Dublińczycy - James Joyce - ebook
lub
Opis

Mieszkańcy Dublina okiem jednego z najważniejszych pisarzy XX wieku. Wydany w 1914 roku zbiór opowiadań stanowi realistyczny obraz tego, jak wyglądało życie Irlandczyków na początku XX wieku. Postacie, które pojawiają się w poszczególnych opowiadaniach cyklu czytelnicy mogą odnaleźć także w najsłynniejszym dziele Joyce’a – „Ulisessie". „Dublińczycy" mogą stanowić dobre wprowadzenie w świat poetyki stworzonej przez autora. James Joyce, słynący z niezwykle trudnych w odbiorze utworów, w cyklu opowiadań nie szarżuje językiem, dzięki czemu są one łatwo przyswajalne, a przy tym utrzymują mistrzowski poziom artystyczny. Zbiór zawiera 15 opowiadań: Siostry, Spotkanie, Arabia, Ewelina, Po wyścigach, Dwaj rycerze, Pensjonat, Chmurka, Umowa Bodley&Kirwan, Wróżby, Przypadek godny ubolewania, Liść bluszczu, Matka, Łaska boża, Zmarli.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 288


James Joyce

Dublińczycy

Przekład: KALINA WOJCIECHOWSKA

Saga

Dublińczycyprzełożyła Kalina Wojciechowska tytuł oryginałuDublinersCopyright © 1914, 2019 James Joyce i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726288131

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Siostry

Tym razem już nie było dla niego nadziei — trzeci atak. Co wieczór przechodziłem koło domu (był to okres wakacji) i obserwowałem oświetlony kwadrat okna; co wieczór stwierdzałem, że oświetlenie jest takie samo, słabe i równomierne. Gdyby nie żył, myślałem, zobaczyłbym odblask świec na opuszczonych storach, bo wiedziałem, że u wezgłowia zmarłego muszą być dwie gromnice. Mówił mi często: „Niedługo mi już sądzone na tym świecie” — a ja uważałem to za puste słowa. Teraz rozumiałem, że to była prawda. Co wieczór, spoglądając w okno, mówiłem cicho sam do siebie: „paraliż”. Słowo to zawsze brzmiało dziwnie w moich uszach, podobnie jak „gnomon” w dziele Euklidesa i „świętokupstwo” W katechizmie. Teraz jednak brzmiało jak imię jakiejś złośliwej i grzesznej istoty. Napełniało mnie strachem, a przecież pragnąłem podejść i spojrzeć z bliska na śmiertelne dzieło paraliżu.

Kiedy zszedłem na kolację, stary Cotter siedział przy ogniu, paląc fajkę. W chwili gdy ciotka nalewała mi na talerz owsiankę, odezwał się, jakby powracając do jakiegoś poprzednio wypowiedzianego zdania:

— Nie, nie powiedziałbym, że on był rzeczywiście... ale coś w nim było dziwnego, coś nie tak, jak trzeba. Powiem wam, co myślę,

Zaczął pykać z fajki, zapewne układając sobie myśli w głowie. Głupi, stary nudziarz! Z początku, kiedy poznaliśmy go, trochę nas interesowało to, co mówił o chorobach i robakach, ale potem miałem już dosyć tego towarzystwa i jego niekończących się opowiadań o destylarni.

— Mam co do tego swoją teorię — zaczął. — Myślę, że to jeden z tych ciekawych przypadków... Ale to trudno powiedzieć.

Znów zabrał się do fajki, nie zaznajomiwszy nas z tą swoją teorią. Widząc, że wytrzeszczam oczy, wuj zwrócił się do mnie:

— No cóż, umarł twój stary przyjaciel, na pewno się tym zmar twisz.

— Kto taki? — spytałem.

— Ojciec Flynn.

— Nie żyje?

— Właśnie przed chwilą dowiedzieliśmy się od pana Cottera. Przechodził koło ich domu.

Widziałem, że mnie obserwuje, toteż nie przerwałem jedzenia, tak jakby ta wiadomość wcale mnie nie interesowała. Wuj wyjaśniał staremu Cotterowi:

— Ten chłopak i on bardzo się lubili. Stary nauczył go wielu rzeczy. Mówiono, że ma do niego słabość.

— Niech Bóg zmiłuje się nad jego duszą — westchnęła pobożnie ciotka.

Stary Cotter patrzył na mnie. Czułem, że jego małe czarne oczki jak paciorki przyglądają mi się badawczo, ale nie chcąc sprawić mu satysfakcji, nie odrywałem wzroku od talerza. Wrócił więc do swojej fajki i wreszcie splunął siarczyście do paleniska.

— Nie chciałbym, żeby moje dzieci — mruknął — za dużo przebywały w towarzystwie takich ludzi, jak ten.

— Co pan chce przez to powiedzieć, panie Cotter? — spytała moja ciotka.

— Chcę powiedzieć, że uważam to za niewłaściwe. Moim zdaniem chłopcy powinni biegać i bawić się z rówieśnikami, a nie z...

— Ja uważam to samo — wtrącił wuj. — Niech się dziecko uczy boksu na własnym ringu. Zawsze to powtarzam temu księżemu pupilkowi: hartowanie i sport. Kiedy ja sam byłem szczeniakiem, co dzień rano brałem zimną kąpiel, latem i zimą. Dlatego teraz nie daję się starości. Wychowanie to bardzo piękna i ważna rzecz, ale... Pan Cotter na pewno zjadłby chętnie kawałek baraniny — dodał, zwracając się do ciotki.

— O nie, dziękuję — rzekł stary Cotter.

Ciotka wyjęła półmisek z kredensu i postawiła go na stole.

— Ale dlaczego pan, panie Cotter, uważa, że to niedobre dla dzieci? — spytała znowu.

— Niedobre — odrzekł stary Cotter — bo umysł dziecka jest bardzo wrażliwy. Kiedy dzieci widzą takie rzeczy, rozumie pani, to ma swój wpływ.

Napchałem sobie pełne usta owsianki, żeby nie wyrazić swego oburzenia. Stary osioł, nudziarz z czerwonym nosem!

Tego wieczora długo nie mogłem zasnąć. Chociaż byłem wściekły na starego Cottera za to, że mówił o mnie jak o dziecku, łamałem sobie głowę, żeby odgadnąć, co mogły znaczyć jego niedokończone zdania. W ciemnościach mego pokoju zdawało mi się, że widzę nad sobą ciężką, szarą twarz paralityka. Naciągnąłem pled na głowę i starałem się myśleć o Bożym Narodzeniu. Ale szara twarz ciągle unosiła się nade mną. Wargi jej poruszały się, zrozumiałem, że chcą mi coś wyznać. Czułem, jak moja dusza wycofuje się w jakieś przyjemne, grzeszne rejony — a tam znowu była ta twarz, czekała na mnie. Zaczął mówić coś szeptem, jakby chciał się przede mną wyspowiadać, a ja dziwiłem się, czemu twarz jego wciąż się uśmiecha i czemu wargi są takie wilgotne od śliny. Przypomniałem sobie jednak, że umarł na paraliż, i czułem, że ja także uśmiecham się łagodnie, jakbym odpuszczał świętokupcy jego grzechy.

Następnego ranka po śniadaniu poszedłem popatrzeć na mały domek przy Great Britain Street. Był tam niepozorny sklepik z szyldem, niezbyt precyzyjnie określającym rodzaj sprzedawanych towarów: „Konfekcja”. Konfekcja ta obejmowała głównie buciki dziecinne i parasolki; zazwyczaj w oknie wisiała kartka: „Pokrywamy parasole”. Teraz nie widziałem żadnego napisu, bo żaluzje były zapuszczone. Do kołatki przy drzwiach przywiązany był wieniec żałobny ze wstęgami. Dwie ubogie kobiety i chłopiec roznoszący telegramy czytali kartkę przypiętą do krepy. Ja również zbliżyłem się i przeczytałem:

1 lipca 1895

WIELEBNY JAMES FLYNN

(dawny proboszcz kościoła św. Katarzyny, Meath Street)

Zmarł w wieku lat 65

R.I.P.

Czytając nekrolog, uświadomiłem sobie, że mój przyjaciel umarł, i doznałem takiego uczucia, jakbym nagle stanął przed jakąś przeszkodą. Gdyby żył, wszedłbym do mrocznego pokoiku za sklepem i zastałbym go siedzącego w fotelu przy kominku, opatulonego w pelerynę. Może ciotka dałaby mi dla niego paczkę tabaki i może ten upominek wyrwałby go ze stanu sennego zamroczenia.

To ja zawsze otwierałem paczkę i wsypywałem jej zawartość do czarnej tabakierki, bo jego ręce trzęsły się tak, że nie mógł tego zrobić, nie rozsypując połowy tytoniu na podłogę. Nawet kiedy podnosił swoją wielką, drżącą dłoń do nosa, cienkie strużki dymu sączyły się przez palce i opadały na pelerynę. Może to właśnie tym wiecznie sypiącym się okruszynom jego sutanna zawdzięczała swój spłowiały, zielonkawy wygląd, bo czerwona chustka do nosa ze śladami zażywanego przez cały tydzień tytoniu, którą próbował strzepywać opadające ździebełka, bynajmniej nie spełniała swego zadania.

Chciałem wejść i spojrzeć na niego, lecz nie miałem odwagi zastukać. Oddaliłem się wolno słoneczną stroną ulicy, czytając po drodze wszystkie afisze teatralne wystawione w witrynach. Wydawało mi się dziwne, że ani ja, ani pogoda nie poddaliśmy się żałobnemu nastrojowi, a nawet z przykrością odkryłem w sobie jakieś uczucie swobody, jak gdyby jego śmierć uwolniła mnie od czegoś. Dziwne to było, bo jak powiedział wczoraj wieczorem mój wuj, zawdzięczałem temu człowiekowi wiele wiadomości. Studiował on w Irlandzkim Kolegium w Rzymie i nauczył mnie prawidłowej wymowy łaciny. Opowiadał mi o katakumbach, o Napoleonie Bonaparte i wyjaśniał znaczenie niektórych czynności kapłańskich i szat kościelnych. Czasem zabawiał się stawianiem różnych trudnych pytań, na przykład, co powinno się zrobić w takich a takich okolicznościach i czy takie a takie grzechy należy uważać za śmiertelne czy powszednie, czy też tylko za niedoskonałości. Pytania te ukazywały mi skomplikowany i tajemniczy charakter pewnych nakazów Kościoła, które zawsze uważałem za niesłychanie proste. Obowiązki, jakie nakładała na księży tajemnica eucharystii i konfesjonału, wydawały mi się tak poważne, że nie rozumiałem, jak może ktoś znaleźć w sobie dość odwagi, żeby je wykonywać, i nie zdziwiłem się, gdy mi powiedział, że ojcowie Kościoła, żeby rozświetlić wszystkie te zawiłe problemy, napisali księgi tak grube jak „Monitor Pocztowy” i drukowane tak gęsto jak urzędowe komunikaty w gazetach. Często, kiedy o tym myślałem, nie mogłem się zdobyć na żadną odpowiedź albo też dawałem jakąś bardzo głupawą i niepewną, po której zwykle uśmiechał się i kiwał głową. Czasem kazał mi recytować tekst Ordo Missae, którego musiałem się nauczyć na pamięć, i podczas mojej paplaniny uśmiechał się z zadumą, kiwał głową, a od czasu do czasu wpychał sobie szczyptę tabaki to do jednej, to do drugiej dziurki od nosa. Uśmiechając się, odsłaniał wielkie, pożółkłe zęby i wysuwał język na dolną wargę — zwyczaj, który z początku, kiedy go jeszcze dobrze nie znałem, wytrącał mnie z równowagi.

Gdy tak wlokłem się w słońcu po ulicy, przyszły mi na myśl słowa starego Cottera i usiłowałem sobie przypomnieć dalszy ciąg mego snu. Zapamiętałem wtedy jakieś długie aksamitne firanki i staroświecką kołyszącą się lampę. Zdawało mi się, że jestem gdzieś bardzo daleko, w jakimś kraju, gdzie obyczaje były dziwaczne — może w Persji... Ale końca snu nie mogłem sobie przypomnieć.

Wieczorem ciotka zabrała mnie z sobą do domu żałoby. Było już po zachodzie słońca, ale w szybach okien zwróconych na zachód lśnił jeszcze złotawy odblask gęstych obłoków. Nannie przyjęła nas w westybulu i ciotka, ponieważ niewłaściwe wydawało jej się krzyczeć staruszce w ucho, w milczeniu uścisnęła jej ręce. Nannie z wyrazem pytania na twarzy wskazała ręką w górę i na potakujący gest mojej ciotki z trudem zaczęła gramolić się po schodach, zgarbiona tak, że jej pochylona głowa była niemal na równym poziomie z żelazną poręczą.

Na pierwszym piętrze przystanęła i gestem zachęciła nas do wejścia w otwarte drzwi pokoju zmarłego. Ciotka weszła, a staruszka widząc, że zawahałem się na progu, znowu zrobiła ten sam zachęcający gest.

Światło, sączące się przez koronkę firanek, wypełniało pokój ciemnozłotym blaskiem, w którym płomienie świec zdawały się blade i nikłe. Na znak dany przez Nannie uklękliśmy wszyscy w nogach trumny. Próbowałem się modlić, lecz nie mogłem zebrać myśli, bo mruczenie staruszki rozpraszało moją uwagę. Spostrzegłem, jak niezgrabnie ułożyła się jej suknia z tyłu i że oba obcasy jej pantofli były wykrzywione w tę Samą stronę. Wyobraziłem sobie, że stary ksiądz uśmiecha się, leżąc w trumnie.

Ale nie. Kiedy wstaliśmy i zbliżyliśmy się do wezgłowia, zobaczyłem, że się nie uśmiecha. Leżał uroczysty i dostojny, ubrany jak do ołtarza, trzymając kielich w ogromnych rękach. Szarą, nalaną twarz z czarnymi, przepaścistymi otworami nozdrzy okalał rzadki biały zarost. W powietrzu unosił się ciężki zapach kwiatów.

Przeżegnaliśmy się wszyscy troje i wyszliśmy. W małym pokoiku na dole zastaliśmy Elizę, siedzącą w jego fotelu, zbolałą i rozstrojoną. Podczas gdy szedłem na palcach do stojącego w rogu krzesła, na którym zwykle siadywałem, Nannie wyjęła z kredensu karafkę sherry i parę kieliszków. Postawiła to na stole i zaprosiła nas, żebyśmy się napili. Na polecenie siostry nalała sherry do kieliszków i przysunęła je w naszą stronę. Próbowała mnie także nakłonić do skosztowania biszkoptów, ale wymówiłem się w obawie, że zrobię zbyt wiele hałasu chrupaniem. Wydało mi się, że jest trochę dotknięta; odeszła i usiadła na kanapie za fotelem siostry. Nikt się nie odzywał, wszyscy patrzyliśmy w wygasły kominek.

Moja ciotka czekała pierwszego westchnienia Elizy, po czym rzekła:

— Tak, odszedł do lepszego świata...

Eliza westchnęła znowu i pochyliła głowę na znak potwierdzenia. Ciotka obracała w palcach nóżkę kieliszka, nim wypiła kilka łyków.

— Czy... odszedł spokojnie? — zapytała.

— O, bardzo spokojnie, proszę pani — rzekła Eliza. — Nie wiadomo, kiedy przestał oddychać. Miał piękną śmierć, dzięki Bogu.

— I... wszystko...?

— Ojciec O’Rourke był u niego w czwartek, udzielił mu ostatniego namaszczenia i przygotował...

— A więc zdawał sobie sprawę?

— Był zupełnie spokojny i cichy.

— Tak też i wygląda, zupełnie spokojnie — rzekła ciotka.

— To samo mówiła kobieta, która go przyszła umyć. Powiedziała, że wygląda, jakby spał, taki był spokojny i cichutki. Nikt by nie przypuszczał, że tak pięknie będzie wyglądał w trumnie.

— Tak, to prawda — potwierdziła ciotka.

Wypiła parę łyków ze swego kieliszka, po czym znów odezwała się:

— W każdym razie, panno Flynn, powinno to być dla pani wielką pociechą, że zrobiłyście dla niego, pani i siostra, wszystko, co było można. Trzeba przyznać, że obie byłyście dla niego bardzo dobre.

Eliza wygładziła fałdy sukni na kolanach.

— Ach, biedny James! — westchnęła. — Bóg świadkiem, robiłyśmy wszystko, co się dało. Chociaż jesteśmy biedne, nie mogłyśmy znieść, żeby mu czegoś brakowało, póki żył.

Nannie oparła głowę o poduszkę kanapy i zdawało się, że zasypia.

— Biedna Nannie — powiedziała Eliza, patrząc na nią — jest zupełnie wyczerpana. Wszystko trzeba było zrobić, sprowadzić kobietę, żeby go umyła i ubrała, postarać się o trumnę i zamówić mszę w kaplicy. Gdyby nie ojciec O’Rourke, nie wiem, jak dałybyśmy sobie radę. To on przyniósł kwiaty i dwa lichtarze z kaplicy, dał nekrolog do „Freeman’s General” , załatwił formalności na cmentarzu i zajął się sprawą ubezpieczenia biednego Jamesa.

— Jak to szlachetnie z jego strony! — powiedziała ciotka.

Eliza przymknęła oczy i wolno pokiwała głową.

— Ach, nie ma to jak starzy przyjaciele — powiedziała. — Ale kiedy już wszystko się skończy, wtedy i oni nie mogą nic pomóc.

— To prawda — potwierdziła ciotka. — Jestem przekonana, że teraz, kiedy uzyskał swoją nagrodę, to jest wiekuistą szczęśliwość, nie zapomni o was i o waszej dobroci.

— Ach, biedny James! — rzekła Eliza. — Nie sprawiał nam żadnego kłopotu. Nie słychać go było w domu podczas choroby, tak jak i teraz. A jednak, chociaż wiem, że odszedł do...

— Dopiero jak się wszystko skończy, będzie go wam brakowało — odezwała się ciotka.

— Ach, wiem... Już nigdy więcej nie zaniosę mu filiżanki bulionu ani pani nie przyśle dla niego tabaki. Ach, biedny James!

Zamilkła, jakby myślami pogrążyła się w przeszłość, po czym rozejrzała się, przybierając przenikliwy wyraz twarzy.

— Otóż powiem pani, zauważyłam, że w ostatnich czasach działo się z nim coś dziwnego. Za każdym razem, kiedy mu przynosiłam obiad, zastawałam go opartego plecami o fotel, z przechyloną do tyłu głową i otwartymi ustami, a brewiarz leżał na podłodze. — Przyłożyła palec do nosa i zmarszczyła brwi, po czym ciągnęła dalej: — Ale stale powtarzał, że przed końcem lata, któregoś pogodnego dnia musi zabrać mnie i Nannie na wieś, żebyśmy odwiedzili stary dom, gdzie urodziliśmy się wszyscy troje. Gdyby tylko można było wynająć taki powóz, o jakich opowiadał nam ojciec O’Rourke, że nie robią hałasu i mają takie koła, co nie trzęsą, dobre dla reumatyków. Mówił, że można wynająć tanio, na cały dzień, u Johnny Rusha, niedaleko stąd. Wbił to sobie do głowy, biedaczysko... Biedny James.

— Niech Bóg zmiłuje się nad jego duszą — powiedziała ciotka.

Eliza wyjęła chusteczkę i otarła oczy. Potem włożyła ją znów do kieszeni i milczała jakiś czas, patrząc w puste palenisko.

— Zawsze był taki sumienny — odezwała się znowu po chwili. — Obowiązki kapłańskie były już dla niego za ciężkie. Można powiedzieć, że miał zmarnowane życie...

— Tak — zgodziła się ciotka. — To był człowiek zawiedziony. Widziało się wyraźnie.

W pokoiku zapanowała cisza i korzystając z jej ochrony, zbliżyłem się do stołu, spróbowałem mego sherry i wróciłem cichutko na swoje miejsce w kąciku. Eliza zdawała się pogrążona w głębokiej zadumie. Pełni uszanowania czekaliśmy, aż przerwie milczenie. Wreszcie odezwała się powoli:

— Ten rozbity kielich... Od tego się wszystko zaczęło. Naturalnie powiedzieli, że to nic nie szkodzi, bo był pusty, tak mi się zdaje. Ale jednak... Powiedzieli, że to wina chłopca, ministranta. Biedny James był taki nerwowy, niech Bóg zmiłuje się nad nim...

— Więc to było to? — spytała ciotka. — Coś słyszałam.

Eliza skinęła głową.

— Odtąd właśnie zaczął szwankować na umyśle — powiedziała. — Zrobił się milczący, z nikim nie rozmawiał, wałęsał się gdzieś, wiecznie sam. Kiedyś wieczorem Wezwano go do chorego i nie można go było znaleźć. Przeszukali strych i piwnice, nigdzie ani śladu. Wtedy zakrystian wpadł na pomysł, żeby go poszukać w kaplicy. Otworzyli kaplicę i zakrystian, ojciec O’Rourke i jeszcze inny ksiądz, który tam był, przynieśli światło, żeby go poszukać. I niech pani zgadnie, gdzie go znaleźli? Siedział po ciemku w swoim konfesjonale, wcale nie spał i uśmiechał się cichutko sam do siebie.

Zatrzymała się nagle, jakby nasłuchując. Ja także nastawiłem uszu, ale z głębi domu nie dochodził żaden odgłos; wiedziałem, że stary ksiądz leży wciąż w swojej trumnie, tak jak go widzieliśmy, uroczysty i groźny w majestacie śmierci, z pustym kielichem na piersi.

— Wcale nie spał — powtórzyła Eliza — i śmiał się sam do siebie... Ma się rozumieć, jak to zobaczyli, od razu sobie pomyśleli, że coś z nim jest nie w porządku...

Spotkanie

Joe Dillon pierwszy odkrył przed nami uroki Dzikiego Zachodu. Miał małą biblioteczkę złożoną ze starych numerów czasopism „The Union Jack Pluck” i „The Halfpenny Marvel”. Co wieczór po szkole zbieraliśmy się u niego w ogrodzie za domem i bawiliśmy się w Indian. On i jego młodszy brat, Leo, grubas i leniuch, stanowili obronę strychu w stajni, który my usiłowaliśmy wziąć szturmem. Czasem staczaliśmy regularną bitwę na trawniku. Nigdy jednak, mimo iż dokonywaliśmy cudów waleczności, nie udało nam się zwyciężyć ani w ataku na strych, ani w bitwie na otwartym polu i wszystkie nasze potyczki kończyły się zwycięskim tańcem wojennym Joe Dillona.

Jego rodzice co dzień o ósmej rano chodzili na mszę na Gardiner Street i cały dom tchnął spokojem, jaki roztaczała wokół siebie pani Dillon. Mimo to w zabawie Joe okazywał się za bardzo dziki w porównaniu do nas, młodszych i spokojniejszych. Wyglądał na prawdziwego potomka czerwonoskórych, kiedy hasał po ogrodzie w pokrywce od starego czajnika na głowie i uderzając pięścią w blachę, wrzeszczał przeraźliwie:

— Yaka, yaka, yaka!

Gdy rozeszła się pogłoska, że Joe ma powołanie na księdza, nikt w to nie uwierzył. A jednak była to prawda.

Zaczął się szerzyć wśród nas duch rozprzężenia i pod jego wpływem znikły różnice kultury i temperamentów. Połączyliśmy się wszyscy w jedną bandę. Dla jednych było to wyzwanie rzucone światu, inni zrobili to dla żartu, a jeszcze inni prawie ze strachu. W liczbie tych ostatnich, Indian mimo woli, którzy obawiali się uchodzić w oczach świata za wzory pilności, pozbawione wszelkiej tężyzny fizycznej, znalazłem się i ja. Fantastyczne przygody opisywane w powieściach z Dzikiego Zachodu nię pociągały mnie zbytnio, ale przynajmniej otwierały jakąś furtkę do ucieczki, wyzwolenia. Wolałem amerykańskie powieści kryminalne, w których występowały niekiedy piękne i nieustraszone dziewczęta. Powieści te, choć nie zawierały nic zdrożnego, a często nawet miały umoralniające intencje, należały do lektury zakazanej w szkole. Pewnego dnia, gdy ojciec Butler przesłuchiwał nas z zadanych na tę lekcję czterech stron historii Rzymu, Leo Dillon, niezdara, przyłapany został z numerem „The Halfpenny Marvel”.

— Ta strona czy tamta? Ta strona? No, Dillon, terazy ty: „Ledwie zaświtał dzień...” Mów dalej. Jaki dzień? „Ledwie zaświtał dzień...” Nauczyłeś się tego czy nie? Co tam masz w kieszeni?

Wszystkim mocno zabiły serca, kiedy Leo Dillon podał gazetę, i wszyscy przybraliśmy niewinny wyraz twarzy.

— Co to za brednie? — zapytał ojciec Butler. — „Wódz Apaczów”. Więc to czytasz, zamiast uczyć się historii Rzymu? Żebym więcej nie widział tych obrzydliwości w szkole! Kto to pisze? Pewnie jakiś wykolejeniec, po to, żeby zarobić na kieliszek. Dziwię się, że chłopcy, wychowani tak jak wy, mogą czytać takie paskudztwa. Rozumiałbym jeszcze, żebyście chodzili do szkoły państwowej. No, Dillon, radzę ci stanowczo, zabierz się do nauki, bo inaczej...

Po tej reprymendzie, udzielonej w ciągu poważnych godzin nauki; nimb Dzikiego Zachodu mocno zbladł w moich oczach i pyzata, zawstydzona twarz Leo Dillona przebudziła w pewien sposób moją świadomość. Niemniej, z dala od hamującego wpływu szkoły, znów zaczynał mnie dręczyć głód mocnych wrażeń i pragnienie ucieczki, której możliwość tylko te awanturnicze powieści zdawały się przede mną otwierać. Wieczorne zabawy w wojnę w końcu zaczęły mnie nudzić, tak samo jak ranne lekcje w szkole, bo pożądałem prawdziwych przygód, które mógłbym sam przeżyć. Ale prawdziwe przygody, myślałem, nie spotykają ludzi, którzy siedzą w domu, trzeba ich szukać w świecie.

Tuż przed wakacjami letnimi zdecydowałem się urozmaicić monotonię życia szkolnego choćby na jeden dzień. Wraz z Leo Dillonem i jeszcze jednym chłopcem, który się nazywał Mahony, postanowiliśmy pójść na cały dzień na wagary. Każdy z nas zaoszczędził na ten cel sześć pensów. Mieliśmy się spotkać o dziesiątej przy moście nad kanałem. Starsza siostra Mahony’ego obiecała napisać mu usprawiedliwienie, a Joe Dillon miał powiedzieć w szkole, że brat jest chory. Umówiliśmy się, że pójdziemy nadbrzeżem aż do przystani, potem przeprawimy się promem i pójdziemy obejrzeć Gołębnik. Leo Dillon bał się, czy nie spotkamy tam ojca Butlera, ale Mahony bardzo logicznie zapytał, co miałby do roboty ojciec Butler w Gołębniku. To nas podniosło na duchu i na zakończenie pierwszego etapu konspiracyjnej imprezy zainkasowałem po sześć pensów od jej dwóch pozostałych uczestników, pokazując im jednocześnie mój własny wkład finansowy w tej samej wysokości. W przeddzień wyprawy, omawiając ostatnie szczegóły, wszyscy byliśmy lekko podnieceni. Uścisnęliśmy sobie ręce ze śmiechem i Mahony rzekł:

— Do jutra, koledzy.

Tej nocy źle spałem. Rano byłem pierwszy na moście, ponieważ mieszkałem najbliżej. Ukryłem książki w wysokiej trawie w końcu ogrodu, koło dołu na śmiecie, i pobiegłem co sił w nogach brzegiem kanału. Był to ciepły, słoneczny poranek w pierwszym tygodniu czerwca. Usiadłem na parapecie mostu, z podziwem przyglądając się moim starannie wyczyszczonym płóciennym pantoflom. Patrzyłem na konie potulnie ciągnące pod górę tramwaj pełen ludzi, którzy śpieszyli do pracy. Na gałęziach wysokich drzew wzdłuż nadbrzeża zieleniły się drobniutkie listeczki, przez ich gąszcz przedzierało się słońce i migotało na wodzie. Kamienny most zaczynał się nagrzewać, a ja wybijałem na parapecie takt melodii dźwięczącej w mojej głowie. Byłem bardzo szczęśliwy. Po pięciu czy dziesięciu minutach spostrzegłem z daleka szare ubranie Mahony’ego. Uśmiechnięty szedł pod górę i wgramoliwszy się na most usiadł na parapecie obok mnie. Monotonię oczekiwania skracaliśmy oglądaniem procy, którą Mahony wyciągnął z kieszeni i objaśniał mi, jakich ulepszeń dokonał w tym sprzęcie.

Zapytałem, dlaczego ją wziął z sobą, na co odpowiedział, że chciałby trochę „popędzić kota” ptakom. Mahony nie krępował się w używaniu żargonu i na ojca Butlera mówił „stary oferma”. Czekaliśmy jeszcze kwadrans, ale Leo Dillona ciągle nie było widać. Wreszcie Mahony zeskoczył na ziemię i zawołał:

— Chodź! Wiedziałem, że „gruby” nawali.

— A jego forsa? — spytałem.

— Konfiskujemy. Tym lepiej dla nas, mamy półtora patyka zamiast jednego.

Poszliśmy bulwarem wzdłuż północnego wybrzeża aż do fabryki witriolu, potem skręciliśmy w prawo na drogę do przystani. Skoro tylko znaleźliśmy się z dala od ludzkich oczu, Mahony zaczął zachowywać się jak Indianin. Gonił gromadę dziewcząt w łachmanach, wymachując nienaładowaną procą, a kiedy dwaj obszarpani chłopcy zaczęli rzucać w nas kamieniami, rycersko stając w obronie zaczepionych, Mahony zaproponował, żeby stoczyć z nimi bitwę. Sprzeciwiłem się temu, bo chłopcy byli za mali, i poszliśmy dalej, ścigani okrzykami obszarpanej bandy: „Heretyki! Kacerze!” Brali nas widocznie za protestantów, zapewne dlatego, że Mahony miał bardzo smagłą cerę i nosił na czapce srebrną odznakę klubu krokietowego. Koło fabryki żelazek próbowaliśmy zabawić się w oblężenie, ale nic z tego nie wyszło, bo do tej zabawy muszą być przynajmniej trzy osoby. Zemściliśmy się na Leo Dillonie, kwalifikując go jako tchórza i niedołęgę i usiłując odgadnąć, ile mu się też dostanie od pana Ryana o trzeciej.

Potem poszliśmy nad rzekę. Długi czas włóczyliśmy się po hałaśliwych ulicach, wzdłuż których biegły wysokie mury z kamienia, przyglądając się pracy dźwigów i nierzadko wysłuchując łajania woźniców za to, że nie dość szybko usuwaliśmy się z drogi zgrzytającym wozom. W południe zeszliśmy na nadbrzeże, a że robotnicy zaczynali już jeść obiad, kupiliśmy dwa wielkie ciastka z rodzynkami i siedliśmy na jakichś metalowych rurach nad rzeką, żeby się posilić. Cieszył nas widok tętniącego życiem handlowym Dublina — galary, których przybycie już z daleka zapowiadały kłęby wełnistego dymu, brązowe kutry rybackie, ciągnące się długim szeregiem aż za Ringsend, wielki, biały żaglowiec, który rozładowywano na przeciwległym brzegu. Mahony powiedział, że klawo byłoby zwiać na morze na jednym z tych dużych statków; patrząc na wysokie maszty, zobaczyłem, czy też wyobraziłem sobie, że widzę, jak geografia, wydzielana w szczupłych dawkach w szkolę, stopniowo przyobleka się w moich oczach w konkretny kształt. Szkoła i dom jak gdyby oddalały się od nas i siła ich przyciągania stawała się coraz słabsza.

Przepłynęliśmy na drugą stronę Liffey promem, płacąc za przejazd, w towarzystwie dwóch robotników i małego Żydka z wielką torbą. Zachowywaliśmy się poważnie, prawie uroczyście, ale raz w czasie tej krótkiej podróży nasze oczy spotkały się i parsknęliśmy śmiechem. Przybijając do brzegu, przyglądaliśmy się z bliska wyładunkowi zgrabnego trójmasztowca, który widzieliśmy z przeciwległego brzegu. Ktoś obok mnie powiedział, że to jest statek norweski. Podszedłem do rufy i próbowałem odczytać napis, ale nie udało mi się, więc wróciłem na miejsce i przypatrywałem się cudzoziemskim marynarzom, żeby się przekonać, czy któryś z nich ma zielone oczy, żywiłem bowiem jakieś niejasne przekonanie... ale oczy marynarzy były niebieskie, szare, a nawet czarne. Jedyny, którego oczy można by uznać za zielone, był wysokim mężczyzną i bawił cały tłum na brzegu, witając każdą spadającą deskę wesołym okrzykiem:

— Dobra! Dobra jest!

Gdy znudził się nam ten widok, powlekliśmy się wolno na Ringsend. Zrobiło się pochmurno i duszno. Na wystawach sklepików korzennych bieliły się zapleśniałe biszkopty. Kupiliśmy parę biszkoptów z czekoladą i zjedliśmy je skrupulatnie, wałęsając się po brudnych uliczkach zamieszkanych przez rodziny rybaków. Nie mogliśmy nigdzie znaleźć mleczarni, więc weszliśmy do jakiegoś nędznego sklepiku i kupiliśmy sobie po butelce soku malinowego. Zaspokoiwszy pragnienie, Mahony puścił się w pogoń za kotem w dół uliczki, ale kot umknął na otwarte pole. Obaj byliśmy trochę zmęczeni i znalazłszy się w polu, zaraz ruszyliśmy w stronę nasypu o łagodnie spadającym zboczu, skąd rozciągał się widok na Dodder.

Było już za późno i czuliśmy się zanadto znużeni, żeby zrealizować zamiar zwiedzenia Gołębnika. Poza tym, jeśli nie chcieliśmy wzbudzić niczyich podejrzeń, należało wrócić do domu przed czwartą. Mahony z żalem spoglądał na swoją procę i dopiero kiedy zaproponowałem, że wrócimy do domu pociągiem, rozweselił się nieco. Słońce skryło się za chmury, zostawiając nas samych z ciężkimi myślami i resztką prowiantów.

Na polu nie było nikogo prócz nas. Długo tak leżeliśmy na nasypie pogrążeni w milczeniu, gdy nagle zobaczyłem jakiegoś człowieka nadchodzącego z odległego krańca. Obserwowałem go leniwie, gryząc zieloną łodygę jednego z tych kwiatków, z których wróżą dziewczęta. Zmierzał powoli w stronę nasypu, jedną rękę opierając na biodrze, a w drugiej trzymając laskę, którą lekko uderzał trawę. Ubrany był nędznie, w spłowiały czarny garnitur i kapelusz z wysoką główką. Wydawał nam się bardzo stary, bo miał siwe wąsy. Przechodząc pod naszymi stopami koło nasypu, obrzucił nas szybkim spojrzeniem, ale poszedł dalej. Patrzyliśmy za nim i zobaczyliśmy, że uszedłszy około pięćdziesięciu kroków przystanął i zawrócił. Zbliżył się ku nam bardzo powoli, cały czas uderzając o ziemię laską, tak powoli, że myślałem, że szuka czegoś w trawie.

Kiedy znalazł się na wprost tego miejsca, gdzie siedzieliśmy, zatrzymał się i powiedział nam dzień dobry. Odpowiedzieliśmy mu grzecznie, po czym wdrapał się na zbocze i ostrożnie usadowił się obok nas. Zaczął mówić o pogodzie, wyrażając przekonanie, że lato będzie upalne, i dodając, że pogoda zmieniła się bardzo od czasu, kiedy on był małym chłopcem —już dawno temu. Powiedział, że najszczęśliwszy okres w życiu każdego człowieka to niewątpliwie lata szkolne i że wiele dałby za to, żeby być znowu młodym. Milczeliśmy, słuchając jego wynurzeń, które nas trochę nudziły. Potem zaczął mówić o szkole i o książkach. Pytał nas, czy czytaliśmy poezje Thomasa Moore’a i dzieła Waltera Scotta i Lorda Lyttona. Udawałem, że znam wszystkie książki, o jakich wspominał, tak że w końcu rzekł:

— Och, widzę, że z ciebie taki sam mól książkowy, jak i ja. Za to ten — dodał, wskazując Mahony’go, który wytrzeszczał na nas oczy —jest całkiem inny. On woli się bawić.

Powiedział, że ma w domu wszystkie dzieła Waltera Scotta i Lorda Lyttona i że może je ciągle czytać i nie znudzi się. —Oczywiście — dodał — są takie książki Lorda Lyttona, których chłopcy nie powinni czytać.

Mahony spytał, dlaczego chłopcy nie powinni ich czytać — pytanie, które mnie zgniewało, gdyż bałem się, że tamten weźmie mnie za takiego samego głupca jak Mahony. On jednakże tylko się uśmiechnął i spostrzegłem, że ma wielkie szpary pomiędzy żółtymi zębami. Potem zapytał, który z nas więcej razy był zakochany. Mahony niedbale napomknął, że ma aż trzy sympatie. Mężczyzna spytał, ile ja mam. Odpowiedziałem, że żadnej, ale mi nie uwierzył i powiedział, że muszę mieć jakąś wybrankę serca. Milczałem.

— A niech pan nam powie — zuchwale spytał Mahony — ile pan ma?

Mężczyzna uśmiechnął się tak samo jak przedtem i powiedział, że kiedy był w naszym wieku, miał mnóstwo sympatii.

— Każdy chłopiec — mówił — ma jakąś małą narzeczoną.

Jego pogląd na te sprawy wydał mi się dziwnie liberalny jak na mężczyznę w tym wieku. W głębi duszy myślałem, że to, co mówi o chłopcach i dziewczynkach, jest bardzo rozsądne, ale nie podobały mi się te słowa w jego ustach i dziwiłem się, dlaczego wzdrygnął się kilka razy, jakby się czegoś przestraszył albo jakby przebiegł go dreszcz. Kiedy mówił dalej, zauważyłem, że ma dobry akcent. Zaczął rozprawiać o dziewczętach, jakie mają piękne jedwabiste włosy i miękkie rączki i że nie wszystkie są takie dobre, jak wyglądają, ale o tym dopiero trzeba się przekonać. Mówił, że nic mu nie sprawia takiej przyjemności, jak patrzeć na ładną dziewczynkę, jej ładne białe rączki i ładne włosy. Miałem wrażenie, że powtarza coś, czego się nauczył na pamięć, albo urzeczony własnymi słowami pozwala myślom obracać się wciąż w tej samej orbicie. Czasem wyrażał się tak, jak gdyby wspominał jakiś fakt wszystkim znany, kiedy indziej zniżał głos i przybierał ton tajemniczy, jakby powierzał jakiś sekret i nie chciał, żeby kto inny go słyszał. Powtarzał w kółko to samo, zmieniając tylko budowę zdań i owijając je swym monotonnym głosem. Słuchałem go, nie odrywając wzroku od podnóża nasypu.

Po dłuższej chwili przerwał swój monolog. Wstał powoli, mówiąc, że musi nas opuścić na kilka minut, i nie zmieniając kierunku mego spojrzenia, zobaczyłem, jak z wolna oddala się na kraniec pola. Milczeliśmy. Po kilku minutach usłyszałem okrzyk Mahony’ego:

— To ci dopiero! Patrz, co on robi!

A kiedy nie odzywałem się i nie podnosiłem oczu, Mahony znów zawołał:

— A to dopiero! Ten stary ma bzika!

— Gdyby pytał, jak się nazywamy — powiedziałem — pamiętaj, że ty jesteś Murphy, a ja Smith.

Potem znów umilkliśmy. Zastanawiałem się, czy odejść, czy nie, kiedy mężczyzna wrócił i znów przysiadł się do nas. Ledwie usiadł, Mahony, zobaczywszy kota, który mu przedtem uciekł, zeskoczył i rzucił się za nim w pogoń przez pole. Mężczyzna i ja śledziliśmy pościg. Kot i tym razem uciekł, a Mahony zaczął rzucać kamieniami w mur, za którym zniknął ścigany. Zrezygnował jednak wkrótce z tego zajęcia i zaczął błądzić bez celu po odległym krańcu pola.

Mężczyzna po długiej chwili milczenia znów odezwał się do mnie. Powiedział, że mój przyjaciel to źle wychowany chłopak, i pytał, czy często bierze lanie w szkole. Już chciałem odpowiedzieć z oburzeniem, że nie chodzimy do szkoły państwowej, żebyśmy mieli brać lanie, jak on to nazywa, ale nie odzywałem się. Zaczął się rozwodzić nad Systemem karania chłopców. Umysł jego, jakby znów zamagnetyzowany mową, zdawał się z wolna obracać w kręgu swego nowego zainteresowania. Mężczyzna twierdził, że tacy chłopcy jak mój towarzysz powinni koniecznie dostawać lanie, i to nie byle jakie. Na krnąbrnego, niegrzecznego chłopaka nic tak dobrze nie działa jak solidne baty. Dać komuś po łapach czy wytargać za uszy to za mało, porządne baty — oto czego mu trzeba. Zdziwiony tym surowym poglądem mimo woli zerknąłem na jego twarz i napotkałem spojrzenie dwojga oczu koloru butelkowego szkła, spoglądających na mnie spod zmarszczonego czoła, po którym przebiegał nerwowy tik, Potem znów utkwiłem wzrok w ziemi.

Mężczyzna dalej ciągnął swój monolog. Zdawało się, że zupełnie zapomniał o liberalizmie, któremu tak niedawno dawał wyraz. Oznajmił, że gdyby kiedy przyłapał chłopca na rozmowie z dziewczyną albo gdyby się dowiedział, że chłopak ma jakąś sympatię, zbiłby go na kwaśne jabłko. To by go oduczyło od rozmów z dziewczętami! A gdyby chłopak był zakochany i nie przyznawał się do tego, spuściłby mu takie lanie, jakiego jeszcze nikt na tym świecie nie dostał, i to byłaby dla niego największa uciecha. Opisywał, w jaki sposób biłby takiego chłopaka, jak gdyby mi odkrywał jakąś głęboką tajemnicę, Nic innego na świecie nie mogłoby mu sprawić takiej przyjemności. Jego monotonny głos, w miarę jak odkrywał mi tajemnicę, stawał się prawie serdeczny, błagał o wyrozumienie.

Poczekawszy do nowej przerwy W monologu wstałem gwałtownie. Żeby nie zdradzić swego oburzenia, zwlekałem chwilę z odejściem, udając, że zawiązuję sobie sznurowadło, po czym oświadczyłem, że muszę już iść, i pożegnałem go. Powoli wszedłem na szczyt nasypu, ale serce waliło we mnie jak młotem ze strachu, że on mnie schwyci za nogę. Na samym wierzchołku obejrzałem się i nie patrząc ną niego, zawołałem głośno przez pole:

— Murphy!

W moim głosie dźwięczała sztuczna zuchwałość i sam zawstydziłem się swego małodusznego podstępu. Musiałem jeszcze raz zawołać, zanim Mahony dostrzegł mnie i odpowiedział. Jak mocno biło mi serce, kiedy biegł ku mnie przez pole! Pędził, jak gdyby mi śpieszył na ratunek. A ja byłem skruszony, bo w głębi ducha zawsze nim trochę pogardzałem.

Arabia

North Richmond Street, jako ślepa uliczka, z natury rzeczy była bardzo spokojna, z wyjątkiem godziny, w której chłopcy wychodzili po lekcjach ze szkoły braci zakonnych. Ślepą ścianę ulicy zajmował niezamieszkany dwupiętrowy dom, oddzielony od sąsiednich budynków kwadratowym placem. Inne domy, świadome bogobojnego życia swych mieszkańców, stały blisko jeden drugiego, zwrócone do siebie brązowymi, niewzruszonymi twarzami.

Poprzedni lokator naszego domu, ksiądz, umarł w salonie od podwórza. Wszystkie pokoje, przez długi czas zamknięte, wypełniał stęchły zapach pleśni, a mała komórka za kuchnią zaśmiecona była starymi papierami. Znalazłem wśród nich kilka książek obłożonych w gazetę, o wilgotnych, pozawijanych stronicach: „Opat” Waltera Scotta, „Pobożny komunikant” i „Pamiętniki” Vidocqua. Ta ostatnia książka podobała mi się najwięcej, bo miała zupełnie pożółkłe stronice. W zapuszczonym ogrodzie za domem stała pośrodku jabłoń i rosło kilka rozproszonych krzaków; pod jednym z nich znalazłem zardzewiałą pompkę do roweru, należącą do zmarłego lokatora. Był to bardzo miłosierny ksiądz: zostawił w testamencie wszystkie swoje pieniądze instytucjom dobroczynnym, a umeblowanie domu swojej siostrze.

Z nadejściem krótkich dni zimowych zmierzch zwykle zapadał, nim zdążyliśmy zjeść cały obiad. Kiedy spotykaliśmy się na ulicy, domy były już zupełnie czarne. Skrawek nieba nad naszymi głowami miał barwę zmieniającego się wciąż fioletu, rozświetlonego słabym blaskiem latarń ulicznych. Chłodne powietrze szczypało nas w policzki, tak że wybieraliśmy najbardziej ruchliwe zabawy, żeby się rozgrzać. Cicha ulica rozbrzmiewała echem naszych krzyków. Nieraz przez ciemne, błotniste zaułki za domami, których spokojnym mieszkańcom zanosiliśmy wyzwanie dzikich szczepów wojennych, zapuszczaliśmy się do mrocznych, wilgotnych ogrodów, gdzie unosiła się woń śmietników, do czarnych cuchnących stajni, gdzie woźnica czyścił i czesał konie albo zakładał uprząż, pobrzękując przy każdym ruchu. Gdy wracaliśmy, światło z okien kuchennych wypełniało małe podwórka. Jeżeli przypadkiem na zakręcie ukazywała się postać mego wuja, kryliśmy się w cieniu, dopóki nie nabraliśmy krzepiącej pewności, że już jest w domu. A jeśli siostra mego kolegi, Mangana, stawała w progu, żeby zawołać brata na herbatę, śledziliśmy z naszego ukrycia, jak rozgląda się w jedną i w drugą stronę ulicy. Wypatrywaliśmy, czy zostanie, czy wejdzie z powrotem do domu, a jeśli zostawała, wynurzaliśmy się z cienia i zrezygnowani, szliśmy do furtki domu Mangana. Czekała na nas; jej sylwetka odcinała się na tle światła w półotwartych drzwiach. Mangan zawsze kazał się długo prosić, zanim w końcu usłuchał, a ja stałem przy ogrodzeniu, wpatrzony w nią. Suknia jej falowała przy każdym poruszeniu, a jedwabiste warkocze tańczyły, kiedy kręciła głową.

Co rano leżałem na podłodze przy oknie w salonie frontowym, wpatrując się w jej drzwi. Stora była spuszczona na cal od parapetu, tak że nie mogła mnie dostrzec z zewnątrz. Kiedy wychodziła za próg, serce skakało mi z radości, biegłem do hallu, chwytałem swoje książki i szedłem za nią. Cały czas nie spuszczałem oka z jej brązowej sylwetki i gdy zbliżaliśmy się do miejsca, gdzie rozchodziły się nasze drogi, przyśpieszałem kroku i wymijałem ją. Tak było co rano każdego dnia. Nigdy nic do niej nie mówiłem prócz kilku zdawkowych słów, a jednak krew burzyła się we mnie na sam dźwięk jej imienia.

Jej obraz był wciąż ze mną, nawet w miejscach najmniej sprzyjających marzeniom. W sobotę wieczorem zwykle ciotka szła na targ i brała mnie z sobą, żebym jej pomógł nieść paczki.