Dublin - Edward Rutherfurd - ebook
lub
Opis

Ta epicka opowieść zaczyna się w przedchrześcijańskiej Irlandii, w czasach gdy ze wzgórza Tara wyspą władali srodzy i potężni Najwyżsi Królowie. Jej początkiem są losy dwojga kochanków, Conalla z arystokratycznego rodu i olśniewającej Deirdre, a w ich historii pobrzmiewa echo pradawnej celtyckiej legendy o Cuchulainnie. Rutherfurd zabiera stąd czytelnika w fascynującą podróż przez stulecia. Misternie splecione losy kolejnych pokoleń bohaterów – druidów i wodzów plemiennych, mnichów i przemytników, kupców i najemników, szlachty, buntowników i zwyczajnych tchórzy – rozgrywają się na wielobarwnej scenie, jaką są dzieje największego irlandzkiego miasta.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 982

Popularność


PRZEDMOWA

Ta książka jest przede wszystkim powieścią. Jej zmyśleni bohaterowie mieszają się z autentycznymi postaciami, a rozwijane przez kolejne stulecia dzieje rodów są fikcją literacką, choć osadziłem je na tle wydarzeń, które były albo mogły być prawdziwe. Kontekst historyczny, w takim stopniu, w jakim jest znany, opisałem wiernie; kiedy zaś pojawiały się wątpliwości interpretacyjne, starałem się poświęcić im nieco rozważań albo przedstawiałem wyważone opinie wybitnych współczesnych uczonych. Żeby podtrzymać tok opowieści, musiałem w kilku miejscach dokonać pewnych uproszczeń w relacjonowaniu złożonych wydarzeń, jednak takich zabiegów jest niewiele i nie zniekształcają one prawdy historycznej.

W ostatnich dziesięcioleciach historia Dublina i w ogóle Irlandii cieszy się dużym zainteresowaniem, co należy uznać za pomyślną okoliczność. Prowadząc rozległe badania, które towarzyszyły pracy nad książką, miałem zaszczyt poznać najwybitniejszych irlandzkich uczonych. Wszyscy oni hojnie dzielili się ze mną swoją wiedzą i poprawiali mój rękopis. Ich wkład w gotowe dzieło przedstawiam w Podziękowaniach. Liczne prace akademickie z ostatniego ćwierćwiecza pozwoliły na nowo ocenić pewne aspekty irlandzkiej historii, dlatego wielu czytelnikom moja opowieść może niekiedy wydać się zaskakująca. Tych, którzy chcieliby się dowiedzieć więcej na ten temat, odsyłam do Posłowia, gdzie przedstawiłem kilka dodatkowych uwag.

W całej powieści irlandzkie nazwiska, nazwy miejscowości oraz terminy techniczne występują w najprostszych, najbardziej znanych wersjach. W książkach publikowanych obecnie w Irlandii używa się znaków akcentowych, tak zwanych fada wskazujących przedłużone samogłoski, oraz innych oznaczeń ułatwiających właściwą wymowę, ale dla sporego grona czytelników, zwłaszcza spoza Irlandii, znaki te mogą być mylące, dlatego zrezygnowałem z ich używania. Na końcu książki zamieściłem jednak „Zasady wymowy”, które rozwieją zapewne część wątpliwości.

PROLOG

Szmaragdowe słońce

Działo się to dawno, dawno temu. Jeszcze przed przybyciem Patryka. I przed przybyciem plemion celtyckich. Zanim pojawił się język gaelicki. Działo się to w epoce irlandzkich bogów, po których nie zostały nawet imiona.

O tamtym okresie niewiele da się powiedzieć na pewno, ale jakieś fakty można ustalić. Pomagają w tym świadectwa ukryte w ziemi i na jej powierzchni. I możemy się odwołać do wyobraźni, tak jak robili to wszyscy ludzie, odkąd zaczęto opowiadać baśnie.

W tych pradawnych czasach, w pewien zimowy poranek, miało miejsce małe zdarzenie. Tyle wiemy. Powtarzało się wiele razy, przez kolejne lata i – jak się wydaje – przez kolejne stulecia.

* * *

Świt. Zimowe niebo było już czystym, bladym błękitem. Niedługo z morza miało się wyłonić słońce. Na wschodnim wybrzeżu wyspy widać było złotą poświatę.

Tego dnia wypadało zimowe przesilenie, najkrótszy dzień w roku. Nawet jeśli w owych czasach na wyspie istniała rachuba lat, to nie znamy jej miary.

Mowa o jednej z dwóch wysp leżących nieco na zachód od europejskiego kontynentu. Wiele tysięcy lat wcześniej obie trwały w długim, białym uśpieniu epoki lodowcowej, a łączyła je skalista grobla biegnąca z północno-wschodniego krańca mniejszej, odsuniętej bardziej na zachód wyspy aż do górnej części jej sąsiadki. A tę łączył na południu z kontynentem kredowy most. Jednak pod koniec epoki lodowcowej wody z topniejącej Arktyki zaczęły spływać na południe i zalały kamienną groblę, a potem przedarły się przez kredową barierę – w ten sposób powstały dwie wyspy.

Dzielące je odległości nie były duże. Zatopiona grobla pomiędzy zachodnią wyspą, która pewnego dnia zostanie nazwana Irlandią, a brytyjskim przylądkiem, znanym dziś jako Mull of Kintyre, miała zaledwie kilkanaście kilometrów. Dystans zaś między białymi klifami południowo-wschodniej Anglii a kontynentem wynosił trzydzieści dwa kilometry.

Należałoby się więc spodziewać, że obie wyspy będą do siebie bardzo podobne. I w pewnym sensie to prawda. Ale były też między nimi subtelne różnice. Bo gdy rozdzieliło je morze, dopiero wydobywały się z arktycznego snu. Dopiero zaczynały je zasiedlać rośliny i zwierzęta z cieplejszych południowych obszarów. I kiedy kamienna grobla zniknęła, część gatunków, którym udało się opanować południe większej, wschodniej wyspy, nie zdołała przeprawić się na zachód. I dlatego na obu wyspach występują powszechnie dęby, jesiony i leszczyna, ale w Irlandii nie spotka się jemioły porastającej brytyjskie dęby. Z tego samego powodu Brytania zmagała się z plagą węży i jadowitych żmij, a Irlandia była od nich wolna.

Zachodnią wyspę, nad którą lada chwila miało wzejść słońce, pokrywały gęste lasy przetykane bagnami. Tu i ówdzie wznosiły się piękne górskie pasma. Płynęły tu też liczne rzeki pełne łososi i innych ryb, a największa z nich wiła się w sercu wyspy przez labirynt jezior i na koniec wpadała na zachodzie do Atlantyku. Ale pierwszym przybyszom dwie inne rzeczy rzucały się w oczy.

Pierwszą było bogactwo natury. Tu i tam, na leśnych polanach albo na otwartych górskich zboczach, wyrastały nagie skały, wypchnięte z trzewi ziemi i świecące magicznym kwarcowym blaskiem. W niektórych migotliwych głazach pojawiały się głębiej żyły złota. W rezultacie w pewnych częściach wyspy, gdzie skały występowały gęściej, rzeki dosłownie spływały złotym piaskiem i grudkami kruszcu.

Drugą było piękno natury. Czy to za sprawą dużej wilgotności wiatrów znad Atlantyku, czy łagodnego ciepła Golfstromu, czy też w efekcie splotu tych i innych przyczyn – w każdym razie roślinność na wyspie miała niezwykły, niespotykany nigdzie indziej szmaragdowy kolor. I zapewne z tego pradawnego połączenia szmaragdowej zieleni i płynącego złota zrodziło się przekonanie, że zachodnią wyspę upodobały sobie magiczne duchy.

A kto zamieszkiwał szmaragdową wyspę? Imiona tych, którzy przybyli tu przed celtyckimi plemionami, pojawiają się tylko w legendach: potomkowie Cessair, Portholona, Nemeda1; Fir Bolg i Tuatha De Danaan2. Trudno jednak powiedzieć, czy byli to prawdziwi ludzie, bogowie, czy też może jedni i drudzy. Po zakończeniu epoki lodowcowej na Irlandii zamieszkali myśliwi. A potem rolnicy. To akurat jest pewne. Wyspiarze umieli wznosić kamienne budowle, kuli broń z brązu i wyrabiali piękną ceramikę. Handlowali też z kupcami przybywającymi z tak odległych krain jak Grecja.

Ale przede wszystkim wytwarzali ozdoby ze złota, którego na wyspie było w bród. Naszyjniki, bransoletki, kolczyki, kute dyski słoneczne – irlandzcy złotnicy nie mieli sobie równych w całej Europie. Zasługiwali na miano czarodziejów rzemiosła.

* * *

Lada chwila słońce wyłoni się nad horyzontem i rozwinie na morzu swój świetlisty złoty szlak.

Mniej więcej w połowie wschodniego wybrzeża wyspy, pomiędzy dwoma cyplami, leży piękna, szeroka zatoka. Z jej południowego cypla widać pasmo wzgórz, a wśród nich dwa niewielkie wulkaniczne stożki, które wznoszą się przy brzegu z takim wdziękiem, iż obserwator mógłby odnieść wrażenie, że nagle przeniósł się na ciepłe południe Włoch. Za drugim przylądkiem rozległa równina ciągnie się na północ aż do odległych gór wznoszących się poniżej zatopionej skalnej grobli. Na wybrzeżu wewnątrz zatoki, tam gdzie rzeka uchodzi do morza, przeważają moczary i piaski.

Ale oto słońce wyłania się zza horyzontu i powierzchnię morza rozświetla złoty błysk. Słonecznym promieniom mknącym nad północnym przylądkiem i dalej nad równiną odpowiada inny błysk, jakby gdzieś tam w oddali znajdował się wielki kosmiczny reflektor. Ten blask jest rzeczywiście czymś niezwykłym, bo wydobywa się z ogromnej konstrukcji, która jest dziełem człowieka.

Czterdzieści kilometrów na północ od zatoki płynie z zachodu na wschód inna rzeka, mijając po drodze doliny porośnięte bujną roślinnością, bo tak żyznej gleby jak tu nie ma w żadnym innym miejscu na świecie. Na łagodnym stoku północnego brzegu rzeki mieszkańcy wyspy wznieśli potężne budowle i największa z nich wysyła w niebo ten oślepiający blask.

Te budowle to olbrzymie porośnięte trawą kurhany. Ale nie bezkształtne, byle jak usypane kopce. Ich cylindryczny kształt, strome zbocza i szerokie, wypukłe dachy sugerują, że wspiera je przemyślana wewnętrzna konstrukcja. Podstawy kurhanów wyłożono wielkimi kamieniami, których ozdobą są bogate ornamenty: koła, zygzaki i dziwne, fantastyczne spirale. Ale najbardziej niezwykłe jest to, że całą fasadę skierowaną ku wschodzącemu słońcu pokrywa biały kwarc. I właśnie ta wielka, zakrzywiona kryształowa ściana mieni się, świeci i błyszczy, odbijając w niebo słoneczny żar.

Kto wzniósł te budowle nad rzeką, którą upodobały sobie łabędzie? Co do tego nie ma pewności. I jakie było przeznaczenie owych kurhanów? Wiadomo, że służyły władcom jako miejsce wiecznego spoczynku. Ale jacy książęta tam zostali złożeni, czy ich duchy były gniewne czy łagodne – tego możemy się jedynie domyślać. Wiemy tylko, że byli to pradawni przodkowie mieszkańców wyspy.

Kurhany były nie tylko grobowcami, pełniły też funkcję świątyń, w których o określonych porach roku przyjmowano tajemnicze boskie moce wszechświata, sprowadzające na ziemię kosmiczne życie. Z tego powodu przez całą noc, która właśnie dobiegła końca, drzwi do sanktuarium były otwarte.

Pośrodku świecącej kwarcowej fasady znajdowało się wąskie wejście z dwoma wielkimi głazami po bokach, za nim zaś ciągnął się wąski, nieco wyboisty, ale prosty korytarz, również wyłożony kamieniami, zakończony trójlistną wewnętrzną komnatą. Na stojących tam kamieniach, podobnie jak na tych w korytarzu i na zewnątrz, widniały liczne wzory, a wśród nich dziwna potrójna spirala. Wąski korytarz wytyczono tak precyzyjnie, że w dzień przesilenia zimowego promienie wyłaniającego się zza horyzontu słońca wpadały przez otwarte drzwi i docierały aż do wewnętrznej komnaty.

Słońce odłączyło się od wodnego horyzontu i świeciło już nad całą zatoką, nad wybrzeżem wyspy, nad zimowymi lasami i małymi polanami, skąpanymi nagle w złotej poświacie. Słoneczne promienie płynęły do kurhanu i wydawało się, że jarzący się kwarc, w którym odbijała się też okoliczna zieleń, sam zaczyna płonąć i świeci niczym drugie, szmaragdowe słońce.

Czy w tym zielonkawym blasku, gdy promienie słoneczne wdzierały się do serca kurhanu, było coś zimnego i przerażającego? Być może.

Ale oto teraz wydarzyła się rzecz niezwykła. Korytarz zbudowano tak przemyślnie, że gdy słońce się wznosiło, jego promienie, jakby rezygnując ze swojego zwyczajnego tempa, skradały się powoli niczym małe dziecko, krok za krokiem, i oświetlały kamienie łagodnym blaskiem. A gdy w końcu docierały do potrójnej komnaty, znów nabierały prędkości, zderzały się z głazami i tańczyły we wszystkie strony, wnosząc do zimowego grobowca ciepło i życie.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Dubh Linn

Anno Domini 430

I

Lughnasa3. Pełnia lata. Niedługo przyjdą żniwa.

Deirdre stała przy ogrodzeniu, patrząc przed siebie. To powinien być radosny dzień, ale jej przyniósł jedynie udrękę. Bo ukochany ojciec i jednooki mężczyzna zamierzali ją sprzedać. A ona nic nie mogła zrobić.

W pierwszej chwili nie zauważyła Conalla.

* * *

Zgodnie ze zwyczajem mężczyźni jechali w wyścigu nago. To była pradawna tradycja. Już kilkaset lat temu Rzymianie wspominali, że celtyccy wojownicy, gardząc napierśnikami, chętnie przystępowali do bitwy nadzy. Wytatuowany, muskularny wojownik z nastroszonymi włosami i twarzą wykrzywioną w wojennym grymasie stanowił przerażający widok nawet dla wyćwiczonych rzymskich legionistów. Groźni Celtowie atakujący w rydwanach mieli czasem na sobie krótkie, powiewające na wietrze peleryny. W niektórych rejonach Cesarstwa Rzymskiego celtycka jazda nosiła bryczesy. Ale tu, na zachodniej wyspie, tradycyjna nagość zachowała się w uroczystych wyścigach, więc Conall miał na sobie jedynie ochronną przepaskę na biodra.

Wielkie święto Lughnasa obchodzono w Carmun raz na trzy lata. Samo Carmun było miejscem dziwnym i tajemniczym. W sercu krainy dzikich lasów i trzęsawisk niemal po horyzont ciągnął się rozległy, porośnięty trawą teren. Bo tu, nieco na zachód od punktu, w którym rzeka Liffey – gdyby podążać nią w górę – zakręcała na wschód ku swojemu źródłu w górach Wicklow, ziemia była płaska, nie licząc kilku kurhanów, w których pochowano pradawnych wodzów. Świąteczne obchody trwały tydzień. Wyznaczano wtedy miejsca na targowiska, na których sprzedawano żywność, bydło, a także piękną odzież, ale najważniejszy był ogromny tor wyścigowy wytyczony na gołej darni.

Wyglądał imponująco. Wokół stały obozowiska całych klanów, namioty i naprędce sklecone chatki. Zgromadzeni ubrani byli w jaskrawe szkarłatne, niebieskie albo zielone stroje. Mężczyźni mieli na szyjach piękne złote torq4, kobiety pyszniły się najrozmaitszymi ozdobami. Niektórzy z mężczyzn wyróżniali się tatuażami, inni nosili długie, rozpuszczone włosy i wąsy, a jeszcze inni usztywniali włosy gliną i stawiali je wysoko na sztorc jak przed bitwą. Tu i tam stały wspaniałe wojenne rydwany. Konie trzymano w zagrodach. Przy ogniskach bardowie śpiewali swoje pieśni. A niedawno pojawiła się grupa żonglerów i akrobatów. W letnim powietrzu rozchodziły się dźwięki harf, kościanych gwizdków i dud, wszędzie unosił się lekki dym, który mieszał się z zapachem pieczonego mięsa i miodowych placków. A tuż przy torze na ceremonialnym wzniesieniu czuwał nad wszystkim król Leinsteru.

Wyspa składała się z czterech części. Na północy leżały tereny pradawnych plemion Ulaid, kraj wojowników. Na zachodzie rozciągała się kraina magicznych jezior i dzikich wybrzeży – nazywano ją ziemią druidów. Południe zajmowała Muma, znana z muzyki. To tu, jak mówi legenda, synowie Mila po raz pierwszy spotkali boginię Eriu. I wreszcie na wschodzie leżały żyzne pola i pastwiska ludów Lagin. Podział ten istniał od niepamiętnych czasów i już na zawsze miał się zachować w nazwach geograficznych: Ulster, Connacht, Munster i Leinster.

Ale życie na wyspie nigdy nie zastygało w bezruchu. W ciągu ostatnich kilku pokoleń wśród pradawnych plemion zaszły istotne zmiany. Ludy zamieszkujące północną część wyspy – Leth Cuinn, czyli „połowa głowy”, jak ją nazywano – wszczęły walki, żeby przejąć władzę nad częścią południową, Leth Moga. Powstała nowa prowincja centralna Meath i teraz ludzie mówili, że wyspa składa się z pięciu, a nie czterech krain.

W każdej prowincji wódz najpotężniejszego klanu rządził jako król. Czasem zdarzało się, że jeden z takich władców obwoływał się Najwyższym Królem i żądał, by inni to uznali i składali mu daniny.

* * *

Finbarr spojrzał na przyjaciela i pokręcił głową. Było wczesne przedpołudnie i Conall miał niedługo wystartować w wyścigu.

– Mógłbyś się chociaż uśmiechnąć – rzucił Finbarr. – Straszny z ciebie ponurak.

– Przykro mi, ale nie umiem inaczej.

Tak to bywa, gdy jesteś zbyt wysoko urodzony, pomyślał Finbarr. Bogowie ciągle na ciebie patrzą. W celtyckim świecie zawsze tak było. Krążące nad domem kruki albo łabędzie opuszczające jezioro zapowiadały śmierć wodza klanu. Błędna decyzja króla mogła wpłynąć na pogodę. A gdy byłeś księciem, to ledwie przyszedłeś na świat, już druidzi głosili przepowiednie dotyczące całego twojego życia. I nie było przed tym ucieczki.

Conall odpowiadał wyobrażeniom o księciu idealnym – był szczupły, ciemnowłosy, przystojny, miał wyraziste rysy i orli nos. I rzeczywiście był księciem. Conall, syn Morny. Jego ojciec był niezrównanym wojownikiem. Czyż nie dlatego pochowano go w kurhanie w pozycji stojącej, z twarzą zwróconą ku wrogom plemienia? W celtyckim świecie był to największy hołd złożony zmarłemu.

W rodzie ojca Conalla uważano, że noszenie czerwieni przez mężczyzn przynosi im nieszczęście. A to był dopiero początek kłopotów młodzieńca. On sam urodził się trzy miesiące po śmierci ojca. Już samo to czyniło go wyjątkowym. Matka była siostrą Najwyższego Króla, który został jego opiekunem. A to oznaczało, że oczy całej wyspy zwróciły się na niego. A później swoje dorzucili druidzi. Pierwszy położył przed paromiesięcznym dzieckiem kilka gałązek z różnych drzew, a ono wyciągnęło rączkę po leszczynę. „On będzie poetą, człowiekiem wielkiej wiedzy” – oznajmił druid. Drugi wygłosił nieco mroczniejszą przepowiednię: „Sprowadzi śmierć na znakomitego wojownika”. Ale rodzina uznała to za dobry omen, o ile dojdzie do tego na polu bitwy. Dopiero trzeci druid ogłosił trzy geisy, które miały towarzyszyć Conallowi już do końca życia.

Geisy, czyli zakazy. Książę albo wojownik, który im podlegał, musiał się mieć na baczności. Groźby w nich zawarte zawsze się spełniały. Na tym polegała ich straszliwa moc. A do tego, jak wiele kapłańskich przepowiedni, brzmiały zagadkowo, więc nie można było mieć pewności, co oznaczają. Były jak pułapki. Finbarr nie ukrywał radości, że nikt nie złożył na nim żadnego geisu. Na dworze Najwyższego Króla wszyscy wiedzieli, że przestrogi dla Conalla brzmią tak:

Śmierć nie przyjdzie po Conalla, dopóki on

nie złoży własnego odzienia w ziemi – to pierwszy zakaz.

Nie wypłynie na morze o wschodzie słońca – to drugi zakaz.

Nie przybędzie do Tary w czarnej mgle – to trzeci zakaz.

Pierwsze nie miało sensu. Co do drugiego, to musiał się jedynie pilnować. I wydawało się, że trzecie zaklęcie nigdy się nie ziści. Wokół Tary, siedziby Najwyższego Króla często unosiły się mgły, ale czarnej jeszcze nikt nie widział.

Conall był rozważnym młodzieńcem. Szanował rodzinną tradycję. Finbarr nigdy nie widział go w czerwonym ubraniu. Książę unikał nawet dotykania czerwonych przedmiotów. „Tak mi się wydaje – powiedział kiedyś Finbarr – że jak będziesz się trzymał z daleka od morza, to będziesz żył wiecznie”.

Zostali przyjaciółmi w dzieciństwie, gdy grupa myśliwych, a wśród nich mały Conall, zatrzymała się na odpoczynek w skromnej zagrodzie rodziców Finbarra. Chłopcy od razu przypadli sobie do gustu – najpierw odbyli pojedynek zapaśniczy, a potem, znalazłszy sobie kije i piłkę, zajęli się grą nazywaną przez wyspiarzy hurlingiem. Jakiś czas potem Conall zapytał, czy nie mógłby znowu pojechać do nowego kolegi, i zanim minął miesiąc, zostali bliskimi przyjaciółmi. W końcu na prośbę księcia Finbarr zamieszkał z rodziną królewską i zaczął się szkolić w wojennym rzemiośle. Chłopców połączyła wielka przyjaźń. Conall lubił wesołość i pogodę ducha Finbarra, a ten cenił mądrość i rozwagę młodego arystokraty.

Conall nie należał wprawdzie do najbardziej umięśnionych młodzieńców, ale w sporcie nie miał sobie równych. Biegał szybko jak jeleń. Gdy ścigali się na lekkich, dwukołowych rydwanach, jedynie Finbarr mógł za nim nadążyć. Włócznia rzucana przez Conalla szybowała niczym ptak, do tego ze śmiercionośną celnością. Młody książę obracał tarczą tak szybko, że wzrok nie mógł za nią nadążyć. A gdy uderzał swoim ulubionym lśniącym mieczem, to choć ciosy innych były silniejsze, jego ostrze spadało najszybciej. Obaj chłopcy byli też muzykalni. Finbarr lubił śpiewać, a Conall dobrze grał na harfie i obaj często zabawiali towarzystwo na ucztach u Najwyższego Króla. A król żartem płacił im za to tak, jakby byli wynajętymi grajkami. Wojownicy lubili i szanowali Conalla. Ci, którzy pamiętali Mornę, twierdzili zgodnie, że jego syn zapowiada się na takiego samego przywódcę.

Tyle że Conall – co bardzo dziwiło Finbarra – wcale nie chciał być przywódcą.

Miał zaledwie sześć lat, gdy zniknął po raz pierwszy. Matka szukała go przez całe popołudnie, aż w końcu, tuż przed zachodem słońca, wrócił do domu ze starym druidem, który oznajmił, że chłopiec był u niego.

– Spotkałem go w lesie – wyjaśnił Conall, jakby jego nieobecność była czymś zupełnie normalnym.

– I co z nim robiłeś przez cały dzień? – spytała matka, gdy starzec już poszedł.

– Rozmawialiśmy.

– O czym? – zdziwiła się.

– O wszystkim – odparł radośnie chłopiec.

Tak było przez całe dzieciństwo. Conall bawił się z rówieśnikami, a potem znikał. Czasem zabierał ze sobą Finbarra, wędrowali wtedy po lasach albo podążali brzegiem rzek i strumieni. Finbarr umiał naśladować śpiew ptaków. Conall bardzo to lubił. A sam znał nazwy niemal wszystkich roślin na wyspie. Ale czasem podczas takich wypraw Finbarr wyczuwał, że przyjaciel, choć darzy go uczuciem, woli być sam. Wracał więc do domu, a Conall spędzał pół dnia w samotności.

Conall zawsze zapewniał Finbarra, że jest szczęśliwy. Ale gdy się głęboko zamyślał, na jego twarzy pojawiał się smutek. A kiedy grał na harfie, melodia nagle robiła się dziwnie rzewna. „Oto nadchodzi człowiek, którego smutek wziął sobie za przyjaciela” – mawiał czule Finbarr, gdy Conall wracał ze swoich samotnych wędrówek. Ale książę wybuchał wtedy śmiechem, dawał przyjacielowi żartobliwego kuksańca i rzucał się do ucieczki.

Nic więc dziwnego, że gdy Conall w wieku siedemnastu lat stał się mężczyzną, inni młodzieńcy nazywali go z podziwem druidem.

Na wyspie były trzy grupy ludzi posiadających wiedzę. Najniżej w tej hierarchii stali bardowie, pieśniarze i bajarze, którzy zabawiali gości na ucztach. Górowali nad nimi filidzi, strażnicy genealogii, poeci, a nawet wróżbiarze. Jednak najwyższą kastę stanowili budzący lęk druidzi.

Podobno w odległej przeszłości, jeszcze przed przybyciem Rzymian, najwięksi, obdarzeni najgłębszą wiedzą druidzi mieszkali na sąsiedniej Brytanii i składali w ofierze nie tylko zwierzęta, ale także kobiety i mężczyzn. Ale to było dawno temu. Dziś druidzi żyli na zachodniej wyspie i nie było już nikogo, kto by pamiętał ostatnią ofiarę z ludzi.

Kształcenie druida trwało dwadzieścia lat. Po tym czasie miał on taką samą wiedzę jak bardowie i filidzi, ale oprócz tego był kapłanem, wiedział wszystko o świętych liczbach i zaklęciach, umiał rozmawiać z bogami. Druidzi składali ofiary i odprawiali ceremonie podczas zimowego przesilenia oraz innych dorocznych świąt. To oni wyznaczali dni zasiewów i dni uboju zwierząt. Nawet królowie nie ośmielali się niczego przedsięwziąć bez zasięgania rady druidów. Słowa rzucane przez nich w kłótni miały moc zadawania ran. A klątwy utrzymywały się przez kilkanaście pokoleń. Druidzi byli mądrymi doradcami, szanowanymi sędziami, nauczycielami obdarzonymi ogromną wiedzą, a gdy stawali się wrogami, budzili lęk.

Ale mieli też w sobie coś znacznie bardziej tajemniczego. Niektórzy z nich, tak jak szamani, umieli wchodzić w trans i przenosić się do innych światów. Potrafili nawet zamieniać się w zwierzęta albo ptaki. I Finbarr czasem się zastanawiał, czy Conall też przejawia te nadzwyczajne umiejętności.

Bo od dziecka spędzał z druidami dużo czasu. Mówiono, że zanim skończył dwadzieścia lat, miał większą wiedzę niż pozostali młodzieńcy szykujący się do stanu kapłańskiego. Takie zainteresowania nie były czymś dziwnym. Wielu druidów wywodziło się ze szlachetnych rodów, w przeszłości zdarzało się, że najwięksi wojownicy pobierali nauki u druidów albo filidów. Ale zaangażowanie Conalla i jego wiedza były niezwykłe. A do tego miał fenomenalną pamięć.

Jednak bez względu na to, co sam mówił, czuł się samotny, tak przynajmniej uważał Finbarr.

Kilka lat wcześniej książę ofiarował mu szczeniaka, co miało przypieczętować ich przyjaźń. Finbarr wszędzie go ze sobą zabierał. Nazwał go Cuchulainn na pamiątkę legendarnego herosa. Ale dopiero gdy szczeniak podrósł, mężczyzna zdał sobie sprawę z wartości podarunku. Bo Cuchulainn okazał się wspaniałym psem myśliwskim. Jednym z tych, po które na wyspę przybywali kupcy z odległych krajów i za które gotowi byli płacić sztabkami srebra albo rzymskimi monetami. Zwierzę było wprost bezcenne. Nie odstępowało Finbarra na krok.

– Jeśli kiedykolwiek coś mi się stanie – powiedział kiedyś Conall – Cuchulainn będzie ci przypominał o mnie i o naszej przyjaźni.

– Będziesz moim przyjacielem do końca życia – zapewnił go Finbarr. – I to ja umrę pierwszy.

Nie mógł się odwdzięczyć księciu podarunkiem podobnej wartości, więc starał się być tak wierny i lojalny wobec Conalla, jak Cuchulainn był wierny i lojalny wobec niego.

Conall miał też inną umiejętność. Umiał czytać.

Wyspiarze znali pismo. Wielu kupców przybywających z Brytanii i z Galii potrafiło czytać. Na używanych przez nich rzymskich monetach widniały łacińskie litery. Finbarr znał paru piśmiennych bardów i druidów. Kilka pokoleń wstecz wyspiarscy uczeni wykorzystali łacińskie spółgłoski i samogłoski i wymyślili własne, proste pismo, które miało służyć do rycia pamiątkowych napisów na słupach i stelach. Ale choć tu i tam widywało się takie kamienie pokryte dziwnymi kreskami, czyli ogamami, które wyglądały jak nacięcia na raboszu, pismo celtyckie nigdy nie stało się szeroko znane. I nie używano go też do utrwalania duchowego dziedzictwa wyspy.

– Co akurat łatwo da się wytłumaczyć – powiedział kiedyś Conall. – Wiedza druidów jest tajemnicą. Niepowołane osoby nie powinny mieć do niej dostępu. To by wzbudziło gniew bogów.

– A przy okazji kapłani straciliby swoją tajemną władzę – zauważył Finbarr.

– To możliwe. Ale jest też inny powód. Mocną stroną naszych uczonych, bardów, filidów i druidów jest wyjątkowa pamięć. Gdybyśmy spisali naszą wiedzę, to nie musielibyśmy jej pamiętać i nasza pamięć by osłabła.

– To po co nauczyłeś się czytać? – spytał Finbarr.

– Z ciekawości – odpowiedział Conall, jakby to było czymś oczywistym. – Poza tym – dodał z uśmiechem – ja nie jestem druidem.

Te słowa często dźwięczały echem w umyśle Finbarra. To jasne, że jego przyjaciel nie jest druidem. Ale… Bo czasem, gdy Conall śpiewał z zamkniętymi oczami albo gdy wracał ze swoich samotnych wędrówek z nieobecnym, melancholijnym wyrazem twarzy, jakby trwał w jakimś śnie, Finbarr nie mógł się opędzić od myśli, że jego przyjaciel przekroczył… granicę do innego świata.

Dlatego nie zdziwił się specjalnie, gdy pod koniec wiosny Conall wyznał:

– Chciałbym sobie zgolić włosy jak druidzi.

Druidzi nosili tonsury wygolone przez czubek głowy od jednego ucha do drugiego. W ten sposób zyskiwali wysokie, zaokrąglone czoła. Ale gdy jakiś druid miał już z przodu naturalną łysinę, wtedy tonsura była ledwo widoczna. Conall miał gęste włosy, więc jego tonsura wyglądałaby jak ciemny ślad nad brwiami w kształcie litery V.

Druid z książęcego rodu nie był czymś niezwykłym. Wielu wyspiarzy uważało wręcz, że stan kapłański stoi wyżej niż królowie.

Finbarr spojrzał z troską na przyjaciela.

– A co na to Najwyższy Król? – spytał.

– Trudno powiedzieć. Żałuję, że moja matka była jego siostrą.

Finbarr dobrze znał matkę Conalla, wiedział o jej oddaniu dla zmarłego męża, o jej determinacji, by syn podążył śladem ojca i został wielkim wojownikiem. Dwa lata temu na łożu śmierci błagała Najwyższego Króla, by uczynił wszystko dla zachowania rodu Morny.

– Druidom wolno się żenić – zauważył Finbarr. Co więcej, godność druida często przechodziła z ojca na syna. – I mieć dzieci, które zostaną wojownikami.

– To prawda – przyznał Conall. – Ale Najwyższy Król może uważać inaczej.

– A gdyby druidzi chcieli cię do siebie przyjąć, to król mógłby ci zabronić?

– Jeśli druidzi uznają, że król sobie tego nie życzy, to nawet nie będą prosić.

– Co więc zrobisz?

– Zaczekam. Może uda mi się ich przekonać.

Miesiąc później król wezwał do siebie Finbarra.

– Jesteś najbliższym przyjacielem mojego siostrzeńca – oznajmił. – Wiesz, że on chce zostać druidem? – Finbarr skinął głową. – W takim razie dobrze by było, gdyby zmienił zdanie. – To wszystko. Ale Najwyższy Król nie musiał mówić nic więcej.

* * *

Nie chciała tu przyjeżdżać. Z dwóch powodów. Pierwszy wynikał z egoizmu, Deirdre dobrze to wiedziała. Nie chciała opuszczać rodzinnego domu.

Było to dziwne miejsce, ale darzyła je miłością. Pośrodku wschodniego wybrzeża uchodziła do morza rzeka, która od swoich źródeł w górach Wicklow płynęła najpierw na południe, a potem zakręcała szeroko i wpadała do dużej zatoki między dwoma cyplami. W oczach Deirdre zatoka wyglądała jak Eriu, bogini ziemi, matka wyspy, rozkładająca ramiona na przywitanie morza. W głębi lądu rzeka tworzyła rozległą nieckę znaną jako równina Liffey. Była to rzeka kapryśna, skłonna do nagłych wybuchów. Gdy wpadała w gniew, jej wezbrane wody pędziły jak szalone, zabierając wszystko na swojej drodze. Ale takie napady wściekłości zdarzały się rzadko. Na ogół nurt był spokojny, rzeka szeptała cicho i melodyjnie. Gładkie wody fal pływowych, zalesione moczary, okolone murawą przybrzeżne równiny błotne – w ujściu panowała łagodna cisza przerywana jedynie odległymi okrzykami mew, świergotem kulików i szelestem skrzydeł czapli szybujących ponad usłanym muszlami brzegiem.

Z wyjątkiem kilku rzadko rozrzuconych zagród, nad którymi nadzór sprawował ojciec Deirdre, okolica była bezludna. Tutejszy krajobraz miał dwie charakterystyczne cechy. Pierwsza była dziełem człowieka. Oto przed szerokim na półtora kilometra ujściem rzeki, w najpłytszym miejscu, na osadzonych na palach i połączonych ze sobą ramach z plecionką powstał drewniany trakt, który przecinał bagna i docierał do twardego, północnego brzegu. Stąd nazwa Ath Cliath, wymawiana jak „ał klija”, w miejscowym celtyckim oznaczająca „bród na grobli”.

Druga cecha była dziełem natury. Deirdre stała na wschodnim krańcu niskiego grzbietu górskiego, biegnącego nad brodem wzdłuż południowego brzegu. Poniżej wpadał do rzeki płynący z południa strumień. Nieco wcześniej, na styku z małym wzniesieniem, strumień tworzył zakręt, w którym powstał ciemny, głęboki zbiornik wodny. Nazywano go Czarnym Stawem, Dubh Linn. Co brzmiało jak „duw lin”.

Okolica miała dwie nazwy, ale była niezamieszkana. Na zboczach gór Wicklow już od niepamiętnych czasów istniały ludzkie osiedla. Na wybrzeżu, na północ i na południe od ujścia rzeki, leżały wioski rybackie i małe przystanie. Ale nadrzeczne mokradła, choć Deirdre tak kochała ich milczące piękno, nie zachęcały do osadnictwa.

Dubh Linn stanowił pogranicze, ziemię niczyją. Na północ, na południe i na zachód od ujścia ciągnęły się terytoria potężnych wodzów i choć od czasu do czasu któryś z nich obwieszczał swoje zwierzchnictwo nad podmokłą równiną, to tak naprawdę żaden nie był tym terenem zainteresowany. Dzięki temu Fergus, ojciec Deirdre, mógł być tu niekwestionowanym naczelnikiem.

Jego terytorium, choć prawie bezludne, miało swoje znaczenie, tu bowiem krzyżowały się ważne szlaki. Biegnące z północy i z południa slige, czyli stare, wykarczowane w gęstych lasach drogi, spotykały się przy brodzie. Na zachód szła pradawna Slige Mhor, Wielka Droga. Fergus nie tylko był stróżem rozstajów, ale też w swoim domu oferował podróżnym zwyczajową gościnę.

Kiedyś przejeżdżało tędy więcej ludzi. Morze ciągnące się za zatoką przypominało wielkie jezioro oddzielające dwie wyspy i od stuleci tutejsze plemiona handlowały ze sobą, zawierały małżeństwa i przesiedlały się z miejsca na miejsce. Gdy potężne rzymskie imperium opanowało wschodnią wyspę – nazwano ją Brytanią – na mniejszą przybyli rzymscy kupcy. Założyli na wybrzeżu niewielkie faktorie i czasem zapuszczali się aż do ujścia. Deirdre wiedziała, że kiedyś wylądowały tu też rzymskie oddziały i powstał obóz warowny. Istniało nawet zagrożenie, że zdyscyplinowani legioniści opanują zachodnią wyspę. Ale ten zamiar się nie powiódł. Odpłynęli, zostawiając magiczne ziemie w spokoju. Deirdre była z tego dumna. Dumna z kraju i ludu Eriu, który zachował pradawne zwyczaje i nigdy się nie poddał.

Teraz jednak rzymskie imperium było w odwrocie. Wdzierały się do niego barbarzyńskie plemiona, złupiono stolicę cesarstwa. Legiony opuściły Brytanię, rzymskie placówki handlowe opustoszały.

Część odważniejszych wodzów z zachodniej wyspy umiała wykorzystać te zmiany. Bezbronna Brytania stała się ofiarą najazdów i do grodów Eriu płynęło złoto, srebro i niewolnicy. Ale te wyprawy wyruszały z portów leżących nieco dalej na północ. W ujściu Liffey ustał ruch i handel, mimo że czasem pojawiali się tu jacyś kupcy.

Domostwo Fergusa, syna Fergusa, składało się z kilku chat i szop – jedne były kryte strzechą, inne darnią – ustawionych na zboczu kolistego terenu otoczonego płotem i wałem ziemnym. Takie grodziska pierścieniowe – bo tak brzmiała ich prawidłowa nazwa – powstawały na wyspie coraz liczniej. W miejscowym języku celtyckim nazywano je rath. Rath Fergusa był w zasadzie większą wersją zwykłego obejścia gospodarskiego, często widywanego na bardziej żyznych połaciach wyspy. Stał tu niewielki chlew, zagroda dla bydła, spichrz i dwa budynki mieszkalne – jeden okazalszy, a drugi mały. Prawie wszystkie zabudowania miały okrągły kształt i mocne ściany z plecionki. W obejściu było wystarczająco dużo miejsca dla rodziny Fergusa, dla pastucha i jego rodziny, dla barda – bo naczelnik, dbając o swój status, miał własnego barda, który odziedziczył tę funkcję po ojcu i dziadku – i oczywiście dla zwierząt gospodarskich. Choć rzadko się zdarzało, by wszyscy przebywali w gospodarstwie jednocześnie, to i tak łatwo by się wtedy pomieścili, bo ludzie byli przyzwyczajeni do spania w jednym pomieszczeniu. Tak właśnie wyglądał rath Fergusa usytuowany na niewielkim wzniesieniu nad brodem. Do jego majątku należało jeszcze zaliczyć młyn wodny nad strumieniem oraz przystań nad rzeką.

Drugi powód, dla którego Deirdre nie chciała się pojawić w Carmun, dotyczył jej ojca. Bała się, że Fergus zostanie zabity.

Fergus, syn Fergusa. Pradawne wyspiarskie społeczeństwo miało ściśle ustaloną hierarchię obejmującą wiele klas. Każda klasa, od króla przez druidów aż po niewolników, miała własny derbfine – system określający zasady przynależności i zasady dziedziczenia – oraz własną cenę krwi w wypadku śmierci lub obrażeń. Każdy człowiek znał swoją rangę i rangę swoich przodków. A Fergus był naczelnikiem.

Wśród mieszkańców rzadko rozrzuconych zagród, których nazywał swoim plemieniem, cieszył się szacunkiem i uchodził za dobrotliwego, choć skorego do wybuchów przywódcę. Na pierwszy rzut oka wysoki naczelnik sprawiał wrażenie człowieka milczącego i powściągliwego. Ale gdy spotykał jakiegoś gospodarza winnego mu posłuszeństwo albo pastucha, należało się spodziewać długiej i wyczerpującej rozmowy. Przede wszystkim jednak ten stróż brodu na grobli lubił poznawać nowych ludzi, bo wszystko go ciekawiło. Podróżny, który zawitał do Ath Cliath, mógł zawsze liczyć na sutą gościnę, ale dopóki Fergus nie uznał, że wydobył z niego ostatnie skrawki informacji o nim samym i o świecie, a potem sam się nie nagadał, nie było co marzyć o wyruszeniu w dalszą drogę.

Gościowi, który zaskarbił sobie szczególne względy, Fergus proponował wino, a potem podchodził do stołu, na którym trzymał swoje najcenniejsze skarby, i wracał, niosąc ze czcią jakiś jasny przedmiot. Była to misternie obrobiona ludzka czaszka. Górną część starannie odcięto, a brzeg obramowano złotem. Czaszka miała niewielki ciężar. Kość była gładka jak skorupka jaja. Puste oczodoły patrzyły obojętnie, jakby przypominały, że wszyscy ludzie będą musieli zejść z tego świata, podobnie jak dawny właściciel czaszki. Szeroki uśmiech zdawał się mówić, że w pewnym sensie śmierć nie ma znaczenia – bo wszyscy wiedzieli, że siedząc wokół domowego paleniska, mają do towarzystwa duchy zmarłych.

– To jest głowa wojownika Erca – mówił z dumą Fergus. – Zabił go mój dziadek.

Deirdre na zawsze zapamiętała ten dzień, gdy nieopodal zagrody przejeżdżała grupka wojowników. Na południu dwa klany stoczyły ze sobą bitwę i po walce mężczyźni wracali na północ. Było ich trzech i wszyscy wydali jej się ogromni. Dwóch miało długie wąsy, a trzeciemu sterczał na wygolonej głowie grzebień z postawionych na sztorc włosów. Powiedziano jej, że te przerażające postacie to wojownicy. Ojciec przywitał ich ciepło i zaprosił do środka. I wtedy Deirdre ujrzała makabryczny widok: przez zad jednego z koni przerzucony był rzemień z przywiązanymi trzema ludzkimi głowami. Krew na szyjach zamieniła się w ciemną skrzeplinę, szeroko otwarte oczy patrzyły przed siebie, choć nic nie widziały. Przyglądała im się ze zgrozą i fascynacją. A kiedy wbiegła do domu, ojciec wznosił toast czaszką ze złotym brzegiem.

Wkrótce miała się dowiedzieć, że czaszkę należy traktować z czcią i szacunkiem. Tak samo jak tarcza i miecz ojca, była symbolem dumnej przeszłości rodu. Przodkowie Deirdre byli wojownikami, godnymi towarzyszami książąt i herosów, a nawet samych bogów. Czy bogowie w swoich jasnych pałacach także pijali z takich czaszek? Była przekonana, że tak. Bo czy bogowie mogli pić inaczej niż bohaterowie? Jej rodzina władała niewielkim terytorium, ale ona nosiła dumnie głowę, miała bowiem przed oczami miecz, tarczę i obramowaną złotem czaszkę.

Deirdre pamiętała z dzieciństwa rzadkie wybuchy ojcowskiego gniewu. Zdarzały się, gdy ktoś próbował Fergusa oszukać albo nie okazał mu należnego szacunku. Potem jednak doszła do wniosku, że ta złość była niekiedy udawana, zwłaszcza gdy ojciec negocjował sprzedaż albo zakup bydła. Nie przeszkadzały jej ani ojcowskie wybuchy, ani wściekłe ryki, które im towarzyszyły. Mężczyzna, który nigdy nie wpadał w gniew, nigdy nie był gotowy do walki, nie był prawdziwym mężczyzną. Życie bez takich okazjonalnych napadów wydawało się nudne, pozbawione naturalnej ekscytacji.

Ale w ciągu ostatnich trzech lat po śmierci matki zaszła pewna zmiana. Ojciec stracił chęć do życia, zaniedbywał obowiązki, częściej wybuchał złością i wdawał się w kłótnie właściwie bez powodu. Rok temu omal nie pobił się z młodym szlachcicem, który ośmielił mu się sprzeciwić w jego własnym domu. Do tego doszło picie. Dawniej nawet podczas wielkich uczt ojciec raczej unikał trunków. Ale od kilku miesięcy on i bard coraz częściej pili obficie wieczorami, a przy paru takich okazjach przygnębienie Fergusa zamieniało się w atak wściekłości, za który wprawdzie przepraszał następnego dnia, ale niemiłe wrażenie pozostawało. Po śmierci matki Deirdre z dumą zajęła miejsce najważniejszej kobiety w domu i w skrytości ducha miała nadzieję, że ojciec nie weźmie sobie nowej żony. Ale od jakiegoś czasu przychodziło jej do głowy, że byłoby to dobre rozwiązanie. A wtedy, myślała, ja też będę musiała wyjść za mąż, bo w domu nie będzie miejsca dla dwóch kobiet. Choć taka perspektywa wcale jej nie cieszyła.

Czasem zastanawiała się, czy ojciec nie ma innych powodów do zmartwień. Nigdy o tym nie wspominał – duma mu nie pozwalała – ale podejrzewała, że Fergus żyje ponad stan. Wydawało się to mało prawdopodobne, bo na wyspie we wszystkich transakcjach płaciło się bydłem, a Fergus miał duże stada. Wiedziała jednak, że obiecał jakiemuś kupcowi swoją najcenniejszą pamiątkę rodową – złoty torq noszony na szyi jak talizman i będący oznaką wodzowskiej pozycji. Wytłumaczył to wtedy dość prosto: „Kupiec dał mi bardzo dobrą cenę. A za kilka lat będę miał tyle bydła, że z łatwością odkupię naszyjnik. Robię to, co mi się opłaca” – dorzucił szorstko. Owszem, ojciec należał do najlepszych hodowców bydła w całym Leinsterze, lecz te słowa jej nie przekonały. Zwłaszcza że w ciągu ostatniego roku kilkakrotnie pomrukiwał coś o długach, choć nie umiała się domyślić, o co mu chodzi. A trzy miesiące temu wydarzyło się coś, co przeraziło ją nie na żarty. Oto pojawił się u nich człowiek, którego wcześniej nie widziała na oczy, i przed wszystkimi domownikami ordynarnie oznajmił, że Fergus jest mu winien dziesięć krów i że dla własnego dobra powinien natychmiast spłacić zobowiązanie. Deirdre nigdy nie widziała ojca tak rozsierdzonego, lecz podejrzewała, że ta złość wynikała z upokorzenia, gdy sprawa wyszła na jaw. Ojciec odmówił, ale wierzyciel wrócił po tygodniu z dwudziestką uzbrojonych mężczyzn i zabrał nie dziesięć, lecz dwadzieścia sztuk bydła. Fergus niemal wpadł w szał i poprzysiągł srogą zemstę. Oczywiście nie spełnił groźby, ale od tamtego czasu jego napady złego humoru coraz trudniej było znieść. A w tym tygodniu już dwa razy uderzył jednego z niewolników.

Dlatego Deirdre zachodziła w głowę, czy przypadkiem na wielkim zgromadzeniu w Carmun nie ma innych osób, u których ojciec się zadłużył. To możliwe. Najbardziej obawiała się, że ojciec uzna, iż ktoś go obraził, albo po pijanemu znajdzie sobie jakiś inny powód do awantury. Bo podczas świątecznych obchodów obowiązywała żelazna zasada: żadnych bijatyk. Ten zakaz był koniecznością przy tak wielkiej liczbie rywalizujących w zawodach i ucztujących. Wzniecanie niepokojów było niewybaczalną obrazą samego króla. Król mógłby za to zabić, a druidzi, bardowie i wszyscy pozostali przyznaliby mu rację. W inne dni wolno było pokłócić się z sąsiadem albo wyprawić się po cudze bydło, jeśli oznaczało to podjęcie honorowej walki. Ale podczas święta Lughnasa za coś takiego ryzykowało się głowę.

Deirdre wiedziała, że w obecnym stanie ojciec gotów jest wdać się w bijatykę. I co wtedy? Drobny kacyk z mało znanego Dubh Linn nie mógłby liczyć na żadną łaskę. Ta myśl przyprawiała ją o drżenie. Przez miesiąc próbowała go przekonać, żeby nie jechali na święto. Ale bez skutku. Fergus był zdecydowany. A do tego zamierzał zabrać ze sobą córkę i dwóch młodszych synów.

– Mam tam coś ważnego do załatwienia – oznajmił, ale nie chciał powiedzieć, co to miało być.

Dlatego była zupełnie nieprzygotowana na to, co się wydarzyło dzień przed odjazdem. O świcie ojciec poszedł z braćmi na ryby i wrócił wczesnym przedpołudniem.

Fergusa dało się rozpoznać nawet z dużej odległości, czy to na wzgórzach, gdzie zajmował się bydłem, czy nad rzeką, gdy wychodził na połów. Jego wysoka postać przesuwała się z niespieszną łatwością, jakby długimi, powolnymi krokami połykała przestrzeń. Idąc, nie zwykł rozmawiać, a gdy wędrował po okolicy, w jego postawie i zachowaniu było coś, co mówiło, że uważa za swoją własność nie tylko okoliczne tereny, ale i całą wyspę.

Zbliżał się od strony łąki, trzymał w dłoni długi kij, synowie szli posłusznie za nim. Jego twarz z krzaczastymi wąsami i długim nosem była czujna i zamyślona nawet we śnie, co Deirdre przywodziło na myśl starego, mądrego łososia. Gdy wszyscy trzej podeszli bliżej, ojciec uśmiechnął się szeroko.

– I co, ojcze, złowiłeś coś? – spytała.

Ale on, zamiast odpowiedzieć, rzucił pogodnie:

– Wyruszamy jutro, żeby poszukać ci męża.

* * *

Dla kowala Goibniu te dziwne rzeczy zaczęły się pewnego poranka przed miesiącem. Nawet nie umiał sobie przypomnieć, co się tamtego dnia wydarzyło. Ale przecież wszyscy wiedzieli, że w okolicy mieszka mnóstwo duchów.

Najświętszą rzeką na wyspie była Boyne. Uchodziła do morza o jeden dzień drogi na północ od Dubh Linn, a władzę nad leżącymi nad nią ziemiami sprawował król Ulsteru. Boyne płynęła wolno i łagodnie przez najżyźniejsze ziemie na wyspie, a jej wody obfitowały w łososie. Było jednak pewne miejsce, którego bali się wszyscy – położone na niskim wzniesieniu górującym nad północnym brzegiem. Stały tam prastare kurhany.

Był pogodny poranek, gdy Goibniu znalazł się przy jednym z nich. Zawsze tamtędy przechodził, gdy był w okolicy. Wielu ludzi bało się tego zakątka, ale nie on. Daleko na zachodzie widać było wierzchołek Tary, królewskiego wzgórza. Goibniu spojrzał w dół, gdzie łabędzie sunęły łagodnie po rzece. Ścieżką nad brzegiem szedł mężczyzna z sierpem. Gdy zauważył Goibniu, skinął niechętnie głową, a kowal odwzajemnił gest z drwiącą uprzejmością.

Goibniu – co brzmiało jak „gownju” – nie cieszył się szczególną sympatią. Nie był wysoki, ale bystrość umysłu i niespokojny wzrok dawały mu przewagę w każdym towarzystwie. Jego twarz nie robiła dobrego wrażenia. Wystający podbródek, obwisłe wargi i niemal stykający się z nimi czubek nosa, wyłupiaste oczy i wysokie czoło z rzedniejącymi włosami – już samo to wystarczało, by łatwo zapadał w pamięć. A do tego w młodości stracił w walce oko – teraz było ono ciągle zamknięte, a drugie patrzyło na świat z przerażającym zezem. Niektórzy powiadali, że Goibniu miał zeza, zanim jeszcze utracił oko. W każdym razie ludzie dali mu przezwisko Balar – tak jak się nazywał zły jednooki władca Fomorian, legendarnego plemienia ohydnych olbrzymów – o czym Goibniu dobrze wiedział. I nawet go to bawiło. Ludzie go nie lubili, ale się go bali. Co miało swoje zalety.

Bali się nie bez powodów. I nie chodziło o to wszystkowidzące oko, tylko o umysł, który się za nim krył.

Goibniu był ważną postacią. Jako jeden z najlepszych mistrzów rzemiosła cieszył się, pomimo prostackiego imienia, szlacheckim statusem. Znany był jako kowal – i nikt na całej wyspie nie umiał wykuwać lepszej broni niż on – ale obrabiał też cenne kruszce. Kwoty, które najznamienitsi dostojnicy płacili za jego złote ozdoby, uczyniły go bogaczem. Sam Najwyższy Król zapraszał go do siebie na uczty. Jednak największy podziw budziły jego spryt i przebiegły umysł. Potężni wodzowie, a nawet druidzi, zwracali się do niego po radę. „Goibniu jest mądry – mawiali, ale potem dorzucali cicho: – I lepiej mieć go za przyjaciela niż za wroga”.

Teraz za plecami miał największy kurhan. Takie owiane tajemnicą kopce spotykało się na wyspie często. Wyspiarze nazywali je sid – co wymawiali jako „szi”.

Po tym akurat widać było upływ czasu. W wielu miejscach strome ściany osunęły się i pokryły darnią. Budowla nie wyglądała już jak cylinder z wypukłym dachem, tylko jak pagórek z kilkoma wejściami. Pokrycie z kwarcu, w którym dawniej odbijało się słońce, prawie całe odpadło i przed dawnymi drzwiami leżało teraz małe osuwisko jasnych metalicznych kamieni. Goibniu stanął twarzą do kurhanu.

Mieszkali tu Tuatha De Danaan. W kurhanie miał swoją siedzibę Dagda, dobrotliwy bóg słońca. A wszystkie sidy rozsiane po wyspie były wejściami do boskich zaświatów. Te opowieści znali wszyscy. Najpierw na wyspę przybyło jedno plemię, a potem następne. Bogowie, olbrzymy, niewolnicy – ich duchy krążyły po okolicznych ziemiach jak obłoki mgły. Ale największą chwałą cieszyli się Tuatha De Danaan, ród bogini Anu – albo Danu – bogini bogactwa i rzek. Wojownicy i myśliwi, poeci i rzemieślnicy – powiadano, że przybyli na wyspę, dosiadając chmur. To do nich należał złoty wiek. I to właśnie ich spotkali synowie Mila, gdy dobili do wybrzeży. I jedna z nich, bogini Eriu, przyrzekła synom Mila, że będą tu żyli po wsze czasy, jeśli nadadzą wyspie jej imię. To wszystko wydarzyło się dawno temu. Nikt nie wiedział kiedy. Potem stoczono wiele bitew. Aż wreszcie Tuatha De Danaan opuścili świat żywych i zeszli do podziemia. I wciąż tam mieszkali – pod jeziorami, pod wzgórzami oraz daleko, daleko za morzem, na legendarnych Wyspach Zachodnich, gdzie ucztowali we wspaniałych dworach.

Jednak Goibniu w to wątpił. Wiedział, że kopce zbudowali ludzie. A do tego ich konstrukcja nie różniła się specjalnie od budowli z ziemi i kamienia wznoszonych obecnie. Ale skoro Tuatha De Danaan schronili się pod kopcami, to znaczy, że kurhany musiały powstać w tamtych dawnych czasach. Czyżby zbudowało je boskie plemię? Goibniu uważał, że to prawdopodobne. Może i wywodzili się od bogini, ale byli też ludźmi. Ale jeśli się nie mylił, to należało zauważyć jeszcze jedną dziwną rzecz. Otóż na rzeźbionych głazach przy starych kurhanach znajdowały się takie same ornamenty jak na metalowych wyrobach wytwarzanych dzisiaj. Na bagnach i w innych miejscach natykano się też na pięknie obrobione złote przedmioty, które według Goibniu musiały być stare i które miały podobne zdobienia. Kowal dobrze się na tym znał. Czy napływające plemiona jedynie kopiowały wzory pozostawione przez ród bogini Danu? A może, co było bardziej prawdopodobne, jacyś członkowie rodu pozostali na ziemi i przekazywali swoje umiejętności dalej? Krótko mówiąc, czy całe plemię, niech będzie że z boskim rodowodem, naprawdę zniknęło pod ziemnymi kurhanami?

Goibniu wpatrywał się w sid. Zwłaszcza jeden kamień zawsze przyciągał jego uwagę. Był to wielki głaz, prawie dwumetrowy, który kiedyś stał przed wejściem. Kowal podszedł do niego.

Ciekawe. Wijące się linie tworzyły na nim kilka wzorów, ale najbardziej rzucały się w oczy duże potrójne spirale. Tak jak zawsze, gdy tu zaglądał, przesunął dłońmi po kamieniu. Palce podążały wzdłuż zagłębień, szorstka powierzchnia głazu dawała w upale przyjemny chłód. Największa spirala była podwójna, wyglądała jak dwa splecione węgorze z głowami w środku. Gdy się podążało wzdłuż zwojów na zewnątrz, dochodziło się do drugiej spirali na dole, także podwójnej. Najmniejsza spirala, pojedyncza, spoczywała na wirujących ramionach dwóch pozostałych, lekko ich dotykając. Zewnętrzne zwoje spirali wylewały się niczym fale zalewowe na plaży i wijącymi się rzekami opływały cały kamień.

Co mogły oznaczać? Co symbolizował trójlistny ornament? Trzy spirale, połączone ze sobą, a jednocześnie niezależne, schodzące do centrum i wylewające się na zewnątrz ku nieskończonej nicości. Były symbolem słońca, księżyca i ziemi? Czy może trzech świętych rzek z na wpół zapomnianego świata?

Kiedyś spotkał szaleńca rysującego taki wzór. Było to o tej samej porze roku, tuż przed żniwami, kiedy resztki starego ziarna pokrywają się pleśnią, a biedacy, którzy je zjadają, zaczynają się dziwnie zachowywać i mają intensywne sny. Goibniu natknął się na takiego nad brzegiem morza. Nieszczęśnik był sam, patrzył przed siebie niewidzącym wzrokiem, w ręce trzymał zniszczoną laskę i rysował nią na piasku spirale takie jak te. Głupiec czy mędrzec? Goibniu wzruszył ramionami. Kto to wie? Zresztą jeden nie różni się od drugiego.

W porannej ciszy przesuwał palcami po wyżłobieniach. Jedno było pewne. Goibniu miał wrażenie, że ten, kto wyrył te spirale, czy był z ludu Tuatha Da Danaan, czy nie, jest jego bratem w rzemiośle. Dla innych ludzi sid był miejscem strasznym i ponurym, ale nie dla niego. Lubił te kamienne kosmiczne spirale.

I wtedy doznał czegoś dziwnego. Nie dało się tego nazwać słowem. Było jak echo w umyśle.

Zbliżały się obchody święta Lughnasa. Kowal postanowił wcześniej, że w tym roku nie pojedzie na wyścig do Carmun. Jednak teraz, gdy stał przy głazie ze spiralami, nawiedziło go przeczucie, że jednak powinien się tam udać. Nie wiedział jednak dlaczego.

Zaczął się wsłuchiwać. Wokół panowała cisza. Ale ta cisza wydawała się znacząca, jakby kryła w sobie wiadomość niesioną z daleka przez posłańca, wiadomość, która wyłaniała się nad horyzontem jak chmura. Goibniu był człowiekiem twardo stąpającym po ziemi, nie ulegał dziwnym nastrojom ani omamom. Nie mógł jednak zaprzeczyć, że od czasu do czasu, gdy wędrował po wyspie, docierały do niego dziwne znaki, których nie umiał wytłumaczyć. Czekał. I znów to echo, jak na wpół zapomniany sen. Miał wrażenie, że w Carmun wydarzy się coś niezwykłego.

Wzruszył ramionami. Może to nic nie znaczy, ale takich rzeczy nie wolno lekceważyć. Spojrzał na południe. No cóż, pojedzie na święto Lughnasa do Carmun. Kiedy to ostatnio był na południu? W zeszłym roku, gdy szukał złota w górach koło Dubh Linn. Uśmiechnął się. Kochał złoto.

A potem zmarszczył czoło. Przypomniał sobie coś jeszcze z tamtej podróży. Przeprawiał się przez rzekę przy brodzie na grobli. Był tam taki wielkolud. Fergus. Goibniu pokiwał głową w zadumie. I ten wielkolud miał u niego dług wart dwadzieścia sztuk bydła. Termin spłaty dawno już minął. Na myśl o tym niesłownym kacyku kowal poczuł złość. Ciekawe, czy Fergus też się wybiera na święto.

* * *

Podróż do Carmun nie sprawiła Deirdre żadnej przyjemności. Wyruszyli z Dubh Linn o świcie, kiedy padała drobna mżawka. Nie było ich dużo: Deirdre, jej ojciec, bracia, bard i młodszy niewolnik z Brytanii. Mężczyźni dosiadali koni, ona i niewolnik jechali na wozie. Ich konie były niskie i krępe – w późniejszych czasach będzie się je nazywać kucami – ale poruszały się zwinnie i cechowały wytrzymałością. Do zmroku mieli pokonać prawie całą odległość, a na miejsce dotrzeć następnego dnia.

To nie deszcz jej przeszkadzał. Mieszkańcy wyspy nawet nie zwracali uwagi na taką mżawkę. Gdyby zapytać Fergusa, jaka jest pogoda, z pewnością by odpowiedział: „Mamy przyjemny dzień”. Deirdre włożyła na drogę zwyczajne ubranie: wełnianą suknię w kratę, lekką pelerynę spiętą na ramieniu i skórzane sandały. Jej ojciec miał na sobie tunikę z pasem i pelerynę. I tak jak większość mężczyzn na wyspie gołe nogi.

Przez jakiś czas jechali w milczeniu. Przekroczyli bród. Legenda mówiła, że groblę wzniesiono dawno temu na rozkaz jakiegoś jasnowidza. Ale teraz to Fergus jako miejscowy naczelnik powinien utrzymywać przeprawę w dobrym stanie. Były to właściwie plecione tratwy połączone w odpowiednich miejscach za pomocą drągów i obciążone ciężkimi kamieniami – grobla była na tyle solidna, że zmywały ją dopiero duże powodzie. Na drugim brzegu, gdzie przeprawa biegła po podmokłym gruncie, pod wozem zarwał się kawałek przegniłej plecionki.

– Trzeba będzie się tym zająć – mruknął ojciec z roztargnieniem, ale Deirdre wiedziała, że upłynie pewnie kilka tygodni, zanim uszkodzenie zostanie naprawione.

Minąwszy bród, skierowali się na zachód i podążyli w górę Liffey. Na obu brzegach rzeki rosły wierzby. Tam gdzie grunt był suchy, pojawiały się gęsto jesiony i powszechne na całej wyspie dorodne dęby. Dair – tak dąb nazywał się w języku Celtów. Brzmiało to trochę jak „deri”. Gdy tak wędrowali leśnym traktem, deszcz ustał i wyszło słońce. Minęli dużą polanę. Dopiero gdy znów wjechali w las, Deirdre postanowiła się odezwać.

– Jakiego więc męża dostanę?

– Zobaczymy. Takiego, który spełni wszystkie warunki.

– A jakież to warunki?

– Należne jedynej córce naszej rodziny. Twój mąż ożeni się z prawnuczką wojownika Fergusa. Rozmawiał z nim sam Nuada ze Srebrną Ręką5. Pamiętaj o tym.

Jakżeby mogła o tym zapomnieć! Przecież słyszała tę opowieść, zanim jeszcze nauczyła się chodzić. Nuada ze Srebrną Ręką, ten, który stwarza chmury. W Brytanii, gdzie przedstawiano go jako rzymskiego Neptuna, wzniesiono mu wielką świątynię nad rzeką Severn. Jednak na zachodniej wyspie uznano go za jednego z Dananian, a królowie tej części wyspy uważali go za swojego przodka. Nuada zapałał szczególną sympatią do jej pradziadka. Jej przyszły mąż będzie musiał się z tym liczyć. Podobnie jak z całym rodzinnym dziedzictwem. Spojrzała z ukosa na ojca.

– A jeśli odmówię? – rzuciła. Zgodnie z pradawnym prawem kobieta mogła wybrać sobie męża, a potem się z nim rozwieść, jeśli taka była jej wola. Ojciec nie mógł zmusić Deirdre do zamążpójścia, ale mógł bardzo jej uprzykrzyć życie, gdyby trwała przy swojej decyzji.

Już wcześniej różni mężczyźni składali ojcu takie propozycje. Ale po śmierci matki, gdy Deirdre zajęła się gospodarstwem i wychowaniem braci, temat jej zamążpójścia ucichł. Ostatnie oświadczyny, o jakich wiedziała, miały miejsce pewnego dnia, gdy akurat wyszła z domu. Dopiero po powrocie usłyszała od braci, że pewien mężczyzna o nią prosił. Jednak dalszy ciąg tej rozmowy nie brzmiał zachęcająco.

Ronan i Rian – jeden młodszy o dwa, a drugi o cztery lata. Zapewne nie byli gorsi niż reszta chłopców w ich wieku. Ale potrafili wyprowadzić z równowagi.

– Przyjechał, jak cię nie było – oznajmił Ronan.

– Jaki był?

– Zwyczajny, jak mężczyzna. Podobny do ojca. Tylko młodszy. Był w podróży.

– I co dalej?

– Zaczęli rozmawiać.

– A co ojciec powiedział?

– No, zwyczajnie rozmawiali. – Ronan spojrzał na Riana.

– Nie słuchaliśmy za bardzo – dorzucił Rian. – Ale chyba coś chciał za ciebie dać.

Przyjrzała im się. Nie, nie unikali odpowiedzi. Po prostu tacy byli. Dwaj tyczkowaci młokosi rzadko używający rozumu. Zupełnie jak szczeniaki. Pokazać im zająca, a rzucali się za nim w pogoń. Tylko to ich bawiło.

Ciekawe, jak sobie bez niej poradzą.

– Byłoby wam przykro, gdybym wyszła za mąż i was zostawiła?

Znów spojrzeli na siebie.

– Odjedziesz stąd prędzej czy później – zauważył Ronan.

– Damy sobie radę – zapewnił Rian. – Poza tym mogłabyś nas odwiedzać – dorzucił po chwili namysłu.

– Mili jesteście – powiedziała z gorzką ironią, ale oni jej nie wyczuli. No cóż, po chłopcach w tym wieku nie należy się spodziewać wdzięczności.

Później zaczęła wypytywać ojca, lecz on dał jej tylko zdawkową odpowiedź.

– Za mało zaproponował.

Wydawanie córki za mąż polegało na ostrożnych negocjacjach. Urodziwa kobieta ze szlachetnego rody była cennym nabytkiem dla każdej rodziny, ale mężczyzna, który chciał ją poślubić, musiał za nią odpowiednio zapłacić. Na wyspie obowiązywał taki obyczaj.

Najwyraźniej w obecnych okolicznościach Fergus postanowił ją sprzedać. Właściwie nie powinno jej to dziwić. Tak już po prostu jest. Jednak czuła się zraniona i zdradzona. Po tym wszystkim, co dla niego zrobiłam po śmierci matki, tylko tyle dla niego znaczę? – gryzła się w myślach. Jestem po prostu sztuką bydła, którą trzyma się tak długo, jak to konieczne, a potem sprzedaje? Wierzyła, że ojciec ją kocha. I zapewne tak było. Dlatego uznała, że zamiast się nad sobą użalać, powinna raczej mu współczuć i pomóc w znalezieniu odpowiedniego kandydata.

Była ładna. Ludzie wręcz mówili, że jest piękna, tak słyszała. Nie była jakaś wyjątkowa. Z pewnością na wyspie znalazłyby się setki dziewcząt z jasnymi włosami, pełnymi, czerwonymi wargami i białymi zębami. Jej policzki miały delikatną barwę kwiatów naparstnicy, jak to się u nich mawiało. Deirdre uważała też, że urosły jej ładne, drobne piersi. Ale najbardziej uderzającą cechą jej urody były oczy w kolorze niesamowitej zieleni. „Nie wiem, po kim je masz – mawiał ojciec. – Ale podobno w rodzinie mojej matki była kiedyś kobieta o magicznych oczach”. Nikt w rodzinie ani nawet w całej okolicy Dubh Linn nie miał podobnych oczu. Nie były magiczne – z całą pewnością nie miały żadnej szczególnej mocy – ale budziły zachwyt. Przykuwały uwagę mężczyzn, kiedy jeszcze była dzieckiem. Dlatego nigdy nie wątpiła, że gdy przyjdzie czas, znajdzie sobie dobrego męża.

Ale nie chciała się spieszyć. Miała dopiero siedemnaście lat. Jeszcze nie spotkała nikogo, kogo chciałaby poślubić. A poza tym małżeństwo oznaczało, że będzie musiała opuścić spokojny Dubh Linn, który tak ukochała. Była też przekonana, że pomimo długów ojca nie powinna zostawiać jego i braci bez kobiety, która poprowadziłaby gospodarstwo.

Święto Lughnasa było tradycyjną okazją do swatania. Tyle że Deirdre nie chciała męża. Nie w tym roku.

Reszta dnia minęła spokojnie. Nie zadawała więcej pytań, bo po co. Ojciec na szczęście poweselał, a za to akurat mogła być wdzięczna. Może przy odrobinie szczęścia nie wda się w jakieś awantury i nie znajdzie odpowiedniego kandydata na zięcia. A wtedy wszyscy wrócą do domu zadowoleni.

Wczesnym przedpołudniem znaleźli się w wiosce na polanie, ale tym razem ojciec nie chciał się zatrzymać na popas, chociaż znał tutejszych mieszkańców. Nieco dalej, tam gdzie Liffey zakręcała na południe, trakt zaczynał się wznosić z nadrzecznej równiny, dążąc na zachód. W południe dotarli do prześwitu między drzewami i wyjechali na torfiastą łąkę usianą krzakami janowca.

– Tam odpoczniemy – powiedział ojciec, wskazując na sterczący niedaleko głaz.

Rozłożyli się na trawie i grzejąc się w słońcu, zjedli posiłek, który Deirdre zabrała z domu. Ojciec popijał chleb piwem.

Na popas wybrał zaciszne miejsce w środku pierścienia utworzonego przez niski wał ziemny nieopodal dużego głazu. Podobne kamienie – stojące pojedynczo albo w grupach – spotykało się na całej wyspie. Ten był wysokości człowieka i wydawało się, że patrzy ponad zalesioną równiną ciągnącą się na zachód aż po horyzont. Deirdre miała wrażenie, że w głębokiej ciszy rozlewającej się pod sierpniowym słońcem ten stary, szary kamień żywi wobec niej przyjacielskie uczucia. Po posiłku odpoczywali przez jakiś czas, konie pasły się na trawie. Ciche pochrapywanie powiedziało jej, że ojciec zasnął. Niedługo potem ona też zapadła w drzemkę.

Obudziła się gwałtownie. Słońce zdążyło się przesunąć na niebie. Wciąż była lekko otumaniona, z trudem przebijała się przez mgliste zasłony snu do trzeźwej świadomości. A gdy spojrzała na słońce wiszące nad wielką równiną, nawiedziła ją dziwna wizja. Oto tarcza słoneczna wyglądała jak koło bojowego rydwanu, dziwnie i groźnie. Deirdre potrząsnęła głową, żeby pozbyć się resztek snu. Nie bądź głupiutka, nakazała sobie w myślach.

Ale już do końca dnia i potem, gdy wieczorem próbowała zasnąć, nie mogła się pozbyć niepokoju.

* * *

Goibniu pojawił się w Carmun wczesnym przedpołudniem. Jego jedno oko uważnie obserwowało otoczenie.

Lughnasa – miesiąc po letnim przesileniu, święto plonów, czas, gdy aranżowano małżeństwa. Goibniu lubił boga patronującego tym dniom – Lugha zwanego Lśniącym albo Długorękim, niedościgłego mistrza wszelkich rzemiosł, dzielnego wojownika, uzdrowiciela.

Ludzie przybywali z różnych stron: wodzowie, wojownicy i zawodnicy ze wszystkich wyspiarskich plemion. Ileż tych plemion może być? – zastanawiał się Goibniu. Chyba ze sto pięćdziesiąt. Tymi największymi władały potężne klany, a te najmniejsze, złożone z kilku rodów chlubiących się zapewne wspólnym przodkiem, miały zwykłego naczelnika, lecz z dumą nazywały się plemieniem. Na wyspie, którą natura za sprawą gór i moczarów podzieliła na mniejsze obszary, każda wspólnota mogła mieć swoje terytorium, a jego centralnym punktem była siedziba rodowa, z reguły oznaczona wiekowym jesionem.

* * *

Co to były za plemiona? I skąd przybyli ci synowie Mila, którzy odesłali do podziemi legendarnych Tautha De Danaan? Goibniu wiedział, że zwycięskie szczepy przypłynęły na wyspę przed wiekami z sąsiedniej Brytanii oraz z południa. Mieszkańcy zachodniej wyspy stanowili wielki zlepek różnych plemion, których język i kultura, zwana celtycką, obejmowała niemal całą północno-zachodnią Europę. Celtowie – ze swoimi żelaznymi mieczami, wspaniałymi rydwanami bojowymi, znakomitym kowalstwem, druidzkimi kapłanami i poetami – od niepamiętnych czasów budzili lęk i podziw. Gdy Cesarstwo Rzymskie rozprzestrzeniło się na północ, obejmując także Brytanię, główne siedziby plemienne zostały zamienione na rzymskie ośrodki wojskowe albo miasta targowe, a celtyccy bogowie, podobnie jak lokalne plemiona, przywdziali rzymskie szaty. I tak na przykład galijskie miasto Lugdunum – które pewnego dnia stanie się Lyonem – wzięło swoją nazwę od celtyckiego boga Lugha, którego święto właśnie obchodzono. Ale i tak poszczególne plemiona ulegały stopniowej romanizacji, zapominając nawet swojego języka i przechodząc na łacinę.

Z wyjątkiem terytoriów kresowych. Na północy i na zachodzie Brytanii, dokąd Rzymianie rzadko się zapuszczali, dawne zwyczaje i dawny język przetrwały. Zwłaszcza na sąsiedniej wyspie, której Rzymianie nie podbili, zadowalając się jedynie kontaktami handlowymi, pradawna kultura celtycka kwitła w całym swoim bogactwie. Rzymianie nie wiedzieli, jak nazywać te rozmaite plemiona. Północną część Brytanii, którą mianowali Albą, zamieszkiwali Piktowie. Gdy pojawili się tu Celtowie z zachodniej wyspy i założyli swoje osiedla, spychając Piktów dalej na północ, Rzymianie nazwali nowych przybyszów Szkotami. Ale sami Celtowie nie używali rzymskiego określenia. Odkąd przypłynęli na swoją wyspę i spotkali tam życzliwą boginię, wiedzieli, kim są. Byli ludem Eriu.

* * *

Goibniu przyglądał się chłodno członkom rozlicznych celtyckich plemion przybywających na święto. Był jednym z nich? Z pewnością, przynajmniej w jakiejś części. Ale jak nad rzeką Boyne czuł trudną do nazwania więź z dziwnymi kurhanami, tak teraz, na wielkim zgromadzeniu Celtów, nawiedzało go instynktowne odczucie, że jest w jakimś sensie obcy, że pochodzi z innego plemienia, które żyło na wyspie znacznie wcześniej. Może synowie Mila podbili jego lud, ale on wiedział, jak ich wykorzystać.

Jego oko przesuwało się po ludzkim zbiorowisku, z niezwykłą precyzją dzieląc barwny tłum na odrębne kategorie: ważni i nieważni, użyteczni i obojętni, dłużnicy i ci, którym on był winien przysługę. Obok dużego wozu zauważył dwóch młodych osiłków z tatuażami i ramionami jak pnie drzew – synów Casa, syna Donna. Warto się nimi zająć. Nieco dalej stało dwóch druidów i stary bard. Starzec słynął z ostrego języka, więc Goibniu, żeby go zadowolić, przywiózł kilka plotek. Po lewej stronie dostrzegł Fann, córkę wielkiego wodza Rossa. Dumna była z niej kobieta. Jednak przespała się z jednym z synów Casa, o czym Goibniu wiedział, w przeciwieństwie do jej męża. Kto ma odpowiednie informacje, ten ma władzę. Nigdy nie wiadomo, kiedy taka wiedza może się przydać w interesach. Jednak najczęściej oko Goibniu sunące po ludzkiej ciżbie wyłapywało tych, którzy byli mu coś winni.

Potężny, otyły Diarmait – dziewięć krów, trzy opończe, trzy pary butów, złoty torq na szyję. Culann – dziesięć grudek złota. Roth, syn Rotha – jedną grudkę złota. Art – owcę. Wszyscy od niego pożyczali, nad wszystkimi miał władzę. Świetnie. I wtedy zauważył Fergusa.

Ten wysoki mężczyzna z Dubh Linn jest mu winien dwadzieścia krów. Obok niego stoi ładna dziewczyna, pewnie córka. Ciekawe.

Ruszył w ich kierunku.

* * *

Deirdre także obserwowała tłum. Wciąż przybywały tu klany i podklany z całego Leinsteru. Doprawdy wspaniały widok. A jednocześnie między jej ojcem a kupcem toczyła się szczególna rozmowa. Dotyczyła wspaniałego złotego torqu.

Zgodnie z panującym na wyspie zwyczajem właściciel zastawionych klejnotów mógł je wypożyczyć na czas największych świąt, by zachować honor. Łaskawe udogodnienie. Nawet jeśli Fergus czuł się niezręcznie, odbierając od kupca wspaniały złoty naszyjnik, to tego nie okazał. Z największą powagą wziął w ręce swoją rodową pamiątkę, jakby odprawiał jakąś ceremonię. Ledwo zdążył założyć torq na szyję, gdy pojawił się Goibniu.

Bez względu na to, co jednooki kowal myślał o Fergusie, nie można mu było zarzucić braku dobrych manier. Przywitał swojego dłużnika z taką samą górnolotną kurtuazją, z jaką mógłby się zwrócić do króla.

– Niech pomyślność będzie z tobą, Fergusie, synu Fergusa. Torq twoich szlachetnych przodków wspaniale cię zdobi.

Fergus spojrzał na niego nieufnie. Nie spodziewał się kowala w Carmun.

– O co ci chodzi, Goibniu? – rzucił szorstko. – Czego chcesz?

– To oczywiste – odparł przyjaźnie Goibniu. – Chciałem ci jedynie przypomnieć, że jeszcze przed zimą obiecałeś mi zwrócić dwadzieścia krów.

Deirdre popatrzyła na ojca z niepokojem. Nie miała pojęcia o tym długu. Czy to się może przerodzić w kłótnię? Na razie ojciec zachowywał obojętną minę.

– Owszem – przytaknął. – Jestem ci to winien. – A potem dodał ciszej: – Ale prosisz o wiele. Zwłaszcza teraz, podczas święta.

Bo zgodnie z innym korzystnym zwyczajem Goibniu nie mógł domagać się spłaty długu podczas świątecznych obchodów.

– To może wrócimy do tej sprawy po świętach – zaproponował kowal.

– Oczywiście – zapewnił go Fergus.

Deirdre cały czas uważnie przyglądała się ojcu. Dusi w sobie złość? To tylko spokój przed burzą? Goibniu ma wielu wpływowych przyjaciół. Może ta świadomość każe ojcu się powściągnąć. Miała nadzieję, że tak już zostanie do końca świąt.

Goibniu skinął wolno głową. A potem skierował jednookie spojrzenie na Deirdre.

– Masz piękną córkę, Fergusie – zauważył. – Co za cudowne oczy! Zamierzasz znaleźć jej męża podczas święta?

– Owszem, mam taki plan – przyznał Fergus.

– Ten, który ją dostanie, będzie szczęściarzem – ciągnął kowal. – Musisz ją oddać za najwyższą cenę, bo inaczej przyniesiesz hańbę jej urodzie i swojemu szlachetnemu nazwisku. – Zawahał się. – Żałuję, że nie jestem bardem – powiedział, kłaniając się lekko Deirdre – i nie mogę ułożyć pieśni sławiącej jej urodę.

– Naprawdę ułożylibyście dla mnie wiersz? – spytała ze śmiechem, żeby podtrzymać wesoły ton rozmowy.

– Oczywiście. – Goibniu spojrzał w oczy Fergusowi.

A wtedy Deirdre zauważyła, że ojciec zerka pytająco na kowala. Czyżby ten proponował, że znajdzie jej bogatego męża? Zdawała sobie sprawę, że jednooki rzemieślnik ma dużo większe wpływy niż jej ojciec. I na pewno umiałby się postarać o lepszego kandydata.

– Przejdźmy się – powiedział ojciec z nagłą łagodnością.

Deirdre patrzyła, jak obaj mężczyźni oddalają się powoli.

A więc stało się. Po uldze, którą poczuła, gdy ojcu udało się uniknąć kłótni, nie pozostało ani śladu. Z samym ojcem jeszcze by sobie poradziła. Mógł krzyczeć i się złościć, ale nie mógł jej zmusić do zamążpójścia wbrew woli. Teraz jednak jej los znalazł się w rękach Goibniu. I nie wiadomo, co ten zausznik królów i przyjaciel druidów wymyśli. W konfrontacji z jednookim kowalem nie miała szans. Spojrzała na braci. Ale oni zachwycali się rydwanem.

– Widzieliście, co się stało?! – krzyknęła.

Popatrzyli na siebie tępo, a potem pokręcili głowami.

– Coś ciekawego? – spytali.

– Nie – odparła z irytacją. – Tylko wasza siostra zostanie niedługo sprzedana.

* * *

Lughnasa. Pełnia lata. Druidzi złożą Lughowi ofiary z plonów, kobiety zatańczą. A ją oddadzą jakiemuś obcemu człowiekowi. Już nigdy nie wróci do Dubh Linn.

Szła wolno przez otwarty teren. Ludzie stojący przy kolorowych straganach albo gromadzący się w małych grupach odwracali się na jej widok, ale ona nie poświęcała im uwagi. Minęła kilka namiotów i zagród dla zwierząt i dopiero wtedy do niej dotarło, że zbliża się do toru, na którym odbywały się wyścigi konne. Na razie było tu jeszcze pusto, ale kilku jeźdźców szkoliło konie albo zabawiało się z przyjaciółmi w nieformalnych zawodach. Wyglądało to tak, jakby część koni sprowadzono tylko w tym celu.

Zatrzymała się przy ogrodzeniu.

Nieosiodłane konie były płochliwe. Słyszała śmiechy i dobroduszne żarty. Z prawej strony zauważyła grupkę odświętnie ubranych mężczyzn zebranych wokół ciemnowłosego młodzieńca. Był nieco od nich wyższy i jak udało jej się dojrzeć, miał niezwykle piękną twarz. Inteligentną, zamyśloną, jakby nieobecną. Pomimo uśmiechu. Deirdre pomyślała, że bardziej wygląda na wysoko urodzonego druida niż na zawodnika. Ciekawe, kto to jest. Grupka ludzi się rozeszła i wtedy Deirdre dostrzegła, że młodzieniec szykuje się do wyścigu, bo zrzucił z siebie odzienie, zostając jedynie w przepasce biodrowej.

Nie mogła oderwać od niego oczu. Nigdy nie widziała nikogo tak pięknego. Szczupły, o jasnej cerze, doskonale zbudowany. Nie dostrzegła w nim żadnej skazy. Patrzyła, jak wskakuje lekko na konia i podjeżdża do toru.

– Kto to jest? – spytała stojącego nieopodal gapia.

– To Conall, syn Morny – odparł mężczyzna, a widząc, że nic to jej nie mówi, dodał: – Siostrzeniec samego Najwyższego Króla.

– Och! – westchnęła Deirdre.

Obejrzała kilka wyścigów. Mężczyźni jechali na oklep. Wyspiarskie konie, choć niewielkie, były szybkie, więc gonitwy budziły żywe emocje. W pierwszym wyścigu Conall przyjechał jako drugi, a w kolejnym zwyciężył. W następnych dwóch nie uczestniczył, ale wokół toru gromadziło się coraz więcej widzów. Czekali na największą atrakcję tego dnia.

Pojedynek wojowników w rydwanach. Deirdre zauważyła, że król Leinsteru zajął już miejsce na niewielkim wzniesieniu, skąd miał obserwować rywalizację. Wyścigi konne były sportem dla wojowników, ale starcie rydwanów uważano za najwyższą, najbardziej arystokratyczną spośród wszystkich sztuk walki. Dwukołowe rydwany były lekkimi, mocnymi pojazdami z pojedynczym dyszlem pomiędzy dwoma końmi, a kierowane przez wytrawnego woźnicę, który towarzyszył wojownikowi, charakteryzowały się wielką szybkością i zwinnością. W obliczu zdyscyplinowanych rzymskich legionów nie były szczególnie skuteczne, więc w Brytanii i Galii już dawno wyszły z użycia. Jednak tutaj, na zachodniej wyspie, gdzie wojny prowadzono w starym celtyckim stylu, pojedynki rydwanów były wysoko cenione. Deirdre patrzyła, jak na tor wjeżdża blisko dwadzieścia pojazdów. W pierwszej chwili wyglądały, jakby się szykowały do pokazu, bo tylko dwa wyjechały na dużą trawiastą arenę.

– O, tam jest Conall – odezwał się mężczyzna, którego wcześniej zagadnęła. – I Finbarr, jego przyjaciel. – Wyszczerzył zęby w uśmiechu. – Zaraz zobaczysz coś ciekawego.

Zgodnie z celtycką tradycją obaj byli nadzy. Zauważyła, że Finbarr, nieco niższy od Conalla, jest mocno zbudowany, a szeroką pierś porastają mu pierścionki jasnobrązowych włosów. Obaj stali za swoimi woźnicami, każdy trzymał okrągłą tarczę z polerowanego brązu, w której odbijało się słońce. Znalazłszy się na środku areny, rydwany ruszyły w przeciwnych kierunkach, oddalając się od siebie. I po chwili się zaczęło.

Widok zapierał dech w piersi. Deirdre już wcześniej miała okazję podziwiać kunszt woźniców, ale czegoś takiego nie widziała. Rydwany pędziły na siebie z zabójczą prędkością, a ich koła, których szprychy zlały się w jedną smugę, dosłownie się o siebie otarły. Pojazdy osiągnęły krańce areny i znów zawróciły. Tym razem wojownicy sięgnęli po wielkie oszczepy. Wypuścili je, pędząc ku sobie, a zrobli to tak zręcznie, że gdy mijały się w powietrzu, widzowie aż wstrzymali oddech. I nie bez powodu: oba rzuty wymierzono ze śmiercionośną celnością. Rydwan Conalla zwolnił na mgnienie oka, uderzywszy w jakąś grudę murawy, przez co broń Finbarra mogłaby ugodzić śmiertelnie woźnicę, gdyby Conall nie wychylił się błyskawicznie i nie odparował uderzenia tarczą. Z kolei jego rzut był tak doskonały, że oszczep trafił wprost w tarczę pędzącego Finbarra. W tłumie rozległy się okrzyki podziwu. Tak wyglądała sztuka walki w mistrzowskim wykonaniu.

Rydwany zatoczyły koło, a wojownicy sięgnęli po miecze. Tym razem to woźnice mieli się wykazać swoimi umiejętnościami. Nie pędzili ku sobie z wielką prędkością, lecz zaczęli skomplikowany taniec pogoni i uników, kreśląc zygzaki i przyprawiające o zawrót głowy okręgi, spadając na siebie jak drapieżne ptaki, goniąc i uciekając na zmianę. Gdy rydwany znajdowały się wystarczająco blisko, wojownicy zadawali ciosy mieczem, osłaniając się tarczą przed ciosami przeciwnika. Nie dało się zgadnąć, czy układ takiej walki wymyślono zawczasu. Gdy ostrza błyskały i uderzały o siebie, Deirdre miała wrażenie, że z młodych ciał w każdej chwili może wystrzelić strumień krwi, dlatego aż drżała ze zdenerwowania. Wojownicy raz za razem napierali na siebie, wywołując tym aplauz tłumu. Ich umiejętności budziły zachwyt, ale cała walka przyprawiała o dreszcz grozy.

W końcu ogłoszono finał. Oba rydwany z Conallem na przedzie rozpoczęły rundę tryumfalną wokół areny, więc musiały przejechać też obok Deirdre. Conall stał w doskonałej równowadze na dyszlu pomiędzy pokrytymi pianą końmi. Pierś mu falowała po wielkim wysiłku, dziękował zachwyconej widowni za aplauz, przyglądając się mijanym twarzom. Gdy jego rydwan podjechał bliżej, wojownik zatrzymał wzrok na Deirdre, a ona spojrzała mu prosto w oczy.

Jednak nie tego się spodziewała. Conall patrzył przenikliwie, lecz nie było w tym zadowolenia. Jakby jakaś jego część przebywała gdzieś daleko, a on sam, choć dał gawiedzi powód do radości i zachwytu, balansował samotnie między życiem a śmiercią.

Dlaczego spojrzał akurat na nią? Nie odrywał od niej oczu, jakby chciał porozmawiać, a mijając ją, odwrócił powoli głowę. Potem jednak odjechał na rydwanie, więcej za siebie nie spoglądając. A ona jeszcze długo patrzyła w tamtą stronę.

Gdy się w końcu odwróciła, zauważyła ojca. Uśmiechał się i machał, by do niego podeszła.

* * *

To Finbarr wpadł na pomysł, żeby przyjechać do Carmun. Liczył, że to poprawi Conallowi humor. No i pamiętał o poleceniu Najwyższego Króla. Dlatego przy jakiejś okazji zagadnął przyjaciela:

– Nie przyszło ci do głowy, żeby znaleźć sobie w Leinsterze jakąś ładną dziewczynę?

Poprzedniego wieczoru zaraz po przybyciu udali się do króla Leinsteru, żeby złożyć mu należne wyrazy szacunku. Nie tylko władca prowincji okazywał zadowolenie z obecności siostrzeńca Najwyższego Króla. Damy z jego otoczenia nie szczędziły uśmiechów przystojnemu młodzieńcowi. Ale on albo nie zauważał tych względów, albo je ignorował.

Teraz jednak Finbarr dostrzegł odpowiednią okazję.

– Przyglądała ci się młoda kobieta o jasnych włosach i niezwykłych oczach – powiedział. – Widziałeś ją?

– Nie widziałem.

– Obserwowała cię przez dłuższą chwilę – nie ustępował Finbarr. – Chyba wpadłeś jej w oko.

– Nie zauważyłem.

– Przecież przed chwilą sam się jej przyglądałeś – ciągnął Finbarr. Najwyraźniej musiał wzbudzić ciekawość przyjaciela, bo Conall rozejrzał się dyskretnie. – Zaczekaj tu na mnie. Pójdę jej poszukać.

I zanim Conall zdążył zaprotestować, ruszył tam, gdzie przed chwilą zniknęła Deirdre.

* * *

– Goibniu ma dla ciebie męża. – Ojciec promieniał.

– Co za szczęśliwy zbieg okoliczności. – Jej głos brzmiał oschle. – Czy on tu jest?

– Nie. Mieszka w Ulsterze.

– To daleko. A ileż to gotów jest zapłacić?

– Przyzwoitą sumę.

– Wystarczy, żeby uregulować twój dług u Goibniu?

– Ten i wszystkie inne – odparł ojciec bez cienia wstydu.

– W takim razie powinnam ci pogratulować – powiedziała z ironią, lecz on już jej nie słuchał.

– Oczywiście jeszcze cię nie widział – mówił. – I możesz mu się nie spodobać. Ale Goibniu uważa, że przypadniesz mu do gustu. Inaczej być nie może – dorzucił stanowczo. – To przystojny młody mężczyzna. – Umilkł, patrząc na nią czule. – Ale jeśli ci się nie spodoba, to nie będziesz musiała wychodzić za niego za mąż.

Oczywiście, pomyślała. Ale ciągle będziesz mi wypominał, że doprowadziłam cię do ruiny.

– Goibniu porozmawia z nim w przyszłym miesiącu – odezwał się ojciec. – Poznasz go jeszcze przed zimą.

Chyba powinna być wdzięczna przynajmniej za tę zwłokę.

– Wiesz coś o nim? – spytała. – Jest stary czy młody? To syn wodza? A może wojownik?

– Jest odpowiedni pod każdym względem – zapewnił ją Fergus. – Goibniu go zna. Wieczorem ci o nim opowie. – Z tymi słowami odszedł.

Przez dłuższą chwilę stała pogrążona w rozmyślaniach, które przerwało przybycie Finbarra.

* * *

Finbarr zebrał kilka kobiet i mężczyzn chętnych na spotkanie z siostrzeńcem Najwyższego Króla i dopiero wtedy podszedł do Deirdre. Zawahała się i pewnie by się nie zgodziła, gdyby Finbarr jej nie szepnął, że odmowa byłaby dla młodego księcia obrazą. Przyjęła więc zaproszenie, zwłaszcza że w liczniejszym towarzystwie nie czuła się niezręcznie.

Conall był już ubrany w krótką tunikę i lekką pelerynę. Przez jakiś czas się nie odzywał, więc mogła mu się dobrze przyjrzeć. Mimo młodego wieku miał w sobie budzące szacunek dostojeństwo. Wszyscy się do niego uśmiechali, on traktował gości uprzejmie i życzliwie, lecz w jego zachowaniu była powaga, która go wyraźnie wyróżniała. Gdy w końcu podszedł do Deirdre, zdała sobie sprawę, że zupełnie nie wie, co powiedzieć.

Posłał po nią? Gdy Finbarr spytał, czy zechciałaby pójść na spotkanie z księciem, zaznaczając przy tym, że niegrzecznie byłoby odmówić, nie powiedział wyraźnie, że to Conall kazał ją wezwać. A zatem będzie jedną z setek twarzy defilujących przed księciem przy podobnych okazjach. Poczuła się zażenowana. Moja rodzina nie jest aż tak ważna, by książę się mną zainteresował, pomyślała. Poza tym Goibniu już mi kogoś wyswatał. Dlatego uznała, że będzie wobec księcia uprzejma, ale chłodna.

A on patrzył jej w oczy.

– Widziałem cię po pokazie rydwanów.

To samo spojrzenie, ale tym razem ożywiało je zupełnie inne światło. Obserwował ją z zaciekawieniem, jakby go czymś zaintrygowała. A wtedy jej zamierzony chłód gdzieś się rozpłynął i poczuła, że się rumieni.

Spytał, skąd pochodzi i kim jest jej ojciec. Najwyraźniej znał Ath Cliath, ale przypuszczała, że o Fergusie nawet nie słyszał, mimo że na wzmiankę o nim jako opiekunie brodu mruknął: „A, rzeczywiście”. Zadał jej jeszcze kilka pytań, a potem rozmawiali przez chwilę o wyścigach. Zdała sobie wtedy sprawę, że poświęcił jej więcej uwagi niż innym. Wtedy jednak pojawił się Finbarr i szepnął, że król Leinsteru pyta o niego. Conall z uśmiechem spojrzał jej w oczy.

– Może się znów spotkamy.