Wydawca: Świat Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 453 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Drwal - Michał Witkowski

Michał, trzydziestosześcioletni literat wyrusza na nieco niekonwencjonalne wakacje. Późną jesienią wyjeżdża nad lodowate polskie morze, by na zaproszenie mało znanego sobie mężczyzny zamieszkać w zagubionym w lasach domku. Gospodarz otacza się aurą tajemnicy. Zaciekawiony pisarz rozpoczyna amatorskie śledztwo. Wpada na trop zaginięcia przed laty lokalnej piękności. Wszystkie ślady prowadzą do starego rządowego ośrodka wypoczynkowego, który rozkwitał w czasach Peereleu. Bohater nie spodziewa się, że leśniczówka kryje równie mroczną tajemnicę, a jego śledztwo i zarazem próba pisania kryminału rozpęta groźne namiętności.

Michał Witkowski (ur. 1975), jeden z najgłośniejszych polskich pisarzy. Autor m.in. dwóch zbiorów opowiadań Copyright (2001) i Fototapeta (2006) oraz powieści Lubiewo (2005), tłumaczonej na dwadzieścia języków. Finalista Nagrody Literackiej NIKE 2006, laureat Nagrody Literackiej GDYNIA 2006, nominowany do NIKE 2007 i laureat Paszportu "Polityki"

Opinie o ebooku Drwal - Michał Witkowski

Fragment ebooka Drwal - Michał Witkowski

Redaktor serii

Agata Pieniążek

Redaktor prowadzący

Monika Koch

Redakcja

Marianna Sokołowska

Redakcja techniczna

Lidia Lamparska

Korekta

Maciej Korbasiński

Copyright © by Michał Witkowski, 2011

Copyright © by Weltbild Polska Sp. z o.o., Warszawa 2011

Copyright © for the e-book edition by Weltbild Polska Sp. z o.o., Warszawa 2011

Świat Książki

Grupa Wydawnicza Weltbild

Warszawa 2011

Weltbild Polska Sp. z o.o.

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: Weltbild.pl

Niniejszy produkt objęty jest ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że wszelkie udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

ISBN 978-83-7799-529-7

Nr 90451683

Fragmenty tej książki powstały podczas pobytu w Międzynarodowym Domu Literatury Passa Porta w Brukseli. Stypendium było częścią programu „Residences in Flanders and Brussels” współtworzonego przez organizację literacką Het beschrijf, Wydział Kultury Wspólnoty Flamandzkiej Belgii i Wydział Kultury Ambasady Rzeczpospolitej Polskiej w Belgii.

Parts of this book have been written during a residency in the International House of Literature Passa Porta (Brussels) as part of the programme „Residences in Flanders and Brussels”, organised by the literary organisation Het beschrijf, the Department of Culture of the Flemish Community of Belgium and the Service Culturel Ambasade du Pologne in Belgium.

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

W serii ukazały się:

Sylwia Chutnik

Dzidzia

Mariusz Cieślik

Święto wniebowzięcia

Piotr Czerwiński

Międzynaród

Pokalanie

Janusz Głowacki

Good night, Dżerzi

Z głowy

Manuela Gretkowska

Kobieta i mężczyźni

Miłość po polsku

Henryk Grynberg

Uchodźcy

Inga Iwasiów

Smaki i dotyki

Bambino

Ku słońcu

Aleksander Kaczorowski

Praskie łowy

Michał Komar

Wtajemniczenia

Mariusz Maślanka

Bidul

Jerzy Pilch

Miasto utrapienia

Moje pierwsze samobójstwo

Marsz Polonia

Edward Redliński

Telefrenia

Eustachy Rylski

Człowiek w cieniu

Warunek

Wyspa

Na Grobli

Juliusz Strachota

Oprócz marzeń warto mieć papierosy

Bronisław Wildstein

Mistrz

Piotr Wojciechowski

Doczekaj nowiu

Serce dogry

Piotr Zaremba

Romans licealny

Rafał Ziemkiewicz

Ciało obce

Żywina

Dedykacja

Olesi

1

niedziela, 21 listopada 2010

W autobusie PKS leciałoOne Way Ticket, jakbym miał już z tej podróży nie wrócić. Wcześniej remontowali tory. Z tego powodu pociąg wlókł się z Warszawy do Szczecina Dąbia dziewięć godzin. Przez całą drogę siedziałem w warsie, piłem kawę i wysłuchiwałem zwierzeń przygodnie poznanego studenta awuefu, który udawał, że uczy się do egzaminu z fizjologii mięśni. Nie uczył się.

Przed Szamotułami pociąg stał długo w polu. Po stalowoszarym niebie dostojnie leciały tysiące czarnych ptaków. Kruki? Wrony? Gawrony? Za zamkniętym, brudnym oknem sunęły w zupełnej ciszy. Ale wiedziałem, że na zewnątrz pełno jest ich krakania, a tam, w górze, słychać szybki, gwałtowny trzepot ich czarnych skrzydeł, drganie rozgarnianego powietrza. Gdzie one się wybierają, przecież wrony nie odlatują na zimę? Leciały w tym samym kierunku, co pociąg: na północ. Wrony są przekorne. Widocznie na znak buntu postanowiły odlecieć do zimnych krajów. Z rozładowanej do ostateczności empetrójki leciała coraz cichsza muzyka Preisnera z filmuBiały. Niezły power. Idealny podkład muzyczny do tych lecących w ciszy wron! Gawronów. Nie wiem zresztą czego, czarnego czegoś.

Ze studenta nie miałem już pożytku: wyciągnął długopis i zagłębił się w krystalicznie abstrakcyjny świat sudoku. Potem wysiadł we Wronkach. Wow! Mieć egzamin z mięśni we Wronkach. Egzamin w więzieniu, bo tylko z tym mi się te Wronki kojarzyły. Jak zwykle wypatrywałem jego gmachu i jak zwykle nie dało się zobaczyć. Chyba już zawsze będę go sobie tylko wyobrażał, może i dobrze, bo żaden realny budynek nie sprostałby tym wyobrażeniom. Więźniowie często z nudów, żeby coś robić, całymi latami ćwiczą mięśnie, robią pompki. Chyba przysnąłem, bo moja wyobraźnia zapełniła się umięśnionymi więźniami w pasiakach i studentami zdającymi egzamin z mięśni, pokazującymi wskaźnikami tricepsy na napiętych rękach więźniów.

Po piętnastej nagle zrobiło się ciemno, jakbyśmy wjechali w niekończący się tunel. Z nudów odczytywałem i kasowałem stare wiadomości tekstowe. Czynność, która jest tak beznadziejna, że po jakimś czasie przyprawia o mdłości. Nieaktualne, dotyczące spraw warszawskich, sesji zdjęciowych, wywiadów, użerania się o kasę, kilka od właścicielki mieszkania, Hiszpan Marioli, w sprawie czynszu, kilka telekodów z banku, bo płaciłem przelew za ZUS. Kasuj. Kasuj, wszystko skasować! Miałem dosyć stałego dostępu do Internetu, kupczenia swoim ciałem na Facebooku, czytania gównianych plotek, brandzlowania się, rozkojarzania, latania po warszawskich galeriach sklepów, chciałem wyciszenia. Teraz kasowałem to wszystko.

Wysłałem esemesa do RobertMisdroy: „jakoś się telepię, będę około jedenastej w nocy, zapal latarnię przed domem, próchniejemy!”. Oczywiście drwal nie odpowiedział. Albo sieć nie łapała, albo mu się nie chciało, albo w ogóle od tygodnia nie włączał komóry, bo „zamknął się w sobie”.

Przez okno nie dało się już patrzyć. Przeleciało widmo stacji Krzyż, zawyło jak wilk w polu i natychmiast znikło. Mignęły światła. Zawył inny pociąg. Podróż robiła się zbyt długa, powinna się już skończyć, jej czas minął, właściwie już się skończyła. A jednak trwała. Pociąg widmo. Pusty. Poza mną była tylko jedna kobieta w drugiej klasie, która od wielu godzin czytała pisma kobiece.

Z notebookiem w torbie wyszedłem do toalety, w lustrze patrzyłem swojemu znudzeniu prosto w przekrwione oczy. Patrząc na siebie, doszedłem do wniosku, że jednak wyśmiany zwyczaj noszenia grzebienia w tylnej kieszeni spodni nie był taki głupi. Ktoś szarpnął klamką.

Przykro mi, zajęte.

Znowu. Już myślałem, że przestał, a tu pięć razy z rzędu. Z impetem. Szarpanie. To chyba ta od pisma, bo kto inny? Znowu.

– To mnie, kurwa, zabij, babo, że siku robię! – krzyknąłem. Właśnie że będę siedział.

W końcu wyszedłem. Dziad. Jakiś zupełnie nieznany mi dziad trzymający bidon. Spojrzałem na niego wyniośle.

Przylepiałem od spodu do blatu kolejne wyżute gumy z nikotyną. Czyściłem paznokcie wykałaczką. Wypij ałem mleczka do kawy. Wyginałem plastikowy patyczek do mieszania, aż się złamał. Kiedy zniszczyłem już wszystko, co było na stoliku, zacząłem wróżyć sobie z wnętrz (niezniszczalnych) nakrętek soczków Tarczyn. Wszystkie mówiły mniej więcej to samo. One way ticket. Świat wokół zaczynał składać się z mądrości podnakrętkowych, czy wiesz, że kość udowa człowieka jest bardziej wytrzymała od betonu? Ciekawe, czy gdyby dowiedzieli się o tym faszyści, budowaliby z kości udowych bloki?

Czasami coś notowałem w zeszycie. Na przykład napisy na oświetlonych murach stacji. Obserwowałem, jak przedostajemy się ze strefy wpływów jednej drużyny do drugiej, aż w końcu miały pojawić się napisy wychwalające Pogoń, a wbijające w błoto niedawno chwalonych. Pogoń będzie rządziła już do samego morza. Stargard Szczeciński, bida pomorska. Empetrójka dotrwała dzielnie do końca na ostatniej kresce. Komórka miała aż dwie. Trzeba wgrać coś nowego, bo już wszystko znam aż za dobrze. Tylko skąd wziąć coś nowego? Przestałem się rozwiać muzycznie, przestałem absorbować nowości, a stare się zgrało.

Strasznie, po prostu strasznie chciało mi się palić. Ale miałem nie palić. Miałem żuć gumy z nikotyną. To przynajmniej nie jest rakotwórcze.

Wysiadałem na Dąbiu. Węzeł kolejowy. Wnętrze dworca, oświetlone tylko przepalonymi neonówkami, było noclegownią bezdomnych żuli. Dwa nieczynne kioski zawalone kolorowym szajsem. I papierosami. Papierosy mają coraz brzydsze etykietki. W bufecie leżały za szkłem szare kurczaki i tak zwana łatwa żywność: batoniki, herbatniki, chipsy i jakaś sałatka ziemniaczana, która biła rekordy na giełdach indeksów glikemicznych. Jak zwykle miałem ze sobą własne jedzenie w plastikowym pudełku: jabłko, banana, obrane awokado i wodę mineralną.

Byłem jedynym gościem. Z kawą w tekturowym kubku, która parzyła mi rękę, wyszedłem przed dworzec prosto w monotonny dźwięk dzwonów. Mróz objął mnie zaraz szczelnie ze wszystkich stron. Mróz i w tym mrozie dzwony. Para leciała mi z ust, jakbym zapalił niewidzialnego papierosa. Usiłowałem jednak nie palić. Nie chciałem już ani palić, ani pić, ani ćpać, ani żreć, ani uprawiać seksu, ani nic. Tylko odczuwać i zapisywać. Jak najdłużej się da. Może nawet nie zapisywać. Złapałem się za USB, wiszące mi na piersi pod swetrem jak talizman. Nawleczone na rzemyk. Poza nim nawleczona jeszcze była przez dziurkę noga od starej lalki Barbie, którą bawiłem się w dzieciństwie. Da radę. Jeszcze raz, od początku, nauczę się pisać.

Musiałem podejść spory kawałek z walizą do przystanku pekaesu. Dzwony dzwoniły, no tak, niedziela. Było ciemno, była mgła. Albo dym. Trudno powiedzieć. Po prostu paliła się późna jesień. Dym, koks, węglowy pył i mróz. Jakby ktoś napalił oponami i starymi meblami, ławkami z parku, pianką z materaca, zużytymi dezodorantami, całym cygańskim syfem. Jakby z tego zrobił się czad. Jakby dzwony dzwoniły na pożar. W tych dzwonach po uszy kilka zaczadzonych miejscowych bab i jeden zaczadzony facet czekali ze mną. Facet palił. W mrozie czuć inaczej. Wszystkie te piece, przypalone mleko – kolekcjonowałem nieoczywiste zapachy. Kolekcjonowałem je przez nos.

W końcu z dymu wyłonił się stary autobus. Kiedy podszedłem do szofera i wypowiedziałem wakacyjne słowo „Międzyzdroje”, ironicznie zmrużył oczy i mruknął pod wąsem „Międzyzdroje”, jakby chciał się upewnić, że ktoś jeszcze chce tam jechać. Międzyzdroje, no, bratku, droga wolna, ale ja nie ręczę, na twoją odpowiedzialność. Po czym zamknął drzwi i pogłośnił Radio Złote Przeboje, w którym puszczali akuratOne Way Ticket. Ruszył. Przylepiłem się do okna. Czarną rękawiczką bez palców zrobiłem plamę w zaparowanej szybie i wyjrzałem. Mijaliśmy zakład szewski. Dzwony już były we mnie i dzwoniły dalej.

Miejscowi wracający z pracy w Szczecinie podchodzili do szofera i prosili o wysadzenie koło swojego domu, czasem nawet nadkładał drogi i podjeżdżał pod samą bramę. Dwie dziewuszki jedzące suszonego słonecznika gadały o tym, jakie są zmęczone. Jedna dzisiaj wstała o piątej rano. Ja akurat też. Mieszkali w nowych willach, wszystkich takich samych. Nowoczesne polskie dworki z witrażem w drzwiach, gipsową boginką w ogrodzie, kolumienkami i spadzistym dachem. Ciemności rozświetlały zapalające się na podjazdach fotokomórki. Do jutra – do jutra.

To była naprawdę piękna okolica. Lasy iglaste, do morza godzina autem, wszędzie jeziora. Po lewej leniwie obracały skrzydłami rzędy białych wiatraków generujących prąd. I tak już stoją te wiatraki aż do samego Berlina. Niektórzy wchodzili, podawali nazwę sąsiedniej wsi, wręczali odliczone, śmiesznie małe pieniądze, ale gdy przejechaliśmy nowoczesny, żółty most i wjechaliśmy na wyspę Wolin, zostałem sam. Intensywny zapach tapicerki, intensywna amerykańska muzyka. Sieć traci zasięg. Listopad.

Codziennie święto zmarłych.

Po godzinie zaczęły się ledwo widoczne w dymie zabudowania pseudomiejskie, krajobraz zdemolowany szyldami i tablicami reklamującymi noclegi, ryby z grilla, kiełbasy, lody, wolne pokoje, kolonie, bursztyn, wszystko po niemiecku, pod Niemca… Więc i ja powiedziałem dokładnie, gdzie chcę wysiąść. Koło hotelu Wolin. Kierowca miał dalej ironiczny uśmiech, kiedy upewniał się, czy na pewno tu chcę wysiąść. Wysiadłem, autobus odjechał. Zostałem sam. Było ciemno, zimno, kuliłem się pod uderzeniami wiatru. Szedłem skrajem nieoświetlonej szosy. Po lewej miałem działki, po prawej mgłę, ale wiedziałem, że tam pola, nieużytki, kałuże i wyrastające w nich byle jak, bez ładu i składu domy, pensjonaty.

Waliza na kółkach raz po raz wpadała w lekko zamarzniętą kałużę. Powłoka lodu pękała i buty lądowały w wodzie. Ogarnęło mnie poczucie dzikiego szczęścia. Wokół nikogo! Cisza, tylko buczki przeciwmgielne miarowo buczały od strony portu w Świnoujściu. Zrobiłem to! Wyrwałem się! Tu mnie nikt nie dosięgnie! Wyrwałem się o najbardziej niesprzyjającej porze roku, kiedy najtrudniej wszystko rzucić, i oto jestem wyrwany, tu już mnie Warszawa nie dosięgnie. Upewniłem się, czy komórka łapie sieć. Kompletnie nie łapała!

Na głównej ulicy kilku bezrobotnych lujów epatowało tandetnym, dresiarskim erotyzmem. Skutecznym jak disco polo puszczane na mrozie. Popite rozwodnionym piwem z kija. W dymie dogasających grillów.

Wyciągnąłem z portfela wyrysowany w lecie plan. Oświetliłem komórką. Przejść do ostatniego zejścia nad morze, minąć je, minąć port i po prawej wejść w las obrastający Kawczą Górę.

Jeśli nie jesteś weteranem zadawania się z facetami od małych domków, już odpadłeś z gry. W turystycznej wiosce, w której po sezonie nikt nie mieszka, nie palą się latarnie, a ty, niedoświadczony, nie zabrałeś latarki. Jak dobrze, że ja to nie ty. Szedłem drogą bez pobocza, gdyby ktoś jechał, wyrósłbym mu z tej mgły prosto pod kołami. Zawiesiłem sobie na szyi latarkę pulsacyjną, bo przygotowałem się jak do wyprawy na Mount Everest i – jako osoba po przejściach i w sumie już nawet mogąca pobierać rentę za straty wynikłe z obcowania z wariatami – śmiało wszedłem w ciemny, zimny, mokry, zajebisty las. Patrzyłem na bezlistne drzewa i zmokłe krzaki, latarka wyciągała z ciemności kolory – wszystkie czarne i szare. Tylko te kulki bielały na krzakach, którymi w dzieciństwie tak lubiłem strzelać. Rozdeptywało się je nogą i wtedy wybuchały. W lecie grasowały tu dziki, ale o tej porze krajobraz był martwy. Byłem uzbrojony po zęby w paralizator i pistolet gazowy. W nieco rozładowany paralizator i nieco nienaładowany pistolet, które to gadżety świeżo pożyczył mi mój fan, pracownik brygady antyterrorystycznej, Żmija. Teraz mogłem nimi najwyżej przywalić komuś po głowie. Natomiast nie miałem nic na duchy. Nigdy nie wierzyłem w Boga. Legalnie należę jednak do parafii św. Rodziny we Wrocławiu. Ponieważ wbrew mojej woli, którą już wówczas, jako bobasek, wyrażałem donośnym płaczem i rozchlapywaniem wody święconej, zostałem ochrzczony. Natomiast jeśli jeszcze w cokolwiek wierzę, to w duchy. A właśnie po bokach miałem porosłe krzakami bunkry z czasów drugiej wojny, teraz pełno w nich było wody i duchów. Tych z wojny. A także młodszych. Bo jak opowiadał mi masażysta pan Zbyszek, kilku wyrostków grzebało tu po wojnie, bawiło się w Indian i ponatykało na miny. Woda uaktywniała ektoplazmę. To nie było przyjemne.

Las szumiał, bo szedłem wzdłuż morza, górą. Teraz miał być jakby radar na wydmach, ale plan był rysowany w lecie, świeciło słońce. Przy pierwszych odwiedzinach faceta z małym domkiem zabłądzenie ma się już w pakiecie. Oczywiście Robert mógłby mnie odebrać, lecz ci najbardziej rasowi faceci od domków popadają w pewien rodzaj transu, zwanego zborsuczeniem, to coś jak sen zimowy. Patrzenie w ogień i słuchanie muczenia wielkiej krowy przeciwmgielnej – muuuu – muuuu – muuuu – dobiegającego z dalekiego portu nie działa ożywiająco.

Na wypadek nieznalezienia domku miałem tylko termos z kawą, ciasteczka imbirowe, pudełko z owocami i parasol. Szedłem więc, a las się skończył. Po lewej wydmy, po prawej pola, pola, ścierniska, piachy, gdzieniegdzie sosenka, gdzieniegdzie kłoda, krajobraz niezdefiniowany i pastewny. Potem znowu zaczął się las iglasty z ledwo widoczną dróżką. Wszedłem w ciemność. Teraz miałem iść dwadzieścia minut tym laskiem.

Waliza na kółkach cała obłocona podskakiwała na kłodach i rozbijała cienki lód na powierzchniach kałuż. W końcu zauważyłem światło. Na horyzoncie wyłonił się cudowny mały domek, uroczy zakątek. W swoim zborsuczeniu Roberto ograniczył się tylko do otwarcia na oścież furtki i zapalenia latarni na ganku, abym z daleka widział drogę do polany. Miałem moje zeszyty, miuzik, kawę. Zaraz zamierzałem zabrać się do pisania tego kryminału!

To była stara leśniczówka. Z piętra musiał być widok na morze i dziką plażę, ze wszystkich innych stron dom otaczał niski zagajnik z karłowatymi sosenkami, które w lecie tak intensywnie pachniały w upale, a zamiast w ogrodzie – stał na polanie. Druty elektryczne po chamsku przeciągnięto od słupa. Z komina leciał dym, na dole przez zasunięte okiennice przeświecało chybotliwe światło. Wszedłem przez otwartą na oścież furtkę i zamknąłem ją za sobą na skobel. Zaskrzypiała.

Waliłem w drzwi i waliłem, była na nich kołatka, stare mosiężne kółko, dzwonka nigdzie nie widziałem. Ale niełatwo zbudzić borsuka ze snu zimowego.

Wreszcie otworzył mi nieco nieprzytomny drwal w zużytej, flanelowej koszuli w kratę i kalesonach. Widać nie uznawał pidżamy i wzorem bohaterów dramatów radzieckich sypiał w gaciach. Jaki kontrast z jego pstrokatą pseudoelegancją z czasów sezonu! Teraz był zdecydowanie prawdziwszy. Siwy, tygodniowy zarost i zmierzwione brwi. Włosy wyglądające z nosa i uszu, zero użycia trymeru. W przeciwieństwie do sezonu, już nikt by mu nie uwierzył, że ma czterdzieści pięć lat. Grubo po pięćdziesiątce!

Z pokoju dochodziły przedwojenne polskie przeboje. Już latem wspomniał, że ma gust nieco retro, tak się poznaliśmy, o ile można tu mówić o znaniu. Facetów od małych domków nigdy nie rozgryziesz. W knajpie jakimś cudem leciała Ordonka. On siedział przy barze i gapił się w swoje piwo, a ja wróżyłem z fusów mojej pozbawionej fusów kawy. Fajne, zagadał.

OK, odparłem, ja też lubię retro. Lubię to. Użytkownik Michał lubi to. Od słowa do słowa potoczyła się rozmowa. Nie kłamałem, lubiłem stare piosenki i stare pozy, miny oraz cały ten zmanierowany kram. Chociaż łatwo się przejadał i nudził, dusił. Ale byłem z pokolenia Facebooka, wrzucałem i można było mi też wrzucić linka z czymś retro, zobaczę i zapomnę. A może właśnie nie, może właśnie to wszystko w nas zostaje, antologia powiększa się i pęka w szwach? Może pamiętamy każdego linka, każdą najgłupszą piosenkę?

Teraz stałem w drzwiach z walizką, a on gapił się, jakby zobaczył ducha, choć był uprzedzony. Miałem dla niego oryginalną płytę ebonitową z Zarą Leander po szwedzku, nagraną jeszcze przed tym, jak Hitler zrobił czystki w UFA i trzeba było ogłosić nabór w koloniach. I Zara sprowadzona została do hitlerowskich Niemiec jako naczelna diwa posiadająca zamki i podróżująca z walizami pieniędzy (nie uznawała banków). Mocny stuff, jakiego nie znajdziesz na YouTubie.

Odruchowo wyjrzał na ogród-polanę za moimi plecami. Zgasił latarnię nad drzwiami i polana znikła. Pośpiesznie zamknął za mną kratę na kłódkę, a potem jeszcze solidne, antywłamaniowe drzwi, aby nie naleciało zimna. Na trzy zamki. Poczułem się zamknięty.

Wiatrołap robił najwidoczniej za lodówkę, było w nim zimno, pachniało wilgocią, starą bramą i jedzeniem. Którego ukoronowaniem był wiszący na ścianie zając. (Konotacje: strzelba, myślistwo, kłusownictwo, jest uzbrojony? Za nic nie tknę tego ścierwa, nikt ci go nie proponuje, czy są tu wilki? Mam nóż, paralizator trzeba naładować!). Wisiał do góry nogami, uwiązany jak pęczek ziół, a z rozchylonego pyszczka wystawał różowy języczek. Jak zasuszony listek.

Bez słowa wziął płytę, odwrócił się do mnie plecami, kazał zdjąć buty, kurtkę i zostawić w wiatrołapie, po czym wszedł do pokoju, z którego dobiegały dźwięki przedwojennej piosenki, a ja ostatni raz rzuciłem okiem na zająca z wywalonym na wierzch języczkiem, szczelnie zamknąłem drzwi i wraz z obłoconą walizą wszedłem za nim do pokoju.