Drzewo kłamstw - Frances Hardinge - ebook
Opis

Nie istnieje nic takiego jak niewinne kłamstwo…

Liście były zimne i trochę lepkie. Nie dałoby się ich pomylić z niczym innym. Widziała dokładne odwzorowanie ich kształtów na ilustracji w dzienniku ojca. To była jego największa tajemnica, jego skarb i odkrycie – Drzewo kłamstw. Teraz należy do niej. Podróż, której on nie dokończył, rozpościera się przed nią jak horyzont.

Kiedy ojciec dziewczyny ginie w tajemniczych okolicznościach, Faith postanawia dojść do prawdy. Przeszukując jego rzeczy, odkrywa dziwne drzewo. Drzewo, które żywi się kłamstwami i owocuje, ujawniając skrywane sekrety. Nieprawdy wymykają się Faith spod kontroli, dziewczyna odkrywa, że tam, gdzie kłamstwa zwodzą i mamią, słowa prawdy burzą i niszczą.

Urzekająca opowieść o intrygach i tajemnicy pióra wielokrotnie nagradzanej autorki Fly by night [Leć nocą] i  Cuckoo song [Śpiew kukułki].

Błyskotliwa, mroczna, porywająca, całkowicie oryginalna.

Patrick Ness

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 446

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Rozdział 1

Wygnańcy

Stateczek wiozący pocztę przebijał się z trudem przez fale, znacząc drogę na niebie tłustym śladem czarnego dymu. Wcinał się w fale w regularnym, mdlącym rytmie, jakby przeżuwał jedzenie chorym zębem. Wyspy, ledwo co widoczne przez mgłę, też wyglądają jak zęby, pomyślała Faith. Nie tak jak śliczne, czyste, białe zęby Dover, ale jak nierówne, połamane siekacze, wystające krzywo z bezkresu rozkołysanego, szarego morza.

– Rybołów – powiedziała Faith, szczękając zębami, i wskazała go palcem.

Jej sześcioletni brat Howard okręcił się, ale zbyt wolno, żeby zobaczyć wielkiego ptaka, którego blady korpus i czarno zakończone skrzydła już znikały we mgle. Faith skrzywiła się, kiedy braciszek przesuwał się na jej kolanach. Tyle dobrego, że przestał domagać się przyjścia niani.

– Tam jedziemy? – Howard, mrużąc oczy, patrzył na upiorną wyspę rosnącą przed dziobem statku.

– Tak, How.

Krople deszczu biły o cienki drewniany daszek nad ich głowami. Z pokładu zawiało chłodem, wiatr zacinał w policzki.

Pomimo otaczających ją dźwięków Faith była pewna, że słyszy delikatne odgłosy dochodzące ze skrzynki, na której siedziała. Niedostrzegalne ruchy, jakieś drapanie, tarcie łuski o łuskę. Serce bolało ją na myśl, że w środku siedzi mały chiński wąż jej ojca, osłabiony chłodem, zwijając się panicznie i rozwijając, gdy pokład stateczku mocniej się zakołysze.

Za jej plecami podniesione głosy konkurowały z krzykami mew i rytmicznymi uderzeniami ogromnych łopatek koła napędowego o fale. Deszcz się wzmagał i wszyscy znajdujący się na pokładzie cisnęli się pod małym zadaszeniem znajdującym się w rufowej części jednostki. Miejsca było dosyć dla pasażerów, ale nie dla wszystkich skrzyń i bagaży. Mama Faith – Myrtle – robiła, co mogła, by zabezpieczyć jak najwięcej miejsca na rodzinne bagaże, i całkiem nieźle jej się to udawało.

Faith obróciła się przez ramię i spojrzała na Myrtle, która machała rękami jak zawiadowca stacji, podczas gdy dwaj majtkowie przesuwali kufry i skrzynie rodziny Sunderly na nowe miejsce. Myrtle była woskowo blada ze zmęczenia i opatulona szalami, ale biła od niej wiara ładnej kobiety, iż mężczyźni będą zachowywać się wobec niej rycersko, przemawiała ciepłym głosem i jak zwykle udało jej się wszystkich oczarować.

– Dziękuję, właśnie tak. Och, bardzo przykro mi to słyszeć, ale nic na to nie poradzę – z tej strony na boku, jeśli pan łaskaw – no cóż, pańska skrzynia wygląda bardzo solidnie, a ja boję się, że dokumenty i papiery męża nie wytrzymają tego deszczu, więc – wielebny Erasmus Sunderly, słynny przyrodnik – jakże to miło z pana strony. Tak się cieszę, że się pan zgodził…

Tuż obok wujek Miles o okrągłej twarzy drzemał w swoim fotelu, obojętny na wszystko i zadowolony z siebie, jak mały szczeniaczek na kocu. Spojrzenie Faith prześlizgnęło się po nim i zatrzymało na wysokiej, milczącej postaci. Ojciec Faith w swoim długim, czarnym płaszczu pastora, na głowie kapelusz z szerokim rondem, ocieniający wysokie czoło i zakrzywiony nos.

Ojciec zawsze napełniał Faith lękiem. Nawet teraz wpatrywał się w szary horyzont swoim spojrzeniem bazyliszka, dystansując się od przenikliwego deszczu, smrodu okrętowych ścieków i tłustego od sadzy dymu oraz małostkowych kłótni i przepychanek. Całymi tygodniami widywała go częściej na ambonie niż w domu, więc dziwnie było mieć go teraz tak blisko siebie. Patrząc na niego, poczuła lekkie, okraszone bólem współczucie. Ojciec nagle znalazł się poza swoim środowiskiem, jak lew, którego pokazują w strugach deszczu.

Jakiś czas temu Myrtle kazała córce usiąść na największej skrzyni należącej do rodziny, żeby nikt jej znów nie wytaszczył na deszcz. Zazwyczaj Faith udawało się wtapiać w tło, bo nikt nie poświęcał czasu i uwagi czternastoletniej dziewczynie o drewnianych rysach twarzy z warkoczem koloru błotnistego brązu. Teraz kuliła się ze wstydu pod niechętnymi spojrzeniami. Jej matka nie znała tego uczucia.

Filigranowa Myrtle była tak ustawiona, by powstrzymać wszystkich, którzy chcieliby próbować wcisnąć swój bagaż pod daszek osłaniający kufry przed deszczem. Wysoki mężczyzna o szerokich ramionach i nosie jak kartofel próbował przez chwilę przecisnąć się obok niej ze swoim kufrem, ale powstrzymała go w pół kroku uśmiechem.

Mrugnęła dwa razy powiekami, a jej wielkie, niebieskie oczy zrobiły się jeszcze większe, bił z nich blask nieskalanej uczciwości, jak gdyby dopiero co zobaczyła stojącą przed sobą postać w całej pełni. Pomimo zaczerwienionego od zimna nosa i bladości twarzy wciąż udawało jej się rozdawać uśmiechy, które były jednocześnie słodkie i zachęcały do dzielenia się najskrytszymi myślami.

– Dziękuję, że jest pan tak wyrozumiały – powiedziała. W jej głosie wyczuwało się bardzo słabą nutę zmęczenia.

To była jedna ze sztuczek Myrtle, które stosowała, aby panować nad mężczyznami – odrobina kokieterii, przywoływana tak łatwo i instynktownie jak otwiera się wachlarz. Za każdym razem, kiedy jej się to udawało, Faith czuła skurcz w żołądku. Teraz znów się udało. Dżentelmen zalał się rumieńcem, ukłonił szarmancko i wycofał, ale Faith czuła, że jego niechęci nie udało się pokonać. Dziewczyna podejrzewała, że jej rodzina narobiła sobie wrogów na pokładzie.

Howard nieśmiało wielbił swoją matkę, a kiedy Faith była młodsza, również widziała ją w tym samym ciepłym, miodowym świetle. Rzadkie odwiedziny Myrtle w pokoju dziecinnym były niemal zawsze niezwykle ekscytujące, a Faith uwielbiała rytuał czesania, ubierania i dopieszczania, żeby dzieci wyglądały porządnie przy każdym spotkaniu. Wydawało jej się, że Myrtle jest bytem z innego świata – ciepłym, wesołym, pięknym i niedotykalnym, słoneczną nimfą obdarzoną niezwykłym poczuciem tego, co modne.

Już rok temu jednak Myrtle postanowiła, że trzeba zacząć „trzymać Faith w ryzach”, co polegało między innymi na przerywaniu lekcji bez ostrzeżenia, ciągnięciu jej ze sobą nie wiadomo po co na krótkie wycieczki do miasta, a później znów porzucaniu w szkolnej ławie. W ciągu tego roku bliskość i poznanie zwyczajów matki dokonały swego, pozłotka zaczęła pękać i odpadać. Faith czuła się jak szmaciana lalka podnoszona z podłogi i porzucana zgodnie z dziwnym rytmem niecierpliwego dziecka.

Teraz ludzie odsuwali się i rozsiadali po bokach, a Myrtle sadowiła się na stosie zrobionym z trzech kufrów tuż obok skrzyni Faith. Na jej twarzy widniał wyraz samozadowolenia.

– Mam nadzieję, że w mieszkaniu, które przygotował dla nas pan Lambent, jest przyzwoity salon – rzuciła – i że służący się nadadzą. Kucharka absolutnie nie może być Francuzką. Nie będę w stanie prowadzić domu, jeżeli moja kucharka nie będzie mnie rozumiała wtedy, kiedy będzie jej wygodnie…

Głos Myrtle nie był nieprzyjemny, ale mówiła bez przerwy, nie ustawała. Przez ostatni dzień jej paplanina była stałym elementem podróży, kobieta wylewała żale i dzieliła się spostrzeżeniami z dorożkarzem, który zawoził ich na stację, z bagażowymi, którzy ładowali walizy i skrzynie rodziny na pociąg w Londynie, a później do Poole, z oschłym właścicielem zimnej gospody, w której spędzili noc, i z kapitanem statku dymiącego jak stara lokomotywa.

– Po co my tam jedziemy? – przerwał jej Howard. Oczy miał szkliste ze zmęczenia. Był na granicy wytrzymałości – za chwilę albo zaśnie i nie będzie można go obudzić, albo dostanie napadu złości.

– Przecież wiesz, kochanie – Myrtle pochyliła się, by odsunąć mokre włosy z oczu Howarda delikatnym ruchem urękawiczonej dłoni. – Na tej wyspie są bardzo ważne jaskinie, gdzie różni panowie odkrywają interesujące skamieliny. Nikt nie wie więcej o skamielinach niż twój tato, więc poprosili go, żeby przyjechał i się im przyjrzał.

– A dlaczego my musimy jechać? – nalegał Howard. – Nie zabrał nas do Chin. Ani do Indii. Ani do Afryki. Ani do Mnogolii. – To ostatnie słowo było w jego wydaniu najdoskonalszą wersją nazwy „Mongolia”.

To było dobre pytanie i prawdopodobnie nie tylko on je sobie zadawał. Wczoraj na domy całej parafii, którą opiekował się pastor Sunderly, spłynął deszcz kartek pocztowych z wyjaśnieniami, odwołujących w ostatniej chwili umówione spotkania. Dzisiaj wiadomość o niespodziewanym i nieplanowanym wyjeździe rodziny rozchodziła się po parafii jak pożar lasu.

Prawdę mówiąc, sama Faith chciałaby poznać odpowiedź na pytanie Howarda.

– Tam nigdy nie moglibyśmy pojechać! – stwierdziła niejasno Myrtle. – Węże i febra, ludzie, którzy jedzą psy. Teraz jest inaczej. To będą takie małe wakacje.

– Czy musimy jechać z powodu Pana Chrabąszcza? – spytał Howard, marszcząc brwi w skupieniu.

Po wielebnym nie było widać, czy słyszy tę rozmowę, czy nie, ale nagle wziął głęboki oddech przez nos i wypuścił powietrze z ust z niechętnym sykiem. Wstał na równe nogi.

– Deszcz ustaje, a ta poczekalnia jest zbyt przepełniona – stwierdził i wyszedł sztywnym krokiem na pokład.

Myrtle zmarszczyła czoło i spojrzała na wuja Milesa, który przecierał zaspane oczy.

– Może i ja powinienem pójść na małą przerwę. – Wuj Miles spojrzał na siostrę i niedostrzegalnie uniósł brwi. Przygładził wąsa, uśmiechnął się i podążył za swoim szwagrem.

– Dokąd poszedł tato? – spytał Howard piskliwym głosem, wykrzywiając szyję, by wyjrzeć na pokład. – Ja też mogę iść? Mogę wziąć mój karabin?

Myrtle na sekundę zamknęła oczy, a jej usta zadrżały, jak gdyby odmawiały krótką, niecierpliwą modlitwę o spokój. Podniosła powieki i uśmiechnęła się do Faith.

– Faith, ty jesteś prawdziwą opoką. – Tym właśnie uśmiechem zawsze obdarzała córkę – przyjacielskim, lecz ze śladami znużenia. – Może i nie jesteś duszą towarzystwa… Ale przynajmniej nigdy nie zadajesz pytań.

Faith udało się uśmiechnąć krótko i chłodno. Wiedziała, kogo Howard miał na myśli, mówiąc o Panu Chrząszczu, i podejrzewała, że jego pytanie trafiło w dziesiątkę.

Przez ostatni miesiąc rodzina poruszała się w gęstej mgle niedopowiedzeń. Spojrzenia, szepty, subtelne zmiany sposobu bycia i łagodnie rozluźniane kontakty. Faith zauważyła tę zmianę, ale nie potrafiła odkryć jej przyczyny.

I wtedy pewnej niedzieli, kiedy rodzina wracała spacerkiem z kościoła, podszedł do nich mężczyzna w brązowym filcowym kapeluszu. Kłaniał się i kiwał głową, uśmiechał się, ale ten uśmiech nigdy nie obejmował jego oczu. Napisał artykuł na temat chrząszczy i teraz pytał, czy szanowny wielebny Erasmus Sunderly nie zechciałby napisać przedmowy do jego tekstu. Szanowny wielebny nie był skłonny nawet się nad tym zastanawiać i zrobił się chłodno poirytowany w obecności znajomego. Mężczyzna „chciał się na siłę zaprzyjaźnić”, łamiąc wszelkie zasady i nie przestrzegając dobrych manier. W końcu wielebny powiedział mu to prosto w oczy.

Uśmiech entuzjasty chrząszczy zamienił się w coś znacznie mniej przyjemnego. Faith wciąż pamiętała jego zjadliwą odpowiedź:

– Niech mi pan wybaczy, że wyobrażałem sobie, iż pańskie maniery dorównują pana intelektowi. Plotki się roznoszą, wielebny, i wydawało mi się, że będzie pan zadowolony, iż znalazł się równy panu człowiek nauki, który wciąż jest skłonny podać panu rękę.

Faith przypomniała sobie te słowa i poczuła, że krew tężeje jej w żyłach. Nigdy w najśmielszych snach nie wyobrażała sobie, że kiedyś zobaczy, jak ktoś tak bez pardonu obraża jej ojca. A co gorsza, wielebny odwrócił się od nieznajomego z furią i w milczeniu, nie żądając żadnych wyjaśnień. Chłodna mgiełka podejrzeń Faith zaczęła się krystalizować. Za granicą ktoś rozsiewał plotki. Jej ojciec wiedział, o co chodzi, ona jednak nie miała pojęcia, co się za tym kryje.

Myrtle bardzo się myliła. W Faith przelewało się od pytań, kłębiących się jak wąż w skrzyni.

Ale mnie nie wolno. Nie wolno mi się temu poddawać.

W umyśle Faith zawsze było TO. Nigdy nie dawała temu innego imienia, bo bała się, że roztoczy nad nią jeszcze większą moc. To było jak uzależnienie, tyle wiedziała. Zawsze poddawała się temu bez walki, chociaż nigdy nie zrobiła tego do końca. To było jej zupełnym przeciwieństwem – nie było osobą, którą zna świat. Faith, dobra, porządna dziewczyna. Opoka. Można się na niej oprzeć, jest wprawdzie nudna, ale godna zaufania.

Najtrudniej było się oprzeć niespodziewanym okazjom. Porzucona koperta, z której wystaje róg listu, czysta i kusząca. Uchylone drzwi, których nikt nie zamknął na klucz. Nieostrożna rozmowa obojętna na uszy ciekawskich.

Był w niej jakiś głód, a przecież dziewczynki nie bywają głodne. Co najwyżej, siedząc przy stole, dziobią potrawę widelcem. Kilka nudnych lekcji z przemęczoną guwernantką, nieciekawe spacery, rozrywki, którym brakuje rozmachu. Ale to nie wystarczało. Cała wiedza – każda wiedza – wołała głośno do Faith, a w zawłaszczaniu tego, co niewidoczne, była cudowna, trująca przyjemność.

Teraz jednak jej uwaga była skupiona na bardzo konkretnym, niepokojącym punkcie. W tej właśnie chwili ojciec i wuj Miles rozmawiają być może o Panu Chrabąszczu i omawiają powody ich nagłego wyjazdu z Anglii.

– Mamo… mogę trochę pospacerować po pokładzie? Mój brzuch… – Faith niemal uwierzyła we własne słowa. Przewracało jej się w żołądku, ale z ekscytacji – stateczek kołyszący się nieprzyjemnie na falach nie miał tu nic do rzeczy.

– Dobrze, ale nie odpowiadaj, jeśli ktoś będzie cię nagabywać. Weź parasolkę i uważaj, żebyś nie wypadła za burtę. Wracaj, zanim się zaziębisz.

Kiedy Faith powoli szła wzdłuż relingu, a słabnący deszcz bębnił w rozłożoną parasolkę, musiała przyznać sama przed sobą, że znów poddaje się TEMU. Podniecenie płynęło ciemnym winem w jej żyłach i boleśnie wyostrzało zmysły. Powoli znikała z oczu Myrtle i Howardowi, celowo się guzdrząc, w pełni świadoma każdego rzuconego w jej stronę spojrzenia. Każde z tych spojrzeń w końcu się jednak męczyło i ześlizgiwało z niej.

Nadszedł jej moment. Nikt nie patrzył. Przemknęła szybko przez pokład i zniknęła między skrzyniami poupychanymi u podstawy dygoczącego, pozbawionego kolorów komina stateczku. Powietrze smakowało solą i poczuciem winy, a ona wreszcie czuła, że żyje.

Przemykała od jednej kryjówki do drugiej, przytrzymywała spódnicę, żeby ta nie zdradziła jej położenia, fruwając na wietrze. Jej szerokie, kwadratowe stopy, tak niezgrabne, kiedy ktoś próbował wcisnąć je w modne buciki, poruszały się bezgłośnie po deskach pokładu z niebywałą sprawnością.

Znalazła kryjówkę między dwiema skrzyniami. Wuj i ojciec stali zaledwie trzy metry od niej. Widzieć ojca i nie być widzianą to niemal świętokradztwo.

– Uciekać z własnego domu! – wykrzyknął wielebny. – To mi pachnie tchórzostwem, Milesie. Nie powinienem był dać ci się przekonać i wyjeżdżać z Kentu. Co dobrego wyniknie z naszego wyjazdu? Plotki są jak bezdomne wściekłe psy. Uciekasz, a one rzucają się za tobą w pogoń.

– Plotki to rzeczywiście psy, Erasmusie – wuj Miles zmrużył oczy, patrząc przez binokle – i polują stadami na oczach wszystkich. Musiałeś na jakiś czas pożegnać się z socjetą. A kiedy cię nie będzie, znajdą kogoś innego, za kim będą się uganiać.

– Wyślizgując się jak tchórz pod osłoną nocy, Milesie, nakarmiłem te psy. Wyjazd będzie potraktowany jako dowód przeciwko mnie.

– Może i tak, Erasmusie – odpowiedział wuj Miles z niezwykłą dla siebie powagą – ale czy nie wolałbyś być sądzony tutaj, na wyspie zapomnianej przez Boga i ludzi, przez garstkę farmerów i hodowców owiec, czy w Anglii, przez ludzi, którzy naprawdę coś znaczą? Wykopaliska na wyspie Vane były najlepszą wymówką, jaką mogłem dla ciebie stworzyć, i jestem zadowolony, że postanowiłeś przyjąć moje argumenty.

Wczoraj rano artykuł w „Intelligencerze” czytano głośno przy śniadaniu w całym kraju. Gdybyś został, zmusiłbyś całe swoje otoczenie do opowiedzenia się po jednej ze stron, a biorąc pod uwagę rozmiary plotki, podejrzewam, że nie spodobałyby ci się decyzje, które by podjęto.

Erasmusie, jedna z najbardziej poczytnych i szanowanych gazet w kraju określiła cię mianem oszusta i szarlatana. Jeżeli nie chcesz wystawić Myrtle i dzieci na bolesne konsekwencje skandalu, nie wolno ci wracać do Kentu. Dopóki twoje imię nie zostanie oczyszczone, nic dobrego cię tam nie czeka.

Rozdział 2

Wyspa Vane

Oszust i szarlatan.

Te dwa słowa uczepiły się Faith, stawały jej przed oczami, gdy szła dalej po mokrym pokładzie, patrząc bezmyślnie na mijane wyspy. Jak to możliwe, że ktoś mógł podejrzewać jej ojca o oszustwo? Jego nieugięta uczciwość była zarazem plagą i dumą rodziny. W obecności pastora nigdy nie miało się wątpliwości, co robić, nawet jeżeli stało się pod ostrzałem jego niechętnych spojrzeń. No i co wuj Miles miał właściwie na myśli, mówiąc „oszustwo”?

Kiedy wróciła do salonu, wuj Miles i ojciec siedzieli już na swoich miejscach. Faith znowu zasiadła na skrzynce z wężem, ale nie mogła spojrzeć nikomu w oczy.

Wuj Miles, mrużąc powieki, wpatrywał się przez binokle w zmoczony deszczem przewodnik, jak gdyby rodzina naprawdę jechała na wakacje, a później wyglądał przez bulaj na morze.

– Jest! – Pokazał palcem. – To wyspa Vane.

Zbliżający się i rosnący w oczach ląd z początku nie prezentował się okazale, lecz Faith wkrótce zrozumiała, że podchodzą do wyspy od węższego końca, dlatego i z tej perspektywy wygląda jak łódź ze zwężającym się dziobem. Dopiero kiedy stateczek pocztowy okrążył wyspę i zaczął opływać jej dłuższy brzeg, zobaczyła, że pierwsze wrażenie było mylne. Olbrzymie czarne fale rozbijały się o ciemnobrązowy klif, wyrzucając w górę dzikie strugi piany.

Nikt tu nie mieszka – to była jej pierwsza myśl. Nikt nie mógłby tu mieszkać z wyboru. To miejsce dla wyrzutków społeczeństwa. Kryminalistów, skazańców, jak w Australii. I ludzi, którzy przed czymś uciekają, tak jak jej rodzina.

Jesteśmy wygnańcami. Być może będziemy musieli tu mieszkać już do końca życia.

Mijali nierówne przylądki i głębokie zatoczki. Rozrzucone tu i ówdzie samotne budynki patrzyły melancholijnie w morze. Po chwili stateczek zwolnił i mieląc wodę, skręcił z trudem do głębszej zatoki, w której port przykleił się do otaczającego go wysokiego muru, a za nim, jeden za drugim, wznosiły się rzędy domów ze ślepymi oknami. Łupkowe dachy smagał deszcz. Dziesiątki kutrów rybackich pobłyskiwało złowieszczo we mgle, kołysząc się na prawo i lewo. Powietrze wypełniły ogłuszające krzyki mew, ptaki darły się, kłócąc i przekrzykując tą samą na wpół złamaną nutą. Na pokładzie zaczął się ruch, pasażerowie jak jeden mąż odetchnęli z ulgą i ruszyli ku bagażom, przygotowując się do zejścia na ląd.

Stateczek zatrzymał się w końcu przy nabrzeżu w ścianie deszczu. Pośród przekrzykujących się głosów, rzucania lin i manewrowania trapami wuj Miles wcisnął parę monet w kilka dłoni i bagaż rodziny Sunderly znalazł się na suchym lądzie.

– Wielebny Erasmus Sunderly z rodziną? – Na nadbrzeżu stał chudy mężczyzna w czarnym płaszczu, całkowicie przemoknięty, krople wody rozbijały się na szerokim rondzie jego kapelusza. Był starannie ogolony, miał sympatyczny, choć nieco niespokojny wyraz twarzy, teraz był nieco posiniały z zimna. – Pan Anthony Lambent przekazuje pozdrowienia – powiedział i wręczył ojcu przemoczony list. Faith zauważyła ciasną koloratkę na szyi mężczyzny i zdała sobie sprawę, że on także musi być pastorem.

Ojciec Faith przeczytał list, skinął z aprobatą głową i wyciągnął rękę.

– Pan… Tiberius Clay?

– W rzeczy samej, sir. – Clay z szacunkiem potrząsnął dłoń pastora. – Jestem wikarym na Vane.

Faith wiedziała, że wikary jest zastępcą proboszcza, który ma zbyt wielu parafian lub za dużo pracy.

– Pan Lambent prosi o wybaczenie… Chciał osobiście wyjechać po państwa do portu, ale ten nagły deszcz… – Clay skrzywił usta i spojrzał w górę na ciężkie, ołowiane chmury. – Istnieje niebezpieczeństwo zalania nowych otworów, więc trzeba dopilnować, żeby wszystko zostało przykryte. Bardzo proszę, sir. Pozwoli mi pan, że pomogę z bagażami? Pan Lambent przysłał powóz, żeby zabrać państwa i państwa rzeczy do Zatoki Byka.

Wielebny wprawdzie się nie uśmiechnął, ale pomruki przyzwolenia nie były pozbawione ciepła. Oficjalne maniery wikarego wyraźnie zdobyły jego sympatię.

Rodzina ściągała na siebie spojrzenia – Faith była tego pewna. Czy informacje o tajemniczym skandalu dotarły już na wyspę Vane? Nie, chodziło pewnie tylko o to, że byli obcy i przyjechali obładowani absurdalną ilością bagażu. Do jej uszu dotarły jakieś stłumione pomruki i wymawiane półgłosem słowa, ale nic nie mogła zrozumieć. Miała wrażenie, że słyszy ciąg dźwięków bez samogłosek.

Nie bez trudu ułożono z bagażu Sunderlych wysoką i chybotliwą wieżę na dachu dużego, lecz zniszczonego deszczem i wiatrem powozu. Przywiązano walizki pasami i wikary wcisnął się do środka razem z rodziną pastora. Powóz ruszył i zadrżał na kocich łbach. Faith poczuła, że jej zęby drżą od wibracji.

– Czy jest pan przyrodnikiem, panie Clay? – spytała Myrtle, z wdziękiem i odwagą ignorując jęk kół powozu.

– W towarzystwie tu obecnych jestem jedynie skromnym amatorem. – Clay delikatnie skłonił się wielebnemu mokrym kapeluszem. – Niemniej jednak moim profesorom w Cambridge udało się wtłoczyć mi do głowy trochę wiedzy z geologii i historii naturalnej.

Nie było to dla Faith żadną niespodzianką. Wielu przyjaciół i znajomych jej ojca było duchownymi, którzy natknęli się na swojej drodze życiowej na nauki przyrodnicze. Dżentelmeni, którzy mieli służyć Kościołowi, byli wysyłani na dobre uniwersytety, gdzie otrzymywali wykształcenie godne swej klasy – poznawali grekę, łacinę, i mieli okazję liznąć nieco nauk ścisłych. Czasem to wystarczyło, by połknęli naukowy haczyk.

– Moim największym wkładem w wykopaliska jest praca fotografa – to moja pasja. – W głosie wikariusza słychać było nuty radości, kiedy wspomniał o swoim hobby. – Rysownik pana Lambenta miał nieszczęście złamać rękę w nadgarstku już pierwszego dnia, więc mój syn i ja rejestrowaliśmy obrazy odkryć moim aparatem fotograficznym.

Powóz wyjechał z małego miasteczka, które zdaniem Faith bardziej przypominało wioskę, i wspinał się po nierównej, wijącej się serpentynami drodze. Za każdym razem, gdy podskakiwał na wybojach, Myrtle nerwowo chwytała się ramy okiennej i wszyscy bezwiednie napinali mięśnie.

– Te budowle na cyplu to wieże telegraficzne – rzucił Clay. Faith udało się dostrzec szeroki, obskurny cylinder. Wkrótce potem minęli niewielki kościół ze zwężającą się wieżą. – Plebania jest tuż za kościołem. Mam nadzieję, że zrobią mi państwo tę przyjemność i wpadną na herbatkę podczas pobytu na wyspie.

Wydawało się, że powóz walczy ze wzgórzem; skrzypiał i stukał tak dramatycznie, że Faith spodziewała się, iż koło może odpaść w każdej chwili. W końcu zatrzymał się nagle i rozległo się energiczne postukiwanie w dach.

– Przepraszam. – Clay otworzył drzwi i wyszedł na zewnątrz. Nad ich głowami wywiązała się ożywiona rozmowa w języku stanowiącym mieszankę angielskiego i francuskiego, którego nienawykłe ucho Faith nie mogło zrozumieć.

Twarz Claya znów pojawiła się w drzwiach, tym razem zachmurzona i zmartwiona.

– Chciałbym państwa po tysiąckroć przeprosić. Mamy dylemat. Dom wynajęty przez państwa znajduje się w Zatoce Byka, gdzie można dotrzeć albo drogą prowadzącą dołem, tuż przy linii brzegowej, albo trasą, która pnie się w górę i przekracza grzbiet, a później schodzi w dół po drugiej stronie. Właśnie się dowiedziałem, że droga nad morzem jest zalana. Jest tam falochron, ale kiedy przypływ jest tak wysoko i fale są tak gwałtowne…

Zmarszczył czoło i rzucił przepraszające spojrzenie w kierunku nisko wiszących chmur.

– Domyślam się, że droga prowadząca górą jest dłuższa i bardziej męcząca? – spytała pospiesznie Myrtle, spoglądając jednym okiem na zasępionego Howarda.

Clay zmarszczył czoło.

– To bardzo… stroma droga. Woźnica informuje mnie, że przy obciążonym powozie koń sobie z nią nie poradzi.

– Sugeruje pan, że powinniśmy wysiąść i iść piechotą? – Myrtle zesztywniała i wysunęła do przodu swój maleńki, śliczny podbródek.

– Mamo – szepnęła Faith, czując, że za chwilę utkną w martwym punkcie. – Mam parasolkę i bardzo chętnie się przespaceruję.

– Nie! – rzuciła ostro Myrtle, aż Faith poczuła rumieniec na twarzy. – Jeśli mam być panią tego domu, nie zamierzam wejść do niego, wyglądając jak mokra mysz. I tobie też na to nie pozwolę!

Faith poczuła falę złości i gniewu. Chciała krzyknąć na całe gardło. A jakie to ma znaczenie?! Gazety rozdzierają nas na strzępy. Naprawdę uważasz, że ludzie będą nami bardziej pogardzać, jeśli będziemy mokrzy?

Wikariusz wyglądał tak, jakby znalazł się w potrzasku.

– W takim razie obawiam się, że powóz będzie musiał przejechać tę trasę dwa razy. Tu niedaleko jest stary domek – kiedyś obserwowano z niego morze, wypatrując ławic sardynek. Może dałoby się tu zostawić skrzynie i bagaże i woźnica wróciłby po nie później? Bardzo chętnie zostanę i ich popilnuję.

Twarz Myrtle pojaśniała z radości, ale zanim zdążyła otworzyć usta, odezwał się stanowczo jej mąż.

– Absolutnie nie wyrażam na to zgody – stwierdził ojciec Faith. – Niech pan wybaczy, ale niektóre z tych skrzyń zawierają wyjątkowo cenne okazy flory i fauny, które muszą zostać umieszczone w domu tak szybko, jak tylko się da, bo w przeciwnym wypadku ulegną zniszczeniu.

– No cóż, ja chętnie poczekam w tym domku i uwolnię konia od swojego ciężaru – stwierdził wujek Miles.

Clay i wujek Miles wysiedli z powozu i zaczęto rozładowywać skrzynie i kufry rodziny jeden po drugim, zostawiając na dachu jedynie pudła z okazami przyrodniczymi. Woźnica mimo to patrzył niepewnie na przechylony powóz, marszcząc czoło i próbując dać im do zrozumienia, że i tak jest zbyt obciążony.

Ojciec Faith nie ruszył się, żeby wyjść i dołączyć do pozostałych mężczyzn.

– Erasmusie… – zaczął wujek Miles.

– Muszę zostać z moimi okazami – przerwał mu ostro wielebny.

– Może moglibyśmy zostawić jedną z pańskich skrzyń? – zapytał ostrożnie Clay. – Widziałem tam pudło opisane „Różnorodne wycinki”, które jest znacznie cięższe niż cała reszta.

– Nie, panie Clay. – Odpowiedź wielebnego była szybka i zimna jak lód. – Ta skrzynia ma szczególne znaczenie.

Ojciec Faith omiótł spojrzeniem swoją rodzinę – jego wzrok był chłodny i nieobecny. Zerknął na Myrtle i Howarda, a później jego wzrok spoczął na Faith. Wiedziała, że ocenia ją pod względem ciężaru i znaczenia. Zrobiło jej się słabo – czuła się, jak gdyby ktoś ustawiał ją na ogromnej wadze.

Nie mogła czekać na torturę decyzji jej ojca, ujętą w bezwzględnych słowach.

Nie patrząc na rodziców, wstała niepewnie. Tym razem Myrtle nie powiedziała nic, żeby ją powstrzymać. Podobnie jak Faith, miała świadomość, że wielebny milcząco podjął decyzję, i spuściła pokornie głowę.

– Panno Sunderly? – Clay był wyraźnie zdziwiony, widząc, jak Faith wychodzi z powozu prosto w kałużę.

– Mam parasolkę – powiedziała pospiesznie. – Chciałam zaczerpnąć świeżego powietrza. – To maleńkie kłamstwo pozwoliło jej na wyjście z sytuacji z twarzą.

Woźnica przyjrzał się raz jeszcze obciążeniu swojego pojazdu i skinął głową. Kiedy powóz oddalał się z turkotem kół, Faith unikała wzroku swoich współtowarzyszy, czuła, że pomimo chłodnego wiatru jej policzki są gorące od poniżenia. Zawsze wiedziała, że ojciec cenił ją mniej niż Howarda – uwielbianego syna. Teraz jednak dowiedziała się, że w jego ocenie jest niżej nawet od „różnorodnych wycinków”.

Mały domek wcinał się w zbocze wzgórza od strony morza, był zbudowany z byle jak ociosanych kamieni z miejscowej skały, miał dwuspadowy dach kryty łupkową dachówką i małe okna bez szyb. Na podłodze znajdowały się błotniste kałuże. Bicie deszczu o dach nad ich głowami na szczęście powoli ustawało.

Wuj Miles i Clay wciągnęli skrzynie i kufry jeden po drugim do środka, podczas gdy Faith strzepywała krople deszczu z ociekającej wodą kapoty. Czuła się bezużyteczna i odrętwiała. I dopiero wtedy, kiedy u jej stóp wylądowała z głośnym hukiem skrzynia pastora, Faith poczuła, że jej serce zaczyna bić szybciej. Klucz został w zamku.

Skrzynia zawierała wszystkie prywatne dokumenty jej ojca. Jego dzienniki, notatki z badań naukowych i korespondencję. Może znajdzie się w niej wskazówka, co to za tajemniczy skandal ich tu wygnał.

Faith odchrząknęła.

– Wuju… Panie Clay… Moja chustka i ubranie są bardzo przemoczone. Czy mogłabym prosić o chwilę, żeby… – Zawiesiła głos, pokazując gestem przemoczony kołnierz.

– A… Oczywiście! – Clay wyglądał na lekko zaniepokojonego, jak to często bywa z dżentelmenami, gdy zderzają się z sekretami damskiej odzieży.

– Wygląda na to, że deszcz trochę ustaje – zaobserwował wuj Miles. – Panie Clay, może podeszlibyśmy do klifu i opowie mi pan wtedy coś więcej o wykopaliskach? – Dwaj mężczyźni wyszli za próg i po chwili ich głosy ucichły.

Faith uklękła na kolanach przed skrzynią. Czuła pod palcami śliską skórę pokrywającą skrzynię i przez chwilę zastanawiała się, czy nie zdjąć z rąk obcisłych koźlęcych rękawiczek, ale wiedziała, że to by zbyt długo potrwało. Klamry były sztywne, ale poddały się jej pospiesznemu szarpaniu. Udało jej się przekręcić klucz w zamku, otworzyła wieko i zobaczyła kremowe kartki zapisane różnymi charakterami pisma. Już nie było jej zimno. Twarz jej płonęła, a w dłoniach czuła mrowienie.

Zaczęła otwierać listy, wyciągając je ostrożnie z kopert i trzymając za krawędzie kartek, by ich nie pobrudzić ani nie pognieść. Wiadomości z czasopism naukowych. Listy od wydawcy. Zaproszenia z muzeów.

Zadanie było czasochłonne, więc straciła poczucie czasu. W końcu natknęła się na list, którego styl przyciągnął jej uwagę.

„…podważając autentyczność nie jednej, ale wszystkich skamielin, które prezentował pan środowisku naukowemu i na których opiera się pańska reputacja. Twierdzą, że w najlepszym wypadku skamieliny są specjalnie zmienione, a w najgorszym – po prostu podrobione. Znalezisko z New Falton to w istocie dwie skamieliny zgrabnie połączone ze sobą. Mówi się o śladach kleju na zewnętrznych złączeniach…”.

Ktoś mocno zastukał do drzwi i Faith aż podskoczyła.

– Faith! – usłyszała głos wuja. – Powóz wrócił!

– Chwileczkę! – odkrzyknęła, pospiesznie składając list. Kiedy go zamykała, zauważyła, że na jej białych rękawiczkach jest wielka niebieska plama. Z przerażeniem zdała sobie sprawę, że rozmazała atrament na liście, zostawiając na nim ślady kciuka.

Rozdział 3

Zatoka Byka

Kiedy powóz wlókł się drogą, stukocząc kołami, Faith ściskała dłonie, żeby ukryć ślad na rękawiczce. Było jej niedobrze od przepełniającego ją uczucia nienawiści do samej siebie. Gdyby ojciec przejrzał listy, natychmiast natknąłby się na dowód jej zbrodni. Któż oprócz niej był jeszcze sam na sam ze skrzynią? Bardzo szybko wydedukowałby, że to właśnie ona jest winowajczynią.

Złapią ją. Zasłużyła sobie na to, żeby ją przyłapano. Co się z nią dzieje?

Cały ten czas jednak rozważała i analizowała zdania przeczytane w liście, gotowała się z wściekłości, solidaryzując się z ojcem. Jak ktokolwiek mógł uwierzyć, że któreś z jego odkryć to fałszerstwo? A już na pewno nie skamielina z New Falton!

Wszyscy byli zgodni co do tego, że jest prawdziwa. Wszyscy. Wielu ekspertów badało ją, dźgało, zachwycało się nią i pisało o niej. Jedno z czasopism naukowych ochrzciło ją nawet mianem Nefilim z New Falton, choć jej ojciec nigdy nie używał tego określenia i twierdził, że jest to zaledwie „znalezisko dziesięciolecia”. Czy to możliwe, że oni wszyscy się pomylili?

On musi mieć wrogów. Ktoś próbuje go zniszczyć.

Zmierzchało, kiedy powóz wdrapał się na grań wzgórza, a później zaczął zjeżdżać zygzakiem w dół krętą, nierówną drogą. W końcu zwolnił i Faith ujrzała żółte światło bijące z otwartych drzwi.

Budynek był stary – pokryty dachówką z łupka, zbudowany z nierównych, brązowych kamieni wyglądających jak postrzępiony karmel. Po drugiej stronie brukowanego podwórka były stajnie i stodoła. Za nimi wznosiła się kopułowata szklarnia, szyby w półświetle były mlecznobiałe. Jeszcze dalej widać było trawnik i ciemny, postrzępiony zagajnik, a za nimi – rysujący się niewyraźnie zarys czegoś, co mogło być następnym budynkiem.

Powóz jechał, rozchlapując kałuże, i w końcu stanął. Clay wyskoczył i podał rękę Faith, pomagając jej wysiąść z powozu, podczas gdy wuj Miles płacił woźnicy.

– Dobranoc! – Wikariusz pospiesznie skłonił się Faith i wujowi Milesowi. – Nie chcę was trzymać na deszczu!

Na dwór wybiegł służący i zaczął rozładowywać bagaż. Wuj Miles i Faith pobiegli pod parasolem w kierunku otwartych drzwi. Chuderlawa kobieta w średnim wieku stała w progu.Odsunęła się, żeby ich wpuścić.

– Pan Miles Cattistock i panna Sunderly? Jestem Jane Vellet – gospodyni i zarządzająca służbą. – Miała głęboki, niemal męski głos, twardy wzrok i małe, przebiegłe oczka. Jej sukienka w ciemnozielone paski była zapięta wysoko, aż pod brodę.

Hol był ciemniejszy, niż się wydawało, a jedyne światło padało z dwóch latarni postawionych na parapetach. Pod sufitem dostrzec można było czarne drewniane belki. Faith czuła w powietrzu aromat parafiny i inne zapachy, które mówiły jej, że dom jest stary i od dawna żyje swoim życiem – a przede wszystkim nie jest jej domem.

Po chwili Faith siedziała przed kominkiem, w którym płonął żywy ogień, w dłoniach miała talerz z gorącą zupą. Jeżeli Myrtle czuła wyrzuty sumienia z powodu tego, że pozostawiła córkę przy drodze, dobrze je ukrywała. Była zaróżowiona na twarzy i pełna energii, zrobiła już chyba obchód nowego domu i stwierdziła, że wiele mu brakuje.

– W ogóle nie mają tu gazu – informowała Faith teatralnym szeptem. – Podobno można go dostać w mieście, ale tu musimy przetrwać przy lampach i świecach. Nie ma kucharki, tylko gosposia, służąca i lokaj. Wszyscy pracowali u ostatnich lokatorów – mieszkały tu dwie starsze, niepełnosprawne panie i całą służbę zatrzymano do dalszych obowiązków. Podobno gosposia i służąca „jakoś dają sobie radę” z gotowaniem. Ale jak sobie poradzą z gotowaniem dla pięcioosobowej rodziny? I nie ma niani dla Howarda – ty musisz się nim zajmować, Faith, dopóki kogoś nie znajdziemy.

– Gdzie jest ojciec? – spytała Faith, kiedy matka zatrzymała potok wymowy, by nabrać powietrza.

– Wyszedł, gdy tylko przyjechaliśmy, żeby znaleźć jakieś pomieszczenie dla okazów botanicznych – odpowiedziała Myrtle ze znużeniem w głosie. – Okazuje się, że szklarnia nie wystarczy. Siedzi w ogrodzie w świątyni dumania Bóg wie jak długo i bawi się swoją roślinką.

– W świątyni dumania?

– To ponoć stara wieża. – Myrtle odchrząknęła, kiedy gosposia przechodziła przez pokój. – Pani Vellet, czym konkretnie jest ta świątynia dumania?

– Wybudowano ją jako wieżę obserwacyjną, proszę pani – odparła pospiesznie pani Vellet. – Miała służyć do obserwacji okrętów Napoleona. Tu, na wyspie Vane, nie pobudowano fortów tak jak na Alderney. Dżentelmen, który był wtedy właścicielem domu, postanowił, że jako dobry Anglik sam zbuduje jakiś obiekt obronny.

– I przydała się na coś? – spytała Myrtle.

– Skończyły mu się pieniądze, zanim dokończono budowę, proszę pani. I wtedy skończyła się też wojna – odparła pani Vellet. – Przez jakiś czas używano jej jako magazynu jabłek… Ale dach przeciekał.

– Dziwne miejsce na przechowywanie rośliny – zastanawiała się głośno Myrtle. Westchnęła. – Tak czy inaczej, nie wolno mu przeszkadzać ani podchodzić do wieży. Podobno roślina jest niezwykle delikatna i egzotyczna, a obce spojrzenie może sprawić, że opadną jej liście albo coś w tym guście.

Faith zastanawiała się, czy ojciec wycofał się do zapomnianej wieży, ponieważ było to jedyne miejsce, w którym mógł być sam. Bolało ją serce. Wiedziała, że zwierzęta oddalają się czasem od stada, kiedy są zranione.

Nawet zawsze skora do konwersacji Myrtle traciła siły. Długa podróż wypija z człowieka energię, jak obraz farbę na świeżym płótnie po długim pociągnięciu pędzla. Kiedy zauważono, że Faith opadają powieki, kazano dzieciom iść do łóżek.

– Masz najmniejszy pokój, kochanie – powiedziała jej Myrtle – ale nic nie dało się na to poradzić. Chyba nie masz nic przeciwko temu, prawda?

Pani Vellet sięgnęła po świece i zaproponowała, że pokaże jej sypialnię. Kiedy przechodziły przez hol, Faith spojrzała przez drzwi i zobaczyła, że niewielki salonik przejęła już menażeria ojca. Jaszczurki wpatrywały się przed siebie przez szkło. Stary wombat prychał i kręcił się przez sen, ostatnio właściwie tylko tym się zajmował. Faith zmarszczyła czoło, zdając sobie sprawę, że nie widzi węża.

Pod jedną ze ścian w holu stała część nierozpakowanych skrzyń i pudeł. Z niedowierzaniem rozpoznała na samym dnie skrzynkę z wężem. Pozostawiono go w zimnym holu, jak gdyby był pudłem na kapelusze.

Faith podbiegła i kucnęła przy nim. Przycisnęła ucho do skrzynki. Ze środka nie dobiegał żaden odgłos.

– Pani Vellet, czy mogłaby pani kazać wnieść to pudło do mojego pokoju?

Pokój Faith okazał się maleńki, mniejszy niż połowa jej sypialni w dawnym domu. W kominku palił się żwawo ogień, oświetlając małą umywalkę ze spękanym, marmurowym blatem, starą szafę i duże łóżko z czterema kolumnami na narożnikach i zasłonami po bokach, które pamiętały zapewne poprzedniego monarchę. W cieniu za szafą kryły się drugie drzwi z ogromnymi zasuwami.

– Czy przynieść panience gorące mleko z cytryną przed snem? – spytała gosposia.

– Macie tu jakieś zdechłe myszy? – W chwili kiedy wypowiadała te słowa, Faith zdała sobie sprawę, że być może nie jest to najlepsza reakcja na propozycję gorącego napoju. – Mój ojciec ma małego węża mandaryńskiego! – wyjaśniła pospiesznie, patrząc na unoszące się brwi pani Vellet. – Mięso… Maleńkie skrawki świeżego mięsa też wystarczą – mówiła, zacinając się. Podejrzewała, że nie robi świetnego pierwszego wrażenia. – I jakieś stare szmaty. I… oczywiście, mleko z cytryną, bardzo chętnie, dziękuję pani.

Dopiero kiedy znalazła się sama w pokoju, otworzyła skrzynkę i wyjęła z niej klatkę. Maleńki wąż leżał na samym dnie, zwinięty w żałosną ósemkę. Był kruczoczarny, a wzdłuż jego ciała rysowała się biało-złota kreska. Ten wzór zawsze przypominał Faith procesję ze świecami, idącą przez ciemny las. Na probostwie spędzała sporo czasu z menażerią ojca, opiekowała się nią nawet podczas jego wyjazdów, ale mały wąż był jej ulubieńcem. Ojciec przywiózł go osiem lat wcześniej z Chin.

Kiedy Faith wyciągnęła rękę i pogładziła go po grzbiecie, westchnęła z ulgą, widząc, że lekko się poruszył. Przynajmniej wiadomo, że nic mu się nie stało. Postawiła klatkę na komodzie z dala od przeciągu, ale niezbyt blisko kominka. Żył w chłodnym klimacie i zbyt wysoka temperatura z pewnością też by go mogła zabić.

Po chwili pani Vellet przyniosła jej kilka suchych szmat i miseczkę ze skrawkami wołowiny. Faith wcisnęła do klatki szmaty, które miały służyć za gniazdo, i napełniła miskę wodą ze słoja stojącego przy łóżku. Wąż nie zwrócił uwagi na mięso, za to z radością się wykąpał.

Kiedy Faith upewniła się, że wąż nie wyślizgnie się przez pręty klatki, przypomniała sobie plamę atramentu na rękawiczce. Próbowała ją zmyć zimną wodą w dzbanku stojącym przy łóżku, ale nic to nie dało. W końcu ukryła rękawiczki pod materacem.

Ubrania Faith od zawsze były źródłem jej nieustającej męki. Nie mogła wyjść na zakurzoną ulicę, wybiec na deszcz, usiąść w wiklinowym fotelu czy oprzeć się o pomalowaną na biało ścianę bez zniszczenia czegoś, zabrudzenia czy pomięcia zaprasowanej fałdy. Jej ubrania były zawsze źródłem winy. „Eliza godzinami zmywała szczotką brud ze skraju twojej spódnicy…”.

Co gorsza, ubrania ją zdradzały. Jeżeli w tajemnicy wymknęła się z domu albo ukryła się w szafie lub oparła o zakurzone drzwi, żeby podsłuchać rozmowy starszych, na czymś zawsze zostawał ślad. Nawet jeżeli nie dostrzegał tego nikt z rodziny, zauważali to służący.

Faith położyła się do łóżka, ale nie mogła zasnąć. Końskie włosie wystawało z materaca i przebijało się przez prześcieradło. Zasłony przy łóżku nie dało się do końca zaciągnąć, a od okna wiało wilgotnym chłodem. Długi dzień odcisnął w jej umyśle wyraźne piętno. Kiedy zamykała oczy, widziała szare niebo i ciemne, niespokojne fale.

Wiatr szarpał okiennicami i drzwiami zamkniętymi na zasuwy, a niekiedy za wyciem wiatru gdzieś daleko rozlegał się dźwięk przypominający ryk, który wydobywa się z gardła zwierzęcia. Wiedziała, że musi to być jakaś sztuczka wiatru, ale w jej wyobraźni malował się obraz ogromnej czarnej bestii z gór, wyjącej pośród sztormu.

Zastanawiała się, czy ojciec wciąż siedzi na wygnaniu w wieży. Faith czuła czasem, że istnieje między nimi jakiś związek, jak ukryty korzeń łączący drzewo mangrowca z małymi, dziecięcymi odrostami. Przez chwilę próbowała to sobie wyobrazić i pomyślała, że być może jej ojciec będzie w stanie wyczuć jej emocje, jeśli skupi się na tym wystarczająco mocno.

Wierzę w ciebie – chciała przesłać mu właśnie tę myśl. Niezależnie od tego, co mówią ludzie, ja w ciebie wierzę.

Faith obudziła się nagle, słysząc głośny dźwięk kroków – ktoś szedł po drewnianych deskach. Kiedy otworzyła oczy i zobaczyła nad sobą nieznany baldachim, wszystkie wspomnienia wróciły falą.

Odsłoniła zasłonę wokół łóżka, na wpół spodziewając się, że ktoś biega po jej pokoju. Odgłos kroków był tak blisko, zaledwie kilka metrów od jej głowy. W sypialni oczywiście nie było nikogo, ale po chwili znów coś usłyszała, i tym razem jednak zrozumiała, skąd się bierze tajemnicze skrzypienie drewna. To był odgłos kogoś, kto wbiega lub zbiega po schodach.

Schody dla służby! Jej pokój musi być bardzo blisko schodów. Muszą być bardzo blisko, jeśli słyszy kroki przez ścianę. Faith wstała i obeszła sypialnię, uważnie przyciskając ucho do ścian. Poczuła falę tryumfu, gdy znalazła miejsce, w którym dźwięk był najwyraźniejszy. Rozpoznała nawet daleki pomruk rozmowy.

Takie odkrycie wzburzyłoby niejednego. Cała idea schodów dla służby polegała na tym, że służący wchodzili i wychodzili niezauważeni przez rodzinę. Po co miałyby być te schody, skoro służba i tak budzi cię o świcie? Faith jednak nie była zła – właśnie dostała szansę, aby przysłuchać się niewidzialnemu światu służących.

Oczywiście, ona nie będzie z tego korzystać dla TEGO.

Zasuwy na tajemniczych drzwiach za kredensem były zardzewiałe, ale w końcu udało jej się je otworzyć. Drzwi były zamknięte na głucho, lecz po chwili otwarły się z trzaskiem i Faith zamrugała, patrząc prosto w słońce.

Wyjście prowadziło do maleńkiego ogrodu dachowego, płyty z jasnego kamienia lśniły od rosy. Otaczał go płotek z kutego żelaza, ciężki od pnączy, który zasłaniał ogród przed wzrokiem ciekawskich. Rzeźby dzieci z białego kamienia, upstrzone mchem i zniszczone przez upływ czasu, trzymały w dłoniach kamienne misy, z których wylewał się kolorowy żagwin. Po drugiej stronie Faith zobaczyła maleńką, obrośniętą winoroślą bramkę, a za nią – kamienne schodki, prawdopodobnie prowadzące na dół.

Na twarzy Faith pojawił się uśmiech. Jeżeli byłaby dziewczyną, która lubi się ukradkiem wymykać z domu, miałaby teraz swój własny, prywatny ogródek, przez który można niezauważonym wyjść na dwór i wrócić do domu.

Ubrała się i postanowiła kontynuować badanie domu. Schodząc głównymi schodami, instynktownie liczyła stopnie, zapamiętując te, które skrzypią, i te, którym można będzie zaufać. Faith złapała się na tym, że odnotowuje, które zasuwy i zatrzaski trzeba będzie dyskretnie naoliwić.

Nie! Faith zdecydowanie nie chciała do TEGO wracać.

Przypomniała sobie, że wkrótce czeka ją konfirmacja, i jak zwykle poczuła falę lęku na samą myśl o tym. W oczach Kościoła i Boga będzie dorosła. Jej grzechy będą jej własnymi grzechami. Oczywiście zawsze czuła nieśmiertelny Boski osąd, który jak olbrzymie wahadło świszczał nad jej głową, ale jej młodość była kruchą tarczą – była wymówką. Teraz ostre jak brzytwa wahadło będzie mogło ściąć ją jednym cięciem. Należy wyplenić wszystkie niewłaściwe nawyki i przyzwyczajenia.

A jednak – szeptał głosik w głowie Faith – dom w Zatoce Byka wykazywał pewien potencjał.

Wchodząc do mrocznej jadalni wyłożonej drewnianymi panelami, Faith dostrzegła matkę stawiającą do pionu służącą – ładną, ciemnowłosą piętnastolatkę, z której ust nie schodził lekki uśmieszek wyższości.

– Nie, Jeanne, to absolutnie nie wystarczy! – Myrtle gestem pokazała na deskę, którą trzymała służąca, a na której leżały dwa olbrzymie, długie bochenki chleba. Taki chleb Faith widziała po raz pierwszy. – Kiedy proszę cię o chleb z masłem, oczekuję kromki z prawdziwego bochenka chleba, mniej więcej tej grubości. – Myrtle podniosła rękę i wyprostowała palec wskazujący i kciuk, pokazując odległość wynoszącą mniej więcej trzy centymetry. – Proszę, zajmij się tym.

Służąca wydęła usta, wzruszyła ramionami i oddaliła się z deską.

– Co za dom! W nocy ani na chwilę nie zmrużyłam oka. Jestem pewna, że tych pokojów od wieków nikt nie wietrzył. I cóż to, na Boga, huczało i ryczało całą noc?

– To chyba jest właśnie Wielki Czarny Byk – odpowiedział jej wuj Miles, puszczając do nich perskie oko. – Kiedy szaleje sztorm, ta bestia wyskakuje z trzewi ziemi i ryczy. A tak naprawdę jest to zupełnie naturalne zjawisko spowodowane tym, że wiejący wiatr przebija się przez morskie jaskinie.

– Uważam, że to nieuczciwe ze strony gospodarza, który wynajął nam dom, że nic nie powiedział o ryczącym upiornym bydlęciu – stwierdziła niechętnie Myrtle.

– No tak, ale jest miejscowy przesąd mówiący, że na wyspie nie ma ani skrawka, który nie miałby swojego własnego dziwactwa – wtrącił wuj Miles z uśmiechem. – Clay opowiedział mi wczoraj parę historii – o wyjących kobietach, statkach widmach i tak dalej. Poza tym wyspa Vane była podobno gniazdem kontrabandy podczas wojny z Francją. Ktoś miał tu zakopać przed śmiercią sporo złota i już od pięćdziesięciu lat jego duch na próżno próbuje doprowadzić do niego ludzi.

– To chyba nie zna się na szaradach – mruknęła pod nosem Faith, siadając przy stole.

– Z bardziej ziemskich tematów, okazuje się, że ktoś zostawił nam rano dwie kartki. – Myrtle spojrzała na męża. – Jedna jest od doktora Jacklersa, mój drogi. Powiada, że ma nadzieję na to, iż będzie mógł zajrzeć do nas dzisiaj po południu i zawieźć cię na miejsce wykopalisk. Druga jest od pana Lambenta. Pisze, że miejscowe towarzystwo geologiczne spotyka się w jego domu o czwartej i że byliby zaszczyceni, gdybyś mógł zjawić się tam jako gość honorowy. Reszta z nas została zaproszona na popołudniową herbatkę. Mają posłać po nas powóz.

Wielebny spojrzał na żonę krótko, jakby nic nie zrozumiał, potem skinął głową, żeby pokazać, że usłyszał, i wrócił do milczącej konsumpcji śniadania.

– Może wszyscy powinniśmy pojechać na wykopaliska z doktorem Jacklersem – podpowiedział wuj Miles pełnym nadziei głosem. – Moglibyśmy zrobić sobie rodzinny wyjazd.

– Naprawdę byśmy mogli? – Faith spojrzała na oboje rodziców, a w jej wzroku była prośba i ekscytacja. W bibliotece ojca na probostwie spędziła długie godziny, czytając książki o prehistorycznych zwierzętach, w zdumieniu przyglądała się szkicom kości stworów, które już dawno wyginęły. Była zelektryzowana myślą, że zobaczy prawdziwe wykopaliska.

Myrtle spojrzała na męża, który popatrzył na siedzących przy stole nieobecnym spojrzeniem i odchrząknął.

– Dlaczego nie – powiedział.

Wróciła Jeanne i delikatnie, z wystudiowaną niewinnością postawiła deskę na stole, po czym znowu wyszła. Długie bochenki chleba zostały z agresywną dokładnością pocięte na półtoracentymetrowe kawałki, ale chleb nie przetrwał tego doświadczenia. Strzępy chleba tworzyły stos, wokół którego leżały fragmenty skórki posklejanej kawałkami masła.

– Jeanne! – krzyknęła Myrtle za głuchą na wszystko służącą. – Jeanne! No, tego już za wiele! Będę musiała poprosić panią Vellet, żeby pokroiła chleb. Tak właśnie zrobię!

Nad ich głowami coś zagrzmiało, usłyszeli odgłos małych stópek biegających po pokoju, a chwilę później – kilka eksperymentalnych trzaśnięć drzwiami. Myrtle zmarszczyła brwi i spojrzała na męża, który patrzył na sufit z chłodną dezaprobatą. Howard o tej porze miał jeszcze spać, a już z całą pewnością nie powinno go być słychać.

– Faith – powiedziała Myrtle półgłosem. – Byłabyś tak miła i zjadła dziś śniadanie z bratem, a później pomogła mu odrobić lekcje? – Nie spojrzała nawet na córkę i nie czekała na odpowiedź.

Faith rzuciła tęskne, pożegnalne spojrzenie potrawce z wędzonej ryby i ryżu, bekonowi, tostom i marmoladzie, po czym wstała z krzesła.

Myrtle wyjaśniała kiedyś Faith, w jaki sposób odpowiednio wydawać polecenia służącym. Wydaje się takie polecenie w formie pytania, by nie okazać się nieuprzejmym. „Przyniesiesz herbatę?”. „Czy mogłabyś porozmawiać z kucharką?”. Zamiast jednak intonacją wskazywać na to, że to rzeczywiście jest pytanie, na końcu obniża się głos, żeby pokazać, że tak naprawdę nie jest to pytanie i że nie spodziewamy się odmownej odpowiedzi.

Faith przyszło do głowy, że właśnie ten sposób rozmawia z nią jej matka.

Howardowi przydzielono dwa sąsiednie pokoje – jeden to „dziecięca sypialnia”, w której spał, w „dziennym pokoju dziecka” miał zaś się bawić, odrabiać lekcje i jeść posiłki.

– Nienawidzę ich – powiedział, popijając wodę i jedząc grzankę. – Tu w nocy są szczury. Nie potrafię spać bez Skordle.

„Skordle” to autorska wersja Howarda wymowy „Miss Caudle” – niani, która w hrabstwie Kent zazwyczaj spała w jego pokoju. Faith w tajemnicy lubiła to przezwisko i uważała, że „Skordle” brzmi jak nazwa jakiegoś mitycznego zwierzęcia.

Nie lubiła za to pokojów dziecięcych, ale z innego powodu niż jej brat. Przez ostatni rok czuła się jak na huśtawce, niepewnie oscylując między dzieciństwem a dorosłością. Było to zawsze najbardziej zrozumiałe podczas posiłków. Niekiedy okazywało się, że w jedną noc wyrosła jak fasola tuż pod niebo dorosłości i pozwalano jej na przywilej jedzenia z rodzicami w jadalni. A później, bez ostrzeżenia, znajdowała się z powrotem w pokoju dziecięcym z Howardem, jedząc owsiankę i siedząc na skrzypiącym, za małym krzesełku.

Jedzenie dla dzieci było „proste” i „pożywne”, co zazwyczaj oznaczało „bez smaku” i „pozbawione jakiegokolwiek aromatu”. Dziecięce pokoje pachniały właśnie takim jedzeniem – ziemniakami, mlekiem ryżowym i rozgotowaną baraniną. Te zapachy sprawiały, że Faith czuła, jakby nosiła na sobie starą wersję samej siebie, która była na nią zdecydowanie za mała. I swędziała.

– Do drugiej ręki! – Faith delikatnie wyjęła łyżkę z owsianką z lewej dłoni Howarda, po czym włożyła ją w jego prawą dłoń. Na tym froncie trwała nieustanna wojna.

Najtrudniej było po śniadaniu, kiedy musiała wcisnąć go w niebieską marynarkę. Howard nienawidził tego wdzianka, ale musiał wkładać je na lekcje. Lewy rękaw był przyszyty do boku, dzięki czemu dłoń Howarda tkwiła w pułapce kieszeni.

Myrtle twierdziła, że upór Howarda, który chciał wszystko robić lewą ręką, jest tylko „przemijającą modą” – nie trzeba się tym martwić i z pewnością nie należy go do tego zachęcać. Jego niania jeszcze przed Skordle na zbyt wiele mu pozwalała i Howardowi zostało po niej kilka „złych przyzwyczajeń”.

– Wiesz, co mówi mama! Musisz się nauczyć poprawnie jeść i pisać, zanim odeślą cię do szkoły! – Zgodnie z planem Howard miał zostać umieszczony w szkole z internatem, kiedy skończy osiem lat.

Chłopiec wykrzywił buzię tak jak zwykle, gdy mówiło się o szkole. Faith przełknęła rosnącą w jej gardle gulę goryczy i zazdrości.

– Jesteś szczęściarzem, How. Niektórzy daliby wszystko za to, żeby móc pójść do dobrej szkoły. – Faith nie wspomniała, że jest jedną z tych osób. – Posłuchaj! Jeśli włożysz kurtkę i skończysz ćwiczenia w pisaniu, możemy zbadać potem, co jest w ogrodzie. I możesz wziąć swój karabin!

Jej oferta przetargowa spotkała się z dobrym przyjęciem.

Na dworze Howard biegał i „strzelał” do górnych okien domu ze swojego małego drewnianego karabinu, wołając głośno „pif-paf!”. Celował do czarnych kruków, które cierpliwie, bez pośpiechu odchodziły, przeskakując z nogi na nogę, kiedy chłopczyk do nich podbiegał, a później rozkładały leniwie skrzydła, żeby przed nim umknąć. Strzelał do wszystkiego, gdy szli błotnistą, zarośniętą trawą i chwastami ścieżką w kierunku morza.

Jeżeli ktoś zauważyłby jego zachowanie, Faith prawdopodobnie oberwałoby się za to, że pozwala mu „na zbyt wiele”. Zawsze towarzyszyła im obawa, że Howard – jedyny syn – złapie jakieś śmiertelne przeziębienie. Faith widziała już, jak z pięciu młodszych braci powoli uchodziło życie i więdli jak umierające z braku wody kwiaty. Niektórzy umierali jako niemowlęta, inni dożywali zaledwie kilku lat. Pierwszych dwóch było Howardami, później jej rodzice postawili na Jamesa i dwóch Edwardów z podobnym skutkiem. Z tego właśnie powodu żyjący jeszcze Howard wydawał się kruchy, jak gdyby trzymał braci za ręce, oddzielony od nich ponurą zasłoną.

Faith jednak znała Howarda znacznie lepiej niż rodzice. Rozumiała, że potrzebował biegania w kółko do upadłego i szaleństw, tak jak potrzebował swojego drewnianego karabinu. „Strzelał” do wszystkiego, co napełniało go strachem. Teraz próbował sprawić, by jego nowy świat stał się bezpieczny.

Ich wzrok przyciągnęła przysadzista wieża wyrastająca na skraju zagajnika. W świetle dnia widać było, że to tylko kikut, który sięga na wysokość pierwszego piętra. Kamienie miały kolor starej herbaty, wąskie jak strzelnice okienka były zawalone zaprawą i porośnięte bluszczem.

Ciekawość ciągnęła Faith w kierunku wieży, ale w kieszeni ciążyły jej zwinięte w kulkę rękawiczki. Musiała się ich pozbyć, zanim znajdzie je któraś ze służących.

W pobliżu morza ścieżka się rozdwajała. Ta, która odchodziła w lewo, wspinała się na klif. Faith i Howard poszli w prawo, dróżka wiła się w dół, ku kamienistej plaży. Tam Howard dostał szału – strzelał do nerwowo stąpających po kamieniach łowców ostryg, do klifów w kolorze brudnego błota wyrastających po obu stronach plaży i do własnego odbicia w mokrym piasku.

Na plaży był mały hangar dla łodzi, w środku – łódź wiosłowa, a za nim stos głazów. Kiedy Howard biegał po plaży, Faith wślizgnęła się za hangar i wcisnęła rękawiczki w ciemną, wąską przestrzeń między dwoma kamieniami. Od razu zrobiło jej się lżej. Poczucie winy przestało tak kłuć, kiedy znikło ryzyko, że ktoś może ją przyłapać.

Faith wróciła na plażę. Podobała jej się mimo wyblakłych kolorów i nisko wiszących, szarych chmur. W jej głowie otwierały się strony książek przyrodniczych jej ojca, znajdowała słowa na to, co widzi. Zwinne, ostroskrzydłe rybitwy tnące szare powietrze. Krzywonosa czarno-biała alka o tępym dziobie czyszcząca pióra na urwisku. Drżące na wietrze białe kwiaty solirodu pośród kamieni.

Wpatrując się w odległe cyple, Faith widziała białe grzywy fal rozbijających się o skały. Tu i ówdzie dostrzegała czarne rozpadliny u podnóża skał.

– Patrz, Howardzie! – wykrzyknęła, przekrzykując wiatr, i pokazała palcem. – Jaskinie morskie!

Howard podbiegł i zmrużył oczy, patrząc we wskazanym kierunku, a później wymierzył do jaskiń ze swojego karabinu.

– Czy w środku są potwory? – spytał w zamyśleniu.

– Może.

– Popłyniemy tam i zobaczymy?

Faith spojrzała na małą łódź wiosłową stojącą w hangarze i przyjrzała się rozkołysanemu morzu. Ciemne dziury działały na jej wyobraźnię.

– Może kiedy indziej – powiedziała. – Ale będziemy musieli spytać mamę i tatę.

Kiedy Howard już się zmęczył, poprowadziła go z powrotem w kierunku domu. Jej oczom raz jeszcze ukazała się szarobura wieża.

Poprzedniego wieczoru ojciec spędził w niej wiele godzin, opiekując się jakąś tajemniczą rośliną. Myślała wtedy, że po prostu chce zostać sam, ale teraz przypomniała sobie skrzynkę z „różnorodnymi wycinkami”, która pozbawiła ją możliwości podróżowania w powozie. Zastanowiła się nad tym i stwierdziła, że opis tego pakunku jest wyjątkowo nieprecyzyjny, jej ojciec był zazwyczaj znacznie bardziej konkretny.

– Howard. Chcesz obejrzeć lwy koło wieży?

Faith musiała obejść budowlę dookoła, żeby znaleźć ciężkie, drewniane drzwi ukryte w drzewach. Nikt nie mógł jej zobaczyć, a pokusa była zbyt wielka. Uniosła w górę starodawną zasuwę i otworzyła drzwi.

Wewnątrz panowała ciemność. Do jej nozdrzy dotarł dziwny zapach, a z nim – chłód, który kłuł w oczy.

Spojrzała w górę i zobaczyła w półmroku szare od pajęczyn belki stropowe. Dach był nienaruszony – ze zdziwieniem zdała sobie z tego sprawę – co oznaczało, że blokował światło słoneczne. Dlaczego jej ojciec miałby umieścić ważny i drogi okaz rośliny tam, gdzie nie dociera słońce?

Faith ostrożnie weszła do wnętrza wieży, poczuła, że jej but ślizga się lekko po omszałej kamiennej podłodze. Rozejrzała się w półcieniach niewielkiego pomieszczenia.

Zobaczyła przytulony do ściany, kopulasty kształt owinięty nieprzemakalną tkaniną, pod którą ledwo widać było podstawę donicy. Roślina miała około piętnastu centymetrów wysokości – była na tyle mała, że można ją było przewozić w skrzyni.

W chwili, w której powoli zbliżała się do dziwnego kształtu, zdała sobie sprawę, że rozlegające się gdzieś za nią okrzyki „Pif-paf!” stają się coraz głośniejsze, a głos – coraz bardziej podekscytowany. W panice i z poczuciem winy wybiegła na światło słoneczne i szybko zamknęła za sobą drzwi do wieży. Rozejrzała się w obawie, że jej ojciec wraca z jakiegoś spaceru.

Zamiast tego zobaczyła Howarda mierzącego w zarośla z drewnianego karabinu. Przez chaszcze przedzierał się dziwny mężczyzna.

Nie był jednym ze służących, Faith zauważyła to natychmiast. Miał zniszczone ubranie, nieuczesane włosy i postrzępioną brodę. W ręce trzymał drewniane wiadro. Nieproszony gość. Jego dziwny wygląd zapalił czerwone światełko w głowie Faith. Poczuła gęsią skórkę, jak gdyby była zwierzęciem, które zwęszyło inny gatunek.

Czternaście lat wyszkolonych lęków ruszyło pełnym galopem. Dziwny człowiek. Obcy. Ona była dziewczyną, niemal kobietą i nagle znalazła się – co nie było dozwolone – obok obcego mężczyzny bez opieki i bez świadków. A to sytuacja, w której mogło się wydarzyć tysiąc strasznych rzeczy.

– Pif-paf! – wrzasnął Howard. Mężczyzna zatrzymał się i spojrzał na nich.

Faith chwyciła Howarda pod pachę i ruszyła biegiem w kierunku domu. Wpadła przez drzwi frontowe i niemal zderzyła się z matką, która wychodziła z salonu.

– Boże drogi! – Myrtle uniosła brwi. – Faith. Co się stało?

Faith odstawiła Howarda na podłogę i dysząc ciężko, wyjaśniła, o co chodzi. Myrtle pospiesznie podeszła do Howarda i zaczęła się nad nim użalać, a ten zdał sobie sprawę, że pewnie coś mu się stało, i natychmiast zaczął wyć.

– Zajmij się Howardem, Faith. Ja powiem ojcu.

Kilka chwil później, gdy dziewczyna wciąż próbowała uspokoić Howarda, do salonu wszedł sztywnym krokiem jej ojciec.

– Gdzie był ten człowiek? – spytał.

– Niedaleko wieży – odparła Faith.

– Jak blisko podszedł? – spytał ojciec. Faith nigdy nie widziała go tak ponurego i zdenerwowanego. Poczuła falę ciepła na myśl o jego niepokoju.

– Z dziesięć metrów. Schodził obok w dół zbocza.

Pani Vellet przyszła szybko, wezwana przez wielebnego. Na jej policzkach widniał niewielki rumieniec niezadowolenia i Faith zastanawiała się, czy Myrtle szkoliła ją, tak jak obiecała.

– To mi wygląda na Toma Parrisa – odparła natychmiast pani Vellet, kiedy usłyszała opis obcego.

– A może mi pani powie, dlaczego temu Parrisowi wolno wchodzić na teren posiadłości? – W głosie wielebnego zabrzmiały stalowe nuty.

– Przepraszam, sir – odparła szybko gosposia – lecz przejście przez teren to najkrótsza droga na plażę. A to najlepsza plaża na wyspie, jeśli ktoś szuka przegrzebków, więc… – Rozłożyła ręce i znów zrobiła tę swoją minę, która znaczyła: tak właśnie jest i nic na to nie poradzę.

– Absolutnie nie zgadzam się na żadne naruszanie naszej własności – oznajmił nieprzejednanym tonem wielebny. – Muszę myśleć o bezpieczeństwie mojej żony i dzieci, a także o drogocennych okazach w szklarni, których nie mam zamiaru zostawiać na łaskę i niełaskę jakichś ciekawskich. Wynajmuję dom i grunt i będę uważał wszystkich, którzy wchodzą tu bez pozwolenia, za kłusowników. Jeśli zna pani tych gagatków, proszę ich poinformować, że będę zakładał wnyki.

Jak blisko podszedł? Początkowo Faith z wdzięcznością odczytała jego niepokój jako obawę o bezpieczeństwo jej i Howarda. Kiedy się jednak uspokoiła, zaczęła się zastanawiać, czy ojciec nie ma na myśli czegoś innego.

Jak blisko podszedł do wieży?

Rozdział 4

Grobowa pieczara

O drugiej po południu pod dom podjechał powóz. Jakąś minutę później w przedpokoju pojawił się krzepko wyglądający mężczyzna w średnim wieku z zaczerwienionymi policzkami, czarnymi bokobrodami i mocnymi, białymi zębami. Przedstawił się jako doktor Jacklers i potrząsał dłonią wielebnego, ściskając ją parokrotnie i pociągając, jak gdyby próbował oderwać ją od ciała.

– Wielebny! Cóż za zaszczyt poznać pana. Czytałem pańskie artykuły w czasopiśmie Królewskiego Towarzystwa Nauk!

Doktor potrząsał dłonią wuja Milesa nieco mniej żywiołowo mimo jego zapewnień, iż on również interesuje się naukami przyrodniczymi i być może dobry pan doktor słyszał o jego artykuliku na temat skamieniałych skorupiaków. Myrtle uciszyła brata krótkim kaszlnięciem.

Kiedy przedstawiano Faith, doktor Jacklers wydawał się przez chwilę zaskoczony.

– Faith… Aha! Pamiętam tę historię! Myślałem… – Głos mu zamarł. Stał z ręką wyciągniętą na tyle wysoko, by móc poklepać po głowie małe, wyimaginowane dziecko. – To już tyle lat? Wyglądasz teraz na prawdziwą kobietę!

Faith podziękowała mu, ale była nieco zmieszana. Wiedziała dokładnie, jakie wydarzenie ma na myśli. Był to dzień, który pamiętała jako mieszaninę szczęścia, zadumy i zakłopotania. Miała siedem lat i wtedy właśnie ojciec z własnej woli zaproponował jej, żeby poszła z nim na spacer na plażę. Faith dreptała przy nim i kręciło jej się w głowie z radości, że tata chce spędzić z nią trochę czasu. Pierwszy raz zachowywał się miło i bezpretensjonalnie. Od czasu do czasu zatrzymywał się, pochylał i zbierał kamyczki do koszyka, a raz nawet zatrzymał się, żeby jeden z nich jej pokazać. To był biały kamyk, miał niewielkie żyłki i wypukłości, które układały się we wzór.

– Potrafisz znaleźć kilka takich kamyczków? – spytał.

Uradowana Faith pobiegła naprzód i przynosiła mu każdy kamień, który według niej miał nadzieję na bycie czymś specjalnym, chociaż większość z nich po prostu świeciła od wody morskiej i robiła się nieinteresująca na dłoni po wyschnięciu.

W pewnym momencie ojciec skręcił ostro w kierunku podstawy klifu i przywołał małą do siebie.

– Spróbuj tu poszukać, Faith.

Podczas gdy on stał, wpatrując się w morze, ona pętała się między głazami. W końcu zobaczyła to, czego szukała – płaski kawałek kamienia ze spiralą nacięć. Przyniosła go i ostrożnie podała, drżąc niemal z nadziei i niepewności.

– Dobra robota, Faith. – Jej ojciec kucnął. – To skamielina, i to bardzo ładna. Zapamiętaj tę chwilę. Zapamiętaj, kiedy znalazłaś swoją pierwszą skamielinę.

Znacznie później Faith czytała artykuły w gazetach o swoim znalezisku. Mała Faith, beztrosko baraszkując na plaży, przyniosła ojcu kamień, który wydawał jej się po prostu ładny, a który on natychmiast rozpoznał jako ogromnie interesującą skamielinę. Dziennikarze uwielbiali historie mówiące o „dziecku, które chcąc nie chcąc, otwiera drzwi do cudów natury”.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki