedyś chodziła, ale przestała i teraz w domu ma kolorowe flagi, które jak wiatr wieje, to przynoszą szczęście – tak twierdzi, ale głównie zbierają kurz, co usłyszałem od mojej mamy. I ma jeszcze pełno ołtarzy, a na nich figurki, takiego grubego łysego, kobiety z kilkoma rękami, Matkę Boską też ma. August nazywa ją Esterawelpierdolnięta, ale ja myślę, że jest tylko nawiedzona.

Dziadek przyjechał rano zardzewiałą ciężarówką, którą ma od zawsze i wszystko się na nią wrzuca. Mebli na szczęście nie mamy dużo, jest moje łóżko i łóżko mamy, stół, moje biurko, książki, dużo ciuchów i pościel, z kuchni bardzo dużo niepotrzebnych rzeczy, nie wiadomo po co, bo dziadek ma kuchnię w porządku, nawet za bardzo wyposażoną. Chciałem, żebyśmy nie nosili wszystkiego, no ale dobra, mama zdecydowała zabrać, co jej. Zostawiliśmy tylko pod śmietnikiem krzesło ze złamanym oparciem. Korzystaliśmy z niego, jak przyszli goście i sami na nim siadaliśmy, bo i mama, i ja wiedzieliśmy, jak to zrobić, żeby się nie przewrócić. Dziadek stwierdził, że je zabierze, na co mama, że zepsute, on, że przyda się, ona, że jest jej i chce je wyrzucić. To wyrzuć, on mówi, wyrzuciłam, ona na to, no a ja je biorę. Kłócili się tak cały czas, co doprowadziło mnie do szału, i wtedy Estera zmusiła mnie do krótkiego spaceru.

– Co myślisz o tej przeprowadzce?

– Że to trumna z gwoździami.

– W sensie gwóźdź do trumny?

– Właśnie powiedziałem.

– Czyjej? – zapytała bardzo poważnie, bo taka już była.

Nic już jej nie odpowiedziałem, skoro nie zrozumiała. Ale Estera nie jest z tych, które się odczepiają.

– Czyjej?

– No pewnie mojej, ale to się tylko tak mówi. Będę miał dalej do szkoły, bez podwórka z Augustem, tyle że na szczęście zaraz wakacje – powiedziałem i szliśmy dalej. Estera milczała, żeby mnie prowokować do gadania, więc dodałem: – Poza tym nie lubię dziadka.

– Powiem ci w sekrecie, że ja też go czasami nie lubię, chociaż kocham.

– To przecież bez sensu.

Ale nie mogłem przestać o tym myśleć i już nie słuchałem Estery, a rozkręciła się na dobre. Zaczęła opowiadać o nadchodzącej pełni księżyca, kosmicznych energiach i zmianach, które zawsze wychodzą na dobre.

Gdy wróciliśmy, zepsute krzesło leżało na ciężarówce, dziadek palił w aucie fajkę i na nikogo nie patrzył, a mama płakała w kuchni. Znowu. Estera ją przytuliła, co jednak tylko jej zaszkodziło, bo doprowadziło do jeszcze większego płaczu. Zacząłem więc wynosić resztę rzeczy z domu, bo trzeba czymś zająć ręce, jak kobiety płaczą, to akurat nie ja wymyśliłem, to z filmu o gangsterach. Jak robiłem kolejny kurs z książkami, dostrzegłem kątem oka, że już nie płacze, siedziały i rozmawiały, bo Estera czasami tak działała na mamę. Gdy ładowałem na pakę worki z pościelą, przybiegła Estera i zaczęła grzebać po kartonach, wyciągać je na ulicę, otwierać.

– Co wyprawia? – krzyknął dziadek i wysiadł z ciężarówki, bo on zazwyczaj, jak mówił, to krzyczał.

– Szukam maszynki do golenia.

– Na miejscu poszuka.

Ale Estera nic sobie z tego nie robiła, tylko dalej szukała. Dziadek podchodził do niej coraz bliżej.

– Mówię do ciebie! – darł się tak, że sąsiedzi na pewno go słyszeli.

– Nie mówisz. – Podniosła się i spojrzała mu w oczy. – Krzyczysz.

– Taki szacunek do ojca? – Prawie wszedł na nią, zamachnął się.

– Możesz być pewien, że ci oddam – mówiła wciąż spokojnie i wróciła do grzebania w kartonach. Stał nad nią, syczał coś po rosyjsku, czego w ogóle nie rozumiałem. – Ona chce zostawić w tym mieszkaniu swoje włosy – dodała Estera.

Dziadek splunął i trzasnął drzwiami samochodu tak, że ptaki w całym mieście poderwały się do lotu.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

5

Dostępne w wersji pełnej

6

Dostępne w wersji pełnej

7

Dostępne w wersji pełnej

8

Dostępne w wersji pełnej

9

Dostępne w wersji pełnej

10

Dostępne w wersji pełnej

11

Dostępne w wersji pełnej

12

Dostępne w wersji pełnej

13

Dostępne w wersji pełnej

14

Dostępne w wersji pełnej

15

Dostępne w wersji pełnej

16

Dostępne w wersji pełnej

17

Dostępne w wersji pełnej

18

Dostępne w wersji pełnej

19

Dostępne w wersji pełnej

20

Dostępne w wersji pełnej

21

Dostępne w wersji pełnej

22

Dostępne w wersji pełnej

23

Dostępne w wersji pełnej

24

Dostępne w wersji pełnej

25

Dostępne w wersji pełnej

26

Dostępne w wersji pełnej

27

Dostępne w wersji pełnej

28

Dostępne w wersji pełnej

29

Dostępne w wersji pełnej

30

Dostępne w wersji pełnej

31

Dostępne w wersji pełnej

32

Dostępne w wersji pełnej

33

Dostępne w wersji pełnej

34

Dostępne w wersji pełnej

35

Dostępne w wersji pełnej

36

Dostępne w wersji pełnej

37

Dostępne w wersji pełnej

38

Dostępne w wersji pełnej

Projekt okładki

Magda Kuc

Zdjęcie na okładce

Peter Beavis/Photographer’s Choice/GettyImages

Redakcja

Wojciech Górnaś/Redaktornia.com

Korekta

Elżbieta Górnaś/Redaktornia.com

Natalia Galuchowska

Copyright © 2017 by Robert Rient

Copyright © Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2017

Cytaty z Biblii za Biblia Tysiąclecia, wyd. 4, Wydawnictwo Pallottinum, Poznań 2003

Zrealizowano w ramach stypendium Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Wielka Litera Sp. z o.o.

ul. Kosiarzy 37/53

02-953 Warszawa

www.wielkalitera.pl

ISBN 978-83-8032-193-9

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl