Drugie spojrzenie - Jodi Picoult - ebook
Opis

Nie musisz wierzyć w duchy, by poczuć ich obecność. Jodi Picoult przekonuje, że na tym świecie istnieje nie tylko to, co można zobaczyć oczami...

Comtosook, Vermont, Stany Zjednoczone. Firma deweloperska zamierza wybudować galerię handlową w miejscu pochówku Indian Abenaki. Mimo ich gwałtownych protestów, zaczyna się budowa. W tym samym czasie miasteczko nawiedza seria niewyjaśnionych zdarzeń: z nieba spadają płatki róż, w powietrzu unosi się zapach owoców leśnych, a ziemia zamarza, chociaż jest środek lata…

Do pracy przystępuje Ross Wakeman, łowca duchów, starający się nawiązać kontakt ze zmarłą narzeczoną, którą wciąż kocha miłością prawdziwą i wierną aż… za grób. Badając paranormalne zjawiska na spornym terenie, Ross poznaje tajemniczą Lię, która na nowo budzi w nim ochotę do życia. Jednak to, co odkrywa Wakeman, wykracza daleko poza wszystko, co mógłby sobie wymarzyć zarówno na tym, jak na tamtym świecie...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 656

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


JodiPicoult

DRUGIE SPOJRZENIE

Przełożyła Anna Bańkowska
Wydawnictwo Prószyński i S-ka

Dla Sammy, która jest i czytelniczką, i pisarką.

Kocham Cię do księżyca i z powrotem

XOXO, Mama

A jeśli spałeś?

A jeśli śpiąc, śniłeś?

A jeśli w tym śnie poszedłeś do nieba

i zerwałeś tam dziwny i piękny kwiat?

A jeśli po przebudzeniu okazało się,

że trzymasz ten kwiat w ręku?

Ach! Co wtedy?

Samuel Taylor Coleridge

CZĘŚĆ I 2001

Prawdziwa miłość jest jak duchy, o których wszyscy mówią, ale mało kto je widzi.

Francois książę de la Rochefoucauld,

maksyma 76

1

Rossowi Wakemanowi udało się umrzeć za pierwszym razem, za drugim i trzecim już nie.

Wprawdzie zasnął za kierownicą i zjechał z mostu do jeziora (to był ten drugi raz), ale na brzegu odnaleźli go ratownicy. Kiedy na pół zatopioną hondę wydobyto z wody, miała zablokowane wszystkie drzwi, a przyciemnione szyby popękane w pajęczynę, chociaż nierozbite. Nikt nie mógł pojąć, w jaki sposób Ross wydostał się ze środka, a tym bardziej, jak udało mu się uniknąć choćby zadrapania.

Za trzecim razem, w Nowym Jorku, został napadnięty na ulicy. Złodziej zabrał Rossowi portfel, pobił go, a na koniec strzelił mu w plecy i porzucił na pewną śmierć. Kula wypalona dostatecznie blisko, aby roztrzaskać łopatkę i przebić płuco, jakimś cudem tylko utkwiła w kości. Mała bryłka ołowiu służyła teraz Rossowi za breloczek do kluczy.

Pierwszy raz wydarzył się wiele lat wcześniej, w samym środku burzy. Z nieba oderwała się piękna błękitna błyskawica i trafiła Rossa prosto w serce. Lekarze powiedzieli mu później, że przez siedem minut był oficjalnie uznany za zmarłego. Dowodzili, że prąd nie zaatakował Rossa bezpośrednio, gdyż pięćdziesiąt tysięcy amperów spowodowałoby zagotowanie płynów w komórkach i rozsadzenie klatki piersiowej. Błyskawica musiała uderzyć gdzieś blisko i wytworzyć w jego ciele prąd na tyle silny, by doprowadził do zaburzenia rytmu serca. Lekarze uznali, że Ross miał kupę szczęścia.

Byli w błędzie.

Teraz, wchodząc po ciemku na stromy mokry dach domu O’Donnellów w Oswego, w ogóle nie zawracał sobie głowy środkami ostrożności. Chłodne nawet w sierpniu podmuchy wiatru znad jeziora Ontario zwiewały mu na oczy długie włosy, gdy manewrował wokół szczytowego okna. Mocując wodoodporną kamerę wideo tak, żeby obejmowała wnętrze strychu, czuł, jak tłuką go w kark krople deszczu.

Buty ślizgały mu się po dachu, strącając kilka starych gontów. Na ziemi O’Donnell zerknął spod parasola w górę.

– Uważaj, chłopie! – krzyknął, ale Ross usłyszał także słowa, które nie padły: Mamy już dość duchów.

A jednak nic nie mogło mu się stać; nie groziło mu ani potknięcie, ani upadek. I dlatego właśnie podejmował się najbardziej ryzykownych zadań, raz po raz wystawiając się na niebezpieczeństwo. Dlatego próbował już skoków na bungee, górskiej wspinaczki i eksperymentował z kokainą. Teraz pomachał tylko O’Donnellowi ręką na znak, że słyszał ostrzeżenie. Ale tak samo jak to, że za osiem godzin wzejdzie słońce, jak to, że będzie musiał ciągnąć tę grę pozorów przez kolejny dzień, Ross wiedział także, iż nie umrze, choć tego właśnie najbardziej by sobie życzył.

Spencera Pike’a obudził płacz dziecka, więc dźwignął się z trudem do pozycji siedzącej. Mimo lampek, które przez całą noc paliły się w każdym pokoju domu opieki (wystarczyłoby tych watów do oświetlenia całego Burlington), Spencer nie widział dalej niż koniec łóżka. W ogóle ostatnio nic nie widział z powodu zaćmy, chociaż czasem gdy wstawał, żeby się odsikać, migał mu w lustrze ktoś, kto go obserwował. Ów ktoś wcale nie miał pożółkłego, pokrytego plamami czoła, a przez skórę nie przeświecały mu kości. Ale potem młody człowiek, jakim Spencer był kiedyś, znikał, zostawiając go zapatrzonego w okruchy tego, co zostało z jego życia.

Słuch jednak nadal mu dopisywał. W przeciwieństwie do innych żałosnych starych debili w tym domu, Spencer nigdy nie potrzebował aparatu słuchowego. Słyszał nawet to, na czym wcale mu nie zależało.

Jakby na zawołanie, dziecko znów zapłakało.

Spencer wysunął spod koca rękę i nacisnął guzik przy łóżku. Po chwili zjawiła się pielęgniarka.

– Co się stało, panie Pike?

– Dziecko płacze.

Pielęgniarka zakrzątnęła się za jego plecami, przewróciła poduszkę, podniosła zagłówek.

– Tu nie ma dzieci, panie Pike, przecież pan wie. To tylko sen. – Poklepała pochyłość, która kiedyś była jego silnym ramieniem. – No, teraz powinien pan zasnąć. Jutro ma pan trudny dzień. Spotkanie, pamięta pan?

Dlaczego mówi do niego jak do dziecka? I dlaczego on też reaguje jak dziecko? Opada pod naciskiem jej łagodnych dłoni, pozwala podciągać sobie kołdrę pod samą brodę? W dole gardła Spencera spęczniało wspomnienie – coś, co nie do końca mógł wyciągnąć zza mgły, ale co napełniło mu oczy łzami.

– Chce pan naproxen? – spytała uprzejmie pielęgniarka.

Pokręcił przecząco głową. W końcu kiedyś był uczonym. A żadne laboratorium nie wyprodukowało dotąd pigułki na ten rodzaj bólu.

W realnej postaci Curtis Warburton wydawał się niższy niż w telewizji, ale nie był pozbawiony magnetyzmu, który zapewnił programowi „Wieczory ze straszydłem” największą popularność w określonym czasie antenowym. Miał lśniące, czarne jak skunks włosy, z jednym białym pasemkiem; dorobił się go dziewięć lat temu, kiedy w nogach łóżka ukazał mu się duch dziadka i wprowadził go w dziedzinę badań paranormalnych zjawisk. Żona Warburtona, Maylene, elf w ludzkiej postaci o zdolnościach psychicznych dobrze znanych policji Los Angeles, przysiadła obok męża, skrzętnie notując odpowiedzi właścicieli domu na pytania Curtisa.

– Zaczęło się w kuchni – mruknęła Eve O’Donnell, co jej mąż potwierdził skinieniem głowy. Małżeństwo na emeryturze kupiło ten dom nad jeziorem jako letnie siedlisko i w ciągu pierwszych trzech miesięcy doświadczało przynajmniej dwa razy na tydzień nadnaturalnych zjawisk. – Około dziesiątej rano zamknęłam wszystkie drzwi, włączyłam alarm i wyszłam na pocztę. Kiedy wróciłam, alarm nadal był włączony, ale w środku... kuchenne szafki pootwierane, na stole poprzewracane pudełka, płatki rozsypane... Zawołałam Harlana, bo myślałam, że to on wrócił i narobił bałaganu...

– A ja – wtrącił mąż – cały czas siedziałem w Klubie Łosi, wcale nie wracałem do domu. W ogóle nikogo tu nie było.

– I jeszcze o drugiej w nocy ze strychu dobiegała muzyka. Ktoś grał na organach parowych, ale gdy tylko ruszyliśmy na górę, wszystko ucichło. Otwieramy drzwi, a tam dziecięce zabawkowe pianino bez baterii.

– Nie mamy takiego pianina – dodał Harlan. – A tym bardziej dziecka.

– Zresztą po włożeniu baterii okazało się, że tam nie ma tego rodzaju muzyki. Panie Warburton... – Eve się zawahała. – Mam nadzieję, że pan nie bierze nas za takich, co wierzą w takie rzeczy, ale po prostu... jeśli to nie jest to, to chyba tracę rozum.

– Och nie, pani O’Donnell, to wykluczone. – Curtis dotknął jej ręki z firmowym współczuciem. – Do jutra rana powinniśmy mieć jakieś pojęcie o tym, co się dzieje w państwa domu.

Obejrzał się na Rossa, żeby sprawdzić, czy filmuje to wszystko. Zależnie od tego, co wydarzy się później, O’Donnellowie mogą trafić do programu „Wieczory ze straszydłem”, a wówczas ten materiał będzie miał kluczowe znaczenie. Warburtonowie otrzymywali codziennie ponad trzysta e-maili od ludzi przekonanych, że ich domy są nawiedzone. Z tego osiemdziesiąt procent to były głupie kawały albo chrobot myszy w krokwiach, ale reszta... No cóż, Ross pracował z Warburtonami dostatecznie długo, aby wiedzieć, że pewnych spraw po prostu nie da się wyjaśnić.

– Czy widywał pan jakieś zjawy? – spytał Curtis. – Albo odczuwał zmiany temperatury?

– W naszej sypialni potrafi być w jednej chwili gorąco jak w piekle, a w następnej trzęsiemy się z zimna – odrzekł Harlan.

– A czy są miejsca w domu, gdzie odczuwacie szczególny niepokój?

– Strych, zdecydowanie. I górna łazienka.

Curtis omiótł wzrokiem pokój od ręcznie wiązanego orientalnego dywanika do antycznej wazy na półce kominka.

– Muszę państwa uprzedzić, że odszukanie ducha może być dość kosztowne.

Warburton już wcześniej polecił Rossowi, swojemu terenowemu researcherowi, odszukać w bibliotekach i archiwach prasowych wszystkie dokumenty na temat owej nieruchomości, w nadziei, że przy okazji wypłynie jakaś informacja na temat popełnionego tam morderstwa czy samobójstwa. Chociaż badania te spełzły na niczym, Curtis nie dawał za wygraną. W końcu duchy mogą nawiedzać zarówno osobę, jak miejsce; historia może unosić się w powietrzu niczym słaby zapach perfum czy wspomnienie odciśnięte pod czyimiś powiekami.

– Zapłacimy, ile trzeba – odparła Eve O’Donnell. – Tu nie chodzi o pieniądze.

– Oczywiście, że nie. – Curtis trzepnął się po kolanach z uśmiechem. – No dobrze. Bierzemy się do roboty.

To był sygnał dla Rossa. W czasie dochodzenia odpowiadał za instalację i monitorowanie sprzętu elektromagnetycznego, cyfrowej kamery wideo, termometru na podczerwień. Pracował za minimalne wynagrodzenie mimo wpływów z programu telewizyjnego i takich przypadków jak ten. Ross zgłosił się do pracy u Warburtona dziewięć miesięcy temu, po tym jak przeczytał o nim w „Los Angeles Times” przy okazji Halloween. W przeciwieństwie do Curtisa i Maylene, nigdy nie widział ducha, ale pragnął tego ze wszystkich sił. Miał nadzieję, że wrażliwość na duchy jest czymś, co przekazuje się przy bliskim kontakcie, podobnie jak wietrzną ospę – i podobnie jak wietrzna ospa naznacza ona człowieka na zawsze.

– Pomyślałem, że sprawdzę strych – rzekł Ross.

Stał przez chwilę w progu, czekając, aż Eve O’Donnell pójdzie przodem.

– Głupio się czuję – wyznała, chociaż Ross nie pytał. – W moim wieku widzieć Caspera...

Ross się uśmiechnął.

– Duch może wywołać lekki szok, wrażenie, że ma się bzika, ale na pewno pani nie skrzywdzi.

– Och, nie sądzę, by chciała mnie skrzywdzić.

– Ona?

Eve się zawahała.

– Harlan mówił, żebym nie udzielała żadnych informacji. Bo w ten sposób, jeśli zobaczycie to samo co my, będziemy mieli pewność. – Zerknęła w stronę wąskich schodów i zadrżała. – Moja młodsza siostra zmarła, kiedy miałam siedem lat. Czasem się zastanawiam... czy duch, jeśli tego zechce, może nas odnaleźć?

Ross odwrócił wzrok.

– Nie wiem – odparł, żałując, że nie może zaofiarować jej nic więcej, dać jakiejś konkretnej odpowiedzi, podzielić się własnym doświadczeniem. Spojrzał na małe drzwiczki na szczycie schodów. – To tam?

Skinęła głową i przepuściła go, żeby nacisnął klamkę. Przez okno obserwowało ich oko zamontowanej na zewnątrz kamery wideo. Eve objęła się ciasno ramionami.

– Okropnie tu zimno.

Ross przesunął kilka skrzyń, żeby na taśmę nie padł żaden cień, którego obecność da się wytłumaczyć.

– Curtis mówi, że to wskazówka, gdzie ich szukać. Trzeba iść za głosem zmysłów. – Nagle na podłodze coś błysnęło. Ukląkł i podniósł garść drobnych monet. – Sześć centów. – Uśmiechnął się. – Jak na ironię!

– Ona czasem tak robi. – Eve przesuwała się ku drzwiom. – Zostawia nam drobne.

– Ta zjawa? – spytał Ross, odwracając się do niej, ale Eve zdążyła już umknąć na dół.

Wziął głęboki oddech, zamknął drzwi i zgasił światło, pogrążając małe pomieszczenie w ciemnościach. Stanął z boku, tam gdzie nie sięgało oko kamery, i uruchomił ją pilotem. Potem skupił uwagę na ciemności wokół siebie, pozwalając jej napierać na klatkę piersiową i tył kolan, tak jak uczył go Curtis. Otworzył swoje zmysły, aż granica nieufności stała się cieńsza, a przestrzeń wokół niego rozkwitła. Może to jest to, myślał. Może nadejście duchów odczuwa się tak jak wzbierające w gardle łkanie?

Gdzieś na lewo rozległ się odgłos stąpania i charakterystyczny brzęk upuszczonych na podłogę monet. Ross zapalił latarkę i przesuwał promień, póki nie oświetlił własnego buta i leżących obok trzech nowych pieniążków.

– Aimee? – szepnął w pustkę. – To ty?

Comtosook w stanie Vermont było miasteczkiem o wyraźnie zaznaczonych granicach: pochyłość schodząca do Jeziora Champlaina, klify okalające kamieniołom granitu, miejsce pracy połowy mieszkańców, niewidzialna linia demarkacyjna, za którą pofałdowana okolica stawała się miastem Burlington. Na kościele kongregacjonistów w centrum wisiała płyta ufundowana przez magazyn „Vermont Life”, z datą 1994, w którym to roku Comtosook uznano za najbardziej malowniczą wioskę w stanie. I rzeczywiście – były takie dni, kiedy Eli Rochert na widok liści przybierających kolory rubinów, bursztynów i szmaragdów po prostu musiał przystanąć na chwilę, żeby złapać oddech.

Ale bez względu na to, co Comtosook znaczyło dla turystów, dla Eliego było zawsze po prostu rodzinnym miastem. I w jego przekonaniu miało nim być po wiek wieków. Oczywiście, jako jeden z dwóch pełnoetatowych policjantów zdawał sobie sprawę, że to, co widzą turyści, jest złudzeniem. Już dawno się przekonał, że można na coś patrzeć i nie widzieć, co kryje się pod powierzchnią.

Jechał przez Cemetery Road, swoją zwykłą patrolową trasą w noce takie jak ta, kiedy okrągły księżyc żółcił się jak oko jastrzębia. Mimo opuszczonych szyb nie czuło się przewiewu. Krótkie, czarne włosy Eliego były wilgotne na karku i nawet jego bloodhound Watson dyszał ciężko na fotelu pasażera.

Stare nagrobki stały rzędem jak zmęczeni żołnierze piechoty. W lewym kącie cmentarza, pod bukiem, leżał najstarszy kamień nagrobny w Comtosook: WINNIE SPARKS, UR. 1835 ZM. 1911. Według legendy, gdy kondukt pogrzebowy tej nieznośnej starej kobiety zmierzał na cmentarz, konie nagle stanęły dęba i trumna spadła z wozu. Wieko się otworzyło, Winnie usiadła, a potem wyszła, szalejąc ze złości. Kiedy dziesięć lat później umarła po raz drugi, udręczony małżonek zabił wieko ponad setką gwoździ – po prostu na wszelki wypadek.

Eliego nie interesowało, czy było w tym coś z prawdy, ale miejscowe nastolatki uznały niezdolność Winnie do pozostania martwą za dobry pretekst, aby wybrać się na cmentarz z sześciopakiem i trawką, więc wywlókł swoje długie ciało z wozu.

– Idziesz? – zapytał psa, który w odpowiedzi rozpłaszczył się na siedzeniu.

Kręcąc z naganą głową, Eli przemykał się przez cmentarz aż do grobu Winnie, gdzie czwórka wyrostków, zbyt zmarnowana, by słyszeć jego kroki, kuliła się wokół błękitnego płomienia zapalniczki.

– Bu! – rzucił drewnianym głosem Eli.

– Psy!

– Kurwa!

Nastolatki rzuciły się do ucieczki, szurając podeszwami i pobrzękując szkłem. Eli mógł ich wyłapać bez wysiłku, ale tym razem postanowił odpuścić. Skierował promień latarki w stronę ostatniej z uciekających postaci, po czym oświetlił pobojowisko. Została po nich mgiełka dymu o słodkim zapachu i dwie nienaruszone butelki piwa, z których Eli mógł zrobić po służbie użytek.

Pochylił się i wyrwał spod nagrobka mlecz; jakby wyzwolone przez ten ruch, pojawiło się w głowie słowo: chibaiak... duchy. To język matki, który palił go w ustach jak miętówka.

– Nie ma czegoś takiego – powiedział na głos i ruszył do samochodu zobaczyć, co jeszcze noc ma dla niego w zanadrzu.

Shelby Wakeman obudziła się wyczerpana, chociaż przespała cały dzień. Znowu miała ten sen, w którym Ethan stał przy niej na lotnisku, a kiedy się odwróciła, okazało się, że zniknął. Biegała jak szalona od terminalu do terminalu, aż wreszcie wypadła przez drzwi na pas startowy i zobaczyła dziewięcioletniego syna na drodze nadlatującego odrzutowca.

Za każdym razem wpadała w panikę, bez względu na to, jak często powtarzała sobie, że nic takiego nie ma prawa się przydarzyć. Nigdy nie była z Ethanem na lotnisku w środku dnia, a tym bardziej nie traciła go z oczu. Ale najbardziej ze wszystkiego przerażał ją widok Ethana stojącego z wyciągniętymi ramionami i białą jak ściana buzią zwróconą ku słońcu.

– Ziemia do mamy... halooo?

– Przepraszam – rzekła Shelby z uśmiechem. – Bujałam w obłokach.

Ethan skończył spłukiwać talerz i włożył go do zmywarki.

– Czy nawet w nocy nazywasz to bujaniem w obłokach?

Zanim zdążyła odpowiedzieć, porwał deskorolkę, rzecz tak samo niezbędną do życia jak każda z kończyn.

– Spotkamy się tam?

Przytaknęła, a on jak rozpędzony pocisk wypadł na frontowe podwórko. Mimo że ciągle zwracała mu uwagę, by zachowywał się cicho – przecież o czwartej rano większość ludzi śpi, a nie szaleje na deskorolkach – Ethan zwykle o tym zapominał, a Shelby nie miała sumienia go karcić.

Chorował na XP – Xeroderma pigmentosum, niesłychanie rzadką dziedziczną przypadłość, która oznacza skrajną wrażliwość na promienie ultrafioletowe. Na całym świecie zarejestrowano zaledwie tysiąc takich przypadków. Człowiek się z tym rodzi i umiera.

Shelby po raz pierwszy zauważyła, że coś jest nie w porządku, kiedy Ethan miał sześć tygodni, ale minął kolejny rok, zanim zdiagnozowano u niego XP. Ultrafiolet powoduje szkody w ludzkim DNA – wyjaśnili jej lekarze. U większości ludzi organizm automatycznie je wyrównuje, ale u pacjentów z XP jest to niemożliwe. Szkody owe mają wpływ na proces podziału komórek, co z kolei prowadzi do raka. Ethan MOŻE dożyć kilkunastu lat.

Ale Shelby doszła do wniosku, że skoro jej syna zabija światło słoneczne, wystarczy dopilnować, aby żył w kompletnej ciemności, a wszystko będzie dobrze. Odtąd dnie spędzała w domu, czytała Ethanowi książeczki na dobranoc przy świecy, zasłaniała okna ręcznikami i storami, które jej mąż co wieczór po powrocie z pracy zrywał, dowodząc, że „nikt nie ma alergii na cholerne słońce”.

Zanim się rozwiedli, Shelby nauczyła się sporo o świetle. Dowiedziała się, że ma znacznie więcej powodów do obaw niż tylko przebywanie na dworze. Sklepy spożywcze i gabinety lekarskie miały fluorescencyjne oświetlenie, emitujące ultrafiolet. Kosmetyki z filtrem stały się artykułami codziennej potrzeby, jak krem do rąk, który stosowali nie tylko na zewnątrz, ale i wewnątrz domu. Ethan miał dwadzieścia dwie czapki i nosił je z taką samą naturalną swobodą jak inne dzieci bieliznę.

Dzisiejszej nocy miał na głowie tę z napisem „Jestem z głupolem”. Klapa z tyłu była zwinięta ciasno jak u ślimaka; Ethan wypracował ten kształt dzięki zaginaniu brzegu pod gumką z tyłu. Kiedy Shelby zobaczyła czapki przechowywane w ten sposób, przypomniały się jej łabędzie chowające głowy pod skrzydłem czy maleńkie, skrępowane stópki Chinek.

Skończyła sprzątać kuchnię i usadowiła się z książką na krawędzi podjazdu. Długie, ciemne włosy ujarzmiła, splatając je w gruby jak pięść warkocz, ale ciągle jej było gorąco; jak ten Ethan mógł tak ganiać?! Wjeżdżał deskorolką na prowizoryczną drewnianą rampę, odbijał się, robił ollie[1].

– Mamo! Mamo! Widziałaś? Zupełnie jak Tony Hawk!

– Wiem, wiem.

– A nie sądzisz, że byłoby super, gdybyśmy...

– Nie zbudujemy half-pipe’a[2] na podjeździe, jasne?

– Ale...

– Jezu. Niech ci będzie.

I już znowu odjechał, dudniąc kółkami.

Shelby uśmiechnęła się w duchu. Uwielbiała tę postawę, która zdawała się wpełzać w osobowość Ethana, wkładając mu w usta słowa niczym lalkarz. Uwielbiała, jak ukradkiem włączał „Late Night with Conan O’Brien”. Wierząc, że matka jest gdzieś indziej w domu, próbował wyłapywać wszystkie aluzje. Czyniło go to takim... normalnym. Gdyby nie fakt, że księżyc miał na wszystko oko i że spod bladej twarzy Ethana przeświecały żyłki niczym rozgałęzione, znane jej na pamięć drogi, gdyby nie te wszystkie drobiazgi, Shelby prawie mogłaby uwierzyć, że nie różni się od innych matek.

Ethan wykonał obrót z rozbiegu, a potem wielkiego caspera. Kiedyś Shelby nie odróżniała helipopa od G-turna. Kiedyś także, patrząc na Ethana i siebie, czuła litość. Ale teraz już prawie nie pamiętała, jak wyglądało jej życie, zanim choroba zarzuciła na nich tę sieć. Prawdę rzekłszy, życie, jakie wiodła przed urodzeniem Ethana, to nie mogło w ogóle być życie.

Podjechał do niej i stanął.

– Umieram z głodu.

– Przecież dopiero jadłeś!

Ethan zamrugał, jakby to miało być jakieś wytłumaczenie. Shelby westchnęła.

– Wejdź i weź sobie coś, ale niebo już różowieje.

Ethan obrócił się w stronę wschodzącego słońca, zaczepionego już jednym pazurem o horyzont.

– Pozwól mi stąd popatrzeć – poprosił. – Tylko ten jeden raz.

– Ethan...

– Wiem, wiem. – Głos wyraźnie mu opadł. – Jeszcze trzy hardflipy.

– Jeden.

– Dwa.

Nie czekając na zgodę – oboje wiedzieli, że ustąpi – wystartował znowu. Shelby otworzyła książkę, rejestrując słowa jak samochody na pociągu towarowym – ciąg bez żadnych indywidualnych cech. Właśnie odwróciła kartkę, kiedy uświadomiła sobie, że deskorolka Ethana już się nie porusza.

Trzymał ją opartą o nogę. Rysunek Wolverine był cały w białych plamkach.

– Mamo, zobacz, śnieg pada?

W Vermoncie zdarzało się to dość często, ale jednak nie w sierpniu. Biały rój leciał w stronę jej książki i zaklinował się w grzbiecie, ale nie były to płatki śniegu. Podniosła jeden i powąchała. Róże.

Shelby słyszała o dziwnych anomaliach pogodowych, od których żaby zamieniały się w parę i spadały deszczem do mórz. Kiedyś widziała nawet grad szarańczy, ale to...?

Płatki nadal padały, więznąc w ich włosach.

– Niesamowite – szepnęła. Ethan usiadł przy niej i razem przyglądali się wybrykowi natury.

– Pieniążki. – Curtis Warburton obrócił monetę, którą podał mu Ross. – Coś jeszcze?

Ross zaprzeczył ruchem głowy. Minęły trzy godziny i chociaż na dworze szalała burza, czyli naturalne źródło energii, aktywność paranormalna była w najlepszym razie minimalna.

– Zdawało mi się, że widzę na ekranie kulkę, ale okazało się, że to czujnik dymu w tyle strychu.

– Cóż, ja nie poczułem absolutnie nic – westchnął Curtis. – Powinniśmy byli wybrać ten przypadek z Buffalo zamiast tego.

Ross zatrzasnął nakręcony film w pojemniku i schował go do kieszeni.

– A ta żona? Wspomniała o młodszej siostrze, która zmarła, gdy Eve miała siedem lat.

Curtis spojrzał na niego z uwagą.

– O, to ciekawe.

Zeszli obaj na dół. Maylene siedziała po ciemku na sofie z termometrem na podczerwień.

– Masz coś? – spytał Curtis.

– Nie. Ten dom nie jest aktywny bardziej niż paralityk.

– I jak idzie? – W drzwiach stała Eve O’Donnell z ręką zaciśniętą na kołnierzyku szlafroka.

– Oględnie powiem tak: nie jesteście w tym domu sami. – Curtis wyciągnął monetę znalezioną przez Rossa. – Właśnie to znalazłem.

– Tak... Czasami widuję rozrzucone monety, mówiłam o tym Rossowi.

– Naprawdę?

Ross obrócił się do niego ze zmarszczonymi brwiami. Chciał zapytać Curtisa, czemu udaje głupka, ale szef mówił dalej:

– Duchy płatają czasem takie figle. Zwłaszcza duchy dzieci, na ten przykład.

Ross poczuł uderzenie powietrza, kiedy Eve O’Donnell składała swoje zaufanie u stóp Curtisa.

– Muszę pani powiedzieć, że czuję tu bardzo silne sensacje. W domu jest jakaś osoba, i to taka, którą pani zna, a i ona zna panią. – Curtis przechylił głowę na bok i zmarszczył brwi. – To dziewczynka... Wyczuwam obecność dziewczynki i jakąś liczbę... Siedem! Czy czasem nie miała pani młodszej siostry, która odeszła?

Ross dosłownie wrósł w ziemię. Wiedział z doświadczenia, że osiemdziesiąt pięć procent badanych przypadków to głupie kawały wymyślone przez ludzi, którzy albo chcieli marnować ich czas, albo wystąpić w telewizji, albo udowodnić, że paranormalne badania nie mają nic wspólnego z nauką. Nie mógłby zliczyć, ile razy odnajdywali głośniki ukryte w „jęczących” ścianach czy żyłkę rybacką okręconą wokół chwiejącego się świecznika. Ale nigdy nie przyszło mu do głowy, że Warburtonowie mogą także odgrywać takie przedstawienia.

– Oczywiście to będzie dodatkowa opłata – mówił Curtis – ale nie wykluczałbym urządzenia seansu.

Rossowi pękała głowa.

– Curtis, moglibyśmy pogadać na osobności?

Włożyli płaszcze i wyszli na zewnątrz, chroniąc się przed ulewą pod okapem garażu.

– Mam nadzieję, że to coś ważnego – rzekł Curtis. – Właśnie zarzucałem na nią haczyk, a ty mi przerwałeś.

– Wcale nie wyczuwałeś tam ducha. O tej siostrze wspomniałeś tylko dlatego, że ci o niej powiedziałem.

Koniuszek papierosa Curtisa żarzył się w ciemności jak krwawe oko.

– Więc?

– Więc nie możesz okłamywać tej kobiety tylko po to, żeby zarobić kilka dolców więcej i zarejestrować jej reakcję kamerą.

– Ja tylko mówię im to, co chcieliby usłyszeć. Ci ludzie wierzą, że w ich domu jest duch. Chcą w to wierzyć. Nawet jeśli nie zarejestrujemy dzisiejszej nocy żadnej aktywności, to nie znaczy, że duch nie atakuje w obecności osób trzecich.

– To nie jest jakiś tam duch. – Rossowi drżał głos. – Dla niej to konkretna osoba.

– Nie posądzałem cię o taki purytanizm. Zdawało mi się, że po tylu miesiącach poznałeś rutynę.

Ross nie uważał się za specjalnie naiwnego. W swoim życiu widział i robił dostatecznie wiele, by zawsze chodzić po ziemi, ponieważ zbyt często czuł się tak, jakby on sam nie był realny.

– Owszem, znam rutynę. Ale nie wiedziałem, że to wszystko lipa.

Curtis rzucił papierosa na ziemię.

– Ja nie oszukuję. Duch dziadka naprawdę mi się ukazał. Zrobiłem mu zdjęcie, jak stał w nogach mojego łóżka. Wyciągnij własne wnioski. Cholera, pamiętasz tę swoją fotkę twarzy wysuwającej się z jeziora? Myślisz, że to ustawiłem? Przecież byłem wtedy w innym stanie! – Curtis wziął głęboki oddech, próbując się uspokoić. – Słuchaj, ja wcale nie wpuszczam O’Donnellów w maliny. Jestem biznesmenem, znam swoich klientów.

Ross nie potrafił odpowiedzieć. Jak się zorientował, Curtisowi udało się jeszcze wsunąć znalezioną monetę pod statyw. Wiedział już, że ostatnich dziewięć miesięcy jego życia poszło na marne. Nie był lepszy od O’Donnellów: widział tylko to, w co chciał wierzyć.

W tym momencie z domu wyszła Maylene. Może naprawdę była medium?

– Curtis? Co się dzieje?

– To Ross. Zastanawia się, którą drogę do domu wybrać: autostradę I-81 czy Grunt Wysokiej Moralności.

Ross, nie bacząc na zacinający deszcz, ruszył przed siebie. Niech sobie myślą, co chcą; z pewnością namawialiby go, aby postąpił tak samo. Nie zawracał sobie głowy nawet pozostawioną kamerą i plecakiem – to tylko rzeczy do zastąpienia, w przeciwieństwie do spokoju wewnętrznego, którego utrata poważnie mu zagrażała. W samochodzie podkręcił ogrzewanie na full, próbując pozbyć się uczucia dojmującego chłodu. Zanim zorientował się, że nie włączył świateł, zdążył przejechać półtora kilometra. Zatrzymał się na poboczu i głębokimi oddechami starał się przywrócić normalny rytm serca.

Potrafił w naukowy sposób zarejestrować paranormalne zjawiska i zinterpretować wyniki. Filmował już ogniki błądzące po cmentarzach, nagrywał głosy w opuszczonych piwnicach, odczuwał lodowaty chłód w miejscach, gdzie nie było żadnego przeciągu. Przez dziewięć miesięcy łudził się, że odnalazł wejście do świata, w którym przebywała Aimee... ale okazało się ono tylko drzwiami wymalowanymi na ścianie.

Kończyły mu się pomysły, niech to szlag.

Az Thompson obudził się z ustami pełnymi kamyków – małych i gładkich jak pestki oliwek. Zanim odważył się odetchnąć bez obawy, że się udławi, wypluł piętnaście na pomarszczoną skórę dłoni. Spuścił nogi z wojskowej pryczy i próbował wstrząsnąć pewnością, która, gdyby zakopano ją w ubitej ziemi pod jego bosymi stopami, to te skały rozrosłyby się w jakieś rakowate czarne chaszcze. Zupełnie jak te, które przysłoniły zamek z baśni białych ludzi o dziewczynie, czekającej w uśpieniu, aż ją ktoś pocałuje.

Nie miał nic przeciwko biwakowaniu – dopóki pamiętał, że tkwi jedną nogą na łonie natury, a drugą w świecie yanqui. Wysunął głowę z namiotu; niektórzy zaczynali już gromadzić się na śniadanie. Znaki – plakietki do zawieszenia na szyi i tablice do ustawienia w lesie – leżały na stosie jak atrapy brzuchomówców, nieszkodliwe, dopóki się nie wleje w nie ducha.

– Haw – mruknął, podchodząc do małego ogniska, wiedząc, że zrobią mu miejsce.

Reszta towarzystwa potraktowała go tak, jakby to sam Abe Lincoln wyszedł nagle z namiotu: z pokorą i niemałą dozą nabożnej czci, że wciąż jeszcze jest wśród żywych. Az nie był wprawdzie aż tak stary jak Abe, ale niewiele mu brakowało. Miał sto dwa albo sto trzy lata... jakiś czas temu przestał liczyć. Ponieważ znał ginący język swego ludu, szanowano go jako nauczyciela. Zresztą z racji samego wieku przynależał do starszyzny plemiennej, co miałoby pewne znaczenie, gdyby Abenaki byli oficjalnie uznani za plemię.

Sadowiąc się na składanym krześle, Az słyszał trzeszczenie każdego stawu w swoim kręgosłupie. Chwycił lornetkę leżącą obok paleniska i zaczął przyglądać się ziemi parceli usytuowanej przy północno-zachodnim odcinku Montgomery Road i Otter Creek Pass. Na wzniesieniu kłuł w oczy brzydotą duży biały dom. To on miałby pójść na pierwszy ogień. Az wiedział o tym tak samo, jak o wszystkim, co dotyczyło tej nieruchomości – od pomiarów geometrycznych do zarejestrowanego numeru planowanego aktu własności. Znał miejsca, w których grunt zamarzał zimą najwcześniej, i takie, gdzie nic nigdy nie chciało rosnąć. Wiedział, które okno w opuszczonym domu wybiły niesforne dzieciaki, która strona ganku zawaliła się jako pierwsza, która deska schodów spróchniała na wylot.

Znał także numery rejestracyjne każdego pojazdu, jaki Grupa Redhook zaparkowała na obrzeżach. Chodziły plotki, że Newton Redhook chciał wybudować pierwszą w Comtosook galerię handlową. Na ich cmentarzysku!

– Powiadam ci – rzekł Gruby Charlie – że to El Niño.

Winks potrząsnął głową.

– Coś się spieprzyło, stary, ot, co! Nie ma czegoś takiego jak deszcz róż. Zupełnie jakby zegary chodziły w drugą stronę albo woda w studni zmieniła się w krew.

Gruby Charlie parsknął śmiechem.

– Winks, chłopie, lepiej przełącz się z powrotem na Lettermana[3]. Te horrory za bardzo idą ci do głowy.

Az rozejrzał się wokół i zauważył, że ziemia pokryta jest lekkim dywanem z kwietnych płatków. Obrócił językiem w ustach, czując znowu smak kamyków.

– O czym myślisz, Az? – spytał Winks.

O czym myślał? Ano o tym, że próba wyjaśnienia, dlaczego z nieba padają płatki róż, jest nie tylko zbyteczna, ale bezowocna, ponieważ rzeczy, które miały się wydarzyć, zostały już puszczone w ruch. Te płatki róż to jeszcze najmniejszy z ich problemów. Az zogniskował lornetkę na pełznącym wolno w górę buldożerze.

– Po mojemu, nie skopiesz tego gruntu tak, żeby się na coś nie natknąć – rzekł na głos.

Oto, w jaki sposób Ross poznał Aimee: Na rogu Broadwayu i Sto Dwunastej, w cieniu Uniwersytetu Columbia dosłownie na nią wpadł, wytrącając jej z rąk wszystkie książki prosto w brudną kałużę. Studiowała medycynę i przygotowywała się właśnie do końcowego egzaminu z anatomii, toteż niemal straciła oddech, widząc, że cała jej ciężka praca poszła na marne. Kiedy tak siedziała na środku nowojorskiej ulicy, wydała się Rossowi najpiękniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek widział.

– Pomogę pani – zaproponował, chociaż nie odróżniał strzałki od paliczka. – Proszę tylko dać mi jeszcze jedną szansę.

A oto, jak Ross oświadczył się Aimee: Rok po pierwszym spotkaniu zawiózł ją taksówką na róg Broadwayu i Sto Dwunastej, gdzie czekał na nich stolik w restauracji. Zgodnie z wcześniejszą instrukcją, taksówkarz zatrzymał się przy krawężniku, a Ross wysiadł i ukląkł na jedno kolano na bruku. Potem otworzył puzderko z pierścionkiem i spojrzał w roziskrzone oczy ukochanej.

– Wyjdź za mnie!

Ledwie to wymówił, stracił równowagę i wtedy brylant wpadł mu do kratki ściekowej.

Aimee opadła szczęka.

– Powiedz – wykrztusiła po chwili – że to się nie zdarzyło!

Ross spojrzał na czarną kratkę, na puste puzderko, a potem wrzucił je z rozmysłem do kanału. Następnie wyciągnął z kieszeni drugi pierścionek, tym razem ten prawdziwy.

– Daj mi jeszcze jedną szansę!

Teraz na opustoszałym parkingu podniósł do ust butelkę. Czasem miał ochotę obedrzeć się ze skóry, żeby zobaczyć, co pod nią jest. Chciał skakać z mostów do betonowych mórz. Chciał krzyczeć aż do zdarcia gardła, biec aż do odpadnięcia zelówek. Za każdym razem, kiedy porażka atakowała go niczym fala przypływu, życie zmieniało się w linę, której koniec z powodu jakiegoś kosmicznego żartu wydawał mu się nie do osiągnięcia.

Ross planował samobójstwo w sposób, w jaki inni tworzą listy zakupów: metodycznie, przykładając wielką wagę do każdego szczegółu. Bywały dni, kiedy czuł się znakomicie. A potem nadchodziły takie, kiedy robił spisy ludzi szczęśliwych i cierpiących. Albo takie, kiedy uważał za sensowne wypicie wrzątku, uduszenie się w lodówce czy chodzenie nago po śniegu aż do zapadnięcia w sen.

Czytając o samobójstwach, fascynował się ludzką pomysłowością: jakaś kobieta powiesiła się na pętli z własnych włosów, jakiś mężczyzna wstrzyknął sobie do żyły majonez, jakieś nastolatki połknęły świąteczne petardy. Ale za każdym razem, kiedy był bliski sprawdzenia wytrzymałości belki stropowej albo kiedy zadrasnął się do krwi ostrym nożem, nie mógł pozbyć się myśli o nieporządku, jaki po sobie zostawi.

Nie wiedział, co śmierć ma dla niego w zanadrzu, wystarczała mu pewność, że to nie będzie życie. Odkąd stracił Aimee, niczego nie czuł. Tego dnia, kiedy jak ostatni idiota postanowił zabawić się w bohatera, odciągnął narzeczoną od wraku samochodu i poszedł ratować kierowcę drugiego wozu, który chwilę potem stanął w płomieniach. A kiedy Ross wrócił do Aimee, ta już nie żyła. Umarła w samotności, kiedy on odgrywał Supermana.

Co z tego, że okazał się bohaterem, skoro uratował niewłaściwą osobę.

Rzucił pustą butelkę na podłogę jeepa i ruszył z piskiem opon jak nastolatek. Nie widząc w pobliżu żadnych policjantów (nigdy ich nie ma, kiedy trzeba), przyśpieszył aż do stu dwudziestu na drugorzędnej dwupasmówce.

Zatrzymał się dopiero przy przejeździe kolejowym, gdzie błyskały ostrzegawcze światła, a ramię szlabanu opadało wolno jak u baletnicy. Opróżnił umysł absolutnie ze wszystkiego poza jednym celem: przeć naprzód, póki nie roztrzaska bariery, póki nie postawi jeepa na torach w charakterze ofiary.

W końcu zadudnił pociąg i tory zaczęły wyśpiewywać swą stalową symfonię. Ross poddał się śmierci, chwytając między zęby jedno jedyne słowo: „Nareszcie”.

Straszliwy huk ogłuszał go, narastał... a potem zaczął się oddalać. Po jakimś czasie Ross zebrał się na odwagę i otworzył oczy.

Spod maski wydobywał się dym, ale samochód wciąż jechał, chociaż nierówno, jakby siadła mu opona, i w przeciwnym do poprzedniego kierunku.

Wszystko na próżno. Ze łzami w oczach Ross ruszył w drogę.

Rod van Vleet nie zamierzał wracać bez podpisanego kontraktu. Po pierwsze, Newton Redhook uczynił go odpowiedzialnym za zabezpieczenie prawie ośmiu hektarów posiadłości Pike’a. Po drugie, dotarcie do domu opieki na tym vermonckim zadupiu zajęło mu sześć godzin i Rodowi ani się śniło pokonywać tej trasy po raz drugi.

– Panie Pike – szczerzył się teraz do starucha dostatecznie brzydkiego, by straszyć go w snach przez najbliższy tydzień. Kurczę, gdyby Rod miał tak wyglądać w wieku dziewięćdziesięciu pięciu lat, to niechby dali mu do poduszki drinka z morfiną, a potem ułożyli do snu sześć stóp pod ziemią. Łysa głowa Spencera Pike’a była usiana plamami jak kantalupa, ręce miał powykręcane, a całe ciało ułożone trwale w pozycji przecinka. – Jak sam pan widzi, Grupa Redhook jest gotowa na znak dobrej wiary przekazać dziś do depozytu czek na pięćdziesiąt tysięcy dolarów, do czasu uzyskania tytułu własności.

Staruszek zmrużył wyblakłe oko.

– Na diabła mi pieniądze?

– No cóż. Mógłby pan wybrać się na jakieś wakacje... z pielęgniarką. – Rod uśmiechnął się do kobiety stojącej za plecami Pike’a ze skrzyżowanymi ramionami.

– Nie mogę podróżować. Lekarz zakazał. Wątroba... po prostu by mi wysiadła.

Rod uśmiechnął się z przymusem. Alkoholik, który dożył niemal setki, powinien po prostu wsiąść do samolotu na Fidżi, i do diabła z konsekwencjami.

– No cóż...

– Już pan to mówił. Skleroza pana dopadła?

– Nie, proszę pana. – Rod odchrząknął. – Rozumiem, że ten grunt należał do rodziny pańskiej żony od kilku pokoleń?

– Tak.

– Wierzymy, że Grupa Redhook mogłaby przyczynić się do rozwoju Comtosook, dokonując zabudowy pańskiego areału w sposób, który pobudzi miejską gospodarkę.

– Chcecie pobudować tam wielkie sklepy.

– Owszem, mamy taki zamiar.

– A zbudujecie sklep z bajglami?

Rod zamrugał oczami..

– Nie sądzę, by pan Redhook już to wiedział.

– Zbudujcie. Lubię bajgle.

Ross znowu przesunął w jego stronę czek, tym razem z kontraktem.

– Niczego nie zbuduję, dopóki pan się tu nie podpisze.

Chory przyglądał mu się przez dłuższą chwilę, wreszcie sięgnął po pióro. Rod wypuścił długo wstrzymywany oddech.

– Tytuł własności jest na pańską żonę, Cecelię Pike.

– Tak, na Cissy.

– A to roszczenie zgłoszone przez Abenaki... ma jakieś podstawy?

Knykcie Pike’a zbielały od zacisku.

– Na terenie posiadłości nie ma żadnego indiańskiego cmentarza. – Staruszek podniósł wzrok. – Nie lubię pana.

– Wyczuwam to, proszę pana.

– Podpisuję to tylko dlatego, że prędzej oddam tę ziemię za darmo, niż dopuszczę, żeby przeszła na skarb państwa.

Rod zwinął podpisany kontrakt i uderzył nim o stół.

– No cóż – powtórzył po raz trzeci, na co Pike uniósł brew. – Będziemy działać z należytą starannością i mamy nadzieję sfinalizować tę transakcję najszybciej, jak się da.

– Chce pan powiedzieć, zanim umrę – uściślił sucho Pike, kiedy Rod wkładał już płaszcz. – Nie zostanie pan na szarady? Albo lunch? Podobno ma być galaretka pomarańczowa. – Zaśmiał się, a Roda przeszły ciarki jak od zgrzytu piły. – Panie van Vleet... Co zrobicie z domem?

Rod wiedział, że jest to drażliwy temat; Grupa Redhook zwykła bowiem najpierw czyścić pozyskany grunt do gołej ziemi, a dopiero potem zabierać się do budowy nowoczesnych obiektów handlowych.

– On właściwie nie jest w najlepszym stanie – zaczął oględnie. – Być może będziemy zmuszeni do... pewnych przeróbek. Żeby mieć więcej miejsca na tę pańską pizzerię, cha, cha.

– Sklep z bajglami – skorygował go Pike. – Więc go zburzycie.

– Niestety.

– No i dobrze. Za dużo tych duchów.

Jedyna stacja benzynowa w Comtosook znajdowała się przy sklepie wielobranżowym. Dwie pompy z lat pięćdziesiątych zainstalowano na parkingu i Rod dopiero po dobrych pięciu minutach pojął, że tu po prostu nie ma czegoś takiego jak czytnik kart kredytowych. Wetknął końcówkę węża do baku, wyciągnął komórkę i wybrał zaprogramowany numer.

– Angel Quarry – odezwał się damski głos.

Rod przerwał połączenie. Musiał się pomylić; próbował dodzwonić się do biura, aby zawiadomić Newtona Redhooka, że przedpole zostało oczyszczone. Ze zmarszczonymi brwiami wcisnął odpowiednie guziki na klawiaturze.

– Angel Quarry. W czym mogę pomóc?

Rod pokręcił głową.

– Próbuję dodzwonić się pod numer 617–569...

– To pomyłka. – Klik.

Speszony, schował komórkę do kieszeni i dolał kilka kolejnych litrów do baku. Potem sięgnął po portfel i ruszył do sklepu, żeby zapłacić.

Na ganku mężczyzna w średnim wieku o marchewkowo rudych włosach zmiatał z podłogi coś, co wyglądało na płatki róż. Rod zerknął na szyld z napisem ABE’S GAS & GROCERY.

– Pan jest Abe, prawda? – zagadnął.

– Zgadł pan.

– Jest tu gdzieś automat telefoniczny?

Abe wskazał kąt ganku, gdzie obok opartej o balustradę przekrzywionej budki chwiał się stary pijak, który wyraźnie nie zamierzał się odsunąć. Rod wybrał numer karty telefonicznej, cały czas czując na plecach wzrok właściciela. Chwilę później usłyszał znowu:

– Angel Quarry.

Trzasnął słuchawką i zagapił się na aparat. Abe machnął kilka razy miotłą po dzielącej ich przestrzeni.

– Jakiś problem?

– Chyba coś się pochrzaniło na linii. – Rod wyjął z portfela dwudziestkę za paliwo.

– Pewnie tak. Albo sprawdza się to, co gadali Indianie: że jeśli nie odzyskają swojej ziemi, na całe miasto spadnie klątwa.

Rod przewrócił oczami. W połowie drogi do samochodu przypomniał sobie jednak komentarz Spencera Pike’a na temat duchów i zawrócił, żeby zapytać o to Abe’a, ale ten już zniknął. Została po nim tylko oparta o pękniętą poręcz miotła; za każdym podmuchem wiatru zmiecione porządnie płatki rozwiewały się jak życzenia.

Nagle po drugiej stronie dystrybutorów zatrzymał się samochód. Wysiadł z niego mężczyzna o długich do ramion włosach i rozbieganych oczach w kolorze morskiej zieleni. Przeciągnął się, aż mu grzbiet zatrzeszczał, i spytał:

– Przepraszam, wie pan może, jak dojechać do domu Shelby Wakeman?

Rod pokręcił przecząco głową.

– Nie jestem z tych stron.

Coś go podkusiło, żeby przed uruchomieniem silnika zerknąć we wsteczne lusterko. Facet nadal tam stał, jakby nie wiedział, co z sobą zrobić. Wtem zadzwoniła komórka. Rod sięgnął do kieszeni i pstryknął wieczkiem.

– Van Vleet.

– Angel Quarry – odezwała się kobieta po drugiej stronie, jakby to on do niej dzwonił; jakby to w ogóle miało jakiś sens.

– Idę, już idę – mruknęła Shelby, kiedy łomot do frontowych drzwi nasilił się jeszcze bardziej. Była dopiero jedenasta: jeśli ten kretyn obudził Ethana... Związała włosy w koński ogon, doprowadziła do porządku pidżamę i zerknęła pod słońce, zanim otworzyła drzwi. W pierwszej chwili, oślepiona blaskiem, nie rozpoznała, kto stoi w progu.

– Shel?

Nie widziała Rossa od dwóch lat. Wciąż wyglądali podobnie: ta sama smukła budowa, to samo intensywne, jasne spojrzenie, o którym ludzie mówili, że trudno przed nim uciec. Ale Ross sporo stracił na wadze i włosy mu urosły jeszcze bardziej. No i jeszcze te sińce pod oczami... teraz ciemniejsze niż jej własne.

– Obudziłem cię – rzekł przepraszająco. – Mogłem...

– ...przyjechać tutaj – dokończyła Shelby, zamykając swojego braciszka w uścisku.

– Wracaj do łóżka – upierał się Ross, po tym jak Shelby przez ponad pół godziny krzątała się wokół niego. – Ethan będzie cię potrzebował.

– Raczej ciebie – sprostowała Shelby. – Niech tylko odkryje, że tu jesteś, a zapomnisz o jakimkolwiek wypoczynku. – Położyła stos ręczników na gościnnym łóżku i uściskała brata. – Oczywiście nie muszę mówić, że zostajesz, jak długo zechcesz.

Ukrył twarz w zagłębieniu jej ramienia i zamknął oczy. Poczuł zapach dzieciństwa.

Nagle się odsunęła.

– Och, Ross! – mruknęła, sięgając pod jego koszulę i wyciągając długi łańcuszek. Na jego końcu wisiał brylant soliter – spadająca gwiazda. Shelby zacisnęła go w dłoni.

Ross szarpnął się w tył, rozrywając łańcuszek. Złapał Shelby za nadgarstek i potrząsał nim, dopóki nie odzyskał pierścionka.

– Nie rób tego – ostrzegł ją przez zaciśnięte zęby.

– Przecież minęło już...

– Myślisz, że nie wiem, ile czasu minęło? I to z dokładnością do jednego dnia? – Odwrócił się tyłem. Dlaczego nikt nie mówił, że dobroć potrafi ciąć tak samo jak nóż?

Kiedy Shelby dotknęła jego ramienia, nie zareagował, a ona więcej nie nalegała, tylko wycofała się z pokoju.

Miała rację – powinien zasnąć, ale przecież mu się nie uda. Ross zdążył już przyzwyczaić się do bezsenności; od lat wślizgiwała się za nim pod przykrycie, wciskając w jego długie ciało tyle niepokoju i niezdecydowania, że bez przerwy gapił się na wyświetlacz elektronicznego zegarka, w oczekiwaniu na cyfry, które pozwolą mu wstać.

Położył się na łóżku i patrzył w sufit. Ściskał pierścionek tak mocno, że czuł, jak oprawa wrzyna mu się w skórę. Musiał zdobyć jakiś sznurek czy rzemyk, żeby móc go znowu nosić. Całkowicie rozbudzony, skupił uwagę na zegarku. Obserwował, jak cyfry zachodzą na siebie: 12:04, 12:05, 12:06. Policzył róże na poszwie kołdry. Próbował przypomnieć sobie tekst piosenki „Waltzing Matilda”.

Kiedy obudził się o piątej pięćdziesiąt osiem, nie wierzył własnym oczom. Od miesięcy nie czuł się lepiej. Przerzucił nogi na podłogę i wstał. Ciekawe, czy Shelby będzie miała zapasową szczoteczkę do zębów.

Brak lekkiego ucisku na piersi przypomniał mu o pierścionku. Otworzył pięść i zmartwiał. Brylantu, który ściskał w dłoni, zasypiając, nigdzie nie było – ani pod kołdrą, ani pod dywanem, ani nawet za łóżkiem. Straciłem ją, myślał, patrząc tępym wzrokiem na to, co trzymał w garści po obudzeniu: gładką jak sekret monetę z 1932 roku, wciąż jeszcze ciepłą od wnętrza jego dłoni.

[1] Jedna z ewolucji na deskorolce (wszystkie przypisy tłumaczki).

[2] Dwie rampy naprzeciwko siebie, wyglądające jak przekrojona rura.

[3] David Letterman – gospodarz popularnego programu komedio­wego.

2

Jak na ośmiolatkę, Lucy Oliver wiedziała całkiem sporo. Umiała wymienić stolice wszystkich stanów, wytłumaczyć, jak się tworzą chmury burzowe, przeliterować tam i z powrotem słowo „rytm”. Wiedziała też o innych sprawach, ważniejszych, niezwiązanych ze szkołą. Na przykład o tym, że jej prababka przed miesiącem wróciła od lekarza z małymi białymi pigułkami, które ukryła w garderobie, w nosku ortopedycznego sportowego pantofla. Albo o tym, że kiedy dorośli ściszają głos, to trzeba tym pilniej nadstawiać ucha. I jeszcze, że nawet najsprytniejsza na świecie osoba przestraszyłaby się tego, czego nie rozumie.

Poza tym Lucy była święcie przekonana, że prędzej czy później ktoś z nich ją dorwie, to tylko kwestia czasu.

Co noc zmieniali formę. Czasem byli ruchomymi wzorami na zasłonach, czasem zimnymi miejscami na szerokich deskach podłogi, przez którą Lucy biegła do łóżka, czasem kryli się w zapachu – i potem śniły się jej liście, mrok i padlina.

Dzisiejszej nocy udawała, że jest żółwiem. Nic nie mogło przeniknąć przez tę twardą skorupę, absolutnie nic, nawet to, co z całą pewnością oddychało w tej sekundzie w jej szafie. Ale nawet z szeroko otwartymi oczami Lucy widziała, jak noc się zmienia. W jednych miejscach stawała się bardziej spiczasta, w innych zapadnięta... aż wyłaniała się z niej przezroczysta twarz kobiety tak smutnej, że Lucy aż się skręcał żołądek.

Znajdę cię, powiedziała ta pani w głowie Lucy.

Dziewczynka stłumiła krzyk, żeby nie obudzić prababci, i narzuciła kołdrę na głowę. Jej wątła pierś poruszała się ciężko niczym tłok, oddech stał się wilgotny. Skoro ta kobieta może ją znaleźć wszędzie, to gdzie Lucy ma się schować? Czy mama pozna, że ją porwano, po samym wklęśnięciu, jakie ciało Lucy zostawi na materacu?

Wysunęła rękę na tyle daleko, aby chwycić z nocnego stolika telefon i wcisnąć guzik, łączący ją automatycznie z laboratorium mamy. Lucy wyobraziła sobie, że między jej aparatem a tym, który trzymała teraz mama, rozciąga się niewidzialna linia, jakby pępowina, i z wdzięczności za tę wizję nie była w stanie wykrztusić ani słowa.

– Och, Lucy – westchnęła mama prosto w ciszę. – O co chodzi tym razem?

– O powietrze – szepnęła dziewczynka, nienawidząc swojego głosu, słabiutkiego, przerażonego, jak chrobot myszy. – Jest takie... ciężkie.

– Masz inhalator?

Miała. Była dostatecznie duża, by wiedzieć, co się robi w razie ataku astmy. Ale nie chodziło o duszność tego rodzaju.

– Ono chce mnie zmiażdżyć.

No proszę, robiło się coraz gorzej. Lucy leżała pod ciężarem nocy, starając się brać małe hausty powietrza, żeby w pokoju na dłużej starczyło tlenu.

– Skarbie. – Matka mówiła tonem, który przywodził Lucy na myśl szklane fiolki i długie białe blaty. – Wiesz przecież, że powietrze nie zmienia ciężaru, a już na pewno nie w twojej sypialni. To wszystko twoja wyobraźnia.

– Ale... – Lucy odwróciła się od szafy, bo czuła, że pani wciąż ją obserwuje. – Mamuś, ja nie dam rady...

Rozległ się stukot, trwający dokładnie tyle czasu, aby jej matka straciła wreszcie cierpliwość.

– Lucy. Nie ma czegoś takiego jak duchy, gobliny, demony czy inne niewidzialne potwory, które kruszą powietrze. Do łóżka!

Lucy trzymała dalej słuchawkę, chociaż po drugiej stronie zapadła cisza. Kiedy odezwał się metaliczny głos operatorki, który kazał jej się rozłączyć, jeśli chce jeszcze gdzieś zatelefonować, schowała aparat pod poduszkę. Mama miała rację; rozum Lucy podpowiadał, że nic w pokoju na nią nie czyha, że żaden potwór nie chowa się w szafie ani pod łóżkiem, że płaczące panie nie pojawiają się znikąd. Jeśli powietrze staje się gęste jak grochówka, to da się to logicznie wytłumaczyć prawami fizyki albo chemii.

Ale mimo to, kiedy Meredith Oliver wróciła kilka godzin później, znalazła swoją córkę śpiącą w tunelu z poduszek i koców, a w łazience paliły się wszystkie światła.

Ross patrzył, jak jego siostrzeniec po raz kolejny przeczy prawu grawitacji; pod wyważonymi stopami chłopca deskorolka po prostu wzbiła się w powietrze.

– Jest fifty-fifty – poinformował go Ethan z zaczerwienionymi z wysiłku policzkami. Spod zwiniętej klapy bejsbolówki wystawały wilgotne włosy.

Ross udał, że chce podnieść mu nogę.

– Jesteś pewien, że nie przywiązałeś jej żyłką?

Ethan wyszczerzył się do niego i ponownie ruszył na rampę. Nagle obrócił się dookoła i podjechał z powrotem.

– Wiesz, wujku? Mieć cię tutaj to totalny odjazd.

Shelby, siedząca obok Rossa na kocu, skubnęła źdźbło trawy.

– To jakby wyraz najwyższego uznania.

– Domyślam się. – Ross położył się znowu z rękami pod głową. Przed jego oczami przesunęła się spadająca gwiazda, po której na niebie została srebrzysta smuga. – On jest świetny, Shel.

– Wiem – odparła, nie spuszczając oczu z syna.

Ethan zadudnił na drewnianej rampie.

– Na tyle świetny, żeby pójść z tobą na duchy?

– Kto ci powiedział, że poluję na duchy?

– Mam swoje źródła. – Ethan zakręcił deską, zeskakując z niej jednocześnie, co wyglądało, jakby skoczyła mu prosto do ręki. – Szybki jestem, widzisz? I w nocy się nie męczę. Nie uwierzyłbyś, jak cicho potrafię się zachowywać.

– O, z pewnością bym nie uwierzył – zaśmiał się Ross.

– Ale ja mówię serio. No, wujku, czemu nie miałbyś mnie zabrać?

– Hm. Po pierwsze dlatego, że twoja mama obdarłaby mnie żywcem ze skóry, a po drugie... właśnie się z tego wycofałem.

– Wycofałeś się? – Chłopiec przesunął po tym słowie językiem. – To znaczy, że jakby... wymiękasz?

– W pewnym sensie.

Ethan osłupiał.

– Ależ to... totalny obciach!

– Ethan! – upomniała go matka.

– To teraz jesteś taki zwyczajny krewny...

Ross poczekał, aż chłopiec odjedzie.

– To miała być obelga?

Shelby zignorowała pytanie, za to spojrzała mu wymownie w oczy.

– Więc powiadasz, że wszystko w porządku?

– Totalnie – odparł z uśmiechem.

– Bo rozumiesz, martwię się, kiedy za długo cię nie ma. Ostatnio od sześciu miesięcy...

Ross wzruszył ramionami.

– Sporo jeździłem z Warburtonami.

– Nie wiedziałam, że zrezygnowałeś z tych paranormalnych badań.

– To się stało dopiero teraz, kiedy to powiedziałem. Bo już mi dojadło, że nie widzę tego, co bym chciał.

– Na tym polega różnica między paleontologiem a łowcą duchów. Bo widzisz, kości dinozaurów gdzieś tam leżą i paleontolog o tym wie, nawet jeśli nie ma szczęścia ich odkopać, ale duchy... no cóż, skoro opanowały jakieś miejsce, to czemu nikt tego dotąd nie udowodnił?

– Byłem w pokoju, gdzie w ciągu paru sekund temperatura spadła o kilkanaście stopni. Nagrywałem kościelne chóry śpiewające w pustych, zamkniętych pomieszczeniach. Widziałem krany, które się same odkręcały. Ale nigdy nie ukazał mi się żaden duch. Kurczę, z tego, co mi wiadomo, każde z tych zjawisk da się jakoś wyjaśnić. Może to Bóg, może krasnoludki, może jakiś techniczny geniusz, który siedzi parę kilometrów stąd i uruchamia to wszystko pilotem...

– Czy to mówi ten sam chłopak, który do piętnastego roku życia wierzył w Mikołaja?

– Do dziesiątego. I to nie ty zastawiłaś na dachu pułapkę i zdobyłaś dowód.

– Znalazłeś dachówkę.

– Z odciskiem kopytka. – Ross sięgnął do kieszeni po papierosa, ale spojrzawszy na Ethana, zrezygnował. – Dawno powinienem to rzucić.

– Palenie?

– Polowanie na duchy.

– Więc czemu tego nie zrobiłeś?

Ross przypomniał sobie słowa Curtisa Warburtona: „Połowa tego biznesu polega na mówieniu ludziom tego, co chcą usłyszeć”. I jeszcze pierścionek zaręczynowy Aimee, który zniknął w nocy, chociaż Ross przewrócił do góry nogami cały pokój, żeby go znaleźć.

– Bo działy się różne rzeczy, których nie potrafiłem zrozumieć. I myślałem, że jeśli będę się pilnie przyglądał, to znajdę przyczynę.

– Może powinieneś pójść na fizykę.

Ross wzruszył ramionami.

– Nauka nie wyjaśnia wszystkiego.

– Znaczy, jak Bóg?

– Niekoniecznie zaraz Bóg. Co sprawia, że mijasz trzydzieści tysięcy osób, nie zaszczycając ich drugim spojrzeniem, a kiedy spotykasz następną, wiesz, że nie oderwiesz już od niej oczu?

– Miłość może nie być racjonalna, ale nie jest paranormalna.

Kto to powiedział, zastanawiał się Ross.

– Nie o to chodzi. Nawet kiedy nie masz czegoś przed oczami, możesz to wyczuć. I skoro wierzysz własnym zmysłom w tym akurat wypadku, to czemu nie w innym? – Podniósł się na nogi i strzepnął dżinsy. – Wiesz, jeździłem do tych domów... i moja rola ograniczała się tylko do nadstawiania ucha, a ci ludzie sami mówili. Nie żadni psychole, Shel... profesorowie, doktorzy filozofii, dyrektorzy z wielkich korporacji. Jeśli raz zobaczysz ducha, stajesz się jakby członkiem klubu i nie możesz się doczekać, kiedy spotkasz kogoś, kto nie weźmie cię za wariata, bo nie zgadzasz się z tym, co ci mówili rodzice.

I Ross w to właśnie pragnął wierzyć. Spotykał już psycholi, którzy utrzymywali, że gdziekolwiek się obrócą, wpadają na jakiegoś ducha. Że duchy bez przerwy próbują przyciągnąć ich uwagę. Ale teraz miał wątpliwości. Teraz zaczynał myśleć, że kiedy człowiek umiera, to wszystko się kończy.

– Nawet doktorzy filozofii czy dyrektorzy z korporacji mogą kłamać. Albo zwariować – zauważyła Shelby.

– A czterolatki? – Ross obrócił się twarzą do siostry. – Dziecko przychodzi w środku nocy do mamy i mówi, że w pokoju jest staruszek, który każe mu wyjść z warsztatu, bo musi zrobić stół. Potem idziesz do biblioteki i czytasz, że dwieście lat temu na miejscu tego domu był warsztat stolarski.

– To się naprawdę zdarzyło?

Ten chłopczyk niedługo potem zaczął tłuc się po głowie, żeby nie słyszeć głosu ducha, i trzeć oczy, żeby go nie widzieć.

– No dobrze, dzieci pewnie też mogą popaść w obłęd. Ale chodzi o to, że ja już z tym skończyłem.

Ross jednak wciąż się zastanawiał, czy próbuje przekonać swoją siostrę, czy siebie samego.

Shelby poklepała go po ramieniu.

– Cokolwiek to znaczy, Ross, jeśli ktoś miałby znaleźć konkretny dowód istnienia ducha, to nie mam cienia wątpliwości, że to byłbyś ty.

Popatrzył na nią z wahaniem i sięgnął do kieszeni. Wyjął portfel, a z niego fotografię.

– Pewnie mi powiesz, że to wygląda jak usta i oczy. – Shelby zerknęła z ukosa. – I ręka.

– Nie muszę, sama to powiedziałaś.

– Więc co to jest?

– Curtis Warburton nazwałby to ektoplazmą. Kiedy robiłem zdjęcie, na jeziorze nie było żadnej mgły ani zmarszczki... nic. Ale na kliszy utrwaliło się właśnie to. Film jest dostatecznie czuły, by uchwycić światło, ciepło i energię magnetyczną... Są to te same źródła energii, które duchy wykorzystują przy materializacji. – Ross wsunął fotkę z powrotem do portfela. – Ale może to być także jakieś świństwo rozlane w pracowni fotograficznej.

Nie dodał, że kiedy zrobił zdjęcie, powietrze nagle pochłodniało i zjeżyły mu się włoski na nogach i rękach. Ani że przez resztę dnia drżały mu ręce i nie mógł na niczym skupić wzroku.

– Nie było wtedy mgły? – spytała Shelby.

– Nie.

Zmarszczyła brwi.

– Gdybym zobaczyła takie zdjęcie w gazecie, pomyślałabym, że to fałszywka. Ale...

– Ale jestem twoim bratem, więc musisz mi ufać?

Ethan zatrzymał się przy nich z wielkim łomotem.

– W mieście jest taki kamieniołom, gdzie dawno temu zamordowano pewnego gościa. Wszyscy mówią, że tam straszy. Moglibyśmy...

– Nie – przerwali mu chórem.

– Dżizas – mruknął chłopiec i znów zniknął im z oczu.

Ross spojrzał w stronę horyzontu; noc zaczynała już blednąć.

– Nie musimy już wracać do domu?

Shelby przytaknęła i zaczęła zbierać resztki po pikniku.

– I co będziesz teraz robił?

– Śledził UFO. – I po chwili dodał: – Żartowałem.

– Mógłbyś robić za niańkę, kiedy będę w pracy. Chociaż opieka nad Ethanem może dostarczyć ci mocniejszych wrażeń niż poprzednie zajęcie.

– Duchy nie są straszne – odrzekł Ross, zanim sobie przypomniał, że powinien mówić hipotetycznie. – To zwykli ludzie... to znaczy, kiedyś nimi byli.

Shelby znieruchomiała z kocem w rękach.

– Przecież nigdy nie widziałeś ducha.

– Nie.

– Mimo że bardzo tego chciałeś.

Ross zmusił się do uśmiechu.

– Dziesięciotysięcznego banknotu także nie widziałem, chociaż miałem na to wielką ochotę.

Rezygnacja miała sens. To po prostu kwestia przekonania samego siebie. Fakt, w ciągu dziewięciu miesięcy nie znalazł tego, czego szukał. Nie widział na własne oczy żadnego ducha, ponieważ ich tam nie było.

Ale z drugiej strony, fotografia paliła go przez tylną kieszeń, nie dając o sobie zapomnieć; duch mógł zaczerpnąć energii z ciepła czy światła albo nawet z baterii aparatu, żeby odbić się na kliszy i dać się zobaczyć. Rossowi wydawało się to całkowicie logiczne, w końcu to Aimee ładowała go energią. Bez niej był nie lepszy niż sam duch, przemykający się przez własne życie, niewidzialny.

– Nie przejadę po nim buldożerem! – wrzasnął brygadzista o błyszczącej, rumianej jak śliwka twarzy. Łypał wściekle na Eliego ze swej korzystniejszej pozycji w kabinie, z rękami skrzyżowanymi na wydatnym brzuchu.

– Panie Champigny...

– Winks. – Facet leżący na wznak na ziemi uśmiechnął się z przymusem do Eliego. – Tak wszyscy do mnie mówią.

Nagle wyskoczył skądś pies i wparł się łapami w pierś Winksa.

– Watson, siad – zakomenderował Eli. – Panie Champigny, jestem zmuszony poprosić, aby pan wstał. Spółka Redhook dysponuje kontraktowym pozwoleniem na wykonywanie na tej ziemi koniecznych robót...

– On mówi po angielsku? – krzyknął Winks do grupy pikietującej.

– Nie może pan ich aresztować? – spytał Rod van Vleet.

– Jak dotąd nie sprawiają żadnych kłopotów. To jest tylko nieposłuszeństwo obywatelskie. – Przynajmniej takie rozkazy Eli odebrał od komendanta Follesbee, który nie zamierzał tykać tego, co mogło łatwo doprowadzić do zamieszek na tle rasowym. Eli wiedział, że Abenaki nie będą dążyli do konfrontacji, jeśli nie przyciśnie się ich do ściany. Zresztą nie miał na to najmniejszej ochoty. Wcześniej musiał zgarnąć z Gas & Grocery Abbotta Thule’a, miejscowego pijaka, i osadzić go na dołku do wytrzeźwienia. Musiał też zdobyć jakieś żarcie dla Watsona i naprawdę nie chciało mu się opieprzać z bandą Indian, których pychy starczyłoby do wypełnienia całej niecki Jeziora Champlaina.

Rozmasował sobie kark. Przy takich okazjach często zadawał sobie pytanie, dlaczego po śmierci matki nie wyniósł się na Florydę. Miał trzydzieści sześć lat i stanowczo za ciężko pracował. Kurczę, powinien teraz rozgrywać z ojcem partię golfa albo siedzieć pod palmą... Watson przy jego nodze podniósł uśmiechnięty pysk.

– W tej ziemi są ludzkie szczątki – upierał się Winks.

– Naprawdę? – spytał Eli.

Rodowi pociemniała twarz.

– Nic takiego nie odnaleziono. Były tylko jakieś skorupy, blaszany wisiorek i moneta z 1932 roku.

– I grot strzały – krzyknął Az Thomson, chociaż Eliemu zdawało się, że stary siedzi zbyt daleko, by słyszeć ich rozmowę. – Nie zapominajcie o grocie!

Deweloper przewrócił oczami.

– No dobrze, znaleźli jakiś grot. Z czego absolutnie nic nie wynika, poza tym, że jakieś dzieciaki bawiły się tam w kowbojów i Indian.

Az Thompson podszedł bliżej.

– Nas też nie obchodzą groty, tylko nasi przodkowie. Nie oglądaliście „Poltergeista”? Naruszyliście miejsce ich spoczynku, a to wystarczający powód, żeby to, co tu wybudujecie, nie zaznało spokoju.

Eli zastanawiał się, skąd u Aza takie przywiązanie do tego gruntu. Z tego, co wiedział, stary przeprowadził się tu z Zachodu. Powiedzmy, że żył w tym mieście tak długo jak Eli, ale to nie oznaczało jakichś szczególnych związków ze sporną ziemią. Najwyraźniej jego pretensje do deweloperów płynęły nie tyle z przyczyn osobistych, ile z zasady.

– To groźba! – zawołał Rod do Eliego. – Jest pan świadkiem!

Az parsknął śmiechem.

– Gdzie pan tu widzi groźbę?

– Jakaś klątwa. Eee... czary...

Stary Indianin osłonił fajkę dłońmi i podpalił liście.

– Musiałbym pierwej sam uwierzyć w te bzdury. – Zaciągnął się głęboko i wydmuchał ostatnie słowa razem z dymem. – A pan w nie wierzy, panie van Vleet?

– Posłuchaj, Az – zaczął Eli z westchnieniem. – Wiem, co czujesz w związku z działalnością tej spółki. Ale jeśli masz jakieś pretensje, to najlepiej zrobisz, zwracając się do sądu.

– Kiedy ostatni raz prawo tego kraju orzekło, co jest najlepsze dla Abenaki, to omal nie zmiotło nas z powierzchni ziemi. Odwalili kawał dobrej roboty... Nie, panie detektywie, raczej nie pójdziemy do twoich sądów.

– Jak to: twoich? – prychnął Winks, który zdążył już wstać i otrzepywał właśnie dżinsy. – Eli, kto ci wmówił, że w tym dracznym niebieskim wdzianku twoja skóra będzie mniej czerwona?

Eli bez namysłu rzucił się na Winksa i złapawszy go za klapy, rąbnął nim o bok buldożera. W tej samej chwili Watson obnażył kły. Eli usłyszał satysfakcjonujący odgłos uderzenia głowy Winksa o metal i dopiero wtedy wrócił mu rozsądek. Czuł na sobie wzrok Aza Thompsona i ucisk powietrza w głębi własnych płuc.

Kiedy odwrócił się i zawołał psa, przypomniało mu się, jak dawno temu, w lecie, szedł z krewnymi matki brzegiem jeziora na ryby. Brązowe, bose dzieciaki tak długo bawiły się w berka, że zdeptały wysoką trawę na przestrzeni niemal kilometrowego pasa. Dopiero w wieku dziesięciu lat dowiedział się, że jezioro znane mu jako Pitawbagw – „woda, która leży pomiędzy” – na mapie nazywa się Jeziorem Champlaina.

Skinieniem głowy dał znak kierowcy buldożera, że może zaczynać pracę. Celowo odwróciwszy się od Indian, zmusił się do zachowania spokoju.

Tydzień po przyjeździe do Comtosook Ross wędrował brzegiem jeziora, nie zwracając uwagi na drobne kamyki pod bosymi stopami. Woda była zimna... zbyt zimna jak na sierpień, ale na to także nie zważał. Odczuwanie czegokolwiek, także dyskomfortu, traktował jako miłą odmianę.

Jezioro Champlaina było takie długie, że z jednego brzegu nie widziało się drugiego, chociaż w oddali majaczyły niczym żołnierze szczyty Adirondack. Tam, po drugiej stronie, w stanie Nowy Jork urodziła się Aimee. Kiedy zawaliło się niebo, jechali do domu jej rodziców.

Raz do księgarni na Manhattanie, gdzie Ross pracował, przyszedł pewien autor, żeby wygłosić odczyt na temat rytuałów związanych ze śmiercią. W Tybecie mnisi odrywają ciało nieboszczyka od kości i kroją na kawałki, żeby sępy mogły pożywić się szczątkami. Na Bali ciało grzebie się od razu, a potem – nieraz po latach – ekshumuje i urządza spektakularną uroczystość kremacji. Ale przed pochówkiem zmarłego okręca się, ochlapuje i otrząsa w kolorowej wieży z bambusa, żeby duch nie znalazł drogi powrotu.

Ross miał wtedy dyżur, co oznaczało, że musi ustawić krzesła dla słuchaczy, ułożyć na stoliku egzemplarze książki do podpisywania, przygotować dla autora butelkę wody i tak dalej. Publiczność była dobra – socjologowie z uczelni ocierali się tweedowymi rękawami o „Gotów” w czarnych płaszczach z postawionymi na żel włosami. W trakcie wykładu Ross stał z tyłu, dziwiąc się, na jak wiele sposobów można się z kimś żegnać.

Aimee pojawiła się mniej więcej w środku. Wciąż miała na sobie płócienny strój chirurga i w pierwszej chwili Ross pomyślał, że musi jej być zimno; zawsze marzła, kiedy nosiła tę służbową „pidżamę”, a teraz przecież był grudzień.

W następnej chwili uświadomił sobie, że musiało się stać coś strasznego.

– Hej. – Złapał ją, zanim omal nie wpadła na regał.

Rzuciła mu się na szyję i zaczęła szlochać. Kilka osób się obejrzało, sam mówca na chwilę stracił wątek.

Ross pociągnął ją do działu ogrodnictwa, którym nikt w Nowym Jorku się nie interesował. Ujął jej twarz w ręce, serce waliło mu jak młotem. Jest w ciąży? Nie kocha go już?

– Martin umarł – wykrztusiła.

Trzymał ją w ramionach, usiłując dopasować nazwisko do osoby. Pięćdziesięciotrzyletni Martin Birenbaum był ofiarą pożaru w fabryce chemikaliów. Oparzenia trzeciego stopnia pokryły osiemdziesiąt pięć procent jego ciała. Aimee, studentce trzeciego roku na oddziale ratunkowym, przypadło zadanie usuwania zmartwiałej tkanki z ran, utrzymywania ich w czystości, aplikowania silvadiny. Kiedy Martin zapytał ją, czy umrze, spojrzała mu w oczy i odpowiedziała, że tak.

Był pierwszym pacjentem, którego straciła, i dlatego jego twarz tak wryła się jej w pamięć.

– Zostałam przy nim, bo wiedziałam, że nie mogę pomóc – wyznała Aimee. – Może z każdym przypadkiem jest łatwiej, a może nie. Może nie powinnam studiować medycyny. – Nagle wlepiła w niego wzrok. – Kiedy ja będę umierać, masz przy mnie być. Tak jak ja dzisiaj przy nim.

– Ty nie umierasz.

– Boże, Ross, mam za sobą taki smutny dzień! Czy nie możesz po prostu mi przyrzec...

– Nie. Bo ja umrę pierwszy.

Zamilkła na chwilę, po czym zaśmiała się cichutko.

– Wykupiłeś już bilet?

W tym momencie dobiegł ich głos pisarza:

– Guei, czyli głodne duchy, to dusze Chińczyków, którzy zmarli nienaturalną śmiercią. Dlatego błąkają się po ziemi i przysparzają kłopotów żywym.

Aimee spojrzała na Rossa.

– Czego my, do diabła, słuchamy?

– Tak, z pewnością to bliskie diabła.

Potem już nigdy nie wspomnieli o Martinie Birenbaumie. Ross towarzyszył Aimee na pogrzebie. W trakcie rezydentury zmarło jej więcej pacjentów, ale przy żadnym aż tak się nie załamała. Wkrótce, jak większość lekarzy, zrozumiała, że śmierć to tylko najdalszy kres życia.

Rzucił do jeziora kamyk, który zatonął, zanim drugi zdążył musnąć powierzchnię. Aimee została skremowana, jej prochy były gdzieś na drugim brzegu, u rodziców. Ross nie wiedział, co z nimi zrobili; po trzech latach przestał odpowiadać na ich telefony i listy – po prostu za bardzo go to bolało.

Podniósł buty i ruszył do samochodu. Kiedy wsunął się na fotel kierowcy, przypomniał sobie jeszcze jedną historię tamtego pisarza z księgarni. Meksykanie wierzą, że w jeden dzień każdego roku zasłona się unosi i stare dusze mogą odwiedzić swoich bliskich w domach.

Kiedy umrę, masz przy mnie być.

Ale nie był. A teraz nie zanosiło się, by miał się stąd wydostać.

Biuro Meredith Oliver w Generra Institute miało kod pocztowy stanu Waszyngton DC, a jeśli ktoś patrzył uważnie, mógł z okna dojrzeć Jefferson Memorial. Meredith uważała to za czystą ironię, gdyż większość naukowców w jej placówce drwiła sobie z zasady, że wszyscy ludzie zostali stworzeni jako równi – według nich przeżywali tylko najsilniejsi.

Naprzeciwko niej siedzieli, ze splecionymi palcami, państwo De La Corria.

– Mam dobre wieści – oznajmiła Meredith z uśmiechem. W ciągu dziesięciu lat stawiania przedimplantacyjnych diagnoz genetycznych nauczyła się, że jeszcze bardziej stresującym etapem od samego zapłodnienia in vitro jest oczekiwanie na wyniki wstępnych testów. – Są trzy widoczne embriony.

Carlos De La Corria chorował na hemofilię. W obawie, że przeniesie chorobę na potomstwo, zdecydowali się z żoną na rozród wspomagany. Polegał on na tym, że embriony tworzono z ich własnego nasienia i jajeczek, po czym Meredith badała je pod względem genetycznym. Przed wszczepieniem embrionu do macicy matka miała pewność, że dziecko nie odziedziczy genu hemofilii.

– Ilu chłopców? – spytał Carlos.

Meredith spojrzała mu w oczy.

– Dwóch.