Drugie życie Leny - Elżbieta Ceglarek - ebook + książka

Drugie życie Leny ebook

Elżbieta Ceglarek

0,0
20,00 zł

lub
Opis

Kobieta w średnim wieku, po przejściach, w zasadzie niewiele już chce od życia. Najczęściej po prostu świętego spokoju. Nie dla niej miłosne wzloty, romantyczne wyznania, upojne noce. Zwyczajnie nie wierzy, by coś dobrego mogło ją jeszcze spotkać. Dlatego, gdy Lena wpada niespodziewanie w ramiona przystojnego mężczyzny, broni się zaciekle, by nie dać się porwać uczuciu.
Czy uda się jej zachować swą długo budowaną stabilizację? Ile będzie ją kosztować ta walka? A czy w ogóle można się uchronić przed przeznaczeniem?

Książka Elżbiety Ceglarek to z pewnością pozycja dla tych, którzy potrzebują nadziei.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 490




Elżbieta Ceglarek

Drugie życie Leny

Projekt okładki

Krzysztof Krawiec

Korekta

Małgorzata Stempowska

Copyright © by Elżbieta Ceglarek, 2016

ISBN 978-83-944670-1-2

Napisałeś książkę i chcesz ją wydać? Zapraszamy do serwisu Rozpisani.pl.

Znajdziesz tu szeroki zakres usług wydawniczych, dzięki którym Twoja książka trafi do księgarń.

Pomożemy Ci dotrzeć do czytelników na całym świecie!

[email protected]

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

Nigdy nie wchodzi się dwa razy

do tej samej rzeki…

współczesne kino – marzenie

Podziękowania składam mojej przyjaciółce Agnieszce,

 która zechciała poświęcić swój czas i przeczytać tę książkę jako pierwsza. 

Elżbieta Ceglarek

Pierwsze spotkanie…

Padało. Co ja wygaduję? Lało jak z cebra! Zwyczajne oberwanie chmury! Koszmar jakiś!

Właśnie siedziałam w swoim samochodzie i w ręku dzierżyłam kierownicę. Znajdowałam się w samym sercu stolicy. Warszawę od dawna uważałam za swoje miasto. Znałam ją wystarczająco dobrze, na tyle dobrze, aby nawet w nie najlepszych warunkach atmosferycznych móc sobie pozwolić na odrobinę szaleństwa drogowego.

Jechałam szybko, chociaż w zasadzie nie powinnam. Chyba jednak nie wariowałam aż tak, by wytykać mnie palcami i pukać się nimi po czołach.

Co za niereformowalni ludzie, kierowcy niedzielni! Zero szacunku do drugiego człowieka. I to tylko dlatego, że jadę trochę bardziej dynamicznie od nich, gdyż zwyczajnie się spieszę. Moją głową szarpnęła myśl usprawiedliwienia się przed światem, a ja szarpnęłam się na siedzeniu ze złości.

Próbowałam w jakikolwiek sposób wyładować się na kimkolwiek, lecz nikogo nie było pod ręką. W samochodzie byłam zupełnie sama.

– Cholera jasna – zaklęłam głośno. Uznałam, że przynajmniej to mogę. Nikt mnie przecież nie słyszał. Wściekałam się i dosłownie, i wyłącznie dla lepszego samopoczucia. Miałam potrzebę rozładowania skumulowanych emocji, które sięgały prawie zenitu. Stan, który mnie trawił, złośliwi, o ile pamiętam, nazywają zespołem przedmiesiączkowym.

Co ma piernik do wiatraka? Uśmiechnęłam się pod nosem. W końcu zwolniłam. Starałam się wyciszyć. Przez pewien czas ze stoickim spokojem szukałam miejsca do zaparkowania. Jak zwykle takowego nie mogłam odnaleźć.

Ciągle siąpiło i siąpiło, a ja niestety nie miałam parasolki. Nie lubiłam nosić ze sobą szmatki na patyku ani tego typu gadżetów. Między innymi dlatego nie miałam teraz przy sobie tak niezbędnego sprzętu.

Przydałaby się ta cholerna umbrella! Nie uśmiechał mi się spacer w strugach deszczu. Zanim dojdę do urzędu, zmoknę niczym kura. Jak ja będę wyglądała? Normalnie, jak człowiek przemoczony deszczem – odpowiedziałam sama sobie i westchnęłam.

Coś się ruszyło. Nareszcie. Z parkingu bardzo powoli wyjeżdżał żółty citroen. Prowadziła go elegancka pani.

Muszę zdążyć! Postanowiłam i wtarabaniłam się na jej miejsce.

Kobieta zwróciła na mnie uwagę, ponieważ manewr skręcania wykonałam zbyt gwałtownie. Udałam, że nic się nie stało, że jej nie widzę. Zignorowałam fakt, że bacznie mi się przygląda.

Chwilę potrwało, zanim się upewniłam, że w końcu mam ją z głowy. Pospiesznie wysiadłam z samochodu. Nie byłam gotowa na kąśliwe komentarze pod swoim adresem. Nie teraz.

Zamknęłam drzwi. Zajrzałam do bagażnika, aby się przekonać, że naprawdę nie ma w nim śladu parasolki, po czym szybkim krokiem ruszyłam przed siebie.

Strome schody w urzędzie miasta, którego próg właśnie przekroczyłam i którego byłam częstym bywalcem, zawsze wydawały mi się niebezpieczne. Ile razy poruszałam się po nich, pokonując odległość w górę czy w dół (nie wiem, dlaczego nie korzystałam z windy), tyle razy myślałam, jak łatwo można z nich spaść i zrobić sobie krzywdę, nawet w biały dzień. Pozanosiłam pisma i schodziłam na dół.

A co dopiero mogłoby się stać, gdyby tędy wchodziło lub schodziło dziecko? Chwilowo odezwała się we mnie bujna wyobraźnia i włączyło zboczenie zawodowe. Większość nauczycieli wykazałaby podobną troskę. Nasza belferska świadomość wyposażona jest w ogrom bezwarunkowych przemyśleń i wrodzoną odpowiedzialność za dzieci. Oczywiście w pierwszej kolejności należałoby wziąć pod uwagę nauczycieli pracujących w przedszkolach. A ja należałam do tego grona.

Kiedy moje myśli przepowiadały katastrofę na schodach, wydarzyłaby się ona faktycznie, gdyby nie ramiona przypadkowego mężczyzny. Zanim się zorientowałam, w czym rzecz, facet złapał mnie i przytulił, mocno trzymając przy sobie. Nie pozwolił mi spaść ze stopni.

– To wszystko przez tę mokrą podłogę. Ludzie nanoszą deszczówki na butach, a inni ślizgają się po niej – zaczęłam się tłumaczyć.

Przez chwilę zastygliśmy w bezruchu, niczym w lawie. Zatrzymał się kadr filmowy. Nastąpiła stop-klatka. Zastygliśmy dosłownie.

Co się dzieje? Mój Boże, co ja wyprawiam? Szybko się ocknęłam i zaczęłam przepraszać nieznajomego, wyrywając się z jego objęć i nieco się poprawiając. W nerwowy sposób zaczęłam strzepywać coś z mojego granatowego płaszcza. Założę się, że nawet pod mikroskopem nie znalazłoby się w tej chwili na mokrej tkaninie najmniejszego pyłku.

– Przepraszam, nie chciałam... Naprawdę nie chciałam, nie miałam zamiaru, żeby… żeby tak wyszło – jąkałam się.

– Ależ droga pani, nie trzeba, nie gniewam się, nie ma pani, za co przepraszać.

– Ach tak, w takim razie proszę pozostawić mnie w spokoju. Sama sobie poradzę. Nic mi nie jest. Jeszcze raz najmocniej... Głupio mi… – wykonałam dziwny gest, jakbym miała zamiar odepchnąć mężczyznę od siebie.

Cały czas mówiłam, usprawiedliwiałam się, powtarzając ciągle to samo. Starałam się nie patrzeć na twarz nieznajomego. Było mi wstyd, że okazałam się zwykłą niezdarą.

Przeważnie, gdy jest mi niezręcznie, a tak właśnie się czułam, zaczynam się lekko jąkać, a już na pewno robię się czerwona niczym burak, nie tylko na policzkach, ale także na szyi i wszystkich innych odkrytych i zakrytych częściach mojego ciała. Plamy na szyi, co ja gadam: po prostu wielkie, czerwone placki w sytuacjach dla mnie ekstremalnych są znane wszystkim moim bliskim.

– Proszę mnie nie przepraszać, niczego nie wymagam. To dla mnie żaden kłopot, droga pani. Przyrzekam, że nic a nic się nie stało, chociaż jak przypuszczam, mogło… – ręką wskazał na schody.

Spojrzałam na mojego anioła stróża, który nie miał zamiaru przerywać sobie własnych pochlebstw.

– Dzięki Bogu, w porę udało mi się zapanować nad sytuacją, złapać panią i przytrzymać w swoich ramionach, i… – kontynuował.

– I? – Uniosłam brwi ze zdziwienia.

– Nie potrafię sobie wyobrazić, co mogłoby się stać w przeciwnym razie.

Przez chwilę wydawało się, że mój rozmówca jest nieco speszony. Niestety były to tylko moje pochopne domysły, szybko bowiem okazało się, że jest wręcz przeciwnie.

– Jeśli pan ocenia to w ten sposób… wobec tego dziękuję. Wielkie dzięki. Bardzo wielkie – powtórzyłam, nie patrząc na swojego wybawcę, lecz w okno, po którego szybach spływały stróżki padającego wciąż deszczu.

Pragnęłam jak najszybciej oddalić się z miejsca tej krępującej sytuacji, lecz nieznajomy się nie zgodził. Przytrzymał mnie za rękę i jak harmonijka rozwinął się w słowach. Nie pozwolił mi odejść.

– Jestem do pani usług. Pomogę w kłopotach. Zrobię wszystko, o co pani poprosi – wykonał ukłon w moim kierunku.

– Przyrzeka pan? – Postanowiłam skorzystać z okazji.

– Oczywiście, że tak.

– A więc najlepiej by było, gdyby zostawił mnie pan w spokoju. Może mnie pan wreszcie wypuścić? Czy mogę odejść? – Ręką wskazałam drzwi.

– A co się stanie, jeśli pani nie posłucham?

Spojrzałam na niego podejrzliwie.

– Nie wiem – tego doprawdy nie przewidziałam. – Zresztą to już nie moja sprawa – wzruszyłam ramionami.

– Ale moja owszem. Nie zostawię pani. Tego akurat nie zrobię. Przykro mi. Nie potrafiłbym wyzbyć się pani towarzystwa ot tak. Dla mnie to wielkie wydarzenie. Cieszę się, że dziś właśnie zdarzył się ów… incydent, wypadek, przypadek? – Pytał nie wiadomo kogo.

– Nie mam pojęcia, co pan ma na myśli – udawałam, że niczego nie rozumiem.

– Nieważne, jak to nazwiemy. Ważne, że przypadkowe zrządzenie losu, i chyba niezłe dla mnie szczęście, pozwoliło mi panią spo tkać. Poza tym akurat dziś mam urodziny i zrobiłem dobry uczynek. Proszę nie czuć się zakłopotaną. Cała ta sytuacja przecież nie jest pani winą. Przynajmniej nie całkowicie.

Gadał i gadał, jakby go ktoś nakręcił. Cały czas był wesoły i podniecony. Najwyraźniej nieźle się bawił.

Rozkoszne! Ja obchodziłam swoje urodziny wczoraj. Ale nie obnosiłam się z tym faktem po całym świecie. Bynajmniej nie miałam zamiaru, ogłaszać prywatnego święta wszystkim znajomym, a zwłaszcza nieznajomym w urzędzie miasta.

A tak w ogóle, co za łaskawca z tego mojego wybawcy. W zasadzie bardziej cwaniaczek. Dobrze, że się ocknął i pomyślał logicznie, uznając, że to nie moja wina z tym lądowaniem w jego ramionach.

A więc to nie była moja wina. Nie moja, że przejechałam się na tych cholernych schodach i… zatrzymałam na jego torsie.

Z politowaniem przedrzeźniałam nieznajomego, ale tylko w myślach.

– Powiedział pan, że nie powinnam czuć się winna za sytuację, która miała miejsce przed chwilą. Czyż nie tak właśnie pan się wyraził? Chyba się nie przesłyszałam?

– Oczywiście, że się pani nie przesłyszała. Tak właśnie myślę.

Przyznałam mu całkowitą rację. Przecież każdy w życiu może się potknąć, i to niekoniecznie na schodach. Czy to coś niezwykłego? Byłam coraz mniej pewna swoich przemyśleń, ponieważ przeróżnych potknięć życiowych miałam całkiem sporo na swej dotychczasowej drodze. Chyba było ich trochę za dużo. Oj, dużo za dużo!

Najwyraźniej nieznajomy cały czas fantastycznie się bawił. Natomiast ja nie miałam na to najmniejszej ochoty.

Pełno ludzi w urzędzie, a jemu zebrało się na przemówienia. Przecież życzeń urodzinowych nie będę mu składała. Na głowę nie upadłam. Nie znam faceta.

– Dziękuję panu za fatygę, dziękuję, że w dalszym ciągu żyję. Mam nadzieję, że mogę już spokojnie odejść? Żegnam pana, aniele stróżu – tym razem ja zażartowałam.

Nie czekając na jego zgodę, ruszyłam przed siebie. Swoją drogą to bardzo ciekawe. Oprócz daty urodzin mojej córki nie znałam prawie żadnej. Ledwie pamiętałam o urodzinach swoich rodziców, ciotek czy wujków. Długo musiałabym się zastanawiać nad datą urodzin mojego przyszłego zięcia, bratowej, brata czy któregoś z moich pracowników, a tu jaki łaskawy los. Chcę czy nie, wiem, kiedy urodził się facet, którego tylko dzięki przypadkowi poznałam i któremu podobno zawdzięczam uratowanie życia. To zawiadomienie dostałam od losu w pakiecie. Nowa znajomość, a wraz z nią informacja urodzinowa. Dosłownie jak w reklamie. Weźmiesz jedno, dorzucą ci drugie. Co za czasy! Wszędzie jesteśmy produktem marketingowym. Uśmiechnęłam się.

Szczerze mówiąc, ja właściwie wcale tego faceta nie poznałam, raczej dopiero co spotkałam, i to przez zupełny przypadek. Czy to może coś oznaczać? I komu to potrzebne?

O tym, co to oznaczało i czy było mi potrzebne, czy nie, dowiedziałam się znacznie później.

Nadzieja na moje szybkie pożegnanie świeżo napotkanego pana okazała się złudna. Opuszczenie go stawało się coraz mniej realne. Byłam całkowicie wyczerpana. Marzyłam o jak najszybszym zejściu z owych pechowych stopni. Lecz nieznajomy mi nie pozwolił. Zagadywał dalej i dalej…. Zachowywał się jak natrętna mucha i naprawdę był dobry w tym, co wyprawiał.

A może on jest dziennikarzem? Rany! Nie daj Boże, żeby okazało się to prawdą! Może ma gdzieś ukrytą kamerę? To dopiero byłaby kompromitacja. Zamartwiałam się na zapas, co zresztą było w moim stylu.

– Zapewne zaskoczę panią: muszę się przyznać, że widzę panią w tym miejscu nie po raz pierwszy. I zastanawiam się, czy ten okazały budynek nie jest pani miejscem pracy. Wydaje mi się, że mam rację – ciągnął konwersację z taką łatwością, z jaką ciągnie się gumę do żucia. I nie miał zamiaru przestać, choć w moim mniemaniu stawało się to całkowicie niesmaczne.

– Niestety nie. Zmartwię pana, nie pracuję w tym urzędzie – ucięłam trochę niegrzecznie. Podejrzewałam, że mój rozmówca z lekka blefuje. – Przepraszam, ale muszę już kończyć naszą rozmowę. Bardzo się spieszę – dodałam, schodząc o stopień niżej.

Nie chcę robić sensacji. Tyle osób mnie tu zna – pomyślałam.

– Ja też nie chcę narażać pani na sensację i obmowę – czytał w moich myślach. – Chodźmy więc. Chodźmy stąd razem. Po prostu gdzieś się ulotnijmy, jak kamfora…

– Jak to? Pan mi coś proponuje? Ulotnijmy się? Pan nie powinien… – mojemu zdziwieniu nie było końca.

– Wydaje się, że jest pani zaskoczona. Na szczęście jest mi pani winna przysługę. W końcu uratowałem pani życie, ocaliłem przed nieszczęściem. Nie może pani zaprzeczyć. Zwyczajnie odejść, jakby nigdy nic… Mam nadzieję, że doczekam się podziękowania. Czegoś miłego z pani strony. Chyba mnie pani teraz nie zostawi?

Nieznajomy na wpół serio starał się kontynuować dialog, pomimo, że widział moje zwątpienie i zakłopotanie. Wydawał się zarozumiały, nawet niegrzeczny! Nie wiedziałam, co miałam o nim sądzić?

– Czy pan nie przesadza? – Uśmiechnęłam się wciąż zdziwiona. Odpowiedzi niestety się nie doczekałam. Za to propozycji tak.

– Może napijemy się czegoś razem? Mocna kawa? Ciepła herbata? Zjemy coś? Rozgrzejemy się – dziś taki fatalny dzień… Wrzucenie czegoś na ruszcik dobrze nam zrobi. Zapraszam panią gdzieś, gdzie będziemy mogli spokojnie porozmawiać. Alkoholu nie proponuję, bo jak rozumiem, jest pani w pracy. Przyrzekam, że nie zajmę pani dużo czasu. – Najwyraźniej nie chciał się odczepić, ignorując moje pytanie.

– Nie, nie mogę, naprawdę nie dam rady. I niczego pan nie rozumie. Czas mnie goni! Muszę… – zaczęłam niepewnie, potem pociągnęłam całkowicie poważnym i bardzo stanowczym tonem. Czułam, że jestem tak przeraźliwie zimna i oschła, że facet za moment zamieni się w sopel lodu i do żadnej kawiarni nie będzie mu dane dojść ani ze mną, ani tym bardziej beze mnie.

– Ja jednak nalegam. Niech mi pani nie odmawia. Bardzo panią proszę… – Wkradał się w moje łaski, składając dłonie jak do modlitwy.

Pokręciłam głową na znak odmowy.

– Więc dobrze, spróbuję inaczej… Nie będę kłamał. Powiem prawdę. Przyznam się…

Nastała chwila ciszy. Przestraszyłam się.

– Jest pani… jest pani fantastyczna. Zauroczyła mnie pani. To nie może być zwykły przypadek, że panią spotkałem. I to w nie byle jakich okolicznościach. Nie wierzę w takie przypadki – dodał z entuzjazmem i tym razem odrobiną powagi w głosie.

– Proszę przestać! Dosyć tego! Ta rozmowa staje się dla mnie zbyt kłopotliwa. Nie zamierzam dłużej słuchać, co jeszcze ma mi pan do powiedzenia! Żegnam!

– Niech pani zaczeka! Nie mam zamiaru pani onieśmielać ani zamęczać moją skromną osobą, ale to przecież pani, pani pierwsza mnie zaczepiła… jakkolwiek to zabrzmi. – Złapał moją dłoń własnymi. Patrzył na moją twarz.

– Nie powinien pan – skarciłam go, spoglądając na nasze złączone dłonie. Byłam speszona.

– Czyżbym kłamał? Przysięgam, bardzo się cieszę, że mogłem pomóc. To wszystko było nadzwyczaj miłe. Zaznaczam szczerze: niezmiernie miłe. Chciałbym… mógłbym ciągle panią ratować z opresji – rozmarzył się mój wybawca.

– Z opresji? To raczej ja powinnam ratować pana z obsesji… Czyżby życzył mi pan, bym ponownie potknęła się na schodach? Czy pan się słyszy? Proszę przestać żartować. Nawet w ten sposób nie myśleć. Ratowanie mojej osoby sprawiałoby panu radość? To niedorzeczne – wyznałam zaskoczona. Nie spodobała mi się jego bezpośredniość, zupełnie nieadekwatna do sytuacji, w której oboje się znaleźliśmy. Z niedowierzaniem kiwałam głową.

– Źle mnie pani zrozumiała. Proszę posłuchać… Ratowanie ludzi to moja specjalność. Jestem przyzwyczajony. Robię to codziennie. Dla mnie to nie żadna nowość, rutyna raczej.

Co on sobie myśli – zastanawiałam się, nie zwracając uwagi na deklarację, którą powiedział mi prosto w twarz.

Przecież nie znam tego człowieka i mam iść z nim do kawiarni tylko dlatego, że zabiłabym się niechcący? Nie, tego już za wiele! Ale wesoły i zabawny jest. Żartować też potrafi. Nie mogłam zaprzeczyć.

Boże, obawiam się, że ja po prostu odwykłam od płci męskiej! Do tego stopnia, że w ogóle nie wiem, jak mam się zachować. Nie wiem, naprawdę nie mam pojęcia, co mam robić. Czy powinnam spełnić prośbę nieznajomego, skoro tak bardzo prosi, czy może najlepiej odprawić gościa z kwitkiem?

Panie Boże, dopomóż! W moim nieszczęściu zwróciłam się do sił nadprzyrodzonych. Miałam nadzieję, że jak nie Pan Bóg, to może chociaż jakiś dobry anioł zlituje się nade mną i pomoże mi w tej niecodziennej sytuacji. Na szczęście prosiłam w myślach. Trwało to chwilę i musiało dziwacznie wyglądać, gdyż nieznajomy wyglądał na zdziwionego.

– Czy już? Zrobiła pani rachunek sumienia? Zastanowiła się pani? Chodźmy! Szkoda czasu! Nie marnujmy go dłużej. – Mężczyzna ciągle się uśmiechał.

– To niesamowite. Nie może być prawdziwe. Wierzy pan w to, co mówi? –Odezwałam się z przekorą.

– W prawdziwość zaproszenia pani na kawę? Jak najbardziej wierzę.

Po tej deklaracji zaczęłam przekonywać nieznajomego na przeróżne sposoby, by w końcu dał mi spokój.

– Przecież ja pana w ogóle nie znam. Widzę pana pierwszy raz w życiu. Nie może pan tego zakwestionować. Musi pan zrozumieć, że ja tak nie mogę… Prosiłam.

Nieznajomy nie dał się przekonać i wręczył mi parasolkę.

– Idziemy – zakomenderował.

– Poza tym jestem w pracy, więc niczego się nie napijemy. W dodatku jestem w dość poważnym wieku. Nie zadaję się z nieznajomymi jak jakaś nastolatka, a już na pewno z nikim obcym nie pijam przypadkowej kawy. Nie mamy o czym dyskutować. Nic z tego nie będzie. Nie mam zamiaru gdziekolwiek się z panem wybierać. Przykro mi, ale nie będę częścią pańskiego planu – wypaliłam jednym tchem, niczym katarynka.

Głupio zabrzmiały moje argumenty. Nieznajomy wybuchnął śmiechem. Zdawało się, że nie słuchał moich nędznych przekonań. Niewiele go obchodziły. Nie dał się zbyć. Za żadne skarby świata nie miał zamiaru zrezygnować z mojego towarzystwa.

Czas nieubłaganie biegł do przodu i działał na moją niekorzyść. Czy tak było naprawdę, dowiedziałam się znacznie później.

– Proszę jeszcze raz posłuchać. Po pierwsze nie wygląda mi pani na staruszkę. Po drugie, nawet gdyby pani nią była, i tak nie dałbym pani spokoju. Bardzo mi się pani podoba. W starszym wieku pewnie też zauważyłbym wyjątkowość pani urody – powtórzył to samo, co już przed chwilą słyszałam.

– Nie powinien się pan tak zachowywać. Pańska swoboda jest dla mnie nie do zaakceptowania. – Myślałam, że moje nerwy tego nie wytrzymają.

– Przepraszam najmocniej. Nie przedstawiłem się. Przepraszam za ten nietakt. Dawno powinienem to uczynić. Naprawdę, dawno powinienem… – zaczął z innej beczki.

Zauważyłam, że nowo poznany pan powtarzał wybrane zdania, czasami wyrazy, dwukrotnie. Może zaznaczał w ten sposób kwestie, które były dla niego znaczące?

– Marcin Prajs, do pani usług. Poddaję się. Może pani zrobić ze mną, co zechce. W przyjaznym geście wyciągnął do mnie rękę. Męską, ciepłą dłoń. Moją arktycznie lodowatą sam wyjął z kieszeni płaszcza, szarmancko całując aż dwa razy. Ukłonił się przy tym grzecznie jak przedwojenny chłopiec.

– To dziecinnie proste. Już mnie pani zna. Nie musi się pani niczego obawiać. Wszelkie lęki miejmy za sobą – zarządził.

Z niedowierzania pokiwałam głową. Czułam, że zbliża się masakryczny koniec świata, zostałam pokonana własną bronią. Zrobiło mi się gorąco. Osłupiałam. Bardzo lubię, gdy mężczyzna całuje moje dłonie. Powiem więcej: takie sytuacje wręcz mnie podniecają. Lecz – ma się rozumieć – nie odczuwałam takiego stanu teraz, nie sprzyjały temu okoliczności.

– Znam wiele kobiet, mnóstwo pań – Marcin ciągnął pewny siebie – ale tak uroczej osóbki jak pani jeszcze nigdy nie spotkałem. Gdzie się pani ukrywała do tej pory?

Milczałam, marząc, by się odczepił.

– Warszawa jest taka duża, że z pewnością tu leży przyczyna – stwierdził, nie czekając na moją odpowiedź. Kontynuował przemowę, która dla mnie była coraz trudniejsza do zniesienia. – Myślę, że dobrze odgadłem. Pani pracuje w urzędzie, prawda?

Już raz mnie o to pytał. Facet ma sklerozę.

– Niestety źle pan dedukuje. Skończmy te zgadywanki. Nie mam ochoty na zabawę. Nie pracuję w tym miejscu – zaprzeczyłam szybko i po raz kolejny niezbyt grzecznie. Jednocześnie rozglądałam się nerwowo, gdyż czułam się porządnie skrępowana. Nie miałam zamiaru pod żadnym pozorem zwracać się do nieznajomego po imieniu.

A swoją drogą – niezły z niego podrywacz. Powoli miałam wszystkiego po dziurki w nosie.

– W takim razie nie rozumiem. Ktoś tu oszukuje. Przecież raczej się nie przesłyszałem, że jest pani teraz w pracy.

– Tak, oczywiście, nie przesłyszał się pan – przytaknęłam jak uczennica. – Ale czy muszę być pracownikiem urzędu? Nie przyszło panu do głowy, że są jeszcze inne, ciekawsze miejsca do kontynuowania własnej kariery? Nie zamierzam się zwierzać. Proszę to uszanować. Nie mam zamiaru tłumaczyć się przed panem.

– Czy to jakaś tajemnica?

Nie odpowiedziałam.

Co za facet?! On mnie stąd nie wypuści. Boże, mam dosyć tego dziwnego człowieka. Miałam złe przeczucia.

Nasza rozmowa bardzo się przeciągnęła. Nie wiem nawet, kiedy zeszliśmy i stanęliśmy przy drzwiach wyjściowych.

Nasz dialog w większości bardziej przypominał droczenie się dwojga obcych sobie ludzi niż grzeczną rozmowę inteligentnych, ziemskich istot. Marzyłam o jak najszybszym opuszczeniu nowo poznanego Marcina, ale on nie dawał za wygraną. W końcu wylądowaliśmy w małej kawiarence niedaleko urzędu. Zaznaczam, że stało się tak wyłącznie dla świętego spokoju. Mojego świętego spokoju. Byłam wtedy o tym święcie przekonana. Ale czy tak było naprawdę? Dowiedziałam się tego znacznie później.

W kawiarni

Wnętrze kawiarni wydawało się równie zadbane i gustownie wykończone jak elewacja zewnętrzna budynku. Szare ściany sprawiały wrażenie niepowtarzalnej harmonii i spokoju. Znajdowało się tu mnóstwo stolików. Małych, białych, okrągłych… Miałam wrażenie, że jest ich zbyt wiele. Znacznie za dużo. Każdy lekko oświetlała miniaturowa lampka w pastelowych kolorach. Ustawione na białych serwetkach tworzyły przyjazny klimat i nieco komunijny nastrój.

Nigdy wcześniej tu nie gościłam. Jakoś nie było mi po drodze. Lokal mieścił się na tyłach Urzędu m.st. Warszawy. Nigdy nie miałam potrzeby do niego zaglądać. Zresztą nie lubiłam biegać po kawiarniach. Samotne kobiety w moim wieku rzadko je odwiedzają. Taka bynajmniej była moja prywatna teoria, której do dzisiejszego dnia kurczowo się trzymałam.

Marcin odebrał z moich rąk ociekającą parasolkę, którą pożyczył mi na siłę. Nie chciał, bym zmokła. Szybkim ruchem rozłożył ją na podłodze, tuż przy oknie. Następnie pomógł mi wydostać się z równie mokrego płaszcza. Powiesił go na wieszaku. Sam pospiesznie ściągnął własny i ręką wskazał miejsce, gdzie powinniśmy usiąść. Posłusznie wykonałam polecenie, wygodnie usadawiając się w białym, miękkim fotelu. Poczułam przyjemne ciepełko, które nie pozbawiło mnie zdrowego rozsądku. Starałam się czuwać nad wszystkim, zwłaszcza nad emocjami.

– Niech pan sobie nie obiecuje za wiele – zwróciłam się do Marcina, który zajęty był zamawianiem kawy. Zupełnie swobodnie mogłam pozwolić sobie na taką dygresję, gdyż siedziałam bardzo blisko bufetu. Cały czas wolałam nie zwracać się do mojego kompana po imieniu.

– Oczywiście, słowo harcerza, że nie będę sobie niczego obiecywał – dalej żartował pan nieznajomy. Był mistrzem w gadaniu i miał przy tym spore poczucie humoru. – Ja się przedstawiłem. Teraz kolej na panią.

Postawił tacę z zawartością zamówienia. Usiadł naprzeciwko mnie i przyglądał mi się z uwagą. Żądał natychmiastowej reakcji, a raczej zdawało mi się, że żąda. Moje policzki robiły się coraz bardziej rumiane.

– Czy poznam pani imię, piękna nieznajoma? Opowie mi pani coś o sobie?

Tym razem odezwał się z takim ciepłem w głosie, że skapitulowałam. Nie opierając się już wcale, zaczęłam mówić cicho i poważnie. Starałam się nie patrzeć w jego oczy. On przeciwnie – nie spuszczał ze mnie wzroku.

– Lena Zawrocka – wycedziłam. – Nazywam się Lena Zawrocka. Pracuję w przedszkolu. Jestem… – zatrzymałam się na chwilę. – Jestem dyrektorem. Nie, chyba nie powinnam czymś takim się chwalić... Pana to nie powinno interesować. Nie mam pojęcia, w jakim celu opowiadam panu takie szczegóły. Przepraszam… tobie – poprawiłam się szybko, gdyż nieznajomy zmarszczył czoło, co mogło oznaczać, że dziwi się, że wciąż nazywam go panem.

– Lena, spokojnie, proszę cię. Słucham cię z ogromną przyjemnością. Uwielbiam słuchać, gdy... Naprawdę bardzo lubię. Proszę, mów dalej.

Mój nowo poznany kolega poczynał sobie śmiało. Zamyślił się na chwilę, po czym wzrokiem poszukał mojej dłoni. Powoli wziął ją we własne ręce i przyciągnął do ust. Pocałował, delikatnie pogłaskał i odłożył na miejsce, gdzie przed chwilą się znajdowała. Mówiąc w skrócie: oddał mi ją. Wykonywał swój manewr bardzo powoli, a mnie zamurowało. Uznałam ten gest za zuchwalstwo, ale nic z tym fantem w tej chwili nie wypadało mi zrobić.

– Lena, Lenka… Piękne imię, przepiękne… – powtórzył kilkakrotnie, słodząc kawę, wlewając śmietankę i podając ciastka. Wszystkie te czynności wykonywał prawie jednocześnie. Zachowywał się tak, jakby całkiem zwariował pod wpływem niebywale sensacyjnej wiadomości, którą właśnie usłyszał i jeszcze dostatecznie się z nią nie oswoił.

– Proszę przestać. Niech pan nie żartuje, przecież Lena to najbardziej zwyczajne imię na świecie, w dodatku rosyjskie. Do dziś pamię tam, jak w podstawówce przezywali mnie „pieróg". Przeważnie na języku rosyjskim, który wtedy był obowiązkowy. To chyba na cześć ruskich pierogów, które wszystkim kojarzyły się z moim imieniem. Wcale nie podobało mi się imię Lena. Czego tu szaleć? Zresztą, nigdy nie lubiłam swojego imienia. Ludzie przeważnie nie lubią własnych imion. Nie ma w tym nic dziwnego. Zawsze najpiękniejsze jest to, co niedoścignione, niemożliwe. Właśnie to chcemy mieć.

– Pięknie powiedziane – zachwycił się Marcin.

Przez jakiś czas milczeliśmy wpatrzeni w filigranowe filiżanki czarnego napoju, udając, że słuchamy cichej muzyki. Bo co można mówić do kogoś, kogo przed chwilą się poznało i kto za cholerę nie zna ani jednego twojego problemu?

Wtem z kieszeni marynarki Marcina dobiegł dźwięk telefonu. Nasz spokój został przerwany. Dobrze, że tak się stało, gdyż był bardzo uciążliwy. Myślę, że dla obydwu stron.

– Słucham cię, Kazimierzu. Czy coś się stało? To ważne? Nie, nie będziesz mi dzisiaj potrzebny, jedź. Jedź spokojnie. Jedź i pozdrów Agatę. Ode mnie ją pozdrów koniecznie. No trzymaj się…

– Przepraszam cię, musiałem odebrać. Przyjaciel, to konieczność. Myślę, że rozumiesz.

Przytaknęłam, chociaż niczego nie rozumiałam.

– Lubisz swoją pracę, prawda? – Sprytnie zmienił temat, upijając łyczek kawy.

– Tak, owszem – wzięłam głęboki oddech. Brakowało mi powietrza.

Marcin patrzył na mnie z zaciekawieniem, podczas gdy ja z trudem próbowałam kontynuować swoją wypowiedź.

– Całe moje życie kręci się wokół niej właśnie. Uwielbiam… jestem w swojej pracy zadurzona… po uszy. Bardzo lubię… Uwielbiam bezpośrednią pracę z dziećmi... Najbardziej na świecie kocham… – przerywałam zdania, a Marcin nie miał najmniejszego zamiaru się wtrącać. – Cóż, jednak z racji mojej obecnej funkcji znacznie więcej czasu spędzam z dorosłymi. Mam na myśli moich nauczycieli i pozostały personel. Praca z ludźmi jest bardzo trudna, ale daje wiele satysfakcji. Jako dyrektorowi udaje mi się rozwiązywać rzeczy niemożliwe. Moja praca dostarcza mi ogromu adrenaliny. Pan Bóg najwyraźniej wskazał mnie do tej roli i jestem tu, gdzie jestem, głęboko w to wierzę… Zresztą jestem wierząca – zaczerpnęłam powietrza.

Marcin nie spuszczał mnie z oczu. Nie przerywał.

– Mierzę się co dzień z trudnymi sprawami. Czuję się jak himalaistka. Ciągle pokonuję góry, zdobywam szczyty. Nie cofnę się przed niczym. Staram się jak najlepiej wypełniać swą misję – zamilkłam.

Marcin patrzył na mnie z niemalejącym zainteresowaniem.

– Co prawda z dziećmi jest dużo łatwiej. W tym, co robią, są bardzo prawdziwe. Później z tej szczerości dość szybko wyrastamy. Wiem, co mówię. W sprawach personalnych mam spore doświadczenie.

– To niezmiernie interesujące. Ciekawi mnie wszystko, o czym mówisz. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. To bardzo ciekawe – znowu uśmiechnął się przyjaźnie.

Milczeliśmy. Zachowywaliśmy się tak, jakbyśmy specjalnie najpierw coś mówili, mówili, mówili, a następnie celowo zawieszali się, by po chwili móc przetworzyć dane, które od siebie usłyszeliśmy. Chłonęliśmy siebie nawzajem. Żadne z nas nie chciało popełnić nawet najmniejszej gafy. Choć wówczas wcale nie byłam tego świadoma, przyciągałam Marcina, a on odwzajemniał to. Chłonął mnie całym sobą. Poczułam cudowne uczucie, przed którym jeszcze ciągle zamierzałam się bronić. Dla mnie było to zupełnie zapomniane uczucie, dawno pochowane w grobie. Nie potrafiłam go wskrzesić.

– Poza tym praca znieczula. Pochłonięci nią mamy możliwość uciec od rzeczywistych problemów, od zawiści ludzi, bezwzględności i mściwości tych, których do tej pory uważaliśmy za przyjaciół – wypaliłam niespodziewanie. Bałam się krytyki ze strony Marcina, ale powiedziałam to, co od dawna leżało mi na sercu. Sama nie wierzyłam, że tak potrafię.

– Oczywiście, że znieczula – mój rozmówca zgodził się ze mną. Wcale nie miał zamiaru mnie krytykować.

Podniósł mnie duchowo. Pozwolił kontynuować przemyślenia.

– Staram się trzymać prawdy…

– Co to za prawda?

– Kiedyś przypadkowo usłyszałam mądre słowa z ust Jana Englerta, dyrektora jednego z warszawskich teatrów. Mam do tego człowieka ogromny szacunek. Nie pamiętam, jak one brzmiały… – początkowo nie mogłam sobie przypomnieć. – „Dyrektor powinien potrafić odróżnić różnicę między kompromisem a konformizmem". Myślę, że te godne słowa, to prawdziwa świętość. Zgadzam się, właśnie tak dokładnie jest w życiu szefa. Trzeba się trzymać pewnych norm, ale także często trzeba umieć ustąpić… I jeszcze jedno: jak się nie będą ciebie bali, to się będą z ciebie śmiali. Taki cytat pewnie znasz?

– Roześmiałam się.

Marcin odwzajemnił się śmiechem.

– Lena, intrygujesz mnie. To, o czym mówisz, jest niezmiernie ciekawe. Pojąłem, co miałaś na myśli, mówiąc, że praca znieczula. Domyślam się, co chciałaś przez to wyrazić. Znieczulanie to pojęcie bliskie również mnie.

– Co ty możesz mieć wspólnego ze znieczulaniem? Co ty możesz o czymś takim wiedzieć? Co mężczyzna taki jak ty może mieć z tym wspólnego? Nie wyglądasz na faceta z problemami.

Prześwietliłam Marcina wzrokiem. Niczego nie byłam świadoma. Niczego nie przeczuwałam.

– Mam trochę wspólnego, może więcej niż trochę. Bardzo, bardzo trochę… – Marcin wszystko obracał w żarty.

– Powiesz mi, o co chodzi?

– Myślę, że tak.

– A więc?

Uśmiechnął się już chyba tysięczny raz.

– Lena, jesteś taka piękna. Ślicznie się uśmiechasz – skończył temat banalnym stwierdzeniem.

– A więc nie. Nic mi nie powiesz. Niczego się o tobie nie dowiem. Myślę, że ja też nie powinnam rozwijać tematu o sobie. Chyba jeszcze za wcześnie na osobiste wyznania. Za bardzo się rozgadałam. W ogóle za dużo mówię. To nic ważnego… To nic… Znieczulanie się pracą to naprawdę nic ważnego. Zapomnijmy, że coś takiego padło z moich ust.

Sama oniemiałam po słowach, które zwyczajnie wyrwały mi się już nie z takiej młodej piersi przecież, a jednak. Marcin bacznie mi się przyglądał. Jego oczy ze zdziwienia nabierały coraz większych rozmiarów.

Czułam, że się rumienię. Policzki dosłownie mnie paliły. Płonęłam.

– Chciałam dodać, że bez pracy nie dałabym sobie rady. Mogłabym wpaść w depresję, nic nie robiąc. Zwłaszcza trudno było zaraz po rozwodzie… – nie wiem, w jakim celu to powiedziałam. Jak mogłam zachowywać się tak nieodpowiedzialnie przy obcej osobie?

Marcin szybko zauważył, że dotykam trudnego tematu. Moje uczucia balansowały na krawędzi. Atmosfera stawała się tak ciężka jak powietrze, w nieprzewietrzonym pomieszczeniu.

– Nie musisz, Lena, może innym razem… Odpocznijmy od przykrych spraw.

Nie drążył, nie dopytywał, nie oczekiwał odpowiedzi. Nie był zdziwiony moim wyznaniem. Przynajmniej nie okazywał, że jest. Doceniał moją szczerość, ale niczego nie wymuszał. Nie wymagał wiedzy do końca. Sprytnie zmienił temat na taki, który nie bolał.

– Człowiek powinien robić w życiu to, co lubi najbardziej, wówczas tak naprawdę nie musi wcale pracować. Słyszałaś o takim fenomenie życia?

– Nie, nigdy nie słyszałam, ale to dość zabawne i nieco filozoficzne – popatrzyłam na mojego rozmówcę i westchnęłam głośno.

– Tak, zwłaszcza filozoficzne – przytaknął, wciąż mi się przyglądając. Nie potrafiłam odgadnąć, czy Marcin podziwia mnie, czy kpi sobie ze mnie.

Często milczeliśmy. Widocznie obydwojgu potrzebny był spokój. Nie znaliśmy się na tyle dobrze, by rozmawiać o wszystkich i wszystkim. Pewnych spraw nie wypadało poruszać przy nieznajomym czy nieznajomej.

W końcu Marcin odezwał się w sposób bardzo niezobowiązujący. Ciągle się uśmiechał. Chciał coś zamawiać, kiedy przypomniałam sobie, że muszę jak najszybciej wracać do pracy. Tym bardziej że na mojej wyciszonej komórce widniały aż cztery nieodebrane połączenia. Ma się rozumieć od moich pracowników.

Komórka Marcina również szalała. Od jakiegoś momentu nie dawała mu spokoju. Ktoś dzwonił, dzwonił, dzwonił, usiłując połączyć się z nim na gwałt.

– Muszę odebrać. Lena, przepraszam, że to już po raz drugi – rzekł nieco zakłopotany, lecz stanowczo.

Skinęłam głową na znak zgody. Nie miałam nic przeciwko temu, żeby odbierał te swoje telefony, nawet gdyby były ich tysiące. Zwyczajnie nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Nie miało?

– Magdaleno, nie dam rady. To niemożliwe… W tej chwili nie mogę z tobą rozmawiać. Teraz niestety nie. Jestem zajęty. Proszę, odłóżmy tę rozmowę, porozmawiajmy wieczorem. Odezwę się do ciebie, na pewno. Magda, na pewno... Tak, zajmę się wszystkim. Zostaw wszystko na mojej głowie. Tak, będę dzwonił, na sto procent. Nie martw się. Pa, do usłyszenia. Pa…

Usłyszałam tylko tyle lub aż tyle. Słowa wypowiadane przez Marcina zagłuszała muzyka, co prawda niezbyt głośna, ale wystarczająco. Być może Marcin za cicho mówił. Nie wiem i nie chcę wiedzieć. Nie będę sobie zawracała głowy.

– Posłuchaj – odezwałam się niepewnie, gdy zakończył telefoniczną konwersację. Asekuracyjnie nie wypowiedziałam jego imienia. Nie potrafiłam się przełamać. – Muszę wracać. Zasiedziałam się. Jest bardzo późno. Dzięki za kawę. Była pyszna.

Nie byłam oryginalna. Na nic innego nie było mnie stać. Cała ta sytuacja zaczynała być dla mnie coraz bardziej niezręczna. Wszystko, co miało miejsce, przerastało mnie.

– Lena, naprawdę… musisz?

– Koniecznie. Mówię prawdę.

– Wielka szkoda, że musimy się już rozstać. Kiedy w takim razie znów się zobaczymy?

– A my się w ogóle zobaczymy jeszcze kiedyś? – Zdziwiłam się.

– Bardzo bym tego pragnął. Nie ukrywam, że mam wielką nadzieję na kolejne spotkanie z tobą.

– Niby dlaczego mielibyśmy się spotykać? – Mojemu zdziwieniu nie było końca.

– A dlaczego nie? Ja o niczym innym nie marzę, poza tym już tęsknię… – spokojnie i serdecznie powiedział Marcin.

– I to ma być argument? Nie wyśmiewaj się ze mnie! Przecież nie znasz mnie na tyle, żeby… Nie znamy się. To niedorzeczne – pokiwałam głową.

– Lena, nie śmieję się. Wcale nie jest tak, jak myślisz… Chyba się mnie nie boisz?

– Nie, Marcin. To nie o to chodzi. Tak, rzeczywiście, nie boję się ciebie. Nic z tych rzeczy. Po prostu najzwyczajniej miałam nadzieję, że to, co się teraz dzieje, jest tylko jednorazowym, niezobowiązującym spotkaniem. Jeśli w ogóle można ten incydent właśnie tak nazwać. Nic więcej… Zgodziłam się na wspólne wypicie kawy, bo wierzyłam, że dasz mi spokój. Nie możesz tęsknić za kimś, z kim nic cię nie łączy. Przykro mi, ale więcej się nie zobaczymy. Ja nie czuję takiej potrzeby, nie chcę… Proszę, żebyś traktował mnie poważnie i zostawił w spokoju!

Chciałam wstać. Przytrzymał moją dłoń.

– Marcin, nie powinieneś! Zostaw mnie. Pozwól mi odejść – podniosłam głos. Teraz jego imię przychodziło mi z łatwością.

– Przepraszam, jeśli cię uraziłem… Oczywiście masz rację, ale niezupełnie się z tobą zgodzę. Po dzisiejszym zapoznaniu przecież pojawiła się między nami mała iskierka. Zapaliło się światełko nadziei. Otoczyła nas aureola ciepła i serdeczności. Czyż tak się nie stało? Nie poczułaś tego?

– Nie wierzę! Czarujesz mnie? – Pokiwałam głową. Byłam bezradna. Spojrzałam mu prosto w oczy.

– Lena, błagam… Mam nadzieję, że staliśmy się przynajmniej przyjaciółmi. Marzę, byś mnie tak traktowała.

– Tak szybko? Przyjaciółmi? Nie, tego już za wiele! Ludzie znają się bardzo długo, zanim zostają przyjaciółmi. Mijają lata świetl ne, zanim zaczynają tak o sobie myśleć. Proszę cię, nie jestem małą dziewczynką! Nie możemy. Jeśli myślisz, że tak szybko zdobywa się przyjaźń, to jesteś w błędzie. Ja na ten temat mam zupełnie odwrotną teorię. Poza tym nie wierzę w przyjaźń między kobietą a mężczyzną. A innej relacji z tobą sobie nie wyobrażam – uniosłam się znowu.

– Ach tak, więc uważasz, że jeśli chodzi o przyjaźń, decydującą rolę odgrywa wstęga czasu, a facet z kobietą to zazwyczaj istoty sobie wrogie?

Nastała cisza. Skąd on zna takie slogany? Wstęga czasu? Dlaczego? Zastanowiłam się.

– Lenka, naprawdę wierzysz, że tylko upływający czas może zbudować dobre relacje między dwojgiem ludzi? Jesteś pedagogiem, dyrektorem… Tak sądzisz? Jesteś przekonana? Według ciebie jedynie kobieta z kobietą może się zaprzyjaźnić? Nie wierzę.

– Moje wykształcenie nie ma tu nic do rzeczy. Jest bez znaczenia – wstałam.

– Lena, porozmawiajmy. Proszę, usiądź jeszcze na chwilę.

– Ty się w ogóle słyszysz? Przecież ja ciebie nie znam. My się nie znamy. Jaki czas? Jacy ludzie? Nic kompletnie o tobie nie wiem. Ty o mnie raczej też niewiele – powtórzyłam zdenerwowana. Moje palce uderzały o blat stolika.

– Zgoda, nie znasz mnie, ale możemy to szybko nadrobić. Możesz mnie poznać. Jestem otwarty. Przysięgam, że nie mam nieuczciwych zamiarów. Nie bój się mnie. Ja po prostu nie jestem w stanie przestać myśleć o tobie. Nie mogę dać ci spokoju, nie potrafię, nie wyobrażam sobie rozstania się z tobą na dłużej… Pozwól mi się ze sobą umówić. Jeśli się zgodzisz, będę najszczęśliwszym facetem na ziemi. Proszę, nie mów nie… Nie mów, że się nie zobaczymy… Ranisz mi serce – powiedział to w taki sposób i z taką miną, jakby był pieskiem, który prosi o wyjście na dwór, bo w przeciwnym razie zrobi coś niestosownego na dywan. Jestem pewna, że jakby miał ogon, to z pewnością zamerdałby nim w tej chwili.

Co za bezpośredniość. Jaka odwaga. Po niecałej godzinie rozmowy na tyle go stać? Wariat! Wariat! Naprawdę wariat – pomyślałam i uśmiechnęłam się, gdyż muszę przyznać, że Marcin zaskoczył mnie swoją stanowczością.

– Marcin, ja nie jestem taka naiwna, na jaką być może wyglądam. Nie czujesz, że nasza dalsza rozmowa, a tym bardziej znajomość nie ma sensu? Nie widzę w tym logiki. Powtarzam ci. Przecież my jesteśmy obcymi dla siebie ludźmi. Nie stawiaj mnie w trudnej sytuacji. Mam prawo ci nie ufać, obawiać się ciebie. Przecież po pierwsze nie znam cię, a po drugie ciągle mnie obrażasz. Nie wyczuwasz tego? – W dalszym ciągu obstawałam przy swoim.

– Lena, nie chcę cię urazić, obrazić, narazić. Nic z tych rzeczy. Jedynie proszę o spotkanie…Nie chcę, abyś przeze mnie dokonywała trudnych wyborów. Domyślam się, że masz ich w swoim bagażu życiowych doświadczeń aż nadto.

Marcin zaczął coraz bardziej nalegać i przekonywać, i argumentować, i błagać, i poczynać sobie… Nie widziałam innego wyjścia, jak się zgodzić. Czułam, że nie mam szans, by wymigać się od następnego spotkania. Nie znajdowałam argumentów i nie potrafiłam niczego sensownego wymyśleć.

W końcu ugięłam się jak stara ulęgałka pod ciężarem swoich owoców. I złamałam się tak, jak łamią się gałęzie starych drzew. Ja też jestem stara. Niech mu będzie. Co mi tam! Westchnęłam i po chwili zakomunikowałam z pełną otwartością:

– Poddaję się, wygrałeś…W takim razie, gdzie i kiedy chciałbyś się spotkać?

Wykonałam gest przyjaźni tylko i wyłącznie dla świętego spokoju, wiedząc, że nowy nieznajomy nie odpuści. Nie wypuści mnie dzisiaj. Nie ma szans. W moim głosie można było wyczuć niepokój przepleciony nutką ironii.

– Tam, gdzie sobie zażyczysz. Przyjmę każdą propozycję. Lena, każde twoje słowo jest dla mnie rozkazem – odpowiedział emocjonalnie.

Na jego twarzy wyraźnie rysowało się na przemian zadowolenie i zdziwienie. Wykrzyczał w końcu z ogromną euforią:

– Czyli zgodziłaś się? Lenka, kotuś, naprawdę się zgodziłaś?

Cieszył się tak bardzo, jak cieszy się małe dziecko, które otrzymało od rodziców wymarzoną zabawkę. Był podekscytowany i szczęśliwy, ale trochę mi nie dowierzał. Nie wierzył w moje słowa. W zasadzie bardziej wątpił. Wychwytywałam tę ostrożną radość z jego zachowania, bo przecież na psychologii trochę się znałam. Zresztą sama sobie nie dowierzałam, że oto właśnie zgodziłam się na kolejne spotkanie z obcym facetem. Ryzykantka ze mnie.

– Może być Cygańska. Wiesz na pewno, która to restauracja – wybąkałam niezbyt głośno. – Poza tym nie lubię, gdy ktoś mi kotkuje, tym bardziej że mnie w ogóle nie zna.

Marcin złapał kolejnego minusa.

Nazwa zaproponowanego przeze mnie lokalu jest dość kiczowata, ale to nie moja sprawa, właściciel niech się wstydzi. Poza tym robią tam najpyszniejszą pizzę w Warszawie. Każdy to miejsce zna. Alkoholu w niej nie podają. I tak byśmy nie pili – obydwoje jesteśmy zmotoryzowani.

– Lena, o której się spotkamy? Wypadałoby coś ustalić.

– Nie wiem. Doprawdy nie wiem. Nie mam bladego pojęcia. Może o dziewiętnastej pojutrze?

Praktycznie wykrzyczałam Marcinowi, stojąc w drzwiach, nie wiadomo kiedy ubrana. Omal nie przytrzasnęłam sobie apaszki przez ten cholerny przeciąg. Wypadłam z kawiarni, jakby mnie z procy wystrzelili…

* * *

Skąd mam znać godzinę spotkania? Przecież ja całe wieki nie spotykałam się z żadnym mężczyzną. Chyba że służbowo, ale to zupełnie inna sprawa. Skąd więc mam wiedzieć? Nie znam się na takich szczegółach. Problem rodził problem.

W co ja się wplątałam? Co to za historia? Co ja tak naprawdę robię? Nie znam gościa kompletnie, a mam gdzieś się z nim wybrać. Obiecywałam sobie kiedyś, że po rozwodzie z Witkiem żadnych facetów. Najzwyczajniej wielkie, okrągłe zero. Nigdy, przenigdy, w życiu. A tu proszę. Kawałek spodni na kant i od razu taka niekonsekwencja. Żebym go choć troszeczkę znała. Co z tego, że się przedstawił? To bez znaczenia. Takich Marcinów Prajsów, czy jak mu tam było, może istnieć cały pułk lub nawet cały poligon, chociażby w samej Warszawie. Odezwał się mój przezorny charakterek. Niestety niewątpliwie przesadzałam.

Ciekawe, gdzie on pracuje. Może w urzędzie? Sprawdzę jego dane na stronie internetowej, może gdzieś się na nie natknę.

Właściwie co mnie to obchodzi?! Przecież tylko raz się z nim spotkam, nie licząc dzisiejszego przedpołudnia, i koniec. Więcej nie zamierzam!

Jednak słowa to jedno, a myśli coś zupełnie odwrotnego. Mój mózg najwyraźniej nie dawał za wygraną. Pracował na możliwie najwyższych obrotach. Powoli przetwarzał wszystko, co wiązało się z nowym nieznajomym. Myśli nie ustawały. Drążyły każdą komórkę mojej biednej głowy. Zalewały natrętnie moją duszę i nie pozwalały dosłownie na niczym skupić uwagi. Jedyny cel to Marcin. O Boże, czy ja zwariowałam? Przestraszyłam się trochę. Trochę? Mało powiedziane. Bardzo się przestraszyłam.

Na pewno pracuje w urzędzie. Głowę dam sobie uciąć, że tak jest – potwierdzałam sama sobie. To musi być prawda. Nie widzę innej opcji. W przeciwnym razie nie skakałby po schodach jak sarenka. Co ja mówię? Jak jakiś jeleń z lasu. Rozśmieszyło mnie to niefortunne porównanie. Mówił coś o znieczulaniu? O co mu chodziło? Szkoda, że nie zapytałam wprost o jego pracę. Dlaczego od razu tego nie zrobiłam? Byłoby mi dużo łatwiej. Mam nadzieję, że sam w końcu wyjawi mi tę tajemnicę. A zresztą nawet jeśli nie, to co z tego? Przecież obiecywałam sobie, że zero facetów i basta!

Swoją drogą i na marginesie zaciekawiło mnie, kim była dla Marcina tajemnicza Magda, z którą rozmawiał przy mnie w kawiarni. Całe szczęście, że tylko przez telefon. Może to jego córka albo siostra? Może kochanka albo żona? Boże! Ta ostatnia myśl dogłębnie mnie przeraziła.

Ani trochę nie obchodzi mnie ten nowy – odrzucałam myśli o nim, a one natrętnie powracały.

Nieprawda, wcale tak nie było. Obchodził mnie… Trochę, a nawet dużo więcej niż trochę. Oszukiwałam sama siebie. Wieczorem też myślałam o nowym znajomym, chociaż cały czas nie chciałam się do tego przyznać.

Moje rozważania co chwilę przerywał telefoniczny sygnał. Akurat teraz komuś zachciało się ze mną rozmawiać. Do jasnej Anielki, czy ja muszę wszystkim pomagać w ich problemach? A kto mnie pomoże rozwiązać moje? Obawiałam się, że nikt nie będzie potrafił uwolnić mnie od nowego Marcina. A więc klamka zapadła. Wpadłam w niezłe tarapaty. Czy miałam rację, dowiedziałam się znacznie później.

Szara rzeczywistość

Na przekór wszystkiemu wyklarował się słoneczny, choć zimny dzień. Znacznie różnił się od poprzednich. Wiatr przegonił chmury i zrobiło się o wiele jaśniej. Ostatnio cały najbliższy świat swoim kolorowym płaszczem przykrywała jesienna plucha. Zapięła się szczelnie na ostatni guzik i nie chciała odpuścić. Nie mogło być mowy choćby o odrobinie ciepła. Było przeraźliwie zimno. W naszym kraju od dawna zresztą trudno było odróżnić od siebie pory roku. Zdawało się, że tak wymieszały się wszelkie warunki atmosferyczne, że nie można było liczyć na normalną pogodę. Była, jaka była, i to musiało ludziom wystarczyć. Znane powiedzenie: piękna złota polska jesień, nie miało takiego wydźwięku jak dawniej. Nawet dzieciom w przedszkolu trudno było wytłumaczyć etymologię nazwy każdego nowego miesiąca lub zmieniającą się porę roku. Nic do siebie nie pasowało. Puzzle polskiej aury zupełnie się pogubiły. „Mimozami jesień się zaczyna…" – przypomniałam sobie słowa piosenki. Dla mnie Marcinem jesień się zaczęła… Zwariowałam! Kompletny galimatias!

Pogoda pogodą. Temat dobry na zastępstwo dla każdego Polaka, zwłaszcza tego z problemami. Ale co dalej ze mną? Na zastanawianie się nie miałam czasu.

Poszukałam kluczyków od mojej bryczki i szybkim krokiem ruszyłam na parking. Po drodze zabrałam korespondencję z własnej skrzynki, powitałam sąsiadkę przy drzwiach wyjściowych na klatkę schodową i tyle mnie widziano na moim osiedlu. Zapowiadał się trudny, pracowity dzień. Oszaleć można! W kółko to samo. Pracuj, pracuj, a garb ci sam wyrośnie – jak mawiała moja babcia. Była prawdziwym paremiologiem. Całe życie zajmowała się gromadzeniem przysłów.

W pracy siedziałam do późna. Dopiero wieczorem skonana wróciłam do domu.

Praca, praca…

Dzisiejszy dzień podobny był do poprzedniego. Poranek niczym nie różnił się od wczorajszego. Nadal było słonecznie, lecz zimno. Rześkie powietrze atakowało nozdrza wszystkich żyjących i oddychających istot. Umiarkowana strefa klimatyczna. Było pięknie i nadzwyczaj spokojnie. Pomimo tego obudziłam się w niezbyt dobrym nastroju. Wstałam lewą nogą i choć uchodziłam za niezłego kierowcę, fatalnie jeździło mi się po Warszawie. Ruchu dużego nie było, a ja mimo wszystko czułam się niesamowicie nieswojo, niespokojnie. Tak jakbym nagle znalazła się w obcym mieście, w obcym kraju, na obcej planecie. Wszyscy wydawali mi się podejrzani. Wszędzie wietrzyłam podstęp. Miałam wrażenie, że ktoś mnie obserwuje i śledzi. Sama nie wiem, co sobie wyobrażałam. W myślach prześladowała mnie tajemnicza Magda. Ta, z którą Marcin rozmawiał przez telefon w dniu naszego poznania się. Ogarniała mnie dzika panika połączona z głupotą. To niedorzeczne, co się ze mną działo.

O czym ja myślę? Przecież ta kobieta w ogóle mnie nie zna. Nawet nie wie o moim istnieniu. No cóż, jak zwykle muszę martwić się na zapas. Taki mój urok osobisty i nic na to nie poradzę. Zawsze martwiłam się o Polaków, o ojczyznę i na końcu o siebie. To jakiś koszmar, mówię poważnie.

Wyrażając się najdelikatniej, tego dnia nie potrafiłam skupić uwagi na pracy. Nie dość, że nie potrafiłam, to nawet nie próbowałam. W związku z tym trochę wcześniej ulotniłam się z własnego gabinetu pod pretekstem zajrzenia do księgarni. Do kilku księgarni. Taka była potrzeba, gdyż zbliżało się zakończenie konkursu recytatorskiego dla dzieci. Za jego organizację moje przedszkole było odpowiedzialne. Zasadne więc było znaleźć się w tym czasie w księgarni, i to niejednej. Tak chociażby dla porównania cen i zakupienia najtrafniejszych książek. Czasu zostało bardzo niewiele. Koniecznie musiałam złożyć zamówienie. Dzieci musiały otrzymać nagrody za swoją ciężką pracę. Nie mogłam ich zawieść. Tylko co tu wybrać? Co wybrać? Zaraz coś wymyślę, jestem w tym dobra, nawet bardzo…

Randka

Po załatwieniu wszystkich spraw zawodowych, a zwłaszcza na nich skupiało się moje dotychczasowe życie – zazwyczaj pracą zabijałam samotność i to mi dotychczas odpowiadało, o świetności takiego stylu życia byłam w stu procentach przekonana – wreszcie doczekałam się dnia W i godziny W. Ale po kolei.

Po pierwsze nie miałam pojęcia, w co mam się ubrać. Co wypada założyć na spotkanie z mężczyzną po czterdziestce, którego nawet nie wiem, czy zdołam rozpoznać. Naprawdę nie miałam bladego pojęcia.

Wreszcie po wielkich trudach wystrojona i pachnąca podjechałam moim wątpliwej marki samochodem pod Cygańską. Droga dłużyła się niemiłosiernie, lecz korki na ulicach, o dziwo, nie wkurzały mnie tak jak zwykle.

Wolałam się spóźnić, niż być za wcześnie. Tego wymagała etykieta. Byłam o czymś takim święcie przekonana. Zamierzałam przestrzegać zasad przez całe spotkanie z Marcinem. Nie chciałam dać plamy.

Nie spieszyłam się więc. Jak wspomniałam, nie chciałam być przed czasem. Zdawałam sobie sprawę, że nie wypada, że takie zachowanie Marcin może uznać za narzucanie się. Jeszcze gotów pomyśleć, że mi bardzo na nim zależy. A mnie przecież wręcz przeciwnie: wcale, ale to wcale... Odbębnię tę randkę i jak mówi porzekadło: „Do widzenia Gienia, świat się ciągle zmienia".

Podjechałam powoli, z niezwykłą ostrożnością i skupieniem. Stanęłam tam, gdzie dzięki Bogu było jeszcze wolne miejsce parkingowe. Chryste, Marcin już oczekiwał na ławce! Zauważyłam go z daleka i ogarnęła mnie prawdziwa panika.

Tak naprawdę na ławce siedziały kwiaty, cały bukiet, a mojego amanta spoza tej roślinności prawie nie było widać. Długie czerwone róże. Czyli nie jest za bardzo oryginalny – westchnęłam, wysiadając z samochodu. Zatrzasnęłam drzwi, schowałam kluczyki do torebki. Powoli zbliżałam się do mojego randkowicza.

Właściwie dopiero teraz dotarła do mnie prawda, najsmutniejsza ze smutnych. Ja przecież przez dwanaście lat nie miałam nikogo, zero faceta na swojej intymnej drodze. Ogólnie wszystko, co dotyczyło mojej samotności, było wprost przerażające. Prawie wszyscy znajomi z uwagą śledzili moje życiowe losy. Ci bardziej złośliwi często mi dokuczali. Przeważnie w najmniej stosownej chwili robili sobie ze mnie głupie żarty. Mówili, że w związku z moją nieciekawą sytuacją erotyczną będą mnie wkrótce kanonizować.

Uśmiechałam się, słysząc podobne stwierdzenia, a oni nie zdawali sobie sprawy, co ja czuję, jak mnie ranią. Dlaczego ciągle chodziło im o moją samotność? Tak bardzo się nią interesowali? Gdyby mi o niej w kółko nie przypominali, byłoby mi o wiele łatwiej. Przyzwyczaiłam się do tego, że jestem singielką, i osobiście zbytnio mi to nie przeszkadzało. Ale gdy ktoś, zwłaszcza z przyjaciół, wiecznie ci o tym przypomina, to boli, tak bardzo boli…

Zadawali mi swoją bezwzględnością ciosy prosto w serce. Musiałam się w końcu przyzwyczaić i przestać przejmować. Cóż, samo życie, ludzie są bez skrupułów, nawet ci najbliżsi, a czasami zwłaszcza oni…

Jak ja sobie dzisiaj poradzę? Twardy orzech do zgryzienia! Postaram się dać z siebie wszystko. Muszę... Bóg mi świadkiem, że się postaram. W myślach nieustannie dodawałam sobie otuchy. W zaistniałej sytuacji one były moimi najlepszymi przyjaciółmi. Zwłaszcza teraz, kiedy naprawdę nie wiedziałam, co mam począć, jak się zachować. Szkoda, że stosownych porad nie udzielają w szkołach. Takie zajęcia powinno się mieć już w podstawówce, wtedy nie byłoby kłopotu. Samych głupot uczą w tych szkołach! Żartowałam w duchu.

Nawet nie zwróciłam uwagi, kiedy podeszliśmy do siebie.

– Dobry wieczór Leno – dobiegł mnie ciepły, kojący głos. Po chwili nie musiałam ani myśleć, ani martwić się, co się wydarzy, co będzie, jak będzie. I czy w ogóle coś będzie. Wszystko potoczyło się we właściwym porządku, trafło na właściwe tory. Było tak, jakbyśmy na chwilę przenieśli się w odległe, wyłącznie nasze czasy. Panta rhei, rzeki płyną… To flozofa. Czyżby otwierała się nasza flozofczna linia życia?

Marcin przywitał się miło i gestem ręki zaprosił mnie na wspólną kolację.

Ku mojemu zdziwieniu w restauracji wszystko przebiegało dość gładko. Moje wątpliwości zostały defnitywnie rozwiane już wówczas, gdy z wielką przesadą zostałam wycałowana po rękach i obdarowana kwiatami, o których wspominałam.

– Lena, cieszę się, że przyszłaś, że jesteś… Nawet nie wiesz, ile radości mi sprawiłaś. Jest mi niezwykle przyjemnie znów cię widzieć. Trochę się obawiałem, że się rozmyślisz. Po prostu miałem wątpliwości. A tu taka niespodzianka. Lena, dziękuję, bardzo… Chcę, żebyś wiedziała... Tęskniłem… Czuję się zaszczycony twoją obecnością. Poza tym ślicznie wyglądasz – Marcin wystąpił ze swoim pierwszym przemówieniem. Ponownie całował moje dłonie, nie wypuszczając ich z własnych rąk.

Nie wzbraniałam się. Nie wyrywałam. Nie przerywałam mu rytuału powitalnego. To, co robił, było całkiem miłe.

– Staram się wywiązywać z obietnic i dotrzymywać umów, jeśli takowe zawieram. Nie oszukuję ludzi, nie wystawiam ich do wiatru. Nie lubię obłudy. Chciałabym, żebyś zapamiętał. Słowo to słowo! Byłam harcerką. Obiecałam, że będę, więc przyszłam – przerwałam mu poważnie. Zachowywałam się bardzo ofcjalnie. Uważałam, że tak będzie najlepiej, najstosowniej, najmądrzej, najtaktowniej, naj… naj…

– Oczywiście, rozumiem – mój rozmówca zgodził się ze mną.

– To dobrze – westchnęłam.

– Nie dość, że jesteś niesamowicie piękna, to jeszcze niezwykle szlachetna.

Bardzo cenię osoby prawdomówne i inteligentne – z wymuszoną powagą skinął głową i zasalutował jak prawdziwy żołnierz.

Uśmiechnęłam się i rozluźniłam spięte ciało. Całkiem wygodnie usiedliśmy przy zarezerwowanym stoliku. Cicha muzyka w tle zapewniała miły nastrój i koiła mój przemęczony umysł. Zrobiło się bardzo przyjemnie. Uspokoiłam się i wyluzowałam nieco.

– Onieśmielasz mnie. Myślę, że jeszcze za wcześnie na obsypywanie mnie komplementami. Nie sądzisz? Czuję się niezręcznie w dwuznacznych sytuacjach – delikatnie zwróciłam mu uwagę. Byłam zażenowana. Czułam ciepło na policzkach.

– Przepraszam. Jeśli sobie nie życzysz, postaram się być bardziej powściągliwy. Ponownie pocałował moją dłoń.

– Tak, właśnie tak. Trafnie to ująłeś. Nie życzę sobie.

Wkrótce przekonałam się, że Marcin nie gryzie. Jest całkiem miły i potraf fajnie żartować. Wcale nie pracuje w urzędzie miasta. W dniu, w którym się poznaliśmy, przyszedł tam coś załatwić. Jakieś służbowe sprawy. A tak na poważnie, na co dzień jest lekarzem i na nieszczęście lub szczęście dla mnie –ginekologiem. Co się później okazało. Zagadka o znieczulaniu się rozwiązała.

No, no, nie spodziewałam się. Jestem pod wrażeniem. Tak więc kapelusz do ziemi. Pełen szacunek. Zaczęłam spotykać się z lekarzem, jeśli oczywiście to, co mówi o sobie, jest prawdą i jeśli to, co się teraz działo, jeszcze kiedyś w ogóle powtórzymy. Nikłe szanse.

– Dlaczego nigdy o tobie nie słyszałam? Skoro jestem kobietą, a ty ginekologiem, to chyba powinnam? Nie sądzisz? – Beztrosko zapytałam.

– Nie wiem, pewnie nie jestem tak znany jak inni, o których słyszałaś – Marcin znów się uśmiechnął, a ja zaczęłam się zastanawiać, czy w ogóle w Warszawie znam jakiegokolwiek ginekologa.

– Jesteś skromny, prawda? Nie lubisz, gdy cię chwalą? – ponownie zadałam pytanie.

– Nie wiem. Raczej tak. Rzeczywiście nie lubię się chwalić – zgodził się ze mną.

Nigdy nie słyszałam o takim ginekologu, a przecież nie był to młodzik. Swoje lata miał. Podobnie jak ja musiał być po czterdziestce. Sprawdzę go na stronie internetowej jego kliniki – kombinowałam.

Obawiałam się, czy czasem mnie nie oszukuje, i bacznie go obserwowałam. Mierzyłam wzrokiem każdy jego ruch, jego maniery i bardzo nienaganne ubranie. Był wyprasowany i miał na sobie fajne ciuchy. Przystojny facet. Naprawdę, co za gość. Poczułam się oczarowana.

Ale ze mnie idiotka! Przecież Warszawa to nie Kozia Wólka i nie muszę znać wszystkich ginekologów w tym mieście. Wróciłam do swoich wcześniejszych myśli i nagle mnie oświeciło. W ogóle kiedy ja ostatni raz byłam u ginekologa? Pasowałoby mocno uderzyć się w piersi. Oj, pasowałoby!

Wcale nie chodziłam do ginekologów. Taka to ze mnie światła osoba. Cała ja. Umiałam wszystkim doradzać, wszystkich pouczać, zachęcać. Tylko sama sobą nie potrafłam się zająć. Nie wystarczało czasu. Doskonała wymówka, zwłaszcza gdy nie lubi się mieć styczności ze służbą zdrowia.

Za oknem zrobiło się całkiem ciemno. W lokalu panował sielankowy nastrój. Długo, bardzo długo rozmawialiśmy…

Marcin przyjechał do Warszawy ze Śląska, a konkretnie z Katowic. Tam się wychowywał. To jego rodzinne miasto. Tam mieszkają jego rodzice i brat. Tam ukończył studia, i to chyba tak jak ja niejedne. Jego ojciec i brat również pracują jako ginekolodzy. Mama nie pracuje nigdzie i gotuje obiadki.

No, no, inteligentna i na pewno sławna rodzinka Prajsów – zamyśliłam się.

Marcin ma dom w Warszawie. Od kilku lat pracuje w jednej ze znanych warszawskich klinik położniczo-ginekologicznych. Tam właśnie pomaga dojść do zdrowia kobitkom i podobno niezły jest w te klocki. Jednym słowem: ordynator, ginekolog i lekarz z niego pełną gębą.

Nie wiem, czy przekonałabym się, żeby się u niego leczyć. Nie, nie, na pewno nie! Akurat teraz nachodziły mnie jakieś głupie myśli, gdy powinnam zajmować się chłopem. A swoją drogą, wkrótce muszę przejść się do lekarza. Coraz częściej odczuwałam jakiś dyskomfort w dole brzucha. Nie będę teraz o tym myślała. To nie czas ani miejsce na to – skarciłam siebie.

Klinika, w której Marcin pracuje, ma nienaganną, wręcz wzorową opinię. Choć nie zajmuję się ginekologią wcale, taką plotkę słyszałam, zanim jeszcze poznałam Marcina. Tak to jest, gdy pracuje się z samymi kobietami. A ja tak właśnie mam. Ale dosyć rozmyślań o babskich sprawach.

Reszta wieczoru zleciała mi na słuchaniu tego, co ma do powiedzenia mój nowy kompan. To właśnie on dobierał tematy i nadawał tempo rozmowie. Niestety ze mnie nie mógł wydusić zbyt wiele. Jeszcze za wcześnie, żebym otworzyła się przed obcym. Obiecałam sobie. Wierzyłam w to, co robię. Tej wersji kurczowo się trzymałam. Wciąż byłam dosyć ostrożna i nie potrafłam inaczej.

Marcin zauważył mój dystans do realnego życia, do wszystkiego, co się działo, i nie nalegał, bym się zwierzała. Nie zmuszał, nie nakłaniał, nie upierał się. Czułam, że bije od niego niecodzienne ciepło, nie potrafłam określić jego rozmiarów. Miało swoją wartość. Było w nim coś fajnego, przyciągającego… Co to było, dowiedziałam się znacznie później.

U mnie

Lekarz ginekolog. Fajny facet. Przystojniaczek jeden – pomyślałam, kiedy rozstawaliśmy się pod moim blokiem.

Pospiesznie podałam Marcinowi dłoń na pożegnanie, a następnie szybko wysunęłam ją z jego rąk, chcąc mieć tę bliskość jak najszybciej za sobą. Równie pospiesznie założyłam rękawiczki na gołe ręce. Było dosyć zimno i wiał nieprzyjemny wiatr. Drzewa mocno się kołysały. Miałam wrażenie, że za moment zostaną rzucone z całą siłą gdzieś w zupełne inny kąt mojego osiedla. A w miejscu, gdzie dotąd rosły, pozostanie łysa polana. Trudno zresztą, żeby o tej porze roku i wieczorową porą spodziewać się jakichś rewelacji pogodowych. Przecież w naszym kraju nawet w lecie bywa zima. Znowu przesadziłam!

Byłam posiadaczką własnego mieszkania na Mokotowie, na trzecim piętrze, w zwykłym bloku, jakich tysiące w Warszawie. Mieszkałam tam kilkanaście dobrych lat. Miało niewiele ponad siedemdziesiąt metrów kwadratowych wszystkiego. Zwyczajny salon, dwa pokoje, kuchnia i dość duża łazienka. Do tego spory balkon, częściowo zabudowany. Według mnie trochę kiepsko urządzone, ale za to moje własne. Takie, o jakim wcześniej, będąc jeszcze żoną Witka, mogłam jedynie pomarzyć. Kochałam te swoje cztery kąty i nigdy nie zamieniłabym się na inne. Tak mi się wówczas wydawało. Czy miałam rację, dowiedziałam się znacznie później.

Marcin ponownie próbował pocałować moją dłoń na pożegnanie, ale ja jakoś nie byłam w nastroju do pieszczot. Ciągle nękały mnie wątpliwości. Przychodziło mi do głowy wiele pytań. Czy dobrze zrobiłam, że tak szybko umówiłam się na kolejne spotkanie? I czy to, co się przed chwilą działo w restauracji, to randka? Co to było? Na zastanawianie się nie było czasu.

– Cześć – rzekłam krótko i chciałam odejść, lecz Marcin mnie uprzedził. Musnął ustami moje rozwiane włosy i odszedł dość szybko do swojego samochodu. Po prostu pozostałam z wrażeniem, że zostawił mnie na środku podwórka.

Miałam chęć powiedzieć mu, że dziękuję za miły wieczór, że nie możemy się nigdy więcej spotkać, że to nie ma sensu, że może jakiś sens jest, ale… że mam wątpliwości, że się boję tej nowej znajomości, że… że… że… Lecz niestety nie zdążyłam. Marcin ubiegł mnie i odszedł, nim zdążyłam zareagować.

Poczułam rozczarowanie. Zaczęłam żałować, że dałam się namówić na tę kolację. Teraz naprawdę bardzo żałowałam. Przez jakiś czas stałam na chodniku i pewnie jeszcze długo bym tam tkwiła – jak jakaś bezradna idiotka – z pytaniem, dlaczego mnie zostawił. Na szczęście przechodziła sąsiadka z koszem pełnym śmieci i wybudziła mnie z amoku.

– Dobry wieczór, sąsiadeczko. Niech pani, droga Leno, nie chodzi sama po nocy. To zbyt niebezpieczne! Pani jest jeszcze taka młoda. Szkoda by było… – dobiegły mnie troskliwe słowa.

– Dobry wieczór, pani Wandziu – odpowiedziałam, nie pozwalając starszej pani dokończyć zdania. W tej chwili jedynie na taką reakcję było mnie stać. O żadnym rozgadywaniu się nie było mowy. Po prostu mowę mi odjęło. Ja młoda? To było przecież takie nieprawdziwe. Uśmiechnęłam się do siebie.

Byłam wykończona i czułam, że za chwilę rozsypię się niczym piaskowa babka. Stanie się tak pod wpływem złych warunków atmosferycznych. Owszem, byłam babką, w średnim wieku zresztą, o dziecięcej wyobraźni, a ponieważ w tej chwili przebywałam w nie najlepszych warunkach pogodowych, miałam prawo się rozsypać. To właśnie uczyniłam, gdyż jednocześnie byłam babką potrzebującą bratniej duszy. Co ja plotę? Moje życie najzwyczajniej po raz kolejny legło w gruzach. Czułam się oszukana. Zawiedziona przez faceta. To dziwnie uczucie. Nie potrafłam bliżej określić tego stanu. Było mi bardzo źle. Stałam załamana i zdruzgotana. Uczestniczyłam w prawdziwej katastrofe.

* * *

Przez dłuższy czas pozostawałam z wrażeniem, że poniosłam sromotną klęskę. Byłam przekonana, że Marcin zdecydowanie za szybko odszedł spod mojej klatki!

Dlaczego? Co go tak pognało? Zmęczenie nie pozwalało mi rozwiązywać tych okropnych zagadek. Na nic nie miałam ochoty. Ostatkiem sił weszłam do klatki schodowej i wjechałam windą na swoje piętro. Na spacery po schodach nie miałam chęci. Wsadziłam klucz w zamek, przekręciłam dwa razy i przekroczyłam próg mieszkania.

Jak zwykle było w nim ciemno i głucho. Od sąsiadów zza ściany dobiegała delikatna muzyka. Wlałam świeżą wodę do wazonu i wstawiłam kwiaty od dzisiejszego wielbiciela. Powoli zaczęłam ściągać buty i płaszcz. Powiesiłam apaszkę na wieszaku. Weszłam do łazienki, odkręciłam kran. Wróciłam do pokoju i prędko przebrałam się w cieplutki szlafroczek. Ściągnęłam z suszarki koszulę nocną. Wstawiłam czajnik. Wyciągnęłam kubek z szafi. Zasłoniłam rolety w salonie. Podlałam paprotkę, gdyż wydawało mi się, że ma sucho. Nagle potrzebowałam wody do wszystkiego. Co ja bym bez niej zrobiła − przemknęła mi banalna myśl. Usiadłam w kuchni na swoim ulubionym miejscu i poczułam ogromne zmęczenie połączone z ulgą.

Moje rozmyślania nie trwały długo − raptem usłyszałam dzwonek. Równiutkie dźwięki z mikroprecyzją docierały do moich bębenków słuchowych. Rozlegały się miarowo i do taktu. Natrętnie, sekunda po sekundzie dobiegający sygnał napełniał po same brzegi moją ukochaną ciszę. Od dwunastu lat o tak późnej porze nikt nie stał pod moimi drzwiami. Nikt mnie nie potrzebował, nie poszukiwał, nie chciał... Moja córka i jej chłopak przebywali za granicą. Jeśli wróciliby wcześniej, powiadomiliby mnie z pewnością. Żadna zapowiedziana wizyta nie przychodziła mi do głowy. Zresztą o tak późnej porze nikt normalny nie przychodzi w odwiedziny.