Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 211

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Drzwi na Zachód - Mohsin Hamid

JEDNA Z NAJBARDZIEJ INSPIRUJĄCYCH KSIĄŻEK 2017 ROKUWEDŁUG BARACKA OBAMY „Jeden z najbardziej utalentowanych i pełnych polotu pisarzy swego pokolenia”.– Michiko Kakutani, The New York Times „Niezwykle mądra książka”. – The Washington Post „Proza tak c zysta i z tak jasnym przesłaniem, że wchodzi wprost w krwiobieg.Odurzająca”. – The New York Times Book Review W kraju, nad którym krąży widmo wojny domowej, spotyka się dwoje młodych ludzi – zmysłowa i zaciekle broniąca swej niezależności Nadia oraz łagodny, powściągliwy Saeed. Wdają się w sekretny romans, ale już wkrótce rozruchy ogarniające miasto zamykają bohaterów w niedojrzałej intymności ich związku. Kiedy zamieszki wybuchają z pełną siłą, zmieniając znajome ulice w mozaikę wojskowych posterunków i eksplodujących bomb, do uszu pary zaczynają docieraćplotki o drzwiach, które mogą błyskawicznie przenieść ludzi w odległe miejsca,chociaż jest to niebezpieczne i kosztowne. W miarę jak nasila się przemoc, Nadiai Saeed dochodzą do wniosku, że nie mają już wyboru. Porzucają ojczyznę, dawne życie i postanawiają uciec...

Opinie o ebooku Drzwi na Zachód - Mohsin Hamid

Fragment ebooka Drzwi na Zachód - Mohsin Hamid

Tytuł oryginału: EXIT WEST

Copyright © 2017 by Mohsin Hamid

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Rachel Willey

Zdjęcie autora: © Jillian Edelstein

Redakcja: Grzegorz Krzymianowski

Korekta: Magdalena Bargłowska, Aleksandra Mól

TA PUBLIKACJA OTRZYMAŁA WSPARCIESHARJAH INTERNATIONAL BOOK FAIR TRANSLATION GRANT FUND.

ISBN: 978-83-8110-480-7

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Dla Naveda i Nasima

1.

W mieście nabrzmiałym uchodźcami, ale wciąż żyjącym przeważnie w pokoju albo przynajmniej jeszcze nieopanowanym otwarcie przez wojnę, pewien młody mężczyzna spotkał w sali lekcyjnej młodą kobietę i nie odezwał się do niej. I tak było przez wiele dni. On miał na imię Saeed, a ona Nadia, on miał brodę, nie tyle nawet brodę, co raczej zadbany kilkudniowy zarost, a ona zawsze chodziła ubrana, od stóp aż po zagłębienie w dolnej części szyi, w powłóczystą czarną burkę. W tamtych czasach mieszkańcy miasta wciąż cieszyli się luksusem noszenia się zgodnie z własnymi upodobaniami, pod względem ubrania i fryzury, w pewnych granicach oczywiście, więc tego typu decyzje miały swoje znaczenie.

Może zdawać się dziwne, że w miastach na krawędzi upadku młodzi ludzie wciąż uczęszczali na lekcje – w tym wypadku na zajęcia wieczorowe, gdzie uczono o tożsamości firmy i budowaniu marki produktu – ale tak to już jest, i z miastami, i z samym życiem, w jednej chwili krzątamy się jak zwykle wokół własnych spraw, a w następnej umieramy, a nasz stale i nieuchronnie zbliżający się kres ani na chwilę nie zatrzymuje tych przelotnych chwil początkowych i pośrednich aż do momentu, kiedy wreszcie to uczyni.

Saeed zauważył pieprzyk na szyi Nadii, złotawobrązowy owal, który czasami, z rzadka, lecz zauważalnie, poruszał się w rytm jej pulsu.

Już wkrótce po dokonaniu tej obserwacji Saeed odezwał się do Nadii po raz pierwszy. W ich mieście dopiero miało dojść do poważnych walk, na razie zdarzały się zaledwie strzelaniny i wybuchy samochodów pułapek, odczuwalne w klatce piersiowej jak infradźwiękowe wibracje emitowane przez wielkie głośniki na koncertach, a Saeed i Nadia właśnie spakowali książki i wychodzili z klasy.

Odwrócił się do niej na schodach i powiedział:

– Może poszlibyśmy na kawę? – A nie chcąc, zważywszy na jej konserwatywny strój, żeby zabrzmiało to zbyt bezczelnie, dodał po krótkiej pauzie: – Do stołówki?

Nadia spojrzała mu w oczy.

– Nie modlisz się wieczorem? – zapytała.

Saeed przywołał na usta najbardziej ujmujący uśmiech.

– Niestety, nie zawsze.

Wyraz jej twarzy się nie zmienił.

Nie poddawał się, uparcie się uśmiechając z rosnącą desperacją alpinisty zaglądającego w oczy śmierci.

– Uważam, że to kwestia prywatna. Każdy z nas robi to tak, jak mu odpowiada. Albo… jak jej odpowiada. Nikt nie jest doskonały. A w moim przypadku…

Przerwała mu:

– Ja się nie modlę.

Wciąż bacznie się w niego wpatrywała.

I po chwili dodała:

– Może innym razem.

Patrzył za nią, gdy odchodziła na parking dla studentów, a tam, zamiast zakryć głowę czarnym materiałem, czego się spodziewał, założyła czarny kask motocyklowy, który był przypięty do odrapanego motocykla o pojemności jakichś stu centymetrów sześciennych, opuściła osłonę, dosiadła pojazdu i odjechała, znikając przy dźwiękach kontrolowanego dudnienia w zapadającym zmroku.

Nazajutrz, w pracy, Saeeduświadomił sobie, że nie potrafi przestać myśleć o Nadii. Saeed był zatrudniony w agencji specjalizującej się w udostępnianiu reklam zewnętrznych. Firma posiadała billboardy w całym mieście, podnajmowała też inne i zawierała umowy w sprawie kolejnych powierzchni reklamowych z takimi podmiotami, jak linie autobusowe, stadiony i właściciele wysokich budynków.

Agencja zajmowała obie kondygnacje zaadaptowanego do jej celów domu jednorodzinnego i zatrudniała kilkunastu pracowników. Saeed był jednym z najmłodszych, ale szef go lubił i zlecił mu dopracowanie oferty dla lokalnego producenta mydła, którą trzeba było wysłać e-mailem przed piątą. Zazwyczaj Saeed wyszukiwał w Internecie jak najwięcej informacji i następnie starał się odpowiednio dostosować prezentację do określonego klienta. Jego szef lubił powtarzać: „Bez odbiorcy nie ma opowieści”, a dla Saeeda oznaczało to zaprezentowanie klientowi, że agencja rzeczywiście rozumie jego biznes, potrafi naprawdę postawić się w jego sytuacji i patrzeć na wszystko z jego punktu widzenia.

Ale dziś, chociaż przygotowanie oferty było ważne – każda oferta była ważna: gospodarka zwolniła w związku z narastającymi niepokojami, a reklama zewnętrzna należała do kosztów, które klienci najwyraźniej chcieli obcinać w pierwszej kolejności – Saeed nie potrafił się skoncentrować. Wielkie drzewo, nadmiernie rozrośnięte i nigdy nieprzycinane, pięło się z malutkiego trawnika za domem mieszczącym siedzibę firmy i zasłaniało światło słoneczne do tego stopnia, że z trawnika na tyłach budynku pozostała w zasadzie tylko szara ziemia i kilka kępek, pomiędzy którymi walały się rzucone tam rano – jako że szef zabronił palenia wewnątrz budynku – niedopałki papierosów; i właśnie na czubku tego drzewa Saeed dostrzegł jastrzębia wijącego gniazdo. Ptak pracował niestrudzenie. Czasami unosił się w powietrzu na poziomie wzroku Saeeda, niemal nieruchomy na wietrze, aby po chwili, prawie niezauważalnie ruszywszy skrzydłem albo lekko wygiąwszy ku górze pióra na czubku skrzydła, gwałtownie zmienić kierunek.

Saeed myślał o Nadii i obserwował jastrzębia.

Kiedy w końcu zorientował się, że zostało mu niewiele czasu, rzucił się do przygotowania oferty, kopiując i wklejając fragmenty z uprzednio opracowanych materiałów. Zaledwie kilka z wybranych przez niego ilustracji miało jakikolwiek związek z mydłem. Zaniósł wstępną wersję do szefa i podsunął mu ją, starając się nie krzywić.

Szef wyglądał jednak na zajętego i nic nie zauważył. Naniósł jedynie kilka drobnych poprawek na wydruku i zwracając go Saeedowi ze smętnym uśmiechem, powiedział:

– Wyślij to.

Było coś takiego w wyrazie twarzy szefa, że Saeedowi zrobiło się go żal. Żałował, że bardziej nie przyłożył się do pracy.

W tej samej chwili, kiedy e-mail Saeeda był pobierany z serwera i odczytywany przez klienta, w dalekiej Australii, w Surry Hills, dzielnicy Sydney, pewna kobieta o bladej cerze spała samotnie. Jej mąż pojechał w delegację do Perth. Kobieta miała na sobie tylko długi mężowski T-shirt i obrączkę. Jej tułów i lewa noga przykryte były prześcieradłem jeszcze bledszym niż ona sama; prawa noga i prawe biodro leżały obnażone. Na prawej kostce, umieszczony w zagłębieniu ścięgna Achillesa, widniał niebieski tatuaż przedstawiający małego mitologicznego ptaszka.

Jej dom miał alarm, dzisiaj jednak system nie był włączony. Zainstalowali go poprzedni mieszkańcy, jacyś inni ludzie, którzy nazywali to miejsce domem, zanim zjawisko zwane gentryfikacją dzielnicy nie osiągnęło obecnego poziomu. Śpiąca kobieta sporadycznie korzystała z systemu alarmowego, zazwyczaj gdy męża nie było w domu, lecz akurat tej nocy zapomniała włączyć alarm. Okno sypialni znajdowało się cztery metry nad ziemią i było minimalnie uchylone.

W szufladzie nocnego stolika znajdowało się na wpół opróżnione opakowanie pigułek antykoncepcyjnych, ostatnią z nich zażyła trzy miesiące temu, kiedy wraz z mężem jeszcze starali się uniknąć ciąży, a obok paszporty, książeczki czekowe, paragony, monety, klucze, kajdanki i kilka zawiniętych w papierki listków nieprzeżutej gumy do żucia.

Drzwi do szafy wnękowej stały otworem. Pokój skąpany był w świetle ładowarki komputerowej i bezprzewodowego rutera, ale drzwi szafy były ciemne, ciemniejsze niż otaczająca noc, prostokąt absolutnej ciemności – jądro ciemności. A z tej ciemności wyłaniał się mężczyzna.

On także był ciemny, miał ciemną skórę i ciemne, wełniste włosy. Wił się z wielkiego wysiłku, jego dłonie kurczowo trzymały obie strony drzwi, jakby podciągał się, walcząc z grawitacją czy też z siłą gigantycznego odpływu. Szyja podążała w ślad za głową, ścięgna napinały się, a potem wysunęła się klatka piersiowa, jego na wpół rozpięta przepocona szarobrązowa koszula. Nagle znieruchomiał w swoim trudzie. Rozejrzał się po pokoju. Popatrzył na śpiącą kobietę, zamknięte drzwi sypialni, otwarte okno. Zebrał się w sobie ponownie, z całych sił starając się wejść do pokoju, robiąc to jednak w rozpaczliwej ciszy, ciszy człowieka walczącego na ulicy, na ziemi, późną nocą, by wyzwolić się z dłoni zaciskających się mu na szyi. Ale na szyi mężczyzny nie było żadnych rąk. Zależało mu jedynie, żeby go nie usłyszano.

Jeszcze jedno pchnięcie i w końcu mu się udało, wydostał się i drżąc, osunął na podłogę, jak nowo narodzony źrebak. Leżał nieruchomo, zupełnie wyczerpany. Starał się nie dyszeć. Po chwili się podniósł.

Przewracał straszliwie oczami. Tak: straszliwie. Choć może nie aż tak straszliwie. Może tylko jego oczy spoglądały wokół, na kobietę, na łóżko, na pokój. Dorastając w nierzadko niebezpiecznych warunkach, zdawał sobie sprawę z kruchości własnego ciała. Był świadom, jak niewiele trzeba, żeby z człowieka został tylko kawał mięsa: fatalne uderzenie, fatalny wystrzał, fatalny szybki ruch ostrza, zwrot kierownicą samochodu, mikroorganizm podczas uścisku dłoni, kaszlnięcie. Zdawał sobie sprawę, że samotnie człowiek jest prawie niczym.

Śpiąca kobieta spała samotnie. A ten, który nad nią stał, stał samotnie. Drzwi sypialni były zamknięte. Okno otwarte. Wybrał okno. Momentalnie był po drugiej stronie i miękko opadł na biegnącą w dole ulicę.

Gdy to się działo w Australii, Saeed odbierał świeże pieczywo na kolację i zmierzał do domu. Był człowiekiem myślącym niezależnie, dorosłym, nieżonatym, z przyzwoitym stanowiskiem i porządnie wykształconym i podobnie jak większość myślących niezależnie, dorosłych, nieżonatych, z przyzwoitym stanowiskiem i porządnie wykształconych w tych czasach i w tym mieście mieszkał u rodziców.

Matka Saeeda miała władczy styl bycia nauczycielki, którą w przeszłości była, a ojciec zachowywał się jak nieco zagubiony uniwersytecki profesor, którym wciąż był – chociaż z obniżoną pensją, ponieważ już przekroczył oficjalny wiek emerytalny i musiał starać się o pracę na wydziałach przyjmujących wizytujących wykładowców. Rodzice Saeeda, już ponad połowę swego życia temu, zdecydowali się wybrać szacowne profesje w kraju, który miał raczej marnie skończyć przez swoich szacownych profesjonalistów. Bezpieczeństwa i pozycji należało szukać w zupełnie innych, zdecydowanie odmiennych zajęciach. Saeed przyszedł na świat w ich życiu późno, tak późno, że matka uznała za bezczelne pytanie lekarza, czy jej zdaniem mogła zajść w ciążę.

Ich małe mieszkanie znajdowało się w niegdyś eleganckim budynku, ze zdobioną, choć obecnie kruszącą się fasadą, która pochodziła z epoki kolonialnej, w niegdyś ekskluzywnej, a obecnie zatłoczonej i komercyjnej części miasta. Wydzielono je ściankami z dużo większego mieszkania i składało się z trzech pokoi: dwóch skromnych sypialni oraz trzeciego pomieszczenia, w którym przesiadywali, jedli kolacje, przyjmowali gości i oglądali telewizję. To trzecie pomieszczenie również było skromnych rozmiarów, ale miało wysokie okna i praktyczny, chociaż wąski balkon z widokiem na aleję i prosto na bulwar, aż do wyschniętej fontanny, która niegdyś tryskała wodą i skrzyła się w słońcu. Tego typu widok mógłby przydać wartości lokalowi w spokojniejszych, bardziej pomyślnych czasach, ale byłby zdecydowanie niepożądany w czasach konfliktu, kiedy obejmowałby przestrzeń znajdującą się bezpośrednio na linii ognia ciężkiego karabinu maszynowego i ostrzału rakietowego podczas natarcia myśliwców na tę część miasta: perspektywa niczym spojrzenie wprost w lufę karabinu. Lokalizacja, lokalizacja, lokalizacja, mawiają pośrednicy w handlu nieruchomościami. Geografia determinuje przeznaczenie, odpowiadają na to historycy.

Wkrótce wojna miała zniszczyć fasadę ich budynku niczym erozja, jakby powodowała przyspieszenie upływu samego czasu – jednodniowy efekt działalności przewyższający dzieło całej dekady.

Rodzice Saeeda poznali się, będąc w tym samym wieku co Saeed i Nadia, kiedy i im się to przydarzyło. Małżeństwo starszej pary było małżeństwem z miłości, związkiem osób sobie obcych, niezaaranżowane przez rodziny, co w ich sferach może nie było niespotykane, wciąż jednak niezbyt powszechne.

Spotkali się w kinie, podczas przerwy w projekcji filmu o zaradnej księżniczce. Matka Saeeda dostrzegła jego ojca palącego papierosa i uderzyło ją podobieństwo tego mężczyzny do aktora grającego w filmie główną rolę męską. To podobieństwo nie było zupełnie przypadkowe: chociaż nieco nieśmiały i w typie mola książkowego, ojciec Saeeda, podobnie jak i większość jego znajomych, nosił się w stylu ówczesnych gwiazd popularnych filmów i muzyków. Ale krótkowzroczność ojca Saeeda łączyła się z jego osobowością, co nadawało jego twarzy autentycznie marzycielski wyraz, a to, czemu trudno się dziwić, spowodowało z kolei, że matka Saeeda pomyślała, że on nie tylko wygląda jak ta postać, ale ją ucieleśnia. Postanowiła zbliżyć się do niego.

Stojąc przed ojcem Saeeda, kontynuowała z ożywieniem rozmowę z koleżanką, jednocześnie ignorując obiekt swego pożądania. A on ją zauważył. I słuchał, co ona mówi. Zebrał się na odwagę i odezwał do niej. I wówczas, jak oboje uwielbiali powtarzać w późniejszych latach, wspominając, jak się poznali, zaiskrzyło.

Zarówno matka, jak i ojciec Saeeda lubili czytać i – w nieco odmienny sposób – dyskutować, więc w tych pierwszych dniach romansu można było ich często zobaczyć podczas ukradkowych spotkań w księgarniach. Później, kiedy już się pobrali, umilali sobie popołudnia, wspólnie czytając w kawiarniach i restauracjach albo, gdy pogoda na to pozwalała, w domu na balkonie. On palił, a ona, choć mówiła, że nie pali, często, kiedy popiół wydłużał się w nieskończoność, wyjmowała pozornie zapomnianego przez niego papierosa spomiędzy mężowskich palców, delikatnie strząsała o popielniczkę i zaciągała się przeciągle, a nawet trochę łobuzersko, po czym z gracją oddawała go ojcu Saeeda.

Kiedy ich syn poznał Nadię, kina, w którym poznali się rodzice Saeeda, już od dawna nie było, podobnie jak ich ulubionych księgarń i większości ich ulubionych restauracji i kafeterii. Kina i księgarnie, restauracje i kafeterie nie zniknęły, co prawda, z miasta, tylko że większość tych, które kiedyś funkcjonowały, już nie funkcjonowała. W miejscu kina, które z takim sentymentem pamiętali, powstał pasaż handlowy z komputerami i inną elektroniką. Mieszczący go budynek przejął nazwę kina: oba miały kiedyś jednego właściciela, a kino było tak znane, że stało się symbolem tej okolicy. Przechodząc obok pasażu i widząc dawną nazwę na nowym neonie, czasami ojciec Saeeda, a czasami matka Saeeda, przypominali sobie i się uśmiechali. Albo przypominali sobie i się zatrzymywali.

Rodzice Saeeda nie spali ze sobą aż do nocy poślubnej. Z ich dwojga bardziej przeszkadzało to matce Saeeda, a ponieważ to ona była bardziej ochocza, kiedy już do tego doszło, nalegała, żeby powtórzyć to jeszcze dwa razy przed świtem. Przez wiele lat właśnie tak wyglądała harmonia ich małżeństwa. Ogólnie rzecz biorąc, ona była nienasycona w łóżku. Ogólnie rzecz biorąc, on był usłużny. Być może dlatego, że aż do poczęcia Saeeda dwie dekady później nie zaszła w ciążę i w związku z tym zakładała, że w nią nie zajdzie, mogła kochać się zapamiętale, to znaczy, nie myśląc o konsekwencjach czy o niepożądanych zmianach związanych z wychowywaniem dziecka. Tymczasem on przez całą pierwszą połowę małżeństwa przeważnie reagował na jej usilne zaloty jak mężczyzna mile zaskoczony. Ona uważała, że wąsy i oddawanie mu się od tyłu są erotyczne. On uważał ją za zmysłową i inspirującą.

Po narodzinach Saeeda częstotliwość, z jaką rodzice się kochali, znacznie spadła i w miarę upływu czasu dalej spadała. Macica zaczęła wypadać, trudniej było utrzymać erekcję. Na tym etapie to ojcu Saeeda powierzano – czy też coraz częściej sam ją przyjmował – rolę tego, kto stara się zainicjować seks. Matka Saeeda czasami zastanawiała się, czy robił to z autentycznego pożądania, z przyzwyczajenia czy też po prostu z potrzeby bliskości. Starała się reagować, na ile tylko potrafiła. Ostatecznie równie często miał spotykać się z odmową własnego, jak i jej ciała.

W ostatnim roku ich wspólnego życia, którego spora część już upłynęła, kiedy Saeed poznał Nadię, kochali się tylko trzy razy. W rok tyle razy, co w ich noc poślubną. Ale ojciec, zgodnie z życzeniem matki, nigdy nie zgolił wąsa. I nigdy też nie zmienili łóżka: wezgłowie, niczym słupki poręczy, wręcz prosiło się, żeby je chwycić.

W pomieszczeniu zwanym przez rodzinę Saeeda salonem znajdował się teleskop, czarny i lśniący. Podarował go ojcu Saeeda jego ojciec, a ojciec Saeeda przekazał go z kolei Saeedowi, ale skoro Saeed wciąż mieszkał w domu, teleskop nadal stał tam, gdzie zawsze, na trójnogu w kącie, pod misternym kliprem, żeglującym w szklanej butelce na oceanie trójkątnej półki.

Niebo nad ich miastem było już zbyt zanieczyszczone, żeby mogli zajmować się czymś takim, jak obserwowanie gwiazd. Ale w bezchmurne noce po deszczowym dniu ojciec Saeeda wyciągał czasami teleskop i rodzina sączyła zieloną herbatę na balkonie, ciesząc się lekkim wiatrem, i po kolei spoglądała na obiekty, których światło, w przeważającej większości, wyemitowane zostało, zanim ktokolwiek z tej trójki obserwatorów się narodził – światło z innych stuleci, dopiero teraz docierające do Ziemi. Ojciec Saeeda nazywał to podróżowaniem w czasie.

Ale pewnego wieczoru, było to akurat po tym, jak usiłował przygotować firmową ofertę dla firmy mydlarskiej, Saeed w roztargnieniu wodził wzrokiem wzdłuż trajektorii biegnącej poniżej linii horyzontu. W okularze teleskopu pojawiały się okna, ściany i dachy, czasami nieruchome, a czasami przemykające z niewiarygodną prędkością.

– Mam wrażenie, że on patrzy na młode damy – powiedział ojciec Saeeda do jego matki.

– Saeedzie, zachowuj się – odezwała się matka.

– No cóż, to twój syn.

– Ja nigdy nie potrzebowałam teleskopu.

– Zgadza się, ty wolałaś działać z bliska.

Saeed pokręcił głową i skierował teleskop w górę.

– Widzę Marsa – powiedział. I rzeczywiście tak było. Widział drugą najbliższą Ziemi planetę, z jej niewyraźną powierzchnią w kolorze zachodu słońca po burzy piaskowej.

Saeed wyprostował się i uniósłszy telefon, skierował obiektyw aparatu fotograficznego w stronę nieba, przeglądając aplikację, która wskazywała nazwy nieznanych mu ciał niebieskich. Pokazywany przez nią obraz Marsa również był bardziej szczegółowy, chociaż był to oczywiście Mars z przeszłości, dawny Mars, umieszczony w pamięci przez twórcę aplikacji.

Rodzina Saeeda usłyszała w oddali dźwięk strzelaniny z broni maszynowej, beznamiętne trzaski, które choć nie były głośne, wyraźnie do nich docierały. Posiedzieli jeszcze trochę. Na koniec matka Saeeda zaproponowała, żeby wrócili do mieszkania.

Kiedy Saeed i Nadia w końcu napili się razem kawy w kafeterii, co zdarzyło się w następnym tygodniu, zaraz po następnych zajęciach ich klasy, Saeed zapytał o noszoną przez nią konserwatywną i praktycznie wszystko zakrywającą burkę.

– Jeśli się nie modlisz – powiedział, ściszając głos – dlaczego ją nosisz?

Siedzieli przy stoliku dla dwojga przy oknie wychodzącym na zakorkowaną ulicę w dole. Ich telefony spoczywały między nimi, ekranami w dół, jak broń rewolwerowców przy pertraktacjach.

Uśmiechnęła się. Wypiła łyczek kawy. I odezwała się zza przesłaniającej dolną połowę jej twarzy filiżanki.

– Żeby faceci się ode mnie odwalili.

2.

W dzieciństwie ulubionym szkolnym przedmiotem Nadii były zajęcia plastyczne, mimo że lekcje plastyki odbywały się tylko raz w tygodniu, a ona sama bynajmniej nie uważała się za szczególnie utalentowaną artystkę. Chodziła do szkoły, w której nacisk kładziono na uczenie się na pamięć, do czego ona z natury szczególnie się nie nadawała, więc mnóstwo czasu spędzała na gryzmoleniu na marginesach podręczników i zeszytów, zgarbiona, żeby ukryć przed okiem nauczycieli zakrętasy i miniaturowe leśne wszechświaty. Jeśli ją na tym przyłapano, dostawała burę, a czasami ktoś pacnął ją w tył głowy.

Na sztukę w domu Nadii składały się religijne wersety i fotografie świętych miejsc, umieszczone w ramkach na ścianach. Matka i siostra Nadii były cichymi kobietami, a jej ojciec starał się być cichym mężczyzną, bo uważał to za cnotę; mimo to łatwo wpadał we wściekłość i często mu się to zdarzało, kiedy chodziło o Nadię. Złościło go i zarazem przerażało, że córka stale kwestionuje zasady wiary i coraz częściej okazuje religii brak należnego szacunku. W domu Nadii nie dochodziło do przemocy fizycznej, wiele natomiast wpłacano na cele dobroczynne, ale gdy po ukończeniu studiów Nadia, ku śmiertelnemu przerażeniu rodziny i ku swemu własnemu zaskoczeniu, bo wcale nie zamierzała tego powiedzieć, oznajmiła, że ona, kobieta niezamężna, wyprowadza się z domu, ich rozstanie pociągnęło za sobą wiele przykrych słów ze wszystkich stron, ze strony ojca, matki, a jeszcze więcej jej siostry, prawdopodobnie najwięcej zaś ze strony samej Nadii, słów tak mocnych, że od tego momentu zarówno Nadia, jak i jej rodzina uważali ją za kogoś, kto nie ma rodziny, czego wszyscy, cała czwórka, przez resztę życia żałowali, ale czego też nikt z nich nigdy nie próbował naprawić, częściowo przez upór, częściowo z zakłopotania, bo nie wiedzieli, jak się do tego zabrać, a częściowo ponieważ nieuchronnie nadciągający ostateczny upadek ich miasta miał nadejść, zanim uzmysłowili sobie, że stracili ostatnią szansę.

W tych pierwszych miesiącach życia jako kobieta samotna Nadia doświadczała chwilami plugawości i niebezpieczeństw równych temu, przed czym przestrzegała ją rodzina, a nawet gorszych. Miała jednak pracę w towarzystwie ubezpieczeniowym i była zdecydowana jakoś przetrwać – i tak też zrobiła. Wynajęła samodzielny pokój na górnym piętrze domu pewnej wdowy, miała też gramofon, mały zbiór płyt winylowych, krąg znajomych wśród miejskich wolnych duchów i dojście do dyskretnej i nieskłonnej do ferowania sądów pani ginekolog. Nauczyła się, jak dobierać strój, żeby ją chronił, jak najlepiej radzić sobie z agresywnymi mężczyznami i policjantami – oraz z agresywnymi mężczyznami będącymi policjantami – i zawsze zawierzać własnemu instynktowi w sytuacjach, których należy unikać albo z których należy natychmiast się ewakuować.

Ale kiedy siedziała przy biurku w towarzystwie ubezpieczeniowym, spędzając popołudnie na telefonicznym przedłużaniu polis dla samochodów kierownictwa, i przez komunikator internetowy dotarło do niej pytanie Saeeda, czy nie zechciałaby się z nim umówić, nadal tkwiła w tej samej przygarbionej pozie, jak wówczas, gdy była uczennicą, i wciąż bazgrała, jak zawsze, na marginesach leżących przed nią wydruków.

Spotkali się w wybranej przez Nadię chińskiej restauracji, bo tego wieczoru nie mieli lekcji. Prowadząca lokal rodzina, która przybyła do miasta po drugiej wojnie światowej i dobrze się miała przez trzy pokolenia, ostatnio go sprzedała i wyemigrowała do Kanady. Ceny jednak nadal były rozsądne, a i jakość jedzenia wciąż na odpowiednim poziomie. W przyciemnionej części jadalnej panowała atmosfera palarni opium, co odróżniało to miejsce od innych chińskich restauracji w mieście. Lokal był specyficznie oświetlony czymś, co przypominało papierowe latarnie ze świeczką w środku, choć w rzeczywistości latarnie były plastikowe, a w ich wnętrzach znajdowały się elektronicznie migające żarówki w kształcie płomienia.

Nadia przyszła pierwsza i obserwowała Saeeda, kiedy wchodził i szedł do jej stolika. W jego jasnych oczach można było dostrzec, tak częste u niego, rozbawienie, bynajmniej nie szydercze, ale jakby we wszystkim zauważał jakiś komizm, a to z kolei ją bawiło i budziło jej sympatię. Powstrzymała się od uśmiechu, wiedząc, że nie będzie musiała długo czekać na jego uśmiech, i rzeczywiście zrobił to, jeszcze zanim dotarł do stolika, a wówczas odwzajemniła mu się tym samym.

– Podoba mi się – odezwał się, wskazując otoczenie. – Takie trochę tajemnicze. Jakbyśmy mogli być gdziekolwiek. No, może nie gdziekolwiek, ale nie w tym miejscu.

– Byłeś kiedyś za granicą?

Pokręcił głową.

– Chciałbym.

– Ja też.

– Gdzie byś pojechała?

Przez chwilę mu się przyglądała.

– Na Kubę.

– Na Kubę! Dlaczego?

– Sama nie wiem. Kojarzy mi się z muzyką, ślicznymi starymi budynkami oraz morzem.

– Brzmi pięknie.

– A ty? Co byś wybrał? Jakieś jedno miejsce.

– Chile.

– Czyli oboje chcemy pojechać do Ameryki Łacińskiej.

Wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– Pustynia Atakama. Powietrze jest tam tak suche, tak czyste, a ludzi tak mało, i prawie nie ma świateł. Można położyć się na plecach, patrzeć w górę i oglądać Drogę Mleczną. Wszystkie gwiazdy niczym plama mleka na niebie. I widać, jak powoli się ruszają. Bo Ziemia się porusza. I możesz się poczuć, jakbyś leżała na ogromnej piłce obracającej się w kosmosie.

Nadia obserwowała twarz Saeeda. W tym momencie tchnęła zachwytem, a on sam, mimo kilkudniowego zarostu, wyglądał jak chłopiec. Sprawiał na niej wrażenie człowieka dosyć osobliwego. Osobliwego i atrakcyjnego.

Podszedł kelner, żeby odebrać zamówienie. Ani Nadia, ani Saeed nie wybrali napoju orzeźwiającego, decydując się na herbatę i wodę, a kiedy podano jedzenie, żadne nie używało pałeczek, oboje, przynajmniej wówczas, gdy ktoś na nich patrzył, czuli się pewniej, posługując się widelcem. Mimo początkowej niezręczności czy też raczej skrywanej nieśmiałości dosyć łatwo im się ze sobą rozmawiało, co zawsze przynosi pewną ulgę na pierwszej prawdziwej randce. Mówili cicho, starając się nie ściągać na siebie uwagi siedzących w pobliżu gości. Posiłek skończył się za wcześnie.

Później czekał ich problem, z którym musieli zmierzyć się w tym mieście wszyscy młodzi, chcący dłużej ze sobą pobyć po określonej godzinie. Za dnia były parki, kampusy, restauracje i kawiarnie. Ale wieczorem, po kolacji, jeśli żadne z nich nie dysponowało domem, w którym można było coś takiego bezpiecznie robić, albo nie miało samochodu, młodzi mieli do dyspozycji niewiele miejsc, by pobyć w nich na osobności. Rodzina Saeeda miała samochód, ale aktualnie był w naprawie, więc Saeed przyjechał na skuterze. A Nadia miała mieszkanie, ale z wielu względów trudno było przyjmować w nim mężczyznę.

A jednak postanowiła go zaprosić.

Saeed wyglądał na zaskoczonego i niezwykle podekscytowanego, kiedy zaproponowała, żeby do niej poszli.

– Do niczego nie dojdzie – wyjaśniła. – Chcę, żeby to było jasne. Kiedy mówię, żebyś przyszedł, nie znaczy to, że chcę, żebyś mnie dotykał.

– Nie. Oczywiście.

Teraz na twarzy Saeeda odmalował się wyraz osłupienia.

Ale Nadia skinęła głową. I chociaż jej oczy były pełne ciepła, nie uśmiechnęła się.

Uchodźcy zajmowali wiele otwartych przestrzeni w mieście, rozbijali namioty na pasach zieleni między szosami, stawiali przybudówki przy murach ogradzających domy, spali wprost na chodnikach i na skraju ulic. Niektórzy nawet chyba próbowali odtwarzać rytm normalnego życia, jakby dla czteroosobowej rodziny było zupełnie naturalne, że mieszka pod plastikową płachtą podpartą gałęziami i kilkoma wyszczerbionymi cegłami. Inni obejmowali miasto spojrzeniem wyrażającym coś, co przypominało złość albo błaganie czy zawiść. Jeszcze inni w ogóle się nie ruszali: może byli zaszokowani, a może odpoczywali. Prawdopodobnie umierali. Saeed i Nadia musieli zachować szczególną ostrożność, skręcając na swoich pojazdach, żeby nie przejechać wyciągniętej ręki czy nogi.

Podczas tej ostrożnej jazdy motocyklem w stronę domu, z podążającym za nią na skuterze Saeedem, Nadia rzeczywiście kilka razy zastanawiała się, czy postąpiła słusznie. Nie zmieniła jednak zdania.

Po drodze napotkali dwa posterunki, na jednym stali policjanci, a na drugim, tym nowszym, żołnierze. Policjanci nie zwrócili na nich uwagi. Żołnierze zatrzymywali wszystkich. Kazali Nadii zdjąć kask; być może sądzili, że jest mężczyzną przebranym za kobietę, ale gdy dostrzegli, że jest inaczej, machnięciem ręki kazali jej jechać dalej.

Nadia