14 osób interesuje się tą książką

Opis

Gdy Czaple zostają złapane przez wielki sztorm, znosi je z kursu – tak daleko, że kiedy dopływają na ląd gdzieś na zachodzie, nawet Hal nie może znaleźć go na swoich mapach. Czują że są obserwowani, ale nie mają kontaktu z tubylcami. Przynajmniej dopóki przypadkiem nie przeszkodzą niedźwiedziowi w pożarciu dwójki miejscowych dzieci. Dzięki temu zdobywają wdzięczność plemienia Mawagansett. Jednak spokój nie trwa długo. Bezlitośni Ghostfaces zmierzają w ich kierunku i Czaple będą musiały pomóc nowym przyjaciołom odeprzeć napaść. Pośród zapierającej dech w piersiach akcji i przyprawiających o zawał bitew, jedna z Czapli znajdzie miłość, bliźniacy w końcu doigrają się z ich zamianą tożsamości, a tęskniący za domem Skandianin dowie się, że tam dom gdzie jego serce.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 374

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Brotherband. The Ghostfaces

First published by Random House Australia 2016

This edition published by arrangement with Random House Australia Pty Ltd

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2016

Copyright © John Flanagan 2016

All rights reserved.

Redakcja: Anna Pawłowicz

Skład i łamanie: Ekart

Typografia na okładce: Rafał Sadowski

ISBN 978-83-7686-475-4

Cover illustration © by Jeremy Reston

Cover design and typography © by www.blacksheep-up.com

Heron illustration © by David Elliot

Map © by Mathematics and Anna Warren

Copyright for the Polish edition © 2016 by Wydawnictwo Jaguar Sp. Jawna

Książka dla czytelników w wieku 11+

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. Jawna

ul. Kazimierzowska 52 lok. 104

02-546 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

youtube.com/wydawnictwojaguar

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

snapchat:jaguar_ksiazki

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2016

Skład wersji elektronicznej: Tomasz Szymański

konwersja.virtualo.pl

CZĘŚĆ PIERWSZASZTORM

ROZDZIAŁ 1

Nie podoba mi się to – stwierdził Thor, marszcząc nos i niuchając wilgotne słone powietrze.

Thor i Hal stali na falochronie osłaniającym niewielką przystań opodal zamku Dun Kilty w Clonmelu. Sam zamek wznosił się kilka kilometrów dalej, w głębi lądu, ale z przystani korzystała flota rybacka, dostarczająca ryb zarówno na zamek, jak i do wsi rozciągającej się za jego murami, oraz statki kurierskie przywożące wieści władcy Clonmelu, królowi, imieniem Sean.

Jedną z takich jednostek była „Czapla”. Niedawno dostarczyła plik zapieczętowanych dokumentów – odnowienie traktatu między Skandią i Clonmelem. Podobne papiery zawiozła również do trzech innych królestw leżących na hibernijskim wybrzeżu. Erak lubił wykorzystywać „Czaplę” do zadań tego rodzaju. Była szybka i zwrotna, Hal zaś mógł się pochwalić sporymi umiejętnościami w dziedzinie nawigacji.

Teraz zakończyli misję, nadszedł czas, by wracać do domu. Tylko że pogoda nie zapowiadała się zbyt obiecująco.

Obaj wpatrywali się w szare rozszalałe fale pędzące po oceanie, gnane ostrym północnym wichrem.

Thorn jeszcze raz wciągnął powietrze w nozdrza.

– Czeka nas trudna przeprawa. Nieźle zmokniemy, zanim miniemy północny kraniec Pikty.

Hal wzruszył ramionami.

– Nieraz mokliśmy – odparł i krzywo się uśmiechnął. – Jak powiadają, taki już los żeglarza.

– Tylko po co moknąć bez potrzeby – zauważył Thorn. – Zaczekamy dzień czy dwa, może wiatr ustanie.

– Albo się nasili, a wtedy zostaniemy tu jak w pułapce z wiatru i fal. To może potrwać nawet tydzień albo i dłużej.

– Ale byłoby nam sucho.

Hal potrząsnął głową.

– Zanudzilibyśmy się na śmierć. Tu nie ma nic do roboty. – Hal urwał, jeszcze raz popatrzył na zdziczałe fale, kierując wzrok na północ. I podjął ostateczną decyzję. – Wypływamy. Chodźmy zwołać załogę.

Szybkim krokiem wrócili do miasteczka. Czaple podczas misji dyplomatycznych zatrzymywały się w tamtejszym zajeździe. Hal i Thorn weszli do karczmy, wpuszczając do środka zimny powiew, który sprawił, że płomienie mocniej rozbłysły na palenisku. Członkowie drużyny akurat jedli śniadanie. Osiem par oczu spojrzało wyczekująco na nowo przybyłych.

– Wypływamy – oznajmił Hal.

– Najwyższy czas – stwierdził Stig. Podzielał opinię Hala co do mało rozrywkowego charakteru tutejszego portu. Stefan, Ulf i Wulf połknęli resztki pożywnej owsianki, którą podał im właściciel. Pozostali już zdążyli zjeść, ale jeszcze dopijali wyśmienitą kawę, wiedząc, że prędko takiej przyjemności nie zaznają.

Hal spojrzał na Edvina.

– Mamy wystarczającą ilość zapasów?

Edvin kiwnął głową.

– Tak jest. I wodę, i jedzenie. Możemy wyruszać. – Po namyśle dodał: – Chociaż chciałbym zabrać jeszcze kilka bochenków chleba.

Podczas długich morskich wypraw musiały im wystarczać suchary, ale zawsze to przyjemnie przynajmniej na początkowym etapie podróży pojeść świeżego chleba. Hal kiwnął głową i Edvin pospieszył do piekarni znajdującej się kilka domów dalej. Pozostali członkowie drużyny zebrali plecaki i resztę rzeczy osobistych, i ruszyli do portu.

– Zrefujcie żagle, zanim je podniesiecie! – zawołał Hal do Ulfa i Wulfa. – Wiatr przybiera na sile.

Bliźniacy w milczeniu kiwnęli głowami. Tak, na pewno lepiej zrefować żagle zawczasu, później nie będzie trzeba opuszczać ich i przymarszczać, by zredukować powierzchnię płótna, gdyby wiatr rzeczywiście się wzmógł.

Hal został w zajeździe, by sprawdzić rachunek, który podał mu właściciel. Przesunął palcem w dół kolumny cyfr – tyle a tyle pokoi za tyle a tyle nocy, wszystkie posiłki, które zjadła drużyna podczas swego pobytu. Podpisał rachunek i oddał karczmarzowi. Ponieważ brali udział w misji dyplomatycznej, rachunek miał trafić na zamek Dun Kilty.

– Dziękujemy za gościnę – powiedział.

– Jesteście zawsze mile widziani – odparł mężczyzna. Czaple dostarczały mu dobrego zarobku w tym okresie roku, kiedy interes zamierał. Po chwili uśmiechnął się krzywo i dorzucił: – Chociaż swego czasu nigdy bym nie uwierzył, że kiedyś powiem takie słowa do Skandianina.

Hal również się uśmiechnął. Jeszcze kilka lat wstecz pojawienie się wilczego okrętu w porcie oznaczałoby cały szereg nieprzyjemności dla lokalnych mieszkańców, a skirl nie zapłaciłby za jedzenie i picie swojej załogi. Po prostu, argumentując przy użyciu miecza, zażądałby wszystkiego za darmo, łącznie z noclegami.

– Czasy się zmieniły – powiedział Hal. Odnalazł spakowany tobołek, który zostawił w karczmie tego ranka, zarzucił go na plecy i wyszedł.

W porcie szalał zimny wiatr. Hal przyspieszył kroku, zmierzając w kierunku molo, przy którym cumowała „Czapla”.

Kilka metrów przed nim szedł Edvin, dźwigając siatkę pełną bochenków świeżego chleba. Lekko zeskoczył z molo na pokład i umieścił zapasy w wodoszczelnej części śródokręcia. Nawet tutaj, w zatoce, morze było niespokojne i łódź podskakiwała na wodzie, szarpiąc cumami i obijając się o wiklinowe odbijacze, które wydawały przeciągły pisk.

Hal przeszedł na rufę, schował bagaż w miejscu przeznaczonym na rzeczy osobiste i wszedł na platformę. Spojrzał na Stiga.

– Wszystko gotowe? – zapytał, chociaż znał odpowiedź. Stig doskonale się spisywał w roli pierwszego oficera.

– Jeśli ty jesteś gotowy – odparł przyjaciel.

Hal odwiązał linę blokującą rumpel i powiódł wzrokiem dokoła. Żadna inna jednostka nie szykowała się do wyjścia w morze. Niewielka flota łodzi rybackich unosiła się na wodzie, bezpiecznie przycumowana kawałek dalej.

Rybacy mają głowy na karku, pomyślał ponuro, podnosząc kołnierz przy kaftanie z baraniej skóry. Wsunął rękę za pazuchę i wyjął wełnianą czapkę ozdobioną wizerunkiem czapli, naciągnął ją mocno na uszy i spojrzał na wskaźnik wiatru przyczepiony do masztu. Mieli wiatr boczny, od lewej burty.

– Prawy żagiel! – zawołał, a Stefan i Jesper chwycili fały, aż smukła wygięta rejka uniosła się i zaczepiła o maszt. Ulf i Wulf wyczekująco patrzyli na Hala.

– Odebrać cumę dziobową! – krzyknął Hal do Thorna. Ten odczepił linę i dziób łodzi zaczął oddalać się od molo. – Odebrać cumę rufową! – zwrócił się Hal do Stiga, a potem zawołał do bliźniaków: – Wybrać szoty!

Kiedy Ulf i Wulf wypełnili polecenie, łódź natychmiast nabrała prędkości. Oddaliła się od molo i zaczęła dzielnie przeć poprzez krótkie wysokie fale. Hal pozwolił, by skręciła w prawo i przecięła zatokę. Czuł wibrowanie rumpla w dłoni i jak zwykle wypełniło go znane, lecz za każdym razem zdumiewające wrażenie, że sprawuje kontrolę nad żywym stworzeniem.

Ocenił, że kąt jest prawidłowy, skręcił dziób w lewo, a bliźniacy momentalnie zareagowali, mocniej ściągając żagiel. Teraz „Czapla” kierowała się w lewo od wyjścia z portu, lecz Hal wiedział, że zdryfuje w prawo pod siłą wiatru; kiedy dotrą do końca falochronu, ustawi się idealnie pośrodku. Nie potrafił wyjaśnić, skąd to wie – była to kwestia instynktu skrzyżowanego z doświadczeniem i dogłębną znajomością „Czapli”.

Po chwili łódź przepłynęła między dwoma granitowymi falochronami i skierowała się na pełne morze. Kiedy tylko opuścili bezpieczne schronienie portu, wiatr gwałtownie przybrał na sile, spychając łódź na prawo. Ulf i Wulf, nie czekając na polecenia, poluzowali szoty, by zmniejszyć napięcie żagla i „Czapla” znów ustawiła się odpowiednio do wiatru. Wspięła się na grzbiet pierwszej fali, po czym ześliznęła się w dolinę, rozbijając dziobem kolejną falę i zalewając pokład i całą załogę prysznicem spienionej wody.

– Co byś teraz dał, żeby siedzieć w ciepłym suchym zajeździe?! – zawołał Thorn.

Hal posłał mu szeroki uśmiech.

– Jak chcesz, mogę cię zaraz odstawić z powrotem na ląd. Wrócimy po ciebie za rok.

„Czapla” wspięła się na kolejną falę i ześliznęła, kolejny prysznic z wody morskiej zalał pokład. Ci członkowie załogi, którzy akurat nie pełnili żadnych obowiązków, szybko skulili się pod płachtami brezentu.

Hal uśmiechnął się do siebie. Było zimno. Było mokro. I bardzo mu się podobało. Właśnie takiego życia pragnął: wolności, którą dawała dobra łódź, radości i ekscytacji tymi chwilami, kiedy stawał naprzeciw wiatrowi i morzu, kiedy zdobywał kontrolę nad żywiołami.

Nagle dostał po twarzy strumieniem wody. Zaczął dławić się i kaszleć. Poczuł, że ktoś daje mu kuksańca w bok, otarł oczy i zobaczył Lydię.

– Ubierz się, idioto – powiedziała, podając mu brezentową pelerynę – bo jeszcze utoniesz.

Położyła dłoń na rumplu, żeby mógł się owinąć. Posłał jej pełen wdzięczności uśmiech.

– Dzięki, mamo.

Uniosła brew.

– Sam jesteś mamą – mruknęła, po czym schowała się z powrotem między ławkami wioślarskimi. Nagle o burtę rozbiła się potężna fala, zalewając cały pokład. Kluf, przywiązana do masztu, obszczekała wodę i próbowała ją ugryźć. Wyglądało na to, że świetnie się bawi.

Przez cały poranek płynęli, halsując, na północ, wzdłuż wybrzeża. W południe zostawili za sobą Hibernię i ujrzeli po prawej stronie zamglone szare brzegi Araluenu i Pikty. Było zimno i mokro, i bardzo nieprzyjemnie, ale oni za bardzo nie przejmowali się takimi drobiazgami. Byli młodzi i wytrzymali, przywykli do podobnych warunków. Wypuszczali się na morze podczas takiej pogody praktycznie od chwili, kiedy zaczęli stawiać pierwsze kroki. Mieszkańcy Skandii nie zwykli zostawać w porcie z powodu kiepskiej pogody.

Poza tym wracali do domu i ta świadomość wystarczająco rekompensowała drobne niedogodności.

Wczesnym popołudniem okrążyli najbardziej wysunięty na północ punkt Pikty. Hal, trzymając odpowiednią odległość od wybrzeża, skierował łódź na wschód. Teraz mieli wiatr od lewej burty, żeglowali półwiatrem, co w przypadku „Czapli” było nadzwyczaj korzystne. Mknęła po falach niczym prawdziwy ptak. Szybkie tempo i wizja powrotu do domu wprawiły wszystkich w euforię.

Po paru godzinach Thorn opuścił swą zwyczajową pozycję u stóp masztu, gdzie siedział przez cały czas, tuląc się do ciepłego futra Kluf, i ruszył w stronę steru. Pozostali za przykładem Lydii przycupnęli po zawietrznej w zagłębieniu między ławkami, owinięci w peleryny i kawałki brezentu, z nisko opuszczonymi głowami, by nie tracić cennego ciepła.

Thorn wskazał kciukiem na północ.

– To mi się naprawdę nie podoba – powiedział.

Hal pobiegł wzrokiem we wskazanym kierunku. Nad oceanem unosiła się czarna ściana gęstych ciężkich chmur burzowych, przetykana tu i tam światłem błyskawic.

Jeszcze daleko, ale parła prosto na nich.

ROZDZIAŁ 2

Hal prędko spojrzał w prawo. Szara poszarpana li nia piktyjskiego wybrzeża ciągnęła się aż po horyzont. Wiedział, że nie zdąży dotrzeć do jej krańca przed nadejściem sztormu. Znajdą się zbyt blisko zawietrznego brzegu, rozszalały wicher i fale rzucą ich na ostre skały. Podjął błyskawiczną decyzję.

– Do zwrotu! – krzyknął. Upewniwszy się, że cała załoga na niego patrzy, pokazał w lewo. – Dalej!

Skręcił rumplem i „Czapla” gładko ustawiła się na linii wiatru, a potem ją przecięła. Jednocześnie Stig i Stefan opuścili prawą rejkę z żaglem, a kiedy dziób wykonał obrót, podnieśli rejkę lewą. Ingvar, Lydia i Jesper szybko zajęli się luźną łopoczącą masą płótna, zebrali ją i ciasno zwinęli. Wiatr wypełnił lewy żagiel, a kiedy bliźniacy wybrali szoty, zmienił się w gładki napięty łuk. Łódź ruszyła do przodu z nową siłą i energią. Fala rozbiła się o prawą burtę, znów opryskując wszystkich na pokładzie. Nikt nie zwrócił na nią uwagi – za wyjątkiem Kluf, która zaczęła szczekać radośnie i kłapać pyskiem na bryzgi słonej wody.

„Czapla” pędziła teraz z maksymalną prędkością na zachód. Hal powiódł wzrokiem od wybrzeża do zbliżającej się masy chmur. Brzegi Pikty na pewno zdołają wyminąć, ale dalej na południe leży z kolei Hibernia. Muszą oddalić się od wybrzeża, bo kiedy uderzy sztorm, wiatr zacznie ich spychać w stronę lądu.

Thorn stanął obok niego, nie odrywając wzroku od nadciągającej burzy. Czarne chmury przecinało coraz więcej błyskawic, a ich uszu dobiegł daleki pomruk grzmotu.

– Trzeba opuścić rejkę – powiedział Thorn, a Hal zgodnie kiwnął głową. Smukłe wygięte drzewce i przymocowany do niego żagiel na pewno nie wytrzymałyby konfrontacji z rozszalałym wichrem.

– Na razie jest mi jeszcze potrzebna, by łódź nie wytraciła prędkości – odparł. – Musimy oddalić się od hibernijskiego wybrzeża. Im szybciej będziemy płynąć, tym szybciej tego dokonamy.

Thorn zagryzł wargi i pomyślał, że Hal ma rację. Ufał jego umiejętnościom. Hal na pewno opuści żagiel w odpowiednim momencie.

Hal dał znak Stigowi, który przypatrywał się im od pewnego czasu, a teraz ruszył lekkim krokiem po kołyszącym się pokładzie. Nie potrzebował niczego się trzymać.

– Coś planujecie? – zapytał.

– Chcemy zaczekać z opuszczeniem rejki do ostatniej chwili – odparł Hal. – Przygotuj kotwicę pływającą i żagiel sztormowy.

Żagiel sztormowy jest to niewielki trójkątny żagiel wciągany na forsztag przy maszcie. Dzięki niemu można zachować prędkość przy bardzo mocnym wietrze, bez ryzyka przeciążenia masztu czy olinowania. Stig kiwnął głową, wrócił na dziób i zawołał Stefana, by ten pomógł mu przygotować kotwicę pływającą, zwaną też dryfkotwą – długi stożek wykonany z płótna rozpiętego na obręczy z giętkiej trzciny. Miał on za zadanie utrzymać jednostkę dziobem do fali i zmniejszać dryf do czasu, aż Hal odzyska panowanie nad „Czaplą” dzięki żaglowi sztormowemu.

Kiedy dryfkotwa już leżała na dziobie, obok zwoju przyczepionej do niej liny, Stig i Stefan zaczęli mocować żagiel sztormowy do forsztaga za pomocą pierścieni, po czym przyczepili do niego fał, zamocowany na stałe, by w każdej chwili był gotowy do użytku. Stig wstał, odwrócił się w stronę Hala i pomachał.

– Teraz czekamy – powiedział Hal. Zastanawiał się, czy powinien skierować łódź na północ, by mieć większe pole do manewrów. Doszedł jednak do wniosku, że tym samym zwolniłby tempo posuwania się na zachód. Pomyślał, że lepiej utrzymać prędkość, by jak najszybciej minąć wybrzeże Hibernii. Wiatr i tak zepchnąłby go z wytyczonego na północ kierunku. Zerknął nerwowo na linię brzegową. Posuwali się w dobrym tempie. Jeszcze piętnaście minut i będzie po wszystkim. O ile sztorm zechce łaskawie zaczekać te piętnaście minut.

– Wiatr się zmienia – stwierdził Thorn. – Wieje teraz z północnego wschodu.

To była bez wątpienia bardzo dobra wiadomość. Teraz wiatr popychał ich na południowy zachód, co znaczyło, że szybciej oddalą się od wybrzeża na pełne morze.

A to, pomyślał Hal, zasadniczo wszystko zmienia.

Nagle wiatr walnął w „Czaplę” z całą mocą – niczym wyjąca rozszalała siła, niemal żywa istota. Bryzgi wody i piany zalały pokład, oślepiając członków załogi.

Sztorm z niespotykaną prędkością pokonał dzielącą ich odległość i uderzył z impetem.

„Czapla” gwałtownie przechyliła się w lewo, burta na moment znalazła się pod powierzchnią, nabierając wielkie ilości wody. Hal otworzył usta, by wydać rozkazy, ale załoga zdążyła go uprzedzić. Ulf i Wulf odwiązali fały, żagiel stracił napięcie i zaczął dziko łopotać, trzaskać i walić na boki niczym gigantyczny bicz. W tym samym czasie Stig wyrzucił dryfkotwę za burtę, a Stefan i Ingvar opuścili lewą rejkę i zaczęli zwijać żagiel. Trzepoczący skraj uderzył Stefana w czoło i zostawił głębokie skaleczenie, ale po chwili udało się go okiełznać, z pomocą pozostałych członków załogi, którzy chwycili za płótno, ściągając je w dół własnym ciężarem.

Pozbawiona żagla „Czapla” drgnęła, podskoczyła i zaczęła kołysać się gwałtownie na falach, aż woda chlupotała w tę i z powrotem w zagłębieniach między ławkami. Na szczęście środkowa wodoszczelna część zapewniła łodzi jako taką pływalność. Również dryfkotwa spełniła swe zadanie, ciągnąc dziób łodzi na spotkanie z wiatrem i morzem.

Hal otarł oczy ze słonej wody i zobaczył, że Stig wciąga żagiel sztormowy. Po chwili odczuł jego działanie, rumpel znów ożył w dłoni, a „Czapla” zaczęła powoli posuwać się do przodu pośród szalejącego wichru. Hal wiedział, że nadal trochę ich znosi, ale jednak zmierzali w kierunku zachodnim i istniała nadzieja, że oddalą się od wybrzeża, zanim będzie za późno.

Na to w każdym razie liczył.

Nagle niebo rozświetliły błyskawice i zaraz potem rozległ się ogłuszający grzmot. Hal skulił się, a Kluf, przywiązana do masztu, zawyła ze strachu.

Thorn pochylił się w stronę Hala.

– Nie podobało jej się! – zawołał.

Hal wyszczerzył się nerwowo.

– Mnie też nie – odparł. Ucieszył się, że reakcja psa na chwilę zajęła uwagę członków drużyny. Nikt nie spostrzegł, jak ich skirl podskoczył ze strachu.

Nagle poczuł mrowienie na skórze. Włoski na karku uniosły się. Sądząc po minie, Thorn również to poczuł.

– Zbliża się kolejny – ostrzegł. I niemal w tej samej sekundzie rozbłysła kolejna błyskawica, rozświetlony grot z ogłuszającym trzaskiem przeciął niebo tuż obok nich. Wodę na chwilę zasnuła para, lecz zaraz rozwiał ją szalejący wicher.

Kluf znowu zawyła w proteście przeciwko żywiołom. Hal potrzasnął głową, zamrugał powiekami. Na jego siatkówce odbił się powidok błyskawicy, tak że jeszcze przez chwilę Hal widział kanciasty fioletowy kształt. Wiedział, że błyskawice zwykle mierzą w najwyższy punkt w okolicy i trochę się dziwił, że ta nie trafiła w maszt. Pochylił się w stronę Thorna i podzielił swoimi wątpliwościami, a stary wilk morski potrząsnął głową i wskazał na potężne fale.

– Są wyższe od masztu – stwierdził i w tym momencie Hal uświadomił sobie, że faktycznie tak jest.

Ześlizgnęli się po grzbiecie fali i znów zaczęli pracowicie wspinać się na kolejną. Kiedy znaleźli się wyżej, wiatr znów uderzył w nich z pełną mocą. „Czapla” ponownie przechyliła się, wyprostowała i zjechała w dolinę, cięła wodę dziobem, aż z obu stron trysnęły pióropusze spienionej wody, i w końcu powoli zaczęła się wspinać po grzbiecie następnej fali. Woda pociekła wzdłuż pokładu i wyleciała spływnikami.

Ta kolejna fala to był prawdziwy potwór – jedna z tak zwanych fal monstrualnych, które czasem wznoszą się podczas sztormu, wyższa co najmniej o połowę od innych. Hal uświadomił sobie, że jej wysokość przekracza też długość łodzi – kiedy „Czapla” wspinała się po niej, wytracając przy tym prędkość, serce podeszło mu do gardła. Już myślał, że za chwilę osuną się z powrotem w dolinę. Ale „Czapla” jednak rozpruła falę jakieś trzy metry poniżej grzbietu, wbiła się w ścianę wody, otrząsnęła się niczym mokry pies i zsunęła w dolinę po drugiej stronie.

Znów wbiła się dziobem w wodę. I znów po obu stronach eksplodowały bryzgi wody i piany. Stig, który właśnie próbował dotrzeć na rufę, chwycił się jednej z lin, oplótł ją rękami i nogami, czekając, aż przez pokład przewali się masa wody, sięgającej mu aż po uda.

Potem puścił linę i chwiejnym krokiem pokonał ostatnie kilka metrów dzielące go od platformy, na której stał ster.

– Dobrze się trzyma – powiedział.

Hal musiał się z im zgodzić. „Czapla” pokonywała potężne fale i rozszalałe wichry niczym prawdziwy ptak. Ale przesądna strona jego natury nie pozwalała mu na zbytni optymizm. Wiedział, że bogowie morza zwykle surowo karzą wszelkie przejawy pychy.

– Póki nie zerwie się żagiel sztormowy albo nie odpadnie klepka poszycia – odparł.

Stig otarł oczy i zmarszczył brwi.

– Jaka pozytywna postawa – mruknął.

Hal wzruszył ramionami. Zawsze istniało ryzyko, że gwałtowne wstrząsy i uderzenia fal o burtę doprowadzą do uszkodzenia poszycia i łódź zacznie przeciekać. Hal nie sądził, by miało do tego dojść – w końcu sam ją zbudował, znał na pamięć każde złączenie. Ale jednak musiał liczyć się z takim rozwojem wydarzeń.

Spojrzał w stronę rufy i nagle serce podeszło mu do gardła. Linia brzegowa znajdowała się bardzo blisko, wbrew wszelkim obliczeniom. Widocznie sztorm przez cały czas spychał łódź z powrotem w stronę brzegu.

Nie mógł nic zrobić. Utrzymywał ją na optymalnym kursie, starał się w miarę możliwości kierować na zachód. Ramiona bolały go od ściskania za rumpel, nie zamierzał jednak ustąpić miejsca nikomu z członków załogi. W końcu to była jego łódź, jego odpowiedzialność. Nie ulegając fałszywej skromności, wiedział też, że jest najlepszym człowiekiem do tego zadania. Jako sternik znacznie przerastał umiejętnościami resztę załogi.

Thorn położył rękę na jego ramieniu i ruchem głowy wskazał w kierunku rufy. Hal pobiegł wzrokiem w tamtą stronę. Poczuł ukłucie strachu – linia czarnych skał wystawała z morza niczym rząd kłów; w jednej chwili brzeg znikał za zasłoną pryskającej wokół wody, by w następnej znów ukazać ostre jak brzytwa wierzchołki, jakby wypatrywał znoszonej w jego stronę łodzi.

Wszyscy trzej milczeli. Hal przymknął jedno oko i zapatrzył się na tylną stewę i brzeg w tle. Po minucie dostrzegł, że kąt się zmienia, powoli, lecz na tyle skutecznie, że już nie groziło im rozbicie o skały.

– Miniemy je – stwierdził.

Thorn i Stig mieli sceptyczne miny. „Czapla” wzniosła się na kolejnej fali, przecięła jej grzbiet i opadła w dolinę. Przez chwilę wyszczerzone skały znikły z ich pola widzenia. Po chwili, kiedy łódź znowu zaczęła się wznosić, ukazały się ich oczom – teraz po prawej stronie. Przemkną się, na pewno. Ledwo, ledwo, ale na pewno się uda.

Hal aż podskoczył, gdy nagle zaledwie kilka metrów od rufy ze spienionych odmętów wyrosła skała i przesunęła się błyskawicznie wzdłuż prawej burty. Mało brakowało, pomyślał.

Znów niebo rozdarły błyskawice, a kilka sekund później rozległ się ogłuszający grzmot. Ale tym razem dalej niż poprzednio, jak stwierdził obojętnie Hal. Stig wskazał na hibernijskie wybrzeże, które teraz znajdowało się daleko na wchodzie.

– Udało się – powiedział.

Hal pokiwał głową. Przesunął rumpel i skierował dziób łodzi na zachód. Wiatr wypełnił żagiel sztormowy, „Czapla” przechyliła się pod siłą podmuchu.

– Wypłyńmy dalej w morze, trochę tu ciasno – powiedział Hal i skierował łódź na nieznane wody Oceanu Nieskończonego.

ROZDZIAŁ 3

Mijały kolejne dni, a sztorm nie tracił na sile.

– Jak długo może trwać taka pogoda? – spytał Stig Thorna. Członkowie załogi siedzieli skuleni, szukając wątpliwej ochrony w zagłębieniu między ławkami, owinięci w brezentowe płachty, które jednak niewiele dawały w zetknięciu z szalejącymi żywiołami. Hal i Stig stali przy sterze, Hal zaciskał ręce wokół rumpla, Stig zaś, na szeroko rozstawionych nogach, by nie stracić równowagi, podpierał przyjaciela ramieniem. Hal już od wielu dni nie zaznał porządnego odpoczynku. Od czasu do czasu pod naciskiem Stiga i Thorna zgadzał się oddać na chwilę rumpel i łapał krótkie drzemki. Ale najdrobniejsza zmiana w ruchu łodzi czy uderzenie fali niezgodne ze stałym rytmem sprawiały, że natychmiast zrywał się na równe nogi, chwytał ster i znów przejmował kontrolę nad „Czaplą”.

Thorn uniósł głowę i spojrzał w szare niebo, po którym mknęły chmury – i od razu pożałował, bo pod wpływem ruchu strużka lodowatej wody pociekła mu po karku.

– Nawet wiele dni – odparł.

– Już minęło wiele dni – zauważył Jesper. Thorn spojrzał na niego, tym razem poruszając ciałem z najwyższą ostrożnością, by uniknąć kolejnego niechcianego prysznica.

– No to tygodni – powiedział. – Raz przeżyłem sztorm, który trwał ponad dwa tygodnie.

– Tak gwałtowny jak ten? – spytał Stefan.

Po namyśle Thorn potrząsnął głową. I zaklął, bo w tym samym momencie kolejna porcja wody spłynęła mu pod ubranie.

– Nie. Czegoś takiego nie pamiętam.

– Bardzo pocieszające – mruknęła Lydia, która siedziała z pochyloną głową, owinięta brezentową płachtą ciasno otaczającą jej twarz i szyję.

Interesujące, pomyślał Thorn. Miała najmniejsze doświadczenie w żeglarstwie z całej załogi. Oni wszyscy praktycznie dorastali na pokładzie okrętów, od najwcześniejszych lat wypływali w morze. A mimo to zdawała się żywić niezmącone przekonanie, że przetrwają ten sztorm. Niejedna dziewczyna na jej miejscu trzęsłaby się ze strachu. Tak samo zresztą jak niejeden mężczyzna, poprawił się w myślach.

– Nie martwisz się? – zapytał.

Podniosła głowę i spojrzała mu prosto w oczy.

– Owszem. Ale niewiele mogę w tej sytuacji zrobić, więc nie ma sensu się temu poddawać – odparła. – Poza tym ciągle mi powtarzasz, że Hal to najlepszy sternik, jakiego kiedykolwiek znałeś. Jestem pewna, że nas z tego wyciągnie.

Bez wątpienia miała rację. Thorn zastanawiał się jednak, jak długo Hal jeszcze wytrzyma. Stał u steru praktycznie bez przerwy od chwili, gdy uderzył w nich sztorm. Oczy miał czerwone od soli i ze zmęczenia, garbił się nad sterem jak staruszek. Wcześniej czy później ktoś będzie musiał go zmienić. Hal potrzebował snu – wielogodzinnego snu – czy mu się to podobało czy nie.

Thorn zerknął na niego. W tym momencie łódź wykonała gwałtowny ruch, sternik zachwiał się, a Stig podparł go czym prędzej. Hal wymamrotał ciche podziękowanie. Otrząsnął się i wyprostował plecy, zmrużył podrażnione oczy i zaczął tupać, by pobudzić krążenie. Thorn pomyślał, że ramiona i nogi muszą go potwornie boleć. Po kilku sekundach Hal znów zachwiał się ze zmęczenia, a Stig znów wsparł go muskularnym ramieniem.

– Dosyć tego – powiedział Thorn do siebie. Odrzucił brezent i ruszył w stronę steru po gwałtownie kołyszącym się pokładzie.

Stig spojrzał na niego pytająco. Hal uparcie patrzył przed siebie, mocno zaciskając dłonie na rumplu.

– Przecież on ledwo trzyma się na nogach – powiedział Thorn.

– Wiem. Ale się uparł. Proponowałem, że go zastąpię, ale tylko kręci głową i powtarza, że nic mu nie jest.

– Co oczywiście nie zgadza się z faktami – odparł Thorn. Chwycił prawą rękę Hala i próbował oderwać ją od rumpla. Skirl jeszcze mocniej zacisnął dłoń na gładkim drzewcu. Thorn puścił i przysunął się bliżej.

– Musisz zrobić sobie przerwę – powiedział.

Wargi Hala poruszyły się bezgłośnie.

Thorn wskazał na pędzące fale, na których łódź wznosiła się i opadała w regularnym rytmie. „Czapla” doskonale sobie radziła, parła do przodu gładko i wytrwale. Kilka godzin wcześniej wciągnęli dryfkotwę i teraz łódź popychał jedynie żagiel sztormowy. Płynęli z wiatrem i nic im nie groziło. Po zawietrznej nie czyhało na nich żadne niebezpieczne wybrzeże – nic, wszędzie tylko nieskończone morze. Łódź nadal wspinała się po wysokich grzbietach fal, by po chwili zsunąć się i zaryć dziobem w dolinę, przy okazji pryskając wodą na pokład. Ale ruch, choć nadal gwałtowny, nabrał regularności i stał się bardziej przewidywalny.

– Jest pod kontrolą – podjął Thorn, zbliżając wargi do ucha skirla. – Stig może stanąć przy sterze. Powinieneś odpocząć, w razie gdyby pogoda się zmieniła.

Zaczerwienione oczy popatrzyły prosto na niego. Hal był wyczerpany. A raczej półżywy ze zmęczenia. Thorn jeszcze raz usiłował oderwać dłoń Hala od rumpla – i tym razem ten niechętnie mu pozwolił. Słowa Thorna widać do niego trafiły. Thorn zabrał się za drugą rękę.

– Przejmij ster – zwrócił się do Stiga. Thorn otoczył ramieniem plecy Hala i zaprowadził go między ławki.

Pozostali rzucili się na pomoc i wspólnie ułożyli Hala na pokładzie.

– Przynieś suchy koc – polecił Thorn Edvinowi.

Medyk otworzył klapę, za którą kryła się wodoszczelna część śródpokładzia i wyjął mniej więcej suchy koc. Potem razem z Thornem ściągnęli z Hala barani kubrak i wełnianą koszulę, i zaczęli rozcierać jego skórę kocem, aż poczerwieniała i wróciło normalne krążenie. Wargi, wcześniej sine, również odzyskały zwykły kolor. Wulf sięgnął do schowka i wyjął suchą koszulę.

Kiedy przebrali w nią Hala, Thorn opatulił go kocem i przysunął się blisko, obejmując go ramieniem. Edvin przykrył ich obu brezentową peleryną. Hal drżał jak liść, bezwładnie oparł się o potężne ciało przyjaciela.

– Śpij – powiedział Thorn, głosem zaskakująco miękkim i łagodnym. Edvin zerknął na niego z zaciekawieniem. Przywykł do Thorna hałaśliwego i zgryźliwego. Stary wilk morski bardzo rzadko zdradzał się z czułością. Thorn uniósł wzrok, spostrzegł, że Edvin mu się przygląda i domyślił się, co mu chodzi po głowie.

– Padłby ze zmęczenia, gdybyśmy nie interweniowali – powiedział, wskazując na Hala ruchem głowy.

– Na Stiga też musimy mieć oko – zauważył Edvin.

Thorn kiwnął głową.

– To prawda. Stoi na zimnie i wietrze niemal tak długo jak Hal. – Obrócił się i spojrzał na Stiga. Pomyślał, że na razie chyba nic mu nie grozi. Stig uchwycił jego wzrok i wyszczerzył się szeroko, po czym szybko skulił ramiona, chroniąc się przed kolejną kaskadą, która w tym momencie przelała się przez dziób i prawie go zatopiła.

Thorn pozwolił Stigowi stać przy sterze jeszcze przez godzinę, po czym ostrożnie przekazał śpiącego Hala Ingvarowi.

– Myślę, że jesteś w stanie zapewnić mu wystarczającą ilość ciepła – powiedział.

Ingvar, chłopak potężnej postury i łagodnego usposobienia, zgodnie się uśmiechnął.

Sztorm dalej wył dokoła, olinowanie buczało, szarpane porywami wichru. Łódź niezmordowanie wspinała się po kolejnych falach, opadała i znów się wznosiła w niekończącej się sekwencji, aż zdawało się, że cały świat porusza się w tym rytmie. Od monotonnego ruchu mieli odrętwiałe umysły, podobnie jak dłonie i całe ciała odrętwiałe od przejmującego zimna.

Thorn stał przy sterze przez dwie godziny, aż i tak nikłe światło dnia zaczęło ustępować ciemności. Czasem jeszcze błyskawica przecinała czarne chmury, na krótką chwilę ukazując kontury łodzi. A potem rozlegał się ogłuszający grzmot, na który Kluf odpowiadała gniewnym szczekaniem. Ale błyskawice następowały po sobie coraz rzadziej i rzadziej.

Thorn oddał ster Stigowi i spojrzał na śpiącego Hala.

– Nie będziemy go budzić – powiedział. – Musi porządnie wypocząć.

W pewnym momencie na szczycie masztu pojawiło się migotliwe niebieskie światło, by po chwili rozbiec się po całym olinowaniu. Stig krzyknął ostrzegawczo, myśląc, że może maszt zajął się ogniem z powodu burzy. Thorn wstał i popatrzył na tajemnicze zjawisko. Członkowie załogi wydali stłumiony okrzyk przerażenia.

– To Ogień Lokiego – zawołał Thorn. – Ogień Łgarza, jak mówią niektórzy.

Loki był bogiem kłamstwa, znanym oszustem i kawalarzem. Niebieskie płomyki nie miały nic wspólnego z ogniem – było to zjawisko czasem występujące na morzu podczas burzy. Thorn widział je kilka razy podczas licznych wypraw i wiedział, że te migotliwe światła są całkowicie nieszkodliwe.

Stefan nie wyglądał na przekonanego.

– Według mnie wyglądają jak prawdziwy ogień.

Kilku innych członków załogi było tego samego zdania. Ich głosy brzmiały nieco nerwowo.

Thorn uśmiechnął się.

– Gdyby to był ogień, do tej chwili maszt zdążyłby doszczętnie spłonąć – zauważył.

Wszyscy trochę się uspokoili – choć nie do końca. Niebieskie światło jeszcze przez kilka minut migotało na maszcie i smołowanych linach, najwyraźniej nie czyniąc łodzi najmniejszej szkody.

– Kilka razy widziałam coś takiego w lesie – powiedziała Lydia – tylko nie wiedziałam, jak to się nazywa. Thorn ma rację. Te płomyki nic nam nie zrobią.

Te słowa ostatecznie uspokoiły resztę drużyny. Skoro Lydia się nie bała, to oni też nie zamierzali się przejmować. Ale i tak od czasu do czasu zerkali podejrzliwie na tajemnicze światło – aż nagle zniknęło, tak samo raptownie jak się pojawiło.

– Trochę mi go brakuje – wyznał Jesper, gdy znów otoczyła ich gęsta czerń nocy. – To było takie ładne.

Nagle ogromna fala zakradła się podstępnie i walnęła w prawą burtę, tuż koło dziobu, przechyliła „Czaplę” na bok i zalała pokład masą słonej wody. Łódź zadrżała, zaraz jednak wróciła do normalnej pozycji. Ale zmiana ruchu wystarczyła, by wyrwać Hala ze snu. Odrzucił brezentowe okrycie i rozejrzał się niespokojnie.

Stig sprowadził łódź z powrotem na prawidłowy kurs. Zaczęli się wspinać na kolejny wody szczyt. Ale między ławkami wioślarskimi zebrało się tyle wody, że spływniki sobie z nią nie radziły. Łódź zrobiła się ciężka i ospała. Hal lekkim krokiem pobiegł na rufę, by przejąć ster. Stig oddał mu go z wyraźną ulgą. Mocno odczuł uderzenie fali – na chwilę stracił dech w piersiach i całkiem przemókł.

– Nie zauważyłem jej – powiedział.

– Wysusz się – odparł Hal. – Teraz ja postoję przy sterze.

Dłuższy odpoczynek pomógł mu odzyskać siły. Stig ruszył więc w stronę ławek w poszukiwaniu suchego koca.

Thorn westchnął i zwrócił się do reszty załogi:

– Każdy chwyta za wiadro. Trzeba wyczerpać wodę.

ROZDZIAŁ 4

Zeglowali poprzez ciemne nocne godziny, wspinając się na potężne fale, w towarzystwie wichru, wyjącego niczym żywa dzika bestia.

Ich życie mijało w jednostajnym rytmie – łódź wjeżdżała do góry po grzbiecie fali, przecinała ją i ześlizgiwała się w dolinę, zatapiała dziób pod powierzchnią i od nowa.

Było to nieprzyjemne i mało komfortowe, ale z czasem sztorm nieco stracił na sile i teraz ufali, że, oczywiście pomijając nieprzewidziane okoliczności, ich łódź wyjdzie z tego cała.

Wiatr nadal wiał jednak z tak dużą siłą, że Hal nie zamierzał ryzykować stawiania delikatnych rejek i rozpinania żagli. Niewielki żagiel sztormowy napinał się mocno niczym membrana bębna i zapewniał „Czapli” tak zwaną prędkość sterowną na rozszalałych wodach. Ale, chociaż łódź niby ostrzyła w kierunku północnego wschodu, wszyscy zdawali sobie sprawę, że tak naprawdę siła wiatru i fal pcha ich na południowy zachód.

Czuli z tego powodu narastający niepokój. Znosiło ich coraz dalej i dalej na wody Oceanu Nieskończonego, po których nikt z nich wcześniej nie żeglował. Ale, jak zauważyła Lydia, niewiele mogli na to poradzić, więc zamartwianie się do niczego nie prowadziło. Jej spokój pomógł wielu członkom drużyny zachować jako taką równowagę. W podobnych sytuacjach strach i panika bywają zaraźliwe. Ale tym razem w ich grupie panował stoicyzm.

Przywykli do warunków i wykonywali wszystkie zadania rutynowo. Najbardziej wyczerpującą pracę miał sternik, stojący na platformie i wystawiony na podmuchy wiatru i bryzgi wody. Nie licząc tych chwil, na szczęście niezbyt częstych – kiedy musieli wybierać wodę. Hal wreszcie pogodził się z faktem, że sam nie da rady sterować przez cały czas i podzielił grafik między siebie, Stiga, Thorna i Edvina.

Podczas pierwszego rejsu „Czaplą” Edvin oczywiście ćwiczył umiejętności sternika. Nie miał fizycznej siły Hala, nawet nie wspominając o Stigu czy Thornie. Ale za to umiał bardzo sprawnie posługiwać się rumplem i doskonale wyczuwał ruchy łodzi, dzięki czemu potrafił utrzymać ją w kursie za pomocą minimalnych ruchów sterem. Umiał przewidzieć zachowanie łodzi na rozszalałych falach – i dlatego nie potrzebował aż tyle siły, by je korygować.

Lydia, która siedziała obok, ponieważ uznała, że sternik jest raczej samotny i należy dotrzymać mu towarzystwa, przyglądała się Edvinowi z podziwem.

– Dobrze ci idzie, co? – rzuciła.

Edvin zarumienił się i posłał jej uśmiech, zadowolony, że dostrzegła jego talent.

– Łatwiej skłonić łódź, by płynęła tam, gdzie chcesz, jeśli nie pozwoli jej się płynąć tam, gdzie ona chce.

Po namyśle Lydia z powagą kiwnęła głową.

– Chyba tak należy na to patrzeć – przyznała. Podczas wcześniejszych wypraw również stawała przy sterze. Hal uważał bowiem, że każdy z członków załogi powinien nauczyć się kierować łodzią, niezależnie od przypisanych mu zadań i posiadanych umiejętności. Wraz ze Stigiem strasznie się namęczyli, by rozwinąć w dziewczynie wyczucie i zdolność przewidywania, które Edvinowi przychodziły z taką łatwością. Dowiedziała się, że należy nieustannie poruszać sterem, przez cały czas dokonywać drobnych poprawek. Jeśli pozwoli się, by wiatr czy fale zepchnęły łódź z kursu, potem potrzeba dwa razy większego wysiłku, by przywrócić ją na kurs prawidłowy.

Oczywiście, teoria a praktyka to dwie zupełnie różne rzeczy.

– Chcesz pić? – zapytała.

Edvin energicznie pokiwał głową. Mimo zimna i wilgoci wyczerpująca praca przy sterze wymagała spożywania płynów w dużej ilości.

– Co zaproponujesz? – zapytał, szczerząc się szeroko, aż zaszczypały spękane wargi pokryte kryształkami soli.

– Wodę. Albo wodę – odparła Lydia.

Przez chwilę udawał, że się zastanawia.

– W takim razie poproszę wodę – powiedział w końcu.

Oczywiście nie mieli do picia nic ciepłego, choć wszyscy o tym marzyli. Przy takim kołysaniu byłoby szaleństwem rozpalać ogień na pokładzie, nawet jeśli chodziło o mały olejowy piecyk, który Edvin trzymał wśród kuchennego wyposażenia.

Lydia zanurkowała między ławki i nalała do kubka wody ze skórzanego bukłaka, pochylając się, by w razie czego ochronić naczynie przed bryzgami słonej wody, które z monotonną regularnością zalewały pokład. Potem wróciła na rufę i podała kubek Edvinowi. Z przyjemnością wziął głęboki łyk. Oczywiście woda była zimna i tym samym bardzo orzeźwiająca. Przy drugim łyku lekko zmarszczył brwi. Teraz wyraźnie wyczuwał słony posmak. Lydia, dostrzegłszy skrzywioną minę i domyślając się przyczyny, powiedziała:

– Wybacz. Ciężko ochronić tu cokolwiek przed kontaktem z wodą morską.

– Jasne – odparł i na wszelki wypadek bardzo szybko dopił wodę.

Popatrzył w niebo, na nieprzerwaną pokrywę ciemnoszarych chmur, a potem na wskaźnik wiatru przymocowany na szczycie masztu i tworzący niemal prostą linię.

– Raczej trudno powiedzieć, że pogoda się poprawia – mruknął.

A jednak, tylko działo się to tak powoli i stopniowo, że nie dostrzegali różnicy.

Czwartego dnia wiatr stracił nieco na swej straszliwej nieprzewidywalnej sile, skończyły się nagłe przerażające zrywy, grożące przewróceniem łodzi, jeśli załoga straci czujność choćby na bardzo krótką chwilę.

Owszem, wiatr nadal był niebezpieczny, nadal miał w sobie brutalną siłę, ale wszystko wskazywało na to, że już nie może wziąć ich z zaskoczenia. Po prostu był, jak stałe tło dnia.

Płynęli dalej. Cztery dni. Pięć. Sześć. I z każdym dniem, z każdą godziną, zapuszczali się coraz dalej w nieznany przestwór Oceanu Nieskończonego.

Szóstego dnia nawet wyszło słońce. Hal przyglądał się, jak zatacza łuk nad ich głowami.

Nigdy dotąd nie widział słońca stojącego tak wysoko. Dokonał pomiarów za pomocą specjalnego instrumentu. Nawet nie znając dokładnej pory dnia, widział, że zniosło ich bardzo daleko na południe, tak daleko, jak jeszcze nigdy nie dotarł.

A może nawet dalej, niż dotarł jakikolwiek człowiek na świecie.

Siedział między ławkami, dla rozgrzewki bijąc się ramionami, gdy podszedł do niego Stig, wyraźnie zmartwiony.

– Co się stało?

Stig rozejrzał się, by sprawdzić, że nikt ich nie słyszy.

– Zostało nam bardzo mało wody – powiedział ściszonym głosem.

Hal zmarszczył brwi.

– Jak to możliwe? Przecież jeszcze nawet nie skończyliśmy pierwszej beczki. Jest jeszcze cała druga.

Zawsze zabierali ze sobą na wyprawy dwie beczki wody pitnej umieszczone pod pokładem, w wodoszczelnej części śródpokładzia. Każdego ranka Stig napełniał wielki bukłak i kładł go na pokładzie, tak by każdy z członków załogi miał łatwy dostęp do wody. Oczywiście napełnili obie beczki przed opuszczeniem Hibernii. Nawet jedna starczyłaby na podróż powrotną, ale Hal wolał zachować ostrożność. W końcu nigdy nie wiadomo, co się może wydarzyć – ich obecna sytuacja dowodziła tego aż nazbyt wyraźnie.

– Druga beczka przecieka. – Stig gniewnie potrząsnął głową. – Nie mam pojęcia, jak to się stało. Może klepka poluzowała się od tego całego rzucania i bujania.

Stig jako pierwszy oficer miał obowiązek pilnować takich spraw jak zapasy i sprzęt. A teraz czuł się winien.

– Ile zostało? – zapytał Hal. To była zasadnicza kwestia.

Po namyśle Stig odparł:

– Może jakaś jedna trzecia. A w tej pierwszej trochę mniej.

– Przede wszystkim trzeba zatrzymać wyciek.

Stig machnął ręką.

– Już się tym zająłem. Ale trudno było znaleźć uszkodzenie, po prostu przelałem wodę do pierwszej beczki.

– To chyba nie robi różnicy, prawda? – spytał Hal z zaniepokojeniem. Skoro jedna beczka została uszkodzona, istniało ryzyko, że z drugą stanie się to samo. Może mało prawdopodobne, ale jednak. A Hal spędził na morzu wystarczająco dużo czasu, by wiedzieć, że jeśli coś jest prawdopodobne, to może się wydarzyć – i wydarza się aż za często. Ale Stig zapewnił:

– Nie. Pierwsza jest cała. Sprawdziłem trzy razy. Ale chodzi o to, że beczka zapełniona w dwóch trzecich wystarczyłaby nam do końca podróży. W normalnych warunkach. – Urwał znacząco. Hal rozumiał, o co mu chodzi. Popatrzył na szare rozpędzone fale.

– Ale to nie są normalne warunki – rzucił.

– Otóż to – odparł Stig ponuro. – Nie mamy pojęcia, gdzie jesteśmy ani jak długo zajmie nam powrót.

– Co znaczy, że trudno policzyć, ile wody potrzebujemy – dokończył Hal.

Przez chwilę siedzieli w milczeniu. W końcu Hal podjął decyzję.

– Obetniemy dzienne racje o połowę.

Stig miał sceptyczną minę. I cieszył się, że nie on musi decydować w tym przypadku.

– Czy to wystarczy?

– Szczerze mówiąc, nie wiem. Zniosło nas daleko na południowy zachód. I dalej znosi. Nie da się nic powiedzieć, dopóki pogoda się nie zmieni i będziemy mogli zawrócić na północny wschód. – Z namysłem podrapał podbródek. – Na pewien czas zmniejszymy racje o połowę i zobaczymy, co dalej. Powiedz pozostałym – dodał. Nie chciał, żeby się dowiedzieli dopiero rano, kiedy dostaną zmniejszone porcje. Uznał, że lepiej, by teraz ponarzekali sobie i pomarudzili do woli.

Stig zacisnął wargi. Hal widział, że przyjaciel nadal martwi się i obwinia. Poklepał go w ramię.

– Nie zadręczaj się tak – powiedział. – Nie twoja wina.

Stig potrząsnął głową.

– Jestem pierwszym oficerem. Powinienem był wcześniej zauważyć.

Hal filozoficznie wzruszył ramionami. Nie zamierzał za bardzo drążyć tego tematu. Owszem, technicznie rzecz ujmując, należało do obowiązków Stiga pilnowanie tego rodzaju szczegółów i Hal uważał w pewnym sensie za słuszne, że Stig ma wyrzuty sumienia. Dzięki temu z pewnością nie pozwoli, by coś takiego powtórzyło się w przyszłości.

O ile mamy przed sobą jakąś przyszłość, pisnął dręczący głosik w głowie Hala.

– Przekaż pozostałym – powtórzył i Stig ruszył w stronę reszty towarzyszy, którzy siedzieli skuleni blisko siebie, by nie tracić ciepła.

Jak można się było spodziewać, pierwszy zaczął marudzić Jesper.

– Jak do tego doszło? – spytał urażonym i stanowczym tonem, kiedy Stig opowiedział o cieknącej beczce. Stig wbił w niego stalowe spojrzenie.

– Jak, naprawdę nie ma najmniejszego znaczenia – powiedział. – Istotne jest, że tak się stało. Obcinamy racje o połowę aż do odwołania.

– Może spadnie deszcz – rzucił Ingvar. – Musimy przygotować coś, w co w razie czego można nałapać wody.

Stig z uznaniem kiwnął głową.

– Słuszna myśl, Ingvarze. Jesper, Stefan, przyszykujcie jeden z zapasowych żagli.

– Dlaczego ja? – zapytał Jesper. Hal wzniósł oczy do sztormowego nieba.

– Ponieważ ja tak mówię – odparł Stig.

Jesper wydał z siebie wzgardliwe prychnięcie.

– To żaden argument – mruknął.

Stig podszedł bliżej.

– A co powiesz na ten? Jestem pierwszym oficerem i jeśli nie będziesz wypełniać moich poleceń, dostaniesz po uszach.

Zapadła cisza. W końcu Jesper uciekł wzrokiem gdzieś w bok i podszedł do schowka, w którym trzymali zapasowe żagle.

– No, to był jakiś argument – przyznał obrażonym tonem.

ROZDZIAŁ 5

Ósmego dnia sztorm wreszcie postanowił się nad nimi zlitować. Wyjący wicher i bryzgi wody znikły z repertuaru podróży. „Czapla” już nie zalewała pokładu za każdym razem, gdy jej dziób rył doliny fal.

Ale chociaż siła sztormu zelżała i mogli nacieszyć się jakże upragnioną przerwą od ciągłego kulenia się między ławkami przerywanego wybieraniem wody, wiatr i fale wciąż bezlitośnie spychały łódź na południowy zachód. Kierunek wiatru był całkowicie niezgodny z kursem, który powinni utrzymać, by wrócić na wybrzeże Hibernii i, w końcu, do Skandii.

Thorn i Hal siedzieli w kucki przy sterze, a Stig usiłował utrzymać łódź pod kątem do kierunku wiatru. Pozornie zmierzali na północny wschód, a w rzeczywistości stale dryfowali pchani wiatrem na południowy zachód. Wiatrem, który, choć już nie przypominał tej wściekłej złośliwej siły, dręczącej ich przez osiem wyczerpujących dni i nocy, nadal wiał bardzo mocno, jakby uparł się, że nie pozwoli im wrócić do domu.

– Jak myślisz, istnieje szansa, że pogoda się zmieni? – spytał Hal Thorna, żeglarza najbardziej doświadczonego z całej załogi. W ciągu długich lat żeglowania po wszystkich morzach znanego im świata miał okazję poznać najróżniejsze kaprysy pogody.

Ale problem polegał na tym, że już nie znajdowali się w znanym sobie świecie. Ocean Nieskończony był dla nich wszystkich zagadką, miejscem obcym i niezbadanym. Owszem, w przeszłości wilczym okrętom zdarzało się zapuszczać na jego wschodni skraj. Ale nikt dotąd nie odważył się wypłynąć dalej, na niepomierną szarą masę wód, które teraz rozciągały się przed nimi po horyzont.

A jeśli nawet, to taki okręt nie wrócił.

Thorn wahał się z odpowiedzią. Zmarszczył nos i poniuchał powietrze, popatrzył na północny wschód, skąd brały początek wiatr i fale.

– Szczerze mówiąc – powiedział, przeciągając słowa – nie mam pojęcia. Nie znam tych wód ani tutejszej pogody. Mogę powiedzieć jedno: niby czemu miałaby się zmienić? Wiatr wieje z północnego wschodu już od ośmiu dni. I nie widzę żadnych oznak zapowiadających zmianę. A jest nam ona bardzo potrzebna, jeśli mamy zmienić kurs o dziewięćdziesiąt stopni.

– Czyli można założyć, że to potrwa kolejne osiem dni.

Thorn wzruszył ramionami.

– Czemu tylko osiem? Może tak wiać nawet przez kilka tygodni. Najwyraźniej jest to jakiś potężny front. Przykro mi, ale nie mogę powiedzieć nic bardziej optymistycznego.

Hal przez chwilę obgryzał postrzępiony paznokieć. W końcu spojrzał na Stiga i spytał:

– A jak nastroje wśród reszty?

W tego rodzaju sytuacjach starał się zachować dystans w stosunku do pozostałych członków załogi. Nie mógł sobie pozwolić na żadne dyskusje ani dzielić się myślami. Jeśli miał podejmować trudne i nieprzyjemne decyzje, musiał postępować w ten sposób. Jego rozkazy nie mogły stać się tematem debaty i kłótni. Ale Stig mógł trzymać się bliżej załogi i służyć Halowi za oczy i uszy.

– Jak wiesz, wczoraj znów obciąłem racje wody. Do dwóch kubków dziennie.

Hal zmarszczył brwi. Wiedział, że Stig zamierza ponownie obciąć racje, ale nie spodziewał się, że aż tak radykalnie.

– To bardzo mało. Jak to przyjęli?

– Nie byli zachwyceni – odparł Stig. – Trudno się dziwić. Ale rozumieją, że to konieczne. W końcu nie są dziećmi. A jeśli nawet trochę marudzą, to dobrze, upuszczą żółci i po sprawie.

– A niech mnie, naprawdę nie mam pojęcia, czemu nie pada – wtrącił Thorn, spoglądając na niskie chmury pędzące po niebie. – Orlog jeden wie, starczyłoby tego na cały potop.

– Może jeszcze popada – powiedział Hal. Ton jego głosu zdradzał jednak, że raczej na to nie liczy. Pomyślał, że kiedy bardzo się czegoś chce, to na pewno tak się nie stanie. Ale nie powiedział tego głośno. Zmniejszenie racji wody do jednej czwartej to był poważny krok. Ilość ledwo wystarczająca do przeżycia. Owszem, jedzenia mieli pod dostatkiem, ale bez wody apetyty nie za bardzo dopisywały. A brak wody odczuwa się znacznie szybciej niż brak jedzenia.

– Nawet jeśli wiatr się zmieni – powiedział po chwili milczenia – potrwa co najmniej osiem dni, zanim wrócimy do punktu startu.

– Więcej – poprawił go Stig. – Będziemy płynąć pod wiatr, co oznacza halsowanie. Zrobi się z tego dwa razy większa odległość do pokonania.

– A więc dziesięć-dwanaście dni.

Stig kiwnął głową.

– Co najmniej. A woda skończy się za trzy.

Thorn, który bacznie przyglądał się Halowi, nagle zapytał:

– Coś ci chodzi po głowie?

Hal wziął głęboki wdech i wyznał:

– Tak sobie myślę, że moglibyśmy postawić żagiel i skierować się na zachód.

– Na zachód? – powtórzył Thorn z niedowierzaniem. – Jeszcze dalej na Ocean Nieskończony?

– To tylko nazwa – odparł Hal. – Wzięła się stąd, że nikt do tej pory się tam nie zapuszczał. Ale pomyśl tylko. Tam musi coś być.

Machnął ręką gdzieś w kierunku zachodniego horyzontu. Thorn i Stig pobiegli wzrokiem za jego ramieniem. Thorn miał bardzo sceptyczną minę. A Stig nawet zmartwioną.

– A jeśli on naprawdę jest nieskończony? – powiedział.

Hal potrząsnął głową.

– Niby dlaczego? Każdy ocean musi się kiedyś skończyć. Zawsze jest jakiś brzeg.

– Ale to jest Ocean Nieskończony – zauważył Thorn.

Hal niecierpliwie potrząsnął głową.