Drżenia lata - Katarzyna Clio Gucewicz - ebook

Drżenia lata ebook

Katarzyna Clio Gucewicz

0,0
17,00 zł

lub
Opis

3 tom sagi o Date Masamune, kontynuacja "Księżycowych blizn" i "Cieni północy".

Dwunastoletni Date Masamune jest godnym następcą swojego ojca, daimyō Yonezawy. Ród Tamura postanawia sprzymierzyć się z Date, oddając mu za żonę córkę władcy Miharu. Kim jednak jest księżniczka Yoshihime i dlaczego jej rodzina nie chce nawet pokazać jej wysłannikom z Yonezawy? Komu nie w smak jest przymierze obu rodów? Okazuje się, że droga do sojuszu Date i Tamurów jest bardziej skomplikowana, niż by się mogło wydawać, a trzęsienie ziemi, która zaskakuje wysłanników w drodze, to dopiero początek dramatycznych zdarzeń.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 509




Opracowanie graficzne:

Krzysztof Wosiński

Ilustracja na okładce i str. 3:

© Microstocker1/shutterstock.com

Ilustracje w książce:

© Katarzyna Wasylak

Copyright © for Polish edition by Katarzyna Gucewicz

© for Polish edition by Wydawnictwo Kirin

Wydawca, sprzedaż hurtowa i wysyłkowa:

Wydawnictwo Kirin

tel. 51 636-78-55

www.kirin.pl

e-mail: [email protected]

Księgarnia internetowa:

www.sklep.kirin.pl

www.ksiegarniajaponska.pl

Wydanie I elektroniczne

Bydgoszcz 2020

ISBN 978-83-66627-03-1

Spragnionym lata

Propozycja

W Yonezawie nigdy nie było cieplej niż w popołudnia ósmego miesiąca. Rok w rok ludzie zwykli gadać, że tak gorącego lata nie pamiętają, co i tak szczególnej różnicy nie robiło. Skoro człowiek mógł sobie usmażyć jajko na kamieniu, nie miało znaczenia, czy w tym roku było cieplej niż w zeszłym – upał był po prostu upałem. W takie dni, o ile tylko panował pokój – a zazwyczaj panował, bo każdy daimyō wiedział, że jeśli w tym skwarze wyśle ludzi na pole bitwy, to połowa z nich dostanie udaru cieplnego i będzie to bezsensowna strata, nie mówiąc już o drugim praktycznym aspekcie, jakim były żniwa – nie istniało dla samuraja nic przyjemniejszego od siedzenia w cieniu i popijania schłodzonej sake.

Kagetsuna uważał, że cokolwiek się to rozmija z klanowym kodeksem wojownika – tak przynajmniej sądziła ta jego część, która pozostawała w bliskiej zażyłości z jego sumieniem. Była ona zdania, że nawet w największym upale – a zwłaszcza wtedy – powinien ćwiczyć z mieczem albo przynajmniej, co było wersją mniej rygorystyczną, medytować w wodospadzie. Koniec końców wojownik nie powinien ustawać w samodoskonaleniu, do czego ekstremalne warunki nadawały się przecież najlepiej. Samuraj powinien zwalczać swoje słabości, a taką niewątpliwie była chęć cielesnej wygody. Jednak druga jego część, ta powiązana z rozsądkiem oraz innymi, mniej podniosłymi kwestiami, była zdania, że każdemu należy się chwila wytchnienia. Kagetsuna miał wrażenie, że obie te idee mocno się w nim ścierają, i to od dawna, jednak w ostatnich czasach częściej zdarzało mu się skłaniać w stronę tej drugiej. Nie wiedział, czy powinien się z tego cieszyć, czy wręcz przeciwnie, ale dopóki nikt go za to nie potępiał, mówił sobie, że wszystko jest w porządku. Żeby jednak zadośćuczynić sumieniu, nawet w szczycie lata co rano trenował przynajmniej przez godzinę, podobnie zresztą jak wieczorem, choć przeważnie wydawało mu się to nędzną namiastką porządnego ćwiczenia.

Kita ponownie napełniła jego czarkę, po czym pociągnęła łyk ze swojej, zapatrzona w majaczące na południu pasmo górskie.

– Więc to prawda? – zapytała. – Tamura Kiyoaki złożył propozycję?

Kagetsuna powoli popijał sake, również patrząc w dal ponad drzewami otaczającymi rezydencję. Przy tej temperaturze widzialność była słaba i wyraźnie dostrzegał jedynie pobliskie wzgórze.

– Nie sądzę, byś zatrudniała jako szpiegów osoby, które będą ci przekazywać błędne informacje – stwierdził z przekąsem.

– Ale zawsze wolę dowiedzieć się z oficjalnego źródła – odparła z miejsca. – Czyli to prawda? – ponowiła pytanie.

Kagetsuna kiwnął głową. Kita wydała odgłos, który brzmiał jak coś pomiędzy westchnieniem, mruknięciem a chrząknięciem, jednak w jej prawdziwych odczuciach trudno mu było się zorientować. Jak zresztą zazwyczaj.

– Masamune-sama już o tym wie?

Imię władcy rozlało się znajomym ciepłem w jego sercu, ale tym razem Kagetsuna nie był w stanie się uśmiechnąć.

– Jeśli tak, to nie ode mnie – odpowiedział beznamiętnie. – Terumune-sama nakazał milczenie wszystkim, którzy byli obecni przy czytaniu listu. Nie, wciąż nie ma o niczym pojęcia, a nie sądzę, by mógł się sam domyślić. Wysłannicy od innych daimyō przybywają przecież do zamku co i rusz; nie jest też niczym dziwnym, jeśli są nimi bliscy krewni władcy.

– Więc nie brał udziału w przyjmowaniu poselstwa? – zdziwiła się Kita.

– Nie. Nasz pan miał dobry pomysł, żeby Masamune-sama uczestniczył tylko w niektórych oficjalnych naradach. W ten sposób nie może podejrzewać niczego, kiedy na jedną czy drugą nie zostanie poproszony, a Terumune-sama może wybierać, do których spraw go dopuszczać. Poseł Tamury przedstawił zresztą prośbę, by zostać wysłuchanym tylko przez daimyō i jego doradców.

Kita pokiwała głową w zamyśleniu. Potem postawiła pustą czarkę na drewnianym panelu i spojrzała bystro na brata.

– Jak sądzisz? Jak zareaguje?

– Och, przecież to jeszcze nie jest nic oficjalnego – odrzekł Kagetsuna, siląc się na lekki ton. Tak naprawdę nie chciał się nad tym zastanawiać, bo kiedy tylko zaczynał, czuł dziwny dyskomfort. – Takie propozycje są przedstawiane nieustannie…

– Naprawdę? – spytała Kita z ironią.

– No dobrze, to jest pierwszy raz… w każdym razie pierwszy, o którym mi wiadomo – przyznał. Był jednak pewien swoich słów; zaliczał się do samurajów, z którymi pan Terumune konsultował sprawy dotyczące rodu Date. – Ale to jeszcze nie znaczy, że coś z tego będzie – zauważył, machając w jej stronę pustą czarką.

– Czemu więc jesteś taki wzburzony? – zapytała Kita trzeźwo, ponownie nalewając mu sake. – Do tego stopnia, że nagle zechciałeś odwiedzić swoją kochaną siostrzyczkę…

Postanowił zignorować jej sarkazm, zwłaszcza że miała rację.

– Nasz Jednooki Smok jest bardziej domyślny niż wszystkie inne smoki z obojgiem oczu razem wzięte. Od razu by mnie przejrzał i wyciągnął wszystko – odparł. To była prawda; nie potrafił niczego przed Masamune taić. I nawet nie chciał. – Poza tym wcale nie jestem wzburzony. Najwyżej zaskoczony.

Kita litościwie nie skomentowała, choć w tej kwestii musiała już dawno mieć wyrobione zdanie.

– Co dokładnie zawierał ten list? – spytała w zamian.

– Powiedziałem ci, że Terumune-sama nakazał nam milczenie – stwierdził Kagetsuna z naciskiem.

– Przecież nie proszę cię, żebyś mi słowo w słowo przytoczył pismo – odparła z niejaką pretensją. – Po prostu chcę wiedzieć, czego Tamura chcą od Date. Poza tym… skoro już wiem o całej sprawie, żadnej tajemnicy mi nie wyjawisz – dodała zupełnie naturalnym tonem.

Kagetsuna popatrzył na nią z uwagą, będąc pewnym, że w jej słowach kryje się jakaś pułapka. Stłumił westchnienie i uznał, że na dzisiaj wypił już wystarczająco. Gdyby nie wiedział, że jego przyrodnia siostra cieszy się pełnym zaufaniem pana Terumune, o niczym by nie mówił. Miał ochotę trochę się z nią podroczyć, ale z drugiej strony… Tak, miała rację; za bardzo był tym poruszony.

– Tamura chcą wejść w sojusz z Date – powiedział po krótkim milczeniu. – Kiyoaki-dono oferuje rękę swojej córki jako gwarant.

Na dłuższą chwilę zapadła cisza, którą wreszcie przerwała Kita.

– I to wszystko? – zapytała poirytowanym tonem.

– A czego się spodziewałaś? – odrzekł. – To było główne przesłanie listu. Reszta to pozdrowienia oraz wyrazy wdzięczności i uznania. Później Terumune-sama dyskutował z Ujiakim-dono na osobności i tylko oni dwaj wiedzą, co zostało powiedziane. Nie sądzę jednak, by nasz pan tak od razu podjął decyzję.

– No ale jakąś będzie musiał podjąć – zauważyła Kita. – Tamura są klanem, z którym trzeba się liczyć. Nawet jeśli sami w sobie nie stanowią dla Date zagrożenia, lepiej ich mieć za sojuszników niż przeciwników sprzymierzonych z Sōmą, Hatakeyamą czy Ashiną. A sprzymierzyć mogą się bardzo szybko, jeśli od Date nie otrzymają zadowalającej odpowiedzi.

– Wiem, ale... – zaczął i urwał, wahając się, po czym postanowił mówić z serca. Akurat przed Kitą nie musiał niczego kryć. – Ale nie wydaje mi się, żeby córka jakiegoś mniejszego władcy była dobrą partią dla Masamune-sama – zakończył ciszej, spuszczając wzrok i zastanawiając się, czy żal w jego głosie jest wyraźny.

Kątem oka widział, jak Kita pokręciła głową.

– Kagetsuna, Kagetsuna… A kogo byś widział w roli przyszłej pani Ōshū? Jakąś kuzyneczkę Mogamich? – spytała drwiąco. – Oni z pewnością liczą się w tych okolicach.

Kagetsuna wzdrygnął się.

– Amido Buddo, uchowaj…! To zła krew – szepnął.

Kita raz jeszcze potrząsnęła głową.

– Chyba że patrzysz szerzej… dalej… – kontynuowała. – Może kogoś z południowych panów? Uesugich? Takedów? To mrzonki, zapomnij. Jakkolwiek przykro to brzmi, sądzę, że oni patrzą na Date tak, jak ty patrzysz w tej chwili na Tamurów – wytknęła mu bez złości. – Może kiedy nasz Jednooki Smok już zdobędzie Ōshū i Ushū, jak to zapowiada, wtedy będą się z nim liczyć, ale na razie jest dla nich jedną z wielu płotek z północy. Nie sądzę zresztą, by było rozsądne czekać z ożenkiem do tego czasu – mruknęła. – Nie, myślę, że Tamura to całkiem sensowna opcja… być może najlepsza, jaka w tej chwili istnieje – powiedziała rzeczowo. – Tamura to jedyny ród, z którym Date nie prowadzili w ciągu ostatniego stulecia otwartej wojny. To o czymś świadczy – podkreśliła, choć następne zdanie nieco osłabiło jej wypowiedź, zwłaszcza że dorzuciła je z ewidentnym sarkazmem w głosie: – Aczkolwiek może to równie dobrze wynikać z położenia geograficznego.

Kagetsuna nic nie powiedział. Rozumiał, że miała rację… ale nie mógł tak po prostu zaakceptować tej idei. Zastanowił się nad słowami Kity i uświadomił sobie, że w gruncie rzeczy nie chodziło o Tamurów, nawet jeśli tak przed chwilą argumentował. Sam pomysł żenienia Masamune – choćby chodziło o córkę Ody Nobunagi albo i cesarską księżniczkę – budził w nim sprzeciw.

No dobrze, może cesarską księżniczkę mógłby jeszcze od biedy zaakceptować, przeszło mu przez głowę… po czym zdał sobie sprawę, że zaczyna myśleć o głupotach.

Nabrał głęboko powietrza i powoli wypuścił je z płuc, a potem przeczesał obiema rękami włosy. Tak naprawdę – nie mógł od tej świadomości uciekać – małżeństwo przyszłego władcy Date z córką Tamurów wisiało w powietrzu już przynajmniej od trzech lat. Yonezawa jako pierwsza brała pod uwagę sojusz z Tamurą – z tym że wtedy role były odwrócone: to pan Terumune pragnął pozyskać sprzymierzeńca i gotów był zgodzić się na połączenie obu rodów. Koniec końców do żadnych ustaleń nie doszło i sytuacja rozeszła się po kościach… po to, by teraz wrócić. Może była to jakaś karma, jakiś nieunikniony los, na który trzeba było przystać? Może ta dziewczyna była… przeznaczona Masamune, a on jej, nawet jeśli w tej chwili trudno to było pojąć? Może zresztą, jak mówiła Kita, nic złego z tego nie wyniknie, nieważne jak mocno Katakura Kagetsuna Kojūrō opierał się tej myśli…?

Kita jakby czytała mu w myślach.

– Wybierzmy się na rekonesans – zaproponowała tak po prostu. – Ty i ja. Pojedziemy do Tamury i przyjrzymy się małej księżniczce. Zobaczymy, czy jest warta naszego Jednookiego Smoka.

Podniósł na nią wzrok, zastanawiając się, czy naprawdę to powiedziała. Ależ tak, Kita była do tego stopnia szalona, że jak najbardziej mogła coś takiego zasugerować. I zrealizować. Był jej wdzięczny za tę propozycję i przez moment czuł ogromną chęć, by przystać na jej plan… ale zaraz wziął się w garść.

– Nie mogę opuszczać Yonezawy ot tak, dla własnego widzimisię – odparł z pewną niechęcią, ponownie wbijając wzrok w swoje kolana.

– Kto powiedział, że dla własnego widzimisię? – odrzekła z miejsca, prostując plecy. – Przedstawimy sprawę Terumune-sama. Jestem pewna, że się zgodzi – dodała z całkowitym przekonaniem. – Nie może wątpić w nasze dobre intencje.

Zerknął na nią z ukosa. Tak, pan Terumune z pewnością nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo… zaborczy w stosunku do jego pierworodnego syna byli Katakura Kojūrō i jego siostra, Katakura Kita. Wiedział natomiast, że oboje zrobiliby dla Jednookiego Smoka absolutnie wszystko i niczego nie pragnęli bardziej niż jego dobra. Ta myśl nasunęła mu inną, mniej radosną.

– Jak myślisz, jak zareaguje Yoshihime-sama? – spytał cicho.

Kita wzruszyła ramionami.

– Nijak, przecież nie ma w tej sprawie nic do gadania, zupełnie nic. A nawet gdyby miała, to podejrzewam, że mniej by ją to obeszło niż zeszłoroczny śnieg – odrzekła, a Kagetsuna w duchu przyznał jej rację.

– Gdyby chodziło o Masamichiego-sama, z pewnością byłaby bardzo rygorystyczna – rzucił mimowolnie.

– Gdyby chodziło o małego Kojirō, nie sądzę, by w ogóle rozważała jakąkolwiek kandydatkę – poprawiła Kita, a w jej głosie brzmiała wyraźna odraza. – Nie wątpię, że chce syneczka zachować dla siebie i nie pozwoli mu nawet spojrzeć na inną kobietę. Gdyby nieopatrznie się ożenił, biada tej dziewczynie. W piekle nie mogłoby jej być gorzej.

Kagetsuna odruchowo rozejrzał się. Nawet jeśli Kita potrafiła sobie zapewnić prywatność, to każdego dało się podsłuchać, a takie słowa mogły sprowadzić kłopoty.

– Nie powinnaś tak mówić – powiedział cicho. – Nie okazujesz szacunku.

Popatrzyła na niego przeszywającym spojrzeniem, w którym malowała się wyraźna drwina.

– Dobrze wiesz, że Yoshihime…-sama nie zasługuje na mój szacunek – odparła, niemal wypluwając imię władczyni. – A na twój, Kagetsuna? Zasługuje? – spytała wyzywająco.

Odwrócił głowę i wbił wzrok w zalaną słonecznym światłem roślinność ogrodu, którego tak naprawdę nie widział.

– Jest małżonką daimyō – powiedział z trudem… i było to wszystko, na co mógł się zdobyć.

Ukrywanie prawdziwych uczuć przed Kitą było niepotrzebne. Nie znosił pani na Yonezawa-jō równie mocno jak ona, może nawet mocniej – i jego siostra doskonale o tym wiedziała. Nie było jednak sensu zastanawiać się nad tym teraz, kiedy miał ważniejsze sprawy na głowie.

Znów zapadła cisza, wypełniona śpiewem cykad, który skutecznie zagłuszał odgłosy miasta. Słychać było jedynie śmiech dzieci, które jako jedyne nic sobie nie robiły z palącego słońca – podobnie jak z każdych innych warunków pogodowych. Kagetsuna pamiętał, że on sam kiedyś nie przejmował się ani upałem, ani ulewą, ani śniegiem... Czasy dzieciństwa skończyły się dawno temu, a teraz miał wrażenie, że nieubłaganego końca dobiegało dzieciństwo osoby, która była dla niego droższa niż brat… Dzieciństwo, które za sprawą pewnych ludzi i wypadków nie było tak szczęśliwe, jak powinno.

– Pokornie proszę o wybaczenie – rozległ się od drzwi cichy głos. Odwrócili się oboje, by ujrzeć pochyloną w pokłonie Masako, młodziutką pokojówkę. – Kita-dono, przybył posłaniec do pani. Z zamku.

Rodzeństwo wymieniło spojrzenia, po czym Kita podniosła się i udała do wyjścia, zostawiając brata chwilowo samego; pokojówka podążyła za nią. Kagetsuna wrócił do kontemplacji ogrodu, usiłując opanować wzburzenie wywołane myślą o Yoshihime, propozycji Tamurów i samym Masamune. Odpędził chęć, by nalać sobie sake, a w zamian sięgnął po dzbanek z wodą i zaczął się zastanawiać, co mógł oznaczać posłaniec z zamku do Kity. Ach, dowie się za moment…

Ptaki ćwierkały w krzewach otaczających ogród. Zasadzono tu także kilka śliw i wisienek, ale były jeszcze niewielkie i ptaki wolały wyższe zarośla. Nie można powiedzieć, by ogród był dziełem sztuki – Kita zostawiła go w spokoju, twierdząc, że woli jego naturalną urodę. Po prawdzie Kagetsunie też się bardziej takim podobał, choć obecnie może wolałby coś bardziej uporządkowanego, co pozwoliłoby mu opanować chaos we własnym wnętrzu. Nie ulegało jednak wątpliwości, że ogród w rezydencji Katakury Kity nie mógł mieć przyciętych krzewów i wymyślnie zaplanowanych ścieżek, wysypanych codziennie grabionym żwirem; to by po prostu do niej nie pasowało.

Pan Terumune podarował Kicie ten dom w podzięce za służbę rodowi Date, a zwłaszcza za nieocenioną pomoc udzieloną Masamune. Jej ponowne pojawienie się w życiu chłopca wedle wszelkich przesłanek ocaliło go przed śmiercią, kiedy wyprzedziła atak zamachowców i wywiozła go w sekrecie z Yamagaty, zaś później niemal publicznie zdemaskowała spiskowców. Dla wszystkich było jasne, że po czymś takim Kita nie mogła zamieszkać na zamku – pani Yoshihime darzyła ją zbyt wielką antypatią – wobec czego władca Yonezawy zlecił wybudowanie dla niej rezydencji na zachodnim krańcu miasta, wystarczająco daleko, by obie damy były zadowolone. Kita miała pewne opory przed przyjęciem takiego daru, jednak odmowa byłaby afrontem wobec pana Terumune, którego przecież wielce szanowała i któremu była niezwykle oddana. Otrzymywała też stałe uposażenie, czym daimyō wyraźnie dawał do zrozumienia, że mimo jej płci traktuje ją jako jednego ze swoich wasali, i czym czynił jej wielki honor – a przynajmniej taka była powszechna opinia. Sama Kita oczywiście przyjmowała łaskę władcy z pokorą, ale jednocześnie – choć nie mówiła tego na głos, a przynajmniej nie wprost – nigdy nie uważała się za kogoś gorszego niż jego męscy podwładni. Był to pogląd dość rewolucyjny w czasach, kiedy rola kobiety była jasno określona, a jej pozycja znajdowała się nieporównywalnie niżej niż pozycja mężczyzny.

Kagetsunie Kita często imponowała, ale równie często go przerażała. Była tak inna od wszystkich kobiet, jakie znał – uległych, pokornych, z wiecznie spuszczonymi głowami i spojrzeniami, usuwających się w cień i nigdy, przenigdy niewdających się w dyskusje z mężczyznami. Oczywiście pani Yoshihime też odbiegała od tego schematu, ale ona akurat była córką, siostrą i małżonką daimyō, księżniczką z urodzenia i pozycji, więc prawdopodobnie mogła sobie na to pozwolić… Kita natomiast była córką prostego samuraja i wedle wszelkiego porządku powinna prowadzić życie, jakie przystawało jej płci – jednak nigdy nie chciała się zgodzić na tę rolę. Czasem Kagetsuna zastanawiał się, na ile jej charakter został ukształtowany przez postawę jej ojca, Oniniwy Yoshinao, który porzucił ją i jej matkę, a przy okazji jawnie oddawał się rozpuście. Nie, Kita nie uważała się za gorszą od mężczyzn – i być może nawet była zdania, że jest od wielu z nich znacznie lepsza…

W każdym razie Kita zamieszkała w tym pięknym domu niedaleko wzgórza Onari, zaś w samym Yonezawa-jō pokazywała się rzadko i jedynie na wyraźne polecenie Terumune-sama. Zatrudniała tylko jedną pokojówkę, kucharkę i służącego, przy czym tych dwoje ostatnich jedynie przychodziło tu do pracy. Potrzeby miała niewielkie, a nade wszystko ceniła sobie niezależność i spokój – a Kagetsuna wiedział, że zamiast wydawać pieniądze na zbytki, opłaca kilku szpiegów, którzy mają baczenie na jej dom oraz dostarczają informacji. Wydarzenia polityczne śledziła z wielką uwagą i o tym, co działo się w Yonezawa-jō, wiedziała często więcej – i szybciej – niż Kagetsuna. Z jednej strony było to nieco dla niego uwłaczające – był przecież samurajem daimyō i zaufanym jego syna – ale z drugiej zdawał sobie sprawę, że ma do czynienia z osobą, która żyła na tym świecie dwa razy dłużej i przede wszystkim widziała znacznie więcej, nie tylko w kontekście geograficznym. Mówił sobie, że nie powinien mieć wobec niej kompleksów. Kiedy zaś zbytnio dokuczało mu poczucie własnej niższości, pocieszał się faktem, że znajduje się bliżej Masamune-sama – bliżej niż ona i bliżej niż ktokolwiek inny.

Sam Masamune był niepocieszony tym, że nie może Kity, swojej dawnej piastunki, widywać tak często, jak miałby na to ochotę. Wybłagał u ojca pozwolenie na odwiedzanie jej raz na tydzień w ramach edukacji – koniec końców, biorąc pod uwagę jej wieloletnie życie na dworze cesarskim, Kita mogła być najbardziej oświeconym człowiekiem w całej Yonezawie – ale mógł to robić tylko z obstawą. Po wydarzeniach sprzed czterech lat, kiedy to Kita w bardzo dramatycznych okolicznościach ponownie wkroczyła w jego życie, ataki na życie przyszłego władcy okręgu nigdy więcej się nie powtórzyły, ale pan Terumune nie chciał ryzykować. Kiedykolwiek Masamune opuszczał teren zamku, musiał mieć przy sobie przynajmniej trzech samurajów – nawet jeśli wychodził „tylko do miasta”. Pewną goryczą napełniała Kagetsunę myśl, że pierworodny daimyō nie jest bezpieczny nawet we własnych stronach, ale podobnie jak Terumune-sama uważał, że ostrożności nigdy za wiele. Nie należało opuszczać gardy tylko dlatego, że nic się nie działo – i, szczerze mówiąc, cieszył się, że pan Terumune wreszcie zaczął patrzeć mniej idealistycznie, a bardziej realistycznie. Przeważnie Masamune do Kity eskortowali on, Munenobu i Tsunamoto – i wtedy spotkanie przeradzało się w ożywioną dyskusję na wszelkie tematy, co z pewnością także miało walory edukacyjne. Kagetsuna jak dotąd nie usłyszał jeszcze z ust Kity niczego, czego nie warto było zapamiętać… może za wyjątkiem pewnych jej komentarzy na temat rodzaju męskiego.

Odetchnął głęboko, wciągając do płuc ciepłe powietrze wypełnione zapachem ogrodu, kiedy usłyszał szelest przesuwanych drzwi. Odwrócił się, by ujrzeć Kitę wracającą do pokoju. Jak zawsze ubrana była w ciemnoniebieski męski strój z hakamą, zaś włosy miała luźno związane na karku w węzeł. Jej brwi były zwyczajowo ściągnięte, kiedy pomachała w jego kierunku trzymanym w lewej ręce listem; w prawej niosła talerzyk z piklami.

– Terumune-sama wzywa mnie do siebie za dwa dni – powiedziała wprost. – Chce dyskutować nad propozycją Tamurów.

Kagetsuna kiwnął głową. Podejrzewał, że po powrocie do zamku zastanie taką samą wiadomość. Na razie cieszył się, że Kita została zaproszona na naradę – pan Terumune bardzo cenił sobie jej zmysł polityczny i nie był to pierwszy raz, kiedy chciał poznać jej opinię. Na dobrą sprawę, Kagetsuna teraz to sobie uświadomił, Kita była nieoficjalnym doradcą daimyō – i myśl ta napełniła go dumą. A gdzie był jej ojciec? – pomyślał zupełnie bez związku. Oddalony w niełasce z dworu i skazany na zapomnienie. Oniniwa Yoshinao mógł sobie pluć w brodę za to, jak potraktował córkę… która wyrzekła się nawet jego nazwiska. I słusznie, dodał w myślach z pewną złością, a potem potrząsnął głową, bo wydawało mu się, że skupia się na sprawach nieistotnych.

Kita tymczasem ponownie usiadła obok niego na engawie[1] i przez chwilę wachlowała się listem.

– Tak swoją drogą… Kagetsuna, nie uważasz, że najwyższa pora, żebyś też się ożenił? – rzuciła znienacka.

Kagetsuna byłby zaskoczony tym pytaniem… gdyby nie fakt, że przedstawiała mu je przynajmniej raz w miesiącu. A dzisiaj rozmowa zeszła na ten temat w sposób naturalny. Stłumił westchnienie i nic nie powiedział, tylko sięgnął po marynowaną rzodkiew.

– Małżeństwo to nie jest nic strasznego – mówiła dalej Kita. Schowała list za połę ubrania i nalała im obojgu wody z dzbanka. – Świat się na tym naprawdę nie kończy…

– I to mówi osoba, która nigdy nie wyszła za mąż – odparł Kagetsuna, nie mogąc się powstrzymać, po czym złapał drugi plasterek żółtego przysmaku.

– Milcz. Nie okazujesz mi należytego szacunku – odcięła się z miejsca, choć w jej słowach nie było złości. Pociągnęła łyk z yunomi[2]. – Nie uważasz, że skoro nawet Masamune-sama ma wstąpić w związek małżeński, co bez wątpienia nastąpi w najbliższych latach, po prostu nie wypada, by jego najbliższy podwładny pozostawał w stanie wolnym?

– Więc mam się ożenić tylko dlatego, że tak wypada? – spytał z przekąsem, rzucając jej kose spojrzenie.

Popatrzyła na niego, unosząc brwi.

– Żyjemy w społeczeństwie, w którym generalnie postępuje się wedle tego, co wypada, a co nie wypada – odparła chłodno. – Dziwne, że dotąd tego nie zauważyłeś – dodała z sarkazmem.

Kagetsuna zmełł w ustach kolejną uwagę pod adresem jej stanu cywilnego, jednak najwyraźniej zrozumiała jego intencję, bo dodała:

– Mnie nikt nie chciał. – W jej głosie mimo wszystko pobrzmiewało pełne zadowolenie, przez które miał jeszcze większą ochotę zakląć. Zastanowił się, czy powinien jej przypominać o tym urzędniku ze stolicy, przez którego uciekła w rodzinne strony, ale koniec końców zdecydował się pozostać cicho. – Poza tym… – dodała poważnie – nie zapominaj, że masz powinność wobec rodu. Jesteś ostatnim z Katakurów i twoim zadaniem jest przedłużyć linię. Zostałeś już tylko ty – powiedziała ciszej.

Kagetsuna milczał, wpatrując się w wybujałą trawę, nad którą unosiły się białe motyle. Wciąż tak trudno było mu uwierzyć w śmierć ojca, która miała miejsce ostatniej zimy. Nawet nie zdążył go pożegnać… Wprawdzie nigdy nie byli szczególnie blisko i większość czasu spędzali z dala od siebie, jednak Katakura Kagenaga był jego ojcem i kimś, kogo nie da się zastąpić. Był niczym monument, niewzruszona skała, która zawsze tam była, w zasięgu wzroku. Na swój sposób wciąż istniał. Kiedy się rozstawali po poprzednim spotkaniu, Kagetsunie nawet przez myśl nie przeszło, że widzi ojca po raz ostatni. Kagenaga był zdrowy i w pełni sił, miał dopiero pięćdziesiąt lat. Mógł przeżyć drugie tyle, ale bogowie postanowili inaczej. On, który wymknął się śmierci podczas epidemii ospy w Yonezawie przed dwudziestoma laty, zmarł zupełnie nagle podczas zarazy, która przeszła przez Kaneyamę, zabierając także ciotkę Kisshō i jej męża. Widać nikt nie uniknie swego losu, pomyślał Kagetsuna i przejął go dreszcz na myśl, czy i jemu pisany jest podobny.

– Więc myślisz, że Terumune-sama zgodzi się na propozycję Tamury? – zapytał, żeby odgonić to wrażenie.

Kita wzruszyła ramionami, przeżuwając marynowaną śliwkę i krzywiąc się przy tym bardzo nieznacznie.

– Nie wiem. Pozostaje jednak faktem, że Masamune-sama prędzej czy później zostanie ożeniony – zauważyła. – Jeśli tylko księżniczka od Tamurów nie jest głupim i samolubnym bachorem, może być dobrą partią i takie małżeństwo będzie z korzyścią zarówno dla Date, jak i dla Masamune-sama.

Kagetsuna w milczeniu patrzył na krajobraz przed sobą, na który składały się ogród, linia krzewów, najbliższe wzgórza porośnięte bujnym lasem oraz odległe góry, ledwo widoczne, zlewające się z jasnym niebem – a wszystko to zalane światłem letniego słońca. Słowa Kity dźwięczały mu w uszach. Bezwiednie sięgnął do talerzyka po więcej pikli i w zamyśleniu zaczął je przeżuwać.

Z korzyścią dla Masamune-sama… Po prawdzie nie potrafił sobie wyobrazić, jakie korzyści dla Masamune mógł mieć ożenek. Przyszły władca Date miał dopiero dwanaście lat i nawet jeśli formalnie wszedł już w wiek dorosłości, kobiety były ostatnim, co go zajmowało. Kagetsuna nie wątpił, że spadkobierca pana Terumune zastosuje się do woli ojca bez sprzeciwów – ale co naprawdę będzie o tym myślał? Zresztą wiek nie miał tu najwyraźniej nic do rzeczy, wystarczyło popatrzeć na niego samego. Kagetsuna był o dziesięć lat starszy i wciąż nie myślał o małżeństwie inaczej, niż w kategorii powinności wobec rodu, a i to rzadko. Kobiety były dla niego jakimś obcym gatunkiem i w ogóle sobie nie wyobrażał, że miałby z którąś z nich dzielić życie. Poza tym… miał niejasne wrażenie, że gdyby się ożenił, wiązałoby się to z utratą pewnych przywilejów, którymi cieszył się w tej chwili. Może nawet, o zgrozo, zmuszony byłby wyprowadzić się z Yonezawa-jō?

Może tak naprawdę przypisywał Masamune-sama własne uczucia i niepewność w kwestii ożenku, wychodząc z założenia, że skoro w nim, dojrzałym mężczyźnie, sama myśl o tym budzi taki niepokój, to o wiele młodszy chłopiec, choćby formalnie zaliczony do dorosłych, musi w ogóle odbierać tę ideę jako coś abstrakcyjnego – i na pewno nie pożądanego. Faktem też było, że żaden z nich dwóch nie miał nawet okazji napatrzeć się na szczęśliwe małżeństwa czy normalne rodziny. Matka Kagetsuny zmarła, kiedy ten był tak mały, że prawie jej nie pamiętał. Ciotka Kisshō i Yasuo z kolei nie mieli dzieci, poza tym dla obojga był to drugi związek, w który weszli już jako dojrzałe osoby. Jego jedyna obecnie żyjąca krewna pozostawała niezamężna. Z kolei Masamune głównie widział swoich rodziców, których pożycie dalekie było od idealnego… Na dobrą sprawę na najlepszy przykład nadawali się pan Harumune i pani Kubohime – dziadkowie Masamune od strony ojca, z których młodością, jak się Kagetsunie wydawało, wiązała się nawet jakaś romantyczna historia – ale oni pozostawali raczej na uboczu i nie brali aktywnego udziału w życiu wnuka.

– Ale wiesz – przypomniał sobie – może jednak nic z tego nie będzie? Przecież zarówno Terumune-sama, jak i Harumune-sama żenili się, mając skończone dwadzieścia lat. Dlaczego teraz nagle Date mieliby zerwać z tą tra… z tym zwyczajem? – spytał, patrząc na siostrę z nową nadzieją. Tak, ta kwestia warta była rozważenia i cieszył się, że ją sobie uświadomił.

– Może dlatego, że obecnie liczą się bardziej niż w tamtym okresie? – zasugerowała Kita rzeczowo. – I chcą poszerzać swoje wpływy. Nie są już tylko jednym z małych klanów, które nie mają większego znaczenia dla polityki regionu; wręcz przeciwnie, nazwisko Date rozbrzmiewa coraz głośniej na dworach innych daimyō – zauważyła. – Jeśli Terumune-sama odrzuci propozycję Tamury, jestem zupełnie pewna, że napłyną inne. Zwłaszcza teraz, kiedy nasz Jednooki Smok osiągnął dorosłość. Spójrz prawdzie w oczy, Kagetsuna. Terumune-sama nie może sobie pozwolić na bierność. Prawda jest taka, że Masamune-sama nikt już nie zostawi w spokoju. Możesz oczywiście łudzić się i wynajdować powody, dla których małżeństwo nie dojdzie do skutku, ale żeby potem nagle się nie okazało, że rzeczywistość cię zaskoczyła – ostrzegła chłodno.

– Czyli ty tak naprawdę chcesz, żeby go ożenili? – spytał ze złością, bo tak interpretował jej słowa.

W głębi ducha podejrzewał, że czyni jej niesprawiedliwość, ale nic sobie z tego nie robił, nie w tej chwili, choć nie miał odwagi na nią spojrzeć i wzrok skupiał na ścianie ponad jej ramieniem.

Kita jednak zupełnie nie przejęła się jego wybuchem. Oblizała palce z marynaty i wytarła ręce o hakamę.

– To, czego ja chcę, nie ma znaczenia – wywinęła się od odpowiedzi na jego zaczepkę. – Podobnie zresztą jak to, czego ty chcesz. Ta sprawa jest poza naszą władzą. Katakurowie nic nie mogą z nią zrobić – powiedziała dobitnie.

– Nie musisz tego powtarzać – odburknął Kagetsuna, po czym znów przejechał rękami przez włosy.

– Ale możemy przynajmniej upewnić się, że naszego Jednookiego Smoka nie dostanie żadna zła czy głupia dziewczyna – mówiła Kita dalej, tym razem tonem konspiracji, który sprawił, że Kagetsuna zogniskował na niej spojrzenie. – Klnę się na moją duszę, że wybłagam u Terumune-sama zgodę na nasz wyjazd do Tamurów – dodała ciszej, acz z ewidentną afektacją. – I do każdej innej rodziny, która będzie się chciała koligacić z Date.

Kagetsuna przyglądał się jej uważnie.

– Myślisz, że nasz pan da ci… da nam pozwolenie? – spytał z nadzieją, do której nie chciał się przyznawać.

– Możesz na mnie liczyć, braciszku – odparła z przekonaniem i mało brakowało, by stuknęła się w pierś.

Poczuł, że ma ochotę się uśmiechnąć – po raz pierwszy, odkąd tutaj przyszedł. Czasami w zażenowanie wprawiało go to, jak bardzo opierał się na Kicie, odkąd tak niespodziewanie pojawiła się w jego życiu cztery lata temu – był przecież dorosły i powinien radzić sobie we wszystkim na własną rękę… Jednak Kita była kimś, kogo wiedzy i doświadczenia nie dało się odrzucić, więc w chwilach takich jak ta z ulgą przyjmował jej pomoc. No i z drugiej strony on sam w jej obecności często zachowywał się jak niedorostek, choćby tak jak teraz, kiedy dąsał się o rzeczy, które dla innych były oczywiste. Własna niedojrzałość zawstydziła go – zwłaszcza skonfrontowana z jej spokojem, znoszeniem jego humorów i nieuleganiem prowokacjom.

– Cieszę się, że mogłem z tobą porozmawiać – powiedział szczerze.

Nawet jeśli była zaskoczona tą niespodziewaną uwagą, nie dała tego po sobie poznać.

– Zawsze jesteś tu mile widziany – odparła tonem oczywistości. – Jesteśmy rodziną – dodała zaraz, a potem jej oczy znieruchomiały, wpatrując się w jakiś niewidoczny punkt. – Już tylko my dwoje – powiedziała ciszej, w zamyśleniu. Zaraz jednak jej spojrzenie ponownie nabrało ostrości, gdy popatrzyła na niego z uwagą. – Naprawdę powinieneś poważnie pomyśleć nad ożenkiem.

– Ależ się tego uczepiłaś – odparł Kagetsuna z irytacją; wcześniejsze wrażenie wdzięczności znikło. – Nie jesteś moją matką. A ja jestem przywódcą rodu.

– Tym bardziej jest to powód, dla którego powinieneś założyć rodzinę.

Kagetsuna zacisnął usta. Wiedział, że nie ma sensu się z nią kłócić, bo zawsze miała na wszystko właściwą odpowiedź. Ale i tak zamierzał zrobić po swojemu… tak przynamniej zakładał.

– Przecież chcemy, żeby nazwisko Katakura zapisało się w historii, prawda? – podsunęła. – A z całym szacunkiem dla Date, nie sądzę, by oni nas tam zapisali, niezależnie od naszych zasług – mruknęła i był to pierwszy raz, kiedy słyszał z jej ust coś innego niż uwielbienie pod adresem rodu, któremu służyli.

– Na Tsukuyomiego, przecież kiedyś się ożenię! – zawołał z rozpaczą, której przynajmniej część była udawana.

Sądził, że Kita to zauważy i odpowie w podobnym tonie, ona jednak spojrzała na niego z powagą i zmarszczyła czoło.

– Kagetsuna, ile masz lat? – spytała, choć wiedziała to równie dobrze jak on sam.

– Dwadzieścia dwa.

– Co się stanie, jeśli Terumune-sama zarządzi kampanię albo jeśli zostaniemy zaatakowani?

– Co…?

– Pójdziesz na wojnę. Och, nie możesz sobie myśleć: „Jestem przybocznym Masamune-sama, więc nie ruszę się od jego boku”.

– Wcale nie…

– Wcale tak. A jeśli pójdziesz na wojnę, możesz to być twoja ostatnia wyprawa – powiedziała wprost. – Nieważne, co obiecałeś Jednookiemu Smokowi, że zawsze do niego wrócisz. Dla bogów takie obietnice nie mają żadnego znaczenia i przed niczym cię nie ochronią. Jeden wystrzał z łuku czy z arkebuza i będzie po tobie. I po Katakurach. Chcesz, żeby to się tak skończyło? – zapytała, a potem ciągnęła, nie czekając na jego odpowiedź: – Czy może raczej chcesz, żeby twój syn służył w przyszłości synowi Masamune-sama? A twój wnuk jego wnukowi? I tak przez następne dziesięć, dwadzieścia pokoleń: Katakura zawsze z Date, niezależnie od czasów, niezależnie od miejsca? Kagetsuna, ja naprawdę nie namawiam cię do małżeństwa, żeby ci dokuczyć. – Westchnęła i bezwiednie odgarnęła pasmo włosów za lewe ucho. – Chcę ci tylko uświadomić, że tu nie chodzi o twoje zachcianki, tylko o coś większego.

– Czyli jak z Masamune-sama – odparł Kagetsuna cicho, świadomy, że znów się dąsa jak pięciolatek. – Nikogo nie obchodzi, jak człowiek się czuje i co myśli, a jedynie żeby wypełnił powinność.

– Tak. Tak właśnie działa nasze społeczeństwo – stwierdziła bez emocji.

Popatrzył na nią z uwagą. Znowu założyła pasmo włosów za ucho i sięgnęła po ostatnią marynowaną tykwę, jaka została na talerzyku. Wyglądała, jakby niczym się nie przejmowała.

– Nadal uważam, że nie jesteś najwłaściwszą osobą, żeby coś takiego mówić – rzucił z urazą.

– Wiem – zgodziła się. – Ale ktoś musi to powiedzieć.

Zamilkł. Zdawał sobie sprawę, że miała rację… znów miała rację. Wiedział też, że rzeczywiście patrzy na wszystko z własnego, egoistycznego punktu widzenia. Stłumił westchnienie. Tak naprawdę od dawna nie był już dzieckiem i rzeczywiście miał swoje obowiązki wobec klanu. Kiedy o tym myślał, każdorazowo odczuwał wyrzuty sumienia, że ojciec odszedł w poczuciu, że linia rodowa kończy się na Kagetsunie i nie ma nawet żadnych perspektyw, by została przedłużona. Prawda, nigdy nie namawiał syna do ożenku, zostawiał mu w tej kwestii wolną rękę, ale mimo wszystko Kagetsuna źle czuł się na myśl, że Kagenaga zmarł, nie doczekawszy wnuka.

Wnuka…

Co to Kita mówiła o synach i wnukach? Że kolejne pokolenia Katakurów mogą służyć Date? Prawda, świat nie skończy się na nim i na Masamune-sama. Władca Date bez wątpienia sprowadzi na świat potomków, którzy będą kontynuować ród. A jeśli Kagetsuna był samurajem nie tylko Masamune, ale ogólnie rodziny książęcej z Yonezawy, powinno mu zależeć na tym, by wspierać ją także w przyszłości. Chciał przysłużyć się Masamune-sama jak najlepiej… chciał, żeby nazwisko Katakura było nierozerwalnie złączone z Date, żeby nie była to jedynie historia jednego pokolenia. Nawet jeśli przeżyje całe, długie życie u boku Masamune-sama i przyczyni się do jego chwały, kto będzie o tym pamiętał? Osobiście sława nie była mu tak naprawdę do niczego potrzebna… jednak sława rodu była już czymś więcej i warto było się o nią postarać. Że Date Masamune wiele osiągnie, było oczywistością; być może jego potomkowie rzeczywiście będą kiedyś rządzić całą północą… Czy zatem nie byłoby wspaniale, gdyby rodzina Katakurów mogła im w tym towarzyszyć? Gdyby takie więzi, jak jego z Masamune, mogły zostać zawarte także w przyszłości? Kagetsuna wiedział, że nie spotkało go w życiu nic lepszego niż ta bliskość, którą dzielili. I choć Masamune-sama był jedyny w swoim rodzaju, tacy prawdopodobnie będą też jego następcy... Podobnie jak następcy Katakury Kojūrō. Jeśli czegoś mógł im życzyć, to takich właśnie relacji, opartych na obustronnym zaufaniu i bezwzględnej lojalności. Tak, kiedy myślał o tym w ten sposób, idea spłodzenia potomków nie wydawała się już tak odstręczająca…

Nie chciał jednak kusić losu i drażnić bogów planowaniem własnej historii na kilka pokoleń wprzód. Będzie zapisywał jej karty powoli, w miarę upływu czasu. Tymczasem jednak powinien uczynić pierwszy krok w stronę urzeczywistnienia tej wizji – i zrobi to, powziął postanowienie. I tak był wdzięczny, że Kita dotąd nie zaczęła mu szukać kandydatki na żonę. Może i ona była zdania – właściwie na pewno była – że przymus to nie jest dobra droga w tak delikatnej kwestii. Kita nie była typem człowieka, który, samemu unikając małżeństwa, z wielką radością oddaje się swataniu innych.

– Przepraszam za swoje słowa – mruknął, nie patrząc jej w oczy.

– Nie musisz przepraszać.

Kiwnął głową.

– Daj mi jeszcze trochę czasu – powiedział.

– Oczywiście – odparła, a potem jej wargi drgnęły. – Bratowej też nie chcę mieć złej ani głupiej, więc wybierz dobrze.

Kagetsuna poczuł, że ciężar w jego piersi odrobinę zmalał. Odetchnął głęboko, po czym nalał sobie resztkę wody z dzbanka i wypił do dna. Przez chwilę siedzieli w ciszy wypełnionej ćwierkaniem ptaków, brzęczeniem pszczół i nieustającym śpiewem cykad. W jednym z pobliskich domów zaszczekał pies, a zaraz potem rozległo się bicie dzwonu ogłaszającego godzinę koguta[3]. Mimo upływu dnia upał wcale nie odpuszczał – natomiast zapach kwiatów stał się jeszcze bardziej intensywny. Kagetsuna jeszcze raz wciągnął do płuc wonne powietrze.

– Będę już szedł – powiedział, podnosząc się.

– Nie zostaniesz na kolacji?

Potrząsnął głową.

– Muszę wracać do zamku.

Kita również wstała, żeby go odprowadzić do drzwi. W przedsionku wziął swoje miecze i wsunął za pas, po czym włożył sandały. Kita poprosiła, żeby zaczekał, po czym zniknęła w głębi domu. Wróciła po chwili z małym zawiniątkiem.

– To dla Jednookiego Smoka, trochę śliwek… Przekaż mu moje pozdrowienia – powiedziała.

– Przekażę – obiecał.

– W takim razie widzimy się pojutrze na radzie u Terumune-sama – pożegnała go.

– Pojutrze. A, powiedz mi… U ciebie wszystko w porządku? – zapytał, odwracając się na ścieżce do bramy.

Kiwnęła głową, zakładając ręce na piersi.

– W porządku. Nie musisz się o nic martwić – odparła spokojnym tonem.

– To dobrze – powiedział z ulgą, po czym ukłonił się jej lekko na pożegnanie i wyszedł przez bramę do miasta.

___

[1] Engawa – drewniany panel poza linią okien czy drzwi, otaczający tradycyjny japoński dom.

[2] Yunomi – rodzaj naczynia do picia, przypominający kubek bez ucha. Mniej oficjalny i elegancki niż czarka.

[3] Godzina koguta – pora między 17 a 19.

Płomień

Wracając do zamku, Kagetsuna przez chwilę rozmyślał nad swoim ostatnim pytaniem. Właściwie zadawał je podczas każdej wizyty – wiedząc, że Kita sama z siebie o niczym mu nie powie – i weszło mu w nawyk. Kiedy Kita zamieszkała w Yonezawie, w tym pięknym domu podarowanym jej przez pana Terumune, przez pierwsze miesiące nieustannie przydarzały jej się różne nieprzyjemne wypadki, które mogły skończyć się tragicznie, gdyby nie jej czujność. Martwe szczury wrzucone do studni. Zatrute mięso w ramach anonimowego prezentu. Przecięty popręg w uprzęży jej konia. Gniazdo jadowitych os zawieszone na drzewie w ogrodzie. Takich przypadków było wiele, każdy nastawiony na dokonanie szkody. W ogólnym obrazie brakowało tylko podłożenia ognia, ale ponieważ było to przestępstwo bezwzględnie karane śmiercią, potencjalny podpalacz musiał się czuć wystarczająco odstraszony.

Kagetsuna dowiedział się o tym wszystkim dopiero po jakimś czasie, a i to nie od niej, tylko od służby – i z jednej strony był wściekły, z drugiej przestraszony, a z trzeciej czuł się bezsilny, nie mogąc nic z tym zrobić. Oboje mieli świadomość, kto stoi za tymi działaniami, żeby nie powiedzieć: zamachami… Katakura Kita miała w Yonezawie tylko jednego wroga. Kiedy jednak Kagetsuna chciał poinformować o zaistniałym problemie pana Terumune, Kita zakazała mu tego. Uważała, że nie są to sprawy, którymi należy fatygować daimyō, a poza tym zamierzała sama dbać o swoje bezpieczeństwo – jak to zresztą robiła do tej pory. W międzyczasie zdążyła zaprzyjaźnić się z sąsiadami, którzy mieli baczenie na wszelkie podejrzane czy po prostu nieznajome osoby, zacieśniła relację ze służącymi do tego stopnia, że mogła liczyć na ich lojalność, a jednocześnie uczuliła ich na niespodziewane zagrożenia, i opłaciła wspomnianych już szpiegów, którzy pilnowali jej domostwa i dobrze się z tego zadania wywiązywali. Wkrótce po tym udało się w pewnych odstępach czasu pojmać kilku ludzi, którzy kręcili się po okolicy i nie potrafili sensowne wyjaśnić swojej obecności. Wszyscy zostali przekazani władzom miejskim i po kilku tygodniach sytuacja zupełnie się uspokoiła. Imienia zleceniodawcy nigdy nie poznano – ale tak naprawdę nie było ono nikomu potrzebne. Kagetsuna dotrzymał obietnicy i pan Terumune nigdy nie dowiedział się, że jego małżonka do tego stopnia utrudniała życie jednej z jego poddanych, gdyby jednak historia trwała dłużej, nie wahałby się wyjawić daimyō wszystkiego – już choćby z tego powodu, że Masamune zaczął wtedy u Kity regularnie bywać. Względy rodzinne czy nie, przyszłego władcy nie można było wystawiać na żadne zagrożenie i nawet Kita musiała to rozumieć.

Kagetsuna miał nadzieję, że jego siostra nie będzie już więcej narażona na podobne przejścia, ale było to pewnie naiwnością z jego strony. Ponieważ mieszkała poza zamkiem, martwił się o nią. Yonezawa-jō wydawał mu się najbezpieczniejszym miejscem pod słońcem, a poza tym odzywała się w nim męska duma: gdyby mieszkała na zamku, miałby złudne poczucie, że może ją chronić. Zdawał sobie sprawę, że Kita – tak jak mówiła – potrafi świetnie o siebie zadbać, ale przecież nie była w stanie przewidzieć wszystkiego. Nie była też żadnym wszechmocnym bóstwem, a jedynie śmiertelnikiem – nieważne jak inteligentnym i doświadczonym. Z drugiej strony ta trwająca niemal rok sytuacja nauczyła go pewnej ostrożności; kiedy nieustannie obcuje się z potencjalnym zagrożeniem, człowiek wypracowuje w sobie pewne mechanizmy reakcji oraz rozwija zdolność obserwacji. Mówił sobie, że nie mogło mu to wyjść na złe – zwłaszcza kiedy mieszkał w miejscu, które było najbezpieczniejsze pod słońcem. Zdawał sobie sprawę, że ma skłonność do popadania w rutynę i zadowalania się spokojną codziennością, niemal przyjmowania jej za pewnik. W tych niespokojnych czasach taka postawa nie wróżyła jednak długiego życia, a jeśli chciał służyć Masamune-sama i wspierać go do samego końca, musiał się postarać, by ten koniec nie nadszedł zbyt wcześnie.

Masamune-sama… Myśl o władcy – człowieku, który był całym jego światem – każdorazowo wypełniała jego pierś ciepłem. Tak, bardziej niż cokolwiek Kagetsuna chciał oglądać, jak ten chłopiec, który wiele lat temu wszedł w jego egzystencję, wstrząsając nią i nadając jej sens, dorasta, staje się mężczyzną i osiąga chwałę. Chciał być tego świadkiem – ale także uczestnikiem. Towarzyszył mu już przez połowę życia, w dobrym i złym; tak było właściwie. Towarzyszył małemu Bontenmaru, który już jako dziecko doświadczył więcej cierpienia niż niejeden dorosły. Jako jedyny nazywał go Masamune – choć oczywiście nie dało się tego utrzymać w tajemnicy. Miał pewną satysfakcję, kiedy rok temu przyszły daimyō Yonezawy przeszedł genpuku i stał się Date Tōjirō Masamune… a z drugiej strony z żalem żegnał te czasy, kiedy imię to należało tylko do nich dwóch.

Wciąż spędzali razem bardzo wiele czasu. Jak powiedziała Kita, Kagetsuna był przybocznym Masamune i właściwie jego obowiązkiem było znajdować się blisko – choć w tym wypadku o żadnym obowiązku nie było nawet mowy. Rzecz jasna podział dnia mieli inny: Masamune pobierał nauki od mistrzów sprowadzonych specjalnie dla niego do Yonezawa-jō, odbywał też regularne rozmowy z ojcem, na osobności. Kagetsuna z kolei uczestniczył w pałacowych patrolach oraz pomagał nadwornemu medykowi w opatrywaniu ran, wychodząc z założenia, że kiedyś może mu się to przydać. Jeśli chodziło o trening walki, ćwiczyli zarówno razem, jak i w pojedynkę. Masamune rzadko mógł opuszczać teren zamku, nad czym skrycie ubolewał, ale pan Terumune dał mu pozwolenie na udział w manewrach, które co jakiś czas przeprowadzano na równinie Yonezawy i w otaczających lasach. I on, i Kagetsuna bardzo lubili te symulacje, które były dla nich także swoistym sprawdzianem – oraz okazją do rozwoju – umiejętności strategicznych i taktycznych. Te zresztą ćwiczyli również w samym Yonezawa-jō, już w mniejszej grupie – z udziałem Munenobu i Tsunamoto i, wcale nie tak rzadko, Tokimunemaru, kiedy tylko przebywał on na dworze daimyō.

Kiedy trzy lata temu pan Terumune poszerzył włości o wschodnie okręgi, uczynił ich zarządcą swojego wuja i szwagra, Sanemoto. Nieżyczliwi mówili, że daimyō chciał się pozbyć z zamku ostatniego krewnego albo ukarać za rzekome występki przeciw Date – jednak takie głosy należały do rzadkości i w gruncie rzeczy były zupełnie nielogiczne. Pan Terumune bardzo cenił sobie wiedzę i doświadczenie Sanemoto, który z kolei pozostawał bezwzględnie oddany daimyō Yonezawy – być może z uwagi na wydarzenia, które miały miejsce w przeszłości, jeszcze za czasów dziadka Terumune, i które doprowadziły Date do poważnego rozłamu i trwającego wiele lat konfliktu. Pan Tanemune z sobie tylko wiadomych powodów usiłował pozbawić władzy swojego pierworodnego syna na rzecz właśnie Sanemoto, wplątując w to dodatkowo Uesugich z Echigo. Po czymś takim wiele osób patrzyło na Sanemoto podejrzliwie, jakby obawiając się, że raz będąc tak blisko zostania daimyō, zechce on sięgnąć po ten tytuł ponownie – nawet jeśli chodziło tu jedynie o wybujałe ambicje jego ojca – jednak Sanemoto ślubował wierność najpierw swojemu przyrodniemu bratu Harumune, później zaś Terumune, i nigdy nie dał nikomu powodów, by posądzać go o zdradę. Ożenił się późno – za to z rodzoną siostrą pana Terumune – a jego syn, Tokimunemaru, był rok młodszy od Masamune i dorastał z przyszłym władcą w pełnej zgodzie i obustronnej sympatii.

Kiedy Sanemoto opuścił Yonezawę i zamieszkał w Fukushimie, szybko przekonał się, że nie jest to dobre miejsce dla dziecka. Tokimunemaru nie miał rodzeństwa i czuł się w zamku Ōmori bardzo samotny. Po jakimś czasie wrócił do Yonezawa-jō – za pozwoleniem i zaproszeniem pana Terumune – i odzyskał wigor. Był bardzo pogodnym i żywym chłopcem, potrafił jednak podporządkować się poleceniom i zachowywać z godnością kuzyna daimyō. Miał bystry umysł i talent do miecza, z równą chęcią oddawał się psotom co treningowi. Nie było niczym dziwnym, że Masamune postanowił „dopuścić” go do grona swoich najbliższych towarzyszy, których teraz było już czterech. Kagetsuna podejrzewał, że Tokimunemaru, jakiekolwiek imię będzie nosić w przyszłości, zasłuży się swojemu władcy, i nie miał nic przeciwko wspólnym ćwiczeniom z jedenastolatkiem. Wszyscy chłopca bardzo lubili, gdyż miał ujmujący sposób bycia, który szlifował zwłaszcza przez obcowanie z Munenobu. Ci dwaj mieli zresztą wiele ze sobą wspólnego: obaj byli gadatliwi i często się śmiali, zwykle mieli dobry humor i patrzyli z optymizmem na świat, a do tego wszędzie ich było pełno. Kagetsuna z kolei uważał się charakterem i usposobieniem za bardziej podobnego do Tsunamoto: spokojny, poważny – wręcz ponury. Był pewien, że do końca życia nie zapomni słów, które usłyszał od Masamune-sama przy ich pierwszym spotkaniu – pierwszych słów, jakie Masamune-sama skierował do niego: „Wyglądasz groźnie”. Sam Masamune w kwestii temperamentu wydawał się gdzieś pośrodku między żywiołowym entuzjazmem a spokojną powagą – no ale on był następcą daimyō, więc nie mógł przesadzać w żadną stronę, o ile o sposobie bycia można było w ogóle mówić w takich kategoriach.

Było ich więc pięciu – jeśli nie liczyć Kity. Kita jednak, choć niezwykle przywiązana do Masamune i w pełni mu oddana, nie mogła należeć do tego grona, na pewno nie fizycznie. Ona nie była przy Masamune na co dzień, nie uczestniczyła w jego życiu w takim stopniu jak oni – choć jednocześnie jej relacja z nim była bardzo szczególna, a sam Jednooki Smok darzył ją uwielbieniem. Można powiedzieć, że Kita była nieco na zewnątrz tego kręgu, jednak duchowo pozostawała w jego obrębie, zawsze gotowa działać, jeśli miało to tylko przynieść korzyść rodowi Date w ogóle, a w szczególności Masamune. Przyszły władca Yonezawy wiedział, że może na nią liczyć.

Do tej grupy nie należał natomiast – co mogło niektórych dziwić – rodzony brat Masamune, mimo że różnica wieku między synami pana Terumune wynosiła zaledwie rok i można było sądzić, że byli oni ze sobą bardzo związani. Ostatniej wiosny mały Jikumaru przeszedł genpuku i otrzymał imię Kojirō Masamichi, jednak samuraje na zamku w Yonezawie mieli problem, by traktować go jak dorosłego. Nikt nie powiedziałby tego na głos, ale Kojirō w wielu budził nieprzyjemne uczucia – być może za sprawą cienia, który mu towarzyszył, a który nazywano Panią Wschodu. Chłopiec był szczupły, nosił się prosto i miło było na niego patrzeć. Już jako dziecko był śliczny, a z wiekiem jego uroda tylko się pogłębiała. Miał piękne, gładkie włosy i delikatne rysy twarzy, często się uśmiechał. Mimo to ludzie, którzy przebywali w jego otoczeniu, mieli nieodparte wrażenie, że ten uśmiech jest pusty, zaś za ładną buzią kryje się zupełnie nijaki charakter. Kiedykolwiek Kojirō otwierał usta, żeby przemówić – a wiek dawał mu pewność, że może to robić – w jego słowach było więcej formy niż treści. Ponieważ był synem daimyō, samuraje musieli traktować go z szacunkiem, jednak tylko nieliczni darzyli go tak naprawdę jakimiś cieplejszymi uczuciami.

Kagetsunie czasem było żal chłopca i nie tak znów rzadko mówił sobie, że powinien być dla niego bardziej wyrozumiały – kiedy już jednak znalazł się w jego obecności, nie mógł odpędzić wrażenia niechęci i zapominał o wcześniejszych postanowieniach. Robił sobie z tego powodu wyrzuty: że zamiast widzieć Kojirō jako jego samego, przenosi na niego uczucia, jakie żywi do jego matki – ale nic nie mógł na to poradzić, nieważne jak mocno nad sobą pracował. Kiedy patrzył na młodszego syna Date, miał przed oczami panią Yoshihime, a kiedy słuchał jego słów, wydawało mu się, że to ona przemawia jego ustami. Kojirō został ukształtowany na jej podobieństwo i tak naprawdę wydawał się jej przedłużeniem. Samurajom, którzy służyli panu Terumune i po nim mieli służyć Masamune, jawił się jako ktoś z zewnątrz, ktoś nienależący do tego miejsca – być może także przez kontrast z samym Masamune, który był inteligentny, pewny siebie i miał charakter. Masamune był kimś, za kim poszliby w ogień, podczas gdy od Kojirō ludzie woleli trzymać się z dala.

Masamune do brata odnosił się uprzejmie, ale z rezerwą. Tak naprawdę nigdy nie zdołał się do niego przywiązać, bo stracił go już na samym początku. Po pierwszych latach, w których zależało mu na jego obecności i jeszcze się o nią – na próżno – starał, zaakceptował stan rzeczy i pozwolił mu odejść. Kojirō Masamichi był dla niego niemal obcym człowiekiem – kimś, kto po prostu żył w jego otoczeniu – a przynajmniej tak to wyglądało w oczach Kagetsuny. O Kojirō nigdy nie rozmawiali – Masamune bardzo się pilnował, by tego tematu nie poruszać, a Kagetsuna nie pytał. Nie wiedział, czy przyszły daimyō rzeczywiście pogodził się z tą stratą czy też raczej jest ona wciąż otwartą raną w jego sercu – jakkolwiek było, nie mógł na to nic poradzić, a jedynie przy nim być i wypełniać tę lukę własną osobą, podobnie jak robili to Munenobu, Tsunamoto i Tokimunemaru.

A on im za to odpłacał – przede wszystkim zaufaniem, słowami wdzięczności i sporadycznymi uśmiechami. Traktował ich jak towarzyszy, którzy go wspierali, a nie jak poddanych, którymi miał rządzić. Potrzebował ich, co samo w sobie było czymś wspaniałym. Przy nim czuli się dobrze, czuli się na miejscu i czuli, że mają wartość. Młodzi wojownicy, którzy jeszcze nie zasłużyli się w walce, których czas miał dopiero nadejść – wraz z ich daimyō. Przy Masamune-sama wierzyli, że właśnie to będzie im dane: chwała, której mniej lub bardziej skrycie pragnął każdy samuraj. Sam Masamune miał wzrok skupiony na swoich celach, z których największym było rządzenie całą północą. Coś go jednak różniło od wszystkich tych młodzieńców, którzy pragną chwały i śnią o potędze: w jego przypadku nie była to tylko czcza mrzonka, której nie mógł poprzeć żadnym działaniem – nie, on aktywnie starał się doskonalić w sztuce militarnej, rozwijał umiejętności strategii i taktyki, przede wszystkim pilnie śledził poczynania ojca oraz uczestniczył we wszystkich naradach wojennych i administracyjnych, jakie w Yonezawa-jō miały miejsce, niejednokrotnie wysuwając własne sugestie, które pan Terumune przyjmował bądź odrzucał. Często dyskutował ze starszymi wojownikami, którzy już dawno przestali traktować go jak dziecko, a w zamian widzieli w nim samuraja. I choć raczej wolał działać niż siedzieć w miejscu, nie było aż tak rzadkim widokiem zastać go nad traktatem poświęconym tajnikom prowadzenia bitew i kampanii. Wiele z tych dzieł dostarczyła mu zresztą Kita, sama świetnie obeznana – przynajmniej teoretycznie – z tematyką. Podczas spotkań w jej domu regularnie pochylali głowy nad planszą, która przedstawiała pole bitwy lub – szerzej – obszar podboju, i przepracowywali już znane bądź układali zupełnie nowe schematy działań. Masamune uwielbiał te „lekcje” i niewątpliwie wiele z nich wynosił, nawet jeśli podjęte przez niego decyzje nie zawsze prowadziły do zwycięstwa. Stara jak świat prawda głosiła, że człowiek uczy się na błędach – a lepszy był błąd w grze niż w prawdziwej bitwie.

Czy była jednak jakaś strategia, jaką przyszły daimyō mógł ułożyć w kwestii małżeństwa? W porównaniu z tym zwycięstwa na polu bitwy mogły rzeczywiście wydawać się znacznie bardziej realne.

Kagetsuna pozdrowił wartownika i przekroczył bramę Yonezawa-jō. Nie zdziwił się, gdy zaraz pojawił się jego paź i wziął od niego miecze, żeby je odnieść do pokoju, oraz wręczył list powiadamiający o naradzie, na którą go proszono za dwa dni w godzinie węża[1]. Ledwo zdążył schować wiadomość do rękawa, natknął się na Masamune, który także wyglądał, jakby tylko czekał na jego powrót.

– Moja siostra przekazuje ci pozdrowienia, Masamune-sama – powiedział, zanim jego władca zdążył się odezwać, zatrzymując się obok niego w przyjemnym cieniu głównego budynku. – Oraz to – dodał, podając mu zawiniątko z owocami.

Masamune mrugnął i wyciągnął ręce, by przyjąć podarunek. Przez chwilę wyraźnie walczył z chęcią zajrzenia do środka i przekonania się o zawartości od razu. Kagetsuna stłumił uśmiech, który już wpełzał mu na twarz, i w zamian pochwalił opanowanie przyszłego daimyō.

– To tylko śliwki – powiedział, pozwalając Masamune zachować godność.

– Ach, śliwki. Akurat miałem ochotę na coś słodkiego – stwierdził jego władca. – Chodź, zjemy je – zaproponował, chowając pakunek za pazuchę, po czym odwrócił się i pomachał zachęcająco. – Chcę z tobą porozmawiać.

Kagetsuna domyślał się tematu tej rozmowy – a na chwilę udało mu się o nim zapomnieć, kiedy pogrążył się w innych myślach. Idąc za Masamune, starał się zapanować nad wyrazem twarzy i zastanawiał, czy będzie w stanie skłamać mu w żywe oczy, jeśli zajdzie taka potrzeba. Nie była to przyjemna perspektywa – ale musiał dotrzymać obietnicy złożonej panu Terumune. Pocieszył się myślą, że czasem dyskrecja jest właściwym wyborem; czasem w imię lojalności trzeba umieć coś przemilczeć. Nie żeby mu było o wiele łatwiej.

– Co słychać o Kity? – spytał Masamune niezobowiązująco, wspinając się po schodach.

– Wszystko dobrze. Nie sprawiała wrażenia, jakby coś się zmieniło przez te trzy dni od twojej ostatniej wizyty – odparł Kagetsuna z lekką ironią.

Masamune rzucił mu przez ramię przelotne spojrzenie wraz z krzywym uśmiechem, po czym bez dalszego słowa kontynuował wspinaczkę. Wchodzenie po stromych schodach nie było w tym upale najprzyjemniejszą rzeczą, nawet jeśli w zamku było znacznie chłodniej niż na zewnątrz, ale Kagetsuna powiedział sobie, że to dobry trening – i prawie się nie zadyszał, kiedy stanęli na tarasie widokowym na najwyższym piętrze zamku. Masamune przez chwilę przyglądał się górom na południu, pozwalając, by wiatr, który nigdy nie ustawał na tej wysokości, rozwiewał jego włosy. Potem odwrócił się do Kagetsuny i wbił w niego przenikliwe spojrzenie, opierając się łokciami o barierkę.

– Czego chce Tamura Ujiaki? – spytał bez ogródek.

Kagetsuna zachował kamienną twarz. Spodziewał się tego pytania od momentu, kiedy pierwszy raz zobaczył Ujiakiego-dono dzisiaj rano u pana Terumune.

– Mieliśmy jeść śliwki – przypomniał i wiedział, że tylko on może sobie na to pozwolić.

Masamune spojrzał na niego z zaskoczeniem, a potem kiwnął krótko głową i usiadł na drewnianej podłodze, wyjmując podarunek i kładąc przed sobą. Kagetsuna zajął miejsce naprzeciwko niego. Przyszły daimyō Yonezawy rozwinął materiał, pod którym ukazało się kilka dorodnych owoców. Nie czekając na zaproszenie, wziął jeden i wbił w niego zęby. Otarł sok spływający na brodę wierzchem dłoni, a potem odgryzł resztę miąższu z pestki i popatrzył wyczekująco. Kagetsuna aż tak się z jedzeniem nie spieszył i raczej powoli przeżuwał słodki owoc, który dobrze się nadawał na przekąskę w upalny dzień. Nie należało jednak zbyt mocno drażnić cierpliwości Jednookiego Smoka, wobec czego poprzestał na jednej śliwce i spokojnie odwzajemnił intensywne spojrzenie.

– Tamura chcą przymierza z Date – powiedział.

Masamune przechylił głowę, a potem oparł łokieć na kolanie i położył na nim brodę.

– Tego sam się domyśliłem, Kojūrō – odparł tonem, w którym irytacja mieszała się z zadowoleniem.

– To przynosi ci chlubę, Masamune-sama – stwierdził Kagetsuna, kiwając głową na znak pochwały.

– Myślisz, że ojciec się zgodzi? – padło następne pytanie; Masamune, nawet jeśli lubił komplementy, był w tym wieku już bardzo dobry w ukrywaniu wywoływanej przez nie radości, a już na pewno nie dawał się nimi rozkojarzyć. – Osobiście uważam, że prościej byłoby ich podbić.

Kagetsuna stłumił kolejny uśmiech – uświadamiając sobie z najlżejszym cieniem ulgi, że miał szansę wyjść z tej rozmowy z twarzą. Kiedykolwiek temat schodził na ewentualne podboje, Masamune miał zwyczaj zapominać o wszystkich innych sprawach. Kagetsuna mógł to obrócić na swoją korzyść.

– Wiesz równie dobrze jak ja, że Sōma i Hatakeyama nie przyglądaliby się temu w spokoju – stwierdził oczywistość.

– Och, przecież ich ruchy są teraz ograniczone – wytknął Masamune lekceważącym tonem. – Rozdzieliliśmy ich terytoria niemal zupełnie.

– I tym samym zlikwidowaliśmy, a na pewno zmniejszyliśmy ich wzajemny antagonizm – zauważył Kagetsuna. – Teraz, kiedy nie mogą sobie skakać do gardeł i usiłować przesunąć granicy w jedną czy drugą stronę, tym bardziej trzeba na nich uważać. – Zmarszczył czoło. – Zdaje się, że rozmawialiśmy o tym nie tak dawno…

Masamune odwrócił wzrok i przez chwilę Kagetsuna widział tylko jego lewy profil, oświetlony blaskiem słońca, które chyliło się ku zachodowi.

– Wiem, pamiętam… Po prostu staram się o tym nie myśleć, dobrze?

– Powinieneś o tym myśleć, Masamune-sama – odparł Kagetsuna poważnie, choć nie zamierzał ganić swojego władcy. – Gdybyśmy poprowadzili kampanię przeciw Tamurze, szybko musielibyśmy toczyć wojnę na trzech frontach. Nawet jeśli Date kontrolują teraz tereny Fukushimy, nie wątpię nawet przez chwilę, że Hatakeyama i Sōma byliby w stanie błyskawicznie się porozumieć i zmobilizować do jednoczesnego ataku na nasze wojska. Nie zamierzam lekceważyć ich szpiegów.

– Nie musisz ich jednak aż tak doceniać – mruknął Masamune i ponownie na niego popatrzył. – Czyli co? – zapytał po swojemu wprost, choć z pewnością musiał znać odpowiedź.

– Czyli lepiej sprzymierzyć się z Tamurą i użyć ich sił do walki, tak myślę. Wtedy walcząc z Sōmą albo Hatakeyamą, nie musielibyśmy się obawiać, że ci drudzy zaatakują nas od tyłu.

– Nasze wojsko z pewnością poradziłoby sobie z nimi nawet bez pomocy Tamury, nawet gdybyśmy musieli walczyć na kilka frontów – stwierdził Masamune, zakładając ręce na piersi i wbijając wzrok w śliwki. Nie czekał jednak na komentarz Kagetsuny, tylko mówił dalej: – To upokarzające, jak długo Date nie mogą sobie poradzić z tymi dwoma pomniejszymi klanami. Możesz mi wierzyć, że zrobię wszystko, by wreszcie ich nam podporządkować. I całą resztę.

Zerknął na Kagetsunę spode łba, jakby czekając na jakąś kąśliwą uwagę, jednak Kagetsuna nie zamierzał ironizować – z jakiejś przyczyny wierzył każdemu słowu młodego samuraja. Z jednej strony takie deklaracje zakrawały na absurd – Date przeciw wszystkim klanom północy? – ale z drugiej… on naprawdę mógł tego dokonać. Kiwnął głową, co najwyraźniej ucieszyło przyszłego daimyō, bo spojrzał na niego bardziej otwarcie.

– Sądzisz więc, że ojciec wejdzie w ten sojusz…?

Kagetsuna myślał przez chwilę.

– Twój ojciec jest mądrym człowiekiem i nie mam wątpliwości, że podejmie najlepszą decyzję – odparł w końcu dyplomatycznie; nie chciał decydować za pana Terumune. – Będziemy o tym radzić pojutrze.

Masamune wyprostował się i popatrzył na niego, marszcząc czoło.

– Mam nadzieję, że będę mógł wziąć udział w tej naradzie. Jestem ciekawy, co Tamura mają do zaproponowania Date… – powiedział w zamyśleniu.

Kagetsuna bardzo się starał, by nie drgnął mu ani jeden mięsień twarzy. Na szczęście Masamune zapatrzył się w jakiś niewidoczny punkt i przez chwilę nie zwracał na niego uwagi.

– Myślę, że możliwość połączenia sił przeciw wspólnym wrogom… tym dwóm pomniejszym klanom, które nie dają Date spokoju od dekad, jak słusznie zauważyłeś… jest całkiem poważnym argumentem – odezwał się Kagetsuna wciąż tym samym neutralno-ostrożnym tonem. – Nie orientuję się bezbłędnie w sile bojowej Tamury, ale biorąc pod uwagę, że tak małe lenno otoczone prawie ze wszystkich stron przez nieprzyjaciół zdołało przez te wszystkie lata utrzymać niezależność, muszą mieć całkiem niezłe wojsko. W każdym razie wystarczająco mocne, by się z nim liczyć.

Masamune powoli kiwnął głową, wyraźnie rozważając w myślach, czym taki sojusz mógłby ostatecznie zaowocować. Jak większość osób w jego wieku, bardziej go interesowały efekty niż prowadzące do nich działanie.

– Gdyby rzeczywiście udało się z ich pomocą podbić Hatakeyamę i Sōmę, poszerzylibyśmy swoje terytorium – stwierdził fakt. – Ale… – Podniósł wzrok na Kagetsunę, a w jego spojrzeniu była całkowita szczerość i otwartość. – Ja nie chcę się dzielić – powiedział z niechęcią. – Dostaniemy tylko jakieś kawałki. Gdybyśmy podbili ich wszystkich, wówczas nasze ziemie powiększyłyby się dwukrotnie.

– Cierpliwości, Masamune-sama – Kagetsuna uznał, że to był właściwy moment, żeby trochę powściągnąć zapędy swojego władcy. – Myślę, że lepiej zdobywać po kawałku, ale na dobre, niż rzucać się na większy obszar po to, by go nie móc utrzymać.

– I w tym się różnimy, Kojūrō – odparł Masamune, ponownie opierając policzek na dłoni.

Ta uwaga zaskoczyła Kagetsunę, który spodziewał się raczej dalszego… no, może nie narzekania, ale na pewno żalów w tonie: „Dlaczego nie możemy tego zrobić?”. Tymczasem w tym, co powiedział Masamune, była jakaś dojrzałość, jakieś zaakceptowanie tego, że na sprawę można mieć różne spojrzenie – choćby było się ze sobą nie wiadomo jak blisko. Kagetsuna przyglądał się swojemu władcy w milczeniu, uświadamiając sobie, że genpuku, wejście w dorosłość, nie dokonało się dla Date Masamune jedynie z nazwy. W chwilach takich jak ta – a ostatnio było ich coraz więcej – zdawał sobie sprawę, że chłopiec naprawdę stawał się mężczyzną, nawet jeśli nie odbywało się to jeszcze na wszystkich płaszczyznach.

Masamune wstał i znów przechylił się przez barierkę, spoglądając na południowy wschód, gdzie znajdowały się tereny najbardziej znienawidzonych wrogów Date. Kagetsuna też się podniósł i stanął obok niego, zastanawiając się dłużej nad tą kwestią dojrzałości Masamune. Przyszły daimyō Yonezawy zmieniał się także fizycznie, choć na co dzień trudno to było zauważyć – zwłaszcza kiedy przebywało się z nim od ośmiu lat, pomyślał Kagetsuna z przekąsem. Tymczasem przyszły daimyō sięgał mu już do piersi i stawał się szerszy w ramionach. Prawdopodobnie nie będzie wiele wyższy od swojego ojca, który cechował się raczej drobną sylwetką; jednak jego ciało wskutek regularnych treningów było dobrze umięśnione i silne. Ręce, które spoczywały teraz na balustradzie, zdecydowanie nie były już rękami dziecka. Także ubiorem i sposobem bycia Masamune dawał do zrozumienia, że przestał być Bontenmaru. Ciemnoniebieskie kosode[2] z hakamą w takim samym kolorze pozbawione były fantazyjnych wzorów, którymi cechowały się jego dziecięce stroje. Wakizashi przy pasie – w komplecie z kataną, która pozostawała w jego pokoju, a którą pan Terumune pozwalał mu zabierać przy opuszczaniu zamku – bardziej niż cokolwiek świadczył o tym, że dziecięce lata dziedzic Date ma za sobą. Jego twarz traciła krągłość, coraz mocniej zaznaczały się kości policzkowe i ostry podbródek. Blizny po ospie także dodawały mu wieku, choć na nie Kagetsuna już dawno przestał zwracać uwagę. Tylko w typową samurajską fryzurę Masamune nigdy nie dał się uczesać, przycinając włosy najwyżej do ramion i pozwalając im opadać na prawy policzek – jednak Kagetsuna nie sądził, by mogło to wpływać ujemnie na jego wizerunek.

Pomyślał sobie, że nie może się doczekać dnia, w którym Masamune-sama stanie się w pełni dojrzałym mężczyzną… a zaraz potem doszedł do wniosku, że jednak znacznie lepsze jest obserwowanie tego procesu i uczestniczenie w nim, w miarę jego skromnych możliwości. Obserwowanie i uczestniczenie dawało szansę na pogodzenie się z rzeczywistością, sprawiało, że słowa: „Tym się różnimy, Kojūrō” nie brzmiały okrutnie i wywoływały jedynie lekkie ukłucie w sercu. Spokój, z jakim Masamune to powiedział, niósł milczące dopełnienie: „i tak też jest dobrze”. Kagetsuna uśmiechnął się do siebie.

– Czy jesteś dzisiaj zajęty? – zapytał, a kiedy młody samuraj potrząsnął głową, dodał: – Co powiesz na wspólny trening?

Tym razem Masamune kiwnął na zgodę. Wprawdzie Kagetsuna miał większą ochotę na kąpiel, ale sumienie raz jeszcze wzięło górę nad słabym ciałem. Jakaś część umysłu mówiła mu zresztą, że po treningu będzie miał dla kąpieli lepsze usprawiedliwienie. Odwrócili się, by zejść na dół; Masamune zgarnął zawiniątko ze śliwkami, biorąc sobie jedną i podając mu kolejną. Kagetsuna uniósł owoc do ust, jednak jego dłoń zastygła w pół ruchu, kiedy ujrzał pióropusz dymu unoszący się nad miastem. W tym samym momencie rozległo się gwałtowne bicie dzwonu, obwieszczające pożar.

Rzucił się do barierki, gorączkowo szukając źródła ognia. Tam! Płonęło już kilka domów w zachodniej części miasta. Jego oczy pomknęły ku rezydencji Kity, oceniając odległość, i z ulgą uświadomił sobie, że znajdowała się dość daleko, w dodatku za potokiem, a wiatr wiał w drugą stronę. Zaraz jednak z niepokojem pomyślał, że przy takiej pogodzie ogień rozniesie się błyskawicznie. Tu już nie chodziło tylko o Kitę… Całe miasto było zagrożone! Zakręciło mu się w głowie i Yonezawa, jaką znał, na chwilę zniknęła mu sprzed oczu, zastąpiona przez wizję szalejących płomieni, które pochłaniały całe pole widzenia, sięgając aż po horyzont… Z jękiem nabrał powietrza i tak mocno zacisnął palce na drewnianej belce, że poczuł ból.

– Kojūrō…? – niepewny głos Masamune wdarł się w jego świadomość, przywracając go do chwili obecnej.

Potrząsnął głową dla otrzeźwienia. Nie było czasu do stracenia, trzeba było działać.