11 osób interesuje się tą książką

Opis

W Hallasholm Stig przygotowuje się do wielkiego turnieju, w którym zostanie wyłoniony najwaleczniejszy spośród wojowników Skandii. Późną nocą ktoś stuka do jego drzwi, ktoś kogo Stig nie spodziewał się już nigdy zobaczyć – przybywa z prośbą o pomoc. Z prośbą, której Czaplom nie godzi się odrzucić, bo chodzi o misję ratunkową na niespotykaną skalę.

 

Daleko, na przeciwległym krańcu oceanu, leży miasto i cesarstwo Byzantos, nękane napaściami pirackich hord. Agresorzy porwali syna cesarzowej Justyniany. Drużyna wyrusza pod osłoną ciemności, by ocalić chłopca z rąk porywaczy. Ich okręt wyrusza na południe, płynąc ku wyspie Santorinos, gdzie nad zalanym falami oceanu gigantycznym kraterem dawno wygasłego wulkanu na niedostępnym urwisku wznosi się potężna twierdza.

W siódmej części kipiącej od fascynujących przygód serii Drużyny, Czaple zmagają się z piratami pośród wzburzonych morskich odmętów. Na ich barkach spoczywa odpowiedzialność za losy imperium!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 402

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Brotherband. The Caldera

First published by Random House Australia 2017

This edition published by arrangement with Random House Australia Pty Ltd

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2017

Copyright © John Flanagan 2017

All rights reserved.

Redakcja: Anita Rejch, Anna Pawłowicz

Korekta: Ewa Mościcka

Skład i łamanie: Ekart

Typografia na okładce: Rafał Sadowski

Cover illustration © by Jeremy Reston

Cover design and typography © by www.blacksheep-uk.com

Heron illustration © by David Elliot

Copyright for the Polish edition © 2017 by Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ISBN 978-83-7686-643-7

Książka dla czytelników w wieku 11+

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Kazimierzowska 52 lok. 104

02-546 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

youtube.com/wydawnictwojaguar

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

snapchat: jaguar_ksiazki

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Część pierwszaTWARZ Z PRZESZŁOŚCI

Rozdział 1

Zwalisty mężczyzna rzucił się na Stiga.

Wyciągał przed siebie ramiona, jakby chciał wziąć go w objęcia, zginał palce, gotowy do chwytu. Był wyższy od Stiga i cięższy o dobre kilkanaście kilogramów. Miał potężnie umięśnioną klatkę piersiową i ramiona. Stig spostrzegł, że jego skóra lśni od oliwy, i zdążył jeszcze pomyśleć, że to nie całkiem zgodne z zasadami turnieju.

W następnej sekundzie obaj zderzyli się z głuchym plaśnięciem. Jeśli atakujący sądził, że siła uderzenia pozbawi Stiga tchu, to się przeliczył. Młody wojownik miał dość krzepy, żeby oprzeć się jego impetowi. Cofnął się tylko o pół kroku, ale poza tym zachował równowagę.

Pozwól mu zacząć – brzmiała rada Thorna. – Niech pokaże, na co go stać.

Okazało się, że przeciwnika nie stać na nic szczególnie zręcznego czy oryginalnego. Opasał Stiga ramionami w niezdarnym niedźwiedzim uścisku, po czym usiłował odchylić się w tył, w nadziei że zdoła dźwignąć przeciwnika do góry, odrywając jego stopy od ziemi, a potem ściśnie jego klatkę piersiową, uniemożliwiając oddychanie, aż ten zawiśnie bezradnie w powietrzu.

Stig jednak daleki był od bezradności. Poza tym już podczas poprzedniego starcia zauważył, że to ulubiona taktyka Orena. Kiedy poczuł, że mężczyzna usiłuje go zmiażdżyć i przyciąga do siebie, Stig wsunął prawą rękę pod jego podbródek, wbijając łokieć w pierś, po czym wzmocnił blokadę lewą ręką. Dopóki powstrzymywał go w ten sposób, napastnik, usiłując go dźwignąć, próbował zarazem podnieść samego siebie.

Osiłek stęknął i szarpnął się, chcąc oswobodzić podbródek z żelaznego uścisku dłoni. Stig jednak tylko wzmocnił chwyt i na chwilę obaj mocujący się zapaśnicy znieruchomieli. Im bardziej Oren się wysilał, tym szybciej tracił siły. Brakowało mu jednak wyobraźni, a może inteligencji, by zmienić taktykę. Do tej pory, ten sposób zawsze okazywał się niezawodny. Dlaczego nie teraz?

Dotychczasowi przeciwnicy nie potrafili znieść morderczego uścisku. Nawet jeśli byli na niego przygotowani, nie dawali rady mu się oprzeć.

Natężył mięśnie jeszcze raz, dokonując nadludzkiego wysiłku, by jednak poruszyć przeciwnika. Poluzował przy tym chwyt w pasie, w swoim mniemaniu przygotowując się tym samym do rozstrzygającego trzymania, miażdżącego jak w imadle… Ale Stig natychmiast wyczuł odpowiednią chwilę – ba, czekał na nią i spodziewał się, że nastąpi. Błyskawicznie odwrócił się do przeciwnika plecami, szarpnął biodrami do przodu, by zyskać nieco przestrzeni. Poczuł, że uścisk jeszcze zelżał, a wtedy rzucił się z całej siły w tył, aż zdezorientowany przeciwnik runął na plecy. Od uderzenia o ziemię i ciężaru Stiga, który się na niego zwalił, dech uszedł Orenowi z piersi.

Stig tymczasem wyswobodził się z jego osłabłych na chwilę ramion, przeturlał się w bok i zerwał się na nogi, stając w klasycznej pozycji zapaśnika, z ramionami wyciągniętymi przed siebie.

Przez ułamek sekundy wahał się, mógł się teraz rzucić na leżącego i próbować go obezwładnić. Uznał jednak, że na to jeszcze za wcześnie. Podczas tych zapasów zawodnicy walczyli do pierwszej przegranej, należało więc wybrać idealny moment, by odnieść decydujące zwycięstwo. Gdyby zaatakował zbyt wcześnie, cięższy przeciwnik mógłby go z siebie zrzucić, zyskując wówczas przewagę. Należało go osłabić, nim będzie można pozwolić sobie na walkę w parterze.

Osiłek z wolna dźwignął się i spoglądał na Stiga podejrzliwie. Ta walka dotąd wcale nie rozgrywała się po jego myśli. Młodszy, zwinniejszy przeciwnik nieoczekiwanie okazał się nad wyraz zręczny. Bez trudu posłużył się najskuteczniejszą z technik, a potem powalił rywala na ziemię.

Przez kilka sekund stali naprzeciwko siebie. Potem, jak na komendę, równocześnie skoczyli do ataku. Stig mocno chwycił przeciwnika za kamizelę na ramionach i z całych sił go odepchnął. Tamten odruchowo zrobił to samo, a wówczas Stig ustąpił; wykorzystując siłę i masę przeciwnika, pociągnął go za sobą. Lewą nogą cofnął się o krok, stopę prawej nogi wbił w jego brzuch i szarpnął się całym ciałem do tyłu. Oren podążył za nim, poddając się impetowi własnego pchnięcia. Stig, padając miękko na piasek, teraz pchnął także drugą nogą, wciąż mocno ściskając w dłoniach kamizelę tamtego, a w ostatniej chwili – puścił. Osiłek przekoziołkował w tył, pchnięty obiema nogami Stiga wzleciał jeszcze w górę, by w następnej chwili z potężnym tąpnięciem wylądować na plecach.

Stig momentalnie odwrócił się, dźwignął na łokciach i kolanach, wstał. Tym razem otumaniony po dwóch potężnych upadkach przeciwnik wciąż jeszcze nie mógł złapać tchu. Nim zdołał odetchnąć, Stig siedział już na nim, przygważdżając go do ziemi.

Sędzia, który z niemałym zainteresowaniem obserwował to starcie, ale dotąd stał bez ruchu, teraz przyjął pozycję na czworakach, żeby przyjrzeć się z bliska. Stwierdził, że oba ramiona powalonego zostały przyciśnięte do piachu, i klepnął dwa razy dłonią o ziemię.

– Raz! Dwa! Punkt!

Stig uniósł się, najpierw na kolana, a potem wstał. Pochylił się, wyciągając dłoń do przeciwnika.

– Tym razem miałeś pecha, Oren – odezwał się, gdy tamten dźwignął się z trudem, nadal ciężko dysząc.

– Jakiego tam pecha – zaprzeczył stanowczo Oren. Potrząsnął głową. – Byłeś dla mnie za szybki. Za szybki i za kumaty.

Stig wzruszył ramionami.

– Nie przesadzaj. Jaki tam znowu kumaty?

Oren wierzchem dłoni otarł piasek z twarzy.

– Pokonałeś mnie i tyle – stwierdził wyraźnie niezbyt zadowolony z tego faktu. – Znaczy, wysuwasz się na prowadzenie, no nie?

Obaj uczestniczyli w zawodach, ubiegając się o tytuł Magtiga, czyli Potężnego. Zawody obejmowały serię różnych konkurencji. Pozostały jeszcze dwie: bieg na pięć kilometrów, w którym Stig był faworytem, oraz pojedynek, w którym wróżono mu drugie miejsce lub zwycięstwo – zależnie od tego, kto przyjmował zakłady. Nikt natomiast się nie spodziewał, że Stig zwycięży w zapasach. Oren był większy, cięższy i silniejszy. Nieoczekiwane zwycięstwo sprawiło, że Stig uzyskał pozycję niemal nie do odebrania. Wystarczyło, żeby wygrał bieg, czego wszyscy się spodziewali, a wynik pojedynku nie miałby już żadnego znaczenia. Wiadomo było, że również w tej dziedzinie zajmie co najmniej drugie, najwyżej trzecie miejsce, a to w zupełności wystarczy do ogólnego zwycięstwa.

– Cóż, na to wygląda – przyznał Stig.

Oren pokiwał głową.

– Niech ci będzie, powodzenia. Przynajmniej będę mógł powiedzieć, że pokonał mnie zwycięzca turnieju. To już coś.

Podniósł dłoń na pożegnanie. Odwrócił się i odszedł, lekko kulejąc, bo potłuczone mięśnie grzbietu dawały mu się we znaki.

Stig poczuł czyjąś dłoń na swoim ramieniu. Odwrócił się, ujrzał uśmiechniętą twarz Hala, swojego najlepszego przyjaciela i przywódcy Bractwa.

– Nieźle ci poszło – pochwalił go Hal.

Stig również się uśmiechnął. Doskonale zdawał sobie sprawę, ile zyskał dzięki temu zwycięstwu w zapasach – dzięki wygranej, której nikt się nie spodziewał.

– Co tam, to przecież drobiazg – powiedział i zaśmiał się, ale spoważniał, widząc wyłaniającą się zza ramienia Hala brodatą twarz Thorna.

– Dzięki, Thorn, za ten sposób z łokciem – powiedział. – To go zupełnie zaskoczyło.

Thorn wzruszył ramionami

– A nie powinno. Przez cały turniej stosował tę samą technikę niedźwiedziego uścisku. Mógł się spodziewać, że ktoś wpadnie na pomysł, jak ją skontrować.

– Może i tak, ale jakoś nikt nie wpadł. Krótko mówiąc, jeszcze raz dziękuję.

Thorn skinął głową.

– Ładnie wykonałeś ten rzut – pochwalił. – Na pewno sporo trenowałeś, co?

Hal odpowiedział za przyjaciela, rozcierając lędźwie prawą dłonią.

– Można tak powiedzieć – stwierdził żartobliwie urażonym tonem. – Rzucał mną raz za razem na łące za domem mojej mamy. Nie ma teraz skrawka mojego ciała, który nie byłby posiniaczony.

– Co ty powiesz? Nic nie widziałem.

Stig sięgnął po kurtę, zarzucił ją na ramiona. Teraz, gdy już ochłonął po walce, zaczął czuć chłód, zwłaszcza że dzień miał się ku końcowi.

– Trenowaliśmy po nocach – wyjaśnił. – Przyszło mi do głowy, że nie wszyscy muszą wiedzieć...

Thorn potarł czubek nosa. Spoglądał teraz na młodego wojownika z większym uznaniem niż dotychczas.

– Sprytnie. Chyba dotarło do ciebie, że Magtig jest nie tylko najszybszy i najsilniejszy. W walce trzeba też myśleć.

Stig machnął ręką.

– To akurat był pomysł Hala. Nie mój.

Thorn zaśmiał się.

– Aha, teraz wszystko jasne – stwierdził. – Ważne, że ktoś myśli. – Poklepał Stiga po ramieniu. – Potężny to także ktoś, kto potrafi dobierać myślących przyjaciół.

Roześmiali się wszyscy trzej; ruszyli w stronę ogrodzenia otaczającego arenę zapaśniczą.

– Wybiorę się na nabrzeże, chcę przekazać załodze dobrą wiadomość – rzucił Hal.

– Nie oglądali walki? – zdziwił się Stig, ale na jego twarzy wciąż gościł uśmiech. Teraz mógł sobie na niego pozwolić. – Nie wierzyli, że wygram, co?

Hal zmieszał się.

– Nie o to chodzi. Mieli robotę. „Czaplę” trzeba odmalować po tym zdarzeniu z zeszłego tygodnia, więc pomyślałem, że warto przy okazji odnowić cały kadłub.

– Aha. A poza tym nie sądzili, że wygram, prawda? – upierał się Stig.

Hal pozwolił sobie na drobny uśmieszek.

– Ale na pewno się ucieszą, jak im powiem, że się mylili.

– Wpadnij potem do mnie – zaproponował Stig. – Trzeba to uczcić.

Hal pokręcił głową.

– Świętować będziemy jutro. Dziś muszę się stawić przed gildią żeglarską. Chcą omówić nasz ostatni rejs.

Uśmiech znikł z twarzy Stiga.

– Może jako pierwszy zastępca powinienem pójść z tobą i też zeznawać?

– Lepiej trzymaj się z daleka – powiedział Hal. – Nie chcę, żebyś był w to zamieszany, jeżeli sprawy się potoczą niepomyślnie.

– Niepomyślnie? Spodziewasz się kłopotów?

Hal machnął obiema rękami.

– W radzie gildii zasiada kilku osobników cechujących się dość tradycyjnym sposobem myślenia. Uważają, że podczas rejsu powinienem sporządzać bardziej szczegółowe zapiski. O co nietrudno, bo nie sporządzałem żadnych – dodał. Uśmiechnął się przy tym, ale Stig zauważył, że ten uśmiech nie znalazł odzwierciedlenia w oczach skirla.

– Nie przejmuj się, Stig – wtrącił Thorn. – Ja z nim pójdę i jeśli będzie trzeba, pomogę wyjaśnić ewentualne nieporozumienia. – Potrząsnął ciężkim drewnianym hakiem kończącym jego rękę zamiast dłoni. – Jeżeli będzie trzeba, rozbiję kilka łbów.

Hal położył dłoń na przedramieniu Thorna.

– Jestem pewien, że obejdzie się bez tego.

Thorn skrzywił się.

– Nie traćmy nadziei – odpowiedział.

Rozdział 2

„Czapla” spoczywała na plaży opodal głównej przystani. Załoga wyciągnęła okręt na brzeg podczas przypływu, posługując się przy tym rolkami z pni. Kadłub był podparty z obu stron, aby utrzymać pokład w pozycji poziomej.

Tydzień wcześniej „Czapla” stała przycumowana do mola tuż za Wilczym Wichrem oberjarla Eraka. Jeden ze statków rybackich zerwał się z kotwicy, a następnie podryfował tak nieszczęśliwie, że uderzył dziobem w sterburtę „Czapli”, wgniatając i roztrzaskując dwie z górnych desek na odcinku około trzech metrów.

Arndt, właściciel statku rybackiego, wielce ubolewał z powodu wyrządzonych szkód. Przykro mu było, że choć nie z jego winy, ale za sprawą stanowiącego należącej doń jednostki, uszkodzony został zwinny mały okręt. Hal co prawda z początku się złościł, ale przyjął przeprosiny, bo przecież doskonale wiedział, że takie rzeczy się zdarzają, bo przy burzowej pogodzie kotwica nie zawsze wytrzyma.

Ponadto szkody były powierzchowne, rozwalone deski znajdowały się wysoko nad linią zanurzenia.

Arndt chciał pokryć wszystkie koszty naprawy.

– Zabierzcie okręt do stoczni Andersa – powiedział. – A rachunki przyślijcie do mnie.

Hal jednak na to się nie zgodził.

– Sam wszystko naprawię. Ty możesz zapłacić za deski.

Hal był doświadczonym szkutnikiem. „Czaplę” wybudował właściwie sam. Wykorzystał projekt niewielkiego wilczego okrętu, którego konstrukcję rozpoczął pewien podstarzały wojownik, lecz nie zdążył dokończyć dzieła, bo nagle zmarł na atak serca. Hal co prawda szanował Andersa, ale swojego ukochanego okręciku nie powierzyłby nikomu, nawet jemu.

Usunął uszkodzone deski, na ich miejsce dopasował dwie nowe. Miejsce, w którym łączyły się ze starymi, wypatrzyć można było tylko z bliska, a i tam trzeba było dobrze się przyglądać. Jedyna różnica polegała na tym, że świeże drewno odróżniało się kolorem, Hal skorzystał więc z okazji i zarządził odmalowanie całego kadłuba, co zresztą od dawna miał w planie. W minionym roku „Czapla” przebyła długą drogę na morzu, słona woda i wicher zrobiły swoje, słoneczna spiekota także – tu i ówdzie odchodziły płaty niebieskiej farby. Tym razem Hal postanowił zastąpić błękit ciemną morską zielenią.

– To lepszy kolor; lepiej się sprawdzi, gdybyśmy się wybrali w okolice, gdzie nie będziemy chcieli rzucać się w oczy – wyjaśnił Stigowi. Jego zastępca tylko skinął głową. Przez lata, które spędzili razem na morzu, zdarzyła się już niejedna taka okazja.

Ponieważ Stig przygotowywał się do turnieju, a Hal obiecał, że mu w tym pomoże, młody skirl powierzył odpowiedzialne zadanie pokrycia burt farbą reszcie załogi. Ingvar, Edvin, Jesper i Stefan, nie migając się od wyznaczonego im zadania, wyciągnęli okręt na plażę, po czym zabrali się do czyszczenia kadłuba z pąkli i porostów, by przygotować go do malowania.

Pomagała im też Lydia. Zajęła się malowaniem drobniejszych części wymagających większej staranności, takich jak dulki czy drzewce wiosła sterowego oraz rzeźbień na dziobie i rufie. Te ostatnie zdobiła płatkami złota, co stanowiło pewną rozrzutność i Hal naśmiewał się z niej w cichości ducha – wiedział jednak, że miała jak najlepsze intencje, więc nie narzekał na dodatkowe wydatki.

– Zwróć uwagę – powiedziała – że to Arndt pokrywa koszty, nic mu się nie stanie, jeżeli wyda na nas parę groszy więcej.

Hal musiał przyznać, że kiedy skończyła, zdobienia prezentowały się znacznie lepiej niż przedtem. Co więcej, doszła go wieść, że dziewczyna zapłaciła za złoto z własnych pieniędzy. Był to z jej strony wyraz wsparcia dla niego i pozostałych członków Bractwa – gest, który przyjął z wdzięcznością.

Teraz prace miały się już ku końcowi. Hal stanął kilka metrów od okrętu, aby się przyjrzeć. Uznał, że podjął słuszną decyzję, wybierając morski kolor. Wyglądało to ładnie, ale przede wszystkim barwa ochronna pełniła znacznie ważniejsze funkcje. Zmrużył oczy, patrząc na okręt, starał się go sobie wyobrazić w ciemną, bezksiężycową noc. Będzie niemal niewidoczny – pomyślał – wtopi się w otaczające go wokół wody w tym samym właśnie, szarozielonym kolorze.

Ktoś mógłby sądzić, że jeszcze lepiej byłoby pomalować kadłub po prostu na czarno, ale Hal, poza tym że nie miał ochoty być dowódcą czarnego okrętu, wiedział z doświadczenia, iż czarny kadłub odcinałby się wyraźniej od połyskującej lub fosforyzującej lekko w ciemnościach powierzchni wody.

Jesper spojrzał na niego znad swojej pracy. Starł farbę z pędzla, podniósł się i zawołał na powitanie:

– Hal! Thorn! Jak tam Stig?

Słysząc jego głos, pozostali także przerwali zajęcia i odwrócili się w stronę nadchodzących towarzyszy. W odpowiedzi na pytanie Hal złączył dłonie i potrząsnął nimi nad głową w geście zwycięstwa. Załoga milczała przez chwilę, potem rozległy się triumfalne okrzyki.

– Wygrał? – spytał Edvin z niedowierzaniem w głosie. – Pokonał tego przerośniętego ogra?

– Spuścił mu porządne lanie – oznajmił Hal z szerokim uśmiechem.

– Jak mu się to udało? – spytał Ingvar. Załoga zgromadziła się wokół skirla, a szyper przedstawił ze szczegółami przebieg walki. Kiedy Hal doszedł do blokady wykonanej przez Stiga w odpowiedzi na niedźwiedzi uścisk Orena, gdy posłużył się łokciem i chwytem za podbródek, Stefan mruknął z podziwem.

– Kto go nauczył tej sztuczki? – spytał.

Wszyscy widzieli Orena w rozgrywających się od kilku tygodni walkach. Dotąd niedźwiedzi uścisk okazywał się taktyką nadzwyczaj skuteczną.

– A jak myślisz? – spytał Hal, uśmiechnął się i kciukiem wskazał zarośniętego wilka morskiego stojącego za nim. Rozległ się chór głosów uznania dla Thorna. W gruncie rzeczy żadnego z nich to nie zaskoczyło. Wszyscy doskonale wiedzieli, że Thorn, kiedy był młodszy, po trzykroć z rzędu zdobył tytuł Magtiga, czego nikomu nie udało się dokonać ani przed nim, ani po nim.

– A jak tam Ulf i Wulf? – spytał Jesper. Na wzmiankę o bliźniakach wszyscy głośno się roześmiali.

– Jeszcze nie wiem – odparł Hal. – Mogę jednak zaryzykować i założyć się, że dzisiaj będzie taki sam wynik jak wszystkie poprzednie.

Zawodnicy ubiegający się o tytuł Magtiga byli nominowani przez szyprów albo przywódców Bractw, do których należeli. Wyznaczano ich w uznaniu zasług na polu bitwy. Następnie oceny każdego kandydata dokonywał zespół sędziów, a jeśli stwierdzili, że chętny do zawodów dysponuje odpowiednimi możliwościami, dopuszczono go do turnieju.

Istniał jednak jeszcze inny sposób, by wziąć udział w walce o tytuł Potężnego. Zgłosić mógł się każdy, po czym następowały eliminacje. Konkurencje wyglądały tak samo, a więc był to bieg na długi dystans, szybki bieg na krótki dystans, pojedynek na drewniany miecz lub topór, rzut włócznią, zapasy i rzut toporem. Zwycięzca tego konkursu – o ile sędziowie uznali, że wykazał się szczególnymi umiejętnościami – mógł rzucić w tych samych dyscyplinach wyzwanie zwycięzcy głównych zawodów. Rzadko się zdarzało, by sędziowie wyrazili na to zgodę, i jeszcze rzadziej, by samozwańczy kandydat pokonał zwycięzcę – ale jednak się zdarzało.

Ulf i Wulf zgłosili się właśnie do tego konkursu amatorów – a właściwie zgłosił się najpierw Ulf, a natychmiast potem dołączył też Wulf.

Pozostali załoganci „Czapli” byli ciekawi, czy ich zmagania kiedyś dadzą efekty. W zasadzie się tego nie spodziewali, chociaż Jesper, jak to on, proponował każdemu zakłady.

– Przerwa! – zawołał główny sędzia. Obaj bracia cofnęli się. Ich klatki piersiowe unosiły się zmęczone zadawaniem ciosów i ich blokowaniem, atakami i obronami, cięciami, pchnięciami i fintami. Teraz długie drewniane miecze zdawały się ważyć dwukrotnie więcej niż wtedy, kiedy zaczynali. Po czterdziestu minutach pojedynku tarcze ciążyły na lewych ramionach, jakby zostały wykute z kamienia.

Spoglądali na siebie spode łba, tymczasem trzej sędziowie rozpoczęli naradę.

– Przyznaję osiem punktów Wulfowi – stwierdził jeden z nich.

Per, sędzia główny, wtrącił:

– Ale który to?

Pytanie o tyle zrozumiałe, że bracia, jak to bliźniacy, byli identyczni.

Woten, sędzia, który pierwszy się odezwał, pokazał palcem na czerwoną szarfę, jaką był przewiązany Wulf.

– Ten czerwony.

Per, sędzia główny, zmarszczył brwi.

– Czy aby na pewno?

Woten wzruszył ramionami.

– Nieważne, jak ma na imię. Przynajmniej dopóki Luda – wskazał ruchem głowy drugiego sędziego – liczy punkty dla niebieskiego. – Luda skinął głową, by potwierdzić, że nie liczyli punktów dla tego samego wojownika, a Woten uzupełnił: – Dwa trafienia w ramię. Trzy pchnięcia doszły celu. Trzy trafienia w nogę.

Wulf rzucił bratu triumfalne spojrzenie.

Per spojrzał pytająco na drugiego sędziego, ten skrzywił się boleśnie.

– Cóż... Ulf... No, taki sam wynik. Dla niebieskiego – dodał, gwoli wyjaśnienia.

Radosny wyszczerz na twarzy Wulfa znikł, teraz wojownik zmarszczył brwi, patrząc na brata. Ulf bezradnie rozłożył ręce. Nie w smak mu było, żeby Wulf wygrał, więc kolejny remis był z pewnością od tego lepszy, choć nie tak dobry, jak zwycięstwo

Główny sędzia westchnął ciężko. Ciągnęło się to już od dwóch tygodni i przez cały ten czas nie pojawiła się żadna szansa na rozstrzygnięcie.

– Chyba trzeba będzie wyznaczyć kolejny termin – stwierdził drugi sędzia. – Może wtedy uda się wyłonić zwycięzcę.

Główny sędzia spiorunował go wzrokiem, po czym zerknął z wyraźną niechęcią na obu zawodników.

– Niby dlaczego miałoby się udać? Już trzy razy walczyli i nic z tego nie wynika.

Woten westchnął znużony.

– Tak, równie dobrze moglibyśmy im kazać to rozstrzygnąć przez Berg Blad Trasa – stwierdził.

Przez chwilę wszyscy trzej milczeli.

– Hm. Czemu nie? – odezwał się nagle Per w zamyśleniu.

Woten gwałtownie zamachał rękami.

– Ja tylko żartowałem! – zawołał.

Jednak drugi z sędziów podniósł rękę, by go uciszyć.

– Właściwie to wcale nie jest taki zły pomysł – powiedział. – Spójrzmy prawdzie w oczy, obaj są siebie warci. Mogą walczyć w nieskończoność, nie doczekamy się rozstrzygnięcia. Niech sobie zagrają w Berg Blad Trasa. Przynajmniej w ten sposób wyłonimy jednego zwycięzcę. Ponieważ, jak mówiłem, jeden jest wart drugiego, to w zasadzie wszystko jedno, który wygra.

Sędziowie przez chwilę spoglądali na siebie. Per nie był jeszcze do końca przekonany.

– Czy naprawdę możemy rozstrzygnąć eliminacje do turnieju za pomocą dziecinnej zabawy? – spytał z powątpiewaniem.

– A niby czemu nie? – burknął Luda. – Oszczędzimy w ten sposób czas. Jak długo można patrzeć, jak ci dwaj się tłuką i każde starcie kończy się remisem?

– Nie mówiąc o tym, że Berg Blad Trasa to nasza tradycyjna skandyjska gra – stwierdził Woten. – Nasi czcigodni przodkowie grali w nią już całe wieki temu.

Nie brzmiało to, jakby był przekonany co do słuszności własnych słów. Jednak po chwili wszyscy trzej sędziowie uznali to za właściwe rozwiązanie. Wówczas starszy sędzia skinął głową na Ulfa i Wulfa, by podeszli bliżej. Bracia odłożyli ćwiczebne miecze i tarcze, zbliżyli się do sędziów.

– Znacie grę Berg Blad Trasa? – spytał Per.

Bracia spojrzeli jeden na drugiego, po czym odezwał się Ulf:

– To znaczy kamień, papier, nożyce? – spytał, a sędzia przytaknął. Tak potocznie nazywano tę starą grę.

Ulf uśmiechnął się od ucha do ucha.

– Pewnie, że znam. Nikt mnie jeszcze w niej nie pokonał.

Starszy sędzia również się uśmiechnął. Wyglądało na to, że wreszcie znaleźli sposób, by wyłonić zwycięzcę. Zarazem jednak przeszło mu przez myśl, że sprawy tej nie należy zbytnio rozgłaszać.

– Ja też nigdy w to nie przegrałem – wtrącił pospiesznie Wulf, ale sędziowie nieopatrznie nie zwrócili uwagi na jego słowa. Zbyt byli przejęci tym, że udało im się znaleźć wyjście z sytuacji bez wyjścia... I jakoś to do nich nie dotarło.

– W takim razie wyznaczam termin. Następne starcie odbędzie się na torze przeszkód jutro o czwartej po południu.

Tor przeszkód, gdzie normalnie ćwiczyli zawodnicy z Bractw, o tej porze roku był raczej opustoszały, ponieważ nie rozgrywano tam zawodów. Dyskretne miejsce, w sam raz na to, by odbyć ten dość nietypowy pojedynek – uznał Per. Gdy obaj zawodnicy odwrócili się, by odejść, Per ich zatrzymał.

– Tylko nikomu o tym ani słowa. Zrozumiano?

– Jasne – oświadczył Wulf.

– Jak słońce – dodał Ulf.

Rozdział 3

Rada naczelna gildii żeglarskiej zebrała się w mniej szej sali przylegającej do głównej sali jadalnej w pałacu oberjarla Eraka. Mniejsze pomieszczenie przeznaczone było właśnie na takie spotkania.

Wszyscy obecni byli starsi od Hala, którego przyjęto do gildii zaledwie dwa lata wcześniej – był jej najmłodszym członkiem. Zebraniu przewodniczył Erak – jako oberjarl i jako doświadczony żeglarz.

Sześciu członków rady rozsiadło się przy prostokątnym sosnowym stole, po trzech po każdej stronie; Erak zasiadał na honorowym miejscu u szczytu. Naprzeciw niego puste krzesło czekało na Hala. Członkowie rady drgnęli, gdy Thorn pchnął drzwi – niezbyt delikatnie – po czym puścił przodem Hala. Jeden z nich, niejaki Gerdt Smolensson, zmarszczył brwi na widok jednorękiego wojownika o zmierzwionych włosach i kędzierzawej brodzie, który stanął za krzesłem Hala.

– Nie należysz do gildii, Thornie. Co tu robisz?

Thorn przez dobrych kilka chwil spoglądał na niego w milczeniu. Tego się właśnie spodziewał – że jeżeli będą kłopoty, to właśnie ze strony tego człowieka. Gerdt był znanym arogantem, który lubował się we władzy, jaką dawało uczestnictwo w radzie gildii.

– Jestem tu jako obserwator i pełnomocnik Hala, bo się chcę przekonać, czy mojego przyjaciela spotka sprawiedliwe taktowanie oraz czy rada odniesie się do niego z szacunkiem, jak przystało wobec członka gildii – odpowiedział.

– Nie masz tu głosu. Nawet nie masz prawa tu przebywać – oświadczył obrażonym tonem Gerdt.

Thorn spojrzał mu prosto w oczy.

– Jako zdobywca tytułu Potężnego, i to trzykrotny, domagam się tego prawa – oświadczył spokojnie. – Jak trzeba będzie, domagać się będę też trzykrotnie – dodał.

Trafił w sedno. Tytuł Magtig wiązał się pośród Skandian z ogromnym prestiżem i autorytetem. Magtig miał prawo przemawiać w imieniu każdego obywatela przesłuchiwanego przez skandyjskie sądy, a jego opinia nieodmiennie cieszyła się wielkim poważaniem.

Jednak Gerdt nie dawał za wygraną. Thorn swój tytuł zdobył dawno, on już tego nie pamiętał. Mało kto pamiętał. Ostatnimi laty, po utracie prawej ręki, Thorn rozpił się, stoczył się na dno. Wszystko to jednak odeszło w przeszłość, odkąd zaczął współdziałać z Bractwem „Czapli”.

– Tu nie sąd – oświadczył Gerdt. – Tutaj nie masz prawa głosu. To jest zamknięte zebranie rady gildii żeglarskiej.

– Zamknięte? – zdziwił się Thorn, marszcząc brwi. – Czyżby działo się tu coś niecnego, co trzeba ukryć przed światem? Dlaczego ma być zamknięte?

– Thorn… – zaczął Hal. Obawiał się, że wojowniczy ton przyjaciela może pogorszyć jego sprawę. Jednak Thorn uniósł lewą dłoń na znak, że jeszcze nie skończył.

– Nie, Hal. Chciałbym wpierw usłyszeć, jaki jest pogląd Gerdta na tę sprawę. Co takiego knuje, że chce to utrzymać w tajemnicy? Dlaczego Magtig – w istocie trzykrotny Magtig – nie może być przy tym obecny jako doradca? No, chyba że kroi się tu jakaś podłość!

Spojrzał po zgromadzonych siedzących przy stole. Unikali jego spojrzenia. Wszyscy, oprócz Eraka, który pozwolił sobie na leciutki uśmieszek i na znak uznania ledwo dostrzegalnie skinął głową.

Oberjarl odezwał się, zanim Gerdt zdążył odpowiedzieć:

– Opinia Magtiga ceniona jest i szanowana w naszych sądach, a przecież sprawy sądowe są znacznie ważniejsze niż takie sobie zwykłe spotkanie rady. Nie widzę powodu, by podczas niniejszego zebrania pozbawić Thorna tego przywileju.

– Ale... – zaczął Gerdt, który tymczasem zrobił się bardzo czerwony na twarzy. Sprzeczać się z oberjarlem, który tak jednoznacznie wyraził swoje zdanie – do tego trzeba głupca albo kogoś bardzo odważnego. Wielka jak bochen dłoń Eraka trzasnęła o blat stołu, aż solidny skądinąd mebel zatrząsł się, a huk rozległ się echem w sali.

– Thorn zostaje! – ryknął Erak. Gerdt i pozostali aż podskoczyli, a oberjarl dodał spokojniejszym już, choć nadal bardzo stanowczym głosem: – A teraz sobie obradujcie.

Niezręczna cisza trwała jeszcze dłuższą chwilę, członkowie rady poprawiali się na swoich miejscach, pospiesznie przeglądali notatki. W końcu odezwał się, odkaszlnąwszy, Paavo Nilsson.

– To może ja zacznę? – rzekł ugodowym tonem. Zerknął z ukosa na Gerdta, który właśnie zauważył, że potężny topór bojowy Eraka stoi w zasięgu ręki, oparty o ścianę.

Gerdt niechętnie skinął głową, więc Paavo mówił dalej:

– Halu Mikkelsonie, kiedy mianowano cię członkiem gildii, zgodziłeś się przestrzegać jej praw i zasad, prawda?

– Zgadza się.

– Jedna z tych zasad głosi, że wszyscy członkowie gildii powinni dzielić się zdobytą podczas wypraw wiedzą ze wszystkimi innymi.

Hal chciał odpowiedzieć, właściwie miał zamiar znów przytaknąć, ale Thorn powstrzymał młodego skirla, dotykając jego ramienia drewnianym hakiem.

– Tak naprawdę to nie jest ani prawo, ani zasada. Natomiast owszem, jest taki zwyczaj – wtrącił niedbałym, przyjaznym tonem.

– W ten sposób gromadzimy wiedzę na temat świata. Zbieramy wiadomości przydatne podczas podejmowania kolejnych wypraw – rzekł z naciskiem Gerdt, którego pewność siebie powróciła, odkąd umilkł Erak.

– Jak już mówiłem, to nie jest prawo gildii. To tylko dobry obyczaj.

– To jest niepisane prawo!

Thorn pochylił się nad stołem, opierając swój ciężar na wypolerowanym drewnianym haku kończącym jego prawe ramię.

– Skoro niepisane, to nie prawo – oświadczył spokojnie i nie podnosząc głosu. – Równie dobrze mógłbym powołać się na niepisane prawo zdzielenia cię po głowie, kiedy zachowujesz się jak wieprz i cham.

– Ależ drogi Thornie – wtrącił Erak – nie ma powodu, żeby grozić użyciem siły. – Odczekał, aż Thorn cofnie się i stanie znów za Halem. – Co nie zmienia faktu, że masz rację, a Gerdt się myli. Nie ma takiego prawa, które by nakazywało Halowi dzielić się swoimi żeglarskimi odkryciami z gildią.

– No, ale co zwyczaj, to zwyczaj – zaznaczył Keldt Horgasson.

Miny pozostałych członków rady wskazywały na to, że nie zamierzają zabierać głosu i nie uważają prawdziwego czy rzekomego niedopatrzenia ze strony Hala za poważne wykroczenie. Thorn dokonał w myśli oceny równowagi sił na zebraniu. Gerdt i Keldt – dwóch nadętych, zadufanych w sobie pyszałków. Próbowali zaszkodzić Halowi nie tyle ze szczerej dbałości o gromadzenie wiedzy żeglarskiej, ile by go upokorzyć. Hal był wschodzącą gwiazdą pośród Skandian, jednym z wybitniejszych przywódców pośród młodych skirlów i żeglarzy. Co więcej, cieszył się względami Eraka. Oberjarl często jego właśnie wyznaczał do zadań specjalnych i to nie dlatego, żeby jakoś szczególnie upodobał sobie Hala, tylko po prostu stwierdził, że dysponuje on wyjątkowymi umiejętnościami jako dowódca statku i jako żeglarz. Erak wiedział, że gdy trzeba wykonać trudne zadanie, może polegać na Halu i jego załodze. Nie dawało to spokoju ludziom takim jak Gerdt, którzy czuli się zagrożeni rosnącą sławą Hala. Minęło już kilka dobrych lat, odkąd Gerdt został przez oberjarla wybrany do spełnienia jakiejkolwiek misji, specjalnej czy zwykłej.

Gdy znów się odezwał, w jego głosie pobrzmiewa gryząca kpina:

– Jak słusznie stwierdził Keldt, jest w naszym zwyczaju, by żeglarze dzielili się zdobytymi wiadomościami. Może jednak nie należy się spodziewać, by cudzoziemiec docenił, jak ważne wśród nas, Skandian, są nasze obyczaje.

Hal zerwał się na równe nogi. Jego twarz pociemniała od gniewu.

– Cudzoziemiec?! – zawołał. – Nazywasz mnie cudzoziemcem?

Czuł tę samą bezsilną złość, która tak dawała mu się we znaki, gdy jako mały chłopiec dorastał w Hallasholmie; ból odrzucenia przez rówieśników, którzy uważali go za obcego, przybłędę. Od dawna nikt się do niego tak nie odnosił, ale okazało się, że ten uraz wciąż w nim drzemie, wystarczy, że objawi się zwykła ludzka podłość.

Wiedząc, że w ten sposób jeszcze bardziej rozgniewa rozmówcę, Gerdt odwrócił się i przemówił do wszystkich:

– On jest cudzoziemcem i nic na to nie poradzi. Bądź co bądź, jego matka była aralueńską niewolnicą, więc jak mówiłem, trudno oczekiwać, żeby…

Więcej powiedzieć nie zdołał. Thorn odsunął Hala na bok, pochylił się nad stołem. Drewnianym hakiem, na szczęście tępo zakończonym, zaczepił o koszulę Gerdta i podniósł go z krzesła.

– Zamknij gębę – powiedział Thorn lodowatym głosem. – Ani się waż mówić tak o Karinie. Prawda, była aralueńską niewolnicą, ale wyzwolił ją mój najlepszy przyjaciel, Mikkel Fastblad, jeden z naszych najdzielniejszych wojowników. Jest powszechnie szanowana i lubiana, stała się członkinią naszej społeczności, zawsze jest gotowa pomóc każdemu, kto znajdzie się w potrzebie i od zawsze była bezgranicznie lojalna wobec Skandii. Czy muszę przypominać, jak podczas inwazji Temudżeinach zorganizowała pośród aralueńskich niewolnic pomoc dla łuczników, dzięki którym wygraliśmy wojnę? Sama, osobiście, dostarczała wojownikom strzały, wystawiając się na niebezpieczeństwo ze strony temudżeińskich łuczników.

Pchnął znienacka Gerdta; koszula puściła, Gerdt spadł z hukiem na krzesło, które pod wpływem impetu przesunęło się o dobry metr w tył po sosnowych deskach podłogi. Gerdt otworzył usta, żeby odpowiedzieć, ale widząc ogień w oczach Thorna, poszedł po rozum do głowy – i je zamknął.

– I jeszcze jedno ci powiem. Ja, Thorn, lubię Karinę i ją szanuję. Jeśli nadal będziesz ją obrażał, utrzymując, że lekceważy sobie nasze obyczaje i tradycje, spodziewaj się ode mnie wyzwania – w jak najbardziej tradycyjny sposób i zgodnie ze wszystkimi naszymi zwyczajami.

Gerdt czuł na sobie spojrzenia wszystkich zgromadzonych, poczerwieniał ze wstydu. Wyzwanie na pojedynek ze strony Thorna stanowiło śmiertelnie realną groźbę. Nawet jednoręki, wojownik pozostawał wciąż jednym z najniebezpieczniejszych, o czym wszyscy wiedzieli.

– Nie miałem zamiaru jej obrazić – zdołał wreszcie wykrztusić Gerdt.

Usta Thorna wykrzywiły się w ironicznym grymasie.

– Akurat, nie miałeś zamiaru – parsknął.

Jeden z pozostałych członków rady, Seb Peckson, uznał, że pora skierować rozmowę na bezpieczniejsze tematy.

– Fakt pozostaje faktem – zauważył. – Obecny tu Hal nie podzielił się z gildią swoją wiedzą zdobytą podczas ostatniej wyprawy, na co przecież wszyscy mieliśmy prawo liczyć.

Hal postanowił wyjaśnić tę kwestię raz na zawsze.

– To dlatego, że nie było czym się dzielić – wyjaśnił. – U północnych wybrzeży Hibernii porwał nas sztorm i całymi tygodniami gnał na południowy zachód. Kiedy wreszcie dostrzegliśmy stały ląd, nie miałem jak się zorientować, gdzie jesteśmy. Podczas sztormu walczyliśmy o życie, nie miałem więc czasu ani okazji, żeby spisywać obserwacje. Przez cały ten czas nie dostrzegliśmy zresztą żadnych możliwych punktów odniesienia, żadnych wysp, raf czy płycizn. Krótko mówiąc, do dziś nie mam pojęcia, gdzie wylądowaliśmy.

– Jakoś jednak wróciliście – zauważył Holger Brayson. – Wtedy już mogliście zapisywać kurs, prawda?

Hal wzruszył ramionami.

– Wracaliśmy z wiatrem. Wiał przede wszystkim z południowego zachodu, więc ustawialiśmy się do niego sterburtą i płynęliśmy półwiatrem. Ponieważ jednak nie wiem, skąd wyruszyliśmy ani jak długo żeglowaliśmy, nim znów dotarliśmy do Hibernii, nasz kurs powrotny też nie na wiele by się przydał.

Przez chwilę zapanowało milczenie, rada przetrawiała te informacje. Wyjaśnienia Hala brzmiały sensownie, ale Paavo nie zamierzał jeszcze dać za wygraną.

– A jednak to szkoda, że nie robiłeś zapisków, jak się należy – stwierdził. – Dokonałeś ważnego odkrycia, które mogłoby okazać się przydatne dla całej Skandii. Należało przynajmniej próbować ustalić, gdzie się znalazłeś.

– Tylko po co? – spytał Hal. – Jaki pożytek dla Skandii z kraju, gdzie nie ma złóż cennych metali – ani złota, ani srebra. Tylko ziemia i pola.

– Ziemia ma swoją wartość. Można by tam pożeglować i zająć się jej uprawą. Jeśli ziemia jest żyzna, obfite plony też są cenną zdobyczą.

– Tylko że tam już żyją ludzie, którzy uprawiają ziemię i zbierają plony – od parł Hal. – Niekoniecznie mają ochotę gościć Skandian, którzy chcieliby im te ziemie odebrać. Jakie mamy prawo dokonywać takiego zaboru?

Prawdę mówiąc, Hal rzeczywiście nie wysilił się, nawet nie próbował ustalić położenia ziemi należącej do Mawangasettów. Z góry podejrzewał, że ludzie tacy jak Gerdt mogą pewnego dnia zechcieć podbić tamten ląd. Zaprzyjaźnieni tubylcy podzielali te obawy.

– A jakim niby prawem najeżdżaliśmy Galię czy Iberion? – rzucił Gerdt.

– No właśnie, jakim? – podjął Hal. – Nie mieliśmy prawa tego robić. Właśnie dlatego zaprzestaliśmy tych najazdów.

– I bardzo źle się stało! – warknął Gerdt, nie pomyślawszy, że mówi to wobec samego oberjarla, który we własnej osobie wydał swojego czasu zakaz grabieżczych napadów.

– Stąpasz po cienkim lodzie, Gerdt – odezwał się ostrzegawczym tonem Erak. – Lepiej zrobisz, jak zamilkniesz. – Spoglądał po zebranych, wreszcie wzrok jego zatrzymał się na Paavo. – Zdaje mi się, że Hal nie posiada żadnej wiedzy, wartej podzielenia się nią z Gildią. Jego wyprawa do… no, jak tam się ten kraj nazywa… Odbyła się zupełnie przypadkiem. To jedno, a poza tym tamten kraj i wiedza o nim nie przedstawia dla nas żadnej wartości.

– Zapewne, ale oberjarlu…

Erak mówił już teraz podniesionym głosem:

– Jeżeli nie zgadzasz się z moją oceną, Paavo, nic nie stoi na przeszkodzie, żebyś wziął swój okręt i pożeglował ku północnym wybrzeżom Hibernii. Tam po prostu zaczekaj na odpowiedni sztorm i wiatry z północnego wschodu, które cię zagnają tysiące mil przez Ocean Bezkresny. Przy odrobinie szczęścia dotrzesz do lądu odkrytego przez Hala. A jak nie, to najwyżej wiatr cię zwieje poza krawędź ziemi. – Urwał, rzucił okiem w stronę Gerdta. – A kiedy zechcesz podjąć taką wyprawę, będę ci wdzięczny, jeżeli zabierzesz ze sobą Gerdta. Chętnie się go pozbędę.

Gerdt uznał, że lepiej się nie odzywać. Erak odczekał chwilę, potem stuknął knykciami w stół.

– Skoro nie ma innych wniosków, zamykam zebranie.

Rozdział 4

Przez następnych parę tygodni trzeba będzie się mieć na baczności – stwierdził Thorn, gdy wędrowali ulicami Hallasholmu, zmierzając do prowadzonej przez Karinę popularnej oberży mieszczącej się na obrzeżu stolicy. Chociaż zbliżała się już jesień, wciąż było ciepło, więc pomimo zapadającego z wolna zmroku dzieci bawiły się w zaułkach i na podwórkach. Piskliwy gwar ich głosów wywołał uśmiech na twarzy Hala. W pewnej chwili pochwycił chłopaka, który omal na niego nie wpadł, umykając przed trzema towarzyszami.

– Uważaj, Gordy – odezwał się przyjaznym tonem.

– Wybacz, Hal – wydyszał chłopak, spoglądając na niego z uwielbieniem i zachwytem, jak na bohatera. Hal był dla młodych mieszkańców stolicy kimś w rodzaju idola, co tylko jeszcze zwiększało zawiść ludzi takich jak Gerdt. Goniący Gordy’ego koledzy również uciszyli się na widok skirla i jego legendarnego przyjaciela. Za dawnych czasów łobuziaki naśmiewały się z Thorna, kiedy ten w pijanym widzie błąkał się po mieście. Jednak to należało już do dalekiej przeszłości. Wyczyny Thorna z ostatnich lat jako mistrza walki na pokładzie „Czapli” uczyniły z niego obiekt podziwu i wielu młodych brało go za przykład, obiecując sobie, że w przyszłości jego właśnie będą naśladować.

Thorn zdawał sobie z tego sprawę i ta świadomość sprawiała, że robiło mu się ciepło w sercu. Nie mógł jednak przecież tego okazać chłopakom. Skrzywił się z więc groźnie i potrząsnął hakiem.

– Milczeć mi tu zaraz! Co to za piekielna wrzawa?! – wrzasnął. – I nie biegać, jakbyście rozum postradali!

– Tak, Thorn! – zawołali chórem chłopcy. Cofnęli się o krok czy dwa. Raczej się domyślali, że ten gniew to tylko pozory, ale nie na tyle byli tego pewni, aby go zlekceważyć. Gdy wojownicy ruszyli w swoją drogę, chłopcy odczekali, aż się oddalą kilkanaście kroków, po czym rozległy się szepty i chichoty.

Hal mrugnął do przyjaciela.

– Dzieciaki! – powiedział. – Zawsze takie same urwisy.

Thorn popatrzył na niego poważnie.

– I kto to mówi? Zgrzybiały starzec, co? Powiedz, ile właściwie masz lat? Sześćdziesiąt czy siedemdziesiąt? Pewnie już nie pamiętasz czasów, gdy byłeś dokładnie taki sam jak oni.

– Prawdę mówiąc, nie pamiętam – przyznał Hal.

– A ja owszem – parsknął Thorn. – To wcale nie było tak dawno temu.

Hal zaśmiał się.

– Wracając do tematu naszej rozmowy, jak myślisz, co Gerdt może zrobić?

Thorn przeczesał palcami lewej dłoni splątane, potargane długie włosy. Zazwyczaj do tego gestu ograniczało się ich czesanie.

– Może nic nie zrobić, zwłaszcza jeżeli nie będziemy mu się dawać we znaki – odpowiedział. – Jednak to jest człowiek, który niełatwo puszcza w niepamięć urazy. Skorzysta z każdego pretekstu, żeby nam uprzykrzyć życie – nam, a zwłaszcza tobie. Pilnujmy się więc, żeby mu takiego pretekstu nie dawać.

W tej chwili po przeciwnej stronie rynku dostrzegli dwie znajome postacie.

– Patrz, Ulf i Wulf – powiedział Hal i przyspieszył kroku. – Ciekawe, jak poszedł im pojedynek.

Thorn machnął ręką.

– Założę się, że nierozstrzygnięty.

Hal gwizdnął przenikliwie, bracia zatrzymali się i odwrócili, żeby zobaczyć, skąd dochodzi dźwięk. Dostrzegli swoich dowódców idących ku nim pospiesznym krokiem przez rynek, pomachali do nich na przywitanie.

– Jak poszła walka? – spytał Thorn, gdy znaleźli się już w takiej odległości, że można było swobodnie rozmawiać.

– Remis – powiadomił go Ulf, po czym dodał: – Co prawda akurat wygrywałem, ale właśnie w tym momencie sędziowie przerwali walkę.

– Niby jak wygrywałeś, skoro punktów jest po równo? – burknął gniewnie jego brat.

– Akurat ty tam się rozumiesz na takich niuansach – rzekł wyniośle Ulf. – Wygrywałem i już.

Hal pomyślał, że dobrze by było zmienić temat rozmowy. Ulf i Wulf potrafili o całkiem błahy drobiazg spierać się całymi godzinami.

– To znaczy, że sędziowie wyznaczyli kolejną walkę?

Wulf potrząsnął głową.

– Nie, wymyślili inny sposób, aby wyłonić zwycięzcę. – Umilkł dla większego efektu, po czym oznajmił: – Berg Blad Trasa!

Hal i Thorn ryknęli śmiechem, co poniekąd zniweczyło wrażenie, jakie zamierzał wywrzeć wioślarz.

– Berg Blad Trasa! – powtórzył Thorn. – Chcą rozstrzygnąć zawody o tytuł Potężnego za pomocą dziecinnej zabawy?

Ulf godnie się wyprostował.

– Berg Blad Trasa to pradawny rytuał naszych czcigodnych przodków.

– Od wieków kultywowany przez nasze plemiona – dodał Wulf, nie mniej godnie.

– To dziecinna zabawa – powtórzył Thorn. – Czy sędziowie naprawdę chcą wyłonić zwycięzcę za pomocą gry w kamień, papier, nożyce?

– Właśnie tak. Uważam, że to wyśmienity pomysł – stwierdził Wulf. – Ja na przykład jeszcze nigdy nie przegrałem w Berg Blad Trasa.

– Ja też nie – dodał czym prędzej Ulf.

Thorn i Hal popatrzyli na siebie. Nie wierzyli własnym uszom.

– Cóż, muszę powiedzieć, że nie mogę się doczekać. Muszę to zobaczyć na własne oczy – stwierdził po chwili Hal z uśmiechem. – Gdzie i kiedy odbędzie się to wiekopomne starcie?

– Jutro po południu na torze przeszkód – powiedział Ulf, po czym dodał, trochę zawstydzony: – Co prawda, mieliśmy o tym nikomu nie mówić.

– A to akurat rozumiem – stwierdził Hal, uśmiechając się jeszcze radośniej.

– Chyba nie przyjdziecie, co? – spytał z niepokojem Wulf. Thorn i Hal znów popatrzyli jeden na drugiego.

– Za żadne skarby nie opuściłbym takiego widowiska – stwierdził Thorn.

– Tylko że… – wydukał Wulf, bo obaj bracia poniewczasie przypomnieli sobie polecenie sędziego.

Hal przybrał zatroskany wyraz twarzy.

– Aha, no tak – powiedział. – Rozumiem doskonale. Ale macie pecha!

Przestał udawać zatroskanie i roześmiał się w głos. Ulf i Wulf spuścili głowy.

– Oj, bo możemy mieć z tego powodu kłopoty – zaniepokoił się Ulf.

Thorn pochylił się i stwierdził konspiracyjnym szeptem:

– Nic się nie martw. Jakby sędziowie zaczęli być niemili, to ich postraszę, że rozpowiem wszędzie i wszystkim, jak to chcą rozstrzygnąć zmagania w ramach turnieju Potężnych za pomocą kamienia i papieru. To powinno ich uspokoić.

– No, dobrze – mruknął Wulf. – Tylko nie wygadajcie się nikomu innemu.

Ze zgrozą uświadomił sobie, że w charakterze widzów mogłoby się zjawić całe Bractwo „Czapli”. Zerknął na bliźniaka i po jego wyrazie twarzy odgadł, że myśli on dokładnie o tym samym.

– Ależ nie, skąd, nikomu nie powiem – skłamał radośnie Hal. – Żywa dusza się nie dowie.

Następny dzień był ponury i pochmurny, co odpowiadało nastrojom Wulfa i Ulfa, gdy oczekiwali pod wielką belką na torze przeszkód. Belka była naprawdę pokaźnych rozmiarów, umieszczono ją trzy metry nad poziomem ziemi, a właściwie nad poziomem głębokiego dołu wypełnionego cuchnącym, lepkim błotem. To znaczy, wypełnionego w czasie ćwiczeń drużyn, ale ponieważ tor przeszkód od dobrych paru miesięcy był nieużywany, błoto zaschło, tworząc malowniczą pajęczynę pęknięć.

Ulf z respektem przyjrzał się urządzeniu, wspominając czasy młodzieńczych zmagań. Dobrze pamiętał, że nie raz zdarzyło mu się wylądować w gęstej mazi, zresztą jego bratu także.

– Dobrze, że nie musimy teraz tamtędy przełazić – stwierdził.

Wulf zamyślił się.

– Kto wie, może i lepiej by było – powiedział. Rozejrzał się, bo usłyszał odgłos zbliżających się kroków. Tor przeszkód znajdował się na szczycie wzgórza, z którego rozciągał się widok na miasto. Po łagodnym zboczu wspinali się trzej sędziowie – Per, Luda i Woten.

Odetchnął z ulgą.

Na razie ani śladu Hala czy Thorna.

– Może nie przyjdą – rzekł Ulf z nadzieją w głosie.

– Może – powtórzył za nim Wulf, ale jego głosie nie było słychać nadziei.

Sędziowie zmierzali w ich stronę, brnąc przez wysoką trawę. Ulf zauważył, że rozglądają się wokół, sprawdzając, czy ktoś ich nie podgląda. Uświadomił sobie, że Thorn miał rację. Gdyby wieść się rozeszła o tym nader dziwacznym sposobie rozstrzygania zawodów, sędziowie zostaliby bezlitośnie wyśmiani.

Starszy sędzia Per rozejrzał się jeszcze raz, by mieć pewność, że nikt postronny ich nie obserwuje, po czym zatarł dłonie.

– Dobrze, że już jesteście. Uporajmy się z tym jak najszybciej. Gotowi?

Nic dziwnego, że Per chciał już mieć ten dziwny turniej z głowy, ale Luda jak zwykle szukał dziury w całym.

– A nie powinniśmy najpierw przypomnieć reguł gry?

– Reguł? – żachnął się Per. – Jakich znowu reguł? Wszyscy wiedzą, na czym polega Berg Blad Trasa! Albo berg, albo blad, albo trasa. Koniec.

– Ale ile rund? Kto liczy punkty? Mają stać do siebie tyłem i potem odwrócić się na komendę? Mam liczyć punkty dla Wulfa czy dla Ulfa? I skąd będę wiedział, który jest który? Jak widzę, nie mają na sobie kolorowych szarf.

– Żadnych punktów – rzucił gniewnie Per. – Pierwszy, który wygra, jest zwycięzcą turnieju. Na tym koniec. Co do tego, jak mają stać, no to… Przodem do siebie, z rękami za plecami. Liczę do trzech, na trzy pokazują dłonie. Luda, ty wołasz na głos, co pokazuje... – Miał wskazać jednego z bliźniaków, ale przypomniał sobie, że i on nie wie, który z nich jest który. Chwycił Ulfa za ramię i przesunął go tak, żeby stanął twarzą do brata. – Ten!

Ulf wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– Ja jestem Ulf – przedstawił się grzecznie.

– Bardzo mi miło – syknął Per przez zaciśnięte zęby. Ustawił Wotena obok drugiego z zawodników.

– A ty wołasz, co pokazuje ten, tutaj. Niech zgadnę, ty jesteś Wulf?

Wulf uśmiechnął się wesoło.

– Skoro tak mówi sędzia…

Bracia lubili utrzymywać mgiełkę niepewności co do swojej tożsamości.

– Mówię, mówię – potwierdził Per. – A zatem odbędzie się to w sposób następujący. Wy dwaj stoicie naprzeciwko siebie, ręce chowacie za plecami…

– Ale prawe czy lewe? – spytał Ulf.

– To bez znaczenia! – wrzasnął Per. Uspokoił się wysiłkiem woli. – Liczę do trzech, a wtedy obaj zawodnicy pokazują dłoń. Jedną. Wy dwaj mówicie, co który pokazał. Jasne?

Wszyscy czterej przytaknęli.

– Jeżeli któryś z zawodników zawaha się, albo nie pokaże dłoni, dopóki nie zrobi tego przeciwnik, zostaje zdyskwalifikowany. Zrozumiano? Wszystko w porządku?

To ostatnie pytanie skierował do Ludy. Ten wzruszył ramionami.

– Może być. Jak mówiłem, zasady trzeba ustalić.

– No, to właśnie ustaliliśmy. Wszyscy gotowi?

– Gotów – powiedział Ulf.

– Gotów – oświadczył Wulf.

– Gotów – zadeklarował Luda.

– Chwileczkę – odezwał się Woten, na co Per westchnął. – Liczymy „jeden, dwa, trzy” czy od trzech do jednego?

Na krótką chwilę Pera zamurowało. Musiał przyznać, że nad tym się nawet nie zastanawiał. Podjął jednak prędko decyzję.

– Od jednego do trzech. Jeden, dwa, trzy – rzekł, co Woten skwitował skinieniem głowy. – To jak, możemy zaczynać?

– Gotów! – oświadczył Luda.

– Gotów! – zawołał Woten.

– Gotowi! – zawołali jednym głosem Ulf i Wulf, ustawieni twarzami do siebie, z rękami za plecami, kołysząc się na ugiętych nogach.

Per zaczerpnął tchu, by zacząć odliczanie, kiedy przerwał mu wesoły głos:

– Hej, hej! W co się bawicie?

Rozdział 5

Napięcie uszło z nich niczym powietrze z przedziurawionego rybiego pęcherza, gdy wszyscy odwrócili się w stronę wołającego.

Na szczycie zbocza ujrzeli trzy postacie odcinające się na tle zachodzącego słońca. Per zmrużył oczy. Rozpoznał Thorna, Hala i Stiga. Rzucił bliźniakom wściekłe spojrzenie.

– Musieliście się wygadać, co? – warknął.

– Wcale się nie wygadaliśmy – zaczął Ulf, po czym poprawił się: – To znaczy, nie mieliśmy zamiaru się wygadać.

– Jakoś tak samo wyszło – przyznał Wulf.

– Tylko tak, po prostu napomknęliśmy, że może będziemy tu na górze, przy torze przeszkód – niepewnym głosem dodał Ulf.

Gdyby spojrzenie mogło zabijać, obaj bracia z miejsca padliby trupem. Per chciał ich zbesztać, ale zdał sobie sprawę, że trzej intruzi są zbyt blisko i usłyszą każde jego słowo. Skierował więc na nich swoją złość.

– Czego tu szukacie? – rzucił gniewnie.

– Niczego. Po prostu wybraliśmy się na spacerek. Idziemy sobie, podziwiamy widoki, no i zobaczyliśmy was – odparł Hal z rozbrajającym uśmiechem.

Było to oczywiste kłamstwo, bo przecież nie mogli nikogo zobaczyć, dopóki nie wspięli się na szczyt wzgórza. Zresztą właśnie dlatego Per wybrał to miejsce.

– Jak się domyślam, próbujecie rozstrzygnąć zawody? – spytał Thorn, również serdecznie uśmiechnięty.

– Otóż to – potwierdził oschle Per.

– Świetnie, chętnie popatrzymy – oświadczył Stig. – W końcu całkiem możliwe, że będę walczył ze zwycięzcą tego turnieju.

Woten uznał, że powinien przyjść w sukurs Perowi.