Wydawca: Magnum Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 275 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dublin. Miasto nieodkryte - Karl Whitney

Opowieść o Dublinie, jego teraźniejszości i przeszłości żyjącej w dziełach wielkich pisarzy związanych z tym miastem. Autor, przemierzając główne ulice, zaułki i przedmieścia, opisuje tajemne miejsca, odwiedza domy, w których mieszkał James Joyce, opowiada historie, które rzadko może usłyszeć turysta. Pokazuje Dublin, którego sami nigdy byśmy nie zobaczyli.

Jest to kolejna książka w serii wydawnictwa Magnum Miasta świata, po Jerozolimie Simona S. Montefiorego, Rzymie Roberta Hughesa, Amsterdamie Russella Shorto i Berlinie Rory MacLeana.

Ebook nie zawiera zdjęć z tradycyjnego książkowego wydania.

Opinie o ebooku Dublin. Miasto nieodkryte - Karl Whitney

Fragment ebooka Dublin. Miasto nieodkryte - Karl Whitney

Tytuł oryginału

HIDDEN CITY

Adventures and Explorations in Dublin

Przekład

Władysław Jeżewski

Projekt okładki

Ewa Witosińska

Zdjęcie na okładce

Temple Bar w Dublinie © chiara75 – Fotolia.com

Copyright © Karl Whitney, 2014

All rights reserved

Copyright © 2014 for the Polish edition by Wydawnictwo Magnum Ltd.

Copyright © 2014 for the Polish translation by Wydawnictwo Magnum Ltd.

Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana, zapisywana czy przekazywana w sposób mechaniczny, elektroniczny, fotograficzny lub w jakiejkolwiek innej formie bez uprzedniej zgody właściciela praw.

Wydawnictwo Magnum sp. z o.o.

02-536 Warszawa, ul. Narbutta 25a

tel./fax 22 848 55 05, tel. 22 646 00 85

magnum@it.com.pl

Księgarnia internetowa MAGNUM

www.wydawnictwo-magnum.com.pl

Wydanie elektroniczne 2014

(EPUB) ISBN 978-83-63986-85-8

(MOBI) ISBN 978-83-63986-86-5

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla Laury

1 POPĘKANE MIASTO

Dublin powoli znikał za moimi plecami. Pedałowałem w górę Stocking Lane, starej ulicy idącej ku wzgórzom, które wznoszą się na południe od miasta. Hałas dobiegający z sześciopasmowej autostrady M50 szybko zagłuszyły żywopłoty i drzewa, gęstniejące z każdym metrem. Po pewnym czasie zostałem sam ze swoim rowerem.

Nie należę do mistrzów jazdy pod górę. W miarę jak nachylenie drogi rosło i posuwałem się coraz wolniej, zaczęło mi się wydawać, że coś jest nie tak z moim rowerem. Łańcuch dziwnie podzwaniał, odnosiłem wrażenie, że tylne koło stawia lekki opór.

Miałem przed sobą Góry Dublińskie, jak się je powszechnie nazywa. Na dobrą sprawę w hrabstwie Dublin nie ma prawdziwych gór i nawet w pobliskich górach Wicklow żaden szczyt nie przekracza tysiąca metrów nad poziomem morza. Ale choć wzniesienia w okolicach Dublina nie są szczególnie wyniosłe, wyraźnie górują nad przeważnie nizinną okolicą.

Podjeżdżałem już kiedyś pod Stocking Lane, ale nigdy nie próbowałem tego pod koniec tak długiej wycieczki. Miałem już w nogach około 60 kilometrów i zaczynało mi brakować sił. Na parkingu przy zamku Rathfarnham oparłem rower o porośnięty bluszczem kamienny mur, zjadłem batonik müsli, wytrawną czekoladę, żel energetyczny. Liczyłem więc, że dojadę jakoś do punktu widokowego w Killakee, z którego miasto wygląda jak przetarty i wystrzępiony dywan. Wyjąłem bidon z uchwytu na ramie roweru i pociągnąłem kilka łyków nektaru z czarnych porzeczek.

Zacząłem się zastanawiać, czy mądrze zrobiłem, wybierając taką trasę. Chciałem przejechać przez całe miasto z północy na południe, kończąc wycieczkę na Killakee z jego wspaniałą panoramą. Tym samym musiałem przeciąć miasto dwa razy, bo mieszkam na południowych przedmieściach Dublina. A granice miasta zakreśliłem sobie bardzo szeroko: od Swords, sporego miasta należącego do Wielkiego Dublina, na północy, aż po Killakee, daleko na południe od miejsca, gdzie gęsta zabudowa się kończy, a zaczyna się pogórze. Chciałem sprawdzić, czy Dublin rzeczywiście nie stanowi jednej całości, lecz składa się ze słabo połączonych ze sobą części, że to, co miejskie, podmiejskie i wiejskie splata się tu ze sobą w dziwny i niespodziewany sposób. Kiedy myślałem o Dublinie, w którym mieszkam od urodzenia, przed oczami stawały mi obrazy podmiejskich domków przy pustych drogach wylotowych, rozbite szkło na parkingach przed supermarketami, cuchnący potoczek płynący przez betonowy przepust pod autostradą, maszty telefonów komórkowych udających drzewa na wzniesieniach. Zawsze miałem wrażenie, że charakter Dublina określają bardziej peryferia niż centrum i miejsca ukryte przed ludzkim wzrokiem niż rzucające się w oczy punkty orientacyjne.

Kilkaset metrów przed sobą zobaczyłem rowerzystę w czerwonym stroju z lycry. Jechał pod górę jak ja i szybko kręcił pedałami, wrzuciwszy niski bieg. Sądziłem, że niedługo go doścignę. Potem jednak spojrzałem w dół i zobaczyłem, że moje stopy też obracają się jak szalone. Poruszaliśmy się z taką samą szybkością, nie miałem szans go wyprzedzić. Starałem się już tylko nie stracić go z oczu, aby utrzymać dotychczasowe tempo.

Minąłem wjazd na teren Hell Fire Club („Klubu Ognia Piekielnego”) na Montpelier Hill. Dom wybudował około 1725 roku William Conolly, przewodniczący parlamentu irlandzkiego. Służył za domek myśliwski, a później odbywały się w nim spotkania Hell Fire Club, utworzonego około 1737 roku przez kilku arystokratów wyznania protestanckiego. Byli wśród nich między innymi Richard Parsons, pierwszy hrabia Rosse, libertyn i wolnomularz, oraz Henry Barry, czwarty baron Santry, który mając dwadzieścia osiem lat, został skazany na śmierć za morderstwo (potem go ułaskawiono). Na obrazie Jamesa Worsdale’a, przedstawiającym wnętrze klubu, Barry i jego koledzy klubowi siedzą wokół stołu w aksamitnych żakietach i upudrowanych perukach; w tle widać łukowate okno, a za nim romantyczny krajobraz: wysokie drzewa i niebo, po którym płyną kłębiaste chmury. Historia budynku obfituje w opowieści o polowaniach i satanizmie, składaniu ofiar z kotów, a nawet kanibalizmie. Ponieważ stoi na zboczu, jest wyraźnie widoczny z całego południowego Dublina, ale pierwszy raz miałem okazję znaleźć się w nim zaledwie kilka lat przed tą wycieczką rowerową, kiedy razem z kilkoma przyjaciółmi dotarliśmy tu leśną ścieżką. Zbudowany w stylu palladiańskim, ma bardzo surowy wygląd i przypomina ruiny dawnego kościoła. Kiedyś gwałtowna wichura zerwała dach, po pięknych niegdyś parkietach nie pozostało nawet śladu. Krążyły opowieści, że to sprawka sił nieczystych. W moim umyśle zakiełkowało straszne podejrzenie: szatan, odziany na czerwono, spalił dach ogniem piekielnym, a potem wsiadł na rower, żeby kusić samotnych rowerzystów, próbujących podjechać pod górę.

Pochyliłem głowę, wpatrując się w ciekłokrystaliczny wyświetlacz, na którym powolutku przesuwały się cyferki oznaczające kolejne setki metrów. Na tym etapie tylko tyle mogłem zrobić, aby utrzymać jako taką koncentrację – śledzić pokonywaną odległość i liczyć mijane domy. Kiedy posuwając się jak na zwolnionym filmie, dotarłem do bramy tak zwanej Granitowej Willi, wiedziałem, że jestem już blisko celu.

W końcu znalazłem się na szczycie – zmordowany, na wpół omdlały, odwodniony – i mogłem oderwać oczy od licznika kilometrów. Zsiadłem z roweru i oparłem go o sięgający do pasa granitowy murek. Spojrzałem na przebytą drogę. Dublin patrzył na mnie beznamiętnie, jakby prowokując do znalezienia odpowiednich słów, którymi mógłbym go opisać.

Na głównej ulicy w Swords, które obrałem za punkt startu swojej wycieczki, jechałem rowerem w wolno płynącym strumieniu pojazdów. Kiedy znalazłem się w luce między autobusem a ciężarówką, rozkojarzony motocyklista nie zauważył mnie i o mało nie przewrócił. Nosiłem jasnozieloną kolarską koszulkę, na szyi miałem amarantową opaskę, a ramki moich przeciwsłonecznych okularów były w zjadliwie żółtym kolorze. Sądziłem więc, że świetnie mnie widać, lecz najwyraźniej myliłem się. Kiedy jadący przede mną samochód zahamował gwałtownie, mocno nacisnąłem na hamulce i tylne koło poleciało w bok. Błyskawicznie wyrównałem tor jazdy i lekko zmieniłem kierunek, żeby ominąć maskę samochodu. Kilkaset metrów dalej historia powtórzyła się, tyle że byłem już lepiej przygotowany. W ostatnich latach rowerzysta w śródmieściu Dublina ma nieco łatwiejsze życie, ale w Swords wciąż niepodzielnie króluje samochód, czułem się więc jak intruz.

Swords to stara miejscowość, sprawiająca jednak wrażenie bardzo młodej. Zwieńczone blankami mury zamku Swords, zbudowanego około 1200 roku dla normańskiego arcybiskupa Dublina, wznoszą się tuż nad główną ulicą, ulicą sklepików, restauracji i barów. Nieco dalej jest pasaż handlowy, a jeszcze dalej wielkie centrum handlowe otoczone asfaltowym polem parkingu. Na zachód rozciąga się rozległe osiedle, którego budowa zaczęła się w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku i trwa do dziś. Zgodnie ze spisem z 2011 roku Swords jest ósmym pod względem liczby ludności miastem w Irlandii, większym od Kilkenny i Navan. Liczy 36 924 mieszkańców, z których większość mieszka w nowych domach.

Forest Road, którą podążałem ze Swords w kierunku lotniska, jest – jak wiele ulic na krańcach Dublina – połączeniem krętej polnej drogi z ruchliwą szosą podmiejską. Co jakiś czas obok jezdni pojawiał się kawałek marnej, zarośniętej ścieżki rowerowej, często kończącej się na trawniku albo przy wysokim krawężniku. W pewnej chwili, nieco wystraszony rykiem pojazdów za plecami, skręciłem na tę ścieżkę, ale po chwili okazało się, że łączy się ona z chodnikiem dla pieszych – jechałem wprost na przystanek autobusowy, na którym czekała matka z dzieckiem. Wróciłem więc na jezdnię. Wkrótce potem domy i bloki zostały w tyle, znikły żywopłoty i drzewa i moim oczom ukazały się pasy startowe, samoloty stojące na płycie lotniska i budynki terminali.

Objeżdżając lotnisko, miałem okazję uzupełnić wiedzę o topografii miasta. Północny Dublin wydaje się płaski jak naleśnik, tymczasem droga ze Swords do lotniska idzie wyraźnie pod górę. Lotnisko leży na płaskowyżu na tyle wysokim, że rozciąga się z niego malowniczy widok na śródmieście. Góry Dublińskie wciąż wydawały mi się bardzo odległe, gdy stałem na pedałach, patrząc ponad ogrodzeniem na kołujący odrzutowiec irlandzkich linii lotniczych Aer Lingus.