Wydawca: 12 Posterunek Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 472 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Drzewo janczarów - Jason Goodwin

Stambuł, lata trzydzieste XIX wieku. Na dworze sułtana Mahmuda II giną perły jego matki, a w tajemniczych okolicznościach zostaje uduszona piękna odaliska. W tym samym czasie młody żołnierz zostaje zamordowany na ulicach miasta. Czy między tymi wydarzeniami istnieje jakiś związek? Są to czasy, kiedy turecki władca podejmuje próbę modernizacji państwa. Wydaje się, że plany te budzą sprzeciw pewnych ludzi. Nie cofną się oni przed niczym, byle tylko ochronić stare tradycje. Niewyjaśnione morderstwa w gwardii sułtana następują jedno po drugim… Każde z nich niezwykle brutalne…

Zapuszczając się w kręte uliczki Stambułu, a jeszcze głębiej w przeszłość tego starożytnego miasta, Jeszim, zaufany człowiek sułtana do specjalnych poruczeń i ważnych misji, ma dziesięć dni na rozwiązanie kryminalnej zagadki. Intryga okazuje się być bardziej skomplikowana niż mogłoby się wydawać na początku: są w nią wplątani m.in. Rosjanie, Anglicy, Albańczycy, Grecy, pałacowi eunuchowie… Wszystkie nitki zdają się prowadzić do sułtańskiego pałacu, którym rządzi Valide – matka sułtana, Kreolka porwana niegdyś z francuskiego statku przez piratów i ofiarowana tureckiemu władcy…

Opinie o ebooku Drzewo janczarów - Jason Goodwin

Fragment ebooka Drzewo janczarów - Jason Goodwin

Jason Goodwin
Drzewo Janczarów
Tytuł oryginału: THE JANNISARY TREE
Przekład: AGNIESZKA KUC
Redaktor prowadzący: WALDEMAR POPEK
Konsultacja turkologiczna: GRAŻYNA ZAJĄC
Redakcja: PAWEŁ CIEMNIEWSKI
Korekta: ANNA RUDNICKA, MAŁGORZATA WÓJCIK, BARBARA WOJTANOWICZ, KATARZYNA GODYCKA
Projekt okładki: ALEX KIRBY
Ilustracje na okładce: MARCO VENTURA
Skład i łamanie: 12 Posterunek
Copyright © Jason Goodwin, 2006 All rights reserved © Copyright for the Polish translation by Wydawnictwo Literackie © Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo 12 Posterunek, Warszawa 2017
Wydanie drugie Data I wydania: Kraków, 2006
ISBN 978-83-63737-10-8
www.12posterunek.plkontakt@12posterunek.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Dla Kate

Tym, którzy mają Świadomość,

wystarczy wskazówka.

Rzeszom niewtajemniczonych

Sama wiedza się nie zda.

Haci Bektaş Veli

1

Jeszim strzepnął pyłek z mankietu rękawa.

– I jeszcze jedno, markizo – mruknął.

Popatrzyła na niego obojętnym wzrokiem.

– Dokumenty.

Markiza de Merteuil zaśmiała się z cicha.

– Flûte! Monsieur Jeszim, deprawacja nie jest słowem honorowanym przez naszą Académie[1]. – Jej wachlarz poruszał się rytmicznie; schowana za nim, niemalże zasyczała: – To stan umysłu.

Do Jeszima zaczęło docierać, że jego sen się rozwiewa.

Markiza wyłowiła zza swojego dekoltu jakiś dokument i poczęła uderzać nim lekko o stół, jakby trzymała w ręku młoteczek.

Przyjrzał mu się uważniej.

To był młoteczek.

Stuk, stuk, stuk.

Otworzył oczy i popatrzył dookoła Château de Merteuil rozpłynął się w blasku świecy. Złowrogie cienie wyglądały spoza wypełnionych książkami półek, z rogów pokoju z kuchenną wnęką, mieszczącego się w jednej ze stambulskich kamienic. Oprawne w skórę wydanie Les liasons dangereuses[2] ześliznęło mu się na kolana.

Stuk, stuk, stuk.

– Evet, evet[3] – mruczał. – Już otwieram. – Narzucił na ramiona pelerynę, wsunął stopy w żółte pantofle i poczłapał do drzwi. – Kto tam?

– Goniec.

Trochę stary, jak na gońca, pomyślał Jeszim, kiedy wpuścił do ciemnego pokoju starszego, patykowatego mężczyznę. Płomień świecy zamigotał, gdy targnął nim nagły przeciąg. Na ścianach roztańczyły się cienie – wyglądały tak, jakby ze sobą walczyły, aż w końcu cień posłańca zadał Jeszimowi cios rozedrganym sztyletem.

Jeszim wziął do ręki papierowy zwój i uważnie przyjrzał się pieczęci z żółtego wosku.

Przetarł oczy. Zaledwie kilka godzin wcześniej widział tylko czarną linię horyzontu i usiłował przeniknąć wzrokiem deszcz, wypatrując jakiegoś światełka lub choćby kawałka lądu. Migotliwy blask świecy przywołał obrazy z przeszłości. Jeszim przypomniał sobie lampę oświetlającą kajutę statku, którym podróżował pośród zimowych sztormów. Kapitanem był Grek o szerokiej wysklepionej piersi, z bielmem na oku, które upodabniało go do pirata. O tej porze roku Morze Czarne było szczególnie zdradzieckie. Jeszim miał wielkie szczęście, że udało mu się dostać na statek. W najgorszych momentach podróży, gdy wiatr przeraźliwie gwizdał w olinowaniu, a fale z hukiem rozbijały się o dziób statku, Jeszimem tak rzucało na boki, że wymiotował, leżąc na wąskiej koi. Nawet wtedy tłumaczył sobie jednak, że i tak lepsze to niż spędzenie zimy na Krymie, w zrujnowanym pałacu, pośród zjaw nieustraszonych jeźdźców, gdzie dręczyłyby go chłód, smutek i przygnębienie. Musiał wrócić do domu. Złamał kciukiem pieczęć. W nozdrzach czuł jeszcze zapach morza, a podłoga nadal kołysała mu się pod stopami. Próbował skupić uwagę na ozdobnym manuskrypcie. Westchnął i odłożył go na bok. Na ścianie pokoju umocowany był kinkiet. Jeszim wziął świecę i przyłożył ogień do nadpalonego knota lampy. Pojawił się niebieski płomyk, który z wolna zaczął się rozpalać. Jeszim uregulował jego wysokość i ponownie założył klosz. Chwilę później rozedrgany płomień uspokoił się, a żółte, stabilne światło lampy stopniowo wypełniło cały pokój.

Ponownie wziął do ręki przyniesiony przez posłańca rulon i rozwinął go.

Pozdrowienia... i tak dalej... Na dole widniał podpis seraskiera, miejskiego dowódcy Nowej Gwardii – imperialnej armii osmańskiej. Powinszowania... i tak dalej... Wzrok Jeszima powędrował z powrotem do góry. Odcyfrowanie takiego listu zwykle zajmowało mu nie więcej niż kilka sekund. Znalazł to, czego szukał – było wciśnięte pomiędzy formułki grzecznościowe: natychmiastowe wezwanie do stawienia się.

– Z czym przychodzisz?

Starszy mężczyzna wyciągnął się jak struna i z twarzą odwróconą do ściany wyrecytował:

– Mam rozkaz odeskortować pana do koszar.

Goniec spojrzał niepewnie na pelerynę Jeszima. Ten uśmiechnął się, podniósł niewielki podłużny kawałek materiału i sprawnym ruchem okręcił nim sobie głowę.

– Jestem gotów – powiedział. – Idziemy.

Jeszim wiedział, że jego ubiór nie miał większego znaczenia. Był wysokim, postawnym mężczyzną około czterdziestki. Bujne, kędzierzawe czarne włosy tylko gdzieniegdzie przyprószyła siwizna. Nie nosił brody, ale usta okrywały mu czarne zakręcone wąsy. Miał wystające kości policzkowe powszechne wśród Turków i szare skośne oczy spotykane u ludów, które od tysięcy lat zamieszkiwały rozległe stepy Eurazji. Gdyby założył spodnie europejskiego kroju, pewnie rzucałby się w oczy, ale otulony brązową peleryną mógł czuć się bezpiecznie. Nikt nie zwracał na niego specjalnej uwagi. Zawsze potrafił wtopić się w tłum – miał do tego szczególny talent, jeśli podobną zdolność można nazwać talentem. Najtrafniej ujęła to chyba markiza, mówiąc o specyficznym stanie umysłu i kondycji ciała.

Jeszim miał wiele interesujących cech: urok osobisty, talent do języków i zdolność szerokiego otwierania swych szarych oczu, całkiem niespodzianie. Jego głos dziwnie hipnotyzował słuchaczy, i to zarówno mężczyzn, jak i kobiety, jeszcze zanim zdążyli zauważyć, kto do nich mówi.

Czegoś mu jednak brakowało – był bez jaj. I nie chodzi tu o jakąś wulgarną metaforę – Jeszim potrafił zdobyć się na odwagę, gdy zaistniała potrzeba.

Należał jednak do ludzi rzadko spotykanych nawet w dziewiętnastowiecznym Stambule.

Był eunuchem.

2

W Domu Szczęśliwości – najbardziej ukrytej i niedostępnej części pałacu Topkapi – sułtan spoczywał na poduszkach i nerwowo podskubywał satynową narzutę, zastanawiając się, jak mógłby się chociaż trochę rozerwać w ciągu najbliższych kilku godzin. Pieśń, pomyślał, niech to będzie pieśń. Jedna z tych żywych, chwytających za serce czerkieskich melodii: im smutniejsza pieśń, tym bardziej porywająca muzyka.

Zastanawiał się, czy nie mógłby po prostu udać, że śpi. Dlaczego nie? Niepodzielny władca Morza Czarnego i Białego[4], Rumelii i Mingrelii, pan Anatolii i Jonii, Rumunii i Macedonii, Protektor Miast Świętych, żelazny jeździec przemierzający niestrudzenie krainę rozkoszy, sułtan i padyszach – chyba mógł sobie pozwolić na odrobinę snu? Musiał być przecież wypoczęty, by opracować plan ponownego przejęcia władzy w Grecji.

Wiedział jednak, co by się stało, gdyby próbował udawać, że śpi. Kiedyś już tak postąpił, niwecząc tym samym nadzieje i ambicje pięknej gözde[5], dziewczyny wybranej na tamtą noc do dzielenia z nim łoża. Najpierw morze westchnień, potem nieśmiałe i delikatne muskanie piersi oraz ud, a w końcu łzy. Przez następny miesiąc cały harem posyłałby w jego kierunku pełne wyrzutu spojrzenia. Miała nadejść lada chwila. Musiał coś szybko zaplanować. Najbezpieczniejsza byłaby pewnie pozycja jeźdźca – mówiąc szczerze, był dosyć otyły, a nie chciał przecież nikomu wyrządzić krzywdy. Znacznie bardziej wolałby znaleźć się w łóżku obok Hatidże, która tak samo jak on uwielbiała się przytulać. Wiele by dał, żeby poczuć, jak masuje mu stopy!

Stopy! Odruchowo podciągnął nieco wyżej kolana ukryte pod narzutą. Sułtan Mahmud II szanował tradycję i obyczaje przodków, jednak nie miał ochoty, by jakaś wypachniona czerkieska dziewczyna unosiła narzutę i wślizgiwała się pod nią, a potem pełzła w jego stronę.

Z korytarza dobiegły go odgłosy zamieszania. Poczucie obowiązku kazało mu unieść się na łokciu i wyczarować powitalny uśmiech. Słyszał czyjeś szepty. Czyżby ostatnie nerwowe przygotowania? Powolna i omdlewająca z rozkoszy niewolnica nagle stawia opór? Nie, to raczej mało prawdopodobne. Była już przecież tak blisko – właśnie na tę chwilę czekała całe swoje życie, do tego ją przygotowywano. Najprawdopodobniej była to jedynie drobna utarczka, zazdrosne handryczenie się: „To moje perły!”.

Otworzyły się drzwi. Ale nie stanęła w nich pobrzękująca bransoletami niewolnica o pełnych piersiach, kołysząca biodrami, lecz starszy mężczyzna o uszminkowanej twarzy i wydatnym brzuchu, który skłonił się i na bosaka maszerował przez pokój. Gdy napotkał spojrzenie swego pana, padł na kolana i zaczął się czołgać w kierunku łóżka. Dotarł na miejsce, legł z twarzą zwróconą do ziemi i pozostał tak rozciągnięty, bez jednego słowa, drżąc na całym ciele niczym wielka galareta.

– Co się stało? – Sułtan Mahmud zmarszczył brwi.

Z ogromnego cielska nareszcie wydobył się głos, piskliwy i wysoki.

– Najjaszniejszy panie, królu królów, władczo – niewolnik w końcu przymówił, wyraźnie przy tym sepleniąc. Sułtan drgnął, nieco poirytowany. – Szpodobało się Bogu żarzucić szmiertelny czałun na ciało jednej z nałożnicz, której szny własznie miały się ziścić ża przyczyną waszej łaszkawości.

Sułtan ponownie zmarszczył brwi.

– Umarła? – Ton jego głosu zdradzał niedowierzanie. Był zaskoczony – czyżby wzbudzał aż taki strach?

– Nie wiem, jak mam to rzec, panie, ale Bóg wyznaczył kogoś, kto ształ się szprawczą jej śmierci.

Eunuch zrobił przerwę, starając się jak najlepiej dobrać słowa. Przychodziło mu to z trudnością.

– Panie mój – wykrztusił w końcu. – Żoształa uduszona.

Sułtan opadł z powrotem na poduszki. „No proszę”, powiedział do siebie, miał jednak rację. Żadne tam nerwy, zwyczajna zazdrość. Jak zwykle.

– Poślij po Jeszima – powiedział sułtan znużonym głosem. – Muszę się przespać.

3

Sułtan imperium osmańskiego pozostawał sułtanem nawet wtedy, gdy spał. Podobnie jak inni monarchowie, był przywódcą religijnym, a także głównodowodzącym armii. Upłynęło już wiele lat od czasu, gdy przejął chorągiew Proroka i stanął na czele oddziałów, zabezpieczając tym śmiałym posunięciem swoje prawa do tronu. Obecnie jego flotą dowodził kapudan pasza, a wojsko podlegało władzy seraskiera.

Dowódca Nowej Gwardii bynajmniej nie wstał, gdy Jeszim wszedł do pokoju. Niedbałym gestem wskazał mu tylko miejsce w rogu otomany. Gość zrzucił buty i usiadł ze skrzyżowanymi nogami. Jego peleryna ułożyła się płasko wokół niego, jak wielki pływający liść lilii wodnej. Skłonił głowę i uprzejmie pozdrowił seraskiera. Zgodnie z nowym obyczajem, wojskowy był gładko ogolony. Z twarzy koloru starego płótna patrzyły zmęczone brązowe oczy. Leżał na boku, ale widać było, że nie czuje się swobodnie. Ubrany w mundur i wyciągnięty na otomanie, wyglądał jak ranny żołnierz.

Jego znaczone siwizną włosy były krótko ostrzyżone, a wciśnięty na tył głowy czerwony fez jeszcze bardziej uwydatniał mocny zarys szczęki. Jeszim pomyślał, że seraskier lepiej wyglądałby w turbanie, ale europejska moda dyktowała co innego. Nowoczesny mundur składał się z tuniki zapinanej na guziczki i niebieskich spodni z czerwonymi wypustkami. Ponadto zdobiło go mnóstwo dekoracyjnych sznurów oraz epolety. Słowem – nowy mundur na nowe czasy. Również wystrój wnętrza wystylizowany był na modłę europejską.

Na środku pokoju stał solidny stół z drewna orzechowego, a wokół niego osiem, dość pretensjonalnych, wyściełanych krzeseł. Pokój oświetlał kandelabr, który zwisał z kasetonowego sufitu.

– Może wolałby pan, żebyśmy usiedli przy stole – zaproponował poirytowany seraskier.

– Jak pan sobie życzy.

Seraskier nie zamierzał jednak zmieniać miejsca. Najwidoczniej wolał znosić niedogodności związane z siedzeniem na otomanie, niż zająć bardziej eksponowane miejsce przy stole. Podobnie jak Jeszim, czuł się nieswojo, gdy zajmował krzesło, nie mógł bowiem kontrolować, co dzieje się za jego plecami. Dlatego westchnął tylko głęboko, nerwowo zaciskając i rozwierając przy tym dłonie o krótkich palcach.

– Powiedziano mi, że przebywa pan na Krymie.

Jeszim zamrugał oczami.

– Udało mi się dostać na statek. Na Krymie nic mnie już nie zatrzymywało.

Seraskier uniósł brew.

– A więc pańska misja się nie powiodła?

Jeszim pochylił się do przodu.

– W tamtym rejonie przegraliśmy już wiele lat temu, efendi. Teraz wiele zdziałać tam nie można. – Wytrzymał spojrzenie seraskiera. – Nie zaniedbałem niczego. Pracowałem szybko i wróciłem, gdy tylko było to możliwe.

Nic więcej nie musiał tłumaczyć. Chanowie Tatarów krymskich nie byli już panami południowych stepów, przestali odgrywać rolę młodszych braci imperium osmańskiego i sprawować pieczę nad tymi terenami w imieniu sułtana.

Jeszimem wstrząsnął widok zbrojnych Kozaków pędzących konno przez krymskie wsie. Pokonani i rozbrojeni Tatarzy siedzieli pijani na progach swych domostw, apatycznie przypatrując się najeźdźcom, podczas gdy ich kobiety zajęte były pracą w polu. Chan przebywał na emigracji, nękany koszmarami o utracie całego pozostawionego w kraju złota.

Już wcześniej, zanim dowiedział się o Jeszimie – Jeszimie, który nosił zaszczytny tytuł „lala” oznaczający strażnika – próbował je odzyskać, wysyłając swych emisariuszy. Jednak nawet mimo wysiłków Jeszima sen chana o złocie pozostał tylko snem. Możliwe zresztą, że żadnego złota w ogóle nie było.

Seraskier odchrząknął.

– Tatarzy zawsze byli doskonałymi żołnierzami – powiedział. – Tyle że to już przeszłość. Dla źle zorganizowanej jazdy, złożonej z niezdyscyplinowanych żołnierzy, nie ma miejsca na współczesnym polu walki. Potrzebna nam jest raczej świetnie funkcjonująca piechota, wyposażona w muszkiety i bagnety. Artyleria. Widział pan Rosjan?

– Owszem, efendi. Widziałem też Kozaków.

– To właśnie z nimi przyjdzie nam się zmierzyć. Dlatego potrzebujemy dobrze wyszkolonych żołnierzy, takich jak ci z Nowej Gwardii.

Seraskier podniósł się z otomany. Był potężnym mężczyzną, mierzącym blisko dwa metry wzrostu. Stał odwrócony plecami do Jeszima i wpatrywał się w rząd książek, Jeszim zaś raz po raz bezwiednie spoglądał na zasłonę kryjącą wejście. Służący, który przed chwilą ją odsuwał, gdy wprowadzał go do środka, zniknął. A przecież uprzejmość nakazywała, by seraskier zaproponował gościowi wypalenie fajki lub poczęstował go kawą; Jeszim zastanawiał się, czy takie lekceważenie obyczajów było zamierzonym afrontem. Człowiek tej rangi co seraskier miał przecież do dyspozycji służbę i mógł w każdej chwili zaproponować poczęstunek, miał także fajkowego, którego zadaniem było dobieranie odpowiednich gatunków tytoniu, czyszczenie fajki i dbanie o to, by dobrze działała. Fajkowy towarzyszył też swemu chlebodawcy w czasie rozmaitych wizyt. Przygotowując się do takich wyjść, zawsze zabierał kapciuch z tytoniem, a fajkę owijał w miękką tkaninę. Zamożni ludzie, chcąc dodać sobie splendoru, czynili rytuał palenia fajki przedmiotem wzajemnej rywalizacji. Dbali o to, by ich goście byli częstowani najlepszymi gatunkami tytoniu, a same fajki były eleganckie. Dlatego wiele z nich miało ustniki wykonane z bursztynu, cybuchy zaś z perskiej wiśni. W państwie Osmanów fajkowy był równie niezbędną i niezastąpioną osobą, jak kamerdyner w pałacu angielskiego lorda. Jednak w pokoju seraskiera nie było nikogo ze służby.

– Za niecałe dwa tygodnie sułtan ma dokonać przeglądu wojsk. Odbędzie się defilada, musztra oraz pokazy artyleryjskie. Jednak nie tylko sułtan będzie się wszystkiemu przypatrywał. Oprócz niego... – seraskier urwał nieoczekiwanie i nagłym ruchem wyprostował głowę. Jeszim zastanawiał się, co też wojskowy zamierzał dodać. Może chciał powiedzieć, że defilada będzie kulminacyjnym momentem jego kariery? – Jak pan wie, jesteśmy młodą armią – kontynuował seraskier. – Nowa Gwardia powstała zaledwie dziesięć lat temu. A wiadomo, że młody koń łatwo się płoszy. Jeśli idzie o wyszkolenie żołnierzy i poniesione nakłady, nie było tego tyle, ile byśmy sobie życzyli.

– Trudno też dopatrzyć się większych sukcesów, choć przecież je obiecywano.

Seraskier zesztywniał. W swoich nowomodnych mundurach – tunikach i spodniach europejskiego kroju – Nowa Gwardia zdawała przed ferengijskimi instruktorami kolejne egzaminy z nabytych umiejętności: żołnierze odbywali musztrę, maszerowali i prezentowali broń. Tymczasem Egipcjanie – tak, Egipcjanie! – nieźle upokorzyli wojska tureckie, zadając im dotkliwe ciosy w Palestynie oraz w Syrii, a Rosjanie znajdowali się bliżej Stambułu niż kiedykolwiek. Pewnie należało się takiego obrotu spraw spodziewać, jako że Rosjanie, jak i Egipcjanie byli bardzo groźnymi przeciwnikami, dysponującymi doskonałą bronią i nowocześnie zorganizowanymi armiami. Do tego wszystkiego dochodziła jeszcze sprawa Grecji – również tam sytuacja nie wyglądała najlepiej. Wprawdzie Grecy byli tylko prostymi chłopami odzianymi w zwykłe portki, a ich dowódcy żałosną zbieraniną kłótliwych i nader gadatliwych młokosów, lecz nawet oni udowodnili, że bez trudu potrafią dać odpór wojskom dowodzonym przez seraskiera.

Jedynym jak dotąd osiągnięciem Nowej Gwardii był krwawy odwet, do którego doszło nie na polu bitwy, lecz na ulicach Stambułu, gdzie wszystkie siły rzucono nie przeciwko wrogom zewnętrznym, lecz oddziałom, które dawniej stały na straży imperium – niebezpiecznym i pełnym buty janczarom.

W XVI wieku korpus janczarów stanowił elitarną formację imperium osmańskiego, potem jednak uległ deprawacji lub ewolucji – jak kto woli – przekształcając się w zbrojną mafię, która terroryzowała sułtanów i panoszyła się na ulicach Stambułu, wzniecając zamieszki i pożary, kradnąc oraz łupiąc do woli.

W końcu Nowa Gwardia przystąpiła do wyrównania rachunków. Do konfrontacji doszło dziesięć lat temu, w nocy 16 czerwca 1826 roku. Artylerzyści Nowej Gwardii starli w proch janczarów w ich własnych koszarach, kładąc tym samym kres czterem stuleciom terroru i przerywając pasmo triumfów – pokonani otrzymali to, na co sobie w pełni zasłużyli.

– Ten przegląd wojsk z pewnością okaże się wielkim sukcesem – mruknął rozeźlony seraskier. – Naród przekona się, że nasza armia stanowi filar, na którym wspiera się całe imperium. Nic nie zdoła nim zachwiać ani go złamać. – Seraskier nagle się odwrócił, gwałtownym ruchem ręki tnąc powietrze. – Precyzyjny ostrzał. Idealna musztra. Posłuszeństwo. Zarówno nasi wrogowie, jak i przyjaciele wyciągną z tego odpowiednie wnioski. Rozumie pan?

Jeszim wzruszył lekko ramionami. Seraskier odchyli nieco głowę i głośno wciągnął nosem powietrze.

– Jest jednak pewien problem – powiedział. Jeszim nadal uważnie mu się przypatrywał; upłynęło już sporo czasu, odkąd obudzono go w środku nocy i wezwano do pałacu, a właściwie do koszar. Wyjrzał przez okno – na zewnątrz nadal panowały ciemności, niebo było chłodne i zachmurzone. „Wszystko ma swój początek w ciemnościach”. Cóż, jego zadaniem było je rozproszyć.

– A na czym dokładnie polega ten problem?

– Proszę posłuchać, efendi. Nazywany jesteś Jeszim lala, strażnik – nie mylę się, prawda?

Jeszim skłonił głowę. Lala był to zaszczytny tytuł, jaki nadawano zaufanym eunuchom, pełniącym służbę u bogatych i wpływowych rodzin, w dowód uznania ich zasług. Sprawowali pieczę nad kobietami, pilnowali dzieci, nadzorowali cały dom. Lala łączył różne funkcje – był po trosze kamerdynerem, administratorem, niańką i szefem ochrony. Do Jeszima pasował ten tytuł.

– O ile mi wiadomo – wolno mówił seraskier – obecnie nie jest pan z nikim związany na stałe. Wiem, że ma pan dojścia do pałacu. Jak również liczne kontakty na mieście. Więc zanim przejdę do omówienia szczegółów, proponuję, by chwilowo związał się pan z naszą rodziną, rodziną Nowej Gwardii. Na dziesięć dni, nie dłużej.

– Mam związać się z rodziną, której jest pan głową, tak powinienem to rozumieć?

– Poniekąd. Proszę jednak nie myśleć, że stawiam się ponad innymi, mianując się ojcem. Wolałbym, żeby myślał pan o mnie raczej jak... jak... – seraskier nie mógł znaleźć odpowiedniego słowa, przez co poczuł się nieco zakłopotany. Pogarda dla eunuchów, z czego Jeszim zdawał sobie doskonale sprawę, była nieodłączną cechą wszystkich Osmanów, podobnie jak podejrzlwe traktowanie stołów oraz krzeseł. – Proszę myśleć o mnie jak o swoim starszym bracie. Będę pana ochraniał. Może mi pan zaufać. – Przerwał, wycierając czoło. – Czy... no... czy ma pan jakąś własną rodzinę?

Jeszim był przyzwyczajony do tego rodzaju pytań, kryjących w sobie odrazę powściąganą przez ciekawość. Wykonał nieokreślony ruch ręką, nie dając tym samym żadnej jednoznacznej odpowiedzi – niech seraskier zachodzi w głowę, co znaczył ten gest. W końcu cudze sprawy nie powinny go interesować.

– Nowa Gwardia musi sobie zdobyć zaufanie, i to zarówno zwykłych obywateli, jak i samego sułtana – kontynuował seraskier. – Po to właśnie ma się odbyć przegląd wojsk. Jednakże zdarzyło się coś, co może ten proces zaburzyć.

Tym razem to Jeszimem zaczęła powodować ciekawość. Poczuł przeszywający dreszcz.

– Dzisiejszego ranka – wyjaśnił seraskier – dotarła do mnie wiadomość, że czterech naszych oficerów nie stawiło się na poranną musztrę. – Przerwał i zmarszczył brwi. – A musi pan wiedzieć, że Nowa Gwardia nie jest taka jak inne armie, które stały na straży imperium. Dyscyplina. Ciężka praca, godziwa zapłata i posłuszeństwo wobec wyższych rangą oficerów to podstawa. Nasi żołnierze zawsze stawiają się na musztrę. Wiem, co pan sobie w tej chwili myśli, ale ci akurat młodzi oficerowie byli absolutnie bez zarzutu. Powiedziałbym nawet, że to sam kwiat naszego korpusu, jeśli idzie o dyscyplinę, a na dodatek świetni artylerzyści. Znali też francuski – dodał, jakby to miało przesądzić sprawę. Może faktycznie tak było.

– A więc ukończyli również studia inżynieryjne?

– Zdali z wyróżnieniem. Byli po prostu najlepsi.

– Byli?

– Jedną chwilkę. – Seraskier podniósł rękę do czoła. – Z początku mimo wszystko łudziłem się i myślałem podobnie jak pan. Sądziłem, że najwyraźniej sobie pofolgowali i stawią się nieco później, pełni skruchy i zażenowania. Oczywiście w pierwszym odruchu miałem ochotę zedrzeć z nich pasy – w końcu cały korpus z nich właśnie brał przykład, rozumie pan. To oni, jak mówią Francuzi, nadawali ton.

– Mówi pan po francusku?

– Och, tylko trochę, ale radzę sobie.

Instruktorami Nowej Gwardii, o czym Jeszim doskonale wiedział, zostawali przeważnie Francuzi. Oprócz nich także Włosi, Polacy – każdy, kogo wessała potężna armia napoleońska, zmobilizowana przez wielkiego cesarza, by zrealizować jego sny o podboju świata. Upłynęła blisko dekada od czasu, gdy mniej zamożne niedobitki Grande Armée, czując, że wojny napoleońskie mają się już ku końcowi, dotarły do Stambułu, by zdobyć sułtańskie cekiny, i przystały na służbę w powstałej dopiero co Nowej Gwardii. Ale nauka francuskiego była zajęciem dobrym dla młodych, a seraskier dobijał pięćdziesiątki.

– Niech pan mówi dalej.

– Tak więc czterech świetnych oficerów nieoczekiwanie znikło z koszar ubiegłej nocy. Gdy nie pojawili się na musztrze dzisiaj rano, zapytałem o nich jednego ze służby temizlik sprzątającej koszary, i dowiedziałem się, że nie spali w dormitorium.

– Czy nadal ich szukacie?

– Nie. Niezupełnie.

– Nie bardzo rozumiem. Co znaczy: niezupełnie?

– Jednego z nich znaleziono dziś w nocy. Jakieś cztery godziny temu.

– To dobrze.

– Znaleziono go martwego, w metalowym kotle.

– W kotle?

– Właśnie.

Jeszim zamrugał oczami.

– Czy dobrze się domyślam – zaczął wolno – że żołnierz został ugotowany?

Seraskier wybałuszył oczy.

– Ugotowany? – powtórzył cicho. Takiej możliwości nie brał w ogóle pod uwagę. – Myślę, że powinien pan pójść ze mną i sam to zobaczyć.

4

Dwie godziny później Jeszim dokładnie się wszystkiemu przyjrzał, a w każdym razie zobaczył wystarczająco dużo jak na jeden poranek. A nawet na pozostałe poranki swego życia.

Seraskier przywołał człowieka z latarnią, aby oświetlał im drogę, i poprowadził Jeszima przez puste ulice, kierując się na wschód. Szli wzdłuż głównej osi miejskiej zabudowy, w kierunku stajni dworskich. Z mroku wyłonił się meczet Bajazyta oświetlony migotliwym blaskiem pochodni. Minęli kolumnę Konstantyna i znaleźli się w pobliżu wejścia na teren Wielkiego Bazaru, który o tej porze był cichy i opustoszały, jakby wstrzymywał oddech, starając się strzec swoich skarbów, w oczekiwaniu na dzień. Nieco dalej, w pobliżu Meczetu Książęcego, powyżej akweduktu Walensa, natknęli się na straż nocną, która puściła ich wolno, rozpoznając rangę seraskiera. W końcu dotarli do stajni. Zabudowania, podobnie jak sama armia, były nowe. Wzniesiono je nieco poniżej linii grzbietu, na południowym stoku wzgórza, na terenach, które niegdyś zajmowali janczarzy, zanim ich ogromne, przepastne koszary zostały ostrzelane przez artylerię i do szczętu spalone.

Odszukali miejsce, w którym znajdował się kocioł, dokładnie odpowiadający opisowi seraskiera. Stał w rogu jednego z budynków stajennych, na podściółce ze słomy. Oświetlały go wielkie kuliste lampy oliwne zawieszone na grubych i ciężkich łańcuchach przytwierdzonych do belki stropowej. Konie, jak wyjaśnił seraskier, zostały wyprowadzone ze stajni.

– To właśnie one zaalarmowały, że dzieje się coś niedobrego – dodał. – Konie nie lubią zapachu trupów.

Słuchając wstępnych wyjaśnień seraskiera, Jeszim nie spodziewał się, że kocioł będzie aż tak duży. Ogromny gar osadzony był na trzech krótkich nogach i miał dwa metalowe ucha. Jeszim nie mógł zajrzeć do wnętrza, bo kocioł był zbyt wysoki. Seraskier pomógł mu w tym, przysuwając specjalny podnóżek używany przy dosiadaniu koni. Jeszim wspiął się na niego i oglądał, co jest w środku.

Martwy żołnierz nadal ubrany był w mundur. Leżał w pozycji embrionalnej, zakrywając całe dno kotła. Ręce miał związane w nadgarstkach i podciągnięte na wysokość głowy, przez co nie można było dojrzeć jego twarzy. Jeszim zszedł z podwyższenia i machinalnie wytarł dłonie, mimo że krawędź kotła była idealnie czysta.

– Czy ustaliliście, kto to jest?

Seraskier skinął głową.

– Osman Berek. Znaleźliśmy przy nim jego książeczkę. Widzi pan... – seraskier zawahał się.

– Tak?

– Przykro mi to mówić, ale on nie ma twarzy.

Jeszim poczuł, że przechodzi go dreszcz obrzydzenia.

– Nie ma twarzy?

– Ja... sam zszedłem na dno kotła. Próbowałem odwrócić nieco ciało żołnierza, mając nadzieję, że zdołam go rozpoznać, ale... Jego twarz została odrąbana. Od podbródka aż po brwi. Przypuszczam, że dokonano tego jednym ciosem.

Jeszim zastanawiał się, jaka siła była potrzebna do tego, żeby jednym cięciem odrąbać twarz od reszty głowy. Rozejrzał się po stajni.

– Czy ten kocioł zawsze tutaj stoi? Wygląda dosyć dziwnie.

– Nie, ktoś go tu wniósł razem z ciałem.

Jeszim zdumiał się.

– Dosyć, efendi. Zbyt wiele niespodzianek. Ma pan jeszcze jakieś w zanadrzu?

Seraskier zastanowił się.

– Nie, to już raczej wszystko. Ten kocioł nieoczekiwanie pojawił się tutaj dzisiejszej nocy.

– I nikt niczego nie słyszał ani nie zauważył?

– Stajenni nic nie słyszeli. Spali na strychu.

– Czy drzwi są na noc ryglowane?

– Raczej nie. Na wypadek pożaru...

– Racja.

Według starego porzekadła Stambuł nękały trzy plagi: zaraza, pożary i greccy dragomani. W mieście znajdowało się bardzo wiele drewnianych budynków ustawionych zbyt blisko siebie – jedna przypadkowa iskra i całe dzielnice mogły pójść z dymem. Janczarzy, po których nikt tutaj nie płakał, pełnili także funkcję strażaków. Niestety, ich zepsucie moralne sięgało tak daleko, że nie wahali się łączyć swoich pożarniczych obowiązków z bardziej opłacalnym procederem, a mianowicie podpaleniami. W zamian za gaszenie pożarów, które sami wzniecali, pobierali łapówki. Jeszim mgliście pamiętał, że gdzieś tu, niedaleko, na obrzeżu dawnych koszar znajdowała się kiedyś wieża pożarnicza, której załogę stanowili janczarzy. Jak na ironię, zawaliła się właśnie na skutek pożaru, który strawił koszary w 1826 roku. Potem sułtan kazał wnieść nową, zwaną wieżą Bajazyta. Niezwykła budowla mierzyła prawie osiemdziesiąt metrów. Zrobiono ją z kamienia, a na szczycie umieszczono wysunięty taras obserwacyjny, z którego wypatrywano pożarów. W powszechnym mniemaniu wieża Bajazyta uchodziła za najbrzydszy budynek w całym Stambule. Z pewnością był to najwyższy punkt obserwacyjny w mieście, umiejscowiony na Trzecim Wzgórzu. Należałoby jednak odnotować, że od czasu, gdy ją zbudowano, liczba pożarów znacznie spadła.

– Kto w takim razie znalazł ciało?

– Ja, ale nie wynika z tego nic nadzwyczajnego. Zostałem wezwany z powodu kotła i dziwnego zachowania koni. Byłem pierwszą osobą, która zajrzała do środka. Jestem żołnierzem, wielokrotnie widywałem nieżywych ludzi. I... – zawahał się – już wchodząc do stajni miałem pewne przypuszczenia, co mogę ujrzeć na dnie kotła.

Jeszim nie odezwał się ani słowem.

– Nikomu nie powiedziałem o swoim odkryciu. Kazałem wyprowadzić konie i zaryglować drzwi. To wszystko.

Jeszim trącił paznokciem ścianę kotła. Blacha zadźwięczała. Zastukał raz jeszcze.

Obaj mężczyźni spojrzeli na siebie.

– Jest bardzo lekki – zuważył Jeszim. Na chwilę zapanowała cisza.

– I co pan na to?

– Myślę, że nie mamy zbyt wiele czasu – odparł seraskier. – Dzisiaj jest czwartek.

– Chodzi o przegląd wojsk?

– Zostało dziesięć dni na ustalenie, co przytrafiło się moim ludziom.

5

Ten ranek nie należał do łatwych i przyjemnych. Jeszim udał się do łaźni, gdzie masażysta go namydlił i oklepał. Dłuższy czas odpoczywał, leżąc w mocno nagrzanym pomieszczeniu, aż w końcu wrócił do domu w świeżym ubraniu. Po przemyśleniu całej sprawy na wszelkie możliwe sposoby w złudnej nadziei, że uda mu się wpaść na jakiś trop, zabrał się wreszcie do czegoś, co zawsze uważał za jedno ze swoich ulubionych zajęć.

No bo czy można było liczyć na to, że w dwumilionowym mieście, niewolnym od zepsucia, w dużej mierze ciągle jeszcze średniowiecznym, niezbadanym i mrocznym, uda się odnaleźć trzy zaginione osoby?

Nie było na to żadnych szans.

Przystąpił więc do gotowania.

Wstał i wolnym krokiem przeszedł do pogrążonej dotąd w ciemnościach wnęki kuchennej. Potarł zapałkę i zapalił lampę, regulując knot tak długo, aż światło ustabilizowało się i rozjaśniło wnętrze. Z mroku wyłonił się schludnie utrzymany piec, stół oraz zestaw ostrych noży zawieszonych na drewnianej listwie.

W rogu pokoju stał kosz, z którego Jeszim wziął kilka małych twardych cebul. Obrał je i pokroił na desce, najpierw wzdłuż, a potem w poprzek. Następnie postawił na ogniu garnek, wlał do niego oliwę z oliwek i włożył cebulę. Gdy zaczęła się rumienić, dorzucił dwie garści ryżu, który wyjął z glinianego naczynia.

Wiele lat temu zrozumiał, czym naprawdę jest gotowanie. Było to mniej więcej w tym okresie, kiedy nabrał wstrętu do prostackich zmysłowych uciech i zaczął oddawać się bardziej wyrafinowanym przyjemnościom. Nie znaczy to, że wcześniej zaliczał gotowanie do zajęć dobrych wyłącznie dla kobiet, w imperium bowiem kucharzem mógł zostać każdy, bez względu na płeć. Kiedyś uważał jednak, że prace kuchenne przystoją wyłącznie biedocie.

Gdy ryż zaczął pęcznieć, Jeszim dorzucił garść rodzynek i drugą orzeszków piniowych, kostkę cukru oraz sporą szczyptę soli. Zdjął z półki słój i zaczerpnął łyżkę oleistego przecieru pomidorowego, który rozcieńczył w szklance wody. Następnie całą zawartość szklanki wylał na ryż, czemu towarzyszył syk i pióropusz pary. Na koniec dodał jeszcze suszoną miętę, posypał wszystko świeżo zmielonym pieprzem, zamieszał ryż, docisnął pokrywkę i przestawił garnek na tył płyty pieca.

Wcześniej kupił oczyszczone małże – wielkie, ponad siedmiocentymetrowe, zbierane w okolicach miejscowości Tarabya nad górnym Bosforem. Rozchylił muszle za pomocą płaskiego ostrza i wrzucił małże do wody. Ryż był już na wpół ugotowany. Jeszim posiekał drobno koperek, wymieszał z pozostałymi składnikami i wyłożył zawartość garnka na półmisek, by danie nieco przestygło. Odsączył małże i ułożył je warstwowo, jedną przy drugiej, w głębokim rondlu. Przycisnął całość talerzem, dolał z czajnika trochę gorącej wody, nałożył pokrywkę i przesunął rondel nad rozżarzone węgle.

Wyjął kurczaka, podzielił go na kawałki, płaskim ostrzem tasaka zmiażdżył orzechy włoskie i przygotował Acem yahnisi, z sokiem z granatu.

Gdy się ze wszystkim uporał, podniósł dzban o długiej wygiętej szyjce, bardzo dokładnie umył najpierw ręce, następnie usta, twarz i szyję, a na końcu intymne części ciała.

Wyjął matę i zaczął się modlić. Gdy skończył, zwinął ją i odłożył na miejsce.

Lada chwila miał zjawić się gość.

6

Stanisław Palewski miał około pięćdziesięciu pięciu lat. Jego głowę zdobił wianuszek siwych, skręconych loków, okalających łysinę. Jasnobłękitne oczy wyrażały bezgraniczny smutek, tuszowany nieco wydatnym podbródkiem, orlim nosem oraz zdecydowanym zarysem ust, zaciśniętych w tym momencie w wąską szparkę z powodu deszczu i wiatru wiejącego od strony morza Marmara.

Jak w każdy czwartkowy wieczór, Palewski przemierzał utarty szlak, który wiódł od Nowego Meczetu do Złotego Rogu. Z daleka rzucał się w oczy jego charakterystyczny cylinder oraz surdut – oba pamiętające lepsze czasy. Niegdyś wyraziście czarne, obecnie straciły swój dawny blask z powodu długotrwałego użytkowania oraz wilgotnego klimatu, jaki panował w Stambule, przez co wyblakły i nabrały barwy morskiej zieleni. Aksamit, którym obity był kapelusz, poprzecierał się w wielu miejscach, szczególnie wokół denka i na rondzie. Palewski uprzejmie usunął się na bok i zszedł na ulicę, robiąc miejsce dwóm owiniętym szczelnie czadorami kobietom, które nadchodziły z przeciwka. Miały asystę. Odruchowo przyłożył rękę do ronda kapelusza w geście pozdrowienia. Kobiety nie odpowiedziały mu wprost na powitanie, ale wykonały coś w rodzaju dygnięcia. Palewski usłyszał stłumiony szept i chichot. Uśmiechnął się do siebie, z powrotem wszedł na chodnik i spokojnie ruszył dalej.

W trakcie marszu coś zabrzęczało w torbie, którą niósł. Palewski zatrzymał się, aby lepiej ułożyć jej zawartość. Nie było wprawdzie żadnych wyraźnych przepisów, które zabraniałyby akredytowanemu dyplomacie, przedstawicielowi obcego państwa, chodzić po mieście z dwiema butelkami pięćdziesięcioprocentowej żubrówki, ale Palewski wolał uniknąć ewentualnej wpadki. Po pierwsze, nie był wcale pewien, czy kiedyś, na przestrzeni długiej i burzliwej historii miasta, nie wydano edyktu ustanawiającego, dajmy na to, karę chłosty za noszenie przy sobie alkoholu. Po drugie, jego immunitet dyplomatyczny był rzeczą wysoce wątpliwą, kruchą i niepewną. Nie miał przecież do dyspozycji kanonierek, które pływałyby po Bosforze i zdołałyby zmusić sułtana ostrzałem do zmiany stanowiska, tak jak postąpił admirał Duckworth, broniąc interesów Anglii w 1807 roku. Palewski nie mógł też wywierać presji za pośrednictwem rządu, jak to zrobili Rosjanie w 1712 roku, gdy ich ambasadora osadzono w starym więzieniu, w Zamku Siedmiu Wież. Czterdzieści lat temu władcy Rosji, Prus i Austrii wysłali swe armie do Polski, by wymazać ją z mapy świata. Palewski nie mógł więc liczyć na wsparcie władz, bo rząd polski w ogóle nie istniał.

Ambasador Palewski przy Wysokiej Porcie na nowo owinął wilgotną ściereczką swoje butelki, zaciągnął sznurki torby i ruszył dalej, przemierzając coraz krótsze i węższe ulice. W końcu dotarł do bardzo małej bramy przy jednej z bocznych alejek starego miasta, prowadzącej nad Złoty Róg. Drzwi robiły wrażenie niedużych, bo częściowo zapadły się w ziemię. Ponad błotnisty i grząski grunt wystawało jedynie trzy piąte bramy. Kilku chłopców, gnając na złamanie karku, otarło się w biegu o plecy Palewskiego, jeszcze bardziej nadwyrężając jego i tak już wysłużony surdut. Natarczywy dźwięk ręcznego dzwonka obwieścił, że zbliża się niewielki wóz ciągnięty przez osiołka. Woźnica z niebywałą wprost zręcznością manewrował swoim pojazdem w gęstwinie krętych wąskich średniowiecznych uliczek. Palewski czym prędzej zastukał do drzwi. Otworzyła mu stara kobieta, której głowę otulał niebieski czarczaf. W milczeniu cofnęła się, pozwalając mu wejść. Palewski schylił głowę i przekroczył próg. Dokładnie w tym samym momencie tuż za nim przemknął wóz. Jeszcze przez chwilę słychać było stukot kopyt osiołka i nawoływania woźnicy.

Na zewnątrz światło powoli gasło, wewnątrz zaś, najwyraźniej nigdy się nie pojawiało. Palewski zastanawiał się przez moment, czy w ciągu minionych piętnastu lat słońcu w ogóle udało się kiedykolwiek wedrzeć do środka tego budynku. Zapadnięta ościeżnica, co od dawna podejrzewał, pochodziła zapewne z okresu wczesnego Bizancjum. Nie musiał też szczególnie wysilać wyobraźni, by uznać, że ciemna drewniana poręcz, której się teraz kurczowo trzymał – idąc po omacku, lecz pewnie na górę – także była bizantyjska, podobnie jak kamienie, z których zbudowano dom, framugi okien i najprawdopodobniej również sklepienie typu kolebkowego, które miał nad głową.

Palewski zatrzymał się na szczycie schodów, aby złapać oddech, a przy okazji wyczuć, jakież to zapachy przenikają przez szparę w drzwiach, przed którymi właśnie stanął.

Eunuch Jeszim i ambasador Palewski stanowili dość niezwykłą, ale zgraną parę niezawodnych przyjaciół. „Jesteśmy jak dwie połówki jabłka, ty i ja”, oznajmił kiedyś Palewski, gdy wchłonął w siebie więcej alkoholu, niż powinien, co nie wyszłoby mu pewnie na zdrowie, gdyby nie silna wiara w to, że pływające w wódce gorzkie ziółko pozwala mu zachować pełnię sił fizycznych i psychicznych. „Ja zostałem pozbawiony swego kraju, a ty jąder”. Jeszim, którego zastanowiły słowa Palewskiego, próbował go pocieszać, mówiąc, że przy odrobinie szczęścia przyjaciel mógłby kiedyś odzyskać to, co utracił, jednak głośny szloch ambasadora dowiódł, że na próżno się starał. „To tak, jakby się łudzić, że tobie odrosną jaja. Nigdy do tego nie dojdzie, nigdy. Sukinsyny!” Chwilę później już spał, a Jeszim płacił portierowi, by ten wziął Palewskiego na plecy i odtransportował do domu.

Zubożały dyplomata z lubością wciągał w nozdrza apetyczne wonie. Na jego obliczu pojawił się wyraz błogiego zadowolenia. Rozpoznał cebulę i kurczaka. Wyczuł ciężki zapach cynamonu, ale w powietrzu unosiło się jeszcze coś, czego nie potrafił zidentyfikować – jakiś ostry owocowy aromat. Ponownie wciągnął powietrze przymykając przy tym oczy.

Po chwili, już bez wahania i zbędnych ceremonii, jednym szarpnięciem otworzył drzwi i wpadł do środka, krzycząc na powitanie:

– Jeszim! Jeszim! Potrafisz wyciągać dusze z samego dna piekieł! Acem yahnisi, jeśli się nie mylę – zupełnie jak perskie fesindżan. Kurczak, orzechy włoskie... i sok z owoców granatu! – mówił podekscytowany.

Jeszim, który nie usłyszał, kiedy gość wszedł do mieszkania, odwrócił się zaskoczony. Palewski zauważył, że zrzedła mu mina.

– Chodź no tutaj, młody człowieku. Jadałem takie potrawy, gdy ty jeszcze wisiałeś przy piersi. No i popatrz, czego dokonałeś – pan ambasador czuł się fatalnie, a teraz jest w doskonałym humorze! Jak to możliwe?

Podał gospodarzowi butelki.

– Są jeszcze chłodne, sam zobacz! Coś wspaniałego! Któregoś dnia wezmę lampę i zejdę do piwnicy, żeby sprawdzić, skąd pochodzi ta lodowata woda. Może z jakiejś cysterny rzymskiej? Wcale bym się nie zdziwił. Cóż za odkrycie!

Zatarł ręce, a Jeszim, z uśmiechem, wręczył mu kieliszek wódki. Przez chwilę stali, przypatrując się sobie nawzajem, następnie obaj jednocześnie odchylili głowy do tyłu i opróżnili kieliszki. Palewski rzucił się pałaszować małże.

Wszystko wskazywało na to, że wieczór będzie długi. I faktycznie był. Gdy nadszedł czas porannej modlitwy, Jeszim uświadomił sobie, że pozostało mu tylko dziewięć dni.

7

Ulica Kowali przebiegała nieco powyżej meczetu Rustema Paszy i mijała go od zachodu, sama zaś świątynia położona była w zagłębieniu terenu, u stóp zbocza, po którym wiły się wąskie i kręte uliczki, otaczające południowe wejście na teren Wielkiego Bazaru. Tak jak przy większości ulic zamieszkanych przez rzemieślników, także i tu po obu stronach ciągnęły się warsztaty przypominające kramy – pozbawione ściany frontowej, były niewiele większe od szafy. Wewnątrz, pośród kowadeł i miechów uwijali się kowale z młotami w dłoniach. Produkowali tradycyjne wyroby: cynowe garnki, małe czajniki i rozmaitego kształtu pudełka o różnym przeznaczeniu. Jedne miały wieczka osadzone na delikatnych zawiasach, a inne zwykłe pokrywki. Było tam niemal wszystko, począwszy od niewielkich okrągłych puszek służących do przechowywania proszku antymonowego albo maści tygrysiej, po kuferki z okuciami, jakich używali marynarze oraz sprzedawcy płótna. Rzemieślnicy wytwarzali także noże i widelce, ryngrafy, tarcze herbowe, oprawki do okularów i okucia lasek podróżnych. Każdy miał wąską specjalizację i jeśli robił amulety zawierające skrawek papieru z dziewięćdziesięcioma dziewięcioma imionami Boga lub pudełka na zapinki, to rzadko zmieniał profil produkcji lub zgoła nigdy tego nie czynił. Tak nakazywały prawa rządzące cechem, które przed setkami lat ustanowili sędziowie lub sam sułtan, a odstępstwa od tych reguł zdarzały się tylko wyjątkowo.

Czy zamówienie na wielki kocioł – zastanawiał się Jeszim – stanowiłoby taką właśnie okoliczność?

Targowisko wyrobów z cyny nie było aż tak tłumnie oblegane, jak inne uliczki handlowe Stambułu – chociażby to, gdzie sprzedawano żywność i przyprawy czy obuwie. Nawet ulicę Złotników odwiedzało więcej klientów. Dlatego Jeszim mógł bez przeszkód wędrować środkiem uliczki i mało kto zwracał na niego uwagę. Kowale uznali, że jest tu obcy i więcej nie zaprzątali sobie nim głowy – nie interesowali się jego wyglądem, nie dociekali, jak zasobną ma kieszeń, nie liczyli bowiem na to, że mogą zarobić coś więcej ponad to, co zapewniała im przynależność do cechu. Nikomu nie przyszło do głowy, by go zaczepiać i taniej oferować swe towary. Prawa cechu regulowały bowiem wszystko – od jakości wyrobów po ich cenę.

Jeszim doskonale o tym wiedział. Prawie nie patrzył na kowali. Większość z nich pracowała na skraju warsztatów, gdzie było więcej światła i świeżego powietrza, z dala od rozgrzanych pieców dymiących na zapleczu. Właśnie tu, od strony ulicy, nieprzerwanie dobiegał dźwięk młotów i trwała nieustająca produkcja tradycyjnych wyrobów. Spojrzał w górę – za rzędami segmentowych okien zbudowanych z kwadratowych szybek kryły się mieszkania rzemieślników, ich żon oraz dzieci. Terminatorzy, którzy dopiero uczyli się zawodu, spali w kuźniach.

Jeszim skręcił w podwórko i się rozejrzał. Na tyłach domostw pełno było śmieci, a dostęp do górnych kondygnacji zapewniały rozchwiane schody. Dla ochrony przed muchami drzwi mieszkań przesłonięte były wyblakłymi dywanami albo starymi wystrzępionymi kocami. Za dnia kobiety wychodziły na dachy domów, by zaczerpnąć trochę świeżego powietrza w miejscu, gdzie nie niepokoił ich wzrok przechodniów. A kto odwiedzał dachy nocą? Z pewnością wiele osób, ale kto konkretnie – trudno dociec. Jeszim wzruszył ramionami i ponownie skupił uwagę na tym, co działo się na podwórzu.

Dźwięk młotów kujących cynę był tu znacznie słabiej słyszalny i mieszał się z rechotem żab dochodzącym z pobliskiego jeziorka. Niewielu kowali pracowało na tyłach domów. Podwórka były głównie wykorzystywane przez handlarzy cyną, którzy zwozili tu swoje surowce, by sprzedać je rzemieślnikom. Grube arkusze blachy cynowej o nieregularnych kształtach piętrzyły się na stosach. Obok nich, na niskich stołkach przesiadywali kupcy, którzy oczekując na klientów, spokojnie sączyli herbatę i się modlili. Ich milczenie kontrastowało z hałasem dobiegającym od strony ulicy. Od czasu do czasu któryś z nich dobijał targu. Wówczas kowal odcinał potrzebny mu kawałek blachy, kupiec ważył go i klient się oddalał.

Jeszim po raz ostatni ogarnął wszystko wzrokiem. Większe wyroby, głównie latarnie i kufry, składowano na ziemi, przed warsztatami. Jeszim upewnił się, że nigdzie – ani przed kuźniami, ani w środku – nie było dość miejsca, by niepostrzeżenie wykonać kocioł, na którego dnie zmieściłby się człowiek.

Ktoś musiałby to zauważyć – pomyślał. – Z pewnością zdziwiłby się. No bo któż, na wszystkie świętości, robi kocioł z cienkiej blachy?! W dodatku tak olbrzymi! Największy, jaki widziano od – no właśnie, od kiedy?

Jeszim znieruchomiał. Wokół niego kowale nadal wystukiwali swój dźwięczny pean ku czci pracy i rzemiosła, ale on go nie słyszał. Przypomniał sobie o pewnym wydarzeniu.

Było to przed dziesięcioma laty. W nocy 15 czerwca 1826 roku.

8

Gdy tylko zaświtała mu ta myśl, odniósł wrażenie, że wszyscy na niego patrzą. Zupełnie jakby samo wspomnienie tamtych zdarzeń w jakiś sposób go naznaczało.

W pobliskiej kawiarence właściciel podał mu kawę, a on spoglądał na ulicę niewidzącymi oczyma. W podświadomości Jeszima dzwonienie kowalskich młotów przerodziło się we wspomnienie tamtych zatrważających odgłosów sprzed dziesięciu lat, dźwięków, których janczarzy dobywali, uderzając w odwrócone do góry dnem kotły. Był to znany od wieków sygnał, który jednocześnie kojarzył się wszystkim ludziom na ulicach, w domach czy w pałacu. Charakterystyczny odgłos, którego nie sposób było pomylić z innym – i nie oznaczał on wcale, że janczarzy chcieli więcej jedzenia.

Znaczył, że byli żądni krwi.

Przez całe wieki ten przenikliwy i złowróżbny dźwięk janczarskich kotłów stanowił zapowiedź śmierci, która zwykłych ludzi rozdzierała na strzępy, a władców strącała w niebyt. Ale czy zawsze tak było? Jeszim pamiętał dobrze, co janczarzy zdołali osiągnąć. Starannie dobierano ich spośród chrześcijańskich chłopców składanych sułtanowi w daninie, biorąc tylko najdorodniejszych, najbystrzejszych i najwytrzymalszych. Po przybyciu do Stambułu wyrzekali się wiary swych bałkańskich przodków i złożywszy wiernopoddańczą przysięgę sułtanowi, stawali się jego doborowym oddziałem. Władcy osmańscy używali tej śmiercionośnej maszyny przeciwko swoim wrogom w Europie.

Jeżeli imperium osmańskie budziło grozę w szerokim świecie, to właśnie dzięki janczarom, którzy sprawiali, że strach ściskał niewiernych za gardło. Zdobyli Sofię i Belgrad. W 1453 roku odebrali Grekom Stambuł. Zagarnęli Półwysep Arabski, a wraz z nim święte miasta. W 1526 roku zajęli Mohacz, wycinając w pień kwiat rycerstwa węgierskiego, dzięki czemu Sulejman Wspaniały mógł wprowadzić swe wojska do Budy, a potem zawieść je aż pod bramy Wiednia. Podbili Rodos i Cypr, Egipt i Saharę. Mało tego, w 1566 roku janczarzy wylądowali nawet we Francji i przez rok utrzymali się w Tulonie.

Aż w końcu, nie wiedzieć czemu, pasmo zwycięstw zostało przerwane. Zmianie uległy warunki służby. Najpierw janczarzy wystarali się o prawo do zawierania małżeństw. Potem uzyskali zezwolenie na prowadzenie w czasach pokoju rozmaitych interesów, które miały im pomóc utrzymać rodziny. Następnie wcielali do wojska swych synów, w wyniku czego duch bojowy oddziałów stopniowo zanikał. Janczarzy byli jednak wciąż groźni; obdarzeni licznymi przywilejami, wywyższali się nad zwykłych ludzi. Ponieważ ich przeznaczeniem była walka w obronie rozległych granic wciąż poszerzającego się imperium, nie omijały ich żadne korzyści ani gwarancje nietykalności, jakich tylko mógł udzielić im sułtan, przekonany, że przecież i tak wkrótce umrą śmiercią męczeńską. Ale oni nie chcieli już być męczennikami. Ci, których wysyłano kiedyś, by siali postrach w Europie, dokonali prostego odkrycia – łatwiej i bez porównania bezpieczniej było szerzyć terror we własnym kraju.

Pałac początkowo uciekał się do perswazji. Czyniono wysiłki, by ich dyscyplinować. W 1618 roku sułtan Osman próbował pozbawić ich władzy. Nasłali na niego siepaczy, którzy, jak przypomniał sobie Jeszim, pozbawili go życia, nie pozostawiając śladu na ciele – zgnietli mu jądra. Niezwykły człowiek – niezwykła śmierć. Ponoć tak właśnie należało traktować członków rodziny panującej. A jeszcze później, w roku 1635 Murad IV wysłał trzydzieści tysięcy janczarów na pewną śmierć w Persji. Oni jednak ocaleli.

Powoli i boleśnie władcy osmańscy przekonali się, że nie są już zdolni obronić swego imperium. Na janczarach nie mogli polegać, a co gorsza, ci ostatni wciąż starali się wzmacniać swą pozycję i w praktyce stali się nieusuwalni. Zwykli ludzie bardzo się ich obawiali. Gdy janczarzy zajęli się handlem, nie omieszkali wykorzystywać na tym polu wszystkich przyznanych im przywilejów, i w rezultacie rywalizacja z nimi stała się niebezpieczna. Budzili strach i przerażenie, gdy przemieszczali się po ulicach miasta w pełnym rynsztunku, butni i zuchwali, uzbrojeni dodatkowo w kije, wykrzykując bluźnierstwa. Przed pałacem Topkapi, pomiędzy Aja Sofia i Błękitnym Meczetem, rozciągała się otwarta przestrzeń nosząca nazwę At Meydani, gdzie w okresie Bizancjum mieścił się hipodrom. Rósł tam ogromny stary platan, którego pień okrywała charakterystyczna łuszcząca się kora. Właśnie wokół tego drzewa gromadzili się zwykle janczarzy, ilekroć zanosiło się na kłopoty. W pewnym sensie Drzewo Janczarów było centrum ich świata, podobnie jak pałac był sercem osmańskiego państwa, Aja Sofia zaś – głównym ośrodkiem wiary. To pod tym drzewem janczarzy dzielili się sekretami, wylewali smutki i żale, a także planowali bunty.

Na jego kołyszących się konarach zawiśli ci, którzy zawiedli ich oczekiwania i nadzieje: ministrowie, wezyrowie, dostojnicy dworu. W ręce janczarów wydawali ich słabi i chwiejni sułtani, którzy chcieli przypochlebić się spragnionym krwi mocarzom.

Tymczasem ziemie zdobyte przez walczące pod sztandarami islamu armie sułtańskie padły łupem niewiernych – Węgry, Serbia, Krym. W Egipcie Ali Pasza Albańczyk organizował wtedy z fellachów siły zbrojne na wzór europejski, próbując wyciągnąć wnioski z inwazji napoleońskiej. Jednak wkrótce przyszedł ostateczny cios. Z rąk sułtana wymknęło się prawdziwe serce jego imperium – Grecja – a jak wiadomo, aż do tamtego momentu co drugi jego poddany był greckojęzyczny. Egipcjanie utrzymali się jeszcze przez jakiś czas, zasługując na pochwałę. Byli wojskiem karnym i zdyscyplinowanym; posiedli umiejętności taktyczne i mieli nowoczesną artylerię. Sułtan trafnie odczytał znaki czasu: zaczął szkolić własne siły zbrojne wzorowane na egipskich – Nową Gwardię pod dowództwem seraskiera.

To było dziesięć lat temu. Sułtan z pełną premedytacją wydał wtedy rozkaz, by janczarzy przyjęli zachodni styl formacji, jaki przyswoiła sobie wcześniej Nowa Gwardia. Wiedział, że to ich obrazi oraz sprowokuje. I rzeczywiście, janczarzy wzniecili rebelię. Występując w obronie swoich przywilejów, zwrócili się przeciwko pałacowi i krzepnącej Nowej Gwardii. Jednak byli już wówczas kompletnie przeżarci głupotą i leniwi. Lud ich nienawidził. Sułtan oczekiwał konfrontacji. Gdy janczarzy wywrócili swe kotły w czwartkową noc 15 czerwca, zreformowane wojska sułtańskie osiągnęły w jeden dzień to, czego wcześniej nie udało im się dokonać w ciągu trzech wieków. 16 czerwca, jeszcze przed zapadnięciem zmroku, nowoczesna artyleria zmieniła zrewoltowane koszary w dymiące zgliszcza. Tysiące janczarów poniosło śmierć na miejscu, a reszta, salwując się ucieczką, zginęła wkrótce na ulicach miasta, w lasach za jego murami lub w rozmaitych norach i kryjówkach, do których się pochowali, by się ratować.

Było to niezwykle traumatyczne doświadczenie, pomyślał Jeszim. Imperium do tej pory nie potrafiło się z nim uporać. A niektórzy nie mogli się z tą sytuacją nigdy pogodzić.

9

Umorusany aż po łokcie i przepasany skórzanym fartuchem kowal pracował na ulicy przed swoim warsztatem, wykonując latarnię. Za pomocą obcęgów wyginał i formował blachę, z niezwykłą wprost zręcznością łącząc ze sobą poszczególne kawałki, czemu Jeszim przypatrywał się długo, nie kryjąc podziwu. W końcu mężczyzna zwrócił na niego uwagę i posłał mu pytające spojrzenie.

– Mam dość niezwykłe zamówienie i chciałbym zapytać o cenę – wyjaśnił Jeszim. – Z tego, co widzę, potrafi pan wykonywać również duże przedmioty.

Mężczyzna chrząknął przytakująco.

– A czego potrzebujesz, efendi?

– Kotła. Olbrzymiego kotła – mojego wzrostu, wspartego na trójnogu. Czy potrafiłby pan coś takiego zrobić?

Mężczyzna wyprostował się i potarł ręką kark – na jego twarzy pojawił się grymas bólu.

– Dość dziwna pora, jak na takie zamówienie – zauważył.

Oczy Jeszima rozszerzyły się.

– Umiałby pan coś takiego wykonać? Robił już pan podobne?

Odpowiedź kowala zaskoczyła go.

– Prawie co roku robię taki kocioł. Wielkie blaszane kotły zamawia cech zupników. Wykorzystują je w czasie dorocznej parady.

Ależ oczywiście! Że też wcześniej o tym nie pomyślał. Co roku, gdy rzemieślnicy przemierzają ulice miasta, kierując się w stronę meczetu Aja Sofia, każdy cech ciągnie wielką platformę wyładowaną typowymi dla danego rzemiosła przedmiotami. Cech fryzjerów wiezie ogromną parę nożyc i oferuje wszystkim bezpłatne strzyżenie. Handlarze ryb upodabniają swoją platformę do statku – zarzucają sieci i ciągną liny. Piekarze ustawiają piec i rozdają wszystkim gorące bułeczki. Sprzedawcy zup zaś sięgają do ogromnych, czarnych kotłów po ciepłą zupę, nalewają ją chochlami do glinianych kubków i rozdają uczestnikom parady. Jest to bowiem czas karnawału.

– Ale blaszany kocił nie trzyma przecież ciepła ani też nie jest wystarczająco stabilny – zauważył Jeszim.

Kowal roześmiał się.

– Przecież one nie są prawdziwe! Platformy by się zawaliły, gdyby miały udźwignąć żeliwne kotły. Chyba nie myślisz, efendi, że fryzjerzy ścinają ludziom włosy tymi wielkimi nożycami? W olbrzymich kotłach ukryte są mniejsze garnki. Chodzi o to, by wszystko wyglądało przekonująco. To tylko taka zabawa.

Jeszim poczuł się jak wystrychnięte na dudka dziecko.

– Czy w ostatnim czasie wykonywał pan może podobny kocioł? Mimo że nie jest na to pora?

– Te duże kotły robimy zawsze na zamówienie cechu. Przez resztę roku, no cóż – kowal splunął w dłonie i podniósł obcęgi – pozostają latarnie i takie tam rzeczy. Te kotły łatwo się obijają i pękają, więc zawsze musimy część z nich zastąpić nowymi. Jeżeli szuka pan takiego kotła, powinien pan zwrócić się do cechu.

Mężczyzna przyjrzał się Jeszimowi. Wokół jego oczu pojawiły się zmarszczki zdradzające rozbawienie.

– Chyba nie jest pan mułłą Nasreddinem[6], prawda?

– Nie, nie jestem – roześmiał się Jeszim.

– Tak, czy inaczej wygląda mi to na jakiś żart. Przepraszam, ale muszę...

10

Dziewczyna leżała na łóżku odświętnie ubrana, roztaczając wokół siebie aurę dziewiczości. Oczy miała zamknięte. Jej misternie uplecione włosy spinała malachitowa klamra. Być może z powodu kredki, którą miała pomalowane powieki, oczy dziewczyny wyglądały na bardzo ciemne, skóra zaś jej przepięknej twarzy lśniła i mieniła się w słońcu, które przenikało przez ażurowe okiennice do wnętrza pokoju. Ciężkie złote frędzle zdobiły szal z lekkiej gazy, który miała owinięty wokół piersi, a jej długie nogi obleczone były w spodnie skrojone z tak delikatnego satynowego muślinu, że odnosiło się wrażenie, iż dziewczyna jest naga. Z palca jej lewej stopy zwisał złoty pantofelek.

Język, który wysunął się nieznacznie spomiędzy jej uróżowanych warg, kazał przypuszczać, że nie obudzi jej już żaden pocałunek.

Jeszim pochyli się nad dziewczyną i obejrzał jej szyję. Miała dwa czarne sińce po obu stronach krtani. Ucisk musiał być niezwykle silny i wszystko wskazywało na to, że morderca w chwili zajścia stał naprzeciwko niej – zanim zmarła, z pewnością widziała twarz swego oprawcy.

Przyjrzał się dziewczynie dokładnie i poczuł ukłucie żalu. Była wręcz nieskazitelna – śmierć upodobniła ją do drogocennego klejnotu, błyszczącego i zimnego, jej piękno było tak doskonałe, iż wymykało się dotykowi. Ja sam – pomyślał ze smutkiem – też umrę jak ona, nietknięty i dziewiczy. Tyle że bardziej okaleczony. Starał się szybko odepchnąć od siebie podobne myśli – dawniej nie mógł nad nimi zapanować, prowadziły go na skraj szaleństwa – z biegiem czasu jednak nauczył się je kontrolować. Przecież były to jego własne myśli i pragnienia, więc mógł je ukrywać, tak jak się chowa miecz do pochwy. Żył przecież. I to się liczyło.

Wędrował wzrokiem po jej skórze. Śmierć wywołała bladość, która oblepiła ją niczym warstewka zimnego białego masła. Niewiele brakowało, a przeoczyłby pewien szczegół – okazało się, że dziewczyna nie jest jednak zupełnie bez skazy. Wokół środkowego palca prawej ręki dostrzegł odciśnięty pasek skóry – ślad po pierścionku. Ale pierścionka na palcu nie było.

Podniósł głowę. Coś się zmieniło w atmosferze tego pokoju – nastąpiło jakieś nieznaczne przesunięcie w układzie sił, zakłócenie panującej harmonii, jeśli idzie o proporcje osób żywych w stosunku do umarłych. Odwrócił się szybko i zlustrował pomieszczenie. Zasłony, kolumny i mnóstwo zakamarków, w których z łatwością można było się skryć. Czyżby dziewczyna nie była pierwszą ofiarą zabójcy?

Z cienia wynurzyła się kobieca postać. Jej głowa była lekko przekrzywiona w bok. Wyciągnęła ręce w geście powitania.

– Jeszim, chéri! Tu te souviens de ta vieille amie?[7]

Była to valide sułtan, czyli sułtanka matka we własnej osobie, która mówiła – co zauważył bez zdziwienia – głosem markizy de Merteuil. To właśnie ona pożyczyła mu tę książkę. Występująca we śnie markiza posługiwała się jej kreolską francuszczyzną, co początkowo uszło uwagi Jeszima.

Ujęła jego ręce i cmoknęła go trzykrotnie w policzek. Następnie rzuciła okiem na zastygły piękny kształt, który przed chwilą kontemplował.

– C’est triste[8] – powiedziała po prostu. Jej oczy napotkały jego wzrok.

– Mój ty biedaku.

Wiedział dokładnie, co miała na myśli.

– Alors – wiesz może, kto ci to zrobił?

– Oczywiście. Pewien bułgarski rybak.

Sułtanka matka przyłożyła do ust swą wypielęgnowaną dłoń.

– Miałem wtedy nie więcej niż piętnaście lat.

Zbyła tę uwagę machnięciem dłoni, posyłając mu uśmiech.

– Jeszim, sois sérieux[9]. Ta młoda dziewczyna nie żyje i – tylko proszę cię, zachowaj spokój – zniknęły również moje klejnoty. Napoleońskie klejnoty. Apartamenty są najwyraźniej źle strzeżone.

Jeszim przyjrzał się jej. W półmroku wydawała się nieomal młoda. Ciągle też była piękna, i to bez względu na rodzaj oświetlenia. Zastanawiał się, czy dziewczyna leżąca na łóżku wyglądałaby równie ponętnie, gdyby dożyła wieku valide – czy jej uroda mogłaby przetrwać tak długo. Aimée – matka sułtana. O tę właśnie pozycję w haremie zabiegała każda mieszkająca tam kobieta – sypiać z sułtanem, urodzić mu syna i w odpowiednim czasie dopilnować, by jej własny potomek zasiadł na tronie Osmanów. Pokonanie każdego z tych etapów graniczyło z coraz większym cudem. Jednak kobieta, która stała przed Jeszimem, miała pewną przewagę nad innymi – była Francuzką. To pozwalało jej zająć uprzywilejowaną pozycję już na samym starcie.

– Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że nigdy nie pokazałam ci tych klejnotów ofiarowanych przez Napoleona? – zapytała. – No cóż, mój Boże, szczęśliwy z ciebie człowiek. Ciągle o nich opowiadałam, zanudzając wszystkich. Wyrażałam swój zachwyt, podobnie czynili moi goście, i jestem przeświadczona, iż wszyscy myśleli o nich to samo co ja – że są okropne. Ale ofiarował je sam cesarz Francuzów. Personellement!

Posłała mu łobuzerskie pojrzenie.

– Myślisz pewnie, że mają dla mnie jakąś wartość sentymentalną? Skądże znowu. Stanowią jednak część mojego batterie de guerre. Piękno i uroda nic tu nie znaczą. Za to warto być wytwornym i odpowiednio się nosić. Spójrz na nią. Niemożliwe, żeby czerkieskie góry mogły po raz drugi wydać na świat równie piękną istotę – a przecież mój syn już po tygodniu nie pamiętałby nawet jej imienia. Tania? Alesza? Co za różnica?

– A jednak dla kogoś miało to pewne znaczenie – zauważył Jeszim. – Ktoś ją przecież zabił.

– Dlatego że była piękna? Nonsens, każda z nich jest piękna.

– Nie. Raczej dlatego, że wkrótce miała znaleźć się w łożu sułtana.

Znienacka zmierzyła go wzrokiem – w takich chwilach jak ta nie miał najmniejszych wątpliwości, dlaczego właśnie ona, a nie kto inny, została valide. Wytrzymał jej spojrzenie.

– Być może – lekko wzruszyła ramionami. – Chciałabym ci jeszcze przypomnieć o moich klejnotach. Są okropnie brzydkie, bardzo jednak użyteczne i... warte fortunę.

Zastanawiał się, czy nie potrzebowała czasem pieniędzy – ale ona potrafiła czytać w jego myślach.

– Nigdy nic nie wiadomo – powiedziała, klepiąc go po ramieniu. – Różnie się w życiu układa, czasami zupełnie inaczej, niż sobie zaplanowaliśmy.

Skinął lekko głową. Potwierdzały to jego własne doświadczenia. A historia Aimée? Bez wątpienia też – tyle że w jej przypadku liczba nieoczekiwanych zbiegów okoliczności i nie dających się przewidzieć zdarzeń była wprost niesamowita.

Pięćdziesiąt lat wcześniej młoda kobieta wsiadła na francuski statek, którzy wyruszał w drogę z Indii Zachodnich do Marsylii. Wychowana na jednak z karaibskich wysp, Martynice, została wysłana do Paryża, gdzie miała dopełnić swojej edukacji i znaleźć sobie odpowiedniego męża.

Nigdy jednak nie dotarła na miejsce. We wschodnim rejonie Atlantyku jej statek zaatakował północnoafrykański xebec i piękna młoda kobieta została więźniem algierskich korsarzy. Piraci sprezentowali ją dejowi Algieru, który zachwycił się jej egzotyczną urodą i olśniewająco białą skórą. Dej zdawał sobie jednak sprawę z tego, że zdobycz była zbyt cenna, by mógł ją zatrzymać, posłał więc piękną cudzoziemkę dalej, aż do samego Stambułu.

Jest to zaledwie połowa historii, która była wprawdzie dość niezwykła, lecz nie całkiem oryginalna. Na przestrzeni wieków innym chrześcijańskim niewolnicom również udało się dotrzeć do łoża sułtana. Nie było ich mimo wszystko zbyt wiele. Zaledwie kilka. Jednakże przeznaczenie jest potężną i nieodgadnioną siłą. Na Martynice młoda Aimée była niemal nierozłączna z inną dziewczyną, Kreolką francuskiego pochodzenia, która nazywała się Rose Tascher de la Pagerie. Rok po tym, jak Aimée wyruszyła w pamiętną podróż do Francji, młoda Rose pojechała jej śladem. Ta sama droga – lecz Rose miała więcej szczęścia. Gdy dotarła do Paryża, przyszło jej zmierzyć się z rewolucją, więzieniem, głodem i pragnieniami ambitnych mężczyzn – po to, by w końcu stać się kochanką, żoną i wreszcie cesarzową u boku Napoleona Bonaparte, cesarza Francuzów. I tak Aimée, jej przyjaciółka z młodości, zniknęła dla świata, stając się valide sułtan. Rose została cesarzową Józefiną.

Nigdy nic nie wiadomo.

Wspięła się na palce i złożyła na jego twarzy siostrzany pocałunek. W drzwiach jeszcze się odwróciła.

– Znajdź moje klejnoty, Jeszim. Znajdź je najszybciej, jak możesz – albo nigdy ci już nie pożyczę żadnej powieści!

11

Nocą, w czasie deszczu nawet dwumilionowe miasto potrafi zupełnie opustoszeć. Była pora głębokiej ciszy, pomiędzy wieczornymi i nocnymi modłami. Szczur o lśniącym, zupełnie mokrym futrze zdołał wydostać się z wypełnionej wodą studzienki i zaczął biegać wzdłuż budynku w poszukiwaniu schronienia. Woda, której poziom stale się podnosił, niepostrzeżenie podążała tym samym śladem.

Kałuża rosła powoli – woda rozlewała się po bruku i wnikała w szczeliny, szukając ujścia. Gdy je znalazła, mała struga zaczęła po omacku, lecz nieomylnie płynąć w dół wzgórza. Od czasu do czasu napotykała przeszkodę, zatrzymywała się i rozlewała na boki, po to by za chwilę znów ruszyć w dół, uporczywie kierując się ku Bosforowi i znacząc swoje brzegi błotem, gałązkami, sierścią i rozmaitymi drobinami. Gdy po drodze trafiła na biegnącą prostopadle do niej ulicę, przecięła ją i zebrała się po drugiej stronie, w miejscu, skąd wychodziły schody prowadzące do Meczetu Zwycięstwa, zbudowanego niedawno nad brzegiem morza.

Padający bez ustanku deszcz spowodował, że woda zaczęła wypływać ze studzienki. Gdy na niebie pojawiła się Gwiazda Poranna, dozorca pilnujący meczetu wysłał dwóch robotników, żeby wyśledzili, skąd napływa woda. Było jej tyle, że mogła wedrzeć się do środka, zalać cementowe posadzki i zniszczyć dywany. Robotnicy rozpostarli nad głowami wełniane peleryny i ruszyli w górę po schodach.

Jakieś dwieście jardów wyżej zobaczyli, że cały odcinek drogi zamienił się w małe bajoro. Ostrożnie sondowali kijami błotnistą wodę.