Drżenie - Maggie Stiefvater - ebook
lub
Opis

Historia z Mercy Falls zaczyna się w momencie, gdy jeden ze szkolnych kolegów Grace, zostaje zagryziony przez wilki. Jak głosi plotka, jego ciało w tajemniczych okolicznościach znika z kostnicy. Tymczasem Grace, sama jako dziecko pogryziona i cudem uratowana przed sforą, od lat widuje pod swoim domem wilka o pięknych złotych oczach... Przy każdym rozdziale podana jest temperatura otoczenia. To ona ma decydujący wpływ na postać człowieka-wilka, którego chłód zmienia w zwierzę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 423


Maggie Stiefvater

DRŻENIE

przełożyła Ewa Kleszcz

Tytuł oryginału: Shiver

Text copyright © 2009 by Maggie Stiefvater

Original English language edition first published in USA in 2009 under the title SHIVER by Scholastic Inc., 557 Broadway, New York, NY 10012, USA

All rights reserved

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXV

Wydanie II

Warszawa, MMXV

Rozdział pierwszy: Grace–9°C

Pamiętam, jak leżałam na śniegu. Mały czerwony pulsujący życiem punkt, marznący i otoczony przez wilki. Kąsały mnie, szarpały, lizały, wgniatały w ziemię. Ich stłoczone ciała nie dopuszczały do mnie tej odrobiny ciepła, jaką dawało słońce. Lód błyszczał na kryzach wokół ich szyj. Wilcze oddechy przybierały zmatowiałe kształty, które zawisały w mroźnym powietrzu. Piżmowy zapach sierści przywoływał na myśl woń mokrego psa i palonych liści, był jednocześnie przyjemny i przerażający. Jęzory parzyły moją skórę, nieostrożne kły rozrywały rękawy i zaczepiały się o moje włosy, wilgotne nosy trącały ramiona i obojczyki, sięgając do pulsujących krwią żył na mojej szyi.

Mogłam krzyczeć, ale nie krzyczałam. Mogłam walczyć, ale nie walczyłam. Po prostu leżałam tam i pozwalałam, żeby to się działo. Obserwowałam, jak nade mną powoli szarzeje białe zimowe niebo.

Jeden z wilków trącił nosem moją dłoń, potem policzek. Jego cień na mojej twarzy, jego żółte oczy wpatrzone w moje… Tymczasem pozostałe zwierzęta nie przestawały mnie szarpać.

Wpatrywałam się w te ślepia tak długo, jak tylko mogłam. Żółte, z bliska wspaniale cętkowane złotymi i orzechowymi plamkami o tysiącu odcieni. Chciałam, żeby wilk nie odwracał wzroku, i nie zrobił tego. Pragnęłam wyciągnąć rękę i chwycić go za futro na szyi, ale moje dłonie pozostały zaciśnięte na piersi, ramiona były jak przymarznięte do ciała.

Nie mogłam sobie przypomnieć, jakie to uczucie, gdy człowiekowi jest ciepło.

Potem on zniknął, a pozostałe wilki podeszły bliżej, zbyt blisko. Zaczęłam się dusić. Coś zdawało się trzepotać w mojej piersi.

Nie było słońca, nie było światła. Umierałam. Nie mogłam sobie przypomnieć, jak wygląda niebo.

Ale nie umarłam. Dryfowałam zagubiona w morzu zimna, a potem nagle odrodziłam się w świecie ciepła.

Pamiętam jego żółte oczy. Myślałam, że już nigdy ich nie zobaczę.

Rozdział drugi: Sam–9°C

Moi towarzysze porwali dziewczynkę, kiedy bawiła się na podwórku za domem, na huśtawce zrobionej z opony, i zaciągnęli ją do lasu. Jej ciało zostawiło płytki ślad na śniegu, prowadzący z jej świata do mojego. Widziałem, jak to się stało. Nie powstrzymałem ich.

To była najdłuższa, najmroźniejsza zima mojego życia. Dzień za dniem pod bladym słońcem niedającym ani odrobiny ciepła. I głód. Głód, który palił i dręczył jak nienasycony władca. Tamtego miesiąca nic się nie działo, krajobraz zamarzł, przybierając postać wypranej z kolorów, pozbawionej życia dioramy. Jeden z nas został zastrzelony, gdy próbował wykraść śmieci ze schodów sprzed czyjegoś domu, więc reszta sfory pozostała w lesie i powoli umierała z głodu, czekając na ciepło i starych znajomych. Do czasu, gdy znaleźli dziewczynkę. Do czasu, gdy zaatakowali.

Krążyli wokół niej, gotowi do skoku, warcząc i kłapiąc zębami. Walcząc o to, kto pierwszy dopadnie zdobyczy.

Widziałem to. Widziałem ich boki dygoczące z głodu. Widziałem, jak szarpią ją i kąsają, rozgarniając pazurami śnieg, aż pod dziewczynką ukazała się naga ziemia. Widziałem pyski umazane czerwienią. A jednak nie powstrzymałem ich.

Zajmowałem wysoką pozycję w sforze – Beck i Paul dopilnowali, żeby tak było – więc mogłem zareagować natychmiast, ale wahałem się, drżąc z zimna w śniegu. Dziewczynka pachniała ciepłem, życiem, a przede wszystkim człowiekiem. Co było z nią nie tak? Jeśli żyła, to czemu nie walczyła?

Czułem jej krew, ciepły, czysty zapach w tym martwym, zimnym świecie. Widziałem, jak Salem rzuca się i drży, rozdzierając jej ubranie. Mój żołądek skręcił się boleśnie – od tak dawna nie jadłem. Chciałem przepchnąć się pomiędzy wilkami, stanąć obok Salema i udawać, że nie czuję jej człowieczeństwa, że nie słyszę cichych jęków. Była taka malutka pod naporem naszej dzikości. Sfora tłoczyła się wokół niej, chcąc wymienić jej życie za nasze.

Warcząc i błyskając kłami, przepchnąłem się do przodu. Salem warknął na mnie. Mimo młodszego wieku i osłabienia wywołanego głodem byłem jednak wyższy i smuklejszy od niego. Paul zamruczał groźnie, żeby mnie wesprzeć.

Znalazłem się tuż obok niej. Nieobecnym wzrokiem patrzyła w górę, w bezkresne niebo. Mogła już być martwa. Trąciłem nosem jej rękę. Zapach wnętrza jej dłoni – słodki, maślany, a jednocześnie słony – przypomniał mi o innym życiu.

Potem zobaczyłem jej oczy.

Przytomne. Żywe.

Dziewczynka utkwiła we mnie wzrok. Patrzyła z taką straszną szczerością.

Cofnąłem się, odskoczyłem, znowu zacząłem się trząść – ale tym razem to nie gniew dręczył moje ciało.

Jej oczy wpatrujące się w moje. Jej krew na moim pysku.

Czułem się rozdarty, wewnętrznie i zewnętrznie.

Jej życie.

Moje życie.

Sfora odsunęła się ode mnie nieufnie. Teraz to na mnie wszyscy warczeli. Powarkiwali też nad swoją ofiarą. Pomyś-lałem, że to najpiękniejsza dziewczynka, jaką kiedykolwiek widziałem, malutki, zakrwawiony anioł leżący na śniegu. A oni mieli zamiar ją zniszczyć.

Ujrzałem to. Ujrzałem ją w sposób, w jaki nie widziałem niczego wcześniej.

I powstrzymałem ich.

Rozdział trzeci: Grace3°C

Po tym wszystkim widziałam go jeszcze wiele razy, zawsze gdy było zimno. Stawał na skraju lasu, przy naszym podwórku za domem. Jego żółte oczy wpatrywały się we mnie nieruchomo, gdy napełniałam karmnik dla ptaków lub wynosiłam śmieci, ale nigdy nie podszedł bliżej. Podczas długiej zimy w Minnesocie wydaje się, że dni trwają całą wieczność, ale ja uparcie trzymałam się lodowatej huśtawki – dopóty, dopóki czułam na sobie jego spojrzenie. Później, gdy już wyrosłam z huśtawkowych zabaw, schodziłam z tarasu na tyłach domu i cicho zbliżałam się do niego, z wyciągniętą ręką, wnętrzem dłoni skierowaną do góry, ze spuszczonym wzrokiem. Żadnego zagrożenia. Próbowałam przemawiać jego językiem.

Ale nieważne, jak długo czekałam, nieważne, jak bardzo starałam się do niego dotrzeć, on zawsze wtapiał się w las, zanim zdołałam podejść bliżej.

Nigdy się go nie bałam, chociaż był wielki i silny i mógł mnie po prostu ściągnąć z huśtawki, a następnie powalić na ziemię i zawlec do lasu. Ale w jego oczach nie było widać tej dzikości, o której świadczyło ciało. Pamiętałam jego spojrzenie, każdą złotą cętkę, i nie potrafiłam się bać. Wiedziałam, że nigdy by mnie nie skrzywdził.

Chciałam, żeby wiedział, że ja też go nie skrzywdzę.

Czekałam. I czekałam.

On też czekał, choć nie wiedziałam na co. Miałam wrażenie, że tylko ja próbuję nawiązać z nim kontakt.

Ale zawsze tam był. Obserwował mnie obserwującą jego. Nigdy się do mnie nie zbliżył, ale nigdy też nie był zbyt daleko.

I tak to trwało niezmiennie przez kolejnych sześć lat: natarczywa obecność wilków zimą i ich nawet bardziej natrętna nieobecność w lecie. Tak naprawdę nie myślałam o upływającym czasie. Myślałam, że są wilkami. Zwykłymi wilkami.

Rozdział czwarty: Sam32°C

Dzień, w którym niemal udało mi się porozmawiać z Grace, był najgorętszym dniem w moim życiu. Nawet w księgarni, gdzie chodziła klimatyzacja, upał falami wkradał się przez drzwi i przenikał do środka przez panoramiczne okna. Siedziałem w słońcu, zgarbiony na stołku za ladą i chłonąłem lato, jakbym mógł zatrzymać w sobie każdą jego kroplę. Godziny leniwie upływały, a popołu-dniowe światło wybielało książki na regałach, aż stawały się bladymi, pozłacanymi wersjami samych siebie, i ogrzewało papier oraz tusz drukarski, tak że zapach nieprzeczytanych słów wisiał w powietrzu.

To właśnie uwielbiałem, gdy byłem człowiekiem.

Czytałem, kiedy drzwi otworzyły się z cichym „dzyń”, wpuszczając duszny podmuch gorącego powietrza oraz grupkę dziewczyn. Śmiały się zbyt głośno, żeby potrze-bować mojej pomocy, więc kontynuowałem lekturę, pozwalając im tłoczyć się między półkami i rozmawiać o wszystkim poza książkami.

Nie poświęciłbym dziewczynom więcej uwagi, gdyby nie to, że kątem oka dostrzegłem, jak jedna z nich zgarnia swoje ciemnoblond włosy i związuje je w długi kucyk. Sama czynność nie znaczyła nic, ale ruch uwolnił zapach, który uniósł się w powietrzu. Rozpoznałem tę woń. Już wiedziałem.

To była ona. To musiała być ona.

Szybko skryłem twarz za książką, a potem zaryzykowałem przelotne spojrzenie w kierunku dziewczyn. Pozostałe dwie nadal rozmawiały i gestykulowały, wskazując na papierowego ptaszka, którego zawiesiłem pod sufitem nad sekcją z książkami dla dzieci. Tylko ona nic nie mówiła; trzymała się z tyłu, patrząc na otaczające ją książki. Zobaczyłem wyraz jej twarzy i rozpoznałem w nim coś z siebie samego. Jej wzrok skakał po półkach, szukając możliwości ucieczki.

Zaplanowałem sobie tysiąc różnych wersji tej sceny, ale teraz, gdy ta chwila nadeszła, nie wiedziałem, co robić.

Ona tutaj była taka realna. Co innego, gdy siedziała na swoim podwórku, po prostu czytając książkę albo gryzmoląc coś w zeszycie. Tam dystans między nami stanowił niemożliwą do pokonania przepaść, tam miałem tysiące powodów, żeby trzymać się od niej z daleka.

Tutaj, w księgarni, tuż przede mną, wydawała się być oszałamiająco blisko, tak blisko, jak nie była nigdy wcześniej. Teraz nic nie mogło mnie powstrzymać przed rozmową z nią.

Jej spojrzenie powędrowało w moją stronę, więc pośpiesznie skupiłem się na książce. Nie rozpoznałaby mojej twarzy, ale z pewnością poznałaby moje oczy. Musiałem w to wierzyć.

Modliłem się, żeby wyszła, żebym mógł znowu normalnie oddychać.

Modliłem się, żeby kupiła książkę, żebym musiał się do niej odezwać.

Jedna z dziewczyn zawołała:

– Grace, chodź i spójrz na to! „Stań na wysokości zadania. Jak dostać się na wymarzoną uczelnię”. To brzmi nieźle, prawda?

Powoli wciągnąłem powietrze i obserwowałem jej smukłe plecy oświetlone słońcem, gdy przykucnęła i z koleżankami oglądała książki przygotowujące do egzaminu SAT1. Coś w pochyleniu jej ramion świadczyło o zaledwie uprzejmym zainteresowaniu tematem; kiwała głową, gdy one wskazywały inne książki, ale wydawała się rozkojarzona. Obserwowałem, jak słońce wlewa się przez okna, rozświetlając delikatne kosmyki jej włosów i zamieniając każdy z nich w połyskującą złotem nić. Jej głowa kiwała się niemal niedostrzegalnie, tam i z powrotem, w rytm muzyki odtwarzanej w księgarni.

– Cześć.

Odwróciłem się i nagle zobaczyłem przed sobą twarz. Nie Grace. Jednej z pozostałych dziewczyn, ciemnowło-sej i opalonej. Przez ramię miała przewieszony ogromny aparat fotograficzny. Patrzyła mi prosto w oczy. Nic nie mówiła, ale wiedziałem, o czym myśli. Reakcje na kolor moich oczu wahały się od ukradkowych spojrzeń do uporczywego gapienia się. Przynajmniej była szczera.

– Czy miałbyś coś przeciwko, gdybym zrobiła ci zdjęcie? – zapytała.

Nerwowo szukałem wymówki.

– Niektórzy Indianie uważają, że jeśli ktoś zrobi im zdjęcie, zabierze im duszę. To brzmi całkiem logicznie, więc przykro mi, żadnych fotek. – Przepraszająco wzruszyłem ramionami. – Jeśli chcesz, możesz sfotografować księgarnię.

Trzecia dziewczyna przepchnęła się przed tę z aparatem. Miała puszyste jasnobrązowe włosy, była wyjątkowo piegowata i promieniowała taką energią, że natychmiast poczułem się wyczerpany.

– Olive, nie mamy czasu na flirty. Proszę, kolego, kupimy tę.

Wziąłem od niej „Stań na wysokości zadania…”, rozglądając się powściągliwie w poszukiwaniu Grace.

– Dziewiętnaście dolarów i dziewięćdziesiąt dziewięć centów – powiedziałem.

Serce mi waliło.

– Za wydanie w miękkiej oprawie? – skomentowała piegowata dziewczyna, ale podała mi banknot dwudzie-stodolarowy. – Reszty nie trzeba.

Nie mieliśmy słoika na napiwki, więc położyłem monetę na ladzie, obok kasy. Powoli zapakowałem książkę i paragon do torebki. Myślałem, że może Grace podejdzie, żeby sprawdzić, czemu to tak długo trwa. Ale ona została w dziale z biografiami. Z przechyloną głową czytała tytuły na grzbietach.

Piegowata dziewczyna wzięła torebkę i szeroko uśmiechnęła się do mnie i Olivii. Potem obie podeszły do Grace i zaczęły zaganiać ją w stronę drzwi.

„Odwróć się, Grace. Spójrz na mnie. Jestem tutaj”. Gdyby się teraz odwróciła, zobaczyłaby moje oczy i musiałaby mnie rozpoznać.

Piegowata dziewczyna otworzyła drzwi – „dzyń” – i wydała z siebie dźwięk wskazujący na zniecierpliwienie, przywołując resztę stada: czas ruszać w drogę. Olivia odwróciła się w przelocie i jej oczy znowu odnalazły mnie za ladą. Wiedziałem, że gapię się na nie, na Grace, ale nie potrafiłem przestać.

Olivia zmarszczyła brwi i wyszła ze sklepu. Piegowata dziewczyna powiedziała:

– Grace, idziemy!

Poczułem ból w piersi, moje ciało przemawiało językiem, którego mózg nie do końca rozumiał.

Czekałem.

Ale Grace, jedyna osoba na świecie, z którą chciałem dzielić swoją tajemnicę, tylko przesunęła palcem po okładce jednej z nowych książek w twardej oprawie i wyszła ze sklepu. Nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, że tam byłem – w zasięgu jej ręki.

Rozdział piąty: Grace7°C

Nie miałam pojęcia, że wszystkie wilki w lesie są wilkołakami, dopóki nie został zabity Jack Culpeper.

Stało się to we wrześniu, gdy byłam w przedostatniej klasie liceum, i w naszym miasteczku wszyscy zaczęli mówić tylko o Jacku. Nie żeby za życia był jakimś wspaniałym dzieciakiem – może poza tym, że miał najdroższy samochód na szkolnym parkingu, lepszy nawet od auta dyrektora. Właściwie był raczej palantem. Ale kiedy został zabity, natychmiast stał się świętością. Z makabryczną i sensacyjną otoczką, ze względu na to, jak do tego doszło. W ciągu pięciu dni od jego śmierci usłyszałam na szkolnych korytarzach z tysiąc wersji tej historii.

Skutek tych opowieści był taki, że teraz wszyscy przeraźliwie bali się wilków.

Ponieważ mama zazwyczaj nie oglądała wiadomości, a tata nieustannie przebywał poza domem, powszechny niepokój sączył się do naszej rodziny wolniej i dopiero po kilku dniach stał się odczuwalny. Wspomnienie mojego incydentu z wilkami przez ostatnie sześć lat zacierało się w umyśle matki – zostało zastąpione przez opary terpentyny i barwy dopełniające – ale atak na Jacka najwyraźniej idealnie je odświeżył.

Mama była jednak daleka od ukierunkowania swego narastającego niepokoju i wykorzystania go do czegoś rozsądnego, na przykład spędzania większej ilości czasu ze swą jedyną córką, która jako pierwsza została zaatakowana przez drapieżniki. Zamiast tego po prostu stała się jeszcze bardziej roztrzepana niż zwykle.

– Mamo, potrzebujesz pomocy przy obiedzie?

Matka spojrzała na mnie z poczuciem winy, odrywając wzrok od telewizora, który mogła dojrzeć z kuchni. Po czym znów skupiła się na pieczarkach, nad którymi właśnie się pastwiła na desce do krojenia.

– To jest tak blisko stąd… Miejsce, w którym go znaleźli – powiedziała, wskazując nożem telewizor.

Prezenter wiadomości wyglądał na obłudnie szczerego, gdy mapa naszego hrabstwa pojawiła się tuż obok zamazanego zdjęcia wilka w prawym górnym rogu ekranu. „Czy wilki naprawdę są niebezpieczne…?” – pytał.

Wydawałoby się, że po tygodniu relacjonowania na okrągło tej samej historii przynajmniej zweryfikują podstawowe informacje. Tymczasem zdjęcie nie przedstawiało nawet osobnika tego gatunku, do którego należał mój wilk ze wzburzonym szarym futrem i żółtozłotymi oczami.

– Nadal nie potrafię w to uwierzyć. Tuż po drugiej stronie lasu Boundary. Tam został zabity.

– Albo zmarł.

Mama ściągnęła brwi, wpatrując się we mnie, odrobinę zmęczona, lecz piękna jak zwykle.

– Co?

Podniosłam wzrok znad pracy domowej, znad pocieszająco uporządkowanych ciągów liczb i symboli.

– Mógł po prostu stracić przytomność, gdy szedł poboczem. A jeśli potem wilki zaciągnęły go nieprzytomnego do lasu, to nie to samo, co otwarty atak, prawda? Nie możesz zachowywać się jak panikara.

Uwaga mamy znów skupiła się na ekranie. Siekała pieczarki na kawałeczki tak małe, że mogłaby je skonsumować ameba. Pokręciła głową.

– Zaatakowały go, Grace.

Zerknęłam przez okno na las, blade zarysy widmowych drzew na tle ciemności. Jeśli mój wilk tam był, nie mogłam go dostrzec.

– Mamo, to ty mi ciągle powtarzałaś, że wilki są zazwyczaj pokojowo nastawione.

„Wilki są spokojnymi stworzeniami” – to był refren wypowiadany przez nią od lat. Myślę, że w ogóle mogła mieszkać w tym domu tylko dzięki temu, że przekonała samą siebie o relatywnej nieszkodliwości tych zwierząt i o tym, że atak na mnie był jednorazowym incydentem. Nie wiem, czy naprawdę wierzyła, że są niegroźne, ale ja tak. Wpatrując się w las, obserwowałam je rok po roku, zapamiętując ich pyski i cechy charakteru.

Były niegroźne. No, może z wyjątkiem tego wychudzonego, który wyglądał na chorego. Tamten pręgowany wilk trzymał się na uboczu, głęboko w lesie, a pokazywał się w najzimniejszych miesiącach. Wszystko w nim krzyczało, że jest chory – jego matowe, przerzedzone futro, odrażające łzawiące oko, poszarpane ucho. Wywrócone białka dzikich ślepiów świadczyły o chorym umyśle. Pamiętałam jego kąsające mnie kły. Potrafiłam sobie wyobrazić, że ponownie atakuje człowieka.

I jeszcze poza białą wilczycą. Czytałam, że wilki łączą się w pary na całe życie. Widziałam ją z silnym, dobrze zbudowanym przywódcą stada, który był równie czarny jak ona biała. Obserwowałam, jak łasi się do jej pyska i prowadzi ją między drzewami ogołocone z liści; jej futro błyszczało jak rybia łuska pod powierzchnią wody. Ta wilczyca miała w sobie jakieś dzikie, niespokojne piękno. Tak, ją też potrafiłam sobie wyobrazić, jak atakuje człowieka. Ale reszta? Były cichymi, pięknymi duchami lasu. Nie obawiałam się ich.

– Jasne, pokojowo nastawione. – Mama dalej siekała grzyby. – Może powinni po prostu wyłapać je wszystkie i wypuścić w Kanadzie, czy coś w tym stylu?

Skrzywiłam się nad pracą domową. Letnie miesiące bez mojego wilka były wystarczająco ciężkie. Gdy byłam dzieckiem, wydawały mi się niewiarygodnie długie – tygodnie oczekiwania, aż wilki znowu się pojawią.

Podczas tych długich miesięcy wyobrażałam sobie wspaniałe przygody, nocami stawałam się wilczycą i uciekałam wraz z moim wilkiem do złotego lasu, gdzie nigdy nie padał śnieg. Teraz wiedziałam już, że złoty las nie istnieje, ale sfora – i mój wilk – jak najbardziej.

Wzdychając, odsunęłam podręcznik do matematyki i dołączyłam do mamy w kuchni.

– Może ja to zrobię? Ty tylko psujesz.

Nie zaprotestowała, ale ja nie spodziewałam się, że będzie. W zamian nagrodziła mnie uśmiechem i zawirowała, odsuwając się, jakby tylko czekała na to, aż zauważę jej godne pożałowania wysiłki i ją wyręczę.

– Jeśli dokończysz robienie obiadu – powiedziała – będę cię kochać na wieki.

Zabrałam jej nóż. Mama była stale uwalana farbą i nieobecna duchem. Nie przypominała mam moich koleżanek: w fartuszku, gotujących posiłki, odkurzających, w stylu Betty Crocker2. Tak naprawdę nie chciałam, żeby była jak one. Ale serio – musiałam w końcu odrobić tę pracę domową.

– Dzięki, kochanie. Będę w atelier. – Gdyby mama była lalką, która wypowiada pięć czy sześć różnych zdań, gdy naciśnie się na jej brzuszek, to byłoby jedno z takich sformułowań.

– Nie zemdlej od oparów – powiedziałam, a tymczasem ona już wbiegała po schodach.

Zgarniając zmasakrowane pieczarki do miski, spojrzałam na zegar wiszący na jasnożółtej ścianie. Jeszcze godzina, nim tata wróci z pracy. Miałam mnóstwo czasu, żeby ugotować obiad i jeszcze spróbować odnaleźć mojego wilka.

W lodówce leżał jakiś kawałek wołowiny, który prawdopodobnie powinien pasować do okaleczonych pieczarek. Wyciągnęłam go i z klapnięciem rzuciłam na deskę. W tle „ekspert” wiadomości zastanawiał się, czy populacja wilków w Minnesocie powinna zostać ograniczona lub przesiedlona w inne miejsce. Cała ta sprawa wprowadziła mnie tylko w zły nastrój.

Zadzwonił telefon.

– Halo?

– Heja! Co słychać?

Rachel. Byłam zadowolona, że się odezwała. Stanowiła dokładne przeciwieństwo mojej matki – całkowicie zorganizowana i świetna w kończeniu tego, co zaczęła. Sprawiała, że przestawałam się czuć jak przybysz z obcej planety. Przytrzymując słuchawkę barkiem, zaczęłam siekać wołowinę. Kawałek mięsa wielkości pięści zachowałam na później.

– Robię obiad i oglądam te głupie wiadomości.

Od razu wiedziała, co mam na myśli.

– Wiem. To dopiero absurdalne, nie? Wygląda na to, że po prostu nie mają dość. To trochę obrzydliwe, serio… To znaczy czemu nie mogą się po prostu zamknąć i pozwolić nam dojść do siebie? Wystarczy chyba, że musimy chodzić do szkoły i słuchać o tym na okrągło. A ty, z tymi wilkami i tym wszystkim… To musi naprawdę cię mart-wić… I poważnie, rodzice Jacka muszą chyba marzyć, żeby dziennikarze wreszcie się zamknęli.

Rachel paplała tak szybko, że ledwie mogłam ją zrozumieć. Umknęło mi sporo z tego, co powiedziała.

– Czy Olivia dzisiaj dzwoniła? – zapytała, a ja dopiero wtedy skupiłam się na jej słowach.

Olivia była ostatnią z naszego trio, jedyną, która choć trochę rozumiała moją fascynację wilkami. Rzadko zdarzał się taki wieczór, żebym nie rozmawiała przez telefon z nią albo z Rachel.

– Pewnie wyszła gdzieś, żeby porobić zdjęcia. Czy dziś wieczorem nie miało być czasem deszczu meteorów? – przypomniałam.

Olivia widziała świat przez obiektyw swego aparatu. Połowa moich wspomnień z czasów szkolnych uwieczniona była na błyszczących czarno-białych odbitkach, w formacie dziesięć na piętnaście centymetrów.

– Chyba masz rację. Olivia na pewno będzie chciała uwiecznić fragment tej gorącej asteroidowej akcji – stwierdziła Rachel. – Masz chwilkę, żeby pogadać?

Spojrzałam na zegar.

– Tak jakby. Ale kiedy będę kończyć obiad. Potem muszę wreszcie odrobić pracę domową.

– Okej. W takim razie tylko sekundę. Dwa słowa, bejbe. Wypróbuj je: U. Cieczka.

Zaczęłam podsmażać wołowinę na patelni.

– To jedno słowo, Rach.

Zamilkła.

– Taa. W mojej głowie brzmiało to lepiej. Nieważne. Chodzi o to, że moi rodzice powiedzieli, że jeśli chcę gdzieś pojechać w trakcie przerwy świątecznej w tym roku, oni za to zapłacą. A ja marzę o tym! Znaleźć się poza Mercy Falls! Boże, gdziekolwiek poza Mercy Falls! Czy jutro po szkole ty i Olivia wpadniecie do mnie i pomożecie mi wybrać jakieś miejsce?

– No pewnie.

– Jeśli to będzie jakieś naprawdę fajne miejsce, może pojedziemy we trzy? – zaproponowała Rachel.

Nie odpowiedziałam od razu. Słowo „święta” natychmiast przywołało wspomnienia zapachu choinki, mrocznego bezkresu gwiaździstego grudniowego nieba i oczu mojego wilka, obserwujących mnie zza pokrytych śniegiem drzew. Bez względu na to, jak bardzo nieobecny był przez resztę roku, zawsze miałam go na święta.

Rachel jęknęła.

– Nie rób tego milczącego gapię-się-w-dal-w-zamyśleniu, Grace! Wiem, kiedy to robisz! Nie powiesz mi chyba, że nie chcesz się stąd wyrwać!

Właściwie to nie chciałam. Właściwie to należałam do tego miejsca.

– Przecież nie powiedziałam „nie” – zaprotestowałam.

– Ale nie powiedziałaś też „omójbożetak”! A właśnie to powinnaś powiedzieć – westchnęła Rachel. – Ale wpadniesz do mnie, prawda?

– Wiesz, że tak – odparłam, wyciągając szyję, żeby zerknąć przez okno wychodzące na tyły domu. – Słuchaj, naprawdę muszę kończyć.

– Dobra, dobra, rozumiem – zgodziła się Rachel. – Tylko przynieś ciasteczka. Nie zapomnij. Buziaki. Pa! – Zaśmiała się i rozłączyła.

Szybko postawiłam garnek z gulaszem na kuchence, żeby jedzenie zaczęło się powoli gotować, bez mojego nadzoru. Złapałam kurtkę z wieszaka i otworzyłam przesuwane drzwi wiodące na taras.

Chłodne powietrze szczypało mnie w policzki i czubki uszu, przypominając, że lato oficjalnie się skończyło. Wełnianą czapkę z długim pomponem miałam upchniętą w kieszeni kurtki, ale wiedziałam, że mój wilk nie zawsze mnie w niej rozpoznawał, więc jej nie włożyłam. Zeszłam z tarasu. Starałam się zachowywać, jak gdyby nigdy nic. Wołowina w mojej ręce była zimna i śliska.

Z chrzęstem pokonałam kruchą, bezbarwną teraz trawę. Zatrzymałam się dopiero na środku podwórka, chwilowo oślepiona jaskrawym różem słońca zachodzącego za rozedrganymi czarnymi zarysami drzew. Ten surowy krajobraz był odległy o całe lata świetlne od ciepłej kuchni z jej kojącymi zapachami łatwego przetrwania. Do tamtej przestrzeni domu powinnam należeć. Tam powinnam chcieć być. Ale drzewa wzywały mnie, ponaglając, żebym opuściła to, co znałam, żebym zniknęła w nadchodzącej nocy. To było pragnienie, które w ostatnich dniach szarpało mną z niepokojącą częstotliwością.

Ciemność na skraju lasu się poruszyła i zobaczyłam mojego wilka stojącego obok drzewa; zwęszył mięso w mojej dłoni. Poczucie ulgi na jego widok zniknęło, gdy podniósł łeb, pozwalając, żeby żółty kwadrat światła wylewającego się przez drzwi tarasu padł na jego pysk. Wtedy dostrzegłam, że był pokryty stwardniałą powłoką starej, zaschniętej krwi. Mającej kilka dni krwi.

Jego nozdrza pracowały. Mięso albo moja znajoma obecność wystarczyły, żeby skusić go do wyjścia z lasu. Kilka kroków. Potem jeszcze kilka. Bliżej niż był kiedykolwiek wcześniej.

Stanęłam przed nim. Mogłam wyciągnąć rękę i dotknąć jego lśniącego futra. Albo musnąć ciemnoczerwoną plamę na jego pysku.

Bardzo chciałam, żeby to była jego krew. Stara rana zarobiona w bójce albo zadrapanie. Ale nie tak to wyglądało. Krew wyraźnie należała do kogoś innego.

– Zabiłeś go? – wyszeptałam.

Nie uciekł na dźwięk mojego głosu, jak tego oczekiwałam. Stał nieruchomo niczym posąg, jego oczy obserwowały moją twarz zamiast kawałka mięsa w mojej dłoni.

– Tylko o tym mówią w wiadomościach – dodałam, jakby mógł mnie zrozumieć. – Nazwali to barbarzyństwem. Powiedzieli, że to sprawka dzikich zwierząt. Czy ty to zrobiłeś?

Wpatrywał się we mnie jeszcze chwilę, nieruchomy. A potem, po raz pierwszy w ciągu tych sześciu lat, przymknął oczy. To było niezgodne z naturalnym instynktem, jaki powinien posiadać każdy wilk. Całe wieki nieruchomego spojrzenia, a teraz zamarł w niemal ludzkim żalu: lśniące oczy zamknięte, łeb schylony, ogon podkulony.

To była najsmutniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek widziałam.

Powoli, ledwie się poruszając, zbliżyłam się do niego. Bałam się tylko tego, że go spłoszę, a nie jego splamionego szkarłatem pyska czy kryjących się w nim kłów. Jego uszy drgnęły, widocznie wyczuł mój zamiar, ale nie uciekł. Kucając, upuściłam mięso. Wzdrygnął się, gdy wylądowało na ziemi. Byłam wystarczająco blisko, żeby czuć dziką woń jego futra i ciepło oddechu.

Potem zrobiłam to, co zawsze chciałam zrobić – położyłam rękę na jego gęstej kryzie, a gdy się nie odsunął, zanurzyłam obie dłonie w jego futrze. Pierwsza warstwa nie była miękka, choć sprawiała takie wrażenie, ale pod ochronną sierścią natrafiłam na meszek. Wilk z cichym jękiem mocno przycisnął łeb do mojego ciała, oczy miał nadal przymknięte. Przytulałam go, jakby był zwykłym psem, choć jego dziki, ostry zapach nie pozwalał mi zapomnieć, czym był naprawdę.

Za to ja na moment straciłam świadomość, gdzie i kim jestem. Przez chwilę to nie miało znaczenia. Kątem oka dostrzegłam jakiś ruch: w oddali, ledwie widoczna w gasnącym świetle dnia, biała wilczyca obserwowała nas ze skraju lasu. Jej ślepia płonęły.

Usłyszałam dźwięk i zdałam sobie sprawę, że to mój wilk warczy na nią. Wilczyca podeszła bliżej, niezwykle śmiała, więc obrócił się do niej.

Wzdrygnęłam się na odgłos kłapnięcia jego zębów w jej kierunku.

Nawet nie warknęła i w jakiś sposób było to jeszcze gorsze. Wilk powinien warczeć. Ale ona tylko gapiła się na nas, przenosząc wzrok z niego na mnie. Każdy ruch jej ciała tchnął nienawiścią.

Nadal warcząc, niemal niesłyszalnie, mój wilk przycisnął się do mnie mocniej, zmuszając mnie, żebym cofnęła się o krok, potem o kolejny, aż zaprowadził mnie z powrotem na taras. Pod stopami wyczułam stopnie, więc skierowałam się do wejścia do domu. On pozostał u dołu schodów, czekając, aż zamknę za sobą drzwi.

Gdy tylko znalazłam się w środku, biała wilczyca wystrzeliła do przodu i porwała kawałek mięsa, który upuściłam. Chociaż mój wilk stanowił dla niej najbliższą i najbardziej oczywistą przeszkodę w zdobyciu wołowiny, to jednak mnie szukały jej oczy po drugiej stronie szklanych drzwi. Wytrzymała moje spojrzenie przez długą chwilę, po czym zniknęła między drzewami niczym duch.

Mój wilk stał na krawędzi lasu i wahał się. Przyćmio-ne światło sączące się z tarasu oświetliło jego oczy. Nadal obserwował moją postać za drzwiami.

Przycisnęłam dłoń do chłodnej szyby.

Dystans między nami jeszcze nigdy nie wydawał się tak ogromny.

Rozdział szósty: Grace6°C

Gdy mój ojciec wrócił do domu, nadal trwałam w cichym świecie wilków, wspominając raz za razem dotyk sztywnej sierści. Niechętnie umyłam ręce, żeby skończyć gotowanie obiadu, ale piżmowy zapach zwierzęcia przetrwał na moim ubraniu, przypominając mi to spotkanie.

Złotooki wilk potrzebował sześciu lat, żeby pozwolić mi się dotknąć. Przytulić. I strzegł mnie, tak jak zawsze to robił. Rozpaczliwie chciałam komuś o tym powiedzieć, ale wiedziałam, że tata nie podzieliłby mojej fascynacji, zwłaszcza że prezenterzy wiadomości nadal wałkowali temat ataku. Postanowiłam trzymać język za zębami.

Ojciec hałasował w przedpokoju. Nie mógł mnie widzieć, bo wciąż krzątałam się przy garnkach, a mimo to zawołał:

– Kolacja pachnie wspaniale, Grace!

Wszedł do kuchni i pogłaskał mnie po głowie. Jego oczy zza okularów wyglądały na mocno zmęczone, ale mimo to się uśmiechał.

– Gdzie jest twoja matka? Maluje? – Rzucił płaszcz na krzesło.

– A czy ona kiedykolwiek przestaje to robić? – Zmrużyłam oczy, patrząc na jego okrycie. – Chyba nie zamierzasz tu tego zostawić?

Zabrał ubranie i zawołał w górę schodów:

– Rags, czas na kolację! – Użył przezwiska mamy, co potwierdzało jego dobry nastrój.

Mama pojawiła się w kuchni dosłownie w dwie sekundy. Bieg po schodach pozbawił ją tchu – nigdy ni-gdzie nie chodziła – a na policzku miała zieloną smugę.

Tata pocałował ją, omijając farbę.

– Byłaś grzeczną dziewczynką, kochanie?

Zamrugała rzęsami. Miała taki wyraz twarzy, jakby już wiedziała, co chce jej oznajmić.

– Najlepszą.

– A ty, Gracie?

– Lepszą niż mama.

Ojciec odchrząknął.

– Panie i panowie, moja podwyżka zaczyna obowiązywać w ten piątek. Więc…

Mama klasnęła w dłonie i zawirowała wkoło, przeglądając się w lustrze wiszącym w przedpokoju.

– Wynajmę to studio w centrum miasta!

Tata wyszczerzył zęby w uśmiechu i pokiwał głową.

– A ty, mała Gracie, wymienisz swój tandetny samochód, gdy tylko znajdę trochę czasu, żeby pojechać z tobą do dilera. Mam już dość ciągania twojego grata do war-sztatu.

Mama zaśmiała się, podekscytowana, i znowu zaklaskała. Zaczęła tańczyć po kuchni, śpiewając jakąś nonsensowną piosenkę. Jeśli wynajmie studio, prawdopodobnie więcej nie zobaczę żadnego z moich rodziców. Cóż, poza obiadami. Zazwyczaj pojawiali się na posiłki. Ale to wydawało się nieistotne w obliczu obietnicy niezawodnego środka transportu.

– Naprawdę? Mój własny samochód? To znaczy, taki, który jeździ?

– Odrobinę mniej nędzny od tego, który masz – obiecał tata. – Nic ładnego.

Uściskałam go. Takie auto oznaczało wolność.

***

Tamtej nocy leżałam w moim pokoju, mocno zaciskając powieki i próbując zasnąć. Świat za oknem był pogrążony w ciszy. Było za wcześnie na śnieg, a mimo to każdy dźwięk wydawał się stłumiony.

Wstrzymałam oddech, nasłuchując oznak życia w nieruchomej ciemności.

Powoli uświadomiłam sobie, że ciszę na zewnątrz zakłócają lekkie stuknięcia; ten odgłos nagle zakłuł mnie w uszy. Brzmiało to zupełnie jak drapanie pazurami – na tarasie za moim oknem. Czy był tam wilk? Może to tylko szop? Potem usłyszałam delikatniejsze skrobanie i warknięcia – to zdecydowanie nie był szop. Zjeżyły mi się włosy na karku.

Owinęłam się kołdrą jak peleryną, wygramoliłam z łóżka i podreptałam po gołych deskach, oświetlonych blaskiem księżyca. Wahałam się. Nie byłam pewna, czy ten dźwięk przypadkiem mi się nie przyśnił, ale zza okna znowu dało się słyszeć: „stuk, stuk”. Podniosłam rolety i wyjrzałam na taras. Podwórko było puste. Czarne pnie drzew wznosiły się jak płot między mną a głębią lasu.

Nagle, tuż przed moją twarzą, pojawił się pysk. Podskoczyłam, przestraszona. Biała wilczyca stała po drugiej stronie szyby, łapy oparła na zewnętrznym parapecie. Była wystarczająco blisko, żebym mogła dostrzec krople wilgoci uwięzione w pasemkach jej futra. Jej niebieskie jak szafiry oczy wpatrywały się we mnie z gniewem, rzucając mi wyzwanie; chciała, żebym odwróciła wzrok. Stłumione warknięcia grzmiały przez szybę. Poczułam, że potrafię odczytać ich znaczenie, tak wyraźnie, jakby wilczyca napisała na szkle: „Nie będzie cię chronił, bo nie jesteś jego”.

Spiorunowałam ją wzrokiem. Potem, bez zastanowienia, warknęłam, odsłaniając zęby. Dźwięk, który się ze mnie wydobył, zaskoczył zarówno mnie, jak i ją. Odsunęła się od okna. Rzuciła mi ostatnie mroczne spojrzenie, oddała mocz w rogu tarasu, po czym dała susa w las.

Zagryzłam wargę, żeby zmazać upiorny grymas odsłaniający zęby, podniosłam z podłogi sweter i z powrotem wślizgnęłam się do łóżka. Odsunęłam poduszkę na bok, zwinęłam sweter w kulkę i położyłam na nim głowę.

Zapadłam w sen otulona zapachem mojego wilka. Sosnowe igły, zimny deszcz, ziemisty aromat, szorstkość futra przy mojej twarzy.

Czułam się tak, jakby tu był.

Rozdział siódmy: Sam6°C

Wciąż czułem jej zapach na swoim futrze. Przywarł do mnie jak wspomnienie innego świata.

Upajałem się nią. Jej wonią. Znalazłem się zbyt blisko. Moje instynkty ostrzegały mnie przed tym. Zwłaszcza gdy przypomniałem sobie, co przytrafiło się chłopakowi.

Aromat lata na jej skórze, brzmienie jej głosu, uczucie, jakie wywołał dotyk jej palców na mym futrze. Każda cząstka mnie śpiewała na wspomnienie jej bliskości.

Zbyt blisko.

Nie potrafiłem trzymać się od niej z daleka.

Rozdział ósmy: Grace18°C

Cały następny tydzień byłam rozkojarzona, dryfowałam przez zajęcia w szkole i prawie nie robiłam notatek. Ciągle wracałam myślami do chwili, kiedy dotykałam palcami futra mojego wilka i kiedy ujrzałam wykrzywiony w gniewie pysk białej wilczycy. Przytomność wróciła mi jednak, gdy na godzinę wychowawczą pani Ruminski przyprowadziła policjanta.

Zostawiła go samego pod tablicą, co wydało mi się dość okrutne, biorąc pod uwagę fakt, że była to siódma godzina lekcyjna i większość z nas już tylko nerwowo wyczekiwała momentu, żeby zwiać do domu. Może pani Ruminski myślała, że policjant bez problemu poradzi sobie ze zwykłymi uczniami szkoły średniej. Ale do przestępców można strzelać – w przeciwieństwie do klasy pełnej dzieciaków, które nie chcą się zamknąć.

– Cześć – zaczął policjant.

Choć miał pas z kaburą, najeżony ładownicami, pojemniczkami z gazem pieprzowym itp., wyglądał naprawdę młodo. Spojrzał w kierunku pani Ruminski, która stanęła w otwartych drzwiach klasy, nie kwapiąc się za bardzo do udzielenia mu jakiejkolwiek pomocy, i dotknął lśniącego identyfikatora na koszuli: William Koenig. Nauczycielka powiedziała nam, że jest absolwentem naszego znakomitego liceum, ale ani imię, ani jego twarz nie wydały mi się specjalnie znajome.

– Jestem funkcjonariusz Koenig. Wasza nauczycielka, pani Ruminski, zapytała mnie w zeszłym tygodniu, czy nie przyszedłbym z wami porozmawiać.

Zerknęłam na Olivię siedzącą w ławce obok, żeby sprawdzić, co o tym myśli. Jak zwykle wszystko w niej wyglądało schludnie i czysto: była jak chodzące świadectwo szkolne z czerwonym paskiem. Ciemne włosy miała zaplecione w perfekcyjny warkocz francuski, a jej koszula z kołnierzykiem była świeżo wyprasowana. Na podstawie wyrazu ust Olivii nigdy nie dało się odgadnąć, co ona myśli. To w jej oczy trzeba było patrzeć.

– Jest słodki – wyszeptała. – Podoba mi się jego ogolona głowa. Myślisz, że mama nazywa go „Will”?

Wciąż nie wiedziałam, jak reagować na nowo odkryte i głośno wyrażane zainteresowanie Olivii facetami, więc tylko przewróciłam oczami. Był uroczy, ale nie w moim typie. Chyba jeszcze nie ustaliłam, jaki jest mój typ.

– Zostałem policjantem tuż po liceum – powiedział funkcjonariusz Will. Wyglądał bardzo serio, gdy to mówił. Marszczył brwi niczym żywa ilustracja dewizy: „Służyć i chronić”. – To zawód, który zawsze chciałem wykonywać i który traktuję niezwykle poważnie.

– Najwyraźniej – szepnęłam do Olivii. Nie sądziłam, żeby matka nazywała go „Will”.

Funkcjonariusz William Koenig zaszczycił nas chłodnym spojrzeniem i położył dłoń na rewolwerze. Przypuszczam, że był to nawyk, ale wyglądało to tak, jakby rozważał zastrzelenie nas za to, że szepczemy. Olivia skuliła się w ławce, a kilka innych dziewczyn zachichotało.

– To znakomita ścieżka kariery i jedna z niewielu, które nie wymagają ukończenia college’u – kontynuował. – Czy… yyy… ktoś z was rozważa wstąpienie w szeregi policji?

To „yyy” go zgubiło. Gdyby się nie zawahał, myślę, że klasa zachowałaby się przyzwoicie.

Czyjaś ręka wystrzeliła w górę. Elizabeth, należąca do grona uczniów naszego liceum nadal noszących żałobę po śmierci Jacka, zapytała:

– Czy to prawda, że ciało Jacka Culpepera zostało skradzione z kostnicy?

Jej bezczelność wywołała wybuch szeptów w klasie, a funkcjonariusz Koenig wyglądał, jakby znalazł powód, żeby ją zastrzelić. Ale odparł tylko:

– Szczerze mówiąc, nie jestem upoważniony, żeby rozmawiać o szczegółach któregokolwiek z toczących się właśnie dochodzeń.

– To jest jakieś dochodzenie?! – wykrzyknął chłopak siedzący gdzieś z przodu.

– Moja mama słyszała to od dyspozytora – z uporem drążyła Elizabeth. – Czy to prawda? Czemu ktoś miałby ukraść ciało?

Teorie zaczęły powstawać jedna po drugiej.

– To musi być próba zatuszowania faktów. Że to niby było samobójstwo!

– Żeby przemycić narkotyki!

– Do eksperymentów medycznych!

– Słyszałem, że ojciec Jacka, Tom Culpeper, trzyma w domu wypchanego niedźwiedzia polarnego. Może wypchali Jacka…?

Ktoś szturchnął chłopaka, który rzucił ostatni komentarz. Mówienie czegokolwiek złego o Jacku lub jego rodzinie wciąż było źle widziane.

Funkcjonariusz Koenig spojrzał osłupiały na panią Ruminski, która wciąż stała w drzwiach. Ona przyjrzała mu się obojętnie, po czym zwróciła się do uczniów:

– Spokój!

Uciszyliśmy się.

Potem znów popatrzyła na policjanta.

– A zatem, czy to prawda, że jego ciało zostało skradzione? – zapytała.

– Szczerze mówiąc, nie jestem upoważniony, żeby rozmawiać o szczegółach któregokolwiek z toczących się właśnie dochodzeń – powtórzył funkcjonariusz. Ale tym razem brzmiał mniej pewnie, jakby na końcu tej formułki czaił się znak zapytania.

– Panie władzo – kontynuowała pani Ruminski – Jack był powszechnie lubiany w szkole.

To oczywiście było jawnym kłamstwem. Ale bycie martwym zrobiło cuda dla reputacji Jacka. Przypuszczam, że ludzie już nie pamiętali, jak tracił panowanie nad sobą na korytarzu, a nawet podczas lekcji. I jak wyglądały jego wybuchy gniewu. Ale ja nie zapomniałam.

Mercy Falls żyło plotkami, a plotka na temat Jacka głosiła, że odziedziczył wybuchowy temperament po ojcu. Nie wiedziałam, czy to prawda. Wydawało mi się raczej, że człowiek może sam kształtować swój charakter, że osobowość nie zależy od tego, jacy byli jego rodzice czy dziadkowie.

– Nadal jesteśmy pogrążeni w żałobie – dodała pani Ruminski, wskazując na morze czerni w klasie. – Tu nie chodzi o śledztwo. Chodzi o to, żeby umożliwić zżytej społeczności ostateczne pogodzenie się z tragedią.

Olivia powiedziała do mnie bezgłośnie: „O. Mój. Boże”. Pokręciłam głową. Niewiarygodne.

Funkcjonariusz Koenig skrzyżował ręce na piersi, co sprawiło, że wyglądał jak nadąsany mały chłopiec, zmuszony do zrobienia czegoś, na co nie ma ochoty.

– Oczywiście. Badamy tę sprawę. Rozumiem, że strata kogoś tak młodego – a mówił to ktoś, kto wyglądał może na dwadzieścia lat! – ma ogromny wpływ na waszą klasę, ale proszę, żebyście uszanowali prywatność rodziny oraz poufność dochodzenia. – Zaczął odzyskiwać równowagę.

Elizabeth znowu zamachała podniesioną ręką.

– Czy uważa pan, że wilki są niebezpieczne? Czy dostajecie dużo zgłoszeń w związku z nimi? Moja mama mówi, że tak.

Policjant spojrzał z rozpaczą na panią Ruminski, ale powinien się już domyślić, że nauczycielka chciała to wiedzieć równie mocno, jak Elizabeth.

– Nie uważam, żeby wilki stanowiły zagrożenie dla mieszkańców. Ja oraz reszta wydziału uważamy, że to był odosobniony incydent.

– Ale ona też została zaatakowana.

No pięknie. Nie widziałam ręki Elizabeth, ale wiedziałam, że wskazuje na mnie, bo twarze wszystkich skierowały się w moją stronę.

Przygryzłam wargę, zirytowana. Nie dlatego, że bycie w centrum uwagi jakoś specjalnie mi przeszkadzało, ale dlatego, że zawsze, gdy ktoś wspominał, jak zostałam ściągnięta z huśtawki, automatycznie wzrastało przekonanie, że to mogłoby się przytrafić każdemu. Zastanawiałam się, jak dużo takich myśli trzeba, nim zdecydują, żeby ostatecznie rozprawić się z wilkami.

Żeby rozprawić się z moim wilkiem.

Wiedziałam, że to był prawdziwy powód, dla którego nie potrafiłam wybaczyć Jackowi jego śmierci. W związku z tym, że nigdy nie akceptowałam jego agresywnego zachowania, publiczne okazywanie żałoby razem z resztą szkoły wydawało mi się hipokryzją. Choć jej ignorowanie też uważałam za niewłaściwe. Żałowałam, że nie wiem, co powinnam czuć.

– To było dawno temu – powiedziałam Koenigowi. Wyglądał, jakby mu ulżyło, gdy dodałam: – Lata temu. I to mogły być psy.

A więc kłamałam. Ale kto mógłby mi zaprzeczyć?

– No właśnie – zgodził się policjant. – Właśnie. Nie ma najmniejszego sensu oskarżać dzikich zwierząt za ten przypadkowy incydent. I nie ma sensu siać paniki. Panika prowadzi do nieostrożności, a nieostrożność przyczynia się do wypadków.

Jakby czytał mi w myślach. Poczułam niejasną więź z pozbawionym humoru funkcjonariuszem Koenigiem, który skierował rozmowę z powrotem na karierę w policji.

Po lekcji uczniowie znowu zaczęli rozmawiać o Jacku, ale Olivia i ja uciekłyśmy z klasy.

Gdy byłyśmy już przy naszych szafkach, poczułam, że ktoś ciągnie mnie za włosy. Odwróciłam się. To była Rachel. Spoglądała na nas obie z wielką żałością.

– Kochane, będziemy musiały przełożyć planowanie ferii na później. Moja walnięta macocha zażądała rodzinnej wycieczki integracyjnej do Duluth. Jeśli chce, żebym ją pokochała, będzie musiała kupić mi jakieś nowe buty. Czy możemy spotkać się jutro, albo jakoś tak?

Ledwie zdążyłam pokiwać głową, a Rachel już posłała nam szeroki uśmiech i popędziła przez korytarz.

– Chcesz zamiast tego posiedzieć dzisiaj u mnie? – zapytałam Olivię.

Poczułam się dziwnie, zadając to pytanie. Na początku szkoły średniej ona, Rachel i ja spotykałyśmy się codziennie, to było nasze ciche porozumienie. Zmieniło się to, gdy Rachel poznała swojego pierwszego chłopaka i odstawiła Olivię i mnie – mało zabawne dziwaczki – na dalszy plan, naruszając tym samym naszą przyjaźń, opartą dotąd na prostych zasadach.

– Jasne – odparła Olivia. Złapała swoje rzeczy i ruszyła za mną korytarzem. Nagle ścisnęła mnie za łokieć. – Patrz. – Wskazała na Isabel, młodszą siostrę Jacka, naszą koleżankę z klasy. Isabel, ze swoją anielską grzywą blond loczków, stanowiła kwintesencję słynnej urody Culpeperów. Jeździła białym SUV-em i miała jednego z tych mieszczących się w torebce psów rasy chihuahua, którego ubranka zawsze dopasowywała do swoich strojów. Wciąż zastanawiałam się, kiedy zauważy, że mieszka w Mercy Falls w Minnesocie, gdzie ludzie po prostu nie robią takich rzeczy.

W tej chwili Isabel gapiła się na wnętrze swojej szafki, jakby ta zawierała inne światy. 

– Nie ubiera się na czarno – zauważyła Olivia.

Isabel otrząsnęła się nagle z transu i spiorunowała nas wzrokiem, jakby zdała sobie sprawę, że o niej rozmawiamy. Szybko się odwróciłam, ale nadal czułam, że mnie obserwuje.

– Może już nie jest w żałobie – powiedziałam, gdy znalazłyśmy się poza zasięgiem jej uszu.

Olivia otworzyła przede mną drzwi.

– A może to jedyna osoba, która kiedykolwiek naprawdę w niej była.

***

Gdy dotarłyśmy do mnie, zrobiłam kawę i żurawinowe bułeczki. Usiadłyśmy przy kuchennym stole, żeby przej-rzeć stos najnowszych zdjęć Olivii pod żółtym światłem płynącym z lampy na suficie. Fotografia była dla niej religią. Olivia czciła swój aparat i studiowała różne techniki, jakby to były zasady, według których należy żyć. Gdy oglądałam jej fotki, sama niemal nabierałam chęci, żeby stać się wyznawczynią tej sztuki. Olivia potrafiła sprawić, że człowiek czuł się tak, jakby znalazł się wewnątrz fotografii, w scenie ukazywanej przez zdjęcie.

– On był naprawdę słodki. Nie mów, że nie – powiedziała, rozmarzona.

– Nadal mówisz o funkcjonariuszu-bez-uśmiechu? Co się z tobą dzieje? – Pokręciłam głową i wzięłam następną fotkę. – Nigdy nie widziałam, żebyś miała obsesję na punkcie prawdziwej osoby.

Olivia wyszczerzyła zęby w uśmiechu i pochyliła się w moją stronę nad parującym kubkiem. Ugryzła kawałek bułeczki i zaczęła mówić, zasłaniając usta, żeby ochronić mnie przed okruchami.

– Chyba staję się jedną z tych dziewczyn, które lubią facetów w mundurach. Och, daj spokój, naprawdę nie uważasz, że jest słodki? Czuję… czuję nieodpartą chęć posiadania chłopaka. Powinnyśmy kiedyś zamówić pizzę. Rachel mi powiedziała, że w pizzerii pracuje naprawdę fajny dostawca.

– I tak nagle chcesz mieć faceta? – Znowu przewróciłam oczami.

Olivia nie oderwała wzroku od zdjęć, ale zrozumiałam, że moja odpowiedź jest dla niej ważna.

– A ty nie?

– Jeśli pojawi się ten właściwy… – wymamrotałam.

– Skąd będziesz wiedziała, że to on, skoro nic nie robisz, żeby go znaleźć?

– Tak jakbyś ty kiedykolwiek miała odwagę, żeby odezwać się do chłopaka. I nie mówię o Jamesie Deanie na plakacie. – Mój głos zabrzmiał bardziej wojowniczo, niż zamierzałam. Zaśmiałam się więc pod koniec, żeby złagodzić efekt.

Olivia ściągnęła brwi, ale nic nie powiedziała. Długo siedziałyśmy w milczeniu, przerzucając zdjęcia.

Zatrzymałam się nad zbliżeniem ukazującym mnie, Olivię i Rachel; jej matka wyszła na dwór i zrobiła nam tę fotkę tuż przed rozpoczęciem szkoły. Rachel, z piegowatą twarzą wykrzywioną w szalonym uśmiechu, jedną ręką mocno obejmowała Olivię, a drugą mnie – wyglądało to tak, jakby próbowała wcisnąć nas w kadr. Jak zawsze była klejem, który trzymał naszą trójkę: duszą towarzystwa, która pilnowała, żebyśmy my, ciche i spokojne, trzymały się razem przez te wszystkie lata.

Olivia ze zdjęcia należała do lata, ze swą oliwkową, opaloną skórą i szmaragdowo zielonymi oczami. Jej zęby układały się w idealny półksiężyc uśmiechu, miała dołeczki w policzkach, i w ogóle. Ja z kolei stanowiłam ucieleśnienie zimy, z ciemnymi blond włosami i pełnymi powagi brązowymi oczami – letnia dziewczyna wyblakła z powodu zimna. Kiedyś myślałam, że Olivia i ja jesteśmy bardzo podobne do siebie; obie byłyśmy introwertyczkami nieustannie zagłębionymi w książkach. Ale teraz zdałam sobie sprawę, że ja swoje osamotnienie wybrałam świadomie, podczas gdy Olivia była po prostu strasznie nieśmiała. W tym roku wydawało mi się, że im więcej czasu spędzamy razem, tym trudniej jest nam pozostać przyjaciółkami.

– Na tym wyglądam głupio – stwierdziła nagle Olivia. – Rachel – na zakręconą. A ty – jakbyś była wściekła.

Wyglądałam jak ktoś, kto nie toleruje odmowy. Podobało mi się to.

– Nie wyglądasz głupio. Wyglądasz jak księżniczka, a ja wyglądam jak potwór.

– Nie wyglądasz jak potwór.

– Akurat.

– A Rachel?

– Tu akurat trafiłaś. Rzeczywiście wygląda jakby brakowało jej piątej klepki. A przynajmniej jakby była pod wpływem zbyt dużej ilości kofeiny, czyli jak zwykle.

Jeszcze raz spojrzałam na zdjęcie. Tak naprawdę Rachel przypominała słońce, jasne i tryskające energią, które trzymało nas, dwa księżyce, w swojej orbicie samą tylko siłą woli.

– Widziałaś to? – Olivia wyrwała mnie z zamyślenia, żeby pokazać mi inną fotkę. Głęboko w lesie, w połowie ukryty za drzewem stał mój wilk. Udało jej się ustawić ostrość, tak że idealnie uchwyciła kawałeczek jego pyska; jego oczy wpatrywały się prosto w moje. – Możesz je zatrzymać. Właściwie to weź cały stos. Te dobre możemy następnym razem włożyć do albumu.

– Dzięki – odpowiedziałam i znaczyło to więcej, niż potrafiłam wyrazić. Wskazałam na fotografię. – To z zeszłego tygodnia?

Pokiwała głową. Wpatrywałam się w jego zdjęcie – zapierające dech w piersiach, ale płaskie i niewystarczające w porównaniu z oryginałem. Lekko przesunęłam po nim kciukiem, jakbym mogła dotknąć futra. Coś ścisnęło mnie w piersi, gorycz i smutek. Pod bacznym spojrzeniem Olivii zrobiło mi się jeszcze gorzej, byłam bardziej samotna. Kiedyś bym z nią o tym porozmawiała, ale teraz wydawało mi się to zdecydowanie zbyt osobiste. Coś się zmieniło – i pomyślałam, że to ja.

Olivia podała mi skromny plik odbitek, które oddzieliła od reszty.

– Tymi mogę się pochwalić.

Przeglądałam je powoli, w roztargnieniu. Były imponujące: jesienny liść unoszący się na powierzchni kałuży, odbicia uczniów w oknach szkolnego autobusu, artystycznie rozmazany czarno-biały autoportret Olivii. Po wielu ochach i achach znowu wyjęłam zdjęcie mojego wilka, żeby na nie popatrzeć.

Z gardła Olivii wydobył się dźwięk pełen irytacji.

Pośpiesznie wyszukałam fotografię z liściem pływającym po kałuży. Przyglądałam jej się przez chwilę, marszcząc brwi i próbując wyobrazić sobie, co takiego powiedziałaby o nim mama. Zdołałam wykrztusić:

– To mi się naprawdę podoba. Ma świetne… kolory.

Olivia wyrwała mi plik fotek z rąk i rzuciła zdjęcie z wilkiem z powrotem w moją stronę z taką siłą, że odbiło się od mojej piersi i upadło na podłogę.

– Wiesz, Grace, czasami sama nie wiem, po co…

Nie dokończyła zdania, tylko pokręciła głową. Nie rozumiałam jej reakcji. Czy chciała, żebym udawała, że pozostałe fotografie podobają mi się bardziej niż ta przedstawiająca mojego wilka? Nagle…

– Halo! Jest ktoś w domu? – To był starszy brat Olivii. Jego przybycie oszczędziło mi konsekwencji tego, że ją zirytowałam. John uśmiechnął się do mnie szeroko z przedpokoju, zatrzaskując za sobą drzwi. – Pukałem, ale chyba nie słyszałyście. Cześć, piękna!

Olivia podniosła wzrok znad zdjęć; miała lodowaty wyraz twarzy.

– Mam nadzieję, że mówisz o mnie.

– Oczywiście – odpowiedział John, patrząc prosto na mnie. Był przystojny w konwencjonalny sposób: wysoki, ciemnowłosy jak jego siostra, ale z twarzą skorą do uśmiechu i przyjazną. – Podrywanie twojej najlepszej przyjaciółki byłoby w bardzo złym guście. A więc jest czwarta po południu. Jak ten czas leci, gdy… – przerwał, patrząc na Olivię, pochylającą się nad stołem z jedną stertą zdjęć, i na mnie po drugiej stronie z kolejną – … nic się nie robi. Nie możecie nic nie robić oddzielnie?

Olivia w milczeniu wyrównała swój stosik fotografii, podczas gdy ja wyjaśniłam:

– Jesteśmy introwertyczkami. Lubimy nic nie robić, gdy jesteśmy razem. Samo gadanie, żadnej akcji.

– Brzmi super. Olive, musimy iść, jeśli chcesz zdążyć na zajęcia. – Lekko pacnął mnie w ramię. – Hej, czemu nie pójdziesz z nami, Grace? Twoi rodzice są w domu?

Parsknęłam.

– Żartujesz? Sama się wychowuję. Powinnam dostać ulgę na dziecko przy rozliczaniu podatków.

John zaśmiał się o wiele głośniej, niż był tego wart mój komentarz, a Olivia rzuciła mi spojrzenie przesycone wystarczającą ilością jadu, żeby zabić małe zwierzątko. Zamknęłam się.

– Chodź, Olive – powiedział John, najwyraźniej nieświadomy nienawiści w oczach siostry. – Płacisz za zajęcia, czy się na nich pojawisz, czy nie. Idziesz, Grace?

Wyjrzałam przez okno i po raz pierwszy od miesięcy wyobraziłam sobie, że znikam między drzewami i biegnę, aż znajdę mojego wilka w złotym lesie. Pokręciłam przecząco głową.

– Nie. Może następnym razem.

John obdarzył mnie krzywym uśmiechem.

– Okej. Chodź, Olive. Pa, piękna! Wiesz, do kogo zadzwonić, gdybyś chciała trochę akcji zamiast gadania.

Olivia zamachnęła się na niego plecakiem. Dało się słyszeć porządne „łup”, gdy nim oberwał. A ja dostałam kolejne chmurne spojrzenie, jakbym specjalnie zachęcała Johna do flirtowania.

– Idź. Po prostu idź. Cześć, Grace.

Odprowadziłam ich do drzwi, a potem bez celu wróciłam do kuchni. Towarzyszył mi przyjemnie neutralny głos prezentera radiowego, opisującego klasyczny utwór, który właśnie leciał, i zapowiadającego następny – tata zostawił włączone radio w swoim gabinecie, przylegającym do kuchni. W jakiś sposób ślady obecności moich rodziców jedynie podkreślały ich nieobecność. Wiedziałam, że na kolację będzie fasola z puszki, chyba że ja coś ugotuję, przeszukałam więc lodówkę i z tego, co udało mi się znaleźć, przygotowałam zupę. Postawiłam garnek na małym ogniu, żeby gotowała się powoli, aż wrócą rodzice.

Stałam w kuchni, oświetlona przez chłodne popołu-dniowe światło sączące się ukośnie przez drzwi tarasu, i użalałam się nad sobą, bardziej ze względu na zdjęcie zrobione przez Olivię niż z powodu pustego domu. Nie widziałam mojego wilka od tamtego dnia, gdy go dotknęłam. To było niemal tydzień temu. I chociaż wiedziałam, że tak nie powinno być, jego nieobecność wciąż sprawiała mi ból. To było głupie, że tak bardzo potrzebowałam jego cienia na skraju podwórka, żeby czuć się kompletna. Głupie, ale całkowicie nieuleczalne.

Podeszłam do drzwi i otworzyłam je, chciałam poczuć zapach lasu. Wyszłam na taras tylko w skarpetkach i oparłam się o barierkę.

Gdybym nie wyszła na zewnątrz, nie wiem, czy usłyszałabym krzyk.

Rozdział dziewiąty: Grace14°C

Krzyk rozległ się znowu – w oddali, za drzewami. Przez sekundę myślałam, że to skowyt, ale potem usłyszałam wyraźnie: „Na pomoc! Na pomoc!”.

Mogłabym przysiąc, że głos należał do Jacka Culpepera. Ale to było niemożliwe. W myślach odtworzyłam scenki ze szkolnej stołówki. Gwizdy Jacka i jego nawoływania pod adresem dziewczyn zawsze dominowały nad resztą hałasu.

Poddałam się temu wezwaniu, coś kazało mi ruszyć przez podwórko i wejść między drzewa. Ziemia była wilgotna, gałązki i kamyki boleśnie kłuły mnie w stopy; w samych skarpetkach, bez butów, byłam niezdarna. Odgłos moich kroków, gdy z trzaskiem przedzierałam się przez opadłe liście i splątane zarośla, zagłuszył jakiekolwiek inne dźwięki.

Zawahałam się, nasłuchiwałam. Wzywanie pomocy umilkło, zastąpiły je najpierw zwierzęce skomlenie, a następnie – cisza.

Bezpieczeństwo podwórka zostało daleko za mną. Stałam przez długą chwilę, czekając na jakąś podpowiedź, skąd pochodził pierwszy krzyk. Wiedziałam, że sobie tego nie wymyśliłam.

Ale wokół panowała cisza. I w tej ciszy zapach lasu sączył się pod moją skórę i przypominał mi o moim wilku. Zmiażdżone sosnowe igły i mokra ziemia, i dym.

Okej, nie obchodziło mnie, jak bardzo idiotyczne to było. Zapuściłam się w las tak głęboko, że pójście odrobinę dalej, żeby znowu go spotkać, nie skrzywdziłoby nikogo.

Wróciłam do domu tylko po to, żeby włożyć buty, i ruszyłam z powrotem w chłodne jesienne popołudnie. Powiew wiatru krył w sobie ostry posmak, obietnicę zimy, ale słońce świeciło jeszcze jasno i pod osłoną drzew powietrze było ciepłe, jakby wciąż pamiętało o niedawnych gorących dniach.

Wszędzie wokół mnie liście były zabarwione zachwycającymi czerwieniami i pomarańczami. Krakanie wron w górze zlewało się w wibrującą, ohydną ścieżkę dźwiękową. Tak daleko w lesie nie byłam od czasu, gdy miałam jedenaście lat i ocknęłam się otoczona przez wilki, ale, o dziwo, nie odczuwałam strachu.

Stąpałam ostrożnie, unikając strumyczków, które wiły się w podszyciu. To powinno być nieznane terytorium, ale czułam się pewna siebie, bezpieczna. Prowadzona po cichu jakby przez tajemniczy szósty zmysł, podążałam tymi samymi przetartymi ścieżkami, których nieustannie używały wilki.

Oczywiście wiedziałam, że tak naprawdę to nie był szósty zmysł. To ja pozwoliłam odbierać swoim zmysłom więcej bodźców niż normalnie. Poddałam się im, a wtedy stały się bardziej wydajne, wyostrzone. Najpierw poczułam wiatr, który zdawał się nieść informacje z setek map, podpowiadając mi, dokąd podróżowały zwierzęta i jak dawno temu. Moje uszy wyłapywały nikłe dźwięki, które wcześniej pozostawały niesłyszalne: choćby szelest gałązek, z których ptak budował gniazdo, lekki chód jelenia.